BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chore Ucho. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chore Ucho. Pokaż wszystkie posty

23 grudnia 2020

Od Zarazy (Chorej Łapy) CD. Jesionowego Wichru

 Niebieska kotka leżała na legowisku medyków, zwinięta w ciasny kłębek, z zmierzwionym, niebieskim futerkiem. Szeroko otwarte, zielone ślepia wpatrywały się pustym wzrokiem w przestrzeń przed nią, wciąż nie mogąc otrząsnąć się z przeżytego szoku. Serce waliło jej w piersi jak szalone, a młoda koteczka miała wrażenie, jakby miało zaraz wylecieć z jej piersi. Jej brzuch skręcał się, nie wiedząc, jak zareagować na taką dawkę stresu i strachu, na jakie została wystawiona. Nie mogła w to uwierzyć... gdy już myślała, że jakoś się wszystko ułoży... znów poczuła na karku zaciskające się szczęki Lodowego Szponu, przypominając sobie wcześniejsze wydarzenia. Zamknęła oczy i ukryła pysk w łapach, próbując pozbyć się przerażającego wspomnienia.
— Cześć. — usłyszała znajomy, uspokajający głos. Poczuła, jak kocur siada obok niej. — W porządku?
Zaraza posłała wujowi pełne strachu spojrzenie, po czym szybkim ruchem przytuliła się do niego, nie wiedząc, co zrobić. Nie potrafiła wydusić z siebie ani słowa, nawet najmniejszego dźwięku. Koteczka znów zacisnęła powieki, czując, jak do jej zielonych ślepi pchają się łzy. Wuj był jednym kotem, oprócz Smarka, przy którym czuła się całkowicie bezpieczna. Ufała mu... czy on też się od niej odwróci?
— Już dobrze. — do jej zdrowego ucha doszło ciepłe mruczenie Jesionowego Wichru. Kocur polizał ją po głowie, próbując uspokoić tulącą się do niego, wciąż drżącą kotkę. — Nic ci się już nie stanie. — miauknął. Zaraza pragnęła, by jego słowa były prawdą. Chciała być bezpieczna i wieść spokojne życie w Klanie Nocy. Próbowała uwierzyć Jesionowi, ale... czy naprawdę mogła? Czy mógł jej przyrzec, że wszystko się ułoży? 

***

Minęło wiele księżyców od tamtego dnia. Rana na karku zdążyła się zagoić, a Zaraza, właściwie Chora Łapa została uczennicą, trenującą pod okiem Karasiowej Łuski. I chociaż córka Lodowego Szponu miała już 16 księżyców, dzień jej mianowania zdawał się być wciąż jej daleki. Znała podstawy i teorię, bardzo dobrze nawet, często powtarzała sobie formułki na pamięć, jednak samo wykonanie ich przychodziło jej z dużą trudnością. Często patrzyła, jak reszta uczniów radzi sobie płynnie na treningach, a ona chyba jako jedyna potrafiła wyrecytować samą teorię, w praktyce potrafiąc się ledwo ustawić w pozycji łowieckiej. Zaraza westchnęła cicho, chwytając niedużą piszczkę ze stosu ze zwierzyną. Rozmawiać też z kim nie miała. Rozglądając się po obozie nie mogła znaleźć Ośnieżonego Futra, który był jej jedynym kompanem podczas posiłków czy wolnego czasu w legowisku. Bała się zawierać nowe znajomości, stresując się tym, że skończy się to tak samo jak z Drobną Łapą czy Lodowym Szponem. Niebieska usiadła więc w kącie, zajmując się niedużą myszą. Po chwili zastrzygła uchem, słysząc, że ktoś się do niej zbliża. Uniosła łeb pokryty futerkiem i krwią gryzonia, posyłając zaniepokojone spojrzenie temu, kto właśnie do niej podchodził. Uczennica odetchnęła z ulgą, szybko rozpoznając w osobniku Jesionowy Wicher.
— Cześć wujku. — zamruczała, posyłając mu krzywy uśmiech.

< Jesionowy Wichrze? >

27 września 2020

Od Zarazy

— Smark! Jesteś cały w śniegu! — zawołała zmartwiona Zaraza, widząc, jak jej brat powolnym krokiem, z obsmarkanym nosem wchodzi do kociarni. Maluch otrzepał się delikatnie i zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, niebieska koteczka dopadła do niego i porządnie obejrzała. Oprócz mokrego białego futra posklejanego zbrylonym śniegiem nie widziała nic innego, co by mogło wzbudzić jej podejrzenia. 
— Przewróciłem się tylko. — zamruczał Smark, cofając głowę od pyska Zarazy, obdarzając ją przepraszającym uśmiechem. Młodsza o parę minut kotka pokręciła łbem, wzdychając ciężko. Za każdym razem, gdy Smark wychodził, zawsze wracał tak samo - zamieniony w śnieżnego kota. Czy jego śnieżno-białe futro musiało aż tak przyciągać ten mokry puch?
— Musimy się tego pozbyć, inaczej się rozchorujesz. — miauknęła z troską w głosie Zaraza, zabierając się do wylizywania sierści braciszka. Smark na początku marudził chwilę, jednak zaraz przyjął miły gest i nawet sam zaczął niezdarnie oczyszczać się z śniegu. Niedługo potem futerko brata było już prawie całkowicie czyste, a język Zarazy odmarzał. Kotka wypluwając pojedyncze włoski białej sierści z pyska nagle zauważyła cień pojawiający się na ziemi żłobka przy wejściu. Smark szybko się odwrócił, zaciekawiony, kto tym razem przyszedł do nich, a Zaraza szybkim ruchem ukryła się za bratem. W końcu, w wejściu pojawiła się kremowo-biała sylwetka o długich nóżkach i brązowych oczach.
— Hej Jesiotr! — zawołał Smark, posyłając kuzynowi jasny uśmiech. Kocurek widocznie odetchnął z ulgą, po czym przysiadł przy wejściu.
— Przyszedłem tylko sprawdzić, czy Smark ma się dobrze po wywrotce. — miauknął przyjacielsko Jesiotr, na co Zaraza uniosła brew. Z całego kuzynostwa Jesiotr wydawał się najspokojniejszy. Może nie będzie tak źle się z nim pozadawać?

Od Zarazy

Dzień zaczął się normalnie. Tak, jak zwykle. Kaczorek, Malinka i Jesiotr wyszli się razem bawić w śniegu, Smar polazł za nimi, puszczając Zarazie informację o tym, jak znowu będzie fajnie, a niebieska koteczka została w środku razem z Zbożowym Kłosem, Ropuszym Językiem i małą Węgorz. Tym razem, zamiast siedzieć w kącie żłobka, pręgowana dziko koteczka znalazła sobie nowe zajęcie. Zaraza usiadła przed wejściem i obserwowała życie w obozie. Widziała, jak niektóre koty przynoszą zwierzynę na ukryty przed wilgocią stosik zapasów Klanu Nocy. Inni spędzali razem czas, dzieląc się językami, rozmową i uśmiechem. Wszystko wyglądało tak... spokojnie. Nikt nie wrzeszczał, nie rozwalał otoczenia i nie panowała ogólna rozróba. Wojownicy mogli robić co chcieli, wychodzić z obozu kiedy im się podoba i spędzać czas z kimkolwiek mają życzenie. To spostrzeżenie dało Zarazie coś, na co będzie od tego momentu wyczekiwała - mianowanie. Miała jeszcze 3 księżyce przed sobą do stania się uczniem i opuszczenia żłobka. 
Zaraza poczuła zimny powiew wiatru, wpychający ją do kociarni. No tak. Jeszcze zima musi się skończyć, żeby było dobrze. Nie rozumiała, dlaczego Pora Nagich Drzew musiała w ogóle istnieć. Było zimno, śnieg był mokry i przylepiał się do sierści gdy miało się z nim chociażby najmniejszy kontakt. W dodatku, wyglądając na zewnątrz wszystko było białe jak sierść Smarka, przez co często nie mogła wypatrzeć braciszka w tym wszystkim. Brzoskwiniowa Bryza mówiła, że za jakiś czas śnieg się rozpuści i znowu zrobi się zielono. Zaraza w to uwierzyła, jednak... czy to naprawdę musiało tyle trwać?

Od Zarazy CD. Króliczego Serca

Młoda powoli się wybudzała, gdy do jej noska dotarł nowy, nieznany dotąd zapach. Ktoś nowy przyszedł do żłobka? Zaalarmowana otworzyła ślepia i pierwszym, co zobaczyła po przebudzeniu był pysk zupełnie obcego kota. Przestraszona, lekko spłoszona, wpatrywała się w niebieskiego kocura, czekając na jego ruch. On natomiast w nią, z pewnym zmieszaniem lub niepewnością na pysku.
— NazywamsięKróliczeSerceimiłociępoznać. — miauknął na jednym wdechu kocur. Zaraza położyła po sobie uszy, nie mając zielonego pojęcia, co za zdanie właśnie wypluł z siebie nowy gość. Powitanie? Ale dlaczego brzmiało tak... szybko? Czy wszystkie nieznajome koty się tak witają? Może ona też powinna? Zaraza zobaczyła, jak kotka siedząca obok cętkowanego kota sprzedała mu kuksańca w ramię, na co ten przepraszająco się uśmiechnął. — Wy-wybacz. Z-zacznę jeszcze r-raz. Naz-nazywam się Królicze Serce. M-miło cię po-poznać.
— A ja jestem Zwinkowa Łapa! — zamruczała przyjacielsko szylkretowa kotka, która przyszła z Króliczym Sercem do żłobka. — Jesteś Zaraza, prawda?  
Młoda w odpowiedzi jedynie skinęła głową. Zwinka wydawała się podekscytowana wizytą u maluchów, za to Króliczek... Króliczek niekoniecznie. Znów po żłobku rozbiegł się wrzask Kaczorka, na co i Króliczek i Zaraza delikatnie drgnęli. Czyli... on też nie lubił głośnych dźwięków? Może nawet samego Kaczorka? Zaraza przyjrzała się porządnie pyszczkowi niebieskiego kocurka. Nie wyglądał na królika. A tym bardziej na serce królika. Ciekawe, czy Zaraza też dostanie takie dziwne imię jak urośnie. Może jak już będzie duża, to będzie mogła łatwiej omijać kuzynostwo?
— Panie Królicze Serce, jest pan wojownikiem, prawda? — zapytała w końcu nieśmiało.
— M-mhm. Al-le nie j-jakoś d-długo...
— A czy... jest lepiej? Niż w żłobku? — mruknęła, odwracając głowę.

< Królicze Serce? sry za gniota;; >

26 września 2020

Od Zarazy CD. Jesionowego Wichru

—  Nie bądź smutna. Masz mnie, swojego wujka i ciocię Brzoskwiniową Bryzę. Chcemy dla ciebie i twojego braciszka dobrze. — miauknął liżąc ją po łebku. — Wiesz co? Może chciałabyś się pobawić? Siedzenie samej w kącie jest bardzo dołujące. — powiedział zachęcając ją do wyjścia. Zaraza niepewnie obserwowała ruchy wujka, który zaczął się za czymś rozglądać. Młodej niekoniecznie widziało się wychodzić z kąta. Przyzwyczaiła się do tego miejsca. Była tu najmniej widoczna i najbardziej osłonięta przed hałasem, co jej pasowało. Była niemalże pewna, że gdy tylko stąd wyjdzie, Kaczorek jak na zawołanie się obudzi i zacznie drzeć, że Jesionowy Wicher i Brzoskwiniowa Bryza są jego i znowu się do niej przyczepi. Wolała tu zostać i zignorować zachęty wujka. Miała tylko nadzieję, że ten nie zdenerwuje się na nią za to. Wojownik widząc, że Zaraza nie rusza się z miejsca, podszedł do niej z uśmiechem i jeszcze czymś w pyszczku.
— Możemy ją do siebie porzucać. Co ty na to? — zapytał uprzejmie Jesionowy Wicher, podsuwając Zarazie kulkę mchu pod łapki. Kotka spojrzała na martwą już, prawie całkiem suchą roślinkę. Zabawa? Z wujkiem? Zaraza już podnosiła łapę żeby delikatnie poruszyć mech, jednak nagle do jej mózgu wpadła jedna, bardzo ważna informacja. Ten. Mech. To. Zabawka. Kaczorka. Była pewna, że widziała, jak Malinka, Jesiotr i właśnie Kaczor bawili się TYM mchem. A jeśli ona tego dotknie, a karzełek to zobaczy...
 — To jet Kacolka. Nie moge tego dotykac. — mruknęła cicho Zaraza, wycofując się w głąb kąta żłobka.

< Jesionowy Wichrze? Sry że krótkie;; >

Od Zarazy CD. Zbożowego Kłosu

Wszystko zakończyło się szybko. Bardzo szybko. Zbożowy Kłos rzuciła się na Lodowy Szpon, a Zaraza wypadła z pyska niebieskiej kotki. Jej ciało uderzyło o ziemię, wyrzucając z płuc cichy pisk. Szok, w którym nadal przebywała Gdy otworzyła oczy, już było po wszystkim. Lód szarpała się, przyduszona do ziemi przez Jesionowy Wicher, Żytnie Pole i trójkę innych kotów, a Zbożowy Kłos dyszała ciężko, pozbawiona jednego ucha. Pstrokata podeszła do podpartej na przednich łapach Zarazy i szybko przyciągnęła do siebie przerażoną koteczkę. Zaraz dołączył do niej Smark, który również wtulił się w pstrokate futerko.
— No już... nic wam nie grozi... — szepnęła wdychając ciężko, spoglądając przy tym nienawistnie na matkę kociąt. Zaraza do tej pory nie wiedziała, co dokładnie się działo. Oddychając ciężko, młodsza bez zastanowienia wtuliła pysk w krótką sierść Zboża, szukając w niej spokoju. Jej myśli mieszały się, powodując bolesny mętlik w jej głowie. Zamknęła ciasno oczy, a po jej policzkach popłynęły łzy. Nie była pewna, czy był tylko jeden powód pojawienia się ich w jej ślepiach. Strach? Ból? Szok? Zawód?
— Kochanie, zabierz kociaki do obozu. Zarazę powinni obejrzeć medycy. — powiedziała w końcu Żytnie Pole z trudem, przerywając napiętą ciszę między kotami. — A my... musimy ustalić, co teraz mamy zrobić z Lodowym Szponem...
Zaraza nie chciała się odrywać od Zbożowego Kłosu. Wierzyła, że bengalka już nic jej nie zrobi. Jej futro dawało jej ukojenie, ratunek, od tego co się wokół niej działo. Zboże widocznie poczuła, jak Zaraza coraz mocniej przyczepia się do niej. Kotka westchnęła ciężko, po czym zniżyła łeb tak, żeby poziom jej oczu zrównał się z poziomem pyszczka Zarazy.
— Już dobrze. — zamruczała uspokajająco. — Możesz iść?
Młoda nie odpowiedziała. Wciąż słyszała syk Lodowego Szponu i ciche głosy Jesionowego Wichru, Żytniego Pola i trójki innych członków Klanu Burzy. Co jeśli jej matka wyrwie się grupie i znów po nich przyjdzie? Co jeśli tym razem zabierze Smarka? Poczuła, jak Zboże próbuje się ruszyć z miejsca, na co ogarnęła ją panika. Nie chciała, żeby poszła! Zaraza, nie wiedząc, co zrobić, zahaczyła się pazurami o futro pstrokatej kotki. Spojrzała na jej pysk zeszklonymi oczami, posyłając jej spojrzenie o jasnym przesłaniu: "Proszę, zostań".

< Zbożowy Kłosie? >

25 września 2020

Od Zarazy

Zaraza siedziała w kącie żłobka, obserwując samotną muchę krążącą nad jej głową. Miała zielony pancerz, odbijający światło i błyszczący na żółto. Gdy owad przysiadał gdzieś na ścianie żłobka, niebieska mogła oglądać jej półprzezroczyste skrzydełka, cienkie sześć nóżek i czerwone oczy. Niestety, gdy tylko zbliżała nos do muchy żeby się jej uważniej przyjrzeć, zaraz znowu wzlatywała do góry. Małe stworzonko wyglądało, jakby kreśliło niewidoczne znaki w powietrzu, próbując przekazać Zarazie jakąś wiadomość. Niebieska koteczka jednak nie była zdolna odczytać czegokolwiek z powietrznego tańca muchy. Mogła jednak słuchać jej bzyczenia, zabijając czas, jaki musiała spędzać w tym miejscu. Kątem oka dostrzegła, jak Smark znowu specjalnie przytula się do Brzoskiwniowej Brzyzy na oczach Kaczorka, tylko żeby poddenerwować kuzynostwo. Nie rozumiała zachowania starszego o parę minut brata. Chociaż Smark w kółko jej powtarzał, że dreszczyk emocji związany z tarapatami jest niezwykle fajny, to nigdy nie zdołał przekonać niebieskiej, żeby w cokolwiek razem się wplątali. Oprócz wściekłego i "zielonego z zazdrości" Kaczorka, Zaraza dostrzegła coś jeszcze, co niepokoiło ją od jakiegoś czasu. Za każdym razem gdy była odwrócona lewą stroną do bandy w żłobku, ich głosy były... dużo cichsze. Zbyt ciche. Mogła zobaczyć, jak pyski kociaków otwierały się i zamykały, a znając Kaczorka i Malinkę nie mogło to być cicho. Z początku wydawało się jej to normalne, myślała, że wszystkie kociaki tak mają, jednak Smark coraz częściej dopytywał się, czemu czegoś nie słyszała porządnie, jak byli zaraz obok. Młoda zastrzygła uchem, przypominając sobie o owadzie. Słyszała wyraźnie, jak jego skrzydełka obijają się o pancerzyk wydając charakterystyczne bzyczenie gdy przelatywał obok jej prawego ucha. Gdy jednak przelatywała na drugą stronę, jej bzyczenie słabło aż w końcu Zaraza z zamkniętymi oczami nie wiedziała, skąd dobiega i tak nikły dźwięk. Ostrożnie kręciła głową, na ślepo szukając źródła bzyczenia. Dopóki mucha nie wróciła na prawą stronę, Zaraza nie potrafiła jej zlokalizować. 

Od Zarazy CD. Kaczorka

*jeszcze podczas jesieni*
Młoda była przytulona do brata, a Brzoskwiniowa Bryza otuliła ich swoim długim ogonem pokrytym gęstą, miękką sierścią. Gdyby nie to, że Kaczorek i Malinka - dwa najgłośniejsze kociaki w żłobku byli zaraz obok, to nawet byłoby miło. Niestety, jej sen przerwał czyiś delikatny ruch. Nie należał on do Smarka, a więc jedynym, co mógł się poruszyć był syn Jesionowego Wichru - Kaczorek. Koteczka próbowała się niezauważenie odsunąć, jednak reakcja karzełka potwierdzała niepowodzenie jej akcji. Spojrzała na niego wielkimi ślepiami, mają nadzieję, że jej dzień nie zacznie się piskiem malucha.
— Cego pchlasu? — syknął, strosząc futerko. Chociaż młoda niekoniecznie zrozumiała słowo "pchlas", to z mowy ciała kocurka odczytała, że raczej nie był to komplement czy jakieś powitanie. Zaraza skuliła się delikatnie, wpadając głębiej w futro na brzuchu Brzoskwiniowej Bryzy, widząc jego wysunięte pazurki i bojową pozycję. Przecież nawet nic mu jeszcze nie zrobiła! Nic mu nigdy nie zrobiła, więc czemu maluch był tak okropnie do niej nastawiony? Kaczorek widząc, że niebieska koteczka próbuje się schować w futrze jego matki, otworzył nagle pysk z którego wydobyło się głośne ja na kociaka fuknięcie. 
— Ić sobie! — zawołał, a jego oczy zabłysły gniewnie. — Zostaf moją mame, pasozycie jeden!
Zaraza nie wiedziała, co ma zrobić. Przecież jeśli się odsunie, będzie jej zimno, a jak zostanie narazi się na gniew kuzyna. Teraz młodej pozostawało pytanie, co będzie niebezpieczniejsze. Może Kaczorek sobie żartuje i zaraz powie, że jednak nic się nie stało? Albo jeśli by się trochę wyprostowała, tak, żeby mieć pyszczek nad głową rudzielca to by uznał, że jednak jest starsza i pójdzie się bawić? Zaraza po odczekaniu dłuższej chwili zrezygnowała z pomysłu, że Kaczorek płata jej figle, a perspektywa narażenia się na chłód też nie malowała się w jej oczach zbyt pięknie. Młoda jednak zrezygnowała też z drugiego planu i postanowiła spróbować zawrzeć pokój z Kaczorem. Tylko co takie Kaczorki lubią? Spać? Bawić się? Krzyczeć? 
— Ces se pobawic? — zapytała w końcu nieśmiało, kładąc po sobie uszy. Miała szczerą nadzieję, że chociaż to wypali i w końcu relacje z nieprzyjaźnie nastawionym do niej kocurekim się poprawią. 

< Kaczorku? >

20 września 2020

Od Zarazy

*ciąg dalszy poprzedniego opowiadania Zarazy*

Grupa składająca się z Lodowego Szponu, Smarka i Zarazy wyszła ze żłobka, zwracając na siebie uwagę paru kotów. Przyglądały im się z zaskoczeniem, jednak żaden z nich nie podszedł do Lodowego Szponu. Zaraza pochłaniała przestraszonym wzrokiem obóz Klanu Nocy. Nigdy nie była na zewnątrz żłobka. Nowe zapachy uderzyły jej nosek, a oczy przeskakiwały z jednego klanowicza na kolejnego. Wszystko było takie nowe. W żłobku znała wszystkie pyszczki zamieszkujące kociarnię, a tutaj? Kojarzyła może jeden, dwa należące do tych, co odwiedzili Brzoskwinie czy inne kocice w żłobku.
— Co się wleczesz? — syknęła Lód, widząc, jak jej córka zwalnia, oszołomiona natłokiem nowych informacji. Młoda kotka pokiwała głową, po czym przyspieszyła kroku, równając tempo z bratem. Lodowy Szpon prychnęła cicho pod nosem, a gdy przeszli przez obóz, dopiero ktoś zaczepił gromadę. Zaraza zbyt zajęta obserwowaniem życia w obozie nie słyszała, o czym jej matka rozmawia z obcym kotem, dlatego nie zdziwiło ją, że po chwili kot odszedł, a niebieski ogon Lód zaczął powoli znikać w wyjściu. Młoda szybko pobiegła za nią, nie chcąc, żeby ta znowu musiała się odwracać. Smark i Zaraza po raz pierwszy wyszli z obozu, na co ich pyszczki mimowolnie się otworzyły. Wszystko było takie... wielkie. Trawa była wysoka, niewygnieciona pod łapami klanowych kotów. Niebo, pod którym właśnie szli wydawało się wyższe niż gdy patrzyło się na nie ze żłobka. Wszystko było inne, nowe, w jakimś stopniu przerażające dla Zarazy. Młoda kotka wzięła głęboki wdech, a do jej nosa wleciała przyjemna woń wody i pluskających się w niej ryb. Byli coraz bliżej brzegu jeziora? Zaraza nie zadawała pytań, gdy Lód kazała im wskoczyć na wielki pień. Nie zadawała pytań, gdy coraz bardziej oddalali się od obozu, znikając w pola widzenia reszty klanowiczów.
— Dzie idciemy? — zapytał w końcu Smark, widocznie zmęczony już i tak przedłużającą się drogą. Lód posłała kociakowi zniesmaczone spojrzenie, po czym prychnęła pod nosem.
— Zaraz będziemy. — powiedziała, oglądając się za siebie. Już przez jakiś czas szli przez las, a Lodowy Szpon robiła się coraz bardziej nerwowa. W końcu zatrzymała się przy starym iglaku, czekając, aż dwójka kociąt w końcu się do niej doczłapie. Jej ogon bił co chwilę w ziemię, a jej rozbiegany wzrok badał każdy krzew i drzewo, otaczające niewielką grupę. Zaraza w końcu podeszła pod łapy Lodowego Szponu. Młoda usiadła obok i porównała swoje łapki do tych należących do matki. Były niemalże tego samego koloru... czy ona też urośnie kiedyś tak duża jak Lód? Będzie miała podobną do niej posturę, pyszczek i styl chodzenia? Może z czasem wojowniczka Klanu nocy przekona się do nich i razem będą mogły się bawić?
— Siadaj smarkaczu. — warknęła, zwracając się do białego malucha, który przekrzywił łepek, rozejrzawszy się po otoczeniu.
— Nic tu nie ma. — skomentował krótko, marszcząc niezadowolony nos.
— Siadaj powiedziałam. — futro na grzbiecie Lodu uniosło się, a jej groźny ton nie wskazywał na to, że kotka ma zamiar się powtarzać kolejny raz. Smark w końcu usiadł, odwracając pyszczek.

*zwijam bo w następnej scenie Lód próbuje zabić kociaki, więc nie czytać jak komuś to nie pasuje*

Od Zarazy

*jakiś czas temu*
Jak codziennie, Brzoskwiniowa Bryza doglądała swoich oraz siostry partnera dzieci, zapewniając jakiś spokój w żłobku. Kaczorek siedział z Malinką i Jesiotrem, dając Zarazie chwilę spokoju. Smark za to chętnie do nich od czasu do czasu podchodził, żeby "zabawić się nieco".
— Hej, siostla. — młoda poczuła niesłabe szturchnięcie z boku. Smark przybliżył swój biały pyszczek blisko do niej, delikatnie łaskocząc jej mordkę długimi wąsikami. Zaraza ostrożnie wzróciła ku niemu uszy, mając nadzieję, że jej brat nie ma zamiaru znów obwieścić jej nowiny o tym, jak zaraz będzie się wspinał na ciotkę Brzoskwiniową Bryzę żeby zwrócić na siebie uwagę chorobliwe zazdrosnego o jej uwagę Kaczora.
— Suchaj. Ide se pobafić z Malinką. Idzies ze mno? — zamruczał, łypiąc zielonym ślepiami w stronę skaczącej na kawałek mchu razem z roześmianym Jesiotrem i napuszonym groźnie Kaczorkiem. Zaraza zaraz pokręciła przecząco głową, szeroko otwierając oczy i odsuwając się od białego.
— Ne! Psecies Kacol se snofu bedzie dalł jak spobacy ze im psekasadzamy... — niebieska koteczka zamruczała niezadowolona, przymykając oczy. Naprawdę, ostatnim co chciała dzisiaj usłyszeć był rozsierdzony pisk rudego karzełka. Był od niej niższy, a wciąż darł się głośniej niż Zaraza i Smark razem wzięci. Śnieżno-białe futerko kocura poruszyło się nagle, gdy ten prychnął, wywracając oczami.
— No co ty, boidufa? — miauknął znudzonym tonem, unosząc jedną brew. —Bedzie fajnie!
— Nie chces polobic cegos innego? — zapytała w końcu, próbując odwrócić uwagę braciszka od głupiego pomysłu. Przecież znowu mu się dostanie!
— Na psykład cio? — Smark rozejrzał się dookoła, jakby w poszukiwaniu zastępczego zajęcia, dostatecznie dla niego ciekawego. Zaraza zaraz poszła jego śladami, mając nadzieję, że jej zielone ślepia szybko coś wypatrzą. Zanim jednak rodzeństwo zdołało wymienić się zdaniami, do żłobka weszła masywna postać. Zielonooka widząc, jak biały porusza uszkiem i obraca się w stronę prawdopodobnie źródła jakiegoś dźwięku podążyła wzrokiem za jego pyszczkiem. W końcu, jej oczy zatrzymały się na smukłej, wyniosłej kocicy z zimnym jak lód spojrzeniem.
— Ej, ona fygląda jak ty. — mruknął Smark prosto do zdrowego ucha Zarazy. — Plawie. Myslis ze...
— Lodowy Szpon? — Brzoskwiniowa Bryza otworzyła szerzej oczy, zaskoczona przybyciem wojowniczki. —  Coś się stało? — miauknęła niespokojnie, wstając z swojego posłania. Jej kociaki zwróciły pyszczki w stronę nowej, zaciekawione niebieską panią.
— Przyszłam zabrać Zarazę i Smarka. Na spacer. — burknęła, spoglądając na zastygłe w miejscu rodzeństwo. W jej spojrzeniu było coś dziwnego, czego najwidoczniej Smark nie odczytał. Zaraza widziała w nich... obrzydzenie? Młoda skrzywiła się delikatnie, mając dziwne wrażenie, że coś jest nie tak.
— Ale... twoje kociaki są za młode. Mają dopiero trochę księżyc, nie powinny wychodzić z kociarni... — powiedziała Brzoskwinia, co raz rzucając okiem na zmieszane maluchy. Zaraz.... oni byli jej kociakami? To znaczy, że... to była ich mama? W końcu przyszła? Przecież Jesionowy Wicher powiedział Zarazie, że ich mama jest bardzo zajęta... w końcu znalazła czas? Lodowy Szpon fuknęła cicho pod nosem, marszcząc brwi.
— Moje bachory. Moja sprawa. — mruknęła, wypuszczając z nosa powietrze z podirytowaniem. Pręgowana dziko kotka odwróciła się i spojrzała na młode. — Idziemy.
Smark bez zastanowienia ruszył za rodzicielką, dając znać ogonem Zarazie, żeby szybko do niego dołączyła.
— No fidzis, nas ploblem sie lozwiozal! Idciemy na wysiecke! — zamruczał zadowolony kocurek, szturchając siostrę. Zaraza przechyliła głowę na bok, nie będąc pewną, czy na pewno powinni iśc za żłobek. Przecież Brzoskiwniowa Bryza mówiła, że są za mali żeby wyjść na zewnątrz...jakiś tego musiał być podwód, prawda? Kotka jednak zignorowała cichy głosik z tyłu głowy, mając nadzieję na to, że mama po tym spacerze zamieszka z nimi, jeśli zrobią dobre wrażenie.

CDN.

09 września 2020

Od Zarazy CD. Jesionowego Wichru

Malutkiej kotce nie podobało się na tym świecie od momentu pojawienia się na nim. Zapach, który poczuła gdy tylko jej nosek się odblokował zniknął, gdy tylko obok siebie poczuła inną, drobną kuleczkę. Już wtedy to ślepe i głuche kocię wiedziało, że coś jest nie tak. Czuła, jak coś bierze ją za skórę na karku i przystawia do słodko pachnącego miejsca. Młoda instynktownie przyssała się do wystającej części miękkiej powierzchni, tylko po to, by po paru łykach ciepłej cieczy zostać niekoniecznie delikatnie odepchnięta od niego, po czym znowu przysunięta. Na tej męczącej rutynie opierał się jej cały dzień, aż w końcu jej oczy zaczęły się otwierać, jakby łaknące czegoś innego niż ciemność. Pierwsze wiązki światła przestraszyły młodą, która niekoniecznie chciała widzieć, co się wokół niej dzieje. Z czasem jednak otwarte oczy stały się czymś normalnym, a ona z każdym dniem dostrzegała coraz więcej, powoli odkrywając zakamarki przestrzeni w jakiej bytowała. Jej młody mózg szybko zarejestrował też hierarchię, jaka panowała w jej otoczeniu. Najwyżej były: biało-kremowa kotka nazywana przez wszystkich Brzoskwiniową Bryzą, biała, trójłapa kocica imieniem Obłok i szylkreta o zielonych oczach nazywająca się Płotkowy Skok. One wszystkie razem zajmowały się kociakami brykającymi po żłobku. Wśród dzieciarni też można było dostrzec jakąś drabinkę. Na pewno z kociąt najwyżej byli Mięsko, Dołek i Flaczek - najstarsze rodzeństwo ze żłobka, które zaraz miało opuścić kociarnię i zniknąć, z tego co orientowała się córka Lodowego Szponu. Nikt ich nie zaczepiał, oni też raczej trzymali się między sobą, więc młoda nie utrzymywała z nimi jakiegokolwiek kontaktu. Byli przecież wielcy i straszni, więc raczej i tak by ją przegonili. Dalej były kociaki Brzoskwiniowej Bryzy - Kaczorek, Malinka i Jesiotr. Wśród tej trójki najgorszy był Kaczorek. Oh, gdyby tylko niebieska mogłaby się rozpłynąć w powietrze, żeby karzełek ją w końcu zostawił w spokoju. Już od początku kocurek coś do niej miał. Czuła jego zapach już od początku, i to zawsze blisko gdy akurat coś ją odpychało od tego, co się dowiedziała później, było brzuchem Brzoskwiniowej Bryzy. Ppd koniec żłobkowej hierarchii byli oni - Zaraza i Smark. Niechciane kocięta, które nawet nie miały matki w kociarni. Dzieci Brzoskwini za każdym razem, gdy do nich podchodziły jasno dawały do zrozumienia, że młode rodzeństwo nie jest tu mile widziane.
Kotka już któryś wschód słońca zaobserwowała, że gdy Kaczorek i Malinka się budzą i widzą, że niebieska kulka leży niedaleko, od razu budzili ją i jej brata, tylko po to, żeby ich przesunąć na drugi koniec kociarni, drąc się wniebogłosy. Zaraza więc gdy tylko się budzi, zawsze drepta do pobliskiego kąta, żeby uniknąć strasznych hałasów i stresu związanego z interakcją z Kaczorkiem.
Zaraza leżała tak właśnie w kącie, odwrócona słyszącym uchem w stronę mieszkańców żłobka, żeby słyszeć jak ktoś będzie się do niej zbliżał. I gdy powoli zasypiała na nowo usłyszała czyjeś kroki. Niedługo po tym do jej noska dotarła znajoma woń. Kotka prędko odwróciła głowę, mając nikłą nadzieję, że wielki kocur do niej nie podjedzie. Jesionowy Wicher niby nie był taki jak jego dzieciaki, jednak kto wie czy tylko nie udawał. A co jeśli był Kaczorkiem tylko że w miłym przebraniu? Kotka na tą myśl jedynie szerzej otworzyła oczy i podkuliła ogon pod siebie.
— Nie bój się malutka. Nie skrzywdzę cię. Jestem twoim wujkiem, wiesz? — usiadł niedaleko niej. Miał spokojny, cichy jak na standardy żłobka, przyjemny dla ucha głos i ciepłe spojrzenie. Nie wyglądał na złego… w dodatku powiedział, że jest jej wujkiem, cokolwiek to znaczy.
— Co to fujek? — zapytała nieśmiało, opuszczając wzrok na własne łapki. Usłyszała cichy pomruk, po czym Jesionowy Wicher znów zaczął mówić. O dziwo, nie dostała od niego po głowie za pytanie.
— Wujek to brat mamy. — uśmiechnął się niebieskooki. — Czyli rodzina.
Wąsiki zarazy drgnęły na słowo "mama". Nigdy nie miała okazji użyć tego wyrażenia, a jednak wiedziała co to znaczy. Niebieska położyła po sobie uszy, wzdychając cicho. Za każdym razem, gdy widziała Brzoskwinkę przytulającą swoje dzieci w jej małym serduszku pojawiało się ukłucie. Może… może Brzoskwinka też przyszła do swoich maluchów po jakimś czasie? Może rodzicielka Zarazy też zjawi się po jakimś czasie i uratuje ich od reszty kociaków w żłobku? Będzie mogła ich tulić i kłaść do snu i wtedy Zaraza nie musiałaby się męczyć z Kaczorkiem i Malinką…?
— Fujku… kiedy nasa mama wluci? Psyjdzie, plawda? — wymruczała w końcu Zaraza, nieśmiało spogladając przepełnionymi wyczekiwaniem na twierdzącą odpowiedź zielonymi ślepiami.

< Jesionowy Wichrze?