BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 26 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kwaśny Język. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kwaśny Język. Pokaż wszystkie posty

04 listopada 2021

Od Kwaśnego Języka

Płatki śniegu opadły na ziemię. Osiadły na czarnym futrze kocura. Kwaśny wpatrywał się jak powoli rozpuszczają się. Znikają z tego świata. Nagle i niespodziewanie. Zupełnie jak Orle Pióro. Uniósł łeb, spoglądając na niebieską sylwetkę.
Zimorodkowy Blask.
Jego przyjaciel. Ojciec ich maleństwa. Ich relacja pogorszyła się w ostatnich księżycach. Wszystko przez groźbę Miętowej Gwiazdy. Lidera, którego opętał ojciec Kwaśnego. Lisiej Gwieździe nie podobała się relacja jego syna z wnuczkiem Sroczego Żaru. Gardził nią. Uważał czarnego za wronią strawę. Mysiego móżdżka gorszego iż jego matka. Kwaśny nic z tego nie rozumiał. Kochał Słodki Język i przez myśl mu nie przeszło, że matka mogła być głupia. Nie w jego ślipiach. 
— Czas na patrol, Kwaśny. — miauknęła Kalinowa Łodyga, podchodząc do kocura.
Widząc zmartwienie malujące się na jego pysku, trąciła przyjaźnie wojownika. 
— Także tęsknię za Popielatym Grzbietem. — wyznała. — Myślę, że nie chciała, żebyś się smucił. 
Kwaśny zwiesił łeb. Jego uczennica także odeszła. Przedawkowała zioła, które tak bardzo kochała. Chciał wierzyć, że chociaż wtedy była szczęśliwa. Niechętnie podniósł się z ziemi, posyłając ostatnie spojrzenie w kierunku Zimorodka.
Nie mógł tak żyć.
Nie bez niego. 

* * *

Był w lesie sam. Samotne polowanie nie przynosiło zamierzonych efektów. Był zbyt rozkojarzony. Nie potrafił skupić się na tropach. Zimny wiatr targał jego futro, popychając go lekko do tyłu. Szedł do przodu. Nie mógł się zatrzymać. Nie mógł wrócić z bez zwierzyny. Za bardzo bał się Lisiej Gwiazdy. 
Zatrzymał się, widząc znajomą sylwetkę na horyzoncie. Kocur jeszcze go nie zauważył. W pełni skupiony na podziwianiu drzew gubiących liście. Nie wyczuł go. Kwaśny niepewnie zrobił krok w tył. Chciał zmienić to co było pomiędzy nimi. Chciał znów naprawić ich relację. Nie mógł ścierpieć kolejnego księżyca bez niego. Czuł rosnącą w gardle gule. Musiał się odważyć. 
— Zimorodku...?
Pełne radości ślipia zwróciły się w jego stronę. Od razu pożałował, że tamtego dnia, gdy zapytał co się dzieje, uciekł. Że znów od niego uciekł. Że znów go porzucił. Był okropny. Okropnym przyjacielem. Niegodnym Zimorodka.
Podbiegł do niebieskiego. Nie chciał dłużej myśleć o tym jak bardziej go skrzywdził. Bez zapytania wtulił się w jego ciepłe futro. Bał się, lecz nie chciał uciekać przed nim dłużej.
— Co się dzieje, Kwaśny? Wiesz, że możesz mi powiedzieć. — miauknął Zimorodek, otulając go ogonem. 
Poczuł jak jego ślipia wypełniają łzy. Bał się. Bał się, że Zimorodek się do niego zrazi. Ucieknie. Że go to przerośnie. 
— M-mój t-tata... on... on... zabronił m-mi z t-tobą spędzać... czas... — wyznał, cicho płacząc. — P-powiedział, że... ż-że inaczej... z-zrobi ci krzywdę...
Niebieski wpatrywał się w niego zaskoczony. Niedowierzenie wypełniło żółte ślipia wojownika. 
— Jak to? To on żyje? 
Kwaśny pokiwał łbem lekko. 
— M-mieszka w... M-miętowej G-gwieździe... d-dlatego j-jest t-taki d-dziwny... 
Spuścił wzrok. Bał się patrzeć Zimorodkowi prosto w pysk. Tak długo zatajał przed nim informację. Niebieski musiał być na niego zły. 
— To jednak to nie Iskrzący Krok? Rozdwoił się? Kwaśny, ale... ale dlaczego on nie pozwala? Przecież za jego życia nie sprawiałem problemów. 
Kwaśny także nic z tego nie rozumiał. Wiedział jedynie, że Miętowa Gwiazda naprawdę był jego ojcem. Ten ton głosu. Ten błysk szaleństwa brązowiejących zielonych ślipiach. Nie było zwątpienia. Czarny znał go krótko, lecz na zawsze go zapamiętał. Lisiej Gwiazdy nie dało się zapomnieć. 
— U-uważa... uważa, że r-robię z s-siebie d-debila. Ż-że nasza relacja... ż-że ona j-jest zła. N-niewłaściwa. — głos kocura coraz bardziej się łamał, wyrzucając z siebie te rzeczy. 
— Wcale nie jest niewłaściwa. To... to coś więcej. Czujesz to samo prawda? — mruknął wojownik, przytulając go mocniej. 
Kwaśny oderwał się od szarego futra. Spojrzał w żółte ślipia Zimorodka. Pełne ciepła. Pełne miłości. Miłości, która zawsze pomiędzy nimi była. 
— T-tak. — miauknął nieco speszony, coś co od zawsze chciał powiedzieć.
Dziwne uczucie radości przepędziło falę smutku, która jeszcze uderzenie serca wypełniała Kwaśnego. Stanął na palcach, by dosięgnąć pyska Zimorodka. Zetknął się z nim czołem, czując oddech kocura na swoich polikach. Niepewnie otworzył pysk, by powiedzieć coś więcej, lecz po uderzeniu serca zrezygnował. To w zupełności mu wystarczało. Tylko on i Zimorodek. Wtuleni w siebie. Sami wśród spokojnego lasu. 
* * *

Bezgwiezdne niebo okryte chmurami budziło w nim ciarki. Czuł na sobie wzrok wielu. W tym jego. Ojca. Dowiedział się. Wiedział o jego rozmowie z Zimorodkowym Blaskiem. Kwaśny zadrżał. Nie chciał, żeby kocurowi coś się stało. Był jego przyjacielem. Był kimś więcej. Kochał go. Nie wytrzymałby jego odejścia.
Nie potrafił myśleć. Nie miał pojęcia co zrobić. Krążył w kółko. Jego wzrok padł na wyjście z obozu. Dziwna chęć odwiedzenia Orlego Drzewa narodziła się w jego łbie. W końcu tam on i Zimorodek mieli swoją randkę. Choć wtedy jeszcze tego tak nie nazwaliby. Krótkie łapki ochoczo podążyły w tamtą stronę. Jeśli miał odnaleźć rozwiązanie to tylko tam.
— Zatrzymaj się, Kwaśny Języku. — ostre prychnięcie rozległo się za nim.
Nie musiał się odwracać, żeby wiedzieć do kogo należało. Zadrżał, kuląc się. Zimorodka nie było w obozowisku. Wyszedł z Koperkowym Futrem i Jaśminowym Snem na polowanie. Nikt go nie uratuje.
— Pójdziesz za mną. Już.
Niechętnie odwrócił się w stronę lidera. Ze spuszczonym łbem podążył za kocurem. Wszystko w środku namawiało go do ucieczki. Łapy wręcz paliły się, próbując oddalić się od rudego. Lecz Kwaśny wiedział, że nie może tego zrobić. Jeśli on nie poniesie kary spotka to Zimorodkowy Blask. A tego czarny nigdy by sobie nie wybaczył. Niebieski zbyt wiele przez niego wycierpiał. Nie mógł mu tego zrobić.
Lisia Gwiazda wyprowadził go z obozowiska. Szli przez las. Las, w którym nie tak dawno temu Kwaśny i Zimorodek wyznali sobie uczucia. Stali się partnerami. Miejsce, w którym Kwaśny myślał, że wszystko się ułożyło. Że już będzie tylko lepiej.
Lisia Gwiazda nagle zatrzymał się. Kwaśny niemal uderzył o ciało rudego. Niewielki skwer polany ukazało się jego ślipią. Nie byli sami. Czuł woń jeszcze jednego kota. Zapach, który dobrze znał. Podniósł łeb, żeby ujrzeć żółte ślipia. Pełne smutku i przerażenia.
— Nie! Błagam...! T-tylko... tylko nie on... Błagam! P-przepraszam... Tak bardzo przepraszam... P-proszę, nie, tylko... t-tylko nie on... — łzy wypełniły ślipia szylkretki.
Kwaśny nic nie rozumiał. Wpatrywał się w płaczącą siostrę, nie wiedząc co się dzieje. Odwrócił się w stronę ojca. Ten z uśmiechem przypatrywał się temu.
— Zrób to. — krótki rozkaz padł z jego pyska.
Kwaśny zadrżał, przenosząc wzrok na Iskrzący Krok.
Czy on właśnie miał zaraz...
— B-błagam... — miauczała szylkretka, trzęsąc się cała.
Jej ślipia wypełnione przerażeniem ociekały łzami. Kwaśny niepewnie podszedł do niej. Czuł gulę rosnącą w jego gardle z każdym krokiem. Nie mógł patrzeć na cierpienie siostry. Nie rozumiał co się działo, lecz czuł jak serce mu pęka, widząc kotkę w tym stanie. Niepewnie położył łapę na jej, bojąc się ją przytulić. Nigdy nie widział jej w takim stanie. Agonalnym. Błagającym o przebaczenie, jakby zależało od tego jej własne życie.
— N-nie każ... nie każ mi tego robić... — łkała. — P-przepraszam... w-wybacz mi, proszę, w-wybacz mi... t-tylko... t-tylko n-nie on...
Lisia Gwiazda podszedł do nich. Usiadł na przeciwko swoich kociąt. Jego pozbawione emocji ślipia spojrzały na nich. Kwaśny zadrżał, czując jego wzrok na sobie. Nie chciał tu być. Nie rozumiał co tu się działo. Chciał, żeby to wszystko okazało się złym snem. Chciał być teraz z Zimorodkowym Blaskiem, a nie tutaj przerażony. Nierozumiejący nic.
— Zrób to. — powtórzył lider, wysuwając pazury. — Albo ja to zrobię. Brutalnie. Powoli. Jego pisk usłyszy cały las. Jego wnętrzności będą wszędzie. Masz wybór.
Kwaśny zacisnął mocno ślipia. To wszystko było snem. Bardzo złym snem. Jedynie strasznym snem. Nie mogło dziać się naprawdę. Nie mogło. To jedynie sen. Bardzo straszny sen.
— P-proszę... — jęk siostry wypełnił jego uszy.
Lisia Gwiazda trzepnął ogonem o ziemię, sprawiając, że Kwaśny zadrżał.
— To twoja ostatnia szansa.
Słyszał jak siostra wstaje. Niechętnie. Przepełniona bólem. Pachnąca płaczem. Idzie w jego stronę. Jej zapach przytłumiony wonią żalu otulił go z każdej strony. Jej drżące ciało pełne łez przywarło do niego.
— P-przepraszam... P-przepraszam, K-kwaśny... — miauknęła do jego ucha. — N-naprawdę... n-naprawdę... s-starałam się...
Otworzył pysk, żeby odpowiedzieć siostrze. Żeby poprosić, by czuwała nad Zimorodkiem. Żeby wiedział, że nie chciał. Nie chciał, żeby to wszystko się tak potoczyło.
Nim zdążył zrobić cokolwiek palący ból przeszył jego gardło. Lepka substancja wypłynęła z niego, zalewając jego pierś. Otworzył ślipia spanikowany. Nie wiedział co to za uczucie. Nie wiedział co mu zrobiła. Czuł ból. Jedynie nasilający się coraz bardziej ból, który nie ustępował. Powinien iść do medyka, lecz nie był wstanie poruszać ciałem. Runął na ziemię bezwładnie. Pokryty czerwienią spojrzał na smutne ślipia siostry. Żółte ślipia pożegnały go z tego świata. 

21 września 2021

Od Kwaśnego Języka

Ostatnio działo się wiele złego. Zapach strachu, lęku i paniki unosił się w powietrzu. Pora nowych liści nie pomagała. Mróz i wilgoć przyniosła zamiast zwierzyny plagę robactwa. Kotów było wiele zwierzyny mało. Głód stał się codziennością. 
Klan Gwiazd zdawał się ich opuścić. Kwaśny miał rozwiązanie. Znał medium. Mało kto zdawał sobie z tego sprawę. Lecz czarny odkrył tajemnicę przybłędy, która dołączyła do ich klanu. Wrzosowa Pogoń siedziała ze swoim licznym rodzeństwem. Wojownik niepewnie zbliżył się do nich. Nie umiał rozmawiać. Szczególnie z obcymi. Ale z burą kotką połączyła ich więź. Czuł to. 
— Wrzosowa Ła... Wrzos...? — miauknął cicho. 
Czujne uszy wojowniczki uniosły się. Zielone ślipia spojrzały na niego. Położył uszy. Miał nadzieję, że jej nie przeszkadza. 
— Tak? 
Kwaśny zaszurał łapą w ziemi. 
— Mogę... możesz ze mną przejść się? — miauknął w końcu.
Kotka przekręciła zdziwiona łebek. 
— Nie ma problemu, a coś się stało? Coś zrobiłam nie tak?
Kwaśny pokręcił łbem i wstał. 
— Ja... ja chciałem o coś poprosić. — mruknął tajemniczo. 
Skierował łapy w stronę wyjścia z obozu. Wojowniczka niepewnie podążyła za nim.
— O co takiego chodzi? — dopytywała. 
Przyspieszył kroku. 
— Nie teraz. Za dużo kotów. 
Wyszli z obozowiska. Rozejrzał się uważnie po okolicy. Nikogo nie było. Spojrzał na Wrzosową Pogoń. Niepewność lśniła w jej ślipiach. Nie rozumiała o co chodzi i co się dzieje. 
— Ja... — zaczął cicho. — Chciałem poprosić cię o pomoc. Nikomu nie mówiłem o tym, ale wiem, że jesteś medium. Wiem, że to ty wezwałaś mojego tatę wtedy. I... mogłabyś teraz mi pomóc? Z Orlim Piórem? — wlepił błagalne spojrzenie w burą kotkę. 

<Wrzos? przepraszam, że tak mega długo>


19 września 2021

Od Kwaśnego Języka

Wracał z polowania z niczym. Poświęcił tyle czasu na złapanie czegokolwiek, ale wszystkie myszy czy ptaki zdawały się już zostać wyłapane przez innych wojowników. Poczuł surowe spojrzenie lidera, gdy wszedł do obozowiska. Nie musiał widzieć jego pyska, żeby wiedzieć, że jest zły. 
— Kwaśny Języku. 
Ciało wojownika mimowolnie zadrżało. Spojrzał niechętnie na Miętową Gwiazdę, który coraz bardziej przypominał mu ojca niż znanego mu rudzielca. 
— T-tak? 
Lider machnął ogonem, pokazując mu, że ma iść za nim. Kwaśny niepewnie podążał za nim. Niepokój urósł w nim, gdy postawili łapę poza obozowiskiem. Szli jeszcze kawałek aż zatrzymali się przy ośnieżonych paprociach. 
— Musisz skończyć z tą dziecinadą. — zaczął surowo lider. 
Czarny nie rozumiał o co chodzi. 
— Nie udawaj, że nie wiesz o co chodzi, Kwaśny Języku. Nie jesteś tak głupi jak matka. — warknął rudy. 
Niegdyś zielone ślipia teraz pobrązowiałe wpatrywały się w niego z obrzydzeniem. 
— Przynosisz wstyd swojej rodzinie, jak i Klanowi Klifu. Jak myślisz dlaczego Iskrzący Krok jest taka przygnębiona? Jest rozczarowana tobą i twoją błazenadą. Obrzydzona jak reszta klanu gdy pleciesz głupstwa z tym Zimorodkowym Blaskiem. — kontynuował lider. 
Wojownik poczuł jak łzy zbierają mu się w ślipiach. Pokręcił łbem. To nie mogła być prawda. Iskrzący Krok nie była taka. Przecież kochała go całym sercem. 
— Nie musisz mi wierzyć, wronia strawo. Zakłamuj rzeczywistość jeśli wolisz. W końcu całe życie byłeś tchórzliwym kawałkiem mysiego gówna. — Miętowa Gwiazda złapał go za pysk i wbił w niego pazury. — Ale od dziś nie zamierzam tego dłużej tolerować, rozumiesz? Jeśli nie zerwiesz kontaktu z tym ułomek Zimorodkowym Blaskiem i nadal będziesz zachowywać się jak skończona mysia strawa to uwierz mi, twój kochaś poczuje konsekwencje twojego zachowania. — prychnął, wypuszczając zapłakanego wojownika na ziemie. 
Kwaśny upadł na ziemię. Szybko się z niej zebrał i nawet nie patrząc na lidera, zaczął biec przed siebie. Nie potrafił przetrawił słów, które właśnie usłyszał. Wyrzucał je z łba, ale one wciąż powracały. Niczym klątwa. Biegł przed siebie próbując zgubić słowa lidera po drodze. Nie wyszło. Wpadł do obozowiska. Tam przerażony udał się nieprzytomnie do legowiska medyków. Może oni coś zaradzą.
Może to wszystko jest snem? 
— Kwaśny Języku, twoja łapa. Na Klan Gwiazd, czemu nie przyszedłeś wcześniej? — miauknął Bluszczowe Pnącze, widząc odmrożoną poduszkę wojownika. — Siadaj zaraz się tobą zajmę. 

wyleczeni: Kwaśny Język

Od Kwaśnego Języka CD. Iskrzącego Kroku

Kiwnął łbem. 
Wątpił, żeby Orzełek przyszedł, ale... spojrzał na siostrę. Wyglądała źle. Nie jak ona. Smutno. Pachniała stresem i nerwami. Kwaśny już nie pamiętał kiedy widział, żeby uśmiechała się szczerze. 
— Zimorodek chyba jest zajęty. Ma ucznia. — poinformował ją. 
Iskrząca zamyśliła się na uderzenie serca. Jej zmęczone ślipia wędrowały po ziemi. 
— No tak. — ciche miauknięcie zdradzało nierozgarnięcie kotki. 
Kwaśny oderwał się niechętnie od siostry i ruszył w stronę wyjścia z obozowiska. Mama zawsze im powtarzała, że spacer jest dobry na wszelkie problemy. 
— Idziemy? 
Spojrzał do góry. Liście drzew opadały na ziemię kolorowe przez niesforny wicher. Były śliczne. Takie złociste. Szylkretka dogoniła brata i zatrzymała się przy nim, by rzucić okiem na niebo. 
— Myślisz, że będą jeszcze jakieś kwiatki? — zapytał Kwaśny niepewnie. 
A co jeśli ich cel wędrówki nie ma sensu? Kwiatki rosły porą opadających liści? Iskrzący Krok spojrzała na niego. Sztuczny uśmiech kradł się na jej pysk. 
— Na pewno coś znajdziemy. — miauknęła. 
Kwaśny przekręcił łeb. Coś nie ufał temu twierdzeniu. Nie chciał, żeby siostra się rozczarowała i zasmuciła jeśli żadnych nie znajdą. 
— Zawsze możemy pozbierać liście. Też są ładne. — stwierdził, przyglądając się jednemu z nich. — Orle Pióro zawsze je lubił. 
Żółte ślipia wbiły wzrok w liście. Kwaśny obserwował kotkę kątem oka.
Zerwanie z Olchowym Sercem tak ją męczyło? 
— To chodźmy w głąb lasu. — zaproponowała niemrawym głosem, idąc w kierunku dawnego obozu. 
Kwaśny podążył za nią. Nie wiedział co się robi w takich sytuacjach. Zimorodkowy Blask pewnie przytuliłby Iskrzącą. Ale Kwaśny już to zrobił i kotce nie było lepiej. Rozmowa? To zrobiła z nim Popielaty Grzbiet i pomogło? Lecz nie był pewny co dokładnie gryzie siostrę. 
— Spójrz, Kwaśny. Jakie czerwone. — mruknęła Iskrzący Krok, wskazując na krzak z bordowymi liściami. 
Wojownik podszedł do niego. Były bardzo ładne. Niektóre posiadały czarne kropki. A może to robaki?
— Zupełnie jak twoje futro. — stwierdził, pokazując siostrze liść. 
Iskrząca spojrzała na niego smutno.
— Faktycznie. 
Wzrok Kwaśnego skupił się na pysku siostry. Analizował jak może jej pomóc. Bo przecież musiał. Byli rodzeństwem. Musiał jej pomóc. 
— Coś się stało, Kwaśny? Mam coś na pysku? 
Czasu było coraz mniej, a rozwiązania żadnego. 
— Wszystko w porządku? — powtórzył jej słowa. wbijając wzrok w kotkę. 

<Iskrząca?>


Od Kwaśnego Języka CD. Zimorodkowego Blasku

Przyjemne ciepło rozeszło się po ciele kocura. Wtulił się w Zimorodka, chcąc zapomnieć o całym świecie. Brakowało mu przyjaciela. Brakowało mu jego ciepła. Ostatnio siedzieli tak w siebie wtuleni, gdy Mały Słodki Bąbelek Zimorodek Junior był z nimi.
— Pamiętaj, że jestem tu z tobą. — język niebieskiego przejechał po czole wojownika.
Kwaśny poczuł się jak małe kocie. 
Bezsilne kocie. 
Zaniósł się głośnym płaczem. Tak strasznie tęsknił za Orlim Piórem. Nie potrafił odnaleźć się w tym świecie bez niego. 

* * *
*jeszcze Porą Zielonych Liść*

Stokrotka upadła ku jego łap. Kwaśny spojrzał na swój ulubiony kwiat. Taki biały. Niczym śnieg. Żółty środek przypominał mu upalne dni. Uniósł wyżej wzrok. 
Zimorodek.
— Przejdziemy się?
Kwaśny Język zwinął się w kłębek. Nie miał siły wystawić łapy poza legowisko. Wszystkie jego poszukiwania Orlego Pióra były bezowocne. Jego syn wsiąkł. Przepadł. A wraz z nim chęć Kwaśnego do dalszego życia.
Zimorodkowy Blask usiadł koło niego. Jego ciepłe ciało przywarło do boku Kwaśnego. Kocur spuścił łeb. Nie miał prawa być szczęśliwy. Nie gdy jego syn wciąż był nieodnaleziony. 
— Poprosimy drzewa o pomoc. — zaproponował niebieski. 
Kwaśny trzepnął wściekły ogonem. 
Drzewa? 
Srał na nie. Tyle razy błagał ich o pomoc. Składał ofiary. Płakał, błagając o odnalezienie jego syna. Lecz drzewa były na to obojętne. Ich gałęzie kołysały się na wietrze, nie zważając na płaczącego pod nimi wojownika. 
— Kwaśny...? 
Zapłakane brązowe ślipia spojrzały na niego.
— Zostaw mnie. — miauknął jedynie. 
Zimorodek ze smutkiem oderwał wzrok od przyjaciela. Dawno już nie widział niebieskiego takiego przygnębionego. Kwaśny czuł jak jego serce się łamie na kawałki. Był głupi. Ale nie potrafił inaczej. Cętkowany poszedł dalej, a Kwaśny ciągnął go w dół. Nie potrafił się pozbierać. Nie potrafił dalej żyć. Nie mógł tego zrobić Zimorodkowi. 
— Ja też za nim tęsknię, Kwaśny. Potwornie. Ale nie możemy odtrącać siebie. 
Wyszedł, pozostawiając płaczącego wojownika samego. 

* * *
*Porą Opadających Liści*

Leżał sam w legowisku. Zimorodek już do niego nie przyszedł. Był sam. Nigdy nie czuł się aż taki samotny. Wcześniej nie doceniał tego. Nie doceniał starań jego najbliższych. Teraz gdy wszystkich odrzucił dopiero poczuł czym jest prawdziwa rozpacz. 
— Kwaśny Języku. 
Uniósł niechętnie łeb. Popielaty Grzbiet. Jego dawna uczennica. Teraz już dorosła kotka niepotrzebująca jego pomocy. Zakrył pysk ogonem. Nie potrzebował jej litości. 
— Siedząc tu nic nie osiągniesz. — zaczęła. — Musisz iść dalej. Co ci da gnicie tutaj, hm? No właśnie nic. Myślisz, że Orle Pióro chciałby, żebyś tak spędził resztę życia?
Kwaśny zakrył uszy łapami. Nie chciał tego słuchać. Nie mógł. 
Przecież wiedział o tym. Wiedział, ale nie potrafił inaczej. Przyjaciele i siostry go opuściły. Żyli bez niego. Pewnie lepiej im było tak. Był tylko dla nich ciężarem. 
— Oni... nie potrzebują mnie... — miauknął cicho. 
Popielaty Grzbiet parsknęła. 
— Chyba oślepłeś od gnicia tu. Nie potrzebują cię? Skąd ty to wziąłeś? Zimorodek chodzi jakby Klan Gwiazd go opuścił. Iskrzący Krok wygląda strasznie. A Wronka... Wronka to Wronka sam wiesz. A Zgubiona Dusza... wiesz jak bardzo chciała, żebyś poznał jej syna? 
Kwaśnemu Językowi zrobiło się głupio. Zasłonił pysk łapami. 
— To co? Może przejdziesz się do Zimorodka? 
Czarny położył uszy.
— I... i co mam... mu powiedzieć? — zapytał bezradnie zupełnie jak małe kocie. 
Popielaty Grzbiet uśmiechnęła się i potarmosiła go po łbie. 
— Że przepraszasz. Od tego najlepiej zacznij. 

* * *
*Porą Opadających Liści nadal cn tylko z dwa wschody potem*

Wpatrywał się niepewnie w sylwetkę Zimorodkowego Blasku, który rozmawiał z Jaśminowym Snem. Bał się podejść. Bał się, bo nie wiedział jak kocur zareaguje. Czy słowa Popielatego Grzbietu były prawdziwe? 
— Kwaśny...?
Zdezorientowany wojownik spojrzał w stronę Zimorodka. Jego żółte ślipia wpatrywały się w niego. Poczuł jak łapy mu miękną ze stresu i obaw. Niepewnie zrobił krok w stronę niebieskiego. Czuł na sobie jego czujne spojrzenie. Serce biło mu jak oszalałe. Wszystko krzyczało w nim, żeby uciekał. 
— Ja... ja p-przepraszam. — zaczął cicho, bojąc spojrzeć kocurowi w pysk. 
— Oh, Kwaśny! Tak za tobą tęskniłem. — Zimorodek rzucił się na niego.
Czarny upadł pod ciężarem niebieskiego na ziemię. Mokra ziemia załagodziła upadek. Poczuł jak przykleja się do jego futra. 
— Obiecaj, że już nigdy nie dojdzie do takiej sytuacji. Obiecaj. N-nawet... nawet nie wiesz jak tęskniłem. — wojownik rozkleił się. 
Kwaśny poczuł nieprzyjemne kłucie w sercu. Nawet nie wiedział, że tak strasznie zranił przyjaciela. 
— O-obiecuję. — miauknął, wtulając się w niebieskiego. 
Też za nim tęsknił. 

* * *

Pora nagich drzew była ciężka. Brakowało pożywienia. Noce były zimniejsze niż kiedykolwiek. Pusty żołądek nie pomagał ich przetrwać.
Kwaśny spojrzał wtulonego w niego Zimorodka. Krótkowłosy kocur musiał o wiele gorzej znosić te temperatury. Odstający niesfornie kawałek futra na pysku niebieskie rzucił się czarnemu w ślipia. To pewnie przez niego Zimorodkowi było jeszcze zimniej. Kwaśny nachylił się i ulizał sierść. Jak na złość zaraz ponownie kłębek futra uniósł się do góry. Płasko-pyski  zmrużył ślipia. Nie podda się tak łatwo. 
— Kwaśny, co ty robisz...? — zapytał zaspany Zimorodek. 

<Zimo? sry, że tak długo :C>

23 sierpnia 2021

Od Kwaśnego Języka CD. Wroniego Wrzasku

Kwaśny uśmiechnął się.
— Świetny pomysł.
Złapał kwiatki w pysk i zaczął wcierać w sierść siostry. Wronka pisnęła.
— Nie tak, mysi móżdżku. Czekaj pokaże ci. — mruknęła i złapała jedną stokrotkę i wplotła bratu w futro.
Oczy Kwaśnego otworzyły się szeroko.
— Jeszcze jedną. — zawołał.
Kotka westchnęła i wzięła kolejną do pyska. Nie minęło parę uderzeń serca, a futro kocura było usiane kwiatami. Czarny przyglądał się temu zachwycony. Był taki śliczny. Teraz tylko czas było zrobić z Wronki piękność. Złapał jednego chabra i zaczął nieumiejętnie wkładać go w sierść kotki. Kwiatek się jakoś to trzymał, a to najważniejsze. Po nim wplótł kolejnego. I jeszcze jednego. I następnego. Aż futro wronki pokrywało zbyt wiele kwiatków. 
— Kwaśny, jak ja teraz wyglądam... — jęknęła Wronka, widząc swój bok. 
— Jak łąka. Bardzo ładna łąka. — odparł kocur. — Zimorodek. Musimy pokazać nasze kwiatki Zimorodkowi. 
Wstał wesoło i zaczął podążać w stronę obozowiska. Nie widząc za sobą siostry, zatrzymał się i odwrócił. Spojrzał na nią pytająco. Kotka wywróciła ślipiami. 
— Dobra, ale byle nikt inny nas nie widział. 
Wronka ruszyła za nim. Kwaśny cały w skowronkach szybko przebierał krótkimi łapkami. Dotarli do lasu. Cichy śmiech rozległ się obok nich. 
— A wy co? Bawicie się w trawę. —  rzucił zaczepliwie srebrny wojownik. 
Kwaśny zamrugał. 
— Nie, w łąkę. 
Kocur zaśmiał się wrednie. 
— Jeszcze lepiej. Świry z was. 
Wronka prychnęła na niego, strosząc sierść. 
— Nie. Wronka nie możesz. Kwiatki ci wypadają. — pisnął Kwaśny smutny do siostry. 
Kotka mruknęła parę brzydkich słów pod nosem i ruszyli dalej. Weszli na obrzeża obozowiska. Kwaśny zaczął się rozglądać za przyjacielem. O! Jest. 
— Zimorodku! — zawołał. 
Kocur zdezorientowany się rozejrzał. Gdy ich spojrzenia się spojrzały uśmiechnął się ciepło i podbiegł do nich. 
— Kwaśny! Wronka! Rewelacyjnie wyglądacie. O co chodzi? Ćwiczycie maskowanie? — zaczął wypytywać.
Kwaśny spojrzał na siebie. Faktycznie teraz mógł być niewidoczny w łące. Uśmiechnął się lekko. 
—  Tak...
—  Próbowaliśmy robić wianki. — przerwała siostra. — Mogę już to zdjąć? 
Kwaśny opuścił uszy. Nie rozumiał czemu kotka tak bardzo nie chciała w nich chodzić. Przecież wyglądała tak ślicznie.
— Skoro chcesz. — mruknął, obserwując jak zawstydzona Wronka ściąga z siebie kwiatki, które wplatał z takim skupieniem. 

* * *

Wpatrywał się we własne łapy. Dzień był chłodny. Zimne podmuchy wiatru wkradały się do legowiska wojowników. Deszcz padał niemrawo, tworząc kolejne kałuże w obozowisku. 
— Sojusz z Burzakami? Z tymi królikojadami? Miętowa Gwiazda upadł na łeb. Słyszałeś jak wyglądają? Jak mokre kundle. — jęczała kotka z tyłu.
Jej partner jedynie cicho mruknął w odpowiedzi. Kwaśny położył uszy. Chciałby być teraz sam. Siedzieć gdzieś wysoko. Wspominać czasy z Orlim Piórem. Uśmiechnął się gorzko na myśl o kocurze.
Mokra  sylwetka weszła do łoża wojowników. Z przesączonego deszczem futra kapało. Krople rytmicznie uderzały o podłoże. 
Kap.
Kap.
Kap. 
Kroki. Postać zaczęła zmierzać w jego stronę. Zapach dworu uderzył do jego nozdrzy. 
— Kwaśny? Kwaśny...? Słuchasz mnie? 
Uniósł niepewnie łeb. Wronka spoglądała na niego. Jej brązowe ślipia wydawały się jakieś inne niż zwykle. 
— Nie. — mruknął cicho, zwijając się ponownie w kłębek. 

<Wronka?>

Od Kwaśnego Języka CD. Iskrzącego Kroku

Kwaśny zamyślił się. Spędzanie więcej czasu. Oparcie. Robienie wszystkiego. Przyjemne ciepło. Serce szybciej bije. Zasad było dużo. Wojownik powtórzył je sobie. 
— Masz kogoś takiego, Kwaśny?
Przekręcił łebek. 
— A można mieć parę takich osób? 
Na pysk szylkretki wkradło się lekkie zaskoczenie, ale kiwnęła łbem. Kwaśny powtórzył kolejny raz zasady miłości.
— Mam. — odparł. 
Widząc zaciekawiony wzrok siostry, kontynuował. 
— Ciebie i Wronkę. I Zimorodka. I Zgubioną Duszę. — wymienił pewnie. 
Iskrzący Krok uśmiechnęła się lekko. 
— Ja ciebie też kocham, Kwaśny. — mruknęła, siadając bliżej brata. — Są różne rodzaje miłości, wiesz? Miłość do rodzeństwa i przyjaciół wygląda inaczej niż do ukochanego kota. 
Kwaśny zmarszczył brwi.
— Jak inaczej? — zdezorientowany. — Kochasz mnie inaczej niż Olechowe Serce?
Było więcej zasad? Więcej rodzajów? Zaczynał się gubić.
— Można tak to ująć. — rozpoczęła kotka. — Rodzeństwo i przyjaciół kocha się miłością braterską. A pomiędzy tobą i twoim partnerem są jeszcze inne rzeczy... — miauknęła trochę speszona.
Kwaśny wbił wzrok w siostrę. 
— Jakie rzeczy? 
Iskrzący Krok spojrzała na swoje łapy. Owinęła się ogonem. 
— Takie, których nie robi się z rodzeństwem i przyjaciółmi. — odparła.
— Czyli? — dociekał czarny. 
Spojrzała w głąb obozowiska. Jej wzrok wodził po różnych kotach, aż utknął w legowisku medyków. 
— Takie jak... — urwała. — Jak... chęć posiadania potomstwa. 
Kwaśny uniósł brwi zdziwiony. Czyli jego i Zimorodka łączyła partnerska miłość? Złapał się za łeb. Za dużo tego. 
— Przepraszam, Kwaśny. Nie potrafię dzisiaj ci tego dobrze wytłumaczyć. — miauknęła Iskrzący Krok. 
Kocur pokręcił łbem. 
— Nie. Już wszystko rozumiem.
Wstał i odszedł od kotki na parę kroków. Zatrzymał się. Czuł, że o czymś zapomniał. Odwrócił się. 
— Dziękuję. — dodał i pognał. 
Musiał to wszystko sobie ułożyć. I poinformować Zimorodkowy Blask. 

* * *
*przed śmiercią Orlego Pióra*

Iskrzący Krok została mamą. Zupełnie jak Kwaśny Język! Kocur z paroma piórkami zmierzał w stronę żłobka. Został powitany przez niepewne spojrzenie Olechowego Serca. Kotka zawsze dziwnie na niego patrzyła. Parę wesołych kulek futra biegało po kociarni. Kwaśny rozglądał się za jakimś podobnymi do niego czy siostry. 
— O, Kwaśny. — usłyszał ciche miauknięcie za sobą. 
Iskrzący Krok podeszła do niego.
— Poznajesz siostrzeńców? — jej głos był dziwny. 
Czarny zmarszczył brwi i przeniósł wzrok na kociaki. 
— Ten wygląda trochę jak tata. — stwierdził wskazując na rudą kulkę siedzącą w kącie kociarni. 
Iskrząca spojrzała na kociaka. 
— To Gorzki. Gorzki to twój wujek, Kwaśny Język.
— Dzień dobry. — miauknęło nieśmiało kocie i uciekł gdzieś w głąb kociarni.
Czarny jeszcze uderzenie serca podążał za nim wzrokiem, aż wrócił do przyglądania się pozostałym kociakom. 
— Mamo, to naprawdę nasz wujek? Wyglądacie inaczej. Dlaczego wujek ma taki płaski pysk? — zapytała zaciekawiona. 
— To Barwinek. — przedstawiła kocie Olechowe Serce liżąc innego kociaka. — A to Rubinek. 
Gorzki i Rubinek. I Barwinek? Jak ten kotko-kocur? Imiona kociąt coraz bardziej go zaskakiwały. 
— Taki się urodziłem. Moja mama też taki miała. — odpowiedział wojownik. 
Mała przekręciła łebek na bok. 
— To czemu mama nie takiego jak ty? — zapytała. 
Kwaśny nie znał na to odpowiedzi. Iskrzący Krok faktycznie nie miała takiego pyska jak on, ale miała krótszy od Wronki i reszty kotów. 
— Nie wiem. Muszę już iść. To dla was. — zostawił podarunek i wyszedł z kociarni. 

* * *
 
W ostatnich księżycach wszystko się zmieniło. Kwaśny nie nadążał. Zostaw w tyle opłakując syna i bojąc się wyjść poza ten bezpieczny świat. Tragedie spotykały ich klan każdego dnia. Informacje przechodziły obok Kwaśnego powodując oburzenie i rozpacz wśród innych Klifiaków. Ktoś zginął. Ktoś znów zginął. Krew. Zwłoki. Rozpacz i płaczące rodziny. Niekończące się śmierci wywołane... nie wiadomo czym. Kocur nie interesował się tym. Po stracie Orlego Pióra to straciło sens. 
Aż nie usłyszał tego głosu. 
Miętowa Gwiazda wściekły przemawiał. Białe truchło leżało pod jego łapami. Kwaśny nie potrafił skupić się na słowach. Wpatrywał się w lidera niepewnie. Znał ten głos. Brzmiał jak Miętowa Gwiazda, ale miał w sobie coś innego. Sposób wypowiadania słów. Budząca ciarki aura. Pewność siebie i nuta arogancji. 
Otworzył niepewnie pysk, chcąc wydusić z siebie to słowo. Utknęło mu w gardle. Ślipia wpatrywały się w rudego lidera, który teraz tak bardzo przypominał mu ojca. 

* * *

Jego siostra została zastępcą. Dotarło do niego z opóźnieniem. Spoglądał na nią zdziwiony. Mroźny Oddech... a no tak. Ona nie żyła. Miętowa Gwiazda ją zabił. Dziwne uczucie do niego powróciło. Zerknął w stronę lidera. Wyglądał jak Miętowa Gwiazda. Nie jak jego ojciec. 
— Wszystko w porządku? — głos siostry był inny. Zmęczony. 
Kwaśny ponownie spojrzał na nią.
— Nie. Ostatnio wszystko jest dziwne. 

<Iskrząca?>

29 czerwca 2021

Od Kwaśnego Język CD. Zimorodkowego Blaska

*dawne czasy, jak Orle Pióro został uczniem*

Kwaśny Język siedział sztywno, wpatrując się tępo przed siebie. Mały Słodki Bąbelek Zimorodek Junior... Ich ukochany synek został mianowany. Nie mógł w to uwierzyć. Czas kłamał. Nie wierzył w to, że ich kociak skończył już sześć księżyców. Przecież nadal był taki malutki. Grubiutki i bezbronny. A Lwia Gwiazda postanowił odebrać im go. Posłać na szkolenie, na które jeszcze nie był gotowy. Przynajmniej Srebrna Grzywa go mentorował. Kwaśny Język z całego serca wierzył, że i wojownik zauważy, że maluch jest jeszcze za młody i pozwoli im razem wrócić do żłobka. Zimorodkowy Blask płakał, wtulając się mu w futro. Deszcz z jego ślip coraz bardziej moczył sierść czarnego. Kwaśny Język nie wiedział jak zareagować. Chyba po raz pierwszy widział przyjaciela w takim stanie. Dziwny dreszcz przeszedł po nim. 
— Będę za nim tęsknił — powiedział Zimorodek, wciągając gluty, które uciekały mu z nosa.
Czarny kiwnął łbem. On też. Nie potrafił sobie nawet wyobrazić, że już nie będzie spędzał z kociakiem całych dni. Z Małym Słodkim Bąbelekiem Zimorodkiem Juniorem było mu tak dobrze w kociarni. Czuł się wtedy komuś potrzebny. Czuł, że dla kogoś był najważniejszy. Mogli razem spędzać dnie na zabawach, opowiadaniu bajek i spaniu. Kwaśny Język ostatnio czuł się tak dobrze, gdy sam był jeszcze kociakiem, a jego mama Słodki Język jeszcze żyła. Na samą myśl o czarnej kotce pochmurniał. Brakowało mu jej. Ale nie tak samo mocno jak Małego Słodkiego Bąbelka Zimorodka Juniora teraz. Z nim i odwiedzających ich Zimorodkiem czuł się jak rodzina. Jak prawdziwa rodzina. 
—  Kwaśny... — zwrócił łeb w stronę przyjaciela. 
Na widok zapłakanych ślip niebieskiego coś zakuło go w klatce piersiowej. 
— Czy on sobie poradzi? Zobacz jaki jest mały. 
— Za mały. — miauknął smutno. — Lwia Gwiazda popełnił błąd. Musimy go wyjaśnić. 
Zimorodek otarł łzy i spojrzał na przyjaciela. 
— Jak? Sam go słyszałeś. Uparł się, że nas syn jest jakimś "karłem". — niebieski na samo to słowo zmarszczył brwi.
— Siłą. — stwierdził Kwaśny Język. — Kulą Śmierci. 
Zimorodkowy Blask otworzył pysk szczerzej. Nie wydawał się przekonany, że to dobry pomysł. 
— Eee... no dobrze. — mruknął w końcu i uśmiechnął się niepewnie. 
Kwaśny liznął przyjaciela w polik i podniósł się.
— Ruszajmy. 

* * *

Kwaśny Język wpatrywał się ślepo w miejsce, w którym zazwyczaj spoczywała ów Kula Zagłady. Nie było jej. Liście już dawno straciły jej woń, a całe miejsce zapadło się pod ciężarem gałęzi z nowymi liśćmi. Kocur westchnął. Jego cały plan zrujnowany.
— Może poszukamy gdzieś indziej? 
— zaproponował Zimorodek. 
Kwaśny pokręcił łbem. To było bez sensu. Lwia Gwiazda się uparł i nie docierały do niego żadne prośby wojownika. Musiał się z tym pogodzić. Zaakceptować jakoś. Nie miał innego wyjścia. Ze zwierzonym ogonem ruszył w stronę obozowiska. 
— Wracajmy. — miauknął smętnie. 

* * *

Kwaśny Język nigdy nie spodziewał się przeżyć podobnej tragedii.
Jego synek... jego malutki uroczy synek... zaginął bez śladu. Wojownik miał ochotę zagrzebać się głęboko w legowisku i już nigdy z niego nie wychodzić. Przepadł. Zniknął bez słowa. Odszedł? Kwaśny nie miał pewności. Nie mógł się poddawać. Nie mógł tracić nadziei. Była szansa, że Orle Pióro gdzieś był. Czekał na niego zagubiony i przestraszony. Musiał znów go pójść szukać. Odnaleźć. 
Spojrzał niechętnie w stronę legowiska starszych. Musiał posprzątać je przed zachodem słońca. Inaczej mógł być pewny, że Mroźny Oddech zadba by i za to został ukarany. Kwaśny niechętnie zebrał się na łapy. Rzucił ostatnim razem na niewielkie kamyczki. Orle Pióro tak bardzo lubił je zbierać za kociaka. To jedyne co mu po nim zostało. Kwaśny Język przejechał łapką po jednym z nim. Łzy pojawiły się w ślipiach czarnego. Otarł je z trudem z pyska. Kolejny atak płaczu go dorwał. Dreszcze przeszły przez ciało wojownika. Tak strasznie za nim tęsknił. Oddałby wszystkie łapy byle syn znów był z nim. Żeby chociaż wiedzieć, że jest cały i szczęśliwy. Oderwał się niechętnie od kamyczków. Smętnym krokiem opuścił legowisko wojowników. Niemrawo skierował łapy w stronę legowiska starszych. Dwie pary białych łap stanęły mu na drodze. Niechętnie uniósł łeb do góry. 
— Zimorodku...? — miauknął niepewnie. 
Wyższy kocur spojrzał na niego zmartwiony. 
— Może... zjemy coś razem? — zaproponował, pokazując na stos ze zwierzyną. 
Kwaśny Język pokręcił łbem. Nie miał siły do jedzenia. Na sam widok piszczek przypominało mu się jak Orle Pióro wesoło je wciągał jedną za drugą. Zupełnie jakby nigdy nie mógł być najedzony. Na samo wspomnienie o tym łzy znów zawitały w ślipiach wojownika. Szybko spuścił łeb. 
— Nie jestem głodny. — miauknął cicho i wyprzedził przyjaciela. 

<Zimorodek?>

07 czerwca 2021

Od Kwaśnej Łapy (Kwaśnego Języka) CD. Wroniej Łapy (Wroniego Wrzasku)

Kocurek wesoło spojrzał na siostrę. Tak się cieszył, że ją odnalazł.
— Chodź. Znalazłem coś fajnego. — miauknął do kotki, podchodząc bliżej.
Wronia Łapa odsunęła się ponownie. Kwaśny zmarszczył brwi. Nie rozumiał o co jej chodziło. Zimorodkowi nigdy nie przeszkadzała jego bliskość. Może śmierdział?
— Nie chce mi się. — odpowiedziała szczerze siostra. — Nie możesz tego mi przynieść?
Kwaśny położył uszy.
— Nie możesz polecieć? Wtedy zajmie ci to parę uderzeń serca. — miauknął.
Kotka przewróciła ślipiami.
— Nie ma... — urwała, rozglądając się wokół siebie. — Jest za mało wiatru na latanie. — stwierdziła.
Kwaśny spojrzał zaskoczony na siostrę. Do dziś nie wiedział, że kotka potrzebuje go, żeby wzbić się w przestworza.
— A jak go zrobię dla ciebie? — zapytał.
Kotka skrzywiła się lekko. Lecz na jej pysku szybko zawitało zdziwienie.
— Jak chcesz zrobić wiatr? — zapytała.
Kocurek wyprostował się dumnie.
— Coś wymyślę. Poczekaj tu. — poprosił i pobiegł w stronę krzaków.
— I tak nie zamierzam się nigdzie ruszać. — zawołała za nim kotka.
Kwaśny już tego nie usłyszał zajęty poszukiwaniami. Już kiedyś udało mu się stworzyć wiatr. Maślana Łapa zmusiła go do wachlowania się liśćmi jak były upały. Kocurek wtedy zrobił to niechętnie, ale dzięki temu teraz posiadał potrzebną wiedzę do pomocy siostrze, aby wzbiła się w przestworza. Podszedł do krzaka, przyglądając się mu uważnie. Potrzebował dość dużych liści. W końcu Wronia Łapa miała polecieć. Krzew niestety nie był w stanie mu takich dostarczyć. Zaczął przyglądając się trawie. Koniec końców udało mu się znaleźć coś zadawalającego. Zerwał je i podbiegł do siostry.
— I co teraz? — zapytała, widząc brata z liśćmi w pysku. 
Kocurek wypluł je, wziął w łapki i zaczął machać w stronę siostry. Lekki podmuch wiatru wprawił w ruch futro kotki.
— Hmhm, jest dość przyjemnie, ale to wciąż za mało, żebym poleciała. — stwierdziła kotka, kładąc łeb na łapach. 
Kwaśny położył uszy zasmucony. 
— To co mogę zrobić, żebyś poleciała? 

<wronia?>


22 kwietnia 2021

Od Kwaśnego Języka CD. Zimorodkowego Blasku

Nadal dobrze pamiętał emocje towarzyszące mu tamtego dnia. Jak uniósł drobne ciałko Małego Słodkiego Bąbelka Zimorodka Junior. Jak kołysał się gdy szli. Jak wrócili do obozu już było ciemno. Księżyc powoli rozpoczynał swoją wędrówkę po niebie. Całe obozowisko szło powoli spać. Słodki Bąbelek Zimorodek Junior też zasnął po drodze. Kwaśny obserwował znikające powoli do legowisk koty. 
— Coś nie tak? — zapytał niebieski. — Nie idziemy do siebie? 
Kwaśny położył delikatnie kocie na ziemi. Trzepnął ogonem. Zimorodkowy Blask zachowywał się jakby wyłączył mózg. Przecież wszyscy wiedzieli, że miejsce kociąt i ich matek jest we żłobku. Czyli i Kwaśnego Języka i Małego Słodkiego Bąbelka Zimorodka Juniora. Nawet specjalnie trochę utył. Wszystkie kotki oczekujące swoich kociąt tyły, żeby im kociętom wygodniej się na nich spało. Ulizał sierść na piersi. Zastanawiał się czy było wolne legowisko dla niego i Małego Słodkiego, czy musieli obudzić Omszoną Mordkę i poprosić o trochę jego dzieci. 
— Jego miejsce jest we żłobku. Ze mną. 
— Faktycznie. — miauknął Zimorodkowy Blask. — To chodźmy. 
Zaczął iść w stronę centrum obozowiska. Kwaśny nadal stał w miejscu. Zimorodek posłał mu zdziwiony spojrzenie. 
— Co się dzieje? — zapytał. 
Niższy wojownik spuścił wzrok. Wiatr zawiał lekko, targając im futra. Cisza panowała parę uderzeń serca, a i tak krępująco się dłużyła. 
— Boję się twojej mamy. 
— Czemu? 
— Nie będzie na mnie zła? 
— Co czemu? 
Kwaśny zaczął grzebać łapką w ziemi. 
— Że... że mamy razem kocie...? — wymamrotał. 
Zimorodek zaśmiał się cicho. 
— Na pewno będzie zachwycona z wnuka! — oznajmił wesoło Kwaśnemu, podbiegając do przyjaciela.
Czarny położył mu łapkę na pysku i spojrzał karcąco. 
— A racja, przepraszam. — szepnął Zimorodek, zerkając czy nie obudził Małego Słodkiego Bąbelka Zimorodka Junior. 
Maluch na szczęście nadal smacznie spał. Obydwoje odetchnęli z ulgą. Kwaśny zetknął się czołem z Zimorodkiem. Spojrzał prosto w żółte ślipia kocura. 
— Masz szczęście. 
Niebieski uśmiechnął się lekko. 
— Faktycznie. Gwiezdni mają mnie w opiece. — stwierdził. — Nie bój się mojej mamy. To naprawdę miła kotka. Choć czasem ma straszną minę. — niebieski sparodiował mimikę matki.
Kwaśny Język zaśmiał się cicho. 
— Musisz teraz zadbać o mnie i swojego syna. — miauknął poważnie, chwytając kocie lekko za kark i podnosząc. 
— I tak zamierzam. Będziemy najlepszymi rodzicami w całym Klanie Klifu i drzewa dadzą nam jeszcze więcej kociąt.
Czarny uśmiechnął się lekko. Chciałby, żeby tak faktycznie było. Cichutko na paluszkach zakradli się do kociarni. Trzy kotki wraz ze swoimi kociętami spały jak zabite. Kwaśny uważnie stawiając łapy, starał się o nikogo nie potknąć. W kącie dostrzegł stare i opuszczone legowisko. Idealne. Jutro zrobią z nim porządek. Ułożył się na nim, kładąc kociaka koło siebie. Maluch nieprzytomnie wtulił się w niego, mamrocząc coś cicho pod nosem. Wyglądał rozkosznie. I tak spokojnie. Jego goły i różowy brzuszek unosił się rytmicznie, a ślipia poruszały się pod powiekami. Pewnie śnił o polowaniu. Kwaśny był przekonany, że wyrośnie na wspaniałego wojownika. Lub medyka. 
— Przynieś coś wam? — szepnął Zimorodkowy Blask. 
Kwaśny pokręcił łebkiem. Otulił kocie ogonem. 
— Dobranoc Zimorodku. — szepnął szczęśliwy, wpatrując się w kocie. 
Przyjaciel uśmiechnął się.
— Dobranoc Kwaśny Języku i Mały Słodki Bąbelku Zimorodku Juniorze. 
Następnego dnia wraz z paniką niektórych młodych matek Kwaśny i Mały Słodki Bąbelek Zimorodek Junior zostali powitani. Berberysowa Gwiazda nie była zadowolona jak miauczał mu Zimorodek, ale zdaniem niebieskiego kotka tylko przeszczęśliwa zgrywała zrzęde. Wylądował z Mały Słodkim Bąbelkiem pierw u medyka, a potem na parę wschodów słońca do starszyzny. Kwaśnemu Językowi pękało serce, że ich kocie nie może się bawić z rówieśnikami i zostali tak potraktowani przez teściową. Zimorodkowi na szczęście udało się uprosić matkę, by mógł tam zamieszkać z potomkiem. 

* * *

Leżał na posłaniu obserwując jak Mały Słodki Bąbelek Zimorodek Junior bawi się z Kalinką. Kociaki wesoło się ganiały, krzycząc coś do siebie. Kwaśny Język uwielbiał obserwować jak maluch bawił się z pozostałymi mieszkańcami żłobka. Był wtedy taki rozkoszny. 
— Nie złapiesz mnie! — pisnął wesoło maluch, przyspieszając. 
Niefortunnie potknął się i wpadł na Mroźny Oddech. Biała kotka zjeżyła się i syknęła. 
— Zjeżdżaj bachorze babochłopa. — prychnęła, wysuwając pazury. 
Mały Słodki Bąbelek Zimorodek Junior z piskiem uciekł od białej kotki nim Kwaśny zdążył zareagować. Nie umknęło mu, że kotka, z niezrozumiałych dla niego powodów, pała do niego i jego kociaka nienawiścią. 
— Mamo, mamo— podbiegł do niego. — Straszna pani... — zaczął, ale ślipka już wypełniały mu łzy. 
Kwaśny poczuł jak pęka mu serce. 
— Ciii...  Nie przejmuj się nią. Zazdrości ci. 
— Naprawdę? Jak? — miauknął kociak żałośnie. 
— Ona nie ma tu mamy ani taty. — wytłumaczył dymnemu. — Pewnie bardzo za nimi tęskni. 
Mroźnej najwidoczniej nie spodobało się co mówił kociakowi.
— Jeszcze słowo, a sama zadbam, żeby zrobiono z tobą porządek, ułomna cioto. — syknęła biała. 
Kwaśnym jedynie zakrył uszka Małemu Słodkiemu Bąbelkowi Zimorodkowi Juniorze. Kotka mierzyła go jeszcze uderzenie serca chłodnym wzrokiem, aż w końcu usiadła, mamrocząc coś do siebie. 
— Mamo?
Mały Słodki Bąbelek Zimorodek Junior próbował sam stracić jego łapki z uszu. Kwaśny zabrał je i westchnął cicho. Z Mroźnym Oddechem były same problemy. 
— Tak?
— Czemu mam takie długie i dziwne imię? — zapytało kocie. 
Kwaśny Język uśmiechnął się lekko. 
— Bo jesteś wyjątkowy. 
— Czyli?
— Drzewa nam cię zesłały. Klan Gwiazd sam wybrał cię, żebyś pojawił się na tym świecie. 
Kociak niewiele z tego rozumiał, bo jego pyszczek pozostał szeroko rozwarty. 
— Kiedyś zrozumiesz. Jak będziesz duży to ci to wytłumaczymy z tatą. 
Zimorodkowy Blask jak na zawołanie pojawił się we żłobku. W pysku niósł wróbla, którego położył przed łapami Kwaśnego. 
— Proszę. Dla ciebie — miauknął liżąc na dzień dobry Kwaśnego w policzek, a ich kocię po główce. — Ale on uroczy! Nadal nie mogę uwierzyć, że drzewa dały nam dziecko! Jest grzeczny? Dużo je? Pamiętaj, aby jadł dużo! Wtedy będzie silnym wojownikiem! 
Kwaśny Język kiwnął łebkiem. 
— Na pewno. — mruknął z dumą. — I już ma swojego pierwszego przyjaciela! Jeszcze trochę, a sam będzie prosił drzewa o kocięta. — czarny nie mógł uwierzyć, że kociaki tak szybko dorastały. 
Czas był nieubłagalny. Biegł szybciej niż najszybszy kot z Klanu Klifu. Zimorodek spojrzał na syna z nieukrytym podekscytowaniem. Uśmiechnął się do malca. 
— Kogo? Kto jest takim farciarzem? 
Mały Słodki Bąbelek Zimorodek Junior uniósł zadowolony z siebie łebek wysoko.
— Kalinka. — odparł. — Jest strasznie smutna, że nie ma mamy i taty jak ja. Nie ma kto jej opowiadać bajek. — dodał. 
— Zawsze my możemy. — zaproponował Zimorodek. — Zawołał ją. Tata wam zaraz opowie o jakiejś niesamowitej przygodzie! 

<Zimo?>

23 marca 2021

Od Kwaśnego Języka CD. Zimorodkowego Blasku

Spojrzał ostatni raz na wojowników coraz bardziej znikających w oddali i podążył za Zimorodkiem. Szli przed siebie. Niebieski poinformował go, że na farmie nie ma żadnych kociąt, więc ruszyli dalej. Ku przygodzie. Krajobraz coraz bardziej się zmieniał. Drzewa i trawa ustępowały na rzecz dziwnych kamieni, które wypełniały przestrzeń. Wojownicy stanęli na ogromnym płaskim kamieniu. Był czarny i śmierdział. Zupełnie jak Wilczak. Kwaśny skrzywił się pod wpływem nieprzyjemnego zapachu. 
— Gdzie idziemy? 
Rozejrzał się dokoła. Drzewa i skalne zabudowania wyglądały dość podobnie do siebie. Okręcił się wokół własnej osi. 
— Tam. — wskazał łapką niebieski kamień. 
Jego barwa przypominała niebo Porą Zielonych Liści. Zupełnie jakby Klan Gwiazd wskazywał im drogę. Kwaśny uniósł ogon do góry i podążył ścieżką ku błękitnej skale. Zimorodek tuż za nim wesoło dreptał. Obozowisko Dwunogów różniło się od tych klanowych. Było ogromne, a każda kolorowa skała miała własne ogrodzenie. Pomiędzy nimi ciągnęły się ścieżki z czarnego, śmierdzącego kamienia. Dwunogów nie było widać. Pozamykani w swoich skalnych domach nie wychylali się za bardzo na dwór. Niektóre młode latały po ogrodzonych terenach, skacząc i wrzeszcząc dziwnie. Kwaśny Język im dłużył się im przypatrywał tym bardziej nie mógł zrozumieć tych istot. Im głębiej szli w obozowisko Dwunogów tym więcej kolorowych skał spotykali. Z czasem i potwory. Kocur na początku obawiał się ich, ale z czasem zauważył, że stwory nic im nie robiły. Zatrzymali się dopiero, gdy na ich drodze pojawiła się niewielka istotka. Jej niebieskie futerko poprzecinane było jaśniejszymi i ciemniejszymi smugami. Bystre żółte oczy przyglądały się im uważnie. Kwaśny wydał z siebie zaskoczony pisk. Wbił ślipia z nadzieją w niebieskiego towarzysza. 
— Możemy go wziąć? 


<sry, że tak długi i tak krótko>

01 marca 2021

Od Kwaśnego Języka CD. Zimorodkowego Blasku

Zaspany spojrzał na Zimorodkowy Blask. Żółte ślipia wojownika wpatrywały się w niego. Poruszał pyskiem, ale nadal nieprzytomny kocur niewiele rozumiał. Ziewnął i zamknął oczy. W śnie on i Zimorodkowy Blask polecieli na księżyc. Ku zdziwieniu kocura zamiast Klanu Gwiazd spotkali całą armię osieroconych kociąt. 
Coś mokrego smyrnęło go w szyję. Mruknął cicho niezadowolony i przewrócił się na drugi bok. Nie zamierzał zrezygnować z tych kociąt. Było ich tak wiele. 
— Kwaśny. No wstawaj. — usłyszał głos Zimorodka. 
Był tak głośny, jakby kocur wszedł mu do łba. Nieprzytomnie przejechał łapą po pysku, ale nigdzie nie wyczuł tam Zimorodka. Znów coś mokrego dotknęło jego pyska. 
— Zii...morodkuu... ko...kocięta... na księżycu... mu...muszę im... bajkę... opo..opowiedzieć... — wymruczał cicho do wojownika.
Zamiast kolejnego trącania poczuł jak Zimorodek się do niego dosiada. Niebieski położył się obok niego w jego legowisku i zamknął oczy. Kwaśny nieco zdziwiony aż rozchylił jedną powiekę. Ujrzenia pyska Zimorodka tak blisko się nie spodziewał. Położył swoją kitę na kocurze, żeby nie było mu zimno i zamknął ponownie oko. 
— Już. — ogłosił Zimorodkowy Blask nagle. 
Zaskoczony Kwaśny Język otworzył oczy. 
— Co?
Niebieski uśmiechnął się. 
— Wkroczyłem do twojego snu i opowiedziałem bajkę każdemu z nich. — mruknął dumnie. — Idziemy?
Czarny spojrzał na niego z podziwem. 
— Już. — miauknął leniwie wygrzebując się z legowiska. 
Wojownik już na niego czekał w wejściu. Zdawał się jakiś bardziej podekscytowany niż zwykle. Przebierał energicznie łapami. Kwaśny doczłapał się do niego sennie, a następnie złapał się za ogon kocura. 
— Prowadź.
Zimorodek uśmiechnął się zadowolony i zaczął go wyprowadzać z obozowiska. Szli i szli. Aż dotarli do Orlego Drzewa. Czarny otworzył szerzej ślipia na widok przystojnej polany. Kwiaty ciągnęły się wokół drzewa. 
— Klan Gwiazd je tu zesłał? — zapytał niebieskiego. 
— Nie, ja je zerwałem. 
— Dlaczego? Coś się stało?
— Tak! Chcę aby było ci miło. Tak spędzić razem czas, tylko we dwoje. 
Kwaśny uniósł uszy. A on nic nie miał dla Zimorodkowego Blasku. 
— A nic dla ciebie nie mam... — miauknął zmartwiony, rozglądając się po okolicy. 
No i co on tu miał zrobić.
— Nie musisz mi nic dawać głuptasie — polizał go w nos.
Uczucie to było dziwne, ale było coś w tym przyjemnego. 
— Chcę tylko zobaczyć uśmiech na twoim pyszczku.
Kwaśny Język zdziwiony przechylił łebek. Zimorodek tak wiele przygotował, a o tak niewiele prosił. Niepewnie wygiął pysk w uśmiech. Niebieski także uśmiechnął się też. Czarny zbliżył się do kocura i stanął na tylnych łapkach. Odwzajemnił gest kocura.  
— Pamiętasz, jak Mech uczył nas lizania? — zapytał cicho. 
Zimorodek uniósł brwi. 
— Tak, a co?
Kwaśny Język wbił wzrok w łapy, okrywając się ogonem. Jakieś dziwne uczucie w nim rosło, gdy chciał wydobyć ze siebie te słowa. Chyba znów musiał się wybrać do Sokolego Skrzydła. Nie mógł się rozchorować teraz gdy w końcu z Zimorodkiem i Zgubioną Duszą mogli zbudować swój szałas. 
— A tak nie robią partnerzy? No wiesz... liżą się. Tak dziwnie. — wyjaśnił cicho. 
— Em... nie wiem? Nie znam się na tym. Nie miałem nigdy partnera. — miauknął. — A chcesz się polizać? Dla mnie to nie problem.
Kwaśny niepewnie kiwnął łebkiem i wyciągnął język. Zimorodek przejechał swoim językiem po nim. Dziwne ciarki przeszły po jego drobnym ciele. 
— Zimno ci? — mruknął zmartwiony niebieski, siadając bliżej czarnego. 
Kwaśny Język pokręcił łbem. 
— Jeszcze. — poprosił. 
I tak przesiedzieli całe popołudnie. 

* * *
*przed wojną*

Od czasu ich spotkania pod Orlim Drzewem Kwaśny Język czuł dziwną potrzebę klejenia się do Zimorodka. Kontakt z kocurem sprawiał, że po jego ciele rozchodziło się dziwne ciepło. Zupełnie jakby ogień palił go od środka. Choć Kwaśny już nie lubił ognia po tym jak zjadł mu futro na ogonie i przez dwa księżyce wyglądał niczym Ciemna Dolina. 
— Kwaśny! Zjemy razem? — zaproponował Miodowy Obłok. 
Czarny pamiętał go trochę. Siedział wraz z nim i Zimorodkiem na kwarantannie. Pokręcił łbem, rozglądając się za niebieskim futrem w cętki. Zimorodkowy Blask miał tylko po coś wyskoczyć, a nadal go nie było. Kwaśny Język chodził w kółko niespokojny. 
A co jeśli stało mu się coś złego?
Wpadł do rowu z Kulami Śmierci? Zjadł go potwór szalonego dziadka? Armia głodnych kociaków porwała go do swojej nory? Albo Klan Gwiazd wybrał go na swojego nowego mesjasza i wysłał w daleką podróż?
Każda myśl nie podobała się Kwaśnemu. Tupiąc coraz głośniej łapami, żeby zagłuszyć własne myśli, wydreptywał porządną ścieżkę. 
— Próbujesz się przekopać do Nocniaków? Świetny plan. Podziemna baza. Będziemy jak krety. — usłyszał Zimorodka za sobą. 
Odwrócił się pospiesznie. 
— Jesteś. 
— No tak. To co? Pomóc ci z tym tunelem? — zapytał. — Myślę, że to ma potencjał. Nawet jeśli nie jako tunel to... możemy ukraść wodę rybojadom. 
Kwaśny Język uniósł zaciekawiony ogon. Zimorodek miał rację. Zaczął kopać w ziemi. Niebieski dołączył do niego.
— Ej! Ej! — zawołał ktoś za nimi. 
Miodowy Obłok podbiegł do nich.
— Nie mam pojęcia co robicie i nie chce wiedzieć. — miauknął na wstępie. — Ale nie róbcie tego tutaj. Berberysowa Gwiazda na pewno nie będzie z tego zadowolona. 
Kwaśny położył uszy, słysząc imię mentorki. Szybko wyskoczył z niewielkiej dziury i schował się za niebieskim. 
— Uciekajmy. 
Zimorodek rozejrzał się. Niebiesko-kremowe futro śmignęło mu na horyzoncie. 
— Dobra! Szybko! Szybko! — miauknął roześmiany. 
Ruszył pędem w stronę polany. Kwaśny biegł za nim trochę wolniej. Zdyszani położyli się na trawie. Ich płuca łapczywie łapały powietrze, a oczy rozbiegane rozglądały się po okolicy. Kwaśny Język położył pysk na łapach. Nie był zbyt dobry w bieganiu. 
— T-to co... — wyzipał Zimorodek. — Kopiemy? 
Kwaśny wstał nieco chybnie i podszedł do kocura. Razem zaczęli ponownie plan dokopania się do rzeki. 

* * *
*nadal przed wojną*

Siedział wtulony w futro Zimorodkowego Blasku. Było zimno. Może nie bardzo, ale z towarzyszem obok siebie było o wiele cieplej. Otarł się brodą o kocura. Niebieski spojrzał na niego zdziwiony.
— Znakuję cię. — wyjaśnił czarny.

<Zimo?>

25 lutego 2021

Od Kwaśnej Łapy (Kwaśnego Języka) CD. Lisiej Łapy (Iskrzącego Kroku)

Kwaśnego nigdy nie przestawały zadziwiać magiczne ziółka. Nie mógł się nadziwić właściwościami roślin. Można było nimi wyleczyć katar, dodać sobie energii, a nawet rozdzielić jednego kota na dwa. 
— Teraz w końcu możesz cieszyć się życiem. — miauknął. 
Siostra zaskoczona spuściła łeb. 
— Ta. — mruknęła. 
Kocurek spojrzał na nią zaciekawiony. Miał wrażenie, że kotkę nie raz męczy wiele spraw, ale bał się zapytać co takiego chodzi jej po łebku. Kotka wydawała się widzieć świat inaczej niż on i związku z tym mieć więcej spraw na głowie. Kocurek pacnął ją lekko ogonem. 
— Berek. — miauknął i ruszył pędem przed siebie. 
Kotka podniosła zdziwiona ogon, ale zaraz na jej pysku zawitał uśmiech. Przybrała pozycję łowiecką i ruszyła pędem za bratem. 
— Ej! Żadnego biegania na treningu! — zawołała za nimi Berberysowa Gwiazda. 
Kwaśna Łapa zachichotał cicho. Kotka jak była zła, robiła taką śmieszną minę. Zupełnie jak Lisia Gwiazda. Przeskoczył kłodę na swoich niskich łapkach i schował się w krzaku. Zdyszany próbował uspokoić oddech, by siostra go nie znalazła. Czuł się niczym zwierzyna. Drobna myszka próbująca się ukryć przed drapieżnikiem. Cała jego myszkowa rodzina czekała na niego w norce. Musiał przeżyć. Zmrużył ślipia, próbując usłyszeć gdzie jest siostra. Siedział skulony. Szelest trawy rozległ się w okolicy. Kwaśna Łapa przygotował się do wystrzelenia z krzaków. Lecz jego plan się nie powiódł. Lisia Łapa pojawiła się jakby znikąd i skoczyła na niego. Kwaśna Łapa pisnął. 
— Spokojnie to tylko ja. — zaśmiała się szylkretka. — Berek! — klepnęła go w policzek. 
— Dość tej zabawy. — syknęła liderka. — Normalnie dostalibyście, by karę, ale dziś się nad wami zlituję. A teraz przybierać pozycje łowieckie. Nauczę was łapać wiewiórki.

* * *

Pożar. Ogień tańczył po ich obozowisku. Kwaśny Język przyglądał się w temu zachwycie i zdziwieniu. Nigdy wcześniej nie widział czegoś takiego. Języki ognia urządziły sobie imprezę w ich domu. Kocur czuł ciepło jakie dawały. Wręcz parzyły mu nos. A nieprzyjemny dym kuł go w ślipia. Słyszał jakieś krzyki za sobą. Czyjeś imiona. Płacz. Jęki. Grzmoty pochodzące z nieba. Coraz bardziej się rozmywały i oddalały. Jego uwagę ponownie przyciągnął ogień. Aż ten znalazł się tak blisko, że uczucie gorąca stało się niedoniesienia. Poczuł zapach spalenizny. To już nie była spalona trawa. Spojrzał na ogon. 
Dymił się. 
Spanikowany próbował ugasić ogień, ale nie szło mu to za dobrze. Piekielny ból rozszedł się po jego ciele. Zaczął ugniatać ogon łapami. Machać nim w powietrzu. Chuchać, czy pluć. Gdy w końcu udało się opanować sytuację stwierdził, że nie ma co ryzykować drugi raz. Ogień najwidoczniej go nie lubił skoro postanowił go uczynić podobnego do Mokrej Gwiazdy. Ruszył pędem za grupą kotów w kierunku rzeki. Tam dochodziło najwięcej miauczeń kotów. Wszędzie było pełno kotów. Stanął na tylnych łapkach, próbując znaleźć Iskrzący Krok lub Zimorodkowy Blask. Był sam. Pośród tłumu kotów. Smród rozpaczy i cierpienia mieszał się ze spalenizną. Koty krzyczały do siebie, próbując się odnaleźć. Berberysowa Gwiazda coś przemówiła. Deszcz spadł. Przypalone koty nagle przemokły. Podążyli do lasu, gdzie mieli się schronić przed nadchodzącą burzą. Przemoknięty Kwaśny Język czuł, że na tym nie skończy się ich seria nieszczęść. 

* * *

Obozowisko w lesie było takie dziwne. Kwaśny Język nie lubił zmian. Nie odnajdował się tu. Nie był przyzwyczajony do koron drzew nad sobą. Żyje w lesie było takie dziwne. Czuł się, jakby nagle został Wilczakiem, a nie spłonął mu dom. Jedynie jego przypalony ogon, na którym powoli odrastało mu futro przypominał mu o tragedii, która stała się parę wschodów słońca temu. 
Siedział na środku nowego obozowiska, przyglądając się wchodzącym i wychodzącym kotom. Zamiast zwierzyny przynosili głównie zioła. Mieli dużo rannych. A mało ziół. To był problem. Kwaśny dostrzegł kątem oka, że jego siostra wychodzi z legowiska medyków. Pewnie odwiedzała Olchowe Serce. Kocurek nie do końca rozumiał relację pomiędzy nimi. Ktoś mu kiedyś tłumaczył, że kotki są teraz razem i bardzo się kochają. Kwaśny zastanawiał się czy także będą starały się o kocięta. Skoro się kochały. 
— Iskrzący Kroku. — miauknął cicho. 
Kotka oderwała zamyślony wzrok od łap i spojrzała na brata. 
— Tak? Coś się stało, Kwaśny?
Pokręcił łebkiem. 
— Skąd... — zaczął niepewnie. — Skąd wiedziałaś, że kochasz Olchowe Serce? 

<Iskrząca?>

12 lutego 2021

Od Kwaśnej Łapy (Kwaśnego Języka) CD. Zimorodkowego Blasku

Kiwnął łebkiem. Spojrzał na boginię. 
— T-twoje uszy są jak suche liście. T-takie oklapłe. — wyjąkał. 
Pierwszy raz podrywał kogoś innego niż Zimorodek czy Wronka. Barwinkowy Podmuch zrobił zdezorientowaną minę. 
— Eee... dzięki? — mruknął czarny. — Ja... ja się będę chyba zbierać. 
Kwaśna Łapa spuścił smutno łebek. Zawiódł. Poległ na samym początku misji. Teraz nie będzie mógł spojrzeć w pysk Zimordkowi. Przez niego już nigdy nie będą mieć kociąt. 
— P-przepraszam... — wydusił cicho. 
— Co? — miauknął zdziwiony Zimorodkowy Blask. — Za co przepraszasz? Spójrz na niego. — wskazał na kotko-kocura. — Twój podryw tak go z walił z łap, że aż musiał się wycofać. Świetna robota, Kwaśna Łapo. 
Kocurek uśmiechnął się niepewnie. Czyli jednak nie zawiódł. Berberysowa Gwiazda nie wrzuci go z klifu za bycie nieudacznikiem. 
— Co teraz? — zapytał niepewnie. 
— Musimy zaczekać. I obserwować kotko-kocura. Wkrótce zatęskni i będzie łasy na więcej podrywu. — wyjaśnił niebieski. — A teraz wyścig! Kto pierwszy do Orlego Drzewa ten ma Kulę Śmierci na własność! 
Zimorodkowy Blask ruszył prędko w stronę wyjścia z obozu. Kwaśna Łapa nieco koślawo pobiegł za nim. Nie starał się za bardzo. Wolał, żeby tak potężna broń została w łapach Zimorodkowego Blasku niż w jego. Jeszcze Maślakowy Zagajnik by ją przejęła i wtedy mieliby przechlapane. Unicestwiłaby wszystkie kocury w Klanie Klifu. A Kwaśna Łapa nie był za dobry w udawaniu kotki. 
— Pierwszy! — krzyknął zwycięsko Zimorodkowy Blask. 
Kwaśna Łapa dobiegł do przyjaciela zdyszany. Oddychając ciężko, usiadł. Zawsze zadziwiała go prędkość Zimorodkowego Blasku. Aż dziwne, że ten nie nazywał się Zimorodkowym Galopem. Choć Kwaśny też nie był pewny czy ptaki potrafią galopować. 
— Niedługo będziesz szybszy niż Burzaki. — stwierdził Kwaśna Łapa. 
Zimorodek uniósł zaciekawiony ogon. 
— Myślisz? Mógłbym być wtedy tajnym szpiegiem w Klanie Burzy. Udawałbym Mokrą Gwiazdę i nikt by się nie zorientował. — miauknął przebiegle. 
Kwaśna Łapa przekrzywił łebek, próbując to sobie wyobrazić. Zmrużył ślipia. O teraz faktycznie Zimorodkowy Blask nawet go przypominał. 
— Tylko musisz coś zrobić z ogonem. 
Niebieski spojrzał na swój ogon. 
— Faktycznie. Tylko jak?
Kwaśny znał tylko jeden sposób jak uczynić coś łyse. Bliznę. Wgryzł się w ogon Zimorodka. Wojownik pisnął głośno. Czarny wypluł kawałek sierści niebieskiego. 
— Nie wiem czy wyrobię się do zachodu słońca. — wyznał zmartwiony. 

<Zimo?>

29 grudnia 2020

Od Kwaśnej Łapy CD. Zimorodkowego Blasku

Kocuro-kotki? To określenie zostało w łebki Kwaśnej Łapy, gdy Zimorodek kontynuował swą wypowiedź. Zaciekawiony personą Barwinkowego Podmucha zaczął się zastanawiać czy faktycznie dało się posiadać dwie płcie na raz. Lub je zmieniać. Kwaśna Łapa nie ukrywał, że chętnie by spróbował życia w innej skórze na jeden wschód słońca. W końcu tylko mysi móżdżek by tym pogardził. Spojrzał do góry. Niebo malowało się w odcieniach błękitu. Ciekawe co Klan Gwiazd sądził o takich zamianach i kocuro-kotkach. Tyle było nie jasności w ich przekazach, że Kwaśnemu chyba głowa by pękła, gdyby miał być medykiem. 
— No więc jak? — zapytał Zimorodkowy Blask. 
Kwaśna Łapa zamrugał. Zapomniał słuchać kocura. Był w kropce. A bardziej w dwóch, bo pomarańczowe ślipia wojownika wpatrywały się w niego. 
— Okay. — miauknął cicho. 
Zimorodek zdawał się zadowolony z jego odpowiedzi. 
— No to ruszamy w drogę. Musimy pierw ją odnaleźć! A to zadanie niełatwe. Takie kocuro-kotki jak Barwinkowy Podmuch potrafią zaskoczyć. 
Kwaśny słuchając o legendarnej kocuro-kotce coraz bardziej wierzył w jej mityczność. Skoro Zimorodek mówił o niej niczym o czymś równym Gwiezdnym to może faktycznie tak było. Może ów osobistość, której nie miał okazji nigdy poznać, miała mityczne moce zamiany płci oraz wiele innych nieznanym im śmiertelnikom. Może i przewyższała sam Klan Gwiazd? Kwaśny zadrżał mimowolnie.
— Ale nie zmieni nam płci nagle? — zapytał niepewnie.
Zimorodek zatrzymał się nagle i spojrzał na Kwaśnego z powagą. 
— Musimy użyć broni ostatecznej.
— Kuli śmierci? 
— Nie, tak ją tylko rozwścieczymy. Szczawiowego Liścia. 
Kwaśny uniósł brwi zdziwiony, czekając na wyjaśnienie swojego mentora życiowego. 
— Szczawiowy Liść jest mistrzem podrywów. Sam mnie nauczał. Widziałeś jego moc. On poderwie dla nas kocuro-kotkę i przejmiemy jej potęgę! 
Kwaśna Łapa otworzył szeroko pyszczek. I niech ktoś mu powie, że Zimorodkowy Blask nie jest geniuszem. Kiwnął łebkiem. Ruszyli ku poszukiwaniom Szczawiowego Liścia. Nie zajęło im to długo. Znaleźli go przy stosie ze zwierzyną. Kwaśny już chciał podejść, gdy Zimorodek go zatrzymał. Skitrani razem w ciasnym krzaku, przypatrywali się kotom. 
— To ona. — mruknął niebieski. 
— Kto?
— Kocuro-kotka. — wskazał czarnego kota z białą plamką i oklapniętymi uszami. 
Faktycznie wyglądała niecodziennie. Najwidoczniej taki był los bogini. 
— I co teraz? — miauknął cicho.

<Zimo?>

19 grudnia 2020

Od Kwaśnej Łapy

Błoto nieznośnie przyczepiało mu się do łapek. Co je strzepnął to powracało ze dwojoną siłą. 
— Idziesz? — syknęła smutno mentorka. 
Od czasu zmarcia jej partnera, czy tam partnerki, jak to uważał Zimorodkowy Blask, stała się jeszcze smutniejsza i surowsza. Kwaśna Łapa czasem nie nadążał za jej szybkim krokiem, czy trudnymi ćwiczeniami. 
— Przebieraj szybciej tymi łapami! Zaraz cała zwierzyna zaśnie, zanim zdążysz się doczłapać. — warknęła liderka. 
Kwaśny położył uszy. Maślak ostatnio powiedziała mu, że wstyd, że jeszcze nie ukończył treningu. "Wstyd i hańba, dla ciebie i twojej mentorki. Uczniowie liderów powinni kończyć szkolenie w wieku dziesięciu księżycy lub maks piętnastu, mysi móżdżku!", stwierdziła wojowniczka, spoglądając na niego z obrzydzeniem. Kocurek zbyt dobrze pamiętał tą scenę. Czasem nawet mu się śniła, lecz tam kończyło się na czymś więcej niż krzykach kotki. Bura go biła. Goniła. A potem przegryzała mu gardło. Kwaśny mimowolnie zadrżał. 
— Stojąc w miejscu tylko zmarzniesz. — mruknęła Berberysowa Gwiazda. — Masz jakiś problem?
Kwaśna Łapa otworzył niepewnie pyszczek, gdy pewna myśl przeszyła jego łebek. A co jeśli uczniowie liderów powyżej piętnastu księżycy nie istnieli? Co jeśli byli... zabijani? 
— N-nie. — miauknął cichutko, przyspieszając. 
Musiał szybko skończyć trening inaczej czekał go los mamy. Spojrzał w górę. Rozgwieżdżone niebo błyskało przyjaźnie. Może tam było mu lepiej? Nie musiałby robić wszystkich dorosłych rzeczy, których nie rozumie i mógłby się ciągle bawić. Mama znów opowiadałaby mu bajki. 
— Patrz przed siebie. — syknęła liderka. 
Kwaśny posłusznie spuścił łeb. Liderka sprawnym krokiem przeskoczyła powalone drzewo i wskoczyła do lasu. Czarny nieco nieumiejętnie uczynił to samo. Głusza cisza ich przywitała. 
— Czekam tu. Długo uczyłam cię już polowania. Pokaż, że coś potrafisz. 
Kwaśna Łapa niepewnie kiwnął łbem. Wkroczył w ciemny głąb lasu. Gałęzie nabrały strasznych kształtów, a wcześniejszą ciszę przerywały dziwne trzaski. Czasem coś za chuchało złowrogo. Trzepot skrzydeł rozległ się za jego uszami. Kwaśny pisnął przerażony i szybko schował się w krzakach. Zapowiadało się na ciężką noc. 

06 grudnia 2020

Od Kwaśnej Łapy

Maszerował za mentorką równym krokiem. Jego trening nadal trwał ku jej niezadowoleniu. Na pewno miała lepsze rzeczy niż uczenie takiego mysiego móżdżka jak Kwaśna Łapa, lecz ten często nie zdawał sobie sprawy z niezadowolenia kotki. Z każdym dniem jej skrzywiony pysk zdawał się coraz bardziej naturalny. Zupełnie jakby liderka miała już taki wyraz mordki od urodzenia. 
— Dziś ćwiczymy polowanie na drzewach. Co trzeba pamiętać? —  mruknęła krótko. 
Kwaśny zamyślił się. 
— Eee... o tym, żeby nie spaść, bo nie jesteśmy Wronią Łapą? 
Berberysowa Gwiazda nawet nie pytała. 
— Powiedzmy. Co jeszcze?
— O, o tym, że nie wolno wchodzić na sam czubek, bo dotkniemy Srebrnej Skórki. 
—  Nie. 
—  O tym, żeby zapukać nim wejdziemy na gałąź, bo może pani i pan ptak będą zajęci?
— Nie.
—  Że nie wolno grzebać w czyiś dziuplach?
— Też nie. Nie wolno stawać na krawędziach gałęzi, bo spadniesz i złamiesz kości. Nie wolno hałasować, a tym bardziej pukać, bo spłoszysz zwierzynę, mysi móżdżku! —  syknęła liderka. 
Kwaśna Łapa położył uszy. 
— A co z dziuplami? 
— W dziuplach kryje się nie raz zwierzyna. Więc oczywiste jest, że trzeba tam zaglądać. — mruknęła wzdychając. — Czasami wątpię, czy ty aby na pewno jesteś synem Lisiej Gwiazdy. —  szepnęła do siebie. 
Kwaśna Łapa zdziwiony słowami kotki nastawił uszy. On nie uważał, że różnienie się czymś od taty było złe. Tata był niegrzecznym kotem. Praktycznie każdy kot w Klanie Klifu by to potwierdził. Łamał kodeks, robił na złość Klanowi Gwiazd, był niemiły i bił inne koty. Przez niego mama nie żyła. 
— Lubiłaś mojego tatę...? — zapytał niepewnie, w sam nie wierząc w co mówi. 
W jego ślipiach nie potrafił zrozumieć czemu ktoś miałby lubić jego tatę. Jeszcze nigdy prócz z pyska mamy nie usłyszał niczego miłego o nim. 
— Był wymagającym mentorem, ale tak. Lubiłam go. 
— Czemu? 
— Był mądrym kotem. Silnym. Dzięki niemu Klan Klifu rósł siłę...
— Ale podobno Gwiezdni są na nas źli przez niego! — wyrwało się czarnemu. — Że to przez to tyle kotów umarło przez czerwony kaszel...
Ślipia liderki wypełnił żal i gniew. 
— Nie mów tak. Nie możesz obwiniać inne koty o kaprys martwych. — syknęła. 
— Ale...
— Żadnych ale. Naucz się polować, Kwaśna Łapo, a nie trzep niepotrzebnie językiem. 

27 listopada 2020

Od Kwaśnej Łapy CD. Zimordkowej Łapy (Zimorodkowego Blasku)

Patrzył na Zimorodka z szeroko otwartymi ślipiami. Z resztą podobnie jak niejeden kot w legowisku starszych. Kwaśny widząc niezadowolone spojrzenia wojowników, położył uszy. Głupio było mu przyznać, ale nie rozumiał zabawy w tej całej imprezie. Nigdy też nie śpiewał i bał się, że nie umie. Przebrał nerwowo łapkami. 
— T-tak. — mruknął trochę niemrawo. 
Zimorodkowa Łapa spojrzał na niego smutno. 
— Nie mów, że nie lubisz imprez! — zawołał kocurek. 
— N-nie, tylko nie znałem tekstu. 
Zimorodkowa Łapa zmarszczył brwi. 
— Nie jest trudny. Nauczę cię całego na pamięć i zrobimy jeszcze raz imprezę! Następna na pewno będzie o wiele zabawniejsza! Dobra. Tekst nie jest trudny. Sam go wymyśliłem. —  dodał szeptem. 
Kwaśny kiwnął łbem i przystąpił do nauki. Rymy, które chyba miały ułatwić zadanie spamiętania tekstu, sprawiły, że czarny tylko jeszcze bardziej się gubił. Nie rozumiał też niektórych słów. Czym było to całe klaskanie, jak to się robiło. Fan brzmiał trochę jak krztuszący się swoją sierścią Melonowa Łapa. Nie rozumiał też gdzie i czemu gdzieś poszła sobie brudna plama. Od kiedy one potrafiły gdzieś odchodzić?
— No i proszę. Powinieneś już znać cały.  mruknął dumnie Zimorodkowa Łapa.
Kwaśny spojrzał na niego zdezorientowany. Tak się zamyślił, że wszystkie słowa przyjaciela mu umknęły. 
—  O h-hej hej...   zaczął niemrawo początek piosenki, który zapamiętał. — ...Plama ucieka... Heca... Epidemia...? 
Zimorodek zmrużył ślipia. 
— Może stworzymy razem jakąś piosenkę? — zaproponował uśmiechnięty. — Wtedy chyba nie będziesz mieć problemu z pamiętaniem. Tylko o czym...
Kwaśny także zaczął się zastanawiać. 
— Już wiem! 
Kwaśny spojrzał oczekująco na niego. 
— Zrobimy o naszych przygodach! 
Kwaśny przekrzywił łebek niepewny. 
— A mieliśmy jakieś? — zapytał cicho. 
Zimorodek wybałuszył ślipia. 
— No pewnie! A zgromadzenie? Przecież odkryliśmy podwójną tożsamość Lisiej Gwiazdy! Poderwaliśmy tyle kotów... i na dodatek Wronka przy nas latała. A Omszona Łapa zdradził nam tajniki lizania się!
Kwaśna Łapa poczuł jak na tamto wspomnienie jego serce przyspiesza. Mama nie raz go lizała po sierści i było to przyjemne, lecz to z Zimorodkową Łapą i Omszoną Łapą było zupełnie inne. Kwaśny nie mógł pojąć jakim cudem to sama czynność mogła się tak różnić. Na dodatek tamto uczucie. Było tak przyjemnie oszałamiające. Zdziwiony kocurek odkrył, że mycie siebie samego nie sprawia takiej przyjemności. 
— Faktycznie. 
— Ułożymy całą pieśń wychwalającą nasze wojownicze i odważne czyny! 
Kwaśna Łapa skinął wesoło łebkiem. 

* * *
*przed pożarem*

Wraz z wyjściem z legowiska starszych i wyzdrowieniem kocurka pojawiły się zmiany, na które nie był gotowy. Ze smutkiem wpatrywał się w puste i zimne legowisko Zimorodkowego Blasku. Jego przyjaciel został już wojownikiem, a on nadal był uczniem. Na dodatek miał dziwne wrażenie, że jego mentorka go nie lubi. Ciągle na niego fukała i zmuszała do ciężkich ćwiczeń. Jak coś robił źle to krzyczała. Zadowolenie jej nie było łatwą sprawą. 
— Kwaśna Łapo, co tak stoisz? — zawołała Olchowa Łapa, zerkając w jego stronę. — Podziwiasz moje legowisko, co? Prezentuje się o wiele lepiej niż twoje. Wiesz jak to mówią "co w legowisku to i w kocie". 
Kocurek położył uszy. Nie lubił Olchowej Łapy. Była wredna i często zwalała na jego winę. Gdy Kwaśny już myślał, że uwolnił się od Maślanego Zagajnika pojawiła się ona. Wyczuła w nim słabą jednostkę. Jedyne co mógł zrobić czarny to modlić do Klanu Gwiazd o ratunek przed nią. 
— Kwaśna Łapo! 
Odwrócił się pospiesznie w stronę zbawiciela. Biało-szare futerko szybko pozwoliło mu na rozpoznanie kocura. Zimorodkowy Blask wpatrywał się w niego oczekująco. 
— Hej. — miauknął cichutko. 
Nadal było mu trochę smutno, że kocur go już opuścił jako towarzysza z legowiska. Nie miał już kim łapać mrówek dla Wronki. 
— Nie uwierzysz co spotkałem na patrolu! Kulę igieł! Żywą! — podkreślił ostatnie słowo. 
Kwaśny spróbował zobrazować sobie ów stworzenie, ale marnie mu szło. 
— Chciałem ci przynieś i pokazać, ale tylko mnie pokuło. Pomyśl tylko o tym, czy to nie byłaby broń idealna? Może się toczyć i kuć przeciwników. 
Pokazał dla dowodu niewielką ranę na poduszce łapki. Kwaśny widząc zranienie, mimowolnie zadrżał. Jak potężna musiała być ta istota by zranić wojownika pokroju Zimorodkowego Blasku. 
— Chce zobaczyć. — miauknął, wlepiając parę brązowych ślip w kocura. 
— Jasne! Chodź szybko za nim ucieknie gdzieś indziej. — zawołał Zimorodkowy Blask, dreptając w stronę wyjścia z obozu. 
— Łapa cię nie boli? 
— Trochę. Ale Sokole Skrzydło dał mi magiczne ziółka. One to potrafią kota na łapy postawić. Mówię ci kiedyś znajdą zioła specjalne i nawet łapa ci po nich odrośnie. 
Kwaśny oczarowany tą wizją, zastanawiał się jak dużą przewagę dałoby im to w wojnach. Może było też zioło na pomnożenie ilości łap? Wtedy mogliby mieć szcześciołapnych wojowników. A może i nawet ośmiołapnych. Jak szybkie musiałby być te koty.
— Smaczne były? — mruknął. 
— Średnio. Lekko kwaśnawe. Pasowały by ci. Może byłbyś bardziej kwaśny, jakbyś je jadł. 
Kwaśny zamyślił się nad tym. Czy dbanie by imię o dopasowanie do jego osoby było na tyle ważne, żeby zmusić się do jedzenia ziółek od medyków? 
— O już blisko! Chodź szybko! Kto ostatni ten śmierdzący Wilczak!
Kwaśny ruszył pędem za wojownikiem, ale niestety został śmierdzącym Wilczakiem. Pogodzony z nową tożsamością, podszedł do Zimorodka. Włożył jak on łeb w krzaki. 
— Oto ona. Kula Śmierci. — szepnął do niego Zimorodek. 
Kwaśny wydał z siebie ciche wow. Wyglądała niesamowicie. I z pewnością była wspaniałą bronią zagłady. Kula Śmierci poruszyła się i niewielki pyszczek wyłonił się z igieł. Na widok kocurów szybko schował się ponownie stając, się znów Kulą Śmierci. 
— Jest uroczy. — miauknął Kwaśny. 
Pochylił się, by powąchać Kulę Śmierci. Źle wycelowana odległość sprawiła, że w nosie kocurka utkwił jeden z kolców. Pisnął cicho, odsuwając pospiesznie od jeża. Ślipia mimowolnie zaszkliły się. 
— Z-zaatakowała mnie. — pisnął z przerażeniem.  

<Zimorodek?>
 

02 listopada 2020

Od Kwaśnej Łapy

Kolejne koty trafiały do legowiska starszych. Było coraz mniej miejsca. Kwaśna Łapa nie był tym zadowolony. Nigdy nie lubił tłumów. Cofając się, potknął się o ogon obcego kota. Spojrzał na Klifiaka. Miał nadzieję, że ten nie będzie na niego krzyczał. 
— Przepraszam — miauknął cicho. 
— Nic się nie stało — oznajmił tamten, odwracając się do niego. — Oh to ty. 
Kwaśny przekrzywił łebek. Był kimś znany?
— Znam cię? — zapytał niepewnie. 
Kremowy kocur pokręcił głową i posłał mu słaby uśmiech. 
— Raczej nie. Ale dobrze pamiętam twojego ojca, Lisią Gwiazdę. To on przyjął mnie do klanu. Choć znalazła mnie taka zabawna, liliowa kotka, chyba z nią romansował...
Kwaśny wytrzeszczył ślipia. 
— Ale moja mama była czarna. Czarna jak ja. Zmieniła kolor futerka? 
Miodowa Chmura zaśmiał się cicho. 
— Nie to nie była twoja. To była inna kotka. Twój tata przed twoją mamą miał dwie inne partnerki.
Kwaśna Łapa przyglądał się kocurowi zdziwiony. Mama nigdy o tym nie wspominała. 
— A to nie jest tak, że jak dwójka kotów się bardzo kocha to łączy się na całe życie? 
Kremowy wojownik spojrzał się zamyślony w górę. 
— Lisia Gwiazda najwidoczniej uważał inaczej. Koty się zmieniają Kwaśna Łapo, mało kto już znajduje miłość na całe życie. 
— A ty znalazłeś? 
Kocur spuścił wzrok trochę speszony. 
— Myślę, że tak.
— A kiedy to się wie?
— Kiedy się kogoś kocha. Kiedy dwójka kotów darzy siebie nawzajem miłością. 
— A co to ta miłość?
— Hmm... — zamyślił się na chwilę wojownik. — Miłość to takie coś, czego nie ma. To takie coś co sprawia, że na świat patrzysz inaczej. Wszystko jest weselsze, a towarzystwie tej osoby mógłbyś przebiec przez całą polanę. Nie wyobrażasz sobie dnia bez tej niej, nawet uderzenie serca jest trudne do wytrzymania. — urwał. — Ale pamiętaj, że dla każdego miłość jest czymś innym. 
— Jak innym?
— Każdy przeżywa ją inaczej. Każdy kot różni się od siebie wyglądem jak i charakterem. Różnie też przeżywają emocję.
Kwaśny złapał się za łebek. To wszystko zdawało się takie skomplikowane. Był przekonany, że Zimorodek wytłumaczyłby to o wiele łatwiej. 
— A jakie to ma zasady? — zapytał kocura. 
Miodowa Chmura spojrzał na niego zdziwiony. 
— Jak to zasady? Miłość nie ma zasad. To już szybciej koty same je sobie ustawiają. 
— Jak to nie ma. Wszystko ma jakieś zasady. Kodeks wojownika je ma. Świat też je ma. Nie da rady bez zasad. — stwierdził Kwaśny, siadając przed kocurem. 
Ten zakaszlał cicho. 
— Kiedyś zrozumiesz zobaczysz. 
Kwaśnemu nie spodobało się to kiedyś. Zmarszczył pyszczek. Nie podobało mu się wytłumaczenie Miodowej Chmury. A to podobno dorośli byli mądrzy. Bzdura. Zimorodkowa Łapa o wiele bardziej znał się na świecie. 

29 października 2020

Od Kwaśnej Łapy

Trącił łapą ogon siostry. Ta szybko zabrała go z pod jego łap. Na jej pysku malowało się niezadowolenie. Kwaśny uniósł brwi zdziwiony. 
— Znów ci za gorąco? — zapytał się jej. 
Zwykle miała taką minę jak była głodna, zła lub było jej za gorąco. 
— Na pewno byłoby mi chłodniej, gdybyś prawie na mnie nie leżał. — mruknęła. 
Kwaśny, siedzący wcześniej prawie na grzbiecie kotki, ześlizgnął się z niej. 
— Teraz lepiej?
Kotka niechętnie spojrzała za siebie. 
— Ta, a jeszcze lepiej będzie, jak staniesz tam. — stwierdziła, wskazując ogonem drugi koniec legowiska starszych. 
Kwaśna Łapa odmaszerował w tamtą stronę i usiadł. Siostra posłała mu wymuszony uśmiech i położyła ponownie łeb na łapach, by pójść spać. Czarny nie mając za bardzo co robić, podszedł bliżej wyjścia z legowiska starszych. Nadeszła Pora Zielonych Liści. Nie zdążył się nią nacieszyć, a już trafił tu. Nie mógł wyjść. Tak powiedział Sokole Skrzydło. Jedyną zasadą było nie wychodzić. No i odpoczywać. Więc Kwaśny grzecznie siedział w legowisku, czasem tylko prostując łapy. Już czuł się o wiele lepiej i miał nadzieję, że medyk niedługo wypisze go, Wronkę i Zimorodka stąd. Chciał się z nimi wybrać nad ten strumień co Zimorodek im opowiadał podczas powrotu ze Zgromadzenia. Nieco się obawiał, że Pora Zielonych Liści skończy im się przedwcześnie. 
— Wronko... znaczy Wronia Łapo — zawołał w stronę siostrę. 
Ta trzepnęła ogonem zła, że ten znów zawraca jej łeb. Zignorowała brata. 
— Cicho bądź, niektórzy próbują tu spać — syknął jakiś głos. 
Kwaśny przeprosił cicho, by ponownie spojrzeć na siostrę zwiniętą w ciasny kłębek. 
— Wronia Łapo...? — miauknął cicho. 
Kotka niechętnie podniosła łeb.
— Czego? — szepnęła. 
— Mogę do ciebie podejść już?
Szylkretka westchnęła. 
— Na uderzenie serca.
Kocurek szybko podbiegł do niej, starając się na nikogo nie nadepnąć. Kotka spojrzała na niego oczekująco. A Kwaśny jak na złość zapomniał o co chciał spytać się siostry. Spuścił łebek.
— Zapomniałem. 

<Wronka?>