***
Dzień mianowania
– Chodźcie już. Zaraz się zacznie – pośpieszył. Karmicielka puściła Nura i dwójka kociaków wydreptała na zewnątrz. Rodzice poszli za nimi i po chwili rodzina usadowiła się w dobrym miejscu.
– Niech wszystkie koty zdolne polować na ławicę i sprawnie pływać zbiorą się pod wielkim sumakiem na zebranie klanu! – rozległo się wezwanie. Reszta Nocniaków powoli zbierała się w obozie, a rozmowy cichły. Łabądek przez cały czas myślała tylko o jednym – kto będzie jej mentorem? Fajnie by było, gdyby to tata ją szkolił, ale podobno to działo się bardzo rzadko. Pan książę Rogaty Flaming miał już uczennicę – Wesołą Łapę. Z tego powodu była okropnie zazdrosna o niebieską. Czemu ta nieumiejąca się zachować kotka dostąpiła takiego zaszczytu? Rzekotka nadal zachowywała się jak kociak! Chciałaby jej to powiedzieć, ale mogłaby tym urazić pana księcia Rogatego Flaminga, dlatego musiała trzymać język za zębami. Z innych fajnych mentorów oczywiście najbardziej chciałaby być szkolona przez samą przywódczynię. Podobno szkoliła mamę, więc może ją też? Niestety było to mało prawdopodobne. Rodzice tłumaczyli jej już jak dużo pracy miał lider i wątpiła, żeby Mandarynkowa Gwiazda znalazła czas na jej trening.
– Zebraliśmy się dzisiaj by przyjąć do grona uczniów dwójkę młodych kotów. Łabądku, Nurze, wystąpcie.
Bez zawahania oba kociaki podniosły się i zaczęły dostojnie kroczyć na środek obozu. Koteczka poczuła jeszcze delikatne muśnięcie ogonem ojca w plecy, które chyba miało dodać jej pewności siebie. Nie potrzebowała tego, bo nie była ani trochę zestresowana, ale doceniała troskę taty. W końcu razem z bratem dotarła na odpowiednie miejsce i popatrzyła w górę na srebrną księżniczkę.
– Nurze, Łabądku, ukończyliście sześć księżyców i nadszedł czas, abyście zostali uczniami. Od tego dnia, aż do otrzymania imion wojowników będziecie nazywać się Nurowa Łapa i Łabędzia Łapa – tu przerwała. – Szałwiowe Serce, Błękitna Laguno, wystąpcie.
Point przecisnął się przez tłum i stanął obok swojego brata, który już wcześniej stał naprzeciwko nich. Łabędziej Łapie aż iskierki zamigotały w oczach. Błękitna Laguna! Zastępca! Może być jej mentorem! Obaj wojownicy byli książętami, ale Szałwiowe Serce nie był czarno-biały, był tylko zwykłym wojownikiem, a do tego słyszała o nim nieciekawe plotki. Przez te kilka uderzeń serca powtarzała w myślach “Tylko nie ten z krzywą szczęką. Tylko nie ten z krzywą szczęką”.
– Błękitna Laguno, Szałwiowe Serce, jesteście gotowi do szkolenia kolejnych uczniów. Otrzymaliście od swoich mentorów, ode mnie i Sumowej Płetwy doskonałe szkolenie i pokazaliście swoje umiejętności, szkoląc uczniów już wcześniej. Błękitna Laguno, będziesz mentorem Łabędziej Łapy, Szałwiowe Serce, ty zajmiesz się szkoleniem Nurowej Łapy. Mam nadzieję, że przekażecie swoim podopiecznym całą swoją wiedzę.
Tak! Udało się! Podeszła do swojego nowego mentora i zetknęła się z nim nosem. Po chwili rozległy się wiwaty. Słyszała koty wykrzykujące nowe imiona zarówno jej, jak i Nura. Tak bardzo miała teraz ochotę pobiec do rodziców i ich przytulić, ale nie mogła. Nie była już kociakiem. Zamiast tego stała prosto, nie odrywając wzroku od pyska mentora. Po chwili koty ucichły, a przywódczyni zakończyła koniec zebrania i powrót do swoich obowiązków.
– Możesz pójść do swoich rodziców i zająć miejsce w legowisku uczniów. Będę czekać przy wyjściu z obozu – miauknął zastępca. Skinęła głową, ukłoniła się i podreptała do rodziców. Nurowa Łapa już tam był.
– Jest i nasza przyszła wielka wojowniczka! – przywitał ją Żmijowcowa Wić. – Jak wrażenia?
Uśmiechnęła się.
– Świetnie! Niestety muszę się trochę spieszyć, mentor już na mnie czeka.
– Na mnie też – dorzucił kremowy.
– W porządku. Przykładajcie się do treningów, ale nie przemęczajcie się i za niedługo będziecie wojownikami. No, dobra, możecie już iść – powiedziała Trzcinowy Szmer. Dwójka nowych uczniów odwróciła się, żeby wybrać swoje miejsce w legowisku uczniów, ale wtedy zielonooka poczuła ogon matki na barku. Odwróciła się do niej z powrotem.
– Dostałaś na mentora zastępcę. To wielki zaszczyt, ale przez to musisz włożyć w trening więcej wysiłku, pamiętaj o tym – miauknęła poważnie. – Ale jakbyś miała z nim jakieś problemy, to powiedz mi. Poradziłam sobie z Mandarynkową Gwiazdą to dam radę jej zastępcy – zażartowała. Łabędzia Łapa skinęła głową i poszła w kierunku legowiska uczniów. Przed wejściem czekało już na nią jedno suche posłanie. Chwyciła je lekko zębami i wciągnęła do środka. W legowisku uczniów było dużo miejsca. Trudno się dziwić. Oprócz nich przebywała tu tylko piątka uczniów. Patrząc po ilości młodych wojowników, można by łatwo wywnioskować, że to legowisko potrafi pomieścić zdecydowanie więcej kotów. Swoje posłanie umieściła w tylnym lewym punkcie legowiska, przy ścianie stykającej się z legowiskiem wojowników. Nie czuła potrzeby zajmowania miejsca obok brata. W końcu mieli już dorosnąć. Szybko wyszła ze swojego nowego legowiska i poszła do żłobka. Na początku bardzo delikatnie zabrała wianek od pana księcia Rogatego Flaminga, a potem całą resztę skarbów: różnokolorowe kamyczki ze ślubu rodziców, piórka, łuski i ususzone kwiatki od taty. Wszystko to ułożyła koło swojego posłania. Najdalej pod ścianą umieściła wianek, żeby przypadkiem go nie zgnieść podczas snu. Nie wciskała niczego pod posłanie. Lubiła przechwalać się swoimi zdobyczami. Nie musiała się też martwić o kradzieże. Wszystko miała przeliczone, a w przypadku takiej tragedii mogła szybko przeszukać i przepytać innych uczniów. Zadowolona z tego, jak wyglądały jej zbiory, wyszła na spotkanie z mentorem. Ten tylko otaksował ją spojrzeniem.
– Ruszamy.
***
Nadal ten sam dzień, po treningu
– Dobrze to tyle na dzisiaj. Możesz iść – mentor odprawił ją przy wejściu do obozu. Pomimo zmęczenia wysiliła się na uśmiech i ukłon, po czym skierowała się na skraj obozu. Usiadła na brzegu i odgarnęła łapą śnieg z lodowej tafli. Ku jej zdziwieniu, jej futro wcale nie wyglądało tak źle po tym spacerze. Musiała tylko lekko poprawić grzywkę, żeby jej nie opadała na oko, przygładzić kryzę i przemyć futro na piersi. Po tych drobnych poprawkach wzięła jakąś rybę ze stosu zwierzyny i usiadła, żeby ją zjeść. Zauważyła, że jej brat, który przed chwilą wrócił, również brał coś dla siebie. Nie usiadł przy niej. Popatrzyła tylko na niego przez chwilę ze zmarszczonymi brwiami, po czym wzruszyła ramionami. Nie musieli wszystkiego robić razem. Po posiłku było już dosyć późno i od razu poszła spać. Położyła się na swoim posłaniu i popatrzyła na swoje skarby z uśmiechem, po czym przekręciła się na plecy i patrząc w sufit legowiska, myślała o swoim pierwszym treningu. Jej chyba ulubionym miejscem na terytorium musiała być plaża. Chociaż nie widziała nigdy kolorowej łąki w czasie kwitnienia kwiatów. Podobno to piękny widok. I o ile takie miejsca jak Zrujnowany Most czy Opuszczone Cmentarzysko nie przypadły jej do gustu, to i tak uważała ten dzień za wybitnie udany. Dostała świetnego mentora i odkryła miejsca, o których nie wiedziała. Brzozowy Zagajnik pełen pni w królewskich barwach, czy wodospad otulony śnieżnym puchem. Nawet nie zauważyła, kiedy zwinęła się w kłębek i odpłynęła do krainy snów.
***
Teraźniejszość
Pora Nagich Drzew nadal trwała, co trochę utrudniało jej trening. Normalnie powinna już umieć przynajmniej podstawy pływania i łowienia ryb, ale przez lód, który skuł wszystkie zbiorniki wodne było to niemożliwe. Dlatego też ciągle uczyła się wchodzenia na drzewa. Jedną łapą puściła pień, żeby wbić pazury w innym miejscu.
– Dobrze, masz bardzo dobry punkt zaczepienia obok twojej lewej przedniej łapy – usłyszała. Szybko zlokalizowała to, o czym mówił zastępca i przeniosła tam łapę. Po kilku podobnych ruchach już siedziała na gałęzi i patrzyła z góry na Błękitną Lagunę.
– To masz już opanowane. Zejdź. Wracamy do obozu. To koniec na dzisiaj.
Posłusznie wykonała polecenie i obok mentora zaczęła kroczyć w stronę obozu. Na treningach zazwyczaj się nie odzywała. Dla kotów, które ją znały, mogłoby to być wielkim zaskoczeniem. Powód był taki, że nie wiedziała jak zwracać się do kocura, a nie chciała popełnić kolejnego błędu tak jak podczas ślubu i rozmowy z panem księciem Rogatym Flamingiem. Do tego zastępca nie wydawał się zbyt chętny na paplaninę z uczennicą, a nie chciała go zirytować. Kiedy weszli do obozu i dostała pozwolenie na odpoczynek, od razu podszedł do niej Żmijowcowa Wić.
– Dzisiaj ma się odbyć ślub Urodziwego Szafirka i Przypalonego Kasztana. Cała nasza rodzina została zaproszona.
Nie chciała iść na ślub kotki, która broniła koty czekoladowe. Jak by to wyglądało?! Niestety cała rodzina została zaproszona i musiała iść. Przynajmniej nie będzie musiała znosić Liliowej Łapy przez cały wieczór. Ale jeśli on, chociażby tknie wianek od pana księcia Rogatego Flaminga, rozszarpie mu posłanie! Skinęła głową i weszła do legowiska uczniów. Sprawdziła, czy wszystkie jej skarby były na właściwym miejscu. Na szczęście tak było. Wtedy zaczęła się zastanawiać, co ona miała właściwie włożyć? Nie było kwiatów, więc to odpadało, a musiała przecież dobrze wyglądać! Wtedy przyszedł jej pomysł do głowy. Podeszła do Nurowej Łapy, który akurat też przebywał w środku legowiska.
– Cześć, braciszku! – przywitała się, trzepocząc rzęsami. – Pożyczyłbyś mi może jedną ze swoich ozdób z muszli na czas ślubu?
Ten popatrzył na nią podejrzliwie.
– Tylko na czas ślubu? – upewnił się, czym zirytował siostrę. Czemu ciągle patrzył na nią, jakby była czekoladowym kotem o lepkich łapach, który tylko czekał, aż będzie mógł coś ukraść?!
– Tak właśnie powiedziałam – odpowiedziała, z trudem zachowując spokój.
<Bracie?>
[1593 słowa + wspinaczka na drzewa]
[32% + 5%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz