— Ale skoro już tu jesteśmy... — zaczęła niby od niechcenia, a jej głos stał się odrobinę cichszy. — Co właściwie o nim sądzisz? O Milknącej Łapie.
Na jej pysku wciąż gościł uprzejmy uśmiech, choć w błękitnych oczach pojawiło się coś znacznie bardziej uważnego.
— Według mnie bywa strasznie irytujący — westchnęła teatralnie, po czym lekko przewróciła oczami. — Wiem, wiem... to mój brat i pewnie nie powinnam tak mówić, ale chwilami naprawdę nie da się z nim wytrzymać. Wszystkim się przejmuje, ciągle się waha, a kiedy tylko pojawia się coś nowego, od razu wygląda tak, jakby miał zaraz uciec.
Urwała na moment, pozwalając, by pomiędzy nimi zapadła krótka cisza.
— Taki już jest... trochę tchórzliwy.
Słowa opuściły jej pysk miękko, niemal ze współczuciem, jakby nie próbowała go oczerniać, lecz jedynie podzielić się czymś, co od dawna ją martwiło.
Spojrzała przelotnie w stronę wejścia do legowiska, a kiedy ponownie odwróciła się ku rozmówcy, na jej pysku pojawił się cień złośliwego rozbawienia.
— Czasami odnoszę wrażenie, że wciąż zachowuje się jak kociak, chociaż wszyscy mówią do niego "uczniu". Naprawdę zastanawiam się, czy był gotowy na mianowanie.
Po chwili jednak wzruszyła lekko barkami, jakby właśnie powiedziała coś zupełnie nieistotnego.
— Ty natomiast wydajesz się zupełnie inny. Ledwie zamieniliśmy kilka zdań, a już sprawiasz wrażenie znacznie bardziej pewnego siebie i... szczerze mówiąc... o wiele lepiej wychowanego!
Uśmiechnęła się do niego ciepło, pozostawiając komplement zawieszony pomiędzy nimi.
Kurza Łapa mimowolnie spiął mięśnie na pierwsze pytanie uczennicy. Ciało przyszłego przewodnika w pierwszych chwilach widocznie wyrażało dyskomfort, choć na twarzy rudzielca pozostał wykalkulowany chłód, jak na niego przystało. Kurza Łapa tę zmianę w jej błękitnych oczach spostrzegł. Zmrużył oczy, zaintrygowany nowo poznaną istotą.
Trudno było dojrzeć na pysku młodzieńca jakikolwiek zarys silnych emocji. Kobaltowe, zmrużone oczy wierciły swoim przeszywającym spojrzeniem dziurę w uczennicy Wdzięcznej Firletki. Nie otworzył od razu pyska. Pozwolił Łzawej Łapie skończyć swoją kwestię do powiedzenia, zanim przyszła kolej na jego słowa. Nieśmiało skinął szybko głową na komplement, nie umiejąc skryć swojego słodkiego zawstydzenia. Zamrugał i spojrzał w bok, analizując dźwięki kotki pozostawione w jego myślach.
— Ty... też jesteś pewna siebie — próbował odwzajemnić jakkolwiek komplement, ponieważ czuł, iż wypadało. — Nadawałabyś się naprawdę na wojowniczkę.
Wcześniejsze słowa kotki pozostawiały w nim jakiś posmak obawy przed synem Zawodzącej Gwiazdy. Nie mógł się w rzeczywistości o nim wypowiedzieć... nie znał Milknącej Łapy.
Mimo to tony przyszłej medyczki wydawały się przyjemne, tak kuszące do spełnienia. Przecież był jeszcze pustym naczyniem do zapełnienia. Zwykłym stawem bez wody, czekający na nawodnienie. Jeżeli miałby wyrazić się o tym kocie, określiłby go tak, jak słyszał od innych.
— Milknąca Łapa... tchórz... irytujący... — wymamrotał, grzebiąc łapką po czarnym piachu. Starał się pozbierać myśli, ale za każdym razem wracał do komplementu Łzawej Łapy. Tak naprawdę pierwszy raz ktokolwiek powiedział o nim coś pięknego bez takiej potrzeby. Nic teraz nie osiągnął, nikogo nie zbawił, a jednak ta o to stojąca przed nim kotka określiła go czymś, o co nigdy nie walczył.
— Ja... — zaczął cicho i ostrożnie, jakby rozmawiał nie z córką samego przywódcy, lecz z damą rozdającą karty. Osobą, której właściwie nie znał i musiał zachować czujność za wszelką cenę. Tylko przed czym? Przecież to była uczennica medyczki. Odepchnął na bok myśli niepewności. Nie mógł pozwolić, aby Łzawa Łapa zawiodła się na nim. Przecież określiła go pewnym siebie. Nie mógłby tak po prostu jej stracić. Okazałby się... fałszywy i niewychowany.
Anielska postać granatowookiego zdawała się kontrastować z obecnym otoczeniem. Od pewnego czasu było ponuro i za cicho. To tak, jakby pogoda i sytuacja Burzaków zwiastowała ciszę przed burzą. Czyhające zagrożenie po chwilowym odpoczynku. Sprawiedliwego fałszu po słodkiej, złudnej prawdzie. "Fałszywe poczucie bezpieczeństwa, tsk!", pomyślał Kurza Łapa z obrzydzeniem.
Zapomniał, co dokładnie chciał powiedzieć. Stał tak z otwartym pyszczkiem i nerwowo spoglądał na obserwatorkę. Musiał improwizować. Nie wiedział dokładnie czemu, ale wszystko podpowiadało mu... zgodzenie się z nią.
Powoli kiwnął jej głową.
— Tak, Milknąca Łapa stara się, ale nie za dobrze mu to wychodzi. Może powinien jeszcze zostać w żłobku... lub zostać odesłany do Owocowego Lasu z powrotem. Może wcale nie zamierzał do nas iść...
Podświadomie wierzył, że wtedy Łzawa Łapa go czymś wynagrodzi. Wymusił się na krótki, słodki uśmiech, zanim powrócił do lodowatego wyrazu. Nawet jeśli nie wyglądał na emocjonalnego, wszystkie uczucia buzowały w umyśle bądź w innych częściach ciała. Trudno było rozgryźć nadto spokojnego ucznia, ale może Łzawa Łapa będzie kluczem do jego zamkniętego dotąd dla reszty pobratymców świata?
Mówiąc do uczennicy Wdzięcznej Firletki, srebrzysty kocurek chciał coś dodać od siebie. Sądził, że taka nagła zmiana zamieszkania mogła być faktycznie trudna... ale czy to faktycznie się sprawdzało, patrząc na przyszłą medyczkę? Koteczka pławiła się w ich wysokich trawach. Kurza Łapa zgadywał, że pewnie też się obraca w niezłym, plotkarskim towarzystwie. Nie zdziwiłby się raczej, gdyby zwróciła uwagę Śpiewającego Raniuszka. Opinii może głębszych nie posiadał do tej pory, ale faktycznie widział, co się działo wokół niego. To dawało mu przewagę. Miał zawsze coś pod łapą i w razie niepewności mógł sięgać po słowa innych wojowników, które mu zapadły w głowie i nie chciały dotąd wyjść. Może oczekiwały, aż nadejdzie moment, gdy uczeń przewodnika je właściwie wykorzysta w świecie śmiertelników.
Słysząc, że uczeń przyznał jej rację, Łzawa Łapa nie była w stanie powstrzymać szerokiego uśmiechu, który niemal natychmiast rozjaśnił jej pysk. W błękitnych oczach uczennicy pojawił się charakterystyczny błysk zadowolenia.
— Cieszę się, że podzielasz moje zdanie — miauknęła miękko, a jej ogon lekko poruszył się z zadowoleniem. — Czasami naprawdę trudno znaleźć koty, z którymi można szczerze porozmawiać. Większość tylko kiwa głową albo udaje, że wszystko jest w porządku, nawet kiedy doskonale wiedzą, że coś im nie pasuje.
Przez kilka uderzeń serca przyglądała się Kurzej Łapie, zanim jej spojrzenie ponownie powędrowało ku posłaniu.
— A tak właściwie... — zaczęła po chwili. — Z kim zwykle spędzasz czas?
Przechyliła lekko głowę, a na jej pysku wciąż utrzymywał się łagodny uśmiech.
— Wiesz, tak poza Perłówkową Łapą.
Kurza Łapa patrzył na nią zmieszany. Wsłuchiwał się w jej miękki głos, który zdawał się go przybijać z każdym nowym słowem, choć starał się to wybitnie ukrywać na zewnątrz. Nie był wtedy pewny czy całkowicie się zgadzał z tym, co powiedział. Jako odpowiedź nieco się tajemniczo uśmiechnął.
Uciekł kobaltowymi, pustymi oczami. Łzawa Łapa wydawała się intrygująca. Mimowolnie zaczął się cieszyć, iż ją zadowolił. Ten szeroki uśmiech i błysk w oku coś w nim pozostawił. Nie wiedział tylko, gdzie go zaprowadzą te słowa zgody z przyszłą medyczką. Nie był pewien czy...
Zostały wybity z myśli przez Łzawą Łapę. Rozchylił usta i spojrzał na nią, widocznie zaskoczony. Chwilę mu zajęło zaznajomienie się z pytaniem. Przełknął ślinę i zmrużył oczy. Kiedy srebrny rudzielec zbierał myśli, przez ten czas panowała między nimi cisza. Wzrok Kurzej Łapy opadł na dół. Cisza... nie była ona... nieprzyjemna, przynajmniej dla Kurzej Łapy. Czuł się wtedy całkowicie wysłuchany i niezignorowany jak w dzieciństwie, zanim zyskał gram świadomości. Łzawa Łapa na niego czekała. Doceniał to.
— Ja... Hm. Śniący Obserwator i Biały Strumień wzięli mnie pod swoje skrzydło, a z drugim miałem już w dzieciństwie interakcję i nocną wyprawę. Moja rodzina mnie wspiera — zaczął, mówiąc jak o dawno znanych faktach, a nie nowym odkryciu. Uniósł kobaltowe, przeszywające oczy powoli, uważnie przyglądając się uczennicy spod wachlarza gęstych rzęs. — Dotąd nie miałem potrzeby szukania więcej. Wystarczało mi to, co życie mi dało naturalnie. Nie z przymusu — miauknął bez zawahania. Czując się pewniej, słodki uczeń przewodnika usiadł przed nią i również przechylił główkę w tą samą stronę, co ona. Czerwona czupryna zasłaniała prawe oko Kurzej Łapy, który nie odrywał od niej wzroku. Pragnął poznać jej reakcję na jego słowa.
— ...Ale czasem warto poszerzać horyzonty. I dobrze poznawać koty takie jak ty, Łzawa Łapo. Pewne siebie.
— Ach... — miauknęła cicho, a jej uszy drgnęły z wyraźnym zadowoleniem. — W takim razie bardzo się cieszę, że mogłam zostać twoją pierwszą prawdziwą koleżanką. Hihi.
Na jej pysku ponownie rozkwitł łagodny, serdeczny uśmiech. Cicho westchnęła, a napięcie, którego nawet wcześniej nie była świadoma, powoli opuściło jej barki.
Kurza Łapa wyprostował się i odwzajemnił słabiej chwilowy uśmiech. Skinął jej głową, potwierdzając słowa pierwszej prawdziwej koleżanki. Kątem oka zauważył zmianę w jej pozie, ale nie umiał tego zinterpretować.
— Więc... co teraz, Łzawa Łapo? — miauknął i uniósł jedną brew. — Czy ty masz innych przyjaciół? — zapytał miękko.
Oplótł łapy swoim płomiennym, futrzastym biczem i nie spuszczał z niej wzroku. Nie wiedział jak podtrzymać rozmowę z uczennicą medyczki. Właściwie... czy ona właśnie przyszła tu na pogawędkę?
— Mhm! — miauknęła z entuzjazmem, energicznie kiwając głową. — Całkiem sporo! Część z nich pewnie kojarzysz stąd, ale druga mieszka w zupełnie innym miejscu. W Owocowym Lesie! Hah... a skoro już o tym mowa. Wiedziałeś, że należę do miotu sojuszniczego?
Rozchylił usta w zaskoczeniu. Tak naprawdę nigdy się nie zastanawiał nad pochodzeniem rówieśników poza tym, że byli z Owocowego Lasu... po prostu pewnego dnia przyszli do żłobka, a Kurczątko nie miał okazji za bardzo się z nimi bawić i kwestionować Burzackiej krwi.
— Aha... Musiało to być super doświadczenie... — wymamrotał pod nosem, wyraźnie zaintrygowany. — Czyli Zawodząca Gwiazda miał dzieci z jedną z kotek naszych sojuszników za drogą grzmotu? — zgadł. Musiał w takim razie odwiedzić kiedyś to miejsce.
Ziewnęła krótko, po czym skinęła głową.
— Coś w tym guście — parsknęła śmiechem. — A ty jesteś synem Ostatniego Pożaru, co nie?
Kocur nie zareagował od razu.
Chciał najpierw rzec, iż Ostatni Pożar to była tylko jego niby ciotka, ale...
Przełknął ślinę.
— No... — wymamrotał ze słabym uśmiechem. — Nie ma takiej dużej różnicy między nami, prawda? — dodał pewniej Kurza Łapa.
Drgnęła lekko, przez moment lustrując wzrokiem kolegę, jak gdyby chciała w jego futrze wypatrzeć wszelkie różnice między nim a ognisto-rudą wojowniczką.
— No, powiedziałabym, że jesteście do siebie naprawdę podobni. Tylko uszy są nieco inne... — uśmiechnęła się, po czym ziewnęła krótko.
Uciekł wzrokiem w bok.
— Nooo... — wymamrotał. — Może mój tata takie miał... — dodał zakłopotany.
Czemu właściwie ją okłamał? Przecież kochał swoją mamę. Musiał! W końcu to była jego mama. Bez niej nie byłoby Kurczątka i Perłówki.
Lecz wtem odezwały się głosy przeszłości, cytujące Rudzikowe Skrzydełko bez ani grama litości mówiąca do nieświadomego malca, jakim to głupcem był. Odkąd znalazł czas na zbieranie wiedzy i świadomości o otaczającym go świecie, zdał sobie sprawę, że Rudzik od początku z niego szydziła. Czy naprawdę nie miał... potencjału?
Może ciotka by go bardziej zrozumiała niż własna matka.
Niby-ciotka.
— Eh, już trochę długo tu siedzimy, co? — mruknęła.
Spojrzała po raz kolejny na posłanie.
— Firletka miała mnie pouczyć o ziołach i te sprawy... — miauknęła, spoglądając błagalnie na kolegę. — Mógłbyś to za mnie dokończyć? Błaaagaaam...!
Widząc, jak koleżanka zmieniła temat, próbując zapomnieć o wstydliwej przeszłości, postanowił dostosować się do jej pytania. A raczej... błagania? Kurza Łapa zmarszczył brwi, patrząc to na posłanie z obrzydzeniem, to na Łzawą Łapę zmieszany.
— ...Wiesz co, może lepiej byłoby wyrzucić tę papkę... czegoś. Nie znam żadnego kota, który w tym by chciał zamieszkać. No, chyba że twój brat by nie zauważył, gdzie sadza swój zadek — zachichotał, drwiąc pewnie o Zewie.
Nie odpowiedział konkretnie na pytanie, ponieważ sam nie chciał do tego posłania przykładać łapy. Czułby się tak brudny, że przez cały dzień siedziałby w lodowatej wodzie.
Nagle światło oświecenia sprowadzone z samego Klanu Gwiazdy uderzyło w jego głowę przez dziury w legowisku uczniów, drążąc w Kurzej Łapie niewidzialną dziurę prowadzącą do miejsca przechowującego wiedzę i pamięć.
Stamtąd wziął się też ten nikczemny pomysł. Uznał, że Łzawa Łapa na pewno go za to pochwali.
— Hmm... a może by tak... Milknąca Łapa powinien zaraz przyjść.
I zaczął błagać wszechstronnych gwiezdnych, aby ich bezcenna wiedza jego następne myśli skierowała do głowy uczennicy medyczki bez potrzeby wymawiania następnych słów.
Przez kilka uderzeń serca milczała. Ogon drgnął jej niespokojnie, a uszy lekko przywarły do głowy.
— Och... Czy ja właśnie spotkałam swoją bratnią duszę? — miauknęła z błyskiem w oczach.
Zaskoczony pozytywną odpowiedzią otworzył buzię, po czym ją zamknął.
Łzawa Łapa właśnie go pochwaliła? Określiła... "bratnią duszą". Kurza Łapa, choć na zewnątrz wydawał się opanowany, w środku nie umiał zapanować nad myślami.
— Hihi...! Naprawdę chcesz to zrobić?
Kiwnął pewnie głową do uczennicy z lekkim uśmiechem.
***
Po pożarze…
Odkąd tereny Klanu Burzy się spaliły, Kurza Łapa wydawał się zagubiony. Po rozmowie z ciotką jego wzrok stawał się w pewnych momentach nieobecny, jakby nie żył w tej rzeczywistości; jakby nie należał do tej wersji zdarzeń. Specjalnie omijał legowisko minarów szerokim łukiem, częściej zaglądając do medyczek; a właściwie to tylko do uczennicy Wdzięcznej Firletki. Czasem też go widziano z siostrą lub resztą kuzynów.
Po odbytym treningu z albinosem postanowił, iż pójdzie znów na szukanie ziół w starym obozie. Chciał zacząć znowu od wieży, ale wchodząc do spalonego domu, spojrzał od razu na legowisko wojowników. Przełknął głośno ślinę i podreptał w stronę spalonego i popsutego miejsca. Kurza Łapa, przeszukując ponownie legowisko wojowników, nie znalazł nic wartego uwagi. Zasmucony wrócił do obozu z pustymi łapami. Przez śnieg i pożar głodowali.
Obecnie siedział w centrum. Przyzwyczaił się do mroku panującego w tych zimnych komnatach. Kobaltowe oczy się przymykały co jakiś czas, zapewne był zmęczony.
— Hej! Kurza Łapo! — zawołała uśmiechnięta Łzawa Łapa, podchodząc do ucznia. — Jak tam? Co u ciebie?
Słysząc znajomy głos, poderwał się i zlustrował kotkę wyjątkowo miękkim wzrokiem. Zatrzepotał rzęsami zaskoczony. Przez chwilę trwała między nimi cisza, zanim kocur pokręcił szybko głową i odchrząknął.
— Ja... dzień dobry, Łzawa Łapo — zaczął nazbyt oficjalnie i skinął głową uczennicy. — A w sumie to dobrze. Za niedługo będę mógł zapewne przystąpić do tego całego sprawdzania, czy mogę zostać przewodnikiem. Poza tym księżyc temu jakaś Klifiaczka chciała mnie nabrać na wspólne łowienie zwierzyny. Oczywiście sojuszniczka nie wykazała się zbytnią, zaskakującą inteligencją. Być może Klan Klifu powinien zainwestować w lepszych nauczycieli wiedzy o kocim społeczeństwie...
Kurza Łapa, jeśli mu się było dobrze przyjrzeć, nabrał dużo muskułów. W kobaltowych oczach o dziwo można było zauważyć doświadczenie i pewność siebie, której wcześniej brakowało srebrzystemu przy ich pierwszym spotkaniu.
— A u ciebie? Wdzięczna Firletka wciąż ci każe czyścić te piękne legowiska uczniów? — zażartował ładny uczeń. — A może dzięki temu szybciej zostaniesz medyczką od Milknącej Łapy? — dodał z uśmieszkiem, mrużąc przy tym wielkie oczy. — Jemu raczej się nie spieszy... ostatnim razem jak go zabrałem do tuneli to o mało, co się nie zabił. Gdyby Zawodząca Gwiazda to usłyszał, nie byłby pewnie zadowolony z postępów syna.
<Łzawa Łapo?>
[Event Klanu Burzy: Przeszukiwanie starego obozu]

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz