Dzisiejszy trening skończył się wcześniej niż zazwyczaj. Przećwiczyliśmy rozpoznawanie tropów i poruszanie się po oblodzonych gałęziach, po czym mentorka uznała, że dalsze ćwiczenia nie mają sensu, skoro wiatr z każdą chwilą robił się coraz silniejszy. Wróciłam więc do obozu z przyjemnym zmęczeniem, czując, jak zimne powietrze szczypie mnie w policzki. Otrzepałam łapy z przyklejonego śniegu i przez chwilę rozejrzałam się po znajomych legowiskach. Każdy zdawał się czymś zajęty. Jedni wzmacniali legowiska przed kolejnymi opadami, inni rozmawiali przy stosie ze zdobyczą albo wracali z patroli. Wtedy mój wzrok zatrzymał się na Puchaczu.
Uśmiechnęłam się pod nosem. Kojarzyłam go jeszcze z czasów, kiedy oboje byliśmy kociakami, choć wtedy bardziej widywałam go pędzącego przez obóz niż stojącego w miejscu. Odkąd został uczniem zwiadowcy, nie mieliśmy zbyt wielu okazji do rozmowy. Każde z nas pochłonęły własne treningi. Ja spędzałam większość dni z Rohan w lesie, ucząc się tropów, wspinaczki i orientacji w terenie, a on uczył się wszystkich zwiadowczych obowiązków pod okiem Figi. Mimo że szkoliliśmy się na tę samą rangę, każdy mentor miał własny sposób nauczania. Byłam zwyczajnie ciekawa, jak wyglądały jego treningi.
Nie zastanawiając się dłużej, ruszyłam w jego stronę. Śnieg cicho skrzypiał pod moimi łapami, a ogon poruszał się spokojnie za moimi plecami. Gdy znalazłam się bliżej, zatrzymałam się z ciepłym uśmiechem.
— Cześć, Puchaczu.
Przez chwilę przyglądałam mu się z rozbawieniem. Wyglądał dokładnie tak, jak go zapamiętałam. Może odrobinę większy, może trochę poważniejszy… ale tylko odrobinę. W jego pomarańczowych oczach nadal dało się dostrzec ten charakterystyczny błysk, który zwykle zwiastował kolejny szalony pomysł. Zastanawiałam się, czy trening zwiadowcy choć trochę go uspokoił, czy wręcz przeciwnie.
— Jak ci idzie szkolenie? — Usiadłam wygodniej na ubitym śniegu, owijając ogon wokół łap. — Pomyślałam sobie, że chociaż oboje uczymy się na zwiadowców, pewnie nasze treningi i tak trochę się różnią. Ja praktycznie cały czas biegam z Rohan po lesie, uczę się tropów albo wspinam po drzewach. Czasem wracam tak zmęczona, że mam wrażenie, iż zasnę jeszcze zanim dotrę do legowiska. Jestem ciekawa, jak wyglądają twoje dni. — Zaśmiałam się cicho, przypominając sobie swoje pierwsze próby wspinaczki. — Ostatnio przez pół dnia próbowałam nauczyć się odpowiednio rozkładać ciężar na gałęziach. Na początku kilka razy prawie z nich zleciałam. Rohan tylko cierpliwie powtarzała, żebym zaufała własnym łapom i przestała się spieszyć. Dopiero pod koniec treningu zaczęło mi to naprawdę wychodzić. Nadal mam jeszcze mnóstwo do nauczenia, ale chyba właśnie to najbardziej lubię. Każdy dzień przynosi coś nowego.
Spojrzałam na niego z zaciekawieniem.
— A jak jest u ciebie? Co było najtrudniejsze od czasu mianowania? Nauczyłeś się już czegoś, co szczególnie ci się spodobało?
Przekrzywiłam lekko głowę, z wyraźnym zainteresowaniem czekając na odpowiedź. Nie pytałam z grzeczności. Naprawdę chciałam wiedzieć. Każdy mentor uczył trochę inaczej, a każdy uczeń wynosił z treningów coś innego. Lubiłam słuchać o rzeczach, których sama jeszcze nie doświadczyłam, dlatego byłam ciekawa, co Puchacz powiedziałby o swoich pierwszych księżycach nauki.
Na moment mój wzrok uciekł gdzieś poza sylwetkę Puchacza. Zastanowiłam się, jak radził sobie Zew. Odkąd razem z Łzą przenieśli się do Klanu Burzy, nie miałam okazji ich zobaczyć. Czasami łapałam się na tym, że mimowolnie wypatrywałam w obozie znajomego, dymnego futra, zanim przypominałam sobie, że już go tutaj nie było. Nadal trudno było przyzwyczaić się do tej myśli. Przez tyle księżyców byliśmy nierozłączni, a teraz każde z nas szło własną ścieżką.
Miałam nadzieję, że dobrze odnalazł się w nowym miejscu. Zew zawsze był ciekawy świata i potrafił odnaleźć radość nawet w drobnych rzeczach, ale mimo wszystko zmiana klanu musiała być dla niego ogromnym przeżyciem. Zastanawiałam się, czy zdążył już poznać nowych przyjaciół, czy jego mentor był cierpliwy i czy trening sprawiał mu tyle samo frajdy, ile sprawiałby tutaj. Byłam niemal pewna, że nadal zdarzało mu się zamyślać podczas spacerów i wpadać na inne koty, tak jak robił to od najmłodszych księżyców. Ta myśl wywołała cichy uśmiech na moim pysku.
Pomyślałam też o Łzie. Zawsze wydawała się od nas odrobinę poważniejsza i bardziej opanowana, dlatego wierzyłam, że również dobrze radzi sobie w Klanie Burzy. Mimo to tęskniłam za nimi obojgiem. Czasem wyobrażałam sobie, że kiedyś jeszcze spotkamy się gdzieś na granicy podczas wspólnego patrolu albo zgromadzenia i będziemy mogli usiąść razem, choć na chwilę, opowiadając sobie o wszystkim, czego nauczyliśmy się od czasu rozłąki. Byłam ciekawa ich historii tak samo, jak teraz chciałam poznać opowieści Puchacza o życiu przyszłego wojownika.
— A jak jest u ciebie? Co było najtrudniejsze od czasu mianowania? Nauczyłeś się już czegoś, co szczególnie ci się spodobało?
Przekrzywiłam lekko głowę, z wyraźnym zainteresowaniem czekając na odpowiedź. Nie pytałam z grzeczności. Naprawdę chciałam wiedzieć. Każdy mentor uczył trochę inaczej, a każdy uczeń wynosił z treningów coś innego. Lubiłam słuchać o rzeczach, których sama jeszcze nie doświadczyłam, dlatego byłam ciekawa, co Puchacz powiedziałby o swoich pierwszych księżycach nauki.
Na moment mój wzrok uciekł gdzieś poza sylwetkę Puchacza. Zastanowiłam się, jak radził sobie Zew. Odkąd razem z Łzą przenieśli się do Klanu Burzy, nie miałam okazji ich zobaczyć. Czasami łapałam się na tym, że mimowolnie wypatrywałam w obozie znajomego, dymnego futra, zanim przypominałam sobie, że już go tutaj nie było. Nadal trudno było przyzwyczaić się do tej myśli. Przez tyle księżyców byliśmy nierozłączni, a teraz każde z nas szło własną ścieżką.
Miałam nadzieję, że dobrze odnalazł się w nowym miejscu. Zew zawsze był ciekawy świata i potrafił odnaleźć radość nawet w drobnych rzeczach, ale mimo wszystko zmiana klanu musiała być dla niego ogromnym przeżyciem. Zastanawiałam się, czy zdążył już poznać nowych przyjaciół, czy jego mentor był cierpliwy i czy trening sprawiał mu tyle samo frajdy, ile sprawiałby tutaj. Byłam niemal pewna, że nadal zdarzało mu się zamyślać podczas spacerów i wpadać na inne koty, tak jak robił to od najmłodszych księżyców. Ta myśl wywołała cichy uśmiech na moim pysku.
Pomyślałam też o Łzie. Zawsze wydawała się od nas odrobinę poważniejsza i bardziej opanowana, dlatego wierzyłam, że również dobrze radzi sobie w Klanie Burzy. Mimo to tęskniłam za nimi obojgiem. Czasem wyobrażałam sobie, że kiedyś jeszcze spotkamy się gdzieś na granicy podczas wspólnego patrolu albo zgromadzenia i będziemy mogli usiąść razem, choć na chwilę, opowiadając sobie o wszystkim, czego nauczyliśmy się od czasu rozłąki. Byłam ciekawa ich historii tak samo, jak teraz chciałam poznać opowieści Puchacza o życiu przyszłego wojownika.
<Puchaczu?>
[796 słów]
[16%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz