BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Leto x Wisteria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Leto x Wisteria. Pokaż wszystkie posty

21 lutego 2025

Od Leto CD. Wisterii

Nierówny, chropowaty beton szarpał jego delikatne, wrażliwe poduszki. Czuł jak nieutwardzona, nieprzystosowana skóra pęka, a szramy z każdym susem powiększają się. Do czerwonej cieczy przyklejał się pył, brud i żwir, wchodził w rany, zasklepiał je, podrażniał i zaogniał piekący ból. Leto biegł. Biegł, ile miał sił w łapach, na ile tylko było go stać. Nie zważał na szklane odłamki wbijające mu się między palce, na smród świdrujący jego delikatne wnętrze nosa, nawet wszechobecny hałas nie był w stanie go rozproszyć.
Miał jeden cel; jeden jedyny... Biec.
Jedynym co dawało mu chociaż namiastkę ulgi, było to, że Wisteria go posłuchała. Nie zatrzymała się, nie traciła czasu, kiedy on zaatakował potworzysko; kontynuowała swoją ucieczkę, nawet kiedy kocurowi podwinęła się łapa i spadł prosto w paszcze psa. Na szczęście pazury dosięgły ponownie jego pyska, na moment wybijając go z szaleńczej furii. Wtedy Leto mógł przeturlać się kilka swoich długości w lewo i wykorzystując ustawione kartony, powrócił na poprzedni poziom. Dogonił siostrę, jednak nie na długo. Mniejsza postać Wisterii nagle mu umknęła. Ostatnie co zobaczył to ruch jej rudej kitki, gdy żwawo zanurkowała w dół. Jak na złość jej nieprzemyślany ruch łapą trącił poustawiane pod ogrodzeniem śmieci i skrzynie, które posypały się, niemal nie waląc się kremowemu prosto na głowę. W ostatniej chwili odskoczył on do tyłu. Klamoty przycisnęły go do ceglanego murku, ledwo zostawiając jakiekolwiek miejsce, aby wziąć oddech. Serce zaczęło mu walić w piersi. Nie wiedział, co miał robić. Jedyne co czuł to odurzający, mącący w głowie cierpko-słodki zapach zgniłej żywności i innych odpadków. Po lewej usłyszał powarkiwania, a odgłos węszenia wydawał się dobiegać z bardzo bliska. Kocurek starał się nie ruszać; każde drgnienie ogona mogłoby zdradzić jego obecność. 
"To jest mój czas... Tak właśnie przyjdzie mi zginąć? Przynajmniej moja ukochana panienka przedostała się na drugą stronę; tam będzie bezpieczna, tam na pewno ktoś się nią zajmie... Spojrzy w jej skrzące ślepka, odnajdzie w nich płatki kwitnącego chabra... Da jej jeść, ukorzy jej pragnienie słodkim rzecznym nektarem... A potem zasiądą razem; ktokolwiek to będzie, wyciągnie patyczki i pył z sierści o barwie poranka. Niech jej świat będzie przychylny, niech tylko zazna szczęścia... A być może i zapamięta swojego nieszczęsnego brata, który poległ tutaj... Poległ, aby ona mogła radować gwiazdki swoim widokiem, aby ptaszki mogły śpiewać jej ulubione melodyjki, aby motyle miały od kogo uczyć się elegancji..." 
Leto już chciał się rozluźnić; pozwolić, aby siły powoli go opuszczały, ale nagle dobiegł do niego głos. Koci głos.
— Zapchlona szkarada... Znowu się tutaj kręci, jakby nie miał swojej pełnej miski u tych pomarszczonych dziwaków... — Zachrypłe dźwięki dochodziły bezpośrednio znad kocura. Czuł, jak góra odpadów delikatnie się ugina pod czyimś ciężarem. 
— H-halo! Przepraszam! — zawołał kremowy, a kroki ustały. 
— Gadające śmieci... Te miasto schodzi już kompletnie na psy... — burknął, ale momentalnie zaczął grzebać i przekopywać worki, niektóre rozdzierając pazurami. 
— Nie! Żadne śmieci! Tutaj jestem! — Spróbował wespnąć się wyżej. Chciał wystawić łapę, aby tajemniczy nieznajomy mógł pomóc mu się wygrzebać. — T-tutaj! Widzi mnie Pan? — Poczuł powiew wiatru na poranionej poduszce, ale sam jeszcze nie mógł się wygramolić. Nie było szans, że wydostanie się bez pomocy. Zadzierając głowę wysoko do góry, udało mu się ujrzeć zerkający do dziury dość brzydki pysk. 
— A co my tu mamy? Trzymasz się młody? — zapytał z nutką żartobliwej złośliwości. 
— Niech mi Pan pomoże, błagam... — jęknął żałośnie. Bał się, że samotnik okaże się oprawcą, jakimś negatywnym bohaterem w jego historii, ale szybko zalała go ulga. 
— Spokojnie, spokojnie. Szkoda takiego łupu, żebyś mi się tam zakisił i zdechł. — powiedział i spuścił się przednimi łapami do szpary. Złapał skórę na grubym karku Leto, a następnie pomógł mu wyjść na powierzchnie. Bengal parę razy niemal nie ześlizgnął się z powrotem; większość rzeczy, o które chciał oprzeć, było mokre, śliskie lub rozpadające się. Kiedy w końcu udało mu się wypełznąć, padł na karton. Dyszał ciężko, a cała adrenalina zaczęła powoli z niego schodzić; poczuł ogromne zmęczenie fizyczne, jak i psychiczne. 
— Niezmiernie Panu dziękuje, naprawdę. Nie wiem jak się odwdzięczę. — mruknął między wdechami. Dopiero teraz mógł dokładnie przyjrzeć się swojemu wybawcy. Był to duży kocur, miał niezaradne, niczym niewyróżniające się bure i postrzępione futro, a jego ciało ponaznaczane było małymi szramkami; nie były wynikiem bitew, a raczej niespodziewanych i licznych wypadków. Nie sprawiał wrażenia zbyt mądrego, ale najważniejsze było to, że miał wystarczająco siły, aby pomóc tak sporemu podrostkowi jak Leto. Starzy usiadł przed nim i przyglądał się z wielką pasją i ciekawością. 
— A tam... Nie ma co. Taki młody to widać, że jeszcze brak ci pomyślunku. Może niektórzy by wyszli z założenia, że kretynów trzeba zostawiać w takich sytuacjach, bo to lepsze dla ogółu, ale co ja będę oceniać, kto jest mądry, a kto jest jak ty. Odwdzięczać też się nie musisz, bo jeszcze znowu gdzieś fikniesz. — powiedział. Srebrny nie miał zamiaru się kłócić czy denerwować. Nie miał na to głowy. 
— No dobrze... Ah! Czy nie widział Pan kotki... Piękna, ruda, niczym słoneczko jaśniejąca... 
— Aha! Wiedziałem! Wszystkie głupie pomysły i niebezpieczne sytuacje zawsze zaczynają się od bab! — zawołał, widocznie z siebie zadowolony. Wyciągnął palucha przed siebie i zaczął nim wskazywać na jasną pierś. — Mów no, wyznawałeś jej miłość i cię odrzuciła, a potem zaczęła przed tobą pitać, hmmm? O! O! Albo nie... Pewnie to przed nią się kryjesz... Pewnie znowu nieplanowane kociaki... Wy młodzi to nie umiecie się powstrzymać ze swoimi żądzami, a potem wychodzą takie kwiatki. — Pokręcił głową, ale dalej się uśmiechał głupkowato.
— To moja siostrzyczka najukochańsza... — jęknął ponownie kremowy.
— Na ogon mojej starki... Ale że tak z siostrą... No to się nie dziwie, że tak to się skończyłeś...
— Co też Pan mówi?! — oburzył się. Z emocji musiał wręcz wstać na równe łapy, a ogonem uderzył o kawałek kartonu. Bury w obronnym geście podniósł obie przednie łapy. 
— Jejku, jejku. Po co te nerwy? — mruknął. — No ale dobrze... Nie wchodzę już w szczegóły... Niestety nikogo nie widziałem. Ani pasującego do opisu, ani zupełnie innego. 
— Oh... Może to lepiej. Pewnie jest już bezpieczna gdzieś daleko — wyszeptał. Nie mógł jednak ukryć smutku i tęsknoty. 
— Może... Albo już ją coś hapsło za płotem... — wyrzucił. Przerażony wzrok niebieskich ślepiów przeszył go jak lodowy sopel. Samotnik zmieszał się i dodał. — Noo... Albo oczywiście siedzi sobie w kwiecistym ogródeczku. Tak, tak. Na pewno tak jest. — Wymusił śmiech, a gdy Leto westchnął i wlepił wzrok w poranione łapy, ten przewrócił oczami. 
— Ja muszę mieć pewność... Jeśli mogę jeszcze zapytać, jeśli nie wykorzystuje zbytnio pańskiej — Tutaj przerwał i rozejrzał się po brudnych ścianach betonowych budynków i górce stworzonej ze śmieci — Pańskiej gościny... To, czy mógłby mi Pan pokazać jak przedostać się na drugą stronę ogrodzenia? — Wskazał głową w stronę, gdzie czmychnęła Wisteria. Bury podniósł brew i pokręcił głową. 
— A tam zapomnij, że cię wezmę! Ten głupi cymbał, co tam mieszka to świnia, nie kot! W łbie ma pstro, a zachowuję się jakby całą wsią zarządzał! Głupi cep... — odpalił się. 
— Tylko kierunek... — domagał się dalej. 
— No nie wiem... Jeszcze jest szansa, że coś z ciebie będzie, boś całkiem pokaźny, ale jak tylko zamienisz słowo z tym kretynem, to jego bezmózgość cię zainfekuje... — skrzywił się.
— Obiecuję, że będę uważać, a przecież muszę w takim razie uratować siostrę. — Próbował dalej.
— No tak tak... No dobra. Wezmę cię, ale nigdzie dalej niźli nad płotek, potem idziesz sam, bo jak mnie ten świniak obejrzy po raz kolejny, to mi urwie szyję aż przy zadku. — zgodził się w końcu i nie czekając, ruszył przed siebie, dając ogonem znak Leto, który od razu popędził za nim. — A jak nie znajdziesz tej swojej zagubionej dziewczy-
— Siostry! 
— Jeden pies... No to możesz iść dalej prosto i wybrać się na wakacje do lasku... Strasznie dziwne rzeczy się tam dzieją, ale panienek mają pod dostatkiem. I to takie waleczne kocice... Uwierz mi, niezłe z nich bestie, z pazurem... Każdy coś znajdzie. Chociaż przed taką to nawet w kupie śmieci się nie ukryjesz. — Kocur nawijał jeszcze długo, ale Leto go nie słuchał. Czuł lekkie obrzydzenie i zażenowanie zachowaniem samotnika, ale był mu wdzięczny za wszystko, co zrobił. Gdyby nie nieznajomy, którego imienia nawet nie poznał, dalej tkwiłby przyciśnięty przez śmierdzące worki. Musiał to jakoś wytrzymać.

~ * ~ 

Kocur zostawił go na betonowym murku. Pożegnał kuksańcem w grzbiet i zniknął między kontenerami. Widok, który rozciągał się przez Leto, był znacznie ładniejszy od szarej burości miasta. Okolica przypominała tą, w której mieszkał; domki były niewielkie, poprzecinane pasmami zieleni, w których rosły przeróżne, słodkie kwiaty. Obudziła się w nim nadzieja, że być może tutaj odnajdzie siostrze; wyglądało to na miejsce, gdzie chętnie by pozostała i poczekała na swojego rycerza.

 Jej zapachu jednak nie odnalazł ani tam, ani przez następne dni. Słońce zachodziło i wznosiło się, a kocurek dalej szukał, dalej krążył, zagłębiał się coraz bardziej, zostawiając utęskniony dom daleko, daleko za miastem. Z każdym porankiem tracił nadzieje. Tracił siły. Łapy go bolały od wysiłku, od ciągle zrywających się strupów. Miał też wrażenie, że któraś z poduszeczek musiała się zainfekować, gdyż nocami zmagał się z gorączką. Bał się, że faktycznie był to jego koniec. Miał tylko nadzieje, że Wisteria była bezpieczna, a jej kędziorkami ktoś się zajął. Siostra nienawidziła mieć brudnego futerka...

<Wisterio? Odpiszesz mi, jak dojdzie do jakiegoś reunion kiedyś?>

15 lutego 2025

Od Wisterii CD. Leto

Zamrugała zaskoczona, a jej brwi zmarszczyły się ze zmartwieniem.
— Ale nic ci złego nie uczynił? — kremowy pokręcił głową — W takim razie, nie martw się Leto, to żadna tragedia. Tamten panicz jest nieugięty... Jest zbyt potężny; nie obrażam twojej siły mówiąc to, braciszku, ale to przeciwnik pokroju umiejętności ojca, nie twoich. 
Kocur spuścił spojrzenie szarych ślipi na własne łapy.
— Tak uważasz? 
— Tak, nie przywiązuj do tego tak dużej wagi, nic się nie stało — zamruczała, trącając jego bark rudym policzkiem — Miałeś dobre intencje. Następnym razem na pewno się z nim rozprawisz.
Polizała kędziorek sierści między jego uszami korzystając z tego, że z głową schyloną ku ziemi byli podobnego wzrostu.
— A teraz, jeżeli zechcesz, to może wybierzesz się ze mną na spacerek? 
Leto podniósł na nią spojrzenie i pokiwał na zgodę.
— Oczywiście panienko — jego mordką rozpromieniła się; prędko podniósł się na łapki i wyciągnął jedną w stronę rudej, aby pomóc jej wstać — Chodź, chyba zostawiono nam jeszcze otwarte wrota!

*teraźniejszość*

Słońce chyliło się ku horyzontowi. Chmury zmieniły swą barwę, okryte plamami żółci i rdzy. Gdyby się odwróciła, po przeciwnej stronie ujrzaby wschodzący powoli księżyc. Biała tarcza była prawie idealnie okrągła; do pełni brakowało tylko paru dni.
Pamiętała, że gdy stawiała pierwsze, chwilę kroki poza domostwem, ojciec mówił jej, że po zmroku strachy wychodzą ze swoich kryjówek. Radził, aby nocą wieczorami trzymała się ciepła kominka, gdzie jej drobne łapki będą bezpieczne. Gdzie on może jej bronić. Ale teraz nie była już taka mała i nieporadna. Wydoroślała, oni wszyscy wydorośleli. Już nie obowiązywały jej te same zasady, pomimo tego, że troska Narratora wcale nie zmalała.
Teraz bez obaw przeciskała się pomiędzy prętami furtki, Leto tuż u jej boku, gotowy do asysty. Z uśmiechem na pysku i wysoko uniesioną głową przystanęła na brukowej ścieżce, czekając, aż braciszek skończy wyrażać swoje obawy i dołączy do niej po drugiej stronie ogrodzenia.
— Nie martw się — zamruczała — Wiele razy już tu byłam, i dniem i wieczorami, i nic mi się nie stało. 
Srebrny wyskoczył z pomiędzy zdobionych prętów ogrodzenia i przylizał rozczochrane futro na piersi. Jego spojrzenie ma moment zatrzymało się na rozświetlonym oknie domostwa.
— Nie martwię się, na pewno bym cię obronił, gdyby jakiekolwiek zło stanęło nam na drodze — uśmiechnął się szarmancko, jednak szybko mordka mu zrzedła — Ale robi się późno... Na pewno nie jesteś już zmęczona?
Pokręciła głową i leniwym krokiem ruszyła do przodu, co zmusiło Leto do tego samego.
— Uwierz mi, energia kłębi się w moich łapach — zachichotała — Będzie bardzo miło, skoro słońce już nie przypieka, ani deszcz nie kropi z nieba. No, chyba, że bardzo chciałabyś wrócić, to wtedy zaprzestaniemy — zmarszczyła brwi — Nie chciałabym ciebie do tego zmuszać, jeżeli masz jakieś złe przeczucia. 
— Nie nie, panienko, z chęcią ci potowarzyszę — wyrwał się do przodu stanął, i przeskanował wzrokiem otoczenie — W którą uliczkę twe łapy nas poniosą? 
Rozejrzała się, mimowolnie kierując w tą bardziej zarośniętą, która kończyła się piaszczystą ścieżką i paroma krzewami. Rzuciła pytające spojrzenie w kierunku brata, przestepujac z łapy na łapę. Kremowy skinął głową, doganiając ją w paru susach. Bruk pod ich łapami powoli ustępował miejsce ubitemu piachowi, a żeliwne ogrodzenia zamieniały się w drewniane deski. Okna innych domostw świeciły znajomym, ciepłym blaskiem. Drzewa rzucały długie cienie na ich ścieżkę, a bzyczenie owadów odciągało jej wzrok w stronę rabat z kiedyś kolorowym kwieciem. Większość zdążyła już zwiędnąć i obrócić w papkę pod wpływem deszczy, ale wiecznie zielone bluszcze czy bujne paprocie korzystały z wilgoci. Jej łapki skierowały się prosto na donice i grządki, które akurat nie były ogrodzone żadnymi prętami. Podniosła wzrok na cudze domostwo, w którego lśniących oknach zauważyła dziecię wyprostowanych. 
— Wisterio? — brat dołączył do niej po paru momentach, spogladajac na zieleninę obok niej — Znalazłaś coś interesującego?
Dopiero, gdy odwróciła się w jego stronę, zauważy, jak ciemno się zrobiło. Nawet, gdy wychyliła głowę na wolną przestrzeń, i budynki nie zasłaniały nieba, to nie mogła dostrzec słońca ani jego promieni. Pozostały tylko naznaczone kolorami obłoki i szaro-granatowy nieboskłon.
— Takie same, jakie znalazłam w naszym ogródku — wskazała łapą na postrzępionego liście paproci — Równie interesujące, ale widziałam je już wiele razy. Zbaczając z tematu, późno się robi, nieprawdaż?
— Też to zauważyłem, siostrzyczko — zamruczał, oglądając się za siebie — Jeszcze parę chwil i zimno nas owieje; myślę, że pora wracać.
Przytaknęła mu i oderwała spojrzenie od rodziny w oknie, bo znowu tam uciekło. Za zachętą ruszyła w drogę powrotną, przysłuchując się, jak paplał coś o historii opowiedzianej przez Narratora. Oglądała gwiazdki na niebie, do momentu, kiedy wyszli zza rogu i Leto nagle się zatrzymał. Już miała otworzyć pyszczek i zapytać, co zauważył, gdy spuściła spojrzenie i stanęła oko w oko z psem.
Leto napuszył futro na grzbiecie, wysuwając się do przodu i stając przed nią. Otworzyła szerzej oczy, słysząc skomlenie stworzenia. Było małe, brązowe i futrzaste. Jej brat zasyczał cicho, jednak widziała, jak trzęsą się jego tylne łapy. Pies szczeknął głośno, zagłuszając to, co powiedział do niej kremowy. Zanim zdążyła dopytać się, o co chodziło, pies rozszczekal się na dobre i z merdającym ogonem zaczął zbliżać się w ich kierunku. Wisteria cofnęła się o krok, na sztywnych, trzęsących się łapach. Nie była pewna, co się dzieje. Nigdy wcześniej nie napotkała kogoś takiego na swojej drodze. Po reakcji Leta myślała, że on może tak, ale nie mogła być pewna. 
Kremowy odwrocil sie do niej na moment. Złapała z nim kontakt wzrokowy i bez słowa zaczęła biec w przeciwnym kierunku, słysząc głośne kroki Leta za nią. Ich łapy uderzały o bruk, a pies z wyciem szarżował za nimi.
— Gdzie biegniemy?!
— Nie mam pojęcia!
Znaleźli się w nieznanej dzielnicy, na nieznanej uliczce, z psem nadal na ogonie. Łapy ją bolały, ale nie chciała skończyć z głową w szczękach zwierzęcia, jako jego podwieczorek. W końcu słyszała historie, jakie są niebezpieczne. Tak więc brnęła dalej, dopóty odgłosy za nią jedynie się nasiliły. Leto warknął głośno, co wywołało tylko większą agresję zwierzęcia. Prędko wgramoliła się na śmietnik stojący na chodniku, podciągając brata za sobą. Rozwścieczone zwierzę zahaczyło zębami jej ucho, ale uparcie syknęła na nie i cofnęła głowę dopiero wtedy, gdy jej brat stał czterema łapami na podwyższeniu.
— Co poczniemy? — zapytała, próbując opanować trzęsienie łap; nie wiedziała, czy to z wysiłku, czy że strachu. Pies nadal szczękał zawzięcie, nie dając im spokoju.
— Oh, siostrzyczko — szare oczy Leta błyszczały jak dwa księżyce — Obiecaj mi, że pobiegniesz dalej, aż będziesz bezpieczna, dobrze? Ja rozprawię się z tym okropienstwem-
Z tymi słowy pochylił się i zamachnął się, uderzając łapą w nos zwierzęcia. W ten sposób stracił także równowagę, moment później dołączając do psa na chodniku. Wisteria wrzasnęła zaskoczona, patrząc, jak kocur odskakuje niczym oparzony.
— Uciekamy! — krzyknął, chyląc się przed zębami psa. Nie trzeba było jej dwa razy powtarzać, zeskoczyła z kubła po drugiej stronie i zaczęła biec, z bratem na ogonie. Pies warknął i ruszył za nimi ponownie, nie odstaraszony taktykami Leta.
— W którą stronę? — uslyszała jego pisk, gdy droga przed nimi się rozdwoiła. 
— Lewo! — miauknęła szybko, nie zastanawiając się za bardzo. Chciała tylko pozbyć się zagrożenia i wrócić do domostwa. 
Skręciła w obranym wcześniej kierunku i zanurkowała pod cudzym ogrodzeniem, rozglądając się w panice i wskakując na parapet niskiej szopy. Tutaj nic jej nie będzie grozić. Tak jak obiecała Letu, znalazła bezpieczne miejsce i czekała. I czekała, i czekała. Po minucie zaczęła się niepokoić jeszcze bardziej. Szczekanie psa nie brzmiało już, jakby dochodziło z bliska ‐ wręcz przeciwnie, miała wrażenie, że słyszy je parę ulic dalej. Zatem, gdzie podział się Leto, skoro zgubili zwierzę? 
Zebrała w sobie garstkę odwagi i wychyliła głowę za płot, po czym syknęła cicho. Gdy odpowiedziała jej tylko cisza, wyszła na chodniku i rozejrzała się po okolicy. Nie miała pojęcia, gdzie się znajduje. Brata też nigdzie nie widziała. Serce kołotało jej w piersi, nie pomagając z paniką. Ruszyła wzdłuż płotów i wychyliła głowę z róg, szukając najmniejszej oznaki tego, że brat także się gdzieś schował i czeka na nią. 
Nie znalazła Leta, znalazła za to z powrotem tamtego psa. Szczeknął, gdy tylko znalazła się w jego polu widzenia. Jego oczy błyszczały groźnie w ciemności. Stanęła zaskoczona, i dopiero, gdy zaczął na nią warczeć, skoczyła do ucieczki. Biegła i biegła, domostwa śmigały w kącikach jej oczu. Bruk pod jej łapami z powrotem zamienił się w piasek, a później trawę i błoto. Biegła, dopóty szczeknięcia do końca ucichły w oddali, a jedynym źródłem światła był księżyc nad jej głową.
Rozejrzała się dookoła. Trawa pod jej łapami była mokra, powietrze zimne. Pachniało lasem, który z otwartymi ramionami stał tuż przed nią. Nie widziała już światełek w oknach, ani nie słyszała głośnej rozmowy dwunogów. Zgubiła ślad Leta, nie znała też drogi z powrotem do domostwa, do ojca i rodzeństwa. Niepewnie ruszyła do przodu, znajdując niewysoki krzew i siadając pod ochroną jego liści. Została samiutka, bez swojego rycerza do pomocy.

<Leto?>

07 stycznia 2025

Od Leto CD. Wisterii

Sierść zjeżyła mu się na karku. Jak oni mogli! Jego księżniczkę traktować z taką brutalnością, a takim... Brakiem szacunku! Mordka wykrzywiła mu się kwaśno, ale na widok rozedrganej bródki i zaszklonych ślepek siostry, od razu zmiękła. Nie potrafił być taki zimny, gdy ona cierpi... Musi najpierw pocieszyć jej urocze licka, potem dopiero będzie mógł rozprawić się z młodszymi Bezwłosymi. 
— Różyczko ty poranna... Nie smuć się, proszę, bo i ja zaraz załkam żałośnie... — powiedział miękko, dotykając jej mordki ogonem, trochę zbyt mocno, chociaż starał się być jak najdelikatniejszy. 
— Mhm... — mruknęła cichutko — Ale cóż ja pocznę, jeśli znów będą chcieli uwieść mnie smakołykami najwyborniejszymi... Tak zrobili tym razem, wyobrażasz sobie to? Najlepsze kąski... Zdradliwe frykasy... Ojciec zawsze mówił, że łakomstwo nie popłaca, bodaj miał rację i tym razem... — załkała, odwracając mordkę teatralnie w stronę okienka. 
— Tobie powinny należeć się wszelkie łakocie na tym świecie, a nawet poza nim! — zapewnił ją prędko. — Ale ta zniewaga krwi wymaga! Obiecuje Ci, moja słodka siostro, że pomszczę cię! I to bez ogródek! Sam wybiorę się do czystej komnaty, stanę pod oślepiającym, zimnym słońcem i wyzwę na pojedynek Białego Rycerza! 
— Ah! Zrobisz to dla mnie? Toż to takie niebezpieczne...
— Ależ dla ciebie wszystko! Nikt nie będzie podnosił brudnych dłoni, szkaradnych pazurów złoczyńcy, na moją Panienkę — wyrzekł i nie marnując czasu, pobiegł w stronę drzwi, chcąc przedostać się na drugą stronę i pognać prosto na pole bitwy. Były zamknięte, a Leto z głuchym łoskotem odbił się od twardego drewna.

* * *

Bardzo tęsknił. Nie mógł się pogodzić z odejściem mamy. Co prawda rozmawiał z ojcem na ten temat; Narrator z wielką empatią i zrozumieniem próbował wykreować najłatwiejszy w odbiorze, a jednak prawdziwy scenariusz związany z odejściem Peonii. To jednak na nic się zdało. Młody kocurek, bo kociakiem ciężko było go już nazwać, nie potrafił zmrużyć oka.
Nieprzerwanie wgapiał się w zamknięte wrota domostwa. W sercu wciąż pielęgnował złotą nadzieję, że kotka przekroczy próg swoją długą, elegancką nóżką, położy się obok niego, poliże czoło szorstkim językiem i wymruczy mu kołysankę... Ale to się nie wydarzy. Ojciec powiedział, że ich rodzicielka ma swoich własnych Bezwłosych, którzy bardzo się o nią martwili. Tylko że to nie interesowało Leto. Leto miał to w nosie. Ba! Nawet głębiej! Czemu mieli go interesować jacyż głupi, bezmózdzy Wyprostowani? On chciał swoją mamę, swoją opiekunkę, swoją królową. 

To była taka noc; bezsenna, smutna, przesiąknięta monotonnym tykaniem pudełka na ścianie. Bengal leżał na kanapie, bródkę opierał na wystającym jej krańcu, wtulając policzek w nagrzaną, skórzaną powłokę. Co jakiś czas wdychał cichutko, bardzo cichutko; nie chciał obudzić, śpiącej na miękkim fotelu, Wisterii. Wiedział, że siostrunia również bardzo przeżywała to wszystko, po prostu damy są lepsze w nakładaniu masek na swój pyszczek; musiała przecież zastąpić Peonie w roli Pani domu. Amfitryta się do tego nie nadawała. Była taka... Wulkanicznie wybuchowa... Niczym uśpiona lawa; przez większość dnia leżała, ukryta gdzieś pomiędzy książkami, obserwowała, analizowała, bezszelestnie egzystowała... Aż w końcu atakowała, w najmniej spodziewanym momencie potrafiła wskoczyć komuś na grzbiet i dokonać haniebnych czynów. Leto sam się o tym przekonał; siostrzyczka pozostawił mu trzy piękne znaki bojowe na pośladku. 
Teraz nie wiedział, gdzie jest. Niesamowicie zlewała się z mrokami nocy, nawet jej oczy nie zdradzały położenia; były ciemne jak hebanowe kryształki. Amfitryta naprawdę była Księżniczką Morskiej Głębi. Poprawił się, wciskając przednie łapki pod brzuch. Chciał zmrużyć oczy, chociaż na momencik, na sekundkę lub dwie; był taki wyczerpany... Zmusił się do zamknięcia powiek, ale w tym momencie coś mu mignęło! Ogon. To na pewno był ogon, a do tego znakomicie mu znany. Jak ugodzony piorunem, wstał nastroszony i rozemocjonowany, a jego gwałtowne szamotanie obudziło Wisterie. Nie zważając na to, przeskoczył tył kanapy i wylądował z hukiem na śliskiej posadzce. Prawie upadł. 
To była kita Peoni! Był tego pewien! 
Jak szalony rozglądał się i krążył po salonie. Tupot sporych łap rozbrzmiewał w ciszy domostwa, niosąc się głuchym echem po wszystkich pokojach. 
— Mamo! — wołał — Mamusiu, mamusiu, gdzie jesteś? — Rozpaczliwe miauki, w końcu obudziły starszego Dwunożnego. Schody skrzypiały równie żałośnie co kremowy. Nie dostrzegł nawet przestraszonej siostrzyczki, która przyglądała się jego gorączkowym, maniakalnym poczynaniom z góry, stojąc na zagłówku. 
Pomarszczone, łyse łapy podniosły go w końcu do góry, mamrocząc łagodnie niezrozumiałe, acz pełne czułości, frazy. Resztę nocy spędził w zamknięty w plastikowym więzieniu; wiedział, że rano czeka go nieprzyjemna przejażdżka. 

* * * 

Siedział zapatrzony w pejzaż rozpościerający się za okienną szybą. Jego oddech delikatnie osnuwał szkło wilgotną mgiełką. Przed chwilką wrócił od Białego Rycerza. Został podotykany, posprawdzany we wszystkich możliwych miejscach. Słyszał bezsensowne mamrotanie Dwunożnych. Najgorsze jednak przyszło na końcu; dziwny miecz o bardzo cienkiej klindze... Został mu wbity prosto w tył. Chociaż musiał przyznać, po nim pierwszy raz od kilkunastu wschodów zasnął jak najedzone kocie. 
Czuł się trochę lepiej. Przespał całą podróż buczącym rydwanem, która wcześniej przyprawiała go o mdłości. Przez próg domu przeszedł wypoczęty, jak nowo narodzony. 
Był tak zajęty kontemplacją, że nie usłyszał delikatnych kroków siostrzyczki.
— Leto, braciszku, czy wszystko dobrze? — Łapa drgnęła mu nieznacznie. Obejrzał się przez bark i wlepił swoje szare w chabrowe ślepia Wisterii. Szybko zastąpił zaskoczoną mordkę w wielki uśmiech. 
— Oczywiście! — Chciał pociągnąć ten entuzjazm jeszcze chwilę, ale coś mu się przypomniało — Ach! Jednak nie! Siostro! Panienko moja! Zawiodłem Cię!
— Co się stało, braciszku? — Koteczka była iście przestraszona nagłą zmianą w zachowaniu kocurka.
— Miałem pokonać dla ciebie Białego Rycerza, ale on mnie również złapał w swoje łapka! Rzucił na mnie zaklęcie snu i odpłynąłem... Cóż to z niego za... Niesamowity, potężny bojownik... Przepraszam. Złamałem rycerski honor, straciłem swoją dumą, a co najgorsze... Pozwoliłem na zbezczeszczenie twojej — Wpatrywał się w rudą smutnymi, mglistymi oczami.

<Wisteria?>
Wyleczeni: Leto

30 listopada 2024

Od Wisterii CD. Leto

Wzdrygnęła się na odgłos tłuczonego szkła, odskakując do tyłu i kładąc po sobie uszy. Czarna ziemia rozsypała się po wypolerowanym, jasnym parkiecie. Dopiero po chwili podniosła wzrok na postać brata, która zawisła w objęciach okna. Zamrugała parę razy. W środku został tylko zadek wraz z szamoczącymi się, srebrnymi łapkami. Po drugiej stronie szyby widziała jego równie zaskoczony pyszczek, na który powoli zaczęła wstępować panika.
— Leto? — pisnęła, decydując się na podejście bliżej. Uważnie wyminęła kawałki szkła — Wszystko dobrze?
Gdzieś z tyłu domostwa zaczęły dobiegać głosy i szybkie kroki. Po chwili namysłu wskoczyła na parapet bliżej Leta, przyciskając mordkę do szkła.
— Nic nie jest dobrze! Oh, jaka tragedia — miauknął — co ja teraz pocznę? Okiennica mnie więzi!
Szarpnął się gorączkowo, zawzięcie próbując zaprzeć tylne łapy o cokolwiek. Żadne z rodzeństwa nie zauważyło, że wcześniej nie poruszająca się sylwetka Peoni nagle nabrała życia. Obudzona trzaskiem doniczki kocica przeciągnęła się, po chwili wbijając wzrok w komiczny widok - Leto, zwisającego spomiędzy okna a framugi, oraz Wisterii, z przerażeniem w oczach próbującej złapać brata, stojąc na tylnych łapach. 
Zza dwójki rodzeństwa rozległ się donośny, zawiedziony głos. Futro na karku stanęło im dęba, a ruda nerwowo odwróciła głowę. Młodszy dwunożny z nieodgadnioną miną na łysej mordce stał przed miejscem katastrofy. Już moment później jego długie łapy złapały jej brata w pasie, uważnie wyrywając go z okiennych objęć. Z jego pyska wypływały niezrozumiałe dla nich lamenty, podczas gdy kremowy kocur w jego rękach szarpał się na wszystkie strony.
— Mamoo! — miauczał — Nie pozwalają mi ratować mamy! 
Bengalka wyjrzała za okno, wymykając się próbom złapania przez drugą dwunożną, która dołączyła do całej akcji. 
 — Mama wstała! —  zawołała — Wskrzesiliśmy ją! Oh Leto, jesteś geniuszem!
Jej brat zastygł w ramionach dwunoga, a na jego pysk wstąpił szeroki uśmiech.
— Naprawdę? Mówisz najszczerszą prawdę?
— Tak!
Teraz to ona została poderwana nad ziemię; pisnęła zaskoczona na łapy dwunożnej, które owinęły się wokół jej pasa.
— Toż to cud!

*teraz*

Siedziała skulona w najdalszym kącie transporterka, nerwowo wyglądając przez kratkę z boku plastikowego więzienia. Rano została porwana przez własnych, wcześniej lojalnych właścicieli - zabrali ją do dziwnie śmierdzącego czystością miejsca, gdzie dwunożny w białych szatach przyglądał się jej na śliskim stole. Kark rudej nadal lekko pobolewał po otrzymanym wcześniej "zastrzyku", jeżeli zrozumiałą tą nazwę dobrze. Nie wiedziała jednak co to i dlaczego została tam zabrana. Mogło to mieć związek z jej śmiesznym sposobem oddychania; od paru dni strasznie psikała, a jej różowy nosek był wiecznie przytkany, sprawiając, że chodziła ciągle z otwartym pyszczkiem, biorąc świszczące oddechy. Może. Nie miała pojęcia. Jednak, byli już po stresującej podróży, a dwunożny chwiejnie niosąc jej transporterek zbliżał się do drzwi. Już po chwili została postawiona na posadzce, a drzwi więzienia otworzone. Nerwowo wyjrzała za nie, i po chwili na uspokojenie, wysunęła się na zewnątrz. po spojrzeniu na kucającego obok dwunożnego prędko dala susa na kanapę, moszcząc się między poduszkami i chowając mordkę pod jedną z nich. Poczuła jeszcze typowe dla właścicieli parę głasnięć po grzbiecie, po czym została pozostawiona w spokoju. Nie trwało o jednak długo, gdy kolejna kocia sylwetka wskoczyła na sofę i postanowiła zawracać jej główkę. Z westchnieniem wysunęła się z okrycia, spoglądając na mordkę Leta. W kącikach jej  oczy nadal widniały łezki, które zebrały się już podczas wizyty u strasznego pana w bieli.
— Siostrzyczko? — zatroskane spojrzenie brata napotkało jej chabrowe oczęta — Co się stało, panienko? 
Jej bródka zadrżała.
— Zabrali mnie do białofutrego rycerza — miauknęła, prędko wymyślając nazwę dla strasznego osobnika — Wyobrażasz to sobie? Wyrwali mnie z objęć ojca, tacy idealni wcześniej, zdradzili nasze zaufanie... Pozostawili na wysokim stole, pod bladym światłem; w istocie, nadal czuję jego brudne łapy na sobie!

<Leto? Co myślisz o strasznym weterynarzu?>
wyleczona; wisteria

09 listopada 2024

Od Leto CD. Wisterii

Coś się działo; coś niedobrego. Czuł to w swoich młodych, silnych kosteczkach. Mamusia wydawała się być wielce roztargniona przez ostatnie kilka dni. Często przechadzała się po ogródku; niby nic dziwnego, ale zwykle ku jej boku stąpać miał w zwyczaju Narrator, teraz kocur co najwyżej przyglądał jej się z kwiecistego parapetu. W oczach mieniły mu się iskierki smutku. Była to emocja, której Leto jeszcze nigdy wcześniej nie zauważył na obliczu ojca. Martwił tym syna niewyobrażalnie, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że był on przeciwnikiem głuszenia w sobie negatywnych uczuć. Dlaczego więc dopiero teraz popuścił wodze żalu? Co takiego się wydarzyło? Co się wydarzy? Pierworodny nie mógł wytrzymać tego wszystkiego; sama myśl, że siedzi bezczynnie, gdy członkowie jego familii tłumią w sobie agonie, była jak wataha bestii, rozszarpująca mu serce. Chciał pomóc, chciał być oparciem, wsparciem...
— Ojcze? — odezwał się głośno, aby Narrator na pewno zwrócił na niego uwagę. Wpatrywał się harcujące wróble, radośnie podskakujące na gałęzi. Jego skrzące oczy nieustannie podążały za ich ruchami. — Ojcze, czy coś się wydarzyło? Mam jakiś głos w głowie, taki niesamowicie natrętny i uporczywy... Podszeptuje i wzburza moje serce...
— Ah... Nie ma żadnych powodów do zmartwień, Mój Najdroższy. Wszystko jest tak, jak powinno. Świat galopuje przed siebie, niczym wzburzony rumak, a my, nieważne jak bardzo byśmy się starali, nie zdołamy go spowolnić, dogonić, a co najważniejsze, zatrzymać... — odrzekł, nie odwracając wzroku od ptaków. Leto również poświęcił im uwagę. Były takie swawolne i szczęśliwe; ich ćwierkające dzióbki ani razu nie zamilkły. Dźwięczne trele przeciskały się przez uchylone okno i wypełniały salon radością.
— W takim razie czemu my; ja, Ty, matulka i siostrzyczki, tkwimy w tym samym miejscu? — zapytał ckliwie, odwracając łebek w jego stronę. Skupił się na chabrowych ślepiach rdzawego.
— Czy aby na pewno? Moim oczom co dzień ukazują się nowe, coraz szlachetniejsze i krasne oblicza. Zwróćmy się ku tobie, Mój Synu, wyrastasz jak dorodny dąb, serce masz ze najszczerszego złota, a krew płynąca w twoich żyłach jest nie tylko moja, czy twojej matki, ale i lwia. Brniesz do przodu, susy masz obszerne, a skok tak daleki, że pazurami niemal udaję ci się dosięgnąć pędzącego biegu dziejów... Twoje siostry są niczym młode, wonne kwiaty, a brat jak wzlatujący ponad niebiosa ptak. Rozkwitacie i wzrastacie, wzbijacie się w powietrze i napinacie do wyskoku... Zadziwiacie mnie i oczarowujecie każdego dnia. — Pieszczoch zwrócił sie ku kremowemu obliczu. Na mordce widniała duma i szczere umiłowanie. Kochał swoje dzieci; było to widać. Leto uśmiechnął się na słowa barwnej pochwały. Gdzieś w oddali jednak dalej rozbrzmiewały szepty... One nie cichły; nawet gdy wtulał się w futro mamy, nawet gdy przyłożył nos do ojcowskiego policzka, one dalej mąciły i mąciły...


~ * ~


Od przedziwnej i zastanawiającej rozmowy z ojcem minął jakiś czas. Leto dużo i często o niej rozmyślał. Nie był kocurkiem, który dużą część dnia spędzałby w swojej głowie, nie był też tak wrażliwy na przeżycia emocjonalne co reszta rodziny, ale tak jak oni wychował się otoczony kulturą wylewnego okazywania uczuć i głębokiego przeżywania, co w połączeniu z jego szlachetnym i bitnym duchem, tworzyło ciekawą mieszankę wybuchową. Nie mógł znieść tej bezczynności. Pozostawiony tylko z wysiłkiem psychicznym wręcz gnił od środka. MUSIAŁ się za coś zabrać; najlepiej za coś męczącego, angażującego i stymulującego wszystkie możliwe zmysły. Chciał być zmęczony do tego stopnia, że głosy, które zwykle przeszkadzały w odpływaniu do krainy snów, tego wieczora zaśpiewały kojącą kołysankę.
Postanowił, że była to idealna pora, aby odszukać kogoś, kto potrzebowałby jego wsparcia. Zeskoczył z kanapy, aby złapać trop matki, której od poranka nie widział. Peonia zjadła z nimi posiłek, który został przygotowany i podany z trwałością o najmniejsze szczegóły, również też z taką dokładnością spałaszowany przez wygłodniałe kocięta. Leto z wielką chęcią wylizał nawet miseczkę brata.
Po śniadaniu gdzieś przepadła. Robiła to coraz częściej, co bardzo niepokoiło syna. Nie wiedział, czy reszta rodzeństwa również to zauważyła, ale matka stawała się coraz bardziej zdystansowana. Nie chciał nikogo martwić na zapas, a więc nie miał zamiaru poruszać tego tematu bezpośrednio i dosłownie, z drugiej strony przecież nie byli oni ślepi ani głupiutcy...
Podszedł do legowiska, które przesiąknięte było wonią nie tylko rodzicielki, ale i reszty rodziny. Najświeższe zapachy rozchodziły się we wszystkie strony, jednak po dłuższej chwili skupienia, udało mu się wyłapać słodki aromat, którego nie pomyliłby nawet i po wielu, wielu latach. Ruszył za nim, trzymając nosek blisko ziemi, a pyszczek szeroko otwarty. Szybko dotarł do tego samego parapetu, gdzie miejsce miały ojcowskie konwersacje. Wskoczył, z lekkim zachwianiem, na drewniany blacik, uważając, by nie wywrócić posrebrzanego świecznika, a następnie przylgnął do zimnej szyby. Nie potrzebował wiele czasu, żeby odszukać postać Peoni. Jej śliczny boczek widoczny był znad zzieleniałej trawy poruszanej przez delikatny wietrzyk. Leto zamarł; matka wydawała sie leżeć bez ducha! Czy to tylko iluzja, czy aby faktyczniejej pierś zamarła sparaliżowana?! Nie był pewien, więc zaczął z całej siły uderzać jasnymi łapkami w szkło, tworząc donośne pukanie. Uszy kotki nawet się nie poruszyły. Jeszcze większa panika rozlała się po ciele pieszczoszka.
Co ma robić?! Czemu nitk nie zainteresował się mamą wcześniej?! Co jeśli już nie ma dla niej ratunku?!
Kocurek zeskoczył z parapetu niczym oparzony. Musiał sprowadzić posiłki, musiał się jakoś przedostać do ogródka. Pognał do pracowni bezwłosego staruszka, gdzie jak mu się zdawało, wcześniej słyszał pomiaukiwania Serafina i Wisterii. Tylko na nich mógł teraz liczyć, zwłaszcza że Amfitryta przepadła znów jak kamień w wodę i najpewniej leży na jakiejś wysokiej szafce. Ojciec również wybył na jeden ze swoich "spacerów dla inspiracji".
Nie zabijając się o mały włos na śliskich panelach, dotarł na miejsce.
— Coś się zdarzyło? — Chabrowe ślepka siostry zamrugały kilkukrotnie. Srebrzysty przez krótką chwilę nie potrafił wyrzucić z siebie ani jednego słowa. Jego pyszczek ruszał się, ale dech gdzieś umknął — Czemu tak biegasz?
— Wyglądasz niczym oszalały z natłoku inspiracji; czyżbyś towarzyszył ojcu? — odezwał się Serafin, wyglądając zza kotki. Pierworodny wziął ostatni, bardzo głęboki wdech.
— Nic z tych rzeczy! Straszne, okropnie, przeraźliwie straszne rzeczy! — wyrzucił w końcu. Dwie pary oczu zmrużył się przepełnione pytaniami.
— Cóż takiego arcyzłego mogło się wydarzyć od posiłku? Przecież jeszcze wtedy wszystko było niczym arkadyjski ogród... — dopytał.
— O-ogród... Ah! Tak! W ogrodzie... Matka, leży... Bez życia! Musicie mi pomóc, musimy coś zrobić! Tragedia, makabryczna scena! — wykrzyczał, aż sierść stanęła na grzbiecie Wisterii. Apollo nie wyglądał na przekonanego.
— Niemożliwe, nie jestem w stanie w to uwierzyć... Przecież była niczym skowronek jeszcze chwilę temu.
— Skowronek ustrzelony! Skowronek upadły znad nieboskłonu! — Srebrny przeskakiwał z łapki na łapkę, nie potrafiąc ustać w jednym miejscu.
— Leto, braciszku, czy mówisz prawdę, najprawdziwszą? — zatroskała się biedna siostrzyczka. Na ten widok serce kocurka zaszlochało żałośnie. Sumienie niesamowicie go zbiło; sprawił przykrość jednej ze swoich księżniczek...
— Och... Wisterio, czy ja bym Ciebie — Tutaj na moment przerwał i zerknął na brata — Czy ja był Was, okłamał? I to w tak dantejskiej sprawie?!
— Masz racje, masz wszelkie racje tego świata — zgodziła się prędko — Chodźmy Serafinie, musimy odzyskać matczyną duszę.
Kocia gromadka wystartowała, aby poszukać uchylonego okna. Było to coraz trudniejsze, gdyż pogoda stawała się z każdym dniem odrobinę chłodniejsza i bardziej wietrzna. Między zamaszystymi susami rozbrzmiał przytłumiony szept rudej.
— Braciszku, a co to znaczy "dantejska sprawa"?
— To chyba coś niemiłego... Leto musiał to usłyszeć od starego opiekuna...
— Tutaj, kochani spójrzcie! — wykrzyknął szarooki, zatrzymując się w poślizgu. Przed nimi widniało lekko otwarte u góry okno. Nie marnując ani chwili najstarszy wskoczył na ceramiczną doniczkę, która znajdowała się na parapecie, a następnie odbił się, próbując wyskoczyć na zewnątrz. Naczynie z głośnym łoskotem upadło na ziemie, roztrzaskując się na duże, ostre kawałki, rozsypując czarną ziemię po całym parkiecie. Najgorszym okazał się jednak fakt, że kocur nie był już na tyle drobny, aby móc spokojnie wymykać się przez uchylone szpary. Głowa i łapki zmieściły się bez problemu, ale brzuszek i zadek zostały w środku. Śliska powierzchnia nie pozwoliła mu odepchnąć się i przecisnąć dalej, ani powrócić resztą ciała do środka.
Zawisł.

<Wisteria? Jakby co, oczywiście, że Peonia ma się świetnie, po prostu drzemie...>

23 października 2024

Od Wisterii CD. Leto

Śniła o światłych łąkach pokrytych pachnącym kwieciem, nad którymi górowały nieskończone niebiosa. Przemierzała świat zupełnie jak z ojcowskich opowieści, pełen nieznanego i nieodkrytego. Wyjątkowo nie bała się tej wizji, sunąc nad jaskrawymi makami i bratkami; płatki lawendy unosiły się wokół jej złotej sylwetki. Wysunęła mordkę do jaśniejącego słońca, gdy nagle-
Otworzyła szeroko oczęta na głośny skrzek i odgłos turlającego się ciałka. Wyjrzała przestraszona, lecz z ciekawością zza własnego ogona. Srebrne futro Leta zamigotało, sunąc po gładkiej podłodze. Kocurek otrząsnął się i szybko wstał, wpatrując się w siostrę z lekkim zestresowaniem. Sterczał tak przez chwilę, niczym lśniący posąg. Końcowo jego spojrzenie ożywiło się, momentalnie zwracając się za drobną postać Wisterii. Nim zdążyła się obejrzeć, z bracianego pyszczka wypłynęła fala słów. Skupiła się na ich rozszyfrowaniu, wciąż zaspana i niezbyt gotowa do działania. Spacer..? Przechylając główkę na bok spojrzała na resztę śpiącego rodzeństwa. Brak mamusi całkowicie umknął jej przejętemu podejmowaniem tej istotnej decyzji umysłowi. Czy chciała iść na spacer? Na spacer gdzie?
— Z miłą chęcią – pisnęła końcowo, podnosząc się na drżących łapkach – Gdzie, drogi braciszku, chciałbyś się wybrać..?
Kremowy momentalnie znalazła się przy niej, pomagając porządnie wstać i podpierając jej wciąż ciepłe od sennego uścisku barki. Gdy upewnił się, że jest gotowa, wolnym krokiem ruszył do przodu. Jednak cały czas trzymał się dość blisko niebieskookiej, muskając jej grzbiet ogonem. Ona za to zamrugała zaspana, a jej łapki podrygiwały lekko.
— Oprowadzę cię po wszystkich zakamarkach tego królestwa, piękna panienko – zamruczał, ciągle nerwowo oglądając się w stronę ich posłania – Pokażę Ci najwygodniejsze miejsca do odpoczynku i najmiękciejsze poduszki, dobrze?
Pokiwała główką, podążając za Leto. Kocurek z wyższością trzymał się na przodzie, co zdecydowanie jej nie przeszkadzało. Była z tego wręcz zadowolona; gdyby to ona miała prowadzić, czułaby się niekomfortowo. Nawet mimo tego, że przebywała w tym domu tyle samo czasu, co on.
— Spójrz proszę, oto jedna z tych lokacji – przytruchtał do sterty poduszek leżących pod parapetem, który nadal owijał zapach Peoni – Pamiętaj, taka dama jak ty szybko może przeforsować się… Ważny jest odpoczynek. Każda chwila, w której doznasz zmęczenia, jest oznaką, abyś przymknęła swoje piękne oczka i zrege- zregenerowała się – prawił swoje kazanie, nerwowo węsząc w powietrzu.
Przydreptała bliżej, z uwagą testując wygodę posłania. Z zadowolonym pomrukiem oparła główkę o przesiąkniętą maminym zapachem poduszkę. Jednak po chwili kąciki jej mordki opuściły się, a w oczkach pojawiło zastanowienie. Nie widziała dzisiaj mamy… Gdy wstała, nie było jej tam! Czyżby ich zostawiła? Położyła po sobie uszy na tą myśl. Może braciszek coś wiedział? W końcu to on wstał pierwszy… Mama by ich nie opuściła.
— Masz może pojęcie, gdzie podziewa się mama? – zapytała, a jej głos zadrżał delikatnie. Leto spiął się, mrugając nerwowo. Przestąpił z łapy na łapę, a jego spojrzenie pobiegło gdzieś w kąt; myślał gorączkowo.
— Mama musiała zająć się maminymi sprawami – odmiauknął w końcu – Nie uraczyła mnie dziś jeszcze swoim boskim widokiem… Ale na pewno niedługo wróci.
Wątpliwość owinęła jej ciałko. Aby napewno? Może mama została porwana? Taty też dzisiaj nie widziała! Panicznym wzrokiem ogarnęła cały pokój. Nigdzie ich nie widziała….
— Moja droga, nie zamartwiaj się! Zaraz się Peonia odnajdzie; nawet, ci powiem, pognam jej poszukać! – na jego srebrzystym pysku zawitała wręcz rycerska odwaga, a w wystawionej dumnie piersi biło lojalne serduszko.
Pokiwała łaciatą główką, uspokajając się nieznacznie. Nie musiała przejmować się losem mamy, skoro leżał on w łapach Leta!
Kocurek rozejrzał się, próbując poszukać jej jakiegoś towarzystwa. Zza rogu wystawał rudy ogon Narratora, podrygując wesoło. Kociak doskoczył szybko do tatulka, który po szybkiej wymianie słów podszedł do Wisterii. Jej brat za to zniknął w odmętach kuchni, nurkując pomiędzy kończynami dwunogów i biegnąc na poszukiwania Peoni.
— Witaj tato – na jej pysiu zawitał uśmieszek. Czyli wcale nie zniknął!
Bengal polizał ją między uszami, przygładzając napuszone futerko. Za to za jego uszkiem wplątaną w rdzawe futro prezentowała się drobna kępka niezapominajek. Wyczuwając jej wzrok zdjął ozdobę i podarował córeczce z gracją. Jej oczka zaiskrzyły, a ciałko szybko wtuliło między kosmyki jego sierści. Niebieskawa chusta obwiązana wokół jego szyi polaskotała ją w policzek. Zachichotała, spoglądając na ojczulka.
— Jak się miewa moja księżniczka? – zapytał — Czy dany prezent spełnia twe oczekiwania, moje słońce?
Jaskrawa niezapominajka podrygiwała z każdym jej ruchem; kocur zgrabnie poprawił łapą jej miejsce, aby nie spadła. Złączyła z nim zadowolone spojrzenie; posłała mu uśmiech i wplątała głębiej w rude futro, mrucząc cichutko.

***

— Nie idź tam! – pisnęła, a Celestyn odwrócił się ze zdezorientowanym spojrzeniem — Nie zostawiaj mnie samiutkiej, miej litość!
Kremowy zrobił śmieszną minę i podbiegł do siostry. Złapał ją za ogonek i pociągnął, zyskując za to pisk i pacnięcie w głowę. Cofnął się o krok, a ona skuliła się.
— Chodź ze mną, droga moja – uśmiechnął się – Obiecuję, będzie wręcz anielsko?
— Masz w ogóle pojęcie, co to znaczy?
— Nie dokładnie, ale mam!
Prychnęła cichutko, ale podążyła za kocurkiem. Końcówka jego ogona drgała tuż przed jej jaśniutkim noskiem, sprawiając, że psiknęła. I raz, i dwa. Puchata głowa odwróciła się do niej, lecz nim zdążył coś powiedzieć, między rodzeństwo wdarła się srebrzysta postać, rozglądając na wszystkie strony. Leto zatrzymał się tuż przed siostrą, oddychając głęboko. Wyglądający zza niego Celestyn wyglądał na zdziwionego, ale zdecydowanie nie przejętego całą sytuacją.
— Coś się zdarzyło? – zamrugała parę razy, spoglądając w jego szarawe oczy – Czemu tak biegasz?


<Leto?>
npc: Narrator, Celestyn

16 października 2024

Od Leto Do Wisterii

Pierwszym, co poczuł, była fala chłodnego powietrza, które przeszyło jego wilgotne, brudne od soków matki, ciałko. Otoczenie zewnętrznego świata było zimniejsze, mniej przyjazne i przyjemne, od bezpiecznego azylu, w którym jeszcze kilka chwil temu, osadzone były maluchy Peoni. Nic jednak nie może trwać wiecznie, nawet bezmylne dryfowanie w sielskim brzuchu mamy. Na świat przyszedł, wtedy jeszcze drobny, Leto wraz z młodszym braciszkiem i dwoma ślicznymi siostrzyczkami. Cała gromadka była pięknie prążkowana, a ich zjawiskowe futerko było jedyne w swoim rodzaju; zwłaszcza w obrębie najbliższych ogródków i lasków. Łapali za oko. Mama i ojciec od początku powtarzali im, każdemu bez wyjątku, o ich niezwykłej urodzie, w której zaklęta jest magia całego świata. Tata wspominał o piorunach, które podczas szalonej, nocnej burzy osmoliły siłą niebios czarną Amfitryte, opowiadał o żywicy, która w formie kryształowych bursztynów, została wyrzucona przez morskie fale, prosto na grzbiet Wisterii, wielokrotnie zdarzało mu się napomknąć o polach obsianych kłosami, mieniącymi się złotem i pojedynczymi barwnymi makami czy chabrami, które wyrosły na ciele Celestyna, tak często upstrzonego przeróżnymi kolorowymi mazidłami. Nie zapominał oczywiście o swoim pierworodnym. Leto miał mieć pierś napełnioną słonecznym blaskiem, który przesiąknął prosto do serca kocurka, a z niego rozlał się po całym kocurku. Czuł dumę. Nie mówił tego wprost, ale cieszył się, że tylko w jego przypadku ojczulek wspomniał o wnętrzu. Nie chciał być tylko piękny; chciał być szlachetny, dobry i prawy! Nie wykluczał, ma się rozumieć, że jego rodzeństwo również może posiadać wiele pozytywnych epitetów, które opisują ich skromne osóbki, ale Leto był świadomy, że u nich była to sprawa znacznie większej wagi. Kochał swoje siostry, nawet ciężko słowami pokazać jak bardzo, a do Celestyna był przywiązany, jak do najbliższego kompana, jak do swojego wiernego towarzysza broni, czy wiernego giermka. Dla Panienek wygląd zewnętrzny jest sprawą iście przeważna! Dlatego też zawsze pomagał im dbać o higienę; był na każde zawołanie Wisterii, która chętnie wykorzystywała jego pomocną mordkę, aby przylizać futerko w miejscach, do których zwyczajnie nie sięgała, lub co do których nie była do końca pewna, jak wyglądają. Amfitrycie też chciał być pomocny, ale ta wolała wszystko robić sama! Smuciło to kocurka, który bał się, że ta zbytnio się zmęczy, przepracuje lub, niech ją przed tym chronią wszelkie istoty i duszki tego świata, zrobi sobie krzywdę! Co jeśli zbytnio wygnie się do tyłu, przylizując kędziorek na grzbiecie, przez co coś jej pęknie w tej ślicznej szyi, jak od czarnego łabędzia?! Co jak nadwyręży sobie łapkę, idąc po zabawkę z piórka, która takk chętnie przyniósłby jej prosto pod nos?! Za każdym razem, gdy ta odmawiała z wrogim sykiem, łamało mu się serce, był pewny, że nieodwracalnie...
Za to sprawa z Celestynem malowała się... Inaczej...
Leto próbował zapraszać brata do planowania wspólnych wielkich wypraw, ale ten nigdy nie wydawał się nimi rzeczywiście zainteresowany. Oczywiście, chętnie przybiegał do srebrnego, nawet jeśli z góry wiedział, czym to się skończy. Wielokrotnie wykazywał nawet, z samego początku, inicjatywę, ale gdy faktycznie mieli przecisnąć się przez uchylone okno, odpuszczał i wymyślał inną zabawę. Leto w takich momentach wracał do środka i towarzyszył mu, aby nie zrobił sobie krzywdy. Wiedział dobrze, że ma wobec młodszego (o kilka sekund, ewentualnie minut) rodzeństwa pewien obowiązek. Ma go strzec i bronić, nawet za cenę własnego życia! Celestyn, przez swoje zachowanie, jak i wygląd, w jego oczach nie różnił się prawie wcale od siostrzyczek. Bujał w obłokach i oddawał się emocjom niczym panienki z ojcowskich historyjek. Szarooki miał więc dwie królewny i jednego zniewieściałego królewicza pod swoją rycerską ochroną. Była to praca całodobowa. Nie można było zapomnieć o królowej, która również potrzebowała zaopiekowania. Peonia była rozpieszczana nie tylko przez Narratora, ale i przez syneczka, który kilka razy dziennie przychodził i dopytywał, czy aby wszystko jest u niej w jak najlepszym porządku, czy aby na pewno nie potrzebuje przekąski, albo czy miękkie posłanie nie stało się już zbyt wyleżane. To wszystko sprawiało, że pod koniec dnia kociak padał wymęczony przy jej boku, a kotka z uśmiechem dumy i miłości na mordce otulała go ogonem i przyciągała z łatwością do ciepłego, pachnącego mlekiem brzucha.

* * *

Spał spokojnie. Noce były dla niego jednocześnie czasem na odpoczynek i błogie marzenie, aa jednocześnie jedynym momentem dnia, kiedy ktoś mógłby podejść go i skrzywdzić, którąś z umiłowanych przez niego osób. Nie pomagało to, że sen miał mocny jak kłoda. Świat mógłby się walić, nieboskłon się kruszyć, a morza zalewać okolice, a Leto tylko przekręciłby się na drugi boczek, wtulił w mamusie i chrapał dalej, w całkowitym i nieskończonym stanie błogości. Jedynym co mogło skłonić go do pobudki w trybie iście natychmiastowym, było zimno; dokładniej zimno, które spowodowane było brakiem Peonii. Zniknięcie matki nie umknęłoby jego zmysłom nawet po najbardziej wykańczającym dniu. Tak właśnie było tym razem. Uleciał zapach rozkosznego mleka... Chłód wdarł się między kępki futra, liżąc go po policzku, które jeszcze chwilę temu opierał o ciepłą stópkę. Wiedział, że był blisko utraty rycerskiego honoru; ktoś ukradł ich królową!
Otworzył ślepia; upewnił się. Nie było jej. Nigdzie! Rozejrzał się gorączkowo, kręcąc głową we wszystkie strony świata, po czym skoczył na równe łapki i jeszcze raz powtórzył czynności, jednocześnie robiąc kółka w miejscu. Opuszkami musnął miejsce, które wieczorem zajęła Peonia. Wciąż było przyjemnie ciepłe, a jej przyjemny, otulający zmysły zapach był bardzo wyraźny. Miał jeszcze szanse ją odnaleźć, zanim coś okropnego jej się przytrafi. Nie ma co zwlekać! To sprawa życia i śmierci!
Odwrócił się i z rozmachem rzucił się do biegu. Nie dotarł zbyt daleko, gdyż po kroku potknął się o kauczukową piłeczkę, która jeszcze wczorajszego wieczora dała mu tyle radości; dziś jej obecność napełniła go tylko szczerą złością! Przeturlał się kawałek i z hukiem upadł na drewniane panele. Gdy próbował się podnieść, poczuł parę chabrowym ślepiów na sobie. Zza puchatego ogonka wpatrywała się w niego Wisteria. Wciąż zaspana księżniczka wielokrotnie zamrugała, nie odrywając zaciekawionych oczu z brata. Ah! Co on miał zrobić?! Nie może przecież frasować jej pięknej główki tak poważnymi i trudnymi do pojęcia sprawami jak zaginięcie rodzicielki! Zmartwienia są złe dla kotek... To interes kocura, aby martwić się za nie! Musiał coś wymyślić. — W-witaj siostrzyczko! Czy twój sen był miły? Czy wypoczęłaś? — zestresował się nieznacznie. Dreszcz przebiegł mu po grzbiecie, gdy bursztynowa zaczęła powoli rozglądać się po legowisku. Amfitryta leżała w kącie, zwinięta w ciasną kulkę; przypominała leśną jagódkę. Celestyn za to rozłożył się płasko na samym środku, pokazując jasnokremowy brzuszek unoszący się miarowo i spokojnie. O nie! Na pewno zaraz zacznie się pytać o mamę! — Wisterio! Pozwól mi zaproponować Ci spacer. Tak! Zapraszam Cię, Moja Droga na przechadzkę. To świetny sposób na rozruszanie się przed zabawą oraz śniadaniem. Ojciec mi tak ostatnio powiedział i to zwykle On jest moim kompanem, ale... Ale dziś jest zajęty i nie mógł, a pomyślałem, że czasami i Damie na zdrowie to wyjdzie. Tylko obiecaj mi, że gdy zabolą cię poduszeczki, powiesz mi niezwłocznie, dobrze?


<wisteria?>