BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ulewny Szkwał. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ulewny Szkwał. Pokaż wszystkie posty

31 lipca 2026

Od Ulewnego Szkwału CD. Złocistego Wildika

To nie brzmiało jak prośba, tylko jak jakaś kara. To okropieństwo, że na koty bliskie jego sercu czy krwi spadały nieszczęścia. To chyba był test od Klanu Gwiazdy, który musiał zdać by żyło mu się dobrze w zgodzie z rodem i Klanem Nocy.
— Dobrze, że podkreślasz, że to dawna przyjaźń, bo nawet ja swojemu przyjacielowi bym nie dał takiej prośby. Pilnowanie czekoladowego kota to najgorsza rzecz, jaką można komuś powierzyć. Ja nawet stary nie jestem, a już widziałem, do czego zdolne są te bestie! — Miał w głowie obraz ginących kociąt z łap samotniczki, która była matką Pyzy, Milczka i Bzyczka. Jak dobrze, że udało się przynajmniej uratować Milczka, bo Pyzę i Bzyczka najlepiej by utopił wraz z ich rodzicielką. To najgorsze co widział w swoim całym życiu, wykręcanie głów i zagryzanie kociąt to coś, co mu się w głowie nie mieściło.
— Łże? Ona ma czelność łgać?! To po co się puszczała z nim! To tak karygodne, pewnie to zrobiła specjalnie, by zesłać na nas nieszczęście. Może Konwaliowa Mielizna uciekł od niej, bo wiedział, co będzie się święcić. Gąbczasta Perła mówiła, że im więcej czekoladowych kotów pojawi się w Klanie Nocy, tym będzie gorzej. Jak Fląderka urodzi kociaki z tymi samymi umaszczeniami, jeszcze czekoladowymi, to nie ręczę za siebie i je wywalę ze żłobka. Każde, jeszcze na jej oczach, żeby była świadkiem swojej kary, jak jej dzieci umierają z powodu braku mleka. Przynajmniej tak unikniemy masowego nieszczęścia. Ja nie zamierzam z jej powodu patrzeć, jak dzieje się nieszczęście Liliowej Pieśni lub Lawendowej Rozkoszy, a może i tobie, tato — do jego głowy napłynęły straszne myśli, że z większą ilością czekoladowych kotów ptaki zaczną przylatywać do obozu w celu rozszarpania Nocniaków. A jeśli nie ptaki, to pomyślał o grupie samotników, która będzie miała w zamiarach ich terroryzować. W jego ślepiach widniało czyste przerażenie, tak bardzo sie teraz bał. Tak bardzo, że unikał spacerów, gdy na nieboskłonie widać było ptasie skrzydła.
— Ta-tato. Ja, dorastając, widzę, że jest coraz gorzej. Widziałem ptaki, które na rozkaz innego kota, atakują naszych klanowiczów. Czuję, że nie jesteśmy bezpieczni. Różana Woń miała racje. Mroczne czasy nadchodzą, a te czekoladowe koty tylko pogarszają sprawę — patrzył w ziemię. Na myśl o Ibis dostawał dreszczy. Niby jak pokonać kota, który za pomocą ptaków mógł ich kontrolować? Kremowy piastun podszedł do młodego fińczyka i polizał go po czole.
— Synu, wiem, że nie jest łatwo, wiele dziwnych rzeczy zaczęło się nagle dziać u nas, nawet borsuki mawiają w kocim języku. Widzę, jednak że jesteś lojalny naszym mądrością dawnych przodków, zaufaj im, a Klan Gwiazdy cię poprowadzi nawet wtedy, gdy się tego nie spodziewasz — Złocisty Widlik tchnął w niego swoje mądrości, sprawiając, że Szkwał mógł chwilowo poczuć spokój ducha.
— Dzięki, tato. Szkoda, że Urodziwy Szafirek cię nie słucha. Może przynajmniej wtedy by nie wpadała w te swoje kłopoty i nie wplątywałaby w to naszej rodziny — Wątpił, że po ślubie zmądrzała... Ona przenigdy nie zmieni zdania na temat czekoladowych kotów, co było irytujące.

<Tato?>

28 lipca 2026

Od Ulewnego Szkwału do Mandarynkowej Gwiazdy

Wschód słońca po wydarzeniu z borsukiem

Spał wtulony w Liliową Pieśń całą noc, nie mogąc zapomnieć jakiej masakry był świadkiem. Dosłownie widział jak czekoladowa samotniczka, zabijała swoje dzieci, to był szczyt barbarzyństwa! Było to tak makabryczne, że może gdyby Urodziwy Szafirek to zobaczyła, to może by się nawróciła, a nawet by go przepraszała za swoją ślepotę i brak szacunku do słów rodu. Ulewny Szkwał wiedział jednak, że jego siostra była zbyt uparta, by przyznać mu rację w tej kwestii. To było tak żmudne, że przypominało to próbę nauczenia ryby chodzić, czyli dosłownie nie dało się tego zrobić z nią. Siostrą jednak nie będzie sobie zawracał głowy, skoro wolała żyć w swoim zakłamaniu, miał właściwie teraz na celu udać się do Mandarynkowej Gwiazdy, by złożyć jej raport odnośnie do Rosiczkowej Kropli i tego, że problem z ptakami szybko się nie skończy. Ibis była nowym zagrożeniem, o którym powinna wiedzieć nie tylko srebrna kotka, ale i też może cały klan. Widział, jak Błękitna Laguna wychodzi z legowiska Mandarynkowej Gwiazdy, fińczyk ukłonił się przed nim w geście szacunku i uwielbienia dla rodu. Zastępca lekko się uśmiechnął, odchodząc, a Szkwał udał się w stronę legowiska Mandarynkowej Gwiazdy.
— Witam, wasza wysokość, mam kilka ważnych rzeczy do przywódczyni — Mandarynkowa Gwiazda spojrzała niego spojrzeniem pełnego wdzięku i tajemniczości, jak to bywało u królewskich kotów.
— Akurat, skoro tu jesteś, to teraz ja mam coś ważnego do powiedzenia do ciebie — jej ton był bardzo osłchy i pretensjonalny, Ulewnemu Szkwałowi aż zadrżały łapy.
— Wytłumacz mi, z łaski swojej, jak to możliwe, że zignorowałeś mój rozkaz, żeby pilnować Pierzastej Kołysanki, czy ja nie mówiłam, że masz z nią zostać w tej jaskini? Zamiast tego poszedłeś z nią do wodospadu, z ogrodniczką, która nie ma wiedzy jak walczyć, upiekło ci się, że nic jej nie zaatakowało, choć i tak wymagam od ciebie sensownego wyjaśnienia — rzeczywiście wychodząc z Pierzastą Kołysanką, zignorował rozkaz przywódczyni, by jej pilnować, ale wtedy sprzeciwienie się księżniczce nie byłoby pozytywnie odebrane przez ród. Kazała mu wtedy iść, inni wojownicy też zrobili to samo, on po prostu nie umiał się sprzeciwić komuś wyżej ustawionemu społecznie.
— Przepraszam, nie mam nic na swoje usprawiedliwienie, mogę jedynie liczyć, że jeśli może zdradzę coś, na temat czegoś nowego, związanego z tymi ptakami co nas atakowały, to może uzyskam twoje wybaczenie — przywódczyni miała nadal niezadowolony wyraz pyska, ale potem przez chwilę się zastanowiła niczym dama.
— Nie nazwę tego wybaczeniem, ale mów — kocur zaczął układać sobie to, czego się dowiedział ostatnio.
— Ta czekoladowa, która rodziła, to ja ją przyprowadziłem. Gdy wszyscy byli pobliżu wodospadu i byli skupieni na ptakach, to ja zauważyłem tą czekoladową kotkę na drzewie. Mówiła, że kot o imieniu Ibis tresuje ptaki, oczywiście mnie zauważyła i zaczęła wiać. Rzuciłem się do gonitwy za nią, wiedziałem, że nie zrobię tego sam, więc zawołałem Siwą Czaplę. Razem goniliśmy ją przez długi czas, aż w końcu Siwa Czapla ją obezwładnił i wspólnie ją przytargaliśmy w miejsce, gdzie była większość. Myślałem, że jak ją przyprowadzę, to dowiemy się więcej o tym, ale zaczęła rodzić niespodziewanie i wszystko się skończyło, jak się skończyło — dzięki czemu inne informacje, które mogłyby być ważne przepadły, tak po prostu. Nie gadał o latających borsukach, tylko czy przywódczyni uwierzyłaby mu? Że jakiś kot mógł dawać ptakom rozkazy.
— Kot, który tresuje ptaki? — Mandarynkowa Gwiazda zadała pytanie retoryczne, raczej na nie nie można było odpowiadać.
— Myślę, że nie kłamała, jeśli to prawda to nawet nie możemy już ufać niebu — nie mógł raczej spojrzeć w górę, bo był w norze przywódcy, ale gdy tylko myślał o ptakach, dostawał większej paranoi. Nawet teraz rozmawianie prywatnie poza obozem, było ryzykowne, bo ptak mógł coś wyłapać i szybko wyćwierkać wrogowi ich skryte słabości.

<Mandarynkowa Gwiazdo?>

10 lipca 2026

Od Ulewnego Szkwału CD. Trzcinowego Szmeru

— Czym się martwić? Po prostu byłem bardzo sumiennym uczniem Mewiego Puchu, pewnie jak zostałem wojownikiem, to nie tylko ja budzę więcej respektu w oczach innych — koty zapewne teraz, jak przywódczyni, nie patrzyli na czarnego bicolora jak na przygłupa, tylko na kogoś, kto może miał talent.
— Zdaje mi się, że skoro Rezedowa Łapa jest tak oporny na wiedzę, to nawet ja go nie przekonam! Coś wiem trochę o upartych charakterach — jego siostrzyczka, Urodziwy Szafirek, nadal mu nie wierzyła, że koty czekoladowe przynosiły pecha. Musiał chyba to dzień i w nocy jej to mówić, żeby nakłoniła się do refleksji, ale taki wojownik i szpieg specjalny nie miał czasu na takie pierdoły. Wypełnianie obowiązków i przejrzenie Rosiczkowej Kropli było dla niego cenniejszym zajęciem.

***

Przed ślubem Trzcinowego Szmeru i Żmijowej Wici, jak kotka już siedziała z kociakami w żłobku z rangą namiestnika

Trzcinowy Szmer urodziła dwie kuleczki, więc Szkwał chciał ją odwiedzić by była na bieżąco ze wszystkim i przy okazji, żeby spytać co również u niej. Niebieski fińczyk już był blisko ze swoim szczupakiem, ale wpadł na Fląderkę, która sprzątała.
— Uważaj, gdzie łazisz, brudasie, jeszcze mnie czymś zarazisz — posłał jej ostre spojrzenie, następnie, gdy kotka zniknęła w podskokach, to udał się do żłobka.
— Witaj, Trzcinowy Szmerze, przyniosłem ci rybę — spojrzał na bawiącego się Nura i Łabądka ze sobą.
— Dziękuję, Szkwale, ale już wcześniej Żmijowa Wić przyniósł mi coś do jedzenia, ale rybę możesz dać kociakom, na pewno będą zadowolone — młodzieniec odłożył rybę obok bawiących się kociąt i od razu przerwały zabawę, zaciekawione upominkiem.
— Zatem twój partner musi się bardzo troszczyć o ciebie i twoje kocięta — mruknął.
— I to jak, on jest dobrym ojcem, niczego mi nie brakuje, jak i kociętom przy jego obecności — zatem kocur musiał być porządnym kotem, musiał się kiedyś z nim poznać, szkolił w końcu jego siostrę, był blisko z Mandarynkową Gwiazdą, jeszcze był partnerem Trzcinowego Szmeru. Trochę wstyd, że się nie znali.
— Cieszę się to słyszeć, przyszedłem ci też pogratulować miana namiestniczki. Należy ci się i twoim pociechom, klan potrzebuje takich kotów jak ty i Żmijowa wić. Trzeba teraz bardziej niż wcześniej pilnować porządku w tym klanie, wiesz, żeby taki czekoladowy kot nie przyniósł borsuka do obozu albo żeby po prostu wszystko funkcjonowało płynnie — do jego uszu przypływał ponowny pisk kociąt, zapewne znudzone rybą zaczęły znowu się bawić.

<Trzcinowy Szmerze, to znaczy, szanowna namiestniczko?>

04 czerwca 2026

Od Ulewnego Szkwału CD. Liliowej Łapy (Liliowej Pieśni)

Dwa zgromadzenia temu (przeszłość)

Koty, które były na zgromadzeniu, wracały do obozu szczęśliwe i zadowolone, chciały po powrocie wtopić się w posłania. Zresztą to samo chciał zrobić Ulewny Szkwał, który na razie u boku Lawendowej Łapy oraz Szumiącej Łapy, rozmawiał z nimi o zgromadzeniu. Koty spokojnie wchodziły do obozu i już było czuć pewien smród, niebieski fińczyk zaczął wdychać powietrze.
— To borsuk?! Borsuk! Musimy wejść tam, może dzieje im się krzywda?! — Ulewny Szkwał zaczął biec jak szalony, przecież w obozie był jego ojciec i Liliowa Łapa! Co, jeśli borsuk ich teraz rozszarpywał? Za nim również zaczęli biec Lawenda i Szumek, także będąc w panice. Oni, jak i reszta kotów wybranych na zgromadzenie zastali w obozie ślady krwi w dużej ilości, a także mocniejszy borsuczy odór. Niebieski kocur oddalił się bardziej od dwójki, a jego klatka piersiowa ruszała się nienaturalnie, myślał, że już mu serce wyskoczy. Jak doszło do takiej masakry? Gdzie u licha ten borsuk? Ruszał nerwową głową, widząc tylko koty z lekkimi bliznami lub z niczym. Do takich kotów należała Liliowa Łapa, która podbiegła do niego. Widząc ją żywą, miał ochotę ją wyściskać, ale oczywiście tego nie zrobił.
— Lilio, czemu tu czuć ten borsuczy smród, jak Klan Gwiazdy kocham! Nic ci nie jest? — kotka wyglądała na całą, ale może miała jakieś ukryte obrażenia?
— Nie, mi nic nie jest. W porównaniu do innych kotów — jej głos się trochę łamał, a on pobladł mocno.
— Czy wśród tych kotów, jest m-mój ojciec? — trochę na końcu umiał ledwo co się wysłowić, ale wizja rozszarpanego Złocistego Widlika była nie do zniesienia, kocur chyba by się poryczał jak kociak, gdyby jego ojciec został zamordowany przez borsuczą strawę.
— Nie, on jest cały, borsuki na szczęście nie tknęły ścian żłobka. Rozpromieniony Skowronek próbował zaatakować pierwszy borsuka, ale on go zmiażdżył i n-...nie przeżył. Jeszcze m-moja men-ntorka... ona jest w tak ciężkim stanie, że nie wiem, co z nią będzie... Gd-dyby nie ten drugi b-borsuk — po liliowych policzkach spływał strumień łez, a jej głos był niestabilny, gdy wspominała o Czosnkowej Krewetce. Widząc Lilię w takim stanie, Szkwał trochę się obwiniał, że nie mógł pomóc swoim klanowiczom, gdy zaatakowały ich borsuki. Zbliżył się do niej, sprawiając, że ich futra się zetknęły, następnie polizał jeden z jej łzawych policzków, by odgarnąć nadmiar łez.
— Jestem pewny, że wyzdrowieje, jak i reszta kotów, których dotknęła krzywda ze strony borsuków — tak siedział w jej towarzystwie, zobaczył, że był duży ruch w legowisku medyków, co chwilę jakieś koty wchodziły i wychodziły spanikowane, jeszcze na środku wystawiono ciała Rozpromienionego Skowronka i Nenufarowego Kielichu, wojownik doszedł po tym dobijającego wniosku, że nie tylko dwa koty ucierpiały przez atak drapieżników.

***

Teraźniejszość

Po ataku borsuków wszystko ucichło, niektóre koty chodziły normalnie po obozie, a nawet zakładały rodziny. Oczywiście Senna Łza bez jednej kończyny była zależna od lecznicy, a oprócz tego wszystko przebiegało zwyczajnie. Choć mentorka teraz Liliowej Pieśni i Rysi Bór nadal byli w lecznicy z powodu swego stanu zdrowia. Chciał zajrzeć do ojca, pewnie był wyczerpany następną dzieciarnią, a jeszcze dojdzie ta od Trzcinowego Szmeru i Żmijowcowej Wici. Wparował do żłobka, słysząc głośną dzieciarnię, akurat jego ojciec rozmawiał z Trzcinowym Szmerem, gdy kremowy go zobaczył, to się rozchmurzył i podszedł do swojego synka.
— Witaj, Szkwale, widzę, że przyszedłeś mnie odwiedzić, moje dziecko — widział u piastuna lekkie zmęczenie w oczach, rzeczywiście Porą Zielonych Liści żłobek był bardzo żywy.
— Oczywiście, powinieneś mieć przynajmniej chwilę oddechu od tych mlekojadów! Mnie już by głowa bolała kilka księżyców od tych pisków — niebieskiego lekko zaswędziało gardło, po czym kaszlnął, zasłaniając się łapą.
— Bolała głowa? Mnie tam sprawia przyjemność, gdy kociaki beztrosko się bawią, to część mojej profesji, którą kocham, choć nie mogę im pozwolić za wiele, bo rozniosą żłobek. Powiedz mi, synu, jak tam u Liliowej Pieśni? Jesteście może razem? Spędzacie ze sobą dużo czasu i jakoś się tak zastanawiam — Ulewny Szkwał słuchał spokojnie ojca, jak opowiadał o tym, że kochał swoją profesję. Wojownik podziwiał, że to była pasja jego ojca. Miał już zakasłać, ale o wspomnieniu o tym, czy jest z Lilią to nie dość, że kaszlnął, to w dodatku zakrztusił się śliną.
— Jesteśmy tylko przyjaciółmi, tato, nic więcej. Jak chcesz uzyskać satysfakcjonującą odpowiedź, to zadaj podobne pytanie Urodziwemu Szafirkowi na temat Kasztana — jego siostra bardziej kręciła jakieś romanse, to niech ją spyta o to. On nie myślał o takich rzeczach jak partnerzy, myślał raczej o tym, jak wykonywać starannie swoje obowiązki i wykonywał nadal swoją tajną misję śledzenia Rosiczkowej Kropli.
— Nie pesz się tak, synu, Liliowa Pieśń to taka fajna kotka, jestem pewny, że gdyby taki synek jak ty podszedł do niej, to by nie miała nic przeciwko — na Klan Gwiazdy... czuł wstyd, jak jego ojciec to mówił. Złocisty Widlik brzmiał w tym momencie, jak jakiś staruch co go chce zeswatać. Kaszlnął kolejny raz w swoją łapę, miał wymówkę, by się ulotnić.
— A weź, tato! — zawstydził się, lekkie rumieńce były widoczne, on z Lilią byli tylko najlepszymi przyjaciółmi i nie myślał o czymś głębszym. — Idę do medyka, zanim twoje spekulacje sięgną zenitu — oddalił się od ojca, idąc w stronę medyka, to gdybanie ojca go zmęczyło. Wszedł do lecznicy, znowu kaszląc, Gąbczasta Perła spojrzała na niego.
— Widzę, że masz kaszel, już ci coś podam — księżniczka obojętnie powiedziała to do niego, po czym dała mu zioła, wojownik był zmieszany jej zachowaniem.
— Dzięki? — zjadł lekarstwo, zastanawiając się, czemu Gąbczasta Perła zachowała się w ten sposób, nic przecież jej nie zrobił. Rzadko stawiał łapę w lecznicy, nie chciał urazić rodziny królewskiej. Spojrzał tylko w ziemię, nic nie mówiąc.

***

Aktualna Pora Zielonych Liści była tak upalna, że myślał tylko, czy nie pójść w okolice morza. Siedział w cieniu, czując, że słońce przez ten sezon będzie jego wrogiem, tęsknił za Porą Zielonych Liści, która była deszczowa i błotnista, przynajmniej wtedy było chłodno. Lawendowa Rozkosz dzieliła się piszczką z Szumiącą Łapą, a Urodziwy Szafirek wyszła z Kasztankiem na spacer. Chciał tak iść nad morze, chciał usłyszeć ten szum fal i wskoczyć do wody nie myśląc o upale. Ulewny Szkwał leżał plackiem, wyglądał w tym momencie jak taki wielki dywan.
Jemu też by się przydało towarzystwo, Liliowa Pieśń wychodziła z legowiska medyka, żeby odwiedzić Czosnkową Krewetkę. Od kiedy wojowniczka leżała w lecznicy przez borsuka, to liliowa stale ją odwiedzała.
Może jej też by się przydało towarzystwo? Niedbale wstał i skierował się w jej stronę.
— Cześć, Liliowa Pieśni, dzisiejszy wschód słońca jest tak upalny! Może chciałabyś odwiedzić ze mną morze w celu zapomnienia o nim? — pływanie w morzu i gonienie mchu na plaży brzmiało jak dobra wizja spędzenia dnia, tylko czy Lilia też ją podzielała? Koteczka uśmiechnęła się.
— Dobry pomysł! Czuje, że za chwilę moje długie futro przylepi się do ziemi, jak stąd najszybciej nie wyjdziemy — nagle dystans między nimi się zmniejszył. Kotka podeszła do niego na długość wąsa z zadowoleniem na pysku. Szkwał nie wiedział, co powiedzieć, trochę był skrępowany. Kocurowi więc pozostało iść tylko w stronę wyjścia z obozu. Gdy wojownik tam szedł, wojowniczka nie ustępowała go na krok.

***

Postanowili zawędrować przez wysepki do morza. Przez las czuliby większy wpływ słońca, niż między lądami, które oddzielała woda.
— Dobrze, że co chwilę woda nawilża nam futra, ten sezon jest jeszcze gorszy niż poprzedni — odparł kocur, co chwilę ocierając czoło.
— Tak, mamy szczęście. Pewnie inne klany, które nie mają zbytnio dostępu do wody, to muszą wiecznie się chować w obozie. Tacy, choćby, Burzacy mają najgorzej ze wszystkich klanów, bo niby jak oni radzą z taką pogodą? — Liliowa Pieśń mruknęła. Rzeczywiście Szkwał się chwilę nad tym zastanowił, jak taka Srebrzysta Równonoc znosiła upały? Trochę mu brakowało rozmów z kotką, ale jednak teraz rozmawiał z Lilią, nie z Burzaczką.
— Może po prostu jak niebo jest zachmurzone, to wychodzą. Choć wątpię, że u nich chmury występują, mimo tego my się nie chowamy przed słońcem, wykonujemy nasze obowiązki, tak jak należy. Może oprócz kociaków, może trochę im zazdroszczę, że nie muszą zbytnio się przemęczać w taką pogodę — kocur rozmyślał sobie, jak pewnie kociaki Zmierzchającej Fali musiały wygrzewać swoje życie na legowiskach cały dzień, chociaż nie powinien im zazdrościć, ale przez taką pogodę oddałby cokolwiek by na chwilę nic nie robić przez długi czas. Mógłby robić więcej, gdyby miał krótsze futro, ale jego było tak długie i gęste, że szybko się ogrzewał i czuł, jak tylko jego futro pogarszało sprawę.
— Nie zazdrość im! Przynajmniej my mamy wiele przywilejów, a one je uzyskają, gdy będą uczniami. Chociaż patrząc na kociaki Kropiatkowej Skórki to tak szybko rosną! Niedawno jak odwiedzałam żłobek, by pomagać królowym, to były małymi kuleczkami. Myślisz, że jak Rzekotka, Żabka i Ropuszka będą uczennicami, to może dostaniemy dwie z nich na uczennice? Zawsze się zastanawiałam, jak to być mentorką, jestem pewna, że może chętnie bym wzięła pod swe łapy jedną małą kulkę, by z nią rozrabiać! — brzmiało to ciekawie z pyska Lilli, ale nie był pewny czy Mandarynkowa Gwiazda da im uczniów, byli trochę za młodzi. Chociaż on dostał Słodką Łapę, ale jednak umiała więcej, gdy była przekazana jemu.
— Cieszyłbym się, choć myślę, że masz większe szanse. Ja już mentorowałem Słodką Łapę przez chwilę, choć nie ukrywam, drugiego chętnie bym sobie przywłaszczył — Liliowa Pieśń bardziej zasługiwała na ucznia w tym momencie niż on, przecież dużo kotów i tak się rodziło, to raczej też będzie miał kiedyś swojego ucznia, którego wychowa na porządnego wojownika z moralnością. Koty przepłynęły wszystkie wysepki, docierając do morza.
— Dzięki, że tak myślisz, sądzę, że może dogadałabym się z Rzekotką, lub może z Żabką, lub Ropuszką? W sumie wydają się wszystkie takie ciekawskie i energiczne! Ale kogokolwiek Mandarynkowa Gwiazda da mi na ucznia, to będę zadowolona — liliowa wojowniczka tak bardzo się cieszyła z tej drobnej rzeczy, aż Szkwał się sam uśmiechnął, patrząc na nią. Czuł przez chwilę, idąc z nią, że jakoś czas upływa wolniej, fale się uspokajają, a nawet słońce zdaje się bardziej znośne.
— Lilio, a jak tam u twojego brata? Czasami widzę, że wychodzisz samotnie, jakby nie mam nic do tego, że spotykasz się z Mrokiem, ale uważaj na siebie. Niektórzy wojownicy, jak to odkryją, to będziesz mieć kłopoty — Mrok to chyba był jedyny czekoladowy kot, do którego był nastawiony neutralnie. To było z powodu tego, że był bratem Lilli i może tego, że nie było go w Klanie Nocy. Co do reszty nie ukrywał nienawiści, choćby do ojca Lilli i reszty czekokotów, które były w jego obozie.
Liliowa Pieśń nie spodziewała się, chyba że on wiedział to, ale potem jej pysk był spokojny.
— Jest dobrze u niego, gdy zostałam wojowniczką, to teraz mogę go odwiedzać częściej. Dzięki za troskę, ale nie musisz się o mnie martwić — zapewnienie kotki mu nie wystarczało, według kodeksu powinno się wyganiać samotników, jeśli jednak ktoś to odkryje, to Lilia może zostać zdegradowana do bycia uczniem, lub jeszcze gorzej. Rodzina królewska umiała być nieustępliwa w swoich decyzjach, co szanował, lecz nie chciałby, żeby rodzina królewska patrzyła na nią źle, bo wtedy cały klan też zacznie. Ulewny Szkwał stwierdził, że skoro już chodzą tym brzegiem, to mogliby już wejść do morza, kocur oddalił się na chwilę od towarzyszki, mocząc łapy w morskiej wodzie, lecz wchodząc coraz głębiej, poczuł jakiś kamyk. Spojrzał na swoją łapę, następnie na kamień, w który uderzył. Kamyczek był w kolorze liliowym, nawet bardzo intensywnym. Przypominał mu o Liliowej Pieśni, byłby on idealnym podarunkiem dla niej.
— Coś się stało, Szkwale? — koteczka popatrzyła na kocura, który stał i gapił się w wodę.
— Nie, jest wszystko dobrze — zanurzył głowę w wodzie i wyłowił kamień swymi kłami, a następnie podszedł do Lilli. Upuścił go przed nią.
— Wziąłem go dla ciebie, ma nawet podobny kolor jak ty — próbował wytrzepać kamień z piachu, ale piach nie chciał zejść. Może upał sprawi, że szybciej zejdzie.

Wyleczeni: Ulewny Szkwał

<Liliowa Pieśni?>

14 kwietnia 2026

Od Szkwalnej Łapy (Ulewnego Szkwału) CD. Liliowej Łapy

Przeszłość

Wrócił on po kolejnym treningu na Kolorowej Łące z Mewim Puchem, przyniósł mysz. Polowanie na gryzonie nawet nie było złe, bo był dość szybki, ale preferował łowienie ryb. Czuł po prostu się związany z wodą, która była wszędzie, w samym obozie po cały teren Klanu Nocy, nie mówiąc często, że miejsca z wodą były dla niego piękne i miały swój urok. Te plaże z morską wodą, czy lasy ze strumieniami! Tego widoku nie zastąpi mu zwykła łąka lub las drzew, woda dawała terenom swój urok i życie. Uczeń dał gryzonia na stertę zwierzyny, by ktoś inny go zjadł, akurat odkładając zdobycz, podbiegła do niego Liliowa Łapa, witając się z nim, uczeń odwzajemnił powitanie.
— Cześć — odpowiedział niebieski uczeń liliowej kotce.
— O co chodzi? — spytał ją po tym, jak długo nie odpowiadała, bo myślała nad czymś.
— Chciałabym ci coś powiedzieć. — miauknęła kotka, wskazując ogonem na pobocze obozu. Kiedy tam usiedli, Liliowa Łapa z niepokojem oczach powiedziała:
— Spotkałam mojego czekoladowego ojca! — To Lilia miała ojca?!!? Chociaż nie głowił się nad tym, myślał szczerze, że jej koleżanka wzięła się z krzaków, bo znaleziono ją bez rodziców. Trochę to nietypowe, lecz nie chciał tego oceniać, bo on wziął się ze Złocistego Wildika jak reszta jego rodzeństwa.
— Kiedy go niby spotkałaś? — spytał.
— Szłam z Senną Łapą i Czosnkową Krewetką na patrol, pierwsze patrolowaliśmy granicę z Klanem Burzy i Klanem Klifu, a potem zeszliśmy niżej tam, gdzie są te kamienie od dwunożnych. Akurat się rozdzieliliśmy, chciałam sprawdzić południową część lasu i nagle coś usłyszałam, poszłam za źródłem dźwięku i spotkałam pierwsze przez przypadek mego brata. — Jej brata? Nie sądził nigdy, że Lilia ma rodzeństwo; zawsze mu wyglądała na jedynaczkę.
— A co było potem?
— Potem porozmawiał chwilę z nim, oczywiście, gdyby nie mój ojciec, który wołał gdzieś z tyłu jego imię, to bym się nie domyśliła, że to on. Nie spodziewałam się, jednak że przyjdzie do nas tak prędko, więc wspięłam się na drzewo, mówił same niemiłe rzeczy o naszym klanie, a potem chciał się wspiąć na te drzewo, na którym siedziałam. Dobrze, że Senna Łapa ich przegoniła, bo bym miała przerąbane od niego. — Ten ojciec naprawdę był jakiś okropny, skoro Lilia się go bała, chociaż wspominała mu pierwsze po przewianiu, że był czekoladowy.
— Chciał cię aż tak skrzywdzić?
— Znaczy, mój ojciec Sosna, zawsze był jakoś w stosunku chłodny do mnie, choć nie pamiętam tego dokładnie. Moja mama opowiadała mi, że jest dość nieprzewidywalny, że pewnej nocy porwał mojego brata i nie wrócił nigdy. Moja mama zawsze była smutna gdy wspominała o tym co się stało wtedy, jak tak o niej myślę to tęsknie za nią, jak tak myślę, to była jedynym kotem, którym miałam przez ten okres. — Można było wyczuć smutek wydobywający się z słów uczennicy, Szkwałowi zrobiło się bardziej żal kotki, a jakaś niewspomniana nienawiść narodziła się do jej ojca, choć nie znał go osobiście.
— Lilio, jeśli twój ojciec będzie ci zagrażał, to Klan Nocy nie będzie obojętny na twoje cierpienie. Czekoladowe koty zawsze są takie od urodzenia, szemrane i niemoralne, dlatego nasz klan wystrzega się ich jak ognia, bowiem oprócz tego przynoszą nieszczęście. Nie dziwię ci się, że tyle nieszczęścia cię spotkało, gdyby nie twój ojciec to byłoby inaczej i może twoja matka by żyła. Nie tylko klan cię więc obroni przed tym, gdy tylko poczujesz się niekomfortowo z jego powodu, to zawsze możesz mi powiedzieć, nie pozwolę by, coś ci zrobił! — Ten natrętny futrzak nie miał prawa tak traktować Lilii, kogokolwiek, skoro był w stanie obrazić ich klan, to mógł zaatakować kogoś lub porwać. Dlatego będzie stał na straży granic, jak będzie wojownikiem i będzie je częściej sprawdzać, nie tylko z powodu Sosny.
— Dziękuję, Szkwalna Łapo, za twoje wsparcie. — Liliowa Łapa otarła łzy, które z niej wypływały, chyba naprawdę temat jej rodziny był dla niej trudny. Nie chciał chyba poruszać tego tematu dla jej dobra, ale z drugiej strony musiał przynajmniej dokładnie wiedzieć, jak wygląda Sosna, gdyby chciał go rozszarpać.
— Widzę, że temat twojej rodziny jest trudny, ale czy mógłbym spytać, jak wyglądają twój brat i ojciec, gdybym ich kiedyś spotkał? Wtedy bym cię poinformował, gdyby byli gdzieś w pobliżu. — Kocica patrzyła na niego dość niepewnie, ale po dłuższym zamyśleniu kiwnęła głową i zaczęła mówić.
— Mój tata ma tygrysie pręgi i zielone oczy, natomiast mój brat Mrok też jest czekoladowy, tylko że ciemniejszy i ma te same pręgi co ja i jest w tym samym wieku. — Kotka już skończyła opis, brzmiąc już spokojniej i pewniej.
— Obiecuję, że nie będziesz dłużej się nim już martwił, Liliowa Łapo. — Kotka mogła to zinterpretować na różne sposoby, ale on tylko myślał o tym, by jak najdalej przegonić to zło, wcielone z ich terenu, żeby pecha Lilli i innym nie przynosił.

* * *
Teraźniejszość

Od kiedy Błoto i ten jakiś rudzielec zostali na czas nieokreślony, takimi jakby więźniami, to czuł ciężkie spojrzenie, właściwie to Mandarynkowej Gwiazdy, gdy tylko miał okazję ją minąć, to myślał, że go zje oczami! Chyba naprawdę nie podobało jej się to, że sprowadził tu czekoladowego samotnika, przecież jednak gdyby go zostawił zranionego, to stałby się gorszym kotem od Błota, wojownicy nie zabijają innych z błahych powodów. Jedyne słuszne powody, dla których mógłby zabić to gdyby Mandarynkowa Gwiazda mu kazała lub gdyby powód był naprawdę ekstremalny, choćby samo obrona lub gdyby taki kot naprawdę by był potworem. Szkwał starał się przysłowiowo chodzić na palcach, żeby już bardziej nie zdenerwować jej, nawet złym oddychaniem czy chodzeniem. Brzmiało to głupio, ale naprawdę niewiele brakowało, żeby go wysłała na osobną wyspę, albo zrobiłaby z niego odrzutka jak Fląderkę.
Modlił się, tylko żeby jej nie spotkać, tego wschodu słońca, w sumie to każdego się modlił, bo nie chciał dostać zawału. Akurat wrócił z patrolu łowieckiego gdzie byli Śnieżna Mordka, Morszczynowy Wąs i Wlatująca Uszatka, deszczu było dużo i czasem podczas łowieniu ryb był kłopotliwy, ale złapali kilka sztuk ryb, akurat odkładał swojego brzana na stos. Zobaczył jednak, że pewna osobowość zbliżała się w jego stronę, to był Mewi Puch.
— Mój były uczniu, Mandarynkowa Gwiazda chce z tobą rozmawiać. — Niebieski kocur mrugnął dwa razy, zdziwiony, czy miał naprawdę przerąbane? Przełknął z trudem ślinę.
— A jaki będzie temat tej rozmowy? — spytał, jak głupi chcąc być na serio pewny czy jego dni zbliżają się ku końcowi gdy spojrzy Mandarynkowej Gwieździe w oczy.
— Chciała z tobą porozmawiać o twoim poprzednim przewinieniu, chciałom złagodzić to, wiem, że zrobiłeś to, by chronić klan. Życzę tylko tego, żeby twoja kara nie była wielka, jesteś dobrym kotem. Teraz idź, przywódczyni nie może długo czekać. — Poklepał ogonem po barku młodego wojownika, po czym poszedł. Mandarynkowa Gwiazda na serio, go chciała w swoim legowisku. Szedł w stronę pnia, który był dosyć blisko sterty zwierzyny, trzęsącymi się łapami. Gdy tylko już był w środku, to przywódczyni na niego spojrzała oceniająco, od góry do dołu.
— Nie ukrywam, Ulewny Szkwale, że bardzo mnie zdenerwowałeś, przynosząc ze sobą te dwie przybłędy. Trudno mi cokolwiek z nimi zrobić. — Ulewny Szkwału spadły uszy z automatu w dół, niezadowolenie rodziny królewskiej, zwłaszcza przywódczyni zawsze raniło jego serce. Mandaryna tylko machała lekko ogonem z gracją.
— Wasza wysokość, naprawdę nie chciałem tym działać, przeciwko Klanu Nocy. — Czarna srebrna kocica jednak bez żadnej szczególnego wyrazu pyska, patrzyła na niego.
— Gdy kazałam Mewiemu Puchu cię tu przynieść, ten zawodził oczywiście, że mam ci dać jak najmniejszą karę, że mam cię oszczędzić jako jego ucznia, aż mi uszy puchły! Oczywiście nie mogę stwierdzić, że ta gadanina była, zbędna, bo wymyśliłam dla ciebie pokutę. Będziesz dla mnie obserwował Rosiczkową Krople, każde jej zachowanie w ciągu kilku wschodów słońca. Wymaga to takiej uwagi, że śpiąc, nie możesz spać, a gdy jesz, to nie możesz jeść, rozumiesz? Każda najmniejsza czynność może cię rozproszyć, a ja szukam kota uważnego, zwłaszcza że liczba zdradzieckich pysków się powiększyła. Jeśli jednak się nie spełnisz w tym, to będziesz musiał pilnować więźniów na wyspie, zwłaszcza tych, których zaciągnąłeś, masz wybór. — Czy ona go właśnie pytała, czy chce być szpiegiem lub pilnować tych więźniów? Śledzenie kogoś brzmiało lepiej, niż użeranie się z nowym czekoladowym samotnikiem, którego przytargał do obozu,
— Jestem w stanie przyjąć pierwszą opcję na siebie, Mandarynkowo Gwiazdo! Nie spuszczę choćby oka z Rosiczki.
— To świetnie, a teraz odmaszeruj. Tylko nie ciesz się za bardzo, bo będziesz za bardzo ściągać uwagę innych, a nie chcę, by jakieś wścibskie koty coś podejrzewały. — Szkwał posłusznie wyszedł z jej legowiska bez żadnych emocji. Klanowicze, jak zwykle, byli zajęci rutyną obowiązków, a on musiał się w nią wtopić jak zwykle i jednocześnie śledzić Rosiczkową Kroplę.

* * *

Od kilka wschodów słońca obserwował Rosiczkę, jedynie co zauważał to, że gadała ze swoim rodzeństwem, a najwięcej z Tojadową Kryzą, oglądała często ptaki na niebie i jadła często gady, najczęstszej żaby. Tylko tyle na razie wychwycił, już miał nadzieję, że coś odwali szybko, a on z tym pójdzie do Mandarynkowej Gwiazdy. Zastanawiał się, czy, skoro Mandarynka mówiła mu niedawno, że jest dużo kotów, które nie działają na korzyść Klanu Nocy, to może by się przydały dodatkowe łapy do pomocy? Mógłby pójść z tym do Lawendowej Łapy, ale nie wiedział, czy jego starsza siostra się zgodzi na taki numer, może kiedyś się jej spyta. Oprócz niej darzył zaufaniem Kasztana i Urodziwą, ale nie wiedział, czy im też to z mostu mówić, Narcyz wydawał się nadawać do tej fuchy też od kiedy zbił wilczaka na zgromadzeniu, ale za mało się znaliby stwierdzić, czy mu mówić. Szumek był za młody, by go narażać na takie rzeczy. Została więc mu tylko Liliowa Łapa, ona raczej by się bardziej zgodziła prawie na wszystko, nie patrząc na jego występki. Akurat Liliowa Łapa i Szumiąca Łapa, wracały z treningu razem z Czosnkową Krewetką i Latającą Rybą, nieśli oni ryby z rzeki. Uczniowie odkładali swoje zdobycze na stos, Szkwał postanowił zagadać do nich.
— Cześć Lilio i Szumku, jak łowienie ryb? Widzę, że coś daliście na stos! — Pokazał na stos ogonem.
— Nawet dobrze. To moje pierwsze łowy! Choć Latająca Ryba nie była chyba zainteresowana moją rybą, może następnym razem, jak złowię większą, to pochwali mnie — mruknął Szumiąca Łapa. Szkwał patrzył na jego rybę, jego ostrosz nie był jakiś duży, ale też nie był malutki. Może Latająca Ryba po prostu spodziewała się po nim czegoś więcej?
— Na pewno złowisz lepszy okaz, mamy w końcu to we krwi! — Ulewny Szkwał poczochrał po głowie młodego kolegę. Choć skupił się na chwilę na Szumku, to teraz jednak musiał poświęcić chwilę dla Liliowej Łapy, miał niezłe informacje dla niej.
— Liliowo Łapo, chcesz się przejść? — Ulewny Szkwał spytał przyjaciółkę.
— Oczywiście! Szumku, też idziesz? — Liliowa kotka spytała małego ucznia. Szczerze, Szkwał nie chciał wtajemniczać Szumka w tak ważną rozmowę. Chciał iść z Lilią na osobności.
— Nie dziękuję, właśnie miałem iść do Flaminga. Za to życzę wam miłej przechadzki. — Szumiąca Łapa opuścił ich, idąc do żłobka. Ulewny Szkwał poczuł lekką ulgę i zagadał do Lilli.
— To możemy iść, nie będzie to daleko. — Ulewny Szkwał planował zabrać ją do lasu, blisko obozu z tym charakterystycznym kamieniem.

* * *

Otaczał ich aktualnie tylko las i drzewa, a blisko była ta sama rzeka, co płynęła. Na chwilę przystali, a nad nimi były ciemne chmury.
— Nie zgadniesz, Lilio, jakie zadanie specjalne mi dała Mandarynkowa Gwiazda! — Liliowa Łapa słuchała go uważnie.
— Zadanie specjalne? Mów mi jakie. — Mierzyła go zaciekawionym wzrokiem, jakby naprawdę interesowało ją to zadanie specjalne.
— Mam śledzić Rosiczkową Kroplę, właściwie robię to już od kilku wschodów słońca dla Mandarynkowej Gwiazdy. Na razie jednak nie widzę, żeby robiła coś podejrzanego, jednak nie stracę czujności! Może po prostu na serio się ukrywa. — Oby tak było, bo nie chcę wracać z informacją w tak krótkim czasie, że Rosiczkowa Kropla nie jest podejrzana. Musiał ją jeszcze pośledzić, tak dla pewności, czy na pewno czegoś nie ukrywa.
— Brzmi to super, bycie szpiegiem dla przywódcy to chyba naprawdę coś fajnego! Chyba ci ją dała, dlatego że złapałeś tego samotnika na kradzieży. Chyba ciebie ceni w jakimś stopniu. — To był miód dla jego uszu słyszeć od innego kota, że przywódczyni go ceni, może tak było? Choć nie widział tego na twarzy u Mandarynki.
— Może masz rację, choć przywódczyni mi mówiła, że tych kotów jest więcej, które mogą być podejrzane, więc się zastanawiałem, czy szpiegów nie powinno być więcej? Zastanawiałem się więc komu to powiedzieć, wypadło na ciebie, bo szczerze gdybym podszedł do Urodziwej Łapy, to by mnie zagryzła, za to, że Błotowi przez przypadek łapę złamałem. — Kotka nieco się zdziwiła.
— Czy ty chcesz, żebym była szpiegiem? Sama nie wiem, czy się nadaje, klan potrzebuje kogoś, kto stawi się za nim, a ja gdy mój ojciec przyszedł to, zamiast jemu się postawić, uciekłam na drzewo — Powiedziała kotka lekko zawstydzona.
— Gdybyś się nie nadawała, to bym nie przyszedł do ciebie! Jesteś najbardziej lojalną kotką w klanie, jaką znam, oprócz mego rodzeństwa! Teraz nadeszły czasy gdzie potrzebujemy wierne koty, które pomogą zwalczyć klanowi te chytre lisy, które się maskują. Nie wyobrażam sobie kogoś innego, kto by razem ze mną szpiegował innych, którzy nam zagrażają. — Pomimo jednorazowego tchórzostwa Lilli to ona nadawała się na szpiega, była bardzo energiczna, nawet twierdził, że mogłaby cały dzień, szpiegować kogoś nie śpiąc.
— Skoro tak mówisz, to pójdę do niej zapytać, czy mogę być szpiegiem i pomóc klanowi — Koteczka wydawała się być podniesiona na duchu, dwa koty szły spokojnie wzdłuż rzeki, póki nie nastało naderwanie chmury, a tak padało, że nawet w rzece było widać jak mocno, spadała woda z nieba. Obaj czuli, że ich futro szybko mokło.
— Wracamy! Kto pierwszy, ten jest mokrą rybą! — Kocur szybko biegł do obozu, by uratować swoje futro od deszczu a Liliowa Łapa biegła za nim, wyprzedzając go, ta pokazała mu język w udawanej irytacji, a on się zaśmiał, biegnąc za nią.

<Liliowa Łapo?>

07 kwietnia 2026

Od Ulewnego Szkwału

Był już wojownikiem, a reszta jego przyjaciół uczniami, korzystając więc ze swoich przywilejów, poszedł na samotny patrol wzdłuż dolnych terenów Klanu Nocy. Planował on iść do Opuszczonego Cmentarzyska, by zobaczyć na własne oczy trupy dwunożnych i ich kości, ciekawe co musiało ukrywać w środku takie monstrum, skoro chodziło na dwóch łapach? Chociaż nie chciało mu się jednak aż tak grzebać w zwłokach, wolał po prostu popatrzeć na to miejsce by je znać orientacyjnie, w końcu to też była jakaś część terenów Klanu Nocy i byłby to wstyd nie znać całego terenu. Aktualnie zmagał się ze Zrujnowanym Mostem, gdzie wszędzie drobinki drzew były porozrzucane, skakanie z jednego na drugiego było dość trudne, nie mówiąc, że niektóre części miały spiczaste krawędzie, na których nadzianie się nie byłoby przyjemnym doświadczeniem. Czemu skakał w sumie jak głupek po tym? Tylko się męczył, dodatkowo nie było dla niego wygodne dotykanie drewna, sama ta czynność przyprawiało go o dyskomfort. Wskoczył do wody, płynąc w stronę cmentarzyska, by przyjrzeć się terenom, które były bardziej zalesione i mniej piaszczyste.

***

Będąc w głębi lasu, słyszał za sobą szum rzeki, którą już przepłynął, ten szum, Szumek. Tylko co ma związanego z tym Szumek? W sumie to lubił go jako kolegę, a za niecały jeden księżyc miał być uczniem. Zastanawiał się, czy też samemu go nie wyprostować, mógłby go nauczyć wiele rzeczy, które sam poznał podczas treningu, łowienia ryb, walki i wiele innych rzeczy! Był dosyć młody, ale czuł, że dla Klanu Nocy mógłby to zrobić! Zwłaszcza obawiając się, że ktoś nieodpowiedni mógłby go szkolić i powiedzieć mu choćby, że czekoladowe koty nie są złe, co jest kłamstwem. Dlatego jako przykładny wojownik nie mógłby sobie na to pozwolić, tylko czym Mandarynkowa Gwiazda dałaby mu ucznia? Skoro średnio przepadała za Mewim Puchem? Wątpił w to.

***

W końcu! Zobaczył na własne oczy Opuszczone Cmentarzysko, które… Nie zrobiło na nim wrażenia, były to tylko płaskie kamienie ustawione pionowo z dziwnymi szlaczkami, których kocur nie rozumiał. Był tym zawiedziony, już Kolorowa Łąka była ciekawszym miejscem niż te, hieroglify dwunożnych. Jak dobrze, że chociaż rzeka była blisko, to mógłby coś złapać i zjeść, a potem ponownie coś złapać i wrócić z tym do obozu. Przecież też potrzebował sił, by wrócić do domu, a jak zje małą rybkę, a większą da innym, to wtedy nie będzie to grzechem. Spokojnym spacerkiem tupał w stronę rzeki, mijając kilka drzew, teren nie był zbyt zarośnięty nimi, więc było więcej widać, akurat też w okolicy była jedyna brzoza, jaką widział. Drzewo z białą korą rzucało się łatwo w oczy. Patrzył przez chwilę, na to nieregularne drzewo zastanawiając się niby, czemu jako jedyne ma biały pień i co sprawia, że jest taki biały, choć widział, że z daleka miało jakieś czekoladowe plamy, które nawet się ruszały. Chociaż… przecież plamy się nie ruszają na drzewie, dodatkowo z tego, co wiedział, to brzoza nie miała czekoladowych plam, to co on niby tam widzi, co mu wzrok robi za figle? Podszedł bliżej i wytężyłwzrok, by zauważyć przy drzewie, jak jakiś czekoladowy kot zbierał zioła, ukrył się szybko w krzaku, aż zaczęło się w nim gotować. Co on niby robił na Klan Gwiazdy tutaj?! To nie jego teren, oczywiście, żeby nie było tego mało, zza ogona kocura wyłoniła się ryba, wstrętny czekokot.
„Już dam taki wycisk temu błotnistemu ścierwu, że będzie własną matkę wołać!” Klnął w myślach, tego kota. Bez żadnego planu wojownik wylazł z krzaków i szybko podbiegł do czekoladowego, oczywiście ten nie zareagował zbyt szybko, więc Szkwał trzasnął jego łbem o pień drzewa, że aż samotnikowi poleciała krew z nosa, która zaczęła spływać na liście o ciepłych barwach.
— Jak śmiesz kraść czekoladowa przybłędo! — Przytrzymał go, już przekładając łapę na jego kark. Przerażony starszy samotnik patrzył na niego swoimi pomarańczowymi oczami, nie wiedząc, co się dzieje.
— Przep-przepraszam! Nie chciałem niczego kraść! Ja tylko chciałem wziąć tego trochę. — Kocur nie dokończył, bo Ulewny Szkwał bardziej przycisnął łapę do jego gardła, co uniemożliwiło samotnikowi prawidłowe oddychanie.
— Mówisz trochę? A rybką też się raczyłeś poczęstować, i to jeszcze z naszej rzeki! Zapchlony kłamczuch, ja już znam te wasze numery! — Czekoladowe kłamczuchy, już było widać z długości lisiego ogona, że coś śmierdzi, a po tym szczególnie w odległości biciu serca. Niebieski kocur tylko rozluźnił ucisk, to czekoladowy van wyślizgnął się, biegnąc w stronę rzeki, Ulewny Szkwał już miał iskry w oczach.
— Wracaj tu! — Młody wojownik gonił starszego, kocura przez gęstwinę drzew, deptał mu po łapach, tak był blisko! Tylko jakoś nie umiał go zatrzymać. Czekoladowy samotnik biegł w stronę rzeki, Szkwał domyślił się, że mógł biec w stronę ziem niczyich. Jeśli go szybko nie złapie, to nieznanemu kotu się upiecze. Przy granicy rzeki Ulewny Szkwał skoczył na samotnika, żeby ten czasem nie wskoczył do wody i nie odpłynął. Tak przeturlali się do wody, a wojownik przygniótł starszego w wodzie, topiąc go. Czekokot rozpaczliwie machał łapami, drażniło to bardzo Szkwała, bo co chwilę jakąś łapą dostawał po policzku, więc postanowił mu jedną ugryźć, następnie można było usłyszeć trzask, a samotnik w wodzie bardziej otworzył pysk, z którego wypłynęło dużo bąbelków. Widział już, że ten się nie obroni, więc chwycił za jego złamaną łapę i zaciągnął go na brzeg, rzucając nim na ziemię.
— Myślałeś, że mi uciekniesz cwaniaczku! Ale nie, jako wojownik nie pozwolę ci tak łatwo uciec za kradzież naszych dóbr. — Samotnik zdawał się go nie słuchać, tylko wił się z bólu, sycząc, nie był w stanie już się oddalić od niego, jedna z jego łap została złamana, a kulejąc, daleko nie dojdzie. Ulewnego Szkwała oczywiście irytowało, że te coś tak ryczało, jakby miało umierać.
— Przymknij się, bo dam ci powód do płaczu! — Walnął go mocno w bok, a następnie podniósł wysoko łapę z wysuniętymi pazurami.
— AAAA!! Oszczędź mnie! Nie chcę umierać! Obiecuję, że już tu nie przyjdę, al–ale pozwól mi odjeść, p-proszę... — mówił rozpaczliwie, a łzy się zbierały w oczach. Zapewne złamana kończyna musiała go strasznie boleć, spojrzał wokół siebie, nikogo nie widział. Co teraz zrobić z nim? Zbyt niehumanitarnie byłoby go zostawiać na środku jakiegoś terenu, sądził, że to Mandarynkowa Gwiazda musi zadecydować co z nim zrobić, samotnik zasłużył na karę za kradzież zwierzyny i ziół, które nie należały do niego.
— Idziesz ze mną, nie pozwolę, byś bezkarnie tu leżał. — Podszedł blisko do starszego, ten ze strachu bardziej się zwinął w kulkę, na szczęście jego kark był widoczny, więc chwycił go zębami i ciągnął go tak do Klanu Nocy. Zapowiadała się dosyć długa przechadzka z powrotem.

***

Targanie starucha przez długi czas było bardzo ciężką robotą, już go plecy bolały, a nie miał nawet stówki! Ciągnięcie go przez rzekę kilka razy było najgorsze! Musiał nieść go na plecach, by upewnić się, czy się nie wyślizgnie mu się, kocur nie wydawał się mieć w sobie jakiegoś życia, był sparaliżowany strachem, może myślał, że on go zabije? Nie mógł mu powiedzieć, co czeka tego błotniaka, trzymał jego kark za zęby, więc nie mógł za bardzo gadać. Na szczęście przepłynął jeszcze kilka wysepek prowadzących do obozu i czuł się jakby, był w domu! Bo w sumie był w domu, ale teraz przynajmniej był bardziej rozluźniony, wszedł do obozu, od razu koty zaczęły patrzeć, jak ciągnie za sobą intruza, niektórzy byli obrzydzeni, a jeszcze inni zaskoczeni. Ulewny Szkwał jednak zignorował spojrzenia współklanowiczów, docierając do legowiska przywódczyni. Wszedł on dosyć nieproszenie do jej pnia, gdy był już w środku, to zauważył, że Mandarynkowa Gwiazda leżała w swoim posłaniu, Ulewny Szkwał tylko opuścił ciało a Mandarynka, obróciła się w jego stronę z zaskoczeniem w oczach.
— Co to ma być w moim legowisku? Dlaczego mi przyniosłeś tego kota i kim on jest, na Klan Gwiazdy! — To pytanie brzmiało jak obelga w stronę Szkwała, wskazała ona na leżącego czekoladowego kota, który wyglądał, jakby duża mu odleciała.
— Ja wszystko wyjaśnię, wasza wysokość! — Ukłonił się do niej, bo zapomniał i zaczął szybko gadać. — Byłem na samotnym patrolu i akurat patrolowałem Opuszczone Cmentarzysko, zrobiłem w tym miejscu przystanek, bo chciałem coś upolować. Po rybie chciałem patrolować dalej, ale nawet do rzeki nie dotarłem i przy brzozie zobaczyłem tego szkodnika! Widziałem, jak zbierał zioła, ale nie tylko to! Złowił rybę z naszej rzeki na naszych terenach! Ani trochę wstydu na jego pysku, robił to, co chciał! Nie byłem temu obojętny i przygwoździłem go do drzewa, ale ten oczywiście mi uciekł, ale szybko go obezwładniłem, łamiąc mu łapę, też dałem mu porządny wycisk nie tylko tym. Jednak stwierdziłem, że nie może uniknąć kary, więc przyszedłem z nim do ciebie Mandarynkowo Gwiazdo! — Nie starał się kłamać, bo wtedy czekoladowy mógłby jego zarzuty próbować obalić, a nie chciał już dodatkowo słuchać zawodzącego czekoladowego kota. Sądził, że przywódczyni go pochwali, ale srebrna kocica patrzyła na jego zdobycz z niesmakiem.
— Dobrze, tylko po jakiego grzyba on jest aż tak poturbowany? Czy ty nie zdajesz sobie sprawy, ile ziół nasi medycy muszą zmarnować na tę przyssawkę! — Przywódczyni tylko westchnęła zawiedziona, przecież on nie chciał jej zawieść! Była dla niego autorytetem.
— Przepraszam, Mandarynkowo Gwiazdo. Nie chciałem urazić ciebie. — Wojownikowi wydawało się, że przywódczyni go słucha, ale tak naprawdę Mandarynce zwiewały jego przeprosiny.
— Zanieś go do Różanej Woni, przekaż jej, że ma użyć jak najmniej ziół na niego, gdy będzie w miarę sprawny, to zostanie naszym więźniem. Jeśli to tyle to wyjdź z nim. — Wojownik skinął tylko głową do przywódczyni.
— Postaram się, by Błoto nie robił problemu, chodź Błoto, idziemy do medyka. — Wyciągnął znowu go za kark, a następnie szybko się wyniósł z legowiska Mandarynkowej Gwiazdy. Nie wiedział, w sumie jak ten samotnik miał na imię, jednak nie chciał go nazywać go na “Ty”, bo było już dla niego lekko irytujące, a o jego imię nie zamierzał się pytać. Okrążył znowu źródełko, żeby dotrzeć do legowiska medyka, zaś musiał spotkać się z tymi samymi spojrzeniami. Miał nadzieję, że koty były z niego dumne, w końcu zło trzeba bić na kwaśne jabłko! Gdyby nie on to Błoto by wykradł ich wszystkie zioła. Nie mieliby wtedy czym w ogóle leczyć, będąc już przy wejściu lecznicy, spotkał się z Różaną Wonią, która posłała mu krzywe spojrzenie.
— Czemu przyprowadzasz mi obcego kota do lecznicy? — Kolejne pytanie i zaś kolejne tłumaczenie, czy mogliby po prostu przejść rzeczy? Na serio już kark go bolał. Opuścił ciało Błota.
— Ten samotnik kradł nasze zioła i zwierzynę, poszedłem z nim do Mandarynkowej Gwiazdy. Dostałem instrukcję, żeby z nim przyjść do lecznicy, też miałem przekazać, żeby zużyć na niego jak najmniej ziół. Jeśli będzie sprawny, to Mandarynkowa zdecydowała, że zostanie więźniem, z tego, co mi powiedziała. — To chyba wszystko, niczego nie przeoczył, choć nadal nie mógł zapomnieć, jak jego ulubiona przywódczyni go opierniczyła. Z niechęcią starsza medyczka przyglądała się mu.
— Daj mi go na pierwsze lepsze posłanie. — Ulewny Szkwał znowu wziął ciało starszego i poszedł za starszą medyczką. Księżniczka pokazała mu niezbyt dobrze zadbane posłanie, było widać, że trzeba było je wymienić, zwłaszcza mech, ale to był czekoladowy kot, więc nie będzie walczył o prawa dla zła wcielonego. Rzucił go i skinął głową Różanej Woli i reszcie medyków, Gąbczastej Perły i Klekoczącego Bociana.
Nie zwrócił jednak uwagi na ich reakcje, bo delikatnie Różana mu zasygnalizowała ogonem, że już nie jest potrzebny w lecznicy, więc wyszedł. Wychodząc z lecznicy, już chciał odpocząć, jego bolący kark tego potrzebował, ku jego zdziwieniu koty zaś stały się żywsze, tym razem nie on przykuł uwagę, tylko zobaczył jakiegoś rudzielca, który jest otoczony przez resztę kotów. Był on dymnym vanem z zielonymi oczami i długimi futrem.
”Następny samotnik się tu dostał? Jak on do licha się tu dostał?! Jak dobrze, że to nie problem, który będzie na mojej głowie!”, pomyślał, pewnie jakiś uczeń, który był nieostrożny, przyprowadził kolejny problem do ich klanu. Chociaż… czekaj… zaczął się gorączkowo obmacywać po swojej lewej stronie ucha, czuł, że mu kwiat ubył, chciał się upewnić czy to prawda, sprawdzając go. Wziął go do łapy, ale miał tylko przy sobie jeden płatek, zostały mu tylko dwa kwiaty, co się stało niby z trzecim? Pewnie go zostawił przy rzece, gdy bił się z Błotem. Zestresowany spojrzał na rudzielca przy wejściu z obozu, może to on go zwabił do obozu, a czekoladowy miał jeszcze przy sobie wspólnika, to pewnie jakiś zbieg okoliczności. Odszedł od miejsca zdarzenia, starając się znaleźć miejsce do wyciszenia się, bo teraz był przebodźcowany stresem i wstydem, który go zjadał.

31 marca 2026

Od Szkwalnej Łapy (Ulewnego Szkwału)

Czuł się niezręcznie, wiedząc, że dzisiaj ostatni raz spał w legowisku uczniów, ostatni raz ścielił legowiska i ostatni raz zasiadał z uczniami, dzieląc się językami.
– Słyszeliście o tym, że Czyhająca Marena czy tam Murena spotyka się z Wężynowym Kłem? Pewnie Wężynie nie starcza jeden kot z immunitetem królewskim, to dobiera się do drugiego! – ta stara kotka jednak miała tupet, miała talent do owijania każdego królewskiego kota wokół palca. Czy to było legalne? Zdenerwowała tym pewnie Mandarynkową Gwiazdę i ta nie zrobiła jej synowi znaku lotosu, temu Flamingowi. Szkwał był dosyć z tym głośny, jedząc swego suma, ale nie przejął się tym, że ktoś inny mógł to usłyszeć.
– A czasem Wężyna już nie jest z Błękitną Laguną? To chyba się zalicza pod zdradę, myślicie, że on o tym wie? – spytała Liliowa Łapa, jedząc okonia obok Lawendowej Łapy i Urodziwej Łapy, z prawej strony kotki była właśnie Lawenda, a z lewej Szkwał. Lawendowa Łapa prawie wypluła leszcza, którego żuła w pysku.
– Wy i wasze fantazje! Może po prostu Wężynowy Kieł chce się zapoznać bliżej z rodziną swego partnera? Dotychczas rozmawiała tylko z Mandarynkową Gwiazdą, teraz widać, że otwiera się też na inne znajomości – a on był latającą rybą! Ta szemrana szylkretka robiła dramaty w środku rodziny królewskiej. Gdyby nie zrobiła czegoś złego, co zraniło Mandarynkową Gwiazdę, choć sam nie wiedział co, to by nie była na jego celowniku. Bowiem kto śmiał obrażać rodzinę królewską, obrażał i jego!
– Nie bądź tego taka pewna, zanim się obejrzysz, to Murenę też poderwie i wtedy dostanie większą karę niż brak lotosu na czole jego syna. Może praca z czekoladowymi kotami? Ta kara sama w sobie jest przeklęta! – Urodziwa na słowa swojego brata przekręciła oczami.
– Klanie Gwiazdy, znowu to samo... – kotka położyła łapę na twarzy z zażenowaniem w oczach. Niby mieli nie rozmawiać o czeko kotach, ale nie mógł się powstrzymać, musiał czegoś nienawidzić, by życie było piękne.
– No co! One naprawdę są przeklęte! Nie bez powodu mówią, że ich kolor bierze się od błota. Może przenoszą nieznane choroby? Nikt jeszcze nie tykał Fląderki, więc nie wiemy, co skrywa w sobie! Ale nie będziemy się głowić, co przenosi. Nie chciałbym, żeby ktokolwiek to testował, nawet najgorszemu wrogowi bym tego nie życzył. Zamiast tego zgadnijcie kto dziś opuszcza legowisko uczniów. Możecie nawet strzelać – był ciekawy czy się domyślą, że zostanie dziś wojownikiem, bo nie mówił im tego.
– Niedźwiedziówkowa Łapa? – strzeliła Lawendowa Łapa. W sumie ona trochę była już terminatorką i powinna już zostać wojowniczką, by zasilić szeregi. Nie o nią jednak mu chodziło, machnął głową przecząco, jedząc swoją rybę.
– No to nie ma co strzelać, żadne z nas raczej się dziś nie mianuje. Gdyby Morszczynowa Łapa lub Senna Łapa byli nadal w legowisku uczniów to bym stawiał na nich. Może ci chodzi o Rezedową Łapę? – mruknęła Szafirka, będąc zakłopotana jak reszta kotek, z którymi siedział. Cóż, chyba będzie musiał się ujawnić.
– Widzisz, siostro! Nawet Rezedowa Łapa nie zazna dzisiaj takiego zaszczytu! Jedynym kotem, który będzie mianowany na środku obozu bę-...
– Witajcie młodziaki, co tam u was i u mojego przyszłego wojownika! – Szkwalna Łapa nie zdążył skończyć tego, co miał na myśli, bo oczywiście jego ojciec się wtrącił, liżąc go po głowie.
– Ughhh, tato! Zepsułeś niespodziankę! – niebieski kocur się napuszył, robiąc się cały czerwony. Jak on śmiał! Teraz wszyscy wiedzieli, tylko że nie od niego.
– E tam. Nic nie poradzę, że mój synek zostanie pełnoprawnym wojownikiem Klanu Nocy, a niedawno kładłem cię w żłobku spać! Byłeś taki malutki! – Złocisty Widlik rozklejał się, a Szkwał robił się coraz bardziej czerwony ze wstydu.
– Tato, na serio, nie rób mi siary przy reszcie – chciał się przypomnieć, że nie chciał być traktowany jak kociak w towarzystwie rodzeństwa i innych znajomych. To było bardzo upokarzające, czy każdy rodzic tak robił swoim dzieciom? Powinno to być uznane za znęcanie się.
– Już dobrze, mój wojowniku! Przyszedłem tylko luknąć na was, a teraz idę do żłobka zabawiać kociaki – uśmiechnięty piastun odszedł od grupy młodzieży, znikając w wejściu do żłobka. Trzy kotki patrzyły na niego w ciszy, pewnie zaskoczone faktem, że dzisiaj będzie mianowany.
– Gratulacje, Szkwale! Nie mogę się doczekać twojego mianowania. – miauknęła Lawendowa Łapa, Szkwał się uśmiechnął, zapominając o tym, co wcześniej było.
– Ja też! Też bym nie chciała tego przegapić – dodała Liliowa Łapa. Cieszył się, że kotki mu gratulowały, miał nadzieję, że rzeczywiście bliskie mu koty zobaczą, jak awansuje.

***

Czuł, że jego mianowanie się opóźnia, jakby przywódczyni, siedząc ciągle w swojej norze zapomniała o nim. Co, jeśli w ogóle nie zostanie wojownikiem dzisiaj? Może nim naprawdę nie zostanie? Chodził z jednego kąta obozu do drugiego. Owszem, Mandarynkowa Gwiazda wydawała się wyłączona z życia klanowego po niektórych incydentach, ale nie był czekoladowym kotem, nie był kimś, kogo można było wsadzić na własną wyspę jako zdrajcę. Był wiernym kotem, który kochał swój klan, rodzinę królewską i swoich bliskich z przyjaciółmi. Pokazywał to za każdym razem, gdy wstawał za dnia aż do nocy, gdy spał i tak z każdym dniem, nie marudził, gdy musiał iść na trening czy wyczyścić legowiska w obozie, robił wszystko sumiennie, chodząc jak w zegarku. Kocur nie chciał się czuć ignorowany przez głowę rodziny królewskiej. Gdyby Mandarynkowa Gwiazda go mianowała na wojownika, mógłby więcej zrobić dla klanu, niż robił wcześniej, tylko musiała mu dać szansę, musiała! Patrzył w ziemię, czując się w jakiś sposób winny że jego przywódczyni nie chciała go mianować, a może był inny powód? Może się dowiedziała, że wygadał, że znaleźli ciało tej jakiejś medyczki z Klanu Klifu? Nie, to nie to! Przecież gdyby się dowiedziała, to by dawno by był jakimś więźniem. Przeklął się w myślach za tą głupotę co zrobił. Już sam nie wiedział przez siebie, czemu członkini rodu królewskiego nie chciała wyjść ze swego legowiska.
Jakiś szelest?! Co to? Kocur obrócił głowę, widząc Mandarynkową Gwiazdę, która z gracją wspinała się na drzewo.
– Niech wszystkie koty, które umieją polować na ławicę i sprawnie pływać zbiorą się na zebranie klanu! – jej twarz była kamienna i opanowana, młody kocur przełknął ślinę, idąc z innymi kotami na zebranie klanu. Ustawił się na środku, by być widocznym dla Mandarynki i ich spojrzenia się spotkały. Oby to było jego mianowanie, a nie coś gorszego.
– Ja, Mandarynkowa Gwiazda, przywódca Klanu Nocy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam go wam jako kolejnego wojownika – nastała lekka pauza, a Szkwał bardziej się wyprostował, jakby miał stać na baczność. Jak dobrze, że to jednak była tylko jego ceremonia. – Szkwalna Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia? – spytała go liderka, a on już wiedział, co powiedzieć.
– Przysięgam, na Klan Gwiazdy – chciał, żeby przysięga była idealna, także wierzył, że przysięgając w imię Klanu Gwiazdy będzie mu łatwiej spełnić to postanowienie za pomocą gwiezdnych przodków, którzy czuwali nad nim.
– Mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Szkwalna Łapo, od tej pory będziesz znany jako Ulewny Szkwał. Klan Gwiazdy ceni twoją lojalność i pracowitość oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Nocy – rozejrzał się wokół siebie, a wszyscy zaczęli skandować jego imię.
– Ulewny Szkwał! Ulewny Szkwał! – cały klan go witał jako nowego wojownika Klanu Nocy, w tym jego najbliżsi. Złocisty Widlik wydawał się z niego dumny, jak i jego siostry, Lawendowa Łapa i Urodziwa Łapa. Obok nich też zobaczył Liliową Łapę i Przypaloną Łapę wraz z innymi, którzy z uśmiechem wymawiali jego nowe imię. Uśmiechnął się tylko, obiecując sobie, że będzie najbardziej lojalnym wojownikiem klanu.

Od Szkwalnej Łapy

Noc

Pora Opadających Liści, która teraz nadeszła, była lepsza od poprzedniej Pory Zielonych Liści. Sprawiała ona, że każdy zwyczajny wojownik tracił chęci, by jakikolwiek dzień nazwać wspaniałym, względem pogody. Nie raz bywało, że koty, które nie schowały się w cieniu, mdlały od nielitościwego ciepła, które serwowało słońce. Na szczęście, gdy odeszła, nikt już za nią nie tęsknił, a początek Pory Spadających Liści był dosyć przyjemny i słoneczny. Nie to, co poprzednik, który swoim skwarem wysuszał nawet rośliny.
Szkwalna Łapa sobie smacznie spał w swoim posłaniu, jak każdy uczeń. Pewnie prześpi tę noc jak każdą, i obudzą go promienie słońca przebijające się przez ramy legowiska. Terminator poczuł, że coś go lekko szturcha, co to było u licha?! Słabo wybudzony ze zmrużonymi oczami obrócił się do kogoś, kto go szturchał. To był czarny kot.
– HUH? – Nie umiał rozpoznać kto to, do końca nie chciało mu się otwierać oczu, był zbyt wybity ze snu.
– To ja, Mewi Puch, musimy iść nad rzekę, chodźmy – czemu mieli iść? Paliło się czy co?! Niechętnie wstał, po czym poszedł za Mewim Puchem. Był środek nocy i jeszcze chciało mu się wstawać? To chyba było jakieś przebudzenie, które zadziało się w jego mentorze. Księżyc był wysoko w górze, a dwa kocury już wyszły z obozu.

***

Przepłynęli przez kilka wysepek, docierając w okolice lasku, lecz nie do niego szli. Podążali za nurtem wody, który płynął w stronę jeziora, oddzielającego Klan Nocy od Klanu Burzy. Można było zobaczyć jak księżyc, wysoko wiszący na niebie nie dawał żadnego światła, przez co było ciemno. Tylko gdzie oni szli? Mewi Puch raczej zwykle prowadził spokojny i odklejony tryb życia, był bardziej dziennym kotem niż nocnym, tak więc co skusiło jego mentora, by go wyrwać ze snu w środku nocy?
– Przyszłom tu z tobą, by dać ci specjalne zadanie – Mewa popatrzył w wodę, a w nim pojawiło się jego zaspane odbicie, jakby sam nie chciał wstawać.
– A niby jakie to zadanie, skoro mnie wyciągasz w środku nocy? – zapytał Szkwalna Łapa.
– Chciałobym, żebyś upolował jedną rybę, nic więcej. Będzie to trudniejsze niż za dnia, bo tu nie zobaczysz za bardzo nawet ich cienia. Jeśli wykonasz moje zadanie, zanim zajdzie słońce to czeka cię niespodzianka – niespodzianka? Mewi Puch brzmiał dosyć podejrzanie, ale Szkwalna Łapa postanowił się podjąć tego nietypowego zadania.
– Dobrze, zrobię to, Mewi Puchu. Wyrobię się, nawet zanim księżyc zajdzie – dość pewnie przysunął się bliżej wody. Obrócił się za siebie, widząc, że wojownik patrzy na niego, a następnie na wodę. Jedyne co widział, to odbijające się drzewa liściaste i ciemne niebo. Chyba to wyzwanie rzeczywiście nie było jakieś łatwiutkie. Musiał w takim razie polegać na innych zmysłach niż wzrok. Musiał się zdać na drganie wody. Każdy ruch w wodzie pozostawiał po sobie lekkie fale, które były wyczuwalne jako drgania na powierzchni i dla słuchu, gdzie mógł usłyszeć, gdy coś nadpływało, pozostając przy tym czujnym. Niebieski fińczyk natężył słuch i zamoczył łapę na płytkim gruncie, by poczuć drgania, jeszcze nie polował w nocy, więc to było dla niego coś nowego. Większość wojowników polowała w dzień, a nie podczas nocy.
”Klanie Gwiazdy, ześlij mi jakąkolwiek rybę tutaj. Czuję, że to wyzwanie od mojego mentora jest ważne, wspomóż mnie” modlił się do przodków, jednak nie usłyszał ani nie poczuł obecności ryby. Ogarnął go lekki stres. Obrócił się znowu do Mewiego Puchu, wyglądał, jakby miał prawie zasnąć, ale nie zamykał oczu. Patrząc na niego, nie mógł tak się poddać, czuł, że wyrywanie go w środku nocy nie było jakąś dziecinadą. Znowu obrócił się w stronę rzeki, czekając na zwierzynę wodną w ciszy i skupieniu. Możliwe, że przodkowie mogli usłyszeć jego wołanie, bo nagle woda zadrgała leciutko, co dotarło do samych łap kocura. Drganie wody pochodziło z jego lewej strony, nastawił więc bardziej uszy, słysząc, że coś nadpływa. Starszy uczeń przygotował swoje wszystkie mięśnie, a następnie ryzykując wszystko, wymierzył intuicyjnie, gdzie była lokalizacja ryby i skoczył w jej kierunku. Jak skoczył, to tak plusnęło! Szkwał czuł, że w pazurach ma coś śliskiego, co się wierci. Zdał sobie sprawę, że złapał nie z tej strony rybę, miał na widok właściwie jego ogon, który go policzkował. Terminator jednak ignorował uderzenie rybiego ogona, gryząc rybę w plecy. Szkwalna Łapa zauważył, że znowu miał do czynienia z sandaczem. Pamiętał, jak w wieku sześciu księżycy pierwszy raz nauczył się polować na ryby i taka sztuka go sterroryzowała. Był jednak już większy, więc ryba nie zeżre mu twarzy, tak jak zrobiła mu to poprzednio.
Zacieśnił mocniej pazury na łuskach ryby i mocniej wgryzł się w jej grzbiet, sprawiając, że większa ilość krwi zaczęła ulatniać się ze stworzenia. Sandacz jeszcze walczył, ale gdy tylko Szkwalna Łapa ją przygniótł swoim ciałem, to ryba zdechła z uduszenia. Wycieńczony kocur wyciągnął rybę z wody, po długiej szarpaninie z nią pokazując ją Mewiemu Puchowi.
– Dobra robota, wracamy – Mewi Puch powiedziało dość krótko, widać było, że już chciało spać. Nie dziwił mu się, też po szarpaninie z rybą by się wtopił w swoje legowisko, chcąc spać do popołudnia.

***

Uczeń wstał leniwie ze swojego legowiska, zwykle wstawał punktualnie ze wschodem słońca. Walka z dużą rybą jednak go wykończyła, przez co wstał później. Wyszedł z legowiska uczniów, rozglądając się za Mewim Puchem. Zwykle bywał w obozie, ale nie było go. Zauważył Siwą Czaplę, może on będzie wiedział gdzie jego mentor?
– Witaj, Siwa Czaplo, wiesz może gdzie Mewi Puch? – miał nadzieję, że może też śpi lub poszedł na patrol, a ten niepotrzebnie się martwił.
– Poszedł dawno do legowiska Mandarynkowej Gwiazdy. Chciał z nią pogadać o czymś – porozmawiać? Czy on coś nabroił lub zrobił coś złego? Przecież starał się być dość sumiennym uczniem.
– Dziękuje, Siwa Czaplo, poczekam na niego – położył się na jakiejś skale, spoglądając na drzewo liderki z niecierpliwością.

***

Zmieniał pozycję z boku na bok, pewnie dyskusja Mewiego Puchu i Mandarynkowej Gwiazdy była bardzo żywa. Zmierzył jeszcze leniwym wzrokiem norę liderki, gdy nagle wyszedł z niej Mewi Puch, idąc w jego stronę. Wyglądał na dosyć zadowolonego.
– Witaj, mój uczniu! Jak ci się spało? – fajnie, że pytał o jego samopoczucie, ale może pierwsze, co by mógł wyjaśnić, to co robił tak długo w legowisku Mandarynkowej Gwiazdy?
– A dobrze mi się nawet spało, nie było najgorzej, a o czym rozmawiałeś z przywódczynią tak długo? – “No powiedz w końcu!” krzyczał w myślach.
– Właśnie chciałem cię powiadomić o tym, że dłużej już nie będziesz musiał być uczniem. Rozmawiałom z Mandarynkową Gwiazdą o tym, że jesteś już gotowy zostać wojownikiem. Opanowałeś dużo rzeczy w krótkim czasie, co mnie zadziwia, niektórzy uczniowie jeszcze parę księżyców ciągną swoją edukację. Tylko jest kilka wyjątków, które się mianują w wieku dziesięciu księżyców, bo raczej przeciętne koty mianują się w wieku dwunastu księżyców lub trochę później, choć to już zależy od danego kota. Przeszedłeś też test, który ci dałom, a nie był łatwy. Dlatego, gdy go przeszedłeś, to wiedziałom, że jesteś już gotowy – to już nie musiał być terminatorem?! Był bardzo zaskoczony. Nie spodziewał się, że dostanie tak pozytywne wieści. Już się bał, że Mewi Puch powie mu coś w stylu, że ma szlaban. Zwłaszcza że chyba nie pamiętał, żeby przechodził jakiś test? Choć nie był pewny.
– Bardzo się cieszę z tego, ale o jaki test ci chodzi?
– Pamiętasz to specjalne zadanie, które ci dałom? To był twój test wojownika, tylko nazwałom to inaczej. Główkowałom długo co ci dać, polowanie samemu w dzień byłoby zbyt proste, więc wymyśliłom, że wezmę cię wieczorem na łowienie ryb, bo jeszcze nie robiliśmy tego w środku nocy. Chciałom sprawdzić, jak się zachowasz, gdy to, co widzisz za dnia, nagle jest dla ciebie niewidzialne. Jednak jesteś bystry i zamiast polegać tylko na wzroku, użyłeś innych zmysłów, by złapać zwierzynę. Także gratulacje, za kilka wschodów słońca twoje mianowanie! – to była ta mała niespodzianka po zrobieniu tego specjalnego zadania? To było raczej duże zaskoczenie dla niego. Zwłaszcza że za kilka dni już nie będzie terminatorem, nie będzie już musiał wykonywać tych uczniowskich obowiązków i wychodzić z obozu tylko za pośrednictwem dorosłego kota. Podszedł do Mewiego Puchu i go objął.
– Dzięki za wszystko, Mewi Puchu – czuł jakąś bliską więź między swym mentorem, był dla niego nie tylko nauczycielem, ale i też jakby drugim ojcem? Nie myślał o tym dużo, ale to mentorzy też spędzali jakiś czas ze swoimi mentorami, dawali im cząstkę siebie. Na pewno, gdy będzie już wojownikiem, będzie miał w sobie jakąś cząstkę czarnego kocura. Ono tylko się uśmiechnęło.
– Jestem z ciebie dumne, czuję się nawet prawie, jakbym miało drugiego syna, którego nigdy nie miałom – po skończonej pogawędce zajęli się swoimi obowiązkami.

20 marca 2026

Od Szkwalnej Łapy do Przypalonej Łapy

Po zgromadzeniu, noc

Niebieski fińczyk po powrocie ze zgromadzenia jak przyszedł do legowiska uczniowskiego, tak nie umiał zmrużyć oczu. Dotarło do niego, że zachował się okropnie w stosunku do swojej siostry i Przypalonej Łapy, choć chciał z siebie to wyprzeć i udawać, że to się nie wydarzyło. Gdy kolega spanikował, to mógł po prostu go uspokoić i wtedy byłoby lepiej… ale musiał wszystko zepsuć. Chociaż dlaczego jego siostra widziała w czekoladowych kotach dobro? Przecież w Klanie Nocy wszyscy prawie ich nie lubili, nie mieściło mu się zbytnio to w głowie! Chyba będzie mu łatwiej najpierw przeprosić Przypaloną Łapę niż Urodziwą Łapę. Do niej wróci później, a teraz najpierw Kasztan. Szkwalna Łapa próbował zamknąć oczy, ale jeszcze jedna myśl sprawiała, że miał ból sumienia, kiedy był zły na dwójkę kotów. Błyskawicznie potrzebował towarzystwa i chcąc przyciągnąć do siebie nowego kota, wygadał sytuacje ze znalezieniem medyczki z Klanu Klifu na ich plaży. Nie było to zbytnio honorowe i sprawiedliwe wobec jego klanu, modlił się w myślach, by Klan Gwiazdy mu wybaczył lub go oszczędził od konsekwencji. Uczeń zwinął się w ciasną kulkę i po dłuższych przemyśleniach zdążył zasnąć.

***

Nastał ranek, wszyscy się zbierali do treningów. Zauważył, jak Urodziwa Łapa odeszła z Kropiatkową Skórą, ale uniknął z nią kontaktu wzrokowego. Nie chciał na nią patrzeć od wczorajszego wschodu słońca. Było mu trudno, bardzo trudno, czuł się tak, jakby zjadł wszystkie kamienie z rzeki. Nie miał za bardzo nic do roboty dzisiaj... Może to i lepiej? Mewi Puch zrobił mu wolne z okazji tego, że szybko robił postępy. Skoro tak, to chyba musiał sobie rozplanować plan dnia. Może dzisiaj pójdzie nad morze? Lub pozwiedzać granice? Chociaż nie, miał chyba z Przypalonym się pogodzić, akurat był dzisiaj w obozie, to mógł do niego zagadać. Przypalony niósł jakiś mech... Czyżby miał czyścić legowiska? Robota mu nie ucieknie, można zawsze odłożyć na później.
– Cześć, Kasztan. Masz chwilę czasu? – przywitał się pewniej, ale już mniejszą pewność było słychać w jego pytaniu. Przypalona Łapa lekko się wystraszył, upuszczając mech. Popatrzył przez chwilę na niebieskiego.
– J-jasne, tylko muszę ten mech odnieść – bury kocur poszedł z kulą zielska do legowiska uczniów, po czym wrócił do niego. – To o co chodzi? – spytał cicho starszy uczeń, a Szkwał musiał w końcu powiedzieć to, co było dla niego trudne.
– Bo wiesz… Jeśli chodzi o wczorajsze zgromadzenie, to chciałem cię przeprosić za to, że się zezłościłem na ciebie, przez co dostałeś ataku paniki. To nie było twoją winą, tylko jakby moją, powinienem był być spokojniejszy i poprzestać na chwilę, może nie doszłoby do takiej kulminacji nieprzyjemnych emocji. Nie chciałbym, żeby to nieporozumienie nas dzieliło przez długi czas, dlatego przyszedłem cię przeprosić za to zajście – Przypalona Łapa nie wyglądał na zawistnego. Mimo wszystko miał nadzieję, że mu wybaczy. Kolega na kolegę chyba nie powinien się złościć z powodu jakiejś drobnej kłótni, nie? Może w ramach przeprosin poszliby na plażę? Mogliby pogonić mewy lub potopić się w morzu i zrobić zapasy, kto był lepszy.

[484 słowa]

[Przyznano 10%]

15 marca 2026

Od Szkwalnej Łapy

Uczeń wylegiwał się w obozie, był tak spłaszczony, że wyglądał jak szeroki, puszysty dywan. Leżenie w cieniu było tak przyjemne, gdy Pora Zielonych Liści bardziej przeszkadzała, niż współpracowała z kotami, miał już dosyć tego upału! Chciał już Porę Spadających Liści, przynajmniej już nie byłoby tak ciepło, jak jest teraz.
– Witaj Szkwalna Łapo, dzisiaj zabiorę cię na łowienie ryb. Oczywiście nie będę cię za bardzo przemęczać – co Mewi Puch chciał mu powiedzieć, niby że łatwo się męczył? Wcale nie był leniem! Wstał ze swojego wygodnego miejsca, ruszając za mentorem. Od czasu, do czasu ziewając.

***

Byli blisko tego lasu gdzie był charakterystyczny kamień, który Szkwalna Łapa omijał, gdy szedł w stronę Kolorowej Łąki. Przyglądał się wodzie, ciekawe ile tam mogło być ryb? Skoro ciągle się nimi pożywiał to pewnie sporo, choć całego stada nie zamierzał złapać, tylko jedną lub dwie ryby.
– Jeśli chcesz złapać rybę, to musisz stanąć blisko rzeki, lecz nie możesz rzucać cienia, bo ryba go zauważy i ucieknie. Gdy idealnie się ustawisz, to musisz poczekać cierpliwie, aż ryba do ciebie przypłynie, następnie szybko uderzasz ją łapą z wysuniętymi pazurami, żeby się przyczepić jej łusek, lub możesz użyć do tego pyska i złapać ją zębami. Jednak ryzyko zakrztuszenia się wodą jest wysokie. Chciałobym, żebyś złapał jedną rybę, tyle wystarczy – wojownik zbliżył się do rzeki, wyczekując na rybę. Szkwalna Łapa patrzył na niego, by potem samemu być pewnym, jak złowić. Chociaż skoro mu mentor wszystko wyjaśnił, to na co on czekał? Zbliżył się do sadzawki, przynajmniej, tak by nie zostawić cienia w wodzie, choć nie zostawiał trochę, przesunął się w lewo, ale było tego więcej. Może w prawo? Przesunął się lekko w prawo i już było lepiej, skupił się więc na patrzeniu w wodę. Nie zauważył nic od dłuższego czasu, nawet Mewi Puch już zdążył coś złapać, a on tylko miał wodę z piaskiem przed nosem! To było takie niewdzięczne, łowienie ryb chyba było dla cierpliwych kotów, choć on taki nie był. Nagle coś jednak przepłynęło, to był sandacz, dzięki temu Szkwalna łapa odzyskał cierpliwość, czekał tylko, aż ryba podpłynie bliżej, a on będzie miał robotę z głowy. Ryba tak pływała i pływała, że gdy tylko raczyła znaleźć się blisko, to Szkwał szybko wyciągnął łapę i swoimi pazurami się przyczepił do ryby, próbował ją wyciągnąć na brzeg, ale ryba miała lepszy pomysł. Ze strachu ugryzła ucznia i nie chciała puścić, Szkwalna łapa szybko oddalił się sprintem od rzeki i zaczął walić rybą w ziemię, by puściła jego pysk, ale ta ryba nie chciała go puścić! Co za zołza! Jego mentor szybko zareagował, gryząc rybę od tyłu, pociągnął mocna i Szkwalna Łapa był wolny od tej ryby.
– To była wredna sztuka, ale poradziłeś sobie z nią dobrze. Pierwszy lepszy uczeń chciałby ją strzepnąć w wodzie. Na tym poprzestaniemy – Szkwalna Łapa nabierał agresywnie powietrza, ta ryba sprawiła, że zmęczył się, jak dobrze, że Mewi Puch był przy nim.
– A czemu nie możemy złowić więcej ryb? – dwie ryby to nie było jakoś dużo, a Szkwalna Łapa czuł, że stać go na więcej niż ten przebrzydły sandacz.
– Idziesz dziś na zgromadzenie, więc chciałobym, żebyś miał więcej energii, by tam dojść i poznać na własne oczy, czym ono jest – czekaj, to było już dzisiaj? Złocisty Widlik mówił mu, że kiedyś pójdzie na zgromadzenie, ale że te kiedyś było tego wschodu słońca? Szkwalna Łapa się uśmiechnął jak mały kociak, który dostał swoją ulubioną zabawkę. Mandarynkowa Gwiazda zabierze go na zgromadzenie! Może zrobił na niej dobre wrażenie? Na pewno nie chciał go zepsuć.
– Czyli Mandarynkowa Gwiazda naprawdę mnie zauważyła? – chciał się upewnić, że to nie jest jakiś piękny sen, w którym łowi rybki i po tym idzie na zgromadzenie.
– Owszem, ale teraz chodźmy do domu. Teraz będziesz miał czas wolny do odpoczynku, by być pełni sił na zgromadzeniu – dwa kocury szły do domu, uczeń teraz tylko marzył, żeby szybko nadeszła noc.

***

Zgromadzenie

Szkwalna Łapa szedł za przywódczynią, trzymał się bardziej boku Mewiego Puchu. Rozglądał się lekko, stresując. Dużo jego rówieśników z klanu poszło na zgromadzenie, w tym jego rodzeństwo. Nie mógł się doczekać, aż przekroczą próg bursztynowej wyspy. Byli tak blisko, że wystarczyło tylko przejść morze, w którym woda się cofnęła za sprawą pełni. Czuł się dziwnie, idąc w stronę wyspy, tam, gdzie była wcześniej woda nie było jej. Tak mieszały mu się emocje, że będąc już blisko Bursztynowej Wyspy, przez chwilę jakby przestał myśleć, nie mógł się po prostu doczekać, aż tam wejdzie.
– Skoro jesteśmy już blisko, to leć do swoich rówieśników i baw się dobrze! Tylko musisz pamiętać, że gdy przywódcy przemawiają, to nie możesz być zbyt głośno by ogłuszyć ich słowa – uczeń kiwnął głową, wysuwając się bardziej do przodu. Dzięki temu już postawił łapy na wyspie zgromadzeń, jak i koty, które szły pierwsze blisko przywódczyni. Było tu dużo kotów, wiedział od Złocistego Widlika, że wszystkie klany się zbierają na nim. Nie spodziewał się on tłumów, naprawdę było dużo kotów do poznania, o ile pozna tyle. Spojrzał, że Przypalona Łapa szedł u boku jego siostry, zwłaszcza jak Urodziwa Łapa się odezwała do niego, "Ale fajnie nie? Pierwsze zgromadzenie! I to w tak doborowym towarzystwie!", doborowym towarzystwie? Ciekawie to brzmiało, bardzo ciekawie, jakby koty miało coś łączyć więcej, nie mówiąc tego, że Szafirka szturchnęła burego ogonem. Postanowił się wcisnąć do ich randki, bo sądził, że oni coś kręcą.
– Zgodziłbym się z tobą, siostro! Jest tu tak różnorodnie, mam nadzieję, tylko że nie spotkamy kotów z Klanu Burzy, bo to stan umysłu. Sam się przekonałem, jak jeden z ich kotów prawie mi się rzucił do gardła! – mówił tu oczywiście o tej wstrętnej Burzaczce, co spotkał na granicy. Szkwalna Łapa nie chciał jej ponownie spotkać, bo bał się, że mogą się pokłócić, a nie chciał źle wypaść na swoim pierwszym zgromadzeniu.
– M–myślisz, że zaatakowaliby i nas? W końcu jesteśmy młodzi, nie wiem, czy nie będzie ich więcej... – Przypalona Łapa, zająknął się, przebierając nerwowo łapami.
– Gdyby nie było zgromadzenia, to jestem pewny, że z własnej głupoty się by nie zawahali. Mamy szczęście, że przodkowie nad nami czuwają, w końcu to my jesteśmy najbliżej gwiazd – odpowiedział mu, brzmiał, jakby się bał hordy Burzaków. To było śmieszne, z jego punktu widzenia, nie było warto ich brać na poważnie. To była tylko horda bezmózgów, która zazdrościła im, bo oni go mieli, a oni nie.
– Och spokojnie, Kasztanku, Szkwałku, na zgromadzeniu nie powinno być walk, bo to czas pokoju. Czas, który wyznaczył nam sam Klan Gwiazdy, byśmy choć na jedną noc zapomnieli o różnicach, których w ogóle nie powinno być. Przecież my wszyscy jesteśmy tacy sami. Każdy kot ma serce i duszę. Dlatego spokojnie – wymruczała ciepło jego siostra. Chociaż Urodziwa Łapa ich uspokajała, że nie było obaw do stresu, to była to prawda, bo zgromadzenie z definicji rzeczywiście było pokojowe. Ale żeby wszyscy mieli od razu serce i dusze? Rozbawiło go to.
– Nie zgodziłbym się tylko z jednym, Urodziwa Łapo, a właściwie, z tym że nie każdy ma duszę i serce oraz nie wszyscy jesteśmy tacy sami. Takim przykładem są czeko koty, one ogólnie nie mają tego wszystkiego, wredne pasożyty. Jak dobrze, że nie wypuszczamy naszych na zgromadzenia, jedynie co by nam przynosili to wstyd i hańbę. Na zgromadzenia powinny chodzić takie koty jak my! Jesteśmy bardzo przykładnym dowodem, jak można reprezentować swój klan. Jak dobrze, że istnieją zgromadzenia, już je lubię, można się tu rozkręcić towarzysko, nie sądzicie? – niestety musiał powiedzieć swojej siostrze niewygodną prawdę. Bo jeszcze zaczęłaby gadać gorsze bzdury. Choćby że czeko koty mają prawa o decydowaniu o sobie! To by było coś, co by go zmroziło, przecież tylko Mandarynkowa Gwiazda mogła decydować, kto ma prawa, a kto nie. Skoro koty o czekoladowej maści nie miały przywilejów, to pewnie im się należało.
– Myślisz, że takie koty są też w innych klanach? – zamruczał Kasztan. Usłyszawszy dalszą część jego wypowiedzi, nie zwlekał z odpowiedzią. – Nie wiem... jak chcesz się rozkręcić towarzysko? Planujesz z kimś porozmawiać, spoza Klanu Nocy?
– Oczywiście, że są! Rozsiały się jak plaga, a nawet zaskarbiły sobie wysokie miejsca w hierarchii. Dobrze, że mamy mało takich kotów, bowiem tym im mniej, tym więcej szczęścia jest w klanie – było przecież u nich tylko dwa czekoladowe koty i dało się jakoś żyć w Klanie Nocy. Nie było źle, a nawet można powiedzieć, że było owocnie! Przecież dużo kotów żyło w Klanie Nocy w spokoju i dobrobycie. Królewska rodzina, stojąc na straży porządku, sprawiała, że tak było. Szybko odpowiedział na następne pytanie kolegi. – Mam na myśli, że jak nam się znudzi, to możemy podbić do jakiegoś ucznia z innego klanu. – Zwłaszcza że chciał mieć jakieś bliższe kontakty z innymi paroma kotami z innego klanu. Przecież tu było ich tak dużo, że aż było żal nie podejść do kogoś z okolicy. Jednak długo jego siostra nie dołączała do rozmowy, tylko dlaczego? Jedynie co robiła, to mierzyła go wzrokiem, czy on coś źle powiedział?
– Nieprawda! Jesteś okrutny w swojej wypowiedzi. Czekoladowe koty też mają uczucia! Też mają duszę. Mają prawo, by żyć. Wierzysz w jakieś historyjki, które opowiadał nam ojciec? Wierzysz w to na jakiej podstawie? Może to nie czekoladowe koty są złe, a ci, którzy je tak perfidnie obrażają i wyrzucają poza struktury klanu. Czy naprawdę jesteś tak ślepy? Zawiodłam się na tobie – warknęła na niego, przenosząc wzrok na Przypaloną Łapę. – Na pewno są i podejrzewam, że są lepiej traktowani – kotka odparła chłodno i lekko wysunęła się naprzód. Szkwalna Łapa nie tolerował tego i przybliżył się do niej, nie zamierzał, tak łatwo kończyć tej dyskusji.
– Co masz na myśli? Sądzisz, że nasz ojciec kłamie?! To posłuchaj mnie uważnie, nie tylko nasz ojciec tak myśli, też tak sądzi większość naszego klanu wraz z królewską rodziną. Nawet medyczka potwierdza, że one przynoszą pecha. Powiem ci, że takie zdanie o czeko kotach nie powstało w wczoraj! To historia przekazana z pokolenia na pokolenie! Więc skoro się to ciągnie długo, to jest to prawdą, bo widzisz, gdyby to było kłamstwem, to by już dawno to obalono – to było prawdą, bo skoro czekoladowe koty były takie skrzywdzone to, czemu niby nikt tego nie obalił? To przecież dało się prosto wyjaśnić, było to po prostu prawdą, dlatego nikt nie miał argumentów, by powiedzieć inaczej.
– N–nie sądzę, żeby to było prawdą. Przecież to nie ma sensu... – bury uczeń mruknął cicho, ale Szkwał to usłyszał, krzywiąc się. Gdy tylko sądził, że przemówi siostrze do rozumu, to chyba nie sądził, że nawet Kasztanek będzie sprzeciwiał się porządkowi w Klanie Nocy.
– Bardzo śmieszne, oczywiście, że ma to sens! A wasze jakieś teorie spiskowe tego nie przyćmią – burknął, dlaczego tak bronili te koty? Nie rozumiał tego, przecież były złe, a ich sam kolor przesiąkał nienawiścią do innych. Nagle zjeżył się, gdy Kasztan zaczął krzyczeć, "Przestań! Szkwalna Łapo, przestań, niedobrze mi" co go pogięło na jasnego grzyba?! Nawet go nie tknął, a ten się wydzierał po niebo głosy, nie brakowało jeszcze jego siostry i jej śmiesznych foch. Jeszcze zaś obrażała, ich ojca mówiąc dodatkowo, żeby już się do niej nie zbliżał. Co jej zrobił takiego?! Przecież tylko wyraził własne zdanie, to oni odwalali kaszane.
– Dlaczego tylko nasz klan jest taki cięty na te czekoladowe koty?! Bo jakaś stara historyjka była przekazywana z pokolenia na pokolenie? Nasz ojciec słyszał ją od kogoś. To są powielane bzdury i nic więcej – warknęła Szafirek cicho w odpowiedzi. – Przypalona Łapo! Co się dzieje? – miauknęła przestraszona kotka i podbiegła do Kasztanka. – A ty? Nie zbliżaj się do mnie Szkwalna Łapo. Nie chcę rozmawiać z tobą w tej chwili – odparła chłodno, kładąc po sobie uszy. Po czym uczennica skupiła się całkiem na Przypalonej Łapie. Zaczęła go czule lizać, by go uspokoić. – Już cichutko, Kasztanku. Spokojnie, jestem tutaj... – mruknęła do kocura. Skoro tak bardzo nie chciała się z nim zadawać, to nie będzie się błaźnił przed nią, gdy było zgromadzenie.
– Świetnie, to se nie chciej! Nie potrzebuję waszego zwariowanego towarzystwa. Chce mi się rzygać, jak słyszę ten ściek słów, który uznajesz za prawdę, idę sobie! – syknął głośno, odchodząc od kotów z wysuniętymi pazurami. Nie chciał już z nimi dzisiaj rozmawiać, czy kiedykolwiek. Sam na pewno znajdzie kogoś innego do rozmowy niż ich. Nawet gdyby cokolwiek mówili, to kocur już był na tyle daleko, że miał ich gdzieś. Nic nie zrobił im, a potraktowali go jak potwora, a wcale nim nie był, tylko czekoladowe koty. Tak! To one były złe nie on, miał rację, a oni nie chcieli mu jej przyznać.

***

Przecisnął się przez tłum, szukając innych uczniów. Nie będzie się przejmować jego siostrą i jej chłoptasiem. Nie odezwie się do nich, nawet jak wróci do obozu, przecież ma rację to po co ma się uniżać przed nimi? Zobaczył w tłumie niebieską dymną kotkę, chyba była uczennicą, bo wyglądała młodo. Postanowił do niej zagadać.
– Witaj! Jestem Szkwalna Łapa, a ty? Z Klanu Nocy jestem, powiem tyle że mam niezwykłe szczęście, że na pierwszym zgromadzeniu natrafiłem na ciebie. Rzadko bowiem można znaleźć z wyglądu okazałe kotki – niebieski kocur puścił jej oczko, nawet ładna była, a mały flirt nie zaszkodzi.
– Ew – wykrzyknęła kotka, czy on był brzydki lub śmierdział? Przecież świeżo się mył i pachniał kwiatami. Powąchał się, by się upewnić, rzeczywiście nie śmierdział. – Przepraszam! Nie ty, glon – wskazała łapą na zielonkawe, śliskie, papkowate coś, na które nadepnęła. – Przepraszam, co mówiłeś? Jestem Równonocna Łapa – przedstawiła się kotka.
Czy ona była głucha, czy coś? Nie lubił się powtarzać i to bardzo.
– No to jestem Szkwalna Łapa, z Klanu nocy jestem. Chcesz się zapoznać? Kontakty międzyklanowe zwykle są ciekawe – uśmiechnął się jak macho.
Ona go jednak zmierzyła z początku chłodnym wzrokiem, aż się zaniepokoił, zanim uśmiechnęła się cieplej.
– Jasne, miło mi cię poznaćm, sąsiedzie – ta kotka wydawała się fajna, ciekawe, z jakiego klanu była?
– Ja jestem z Klanu Burzy – zaakcentowała, kotka, przykładając łapę do piersi. – Chcesz się zaprzyjaźnić? – wypaliła od razu, bez żadnych oporów.
Dymna była bardzo przyjazna i majestatyczna, podobało mu się to. Nawet zignorował fakt, że jest z Klanu Burzy. Może ta czarna świruska była tylko taka wredna?
– Chętnie! Będę zaszczycony się z tobą przyjaźnić – osłodził, bo w słodzeniu był dobry, zwłaszcza dla pięknych kotek. Czuł, że humor mu wrócił, nawet już nie myślał o Urodziwej Łapie i Przypalonej Łapie.
– U nas w Klanie Nocy nic się nie działo, choć ci zdradzę tajemnicę – przybliżył się bliżej jej ucha, szepcząc. – Ostatnio, jeden z naszych patroli na plaży znalazł jakieś mogiły, które były już martwe, moczone połowicznie przez fale, ponoć były od kotki z Klanu Klifu. Choć nie jestem pewien... – były chyba, choć pewny nie był, bo nie był na miejscu. Przybliżył się do jej ucha, mówiąc. – Trochę dziwne to. Rzadko się spotyka takie przypadki... – miał nadzieję, że nikt tego nie słyszał, chciał tylko jakieś fajne ploty przyciągnąć, by przyciągnąć znajomą do siebie. Powiedział jej to bo chciał wydawać się ciekawszy, bo w sumie był, ale musiał lepiej to pokazać.
– Wspaniale! Ja również jestem zaszczycona, w końcu ile można przebywać ciągle z tymi samymi kotami – to było dla niego wyróżnienie, cieszył się, że nawet koty spoza klanu też uważają go za godnego zainteresowania. – Mogiła... a to nie taki grób? – Burzaczka potem przyłożyła łapę do pyska w szoku. – Ale nie mów... myślisz, że ktoś kogoś zabił z nienawiści? Albo zepchnął z klifu do wody w akcie zemsty? Agh! – sapnęła, zanim się nachyliła z szeroko otwartymi oczyma. – Albo ktoś sam skoczył?
W sumie przypomniał sobie, że użył złego słowa. Mogiłą opisywało się zbiorowy grób, a nie o to mu chodziło.
– A sorki. Chodziło mi po prostu o zwłoki – słuchał dalej koleżanki, a jej teorie były bardzo ciekawe. – Wiesz, była ich medyczką... Wszystko możliwe, zwłaszcza że ponoć była ślepa. Biedna... – mówił to wszystko ciszej by mieć pewność, że na pewno nikt ich nie słyszy. Obrócił się nawet kilka razy i nie zauważył podejrzanego kota, który mógłby donieść.
– Też była ślepa? I miała pozycję medyka? Jakim cudem – w jej głosie można by było słyszeć zdziwienie, w sumie on też był tym zdziwiony, bo jakby, ślepy medyk? Niby na co klanowi ślepy medyk? Chyba że miała jakieś nadprzyrodzone moce czy coś. – Ale po co mieliby pozbywać się medyczki... może to jakaś szemrana sprawa z Klanem Gwiazdy? Albo... – tu wyciągnęła szyję, stając na dwóch tylnych łapach, chciała coś zobaczyć czy co? Obrócił się, ale nic ciekawego nie widział i obrócił się do niej. – Nie... mają tylko jednego medyka, co, jeśli ten też umrze?
Odwrócił się na moment znowu, bo coś usłyszał, tym razem to była bitka. Widząc, że to był uczeń z jego klanu, Narcyzowa Łapa, więc postanowił podsycić sytuację.
– Dalej Narcyz, pokaż mu! – krzyknął w stronę Narcyza, potem znowu wrócił do kotki z Klanu Burzy.
Kiwnął tylko głową na jej pierwsze zdanie, bo nie dosłyszał go, a na następne odparł.
– Albo może to spisek? Jeśli tak to nie chcę, by więcej medyków już umierało. Wystarczy już, że ją pochowaliśmy, ale sam nie wiem gdzie jej ciało... Choć to chyba głupie, bo trzeba było je oddać, ale to już nie moja sprawa – szepnął cicho w jej stronę.
– Pfft, popatrz, jak komicznie wyglądają... zaraz będą cali w glonach, paskudztwo – Równonocna Łapa skomentowała walkę dwóch kocurów. – Co...? Ale to, oddaliście ją, czy pochowaliście? Po co w ogóle oddawać czyjeś zwłoki, przecież już nie żyją? Na nic im martwa medyczka, chyba... o nie, myślisz... chyba że wykorzystują martwe ciało medyczki do jakiegoś rytuału… – em… chociaż to było dobre pytanie, po co mieli oddawać te zwłoki? Jak Klifiacy by je chcieli, to niech se wezmą.
– Dziwnie by było robić na takim czymś rytuał i czy ogólnie to jest zgodne z kodeksem? No tyle powiem, zwłok nie oddaliśmy niestety... Ale zmieniając temat to jak tam u was w Klanie Burzy? – chciał zmienić temat, bo czuł się bardziej niebezpiecznie. Gdy jednak zmieni temat, będzie spokojniejszy, bo gdy ktoś go zapyta, o czym gadają, to powie, że o Klanie Burzy.
– A kto ich tam wie? Może mają gdzieś kodeks, przecież nie żyjesz pod ich posłaniem – zauważyła kotka, a potem z niezadowoleniem poruszyła wąsami, trochę rozczarowana. – W sensie, że jak chowamy zmarłych? No normalnie, pod ziemią. Czasem pewnie jakiś popłynął z nurtem do was, jestem ciekawa, czy widzieliście już wiele przepływających trupów przez wasze tereny. Musiałoby być ciekawie.
Czuł, że za bardzo poszli temat trupów, ciekawe czemu? Możliwe, że to była jego wina, ale kocur nie chciał się do tego przyznawać.
– Niestety nie i oby tak zostało. Widok martwych kotów może też być dobijający i frustrujący, jakbym miał widzieć martwe koty codziennie. A co do mojego pytania to pytałem, bardziej czy też może u was była jakaś intryga? Wierzę, że coś musiało u was się stać, o czym wrzosowiska nie szepczą, a wiatr nie unosi do sąsiednich klanów – kotka miała już otworzyć pysk, ale przywódcy już skończyli zgromadzenie, a nawet nie poczuł, że to szybko minęło.
– Powiedziałabym, co u nas, ale widzisz, muszę już iść – on też w sumie musiał iść, ale nie chciał kończyć na tej jednej rozmowie ich znajomości.
– Może kiedyś się spotkamy przy granicy? Jesteśmy sąsiadami co nie? Co ty na to? – zbombardował pytaniami kotkę. Równonoc tylko spojrzała ostatni raz na niego swymi błyszczącymi brązowymi oczyma.
– Oczywiście! Miło mi było z tobą rozmawiać, to do następnego razu – zniknęła już w tłumie swojego klanu, a Szkwalna Łapa też poszedł za swoimi.

[Umiejętność – łowienie ryb]

[3138 słów]

[Przyznano 63% + 5%]

13 marca 2026

Od Szkwalnej Łapy do Zwiewnego Maku

Usłyszał od Mewiego Puchu, że dziś pójdą do Kolorowej Łąki zobaczyć granicę z Klanem Burzy i Klanem Klifu, a przy okazji nauczą się wspinać po drzewach. Podróż miała trochę zająć, więc możliwe, że będą mieli kilka postojów. Było popołudnie, sądził, że wyruszą rano, ale Mewi Puch wolał tę porę, więc nie było co dyskutować. Podczas gdy był w obozie, to nie został bez jakichś zajęć, musiał od rana wymieniać posłania w legowisku uczniów i je czyścić, zajęło mu to dosyć sporo czasu. Musiał wymienić jedenastu uczniom posłania po kolei i osobno czyścić, czy część z nich mogłaby się już mianować? Kto normalny w wieku 20 księżyców jeszcze siedzi w legowisku uczniów? Konwaliowa Mielizna ma tyle prawie, a jest już wojownikiem. Gdyby inni też by już się bardziej postarali, miałby mniej sprzątania. Na szczęście jednak już skończył na ostatnim posłaniu, czyli swoim, więc mógł tylko się zameldować do Mewiego Puchu.

***

Szkwalna Łapa podszedł do Mewiego Puchu, który wylegiwał się akurat przy stosie ze zwierzyną. Zrobił to na tyle blisko, że jego cień zasłaniał brzuch mentora.
– To pójdziemy teraz na granice? Już posprzątałem legowisko uczniów, jak mi kazałeś – czarny dymno-biały kocur spojrzał na niego z przymrużonymi oczami.
– Co do mnie mówiłeś, Szkwalna Łapo? – wojownik zapytał. Czy on był głuchy, czy coś? Przecież nie powiedział tego pytania cicho, a nie lubił się powtarzać.
– Obiecałeś, że gdy posprzątam legowiska uczniów, to pójdziemy na granice! – już głośniej mu przypomniał, co wcześniej chciał mu przekazać. Miał nadzieję, że jego mentor nie zapomniał o tym, że mieli dzisiaj iść. Inaczej by czuł się źle, że Mewi Puch jako kot bliski z rodem królewskim nie chce mu poświęcić czasu. Choć gdyby tak było, to może dlatego, że na pierwszym treningu zbabrał pływanie?
– A, no tak! Mam krótką pamięć, ale nie martw się, zabiorę cię nawet teraz – wojownik wstał i poszedł do wyjścia, a Szkwalna Łapa w podskokach pognał za swym mentorem, bardzo się cieszył, że wyjdzie z obozu.

***

Przepłynięcie z wysepki na wysepkę już nie było trudniejsze niż poprzednio. Dzięki temu, że regularnie pływał, to potrafił pokonać każde dystanse, po te krótsze, jak i dłuższe. Szkwalna Łapa był pewny, że skoro pływanie mu dobrze poszło, to wspinaczka też mu pójdzie bez większych problemów. Mewi Puch już stał na brzegu, czekając tylko na niego, Szkwał szybko przepłynął dłuższy dystans, dołączając do mentora. Gdy byli w komplecie, poszli w stronę lasu.

***

Weszli w głąb boru, Szkwalna Łapa nigdy nie widział tyle drzew w jednym miejscu. Sądził, że rosną pojedynczo, jak to drzewo w ich obozie, w którym Mandarynkowa Gwiazda miała swoje legowisko. Czuł się tak ciasno w otoczeniu lasu, był przyzwyczajony do gołej przestrzeni bez drzew składającej się z wysp wokół obozu. Zastanawiał się tylko teraz na które drzewo się wspiąć? Wszystkie wydawały się dosyć wysokie, zbyt wysokie...
– Możemy się tu na chwilę zatrzymać. Tymczasem spróbuję cię nauczyć wspinaczki na tym drzewie – Mewi Puch pokazał mu gruby dąb. – Zrobimy tak, że może wespniesz się na najbliższą gałąź, wystarczy, że będziesz używać pazurów, by nie spaść. Będę patrzało – wojownik usiadł sobie, a Szkwalna Łapa zastanawiał się, jak ugryźć temat. Drzewo było dość szerokie, więc chyba nie mogło być źle. Niebiesko-biały kocur chwycił za drzewo i zaczął się powoli wspinać. Niby wszystko szło gładko, ale uczucie kory, która dotykała jego poduszek, była dziwna, taka łaskocząca lekko, a niby taka nieprzyjemna, przez to kocurowi średnio podobało się. Czuł lekki dyskomfort, ale nadal się wspinał. Był tak w połowie drogi na tą gałąź, spojrzał w dół na swego mentora czy patrzy i się przeraził. Nie wyobrażał sobie, że tak wyglądało bycie wysoko nad powierzchnią ziemi. Teraz zupełnie nie chciał się wspinać dalej, bał się, że spadnie, dodatkowo wizja, że będzie wyżej, bardziej go przerażała, niż cieszyła. Musiał coś wymyślić, żeby się wymigać. Nie był w stanie wspiąć się na tą najwyższą gałąź. Chociaż patrząc na mentora, zauważył, że... ganiał motyle? Na serio? On chyba miał nawet więcej księżycy, niż jego ojciec, a zajmował się motylami? Szkwalna Łapa chciał się śmiać, ale przypomniał sobie, że gdyby się zaśmiał, to by spadł, więc się powstrzymał. Grupa motyli, którą ganiał wojownik, akurat się rozdzieliła, choć jeden siedział na korze jednego z drzew, a czarny dymny kocur nie odrywał od niej wzroku. Wtedy terminator wpadł na sprytny pomysł.
– Mewi Puchu, pomożesz mi? Akurat wspiąłem się na gałąź i chciałem zejść, ale jestem w połowie i już mi się kręci w głowie! – wcale nie schodził na dół po wspinaczce z gałęzi, nawet jej nie dotknął, ale Mewi Puch nie patrzył, więc skąd miał to wiedzieć? Dzięki temu Szkwalna Łapa mógł się wymignąć już od niepotrzebnej wspinaczki. Mentor na chwilę oderwał uwagę od motyla, słuchając swego ucznia.
– Jasne, już ci pomogom – Mewa szybko podszedł do drzewa, łapiąc Szkwała, następnie już niebieski kocur był na ziemi.
– Dziękuję, Mewi Puchu, to teraz możemy iść dalej? – skoro się w teorii wspiął, to chyba mogli sobie odpuścić, co nie? Granice brzmiały już ciekawiej niż kolejna wspinaczka na drzewo. Może nawet by spotkał jakiegoś Klifiaka lub Burzaka?
– Wspiąłeś się na gałąź, więc możemy uznać, że masz już zaliczoną wspinaczkę. Możemy zatem ruszyć dalej – odparł jego mentor, po czym zaczęli iść przez las. Minęli przy okazji jakiś charakterystyczny kamień dla tego miejsca. Im dalej szedł z mentorem, tym bardziej widział, że przebija się duża ilość światła przez drzewa. To znaczyło, że powoli wychodzili z tego lasu.

***

Byli na terenach, które się różniły od lasów i wysepek otoczonych wodą, tym razem widział nagi teren. Było tu doskonale widać z daleka piaszczyste plaże z morzem. Idąc z Mewim Puchem, zauważył oprócz tego obszar, który składał się z wielu kolorowych kwiatów.
– To ta Kolorowa Łąka, gdzie są blisko granice Klanu Klifu i Klanu Burzy? – spytał Szkwalna Łapa.
– Tak, to tutaj, przejdziemy przez nią, by obejrzeć granicę, a następnie wrócimy do obozu – kocury weszły w kwiatowisko, kwiaty wyglądały lepiej z bliska niż z daleka. Było tu dużo maków, stokrotek, mleczy i innych wszelakich kwiatów, Szkwała jednak zainteresowały żółte intensywne kwiaty, nie wiedział co to za rodzaj, ale zrobił postój i urwał trzy kwiaty i dał je za lewe ucho. Podobały mu się, pasowały do jego pięknego długiego niebieskiego futra. Czuł się tak męski, kwiaty w jego futrze nie przyciemniły jego bycia samcem. Tak się dumając, zauważył, że zgubił Mewi Puch. Rozejrzał się, po czym zauważył, że wśród kwiatów wystaje czarny kot, to był jego mentor. Podbiegł do niego, by się nie zgubić. Z kwiecistej łąki zbliżyli się już do plaży. Uczeń czuł jakby promienie słońca miały go spiec na wiór, jego długie futro też nie pomagało mu w schłodzeniu się. Chciał tak bardzo wejść do tego morza, tak się dusił przez tę duchotę w powietrzu, akurat widział jakieś wielkie głazy, na których mógł odpocząć, ale Mewi Puch zagrodził mu drogę.
– Nie możemy już iść dalej, jesteśmy przy granicy z Klanem Klifu i Klanem Burzy. Różnica jest taka, że tam, gdzie są przy brzegu większe kamienie i dostęp do morza, to tam jest granica Klanu Klifu, natomiast dłuższy odcinek z samym piaskiem to już granica z Klanem Burzy – ta różnica, można powiedzieć, była diametralna, Klan Klifu miał mały skrawek granicy, a tymczasem Klan Burzy miał długą granicę z nimi, ale nie miał dostępu do morza. Skoro już wiedział, czym się to różni, to chciał być już w wodzie!
– Mewi Puchu, skoro już znam różnicę między granicami dwóch klanów, to czy mogę iść do wody? Jest mi ciepło! – Wody! WODY! On już nie mógł znieść tej tułaczki bez kąpieli.
– Oczywiście, możesz nawet tu przez chwilę być, a ja coś dla nas upoluje, bo trochę mi to zajmie – nie dość, że będzie pływał w morzu, to jeszcze dostanie darmową wyżerkę! Nie mogło już być lepiej. Wszedł do morza, a Mewi Puch zniknął, idąc w stronę Kolorowej Łąki. Szkwalna Łapa, będąc w słonej wodzie, poczuł się lepiej, była ona dosyć ciepła, ale chodząca, był tak blisko granicy z Klanem Klifu, zastanawiał się, czy jak zostanie wojownikiem, to będzie tu przychodził częściej. Było tu tak spokojnie i przyjemnie.
Od kiedy nie było Mewiego Puchu, cieszył się, że może się sam nacieszyć tym morzem, tylko ciekawe czy kogoś nie spotka przy granicy. Fajnie by było, bo chciał poznać jakichś uczniów z Klanu Klifu, wtedy mogliby wspólnie spotykać się i spędzać wspaniale czas, poza treningami. Na chwilę otrzepał się z wody i podszedł bliżej granicy, by się przyjrzeć terenom Klanu Klifu. Niestety nikt nie przyszedł, tak jak chciał, była tylko pusta i głucha cisza. Szkoda, że zapowiadało się na to, że nikogo nie spotka. Przynajmniej tak to wyglądało. Poszedł więc na granicę z Klanem Burzy popatrzeć z daleka na te dziwnie długie kamienie, które mieli na swoich terenach ci Burzacy. Słyszał, że Burzacy to stan umysłu, ciekawe czy to była prawda?
Nagle zauważył o dwie długości lisa od granicy czarną kotkę, która polowała na królika, była to chyba Burzaczka. Zobaczył, że jej oczy zwęziły się w szparki, gdy go ujrzała, więc podeszła do granicy Klanu Nocy z Klanem Burzy.
– Czego szukasz tak blisko terytorium Klanu Burzy? – zapytała kotka, podchodząc bliżej ucznia. Szkwalna Łapa nie rozumiał oburzenia tej wojowniczki, niby po co?
– Poznaje granicę z moim mentorem, ale akurat go aktualnie nie ma przy mnie, bo poszedł gdzieś – podał fakty, najwyżej jak kotka będzie chciała się na niego rzucić, to on jej odda, bo jakby po co się uczy na wojownika? By wymiękać? Już jej pokaże.
– No dobra... ale jeśli nie znikniesz stąd niedługo, to spodziewaj się... już sam wiesz czego. Miłego dnia... chyba – czarna kotka po tym wzięła królika, po czym sobie poszła. Em... Okej? To było dosyć dziwne, bardzo dziwne, nie spodziewał się tego.
– To na razie, cokolwiek miało to znaczyć – odszedł od granicy z Klanu Burzy, ci Burzacy naprawdę mają nie po kolei w łbach. Jak dobrze, że już sobie poszła, zadziałała mu tylko niepotrzebnie na nerwy. Ponownie wszedł do morza popływać, starając się zapomnieć o tej dziwaczce.

***

Mewi Puch przyszedł z dwoma myszami, Szkwalna Łapa, widząc go, podpłynął do niego. Następnie usiedli w piasku, dzieląc się zwierzyną.
– Spotkałem dziwną wojowniczkę na granicy – opowiedział Szkwał, prawie kończąc mysz. Mewi Puch wziął tylko kilka gryzów.
– Czemu dziwną? – wojownik był ciekawy, wydawało się, że się przejął tym, co powiedział niebieski kocur.
– Była cała czarna z białą plamą na klatce piersiowej i miała biel na łapach, dodatkowo miała niebieskie oczy. Groziła mi, że jak się nie wyniosę, to mam się czegoś spodziewać. Nie powiedziała nawet czego, to było naprawdę nietypowe zachowanie – aż przypominał sobie, jak na niego warczała, na zgniłą rybę! Dobrze, że nie była ruda, bo by go zapewne rozszarpała.
– To okropne… Dobrze, że dała ci spokój. To teraz skoro już zjedliśmy, możemy wrócić do obozu – czarny wojownik wstał, po czym dał znać ogonem, że powinni iść. Szkwalna Łapa tylko obrócił się w stronę granicy z Klanem Burzy i poszedł w stronę obozu.

<Burzaczko?>

[Umiejętność – Wspinaczka po drzewach]

[1776 Słów]

[Przyznano 36% +5%]