Był już wojownikiem, a reszta jego przyjaciół uczniami, korzystając więc ze swoich przywilejów, poszedł na samotny patrol wzdłuż dolnych terenów Klanu Nocy. Planował on iść do Opuszczonego Cmentarzyska, by zobaczyć na własne oczy trupy dwunożnych i ich kości, ciekawe co musiało ukrywać w środku takie monstrum, skoro chodziło na dwóch łapach? Chociaż nie chciało mu się jednak aż tak grzebać w zwłokach, wolał po prostu popatrzeć na to miejsce by je znać orientacyjnie, w końcu to też była jakaś część terenów Klanu Nocy i byłby to wstyd nie znać całego terenu. Aktualnie zmagał się ze Zrujnowanym Mostem, gdzie wszędzie drobinki drzew były porozrzucane, skakanie z jednego na drugiego było dość trudne, nie mówiąc, że niektóre części miały spiczaste krawędzie, na których nadzianie się nie byłoby przyjemnym doświadczeniem. Czemu skakał w sumie jak głupek po tym? Tylko się męczył, dodatkowo nie było dla niego wygodne dotykanie drewna, sama ta czynność przyprawiało go o dyskomfort. Wskoczył do wody, płynąc w stronę cmentarzyska, by przyjrzeć się terenom, które były bardziej zalesione i mniej piaszczyste.
***
Będąc w głębi lasu, słyszał za sobą szum rzeki, którą już przepłynął, ten szum, Szumek. Tylko co ma związanego z tym Szumek? W sumie to lubił go jako kolegę, a za niecały jeden księżyc miał być uczniem. Zastanawiał się, czy też samemu go nie wyprostować, mógłby go nauczyć wiele rzeczy, które sam poznał podczas treningu, łowienia ryb, walki i wiele innych rzeczy! Był dosyć młody, ale czuł, że dla Klanu Nocy mógłby to zrobić! Zwłaszcza obawiając się, że ktoś nieodpowiedni mógłby go szkolić i powiedzieć mu choćby, że czekoladowe koty nie są złe, co jest kłamstwem. Dlatego jako przykładny wojownik nie mógłby sobie na to pozwolić, tylko czym Mandarynkowa Gwiazda dałaby mu ucznia? Skoro średnio przepadała za Mewim Puchem? Wątpił w to.
***
W końcu! Zobaczył na własne oczy Opuszczone Cmentarzysko, które… Nie zrobiło na nim wrażenia, były to tylko płaskie kamienie ustawione pionowo z dziwnymi szlaczkami, których kocur nie rozumiał. Był tym zawiedziony, już Kolorowa Łąka była ciekawszym miejscem niż te, hieroglify dwunożnych. Jak dobrze, że chociaż rzeka była blisko, to mógłby coś złapać i zjeść, a potem ponownie coś złapać i wrócić z tym do obozu. Przecież też potrzebował sił, by wrócić do domu, a jak zje małą rybkę, a większą da innym, to wtedy nie będzie to grzechem. Spokojnym spacerkiem tupał w stronę rzeki, mijając kilka drzew, teren nie był zbyt zarośnięty nimi, więc było więcej widać, akurat też w okolicy była jedyna brzoza, jaką widział. Drzewo z białą korą rzucało się łatwo w oczy. Patrzył przez chwilę, na to nieregularne drzewo zastanawiając się niby, czemu jako jedyne ma biały pień i co sprawia, że jest taki biały, choć widział, że z daleka miało jakieś czekoladowe plamy, które nawet się ruszały. Chociaż… przecież plamy się nie ruszają na drzewie, dodatkowo z tego, co wiedział, to brzoza nie miała czekoladowych plam, to co on niby tam widzi, co mu wzrok robi za figle? Podszedł bliżej i wytężyłwzrok, by zauważyć przy drzewie, jak jakiś czekoladowy kot zbierał zioła, ukrył się szybko w krzaku, aż zaczęło się w nim gotować. Co on niby robił na Klan Gwiazdy tutaj?! To nie jego teren, oczywiście, żeby nie było tego mało, zza ogona kocura wyłoniła się ryba, wstrętny czekokot.
„Już dam taki wycisk temu błotnistemu ścierwu, że będzie własną matkę wołać!” Klnął w myślach, tego kota. Bez żadnego planu wojownik wylazł z krzaków i szybko podbiegł do czekoladowego, oczywiście ten nie zareagował zbyt szybko, więc Szkwał trzasnął jego łbem o pień drzewa, że aż samotnikowi poleciała krew z nosa, która zaczęła spływać na liście o ciepłych barwach.
— Jak śmiesz kraść czekoladowa przybłędo! — Przytrzymał go, już przekładając łapę na jego kark. Przerażony starszy samotnik patrzył na niego swoimi pomarańczowymi oczami, nie wiedząc, co się dzieje.
— Przep-przepraszam! Nie chciałem niczego kraść! Ja tylko chciałem wziąć tego trochę. — Kocur nie dokończył, bo Ulewny Szkwał bardziej przycisnął łapę do jego gardła, co uniemożliwiło samotnikowi prawidłowe oddychanie.
— Mówisz trochę? A rybką też się raczyłeś poczęstować, i to jeszcze z naszej rzeki! Zapchlony kłamczuch, ja już znam te wasze numery! — Czekoladowe kłamczuchy, już było widać z długości lisiego ogona, że coś śmierdzi, a po tym szczególnie w odległości biciu serca. Niebieski kocur tylko rozluźnił ucisk, to czekoladowy van wyślizgnął się, biegnąc w stronę rzeki, Ulewny Szkwał już miał iskry w oczach.
— Wracaj tu! — Młody wojownik gonił starszego, kocura przez gęstwinę drzew, deptał mu po łapach, tak był blisko! Tylko jakoś nie umiał go zatrzymać. Czekoladowy samotnik biegł w stronę rzeki, Szkwał domyślił się, że mógł biec w stronę ziem niczyich. Jeśli go szybko nie złapie, to nieznanemu kotu się upiecze. Przy granicy rzeki Ulewny Szkwał skoczył na samotnika, żeby ten czasem nie wskoczył do wody i nie odpłynął. Tak przeturlali się do wody, a wojownik przygniótł starszego w wodzie, topiąc go. Czekokot rozpaczliwie machał łapami, drażniło to bardzo Szkwała, bo co chwilę jakąś łapą dostawał po policzku, więc postanowił mu jedną ugryźć, następnie można było usłyszeć trzask, a samotnik w wodzie bardziej otworzył pysk, z którego wypłynęło dużo bąbelków. Widział już, że ten się nie obroni, więc chwycił za jego złamaną łapę i zaciągnął go na brzeg, rzucając nim na ziemię.
— Myślałeś, że mi uciekniesz cwaniaczku! Ale nie, jako wojownik nie pozwolę ci tak łatwo uciec za kradzież naszych dóbr. — Samotnik zdawał się go nie słuchać, tylko wił się z bólu, sycząc, nie był w stanie już się oddalić od niego, jedna z jego łap została złamana, a kulejąc, daleko nie dojdzie. Ulewnego Szkwała oczywiście irytowało, że te coś tak ryczało, jakby miało umierać.
— Przymknij się, bo dam ci powód do płaczu! — Walnął go mocno w bok, a następnie podniósł wysoko łapę z wysuniętymi pazurami.
— AAAA!! Oszczędź mnie! Nie chcę umierać! Obiecuję, że już tu nie przyjdę, al–ale pozwól mi odjeść, p-proszę... — mówił rozpaczliwie, a łzy się zbierały w oczach. Zapewne złamana kończyna musiała go strasznie boleć, spojrzał wokół siebie, nikogo nie widział. Co teraz zrobić z nim? Zbyt niehumanitarnie byłoby go zostawiać na środku jakiegoś terenu, sądził, że to Mandarynkowa Gwiazda musi zadecydować co z nim zrobić, samotnik zasłużył na karę za kradzież zwierzyny i ziół, które nie należały do niego.
— Idziesz ze mną, nie pozwolę, byś bezkarnie tu leżał. — Podszedł blisko do starszego, ten ze strachu bardziej się zwinął w kulkę, na szczęście jego kark był widoczny, więc chwycił go zębami i ciągnął go tak do Klanu Nocy. Zapowiadała się dosyć długa przechadzka z powrotem.
***
Targanie starucha przez długi czas było bardzo ciężką robotą, już go plecy bolały, a nie miał nawet stówki! Ciągnięcie go przez rzekę kilka razy było najgorsze! Musiał nieść go na plecach, by upewnić się, czy się nie wyślizgnie mu się, kocur nie wydawał się mieć w sobie jakiegoś życia, był sparaliżowany strachem, może myślał, że on go zabije? Nie mógł mu powiedzieć, co czeka tego błotniaka, trzymał jego kark za zęby, więc nie mógł za bardzo gadać. Na szczęście przepłynął jeszcze kilka wysepek prowadzących do obozu i czuł się jakby, był w domu! Bo w sumie był w domu, ale teraz przynajmniej był bardziej rozluźniony, wszedł do obozu, od razu koty zaczęły patrzeć, jak ciągnie za sobą intruza, niektórzy byli obrzydzeni, a jeszcze inni zaskoczeni. Ulewny Szkwał jednak zignorował spojrzenia współklanowiczów, docierając do legowiska przywódczyni. Wszedł on dosyć nieproszenie do jej pnia, gdy był już w środku, to zauważył, że Mandarynkowa Gwiazda leżała w swoim posłaniu, Ulewny Szkwał tylko opuścił ciało a Mandarynka, obróciła się w jego stronę z zaskoczeniem w oczach.
— Co to ma być w moim legowisku? Dlaczego mi przyniosłeś tego kota i kim on jest, na Klan Gwiazdy! — To pytanie brzmiało jak obelga w stronę Szkwała, wskazała ona na leżącego czekoladowego kota, który wyglądał, jakby duża mu odleciała.
— Ja wszystko wyjaśnię, wasza wysokość! — Ukłonił się do niej, bo zapomniał i zaczął szybko gadać. — Byłem na samotnym patrolu i akurat patrolowałem Opuszczone Cmentarzysko, zrobiłem w tym miejscu przystanek, bo chciałem coś upolować. Po rybie chciałem patrolować dalej, ale nawet do rzeki nie dotarłem i przy brzozie zobaczyłem tego szkodnika! Widziałem, jak zbierał zioła, ale nie tylko to! Złowił rybę z naszej rzeki na naszych terenach! Ani trochę wstydu na jego pysku, robił to, co chciał! Nie byłem temu obojętny i przygwoździłem go do drzewa, ale ten oczywiście mi uciekł, ale szybko go obezwładniłem, łamiąc mu łapę, też dałem mu porządny wycisk nie tylko tym. Jednak stwierdziłem, że nie może uniknąć kary, więc przyszedłem z nim do ciebie Mandarynkowo Gwiazdo! — Nie starał się kłamać, bo wtedy czekoladowy mógłby jego zarzuty próbować obalić, a nie chciał już dodatkowo słuchać zawodzącego czekoladowego kota. Sądził, że przywódczyni go pochwali, ale srebrna kocica patrzyła na jego zdobycz z niesmakiem.
— Dobrze, tylko po jakiego grzyba on jest aż tak poturbowany? Czy ty nie zdajesz sobie sprawy, ile ziół nasi medycy muszą zmarnować na tę przyssawkę! — Przywódczyni tylko westchnęła zawiedziona, przecież on nie chciał jej zawieść! Była dla niego autorytetem.
— Przepraszam, Mandarynkowo Gwiazdo. Nie chciałem urazić ciebie. — Wojownikowi wydawało się, że przywódczyni go słucha, ale tak naprawdę Mandarynce zwiewały jego przeprosiny.
— Zanieś go do Różanej Woni, przekaż jej, że ma użyć jak najmniej ziół na niego, gdy będzie w miarę sprawny, to zostanie naszym więźniem. Jeśli to tyle to wyjdź z nim. — Wojownik skinął tylko głową do przywódczyni.
— Postaram się, by Błoto nie robił problemu, chodź Błoto, idziemy do medyka. — Wyciągnął znowu go za kark, a następnie szybko się wyniósł z legowiska Mandarynkowej Gwiazdy. Nie wiedział, w sumie jak ten samotnik miał na imię, jednak nie chciał go nazywać go na “Ty”, bo było już dla niego lekko irytujące, a o jego imię nie zamierzał się pytać. Okrążył znowu źródełko, żeby dotrzeć do legowiska medyka, zaś musiał spotkać się z tymi samymi spojrzeniami. Miał nadzieję, że koty były z niego dumne, w końcu zło trzeba bić na kwaśne jabłko! Gdyby nie on to Błoto by wykradł ich wszystkie zioła. Nie mieliby wtedy czym w ogóle leczyć, będąc już przy wejściu lecznicy, spotkał się z Różaną Wonią, która posłała mu krzywe spojrzenie.
— Czemu przyprowadzasz mi obcego kota do lecznicy? — Kolejne pytanie i zaś kolejne tłumaczenie, czy mogliby po prostu przejść rzeczy? Na serio już kark go bolał. Opuścił ciało Błota.
— Ten samotnik kradł nasze zioła i zwierzynę, poszedłem z nim do Mandarynkowej Gwiazdy. Dostałem instrukcję, żeby z nim przyjść do lecznicy, też miałem przekazać, żeby zużyć na niego jak najmniej ziół. Jeśli będzie sprawny, to Mandarynkowa zdecydowała, że zostanie więźniem, z tego, co mi powiedziała. — To chyba wszystko, niczego nie przeoczył, choć nadal nie mógł zapomnieć, jak jego ulubiona przywódczyni go opierniczyła. Z niechęcią starsza medyczka przyglądała się mu.
— Daj mi go na pierwsze lepsze posłanie. — Ulewny Szkwał znowu wziął ciało starszego i poszedł za starszą medyczką. Księżniczka pokazała mu niezbyt dobrze zadbane posłanie, było widać, że trzeba było je wymienić, zwłaszcza mech, ale to był czekoladowy kot, więc nie będzie walczył o prawa dla zła wcielonego. Rzucił go i skinął głową Różanej Woli i reszcie medyków, Gąbczastej Perły i Klekoczącego Bociana.
Nie zwrócił jednak uwagi na ich reakcje, bo delikatnie Różana mu zasygnalizowała ogonem, że już nie jest potrzebny w lecznicy, więc wyszedł. Wychodząc z lecznicy, już chciał odpocząć, jego bolący kark tego potrzebował, ku jego zdziwieniu koty zaś stały się żywsze, tym razem nie on przykuł uwagę, tylko zobaczył jakiegoś rudzielca, który jest otoczony przez resztę kotów. Był on dymnym vanem z zielonymi oczami i długimi futrem.
”Następny samotnik się tu dostał? Jak on do licha się tu dostał?! Jak dobrze, że to nie problem, który będzie na mojej głowie!”, pomyślał, pewnie jakiś uczeń, który był nieostrożny, przyprowadził kolejny problem do ich klanu. Chociaż… czekaj… zaczął się gorączkowo obmacywać po swojej lewej stronie ucha, czuł, że mu kwiat ubył, chciał się upewnić czy to prawda, sprawdzając go. Wziął go do łapy, ale miał tylko przy sobie jeden płatek, zostały mu tylko dwa kwiaty, co się stało niby z trzecim? Pewnie go zostawił przy rzece, gdy bił się z Błotem. Zestresowany spojrzał na rudzielca przy wejściu z obozu, może to on go zwabił do obozu, a czekoladowy miał jeszcze przy sobie wspólnika, to pewnie jakiś zbieg okoliczności. Odszedł od miejsca zdarzenia, starając się znaleźć miejsce do wyciszenia się, bo teraz był przebodźcowany stresem i wstydem, który go zjadał.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz