— Cześć, Czosnkowa Krewetko! — miauknęła do mentorki i poleciała do niej.
— Witaj, Liliowa Łapo! Widzę, że jesteś w dobrym nastroju.
— Tak! Nie mogę się doczekać treningu, cokolwiek to będzie!
— Dzisiaj potrenujemy walkę i poćwiczymy wspinanie na drzewa, żebyś pamiętała, że nie jesteś ptakiem i nie odlecisz z niego — zaśmiała się i ruszyła do wyjścia.
Pogoda była bardzo ładna jak na Porę Opadających Liści. Wszędzie było czerwono lub żółto, nawet w rzece, a drzewa dokładały nowe liście na ziemię. Zanim się obejrzała, znalazła się na małej polance niedaleko rzeki, gdzie Czosnkowa Krewetka się zatrzymała.
— Dzisiaj będziemy trenować tutaj. Liliowa Łapo, pokaż mi, jak u ciebie wygląda atak z naskoku.
Uczennica kiwnęła głową i przeszła do pozycji. Zawiesiła wzrok w przestrzeni, by nie dać znaku mentorce, gdzie będzie celować. Obie ruszyły w tym samym czasie, szarżując na siebie nawzajem. W odpowiednim momencie Lilijka wyskoczyła w górę, celując w kark, ewentualnie w zad wojowniczki. Czosnkowa Krewetka nie zdążyła w porę zahamować i przejść do obrony, dzięki czemu idealnie wylądowała przy udzie, lekko wbijając pazury i gryząc ogon. Jednak mentorce udało się strząsnąć uczennicę, która się potoczyła, a następnie, wstając, uniknęła, posuwając się w bok, naskoku szylkretki. Wykorzystując czas, który dostała dzięki szybkiej reakcji, zatopiła kły na karku kotki. Niestety, mentorka spychnęła ją łapą na bok, dosięgając jej brzucha, ale w porę ugryzła ją w ucho i odsuwając się od niej.
— Bardzo dobrze! — miauknęła Czosnkowa Krewetka, owijając łapy ogonem. Spróbujmy jeszcze najgorszą wersję przygniecenia.
Liliowa Łapa położyła się na plecach, a mentorka z całej siły położyła łapę na krtani. Lilijka z całych sił walnęła w brzuch tylnymi łapami, a gdy "przeciwnik" chciał ją stłumić pazurami, wyrwała się, atakując w bark.
— No dobrze, widać, że umiesz wszystkie dotąd ważniejsze techniki walki.
Liliowa Łapa popatrzyła na nią z zakłopotaniem. To nie było wszystko, ale myślała, że mentorka nie potrzebuje innych sprawdzać, bo tak świetnie jej szło... albo znowu zapomniała. Nie chciała jednak upominać mentorki, więc tylko wzruszyła ramionami.
— Czas na wspinaczkę. Wtedy dość dobrze ci poszło, ale pokażę ci, jak to się robi prawidłowo. — Czosnkowa Krewetka popatrzyła na pień i naskoczyła na niego, zatapiając z chrzęstem pazury w korę dębu.
— Przy wspinaczce musisz umieścić ciężar ciała na udach i wyskoczyć, o tak. — Mentorka skoczyła wyżej, będąc blisko pierwszej gałęzi — a kiedy chcesz zejść, musisz delikatnie spuszczać się w dół, w taki sposób — rzekła, delikatnie zsuwając się z drzewa — Albo po prostu zeskoczyć. Wtedy musisz się obrócić w locie i gotowe! Cała filozofia. Twoja kolej!
Lilijka podeszła do dębu, podskoczyła i sprawnie wspięła się do góry.
— A teraz zejdź! — krzyknęła szylkretka. Liliowa kotka kawałek się zsunęła, przebierając gdzie niegdzie łapami, a następnie delikatnie zeskoczyła na ziemię. — No cóż, to chyba wszystko na dziś! Szybko robisz postępy, dlatego teraz możemy iść na polowanie.
Ach, nareszcie. Po pływaniu to było jej ulubione zajęcie. Podekscytowanie było też takie duże ze względu na fakt postanowienia złapania szczupaka. Chciała też pokazać samodzielność mentorce, więc się zapytała, czy może zapolować po drugiej stronie rzeki.
— Oczywiście, ale nie wyczyniaj nic głupiego, zrozumiano?
— Dobrze, Czosnkowa Krewetko, będę ostrożna i dziękuję!
Bez zastanowienia wskoczyła do rzeki i przepłynęła na drugi brzeg. Woda łaskotała ją w wąsy i mierzwiła futro.
"Jak przyjemnie! Szkoda, że nie jest tak zawsze" — pomyślała, patrząc na toń otaczającej ją chłodnej cieczy. Kiedy wyszła na suchy ląd, od razu przystąpiła do łowienia, myśląc przy okazji nad rozwinięciem swojego wynalazku. Po krótkiej chwili z jej pyska wisiał całkiem dorodny pstrąg. Już miała łowić następną rybę, gdy nagle nieregularny cień pojawił się na tafli. Lilia spojrzała w górę — to był sokół! A może jastrząb? Orzeł? Cokolwiek to było, było duże, bardzo duże jak na ptaka. Do tej pory polowała na mniejsze ptaki, wróble, wrony, sójki, a więc perspektywa złapania ptaka większego od trzech kociaków była dla niej obiecująca. Liliowa Łapa schowała się pod najbliższą paprocią, patrząc przez liście na polujące zwierze. Po czasie, który dla Lilijki był wiecznością, ptak zaczął pikować w dół. Przez chwilę myślała, że to na nią i miała już uciekać, ale ptak wylądował kawałek dalej, zatapiając swe szpony w biednym gołębiu, i, jak to się mówi, gdzie lisy się biją, tam borsuk korzysta, więc gdy sokół był zajęty gołębiem, kotka skoczyła na grzbiet i mocno wbiła pazury w pióra. Ptak zaskrzeczał, strząsając kotkę i wyciągając szpony w jej stronę. Zrobiła unik i zaatakowała oczy sokoła, ten przeraźliwie zaskrzeczał, uderzając skrzydłem o uczennicę i wyciągając do niej swe szpony, przerysował jej bark. Uderzenie było bolesne. Sokół chciał ugryźć, by oszołomić kota. Szybko wykorzystała sytuację i walnęła go tylnymi łapami.
"Dzięki ci, Klanie Gwiazdy i Czosnkowa Krewetko!" — pomyślała, przytrzymując ptaka do ziemi. Ale to nie wystarczyło, ptak był za silny. Sprawnie zrzucił ją, złapał ją szponami i podniósł do góry. Lila próbowała się wywiercić. To koniec! Zostanie zabita przez wielkiego ptaka bo zachciało jej się na niego zapolować, nigdy nie zostanie wojowniczką i nawet nie będzie czuwania nad jej ciałem ponieważ będzie rozszarpana na kawałki. I nagle, zza zarośli wyskoczył ciemnoczekoladowy kształt, wzbił się w górę i zaatakował nogę sokoła. Ten zaskrzeczał, puszczając lilijkę, która dzięki wysokości kilku długości lisów spadła zgrabnie na cztery łapy. Gdy się otrząsneła z zaskoczenia, zauważyła, że jej wybawicielem jest... Mrok!
Kotka była szczęśliwa, jak i zła, że tu przybył. Co on robił tak daleko od granicy? Ale nie było na to czasu. Trzeba było mu pomóc. Obecnie jej brat schował się za jeżynami, wymachując ostrzegawczo łapą na próbującego się przedrzeć ptaka. Kotka zaskoczyła go od tyłu, wbijając pazury w pióra, ptak się odwrócił w jej stronę, dzięki czemu kocur mógł uciec, a atakując w udo zmylił ptaka. Przez następną chwilę walki kołowali napastnika, raz gryząc, raz drapiąc. Sokół postanowił dać sobie spokój i odlecieć, lecz obaj złapali kłami szybko ptaka za nogi. Liliowa Łapa z przerażeniem oglądała, jak szpon ptaka próbował dosięgnąć nosa uczennicy. Pod ciężarem sokół zaczął opadać. Mrok dosięgnął spodu skrzydła i próbował zadać ptakowi jak najwięcej obrażeń. Zmęczony ptak w końcu zleciał na ziemię, rozpościerając skrzydła w ataku. Jednak Lilia postanowiła je zaatakować — ptak nie odleci z naderwanym skrzydłem, więc gdy Mrok odciągał uwagę, liliowa kotka ugryzła skrzydło. Skrzeczący z bólu sokół został przewalony przez jej czekoladowego brata, który rzucił się na niego. Drapieżnik dyszał ciężko, zmęczony atakowaniem na zmianę dwóch napastników. Kocur wbił pazury w ciało, a Liliowa Łapa nadal trzymała skrzydło. Po kilku atakach wielkie zwierzę poddało się, przestało się ruszać i powoli przestało oddychać. Liliowa uczennica złapała oddech i zeszła ze zdobyczy. Popatrzyła na Mroka i spytała:
— Co tutaj robisz tak z dala od granicy? — Kocur popatrzył na nią z zażenowaniem
— Tak! Nie mogę się doczekać treningu, cokolwiek to będzie!
— Dzisiaj potrenujemy walkę i poćwiczymy wspinanie na drzewa, żebyś pamiętała, że nie jesteś ptakiem i nie odlecisz z niego — zaśmiała się i ruszyła do wyjścia.
Pogoda była bardzo ładna jak na Porę Opadających Liści. Wszędzie było czerwono lub żółto, nawet w rzece, a drzewa dokładały nowe liście na ziemię. Zanim się obejrzała, znalazła się na małej polance niedaleko rzeki, gdzie Czosnkowa Krewetka się zatrzymała.
— Dzisiaj będziemy trenować tutaj. Liliowa Łapo, pokaż mi, jak u ciebie wygląda atak z naskoku.
Uczennica kiwnęła głową i przeszła do pozycji. Zawiesiła wzrok w przestrzeni, by nie dać znaku mentorce, gdzie będzie celować. Obie ruszyły w tym samym czasie, szarżując na siebie nawzajem. W odpowiednim momencie Lilijka wyskoczyła w górę, celując w kark, ewentualnie w zad wojowniczki. Czosnkowa Krewetka nie zdążyła w porę zahamować i przejść do obrony, dzięki czemu idealnie wylądowała przy udzie, lekko wbijając pazury i gryząc ogon. Jednak mentorce udało się strząsnąć uczennicę, która się potoczyła, a następnie, wstając, uniknęła, posuwając się w bok, naskoku szylkretki. Wykorzystując czas, który dostała dzięki szybkiej reakcji, zatopiła kły na karku kotki. Niestety, mentorka spychnęła ją łapą na bok, dosięgając jej brzucha, ale w porę ugryzła ją w ucho i odsuwając się od niej.
— Bardzo dobrze! — miauknęła Czosnkowa Krewetka, owijając łapy ogonem. Spróbujmy jeszcze najgorszą wersję przygniecenia.
Liliowa Łapa położyła się na plecach, a mentorka z całej siły położyła łapę na krtani. Lilijka z całych sił walnęła w brzuch tylnymi łapami, a gdy "przeciwnik" chciał ją stłumić pazurami, wyrwała się, atakując w bark.
— No dobrze, widać, że umiesz wszystkie dotąd ważniejsze techniki walki.
Liliowa Łapa popatrzyła na nią z zakłopotaniem. To nie było wszystko, ale myślała, że mentorka nie potrzebuje innych sprawdzać, bo tak świetnie jej szło... albo znowu zapomniała. Nie chciała jednak upominać mentorki, więc tylko wzruszyła ramionami.
— Czas na wspinaczkę. Wtedy dość dobrze ci poszło, ale pokażę ci, jak to się robi prawidłowo. — Czosnkowa Krewetka popatrzyła na pień i naskoczyła na niego, zatapiając z chrzęstem pazury w korę dębu.
— Przy wspinaczce musisz umieścić ciężar ciała na udach i wyskoczyć, o tak. — Mentorka skoczyła wyżej, będąc blisko pierwszej gałęzi — a kiedy chcesz zejść, musisz delikatnie spuszczać się w dół, w taki sposób — rzekła, delikatnie zsuwając się z drzewa — Albo po prostu zeskoczyć. Wtedy musisz się obrócić w locie i gotowe! Cała filozofia. Twoja kolej!
Lilijka podeszła do dębu, podskoczyła i sprawnie wspięła się do góry.
— A teraz zejdź! — krzyknęła szylkretka. Liliowa kotka kawałek się zsunęła, przebierając gdzie niegdzie łapami, a następnie delikatnie zeskoczyła na ziemię. — No cóż, to chyba wszystko na dziś! Szybko robisz postępy, dlatego teraz możemy iść na polowanie.
Ach, nareszcie. Po pływaniu to było jej ulubione zajęcie. Podekscytowanie było też takie duże ze względu na fakt postanowienia złapania szczupaka. Chciała też pokazać samodzielność mentorce, więc się zapytała, czy może zapolować po drugiej stronie rzeki.
— Oczywiście, ale nie wyczyniaj nic głupiego, zrozumiano?
— Dobrze, Czosnkowa Krewetko, będę ostrożna i dziękuję!
Bez zastanowienia wskoczyła do rzeki i przepłynęła na drugi brzeg. Woda łaskotała ją w wąsy i mierzwiła futro.
"Jak przyjemnie! Szkoda, że nie jest tak zawsze" — pomyślała, patrząc na toń otaczającej ją chłodnej cieczy. Kiedy wyszła na suchy ląd, od razu przystąpiła do łowienia, myśląc przy okazji nad rozwinięciem swojego wynalazku. Po krótkiej chwili z jej pyska wisiał całkiem dorodny pstrąg. Już miała łowić następną rybę, gdy nagle nieregularny cień pojawił się na tafli. Lilia spojrzała w górę — to był sokół! A może jastrząb? Orzeł? Cokolwiek to było, było duże, bardzo duże jak na ptaka. Do tej pory polowała na mniejsze ptaki, wróble, wrony, sójki, a więc perspektywa złapania ptaka większego od trzech kociaków była dla niej obiecująca. Liliowa Łapa schowała się pod najbliższą paprocią, patrząc przez liście na polujące zwierze. Po czasie, który dla Lilijki był wiecznością, ptak zaczął pikować w dół. Przez chwilę myślała, że to na nią i miała już uciekać, ale ptak wylądował kawałek dalej, zatapiając swe szpony w biednym gołębiu, i, jak to się mówi, gdzie lisy się biją, tam borsuk korzysta, więc gdy sokół był zajęty gołębiem, kotka skoczyła na grzbiet i mocno wbiła pazury w pióra. Ptak zaskrzeczał, strząsając kotkę i wyciągając szpony w jej stronę. Zrobiła unik i zaatakowała oczy sokoła, ten przeraźliwie zaskrzeczał, uderzając skrzydłem o uczennicę i wyciągając do niej swe szpony, przerysował jej bark. Uderzenie było bolesne. Sokół chciał ugryźć, by oszołomić kota. Szybko wykorzystała sytuację i walnęła go tylnymi łapami.
"Dzięki ci, Klanie Gwiazdy i Czosnkowa Krewetko!" — pomyślała, przytrzymując ptaka do ziemi. Ale to nie wystarczyło, ptak był za silny. Sprawnie zrzucił ją, złapał ją szponami i podniósł do góry. Lila próbowała się wywiercić. To koniec! Zostanie zabita przez wielkiego ptaka bo zachciało jej się na niego zapolować, nigdy nie zostanie wojowniczką i nawet nie będzie czuwania nad jej ciałem ponieważ będzie rozszarpana na kawałki. I nagle, zza zarośli wyskoczył ciemnoczekoladowy kształt, wzbił się w górę i zaatakował nogę sokoła. Ten zaskrzeczał, puszczając lilijkę, która dzięki wysokości kilku długości lisów spadła zgrabnie na cztery łapy. Gdy się otrząsneła z zaskoczenia, zauważyła, że jej wybawicielem jest... Mrok!
Kotka była szczęśliwa, jak i zła, że tu przybył. Co on robił tak daleko od granicy? Ale nie było na to czasu. Trzeba było mu pomóc. Obecnie jej brat schował się za jeżynami, wymachując ostrzegawczo łapą na próbującego się przedrzeć ptaka. Kotka zaskoczyła go od tyłu, wbijając pazury w pióra, ptak się odwrócił w jej stronę, dzięki czemu kocur mógł uciec, a atakując w udo zmylił ptaka. Przez następną chwilę walki kołowali napastnika, raz gryząc, raz drapiąc. Sokół postanowił dać sobie spokój i odlecieć, lecz obaj złapali kłami szybko ptaka za nogi. Liliowa Łapa z przerażeniem oglądała, jak szpon ptaka próbował dosięgnąć nosa uczennicy. Pod ciężarem sokół zaczął opadać. Mrok dosięgnął spodu skrzydła i próbował zadać ptakowi jak najwięcej obrażeń. Zmęczony ptak w końcu zleciał na ziemię, rozpościerając skrzydła w ataku. Jednak Lilia postanowiła je zaatakować — ptak nie odleci z naderwanym skrzydłem, więc gdy Mrok odciągał uwagę, liliowa kotka ugryzła skrzydło. Skrzeczący z bólu sokół został przewalony przez jej czekoladowego brata, który rzucił się na niego. Drapieżnik dyszał ciężko, zmęczony atakowaniem na zmianę dwóch napastników. Kocur wbił pazury w ciało, a Liliowa Łapa nadal trzymała skrzydło. Po kilku atakach wielkie zwierzę poddało się, przestało się ruszać i powoli przestało oddychać. Liliowa uczennica złapała oddech i zeszła ze zdobyczy. Popatrzyła na Mroka i spytała:
— Co tutaj robisz tak z dala od granicy? — Kocur popatrzył na nią z zażenowaniem
— Dzięki temu, że tu byłem, żyjesz.
— Tak, dziękuję, że mnie uratowałeś — powiedziała, patrząc na niego z wdzięcznością. — Ale to i tak nie odpowiada na to, co tutaj robiłeś w głąb naszego terytorium.
— No cóż… — mruknął ciemnoczekoladowy — Tak sobie myślałem o naszym ostatnim spotkaniu i tak naprawdę nic o sobie nie wiemy i szukałem cię, bo… Chcę cię bliżej poznać.
Liliowej zrobiło się żal brata. W sumie też chciała się więcej o nim dowiedzieć.
— Rozumiem, ale proszę, jeżeli chcesz ze mną rozmawiać, nie naruszaj granicy ani nie poluj na naszym terytorium, bo jak się dowiem, że ciemnoczekoladowy kocur o błękitnych oczach był tu gdzieś widziany, to poobrywam ci uszy!
Brat się lekko zaśmiał
— Dobrze, dobrze, a gdzie będzie miejsce spotkań?
— Nie daleko Brzozowego Zagajnika, za granicą?
— Może być. Codziennie?
— Nie, raz na ćwierć księżyca — mruknęła. Nie chciała zdradzać klanu, to był jej dom, lecz bardzo chciała poznać coś więcej o samotniczej historii jej rodziny.
— Tak, dziękuję, że mnie uratowałeś — powiedziała, patrząc na niego z wdzięcznością. — Ale to i tak nie odpowiada na to, co tutaj robiłeś w głąb naszego terytorium.
— No cóż… — mruknął ciemnoczekoladowy — Tak sobie myślałem o naszym ostatnim spotkaniu i tak naprawdę nic o sobie nie wiemy i szukałem cię, bo… Chcę cię bliżej poznać.
Liliowej zrobiło się żal brata. W sumie też chciała się więcej o nim dowiedzieć.
— Rozumiem, ale proszę, jeżeli chcesz ze mną rozmawiać, nie naruszaj granicy ani nie poluj na naszym terytorium, bo jak się dowiem, że ciemnoczekoladowy kocur o błękitnych oczach był tu gdzieś widziany, to poobrywam ci uszy!
Brat się lekko zaśmiał
— Dobrze, dobrze, a gdzie będzie miejsce spotkań?
— Nie daleko Brzozowego Zagajnika, za granicą?
— Może być. Codziennie?
— Nie, raz na ćwierć księżyca — mruknęła. Nie chciała zdradzać klanu, to był jej dom, lecz bardzo chciała poznać coś więcej o samotniczej historii jej rodziny.
— Rozumiem, pewnie masz treningi?
— Tak, czuję, że niedużo zostało do mianowania, ale żeby tak było, muszę ćwiczyć! — Wtedy w jej głowie narodziło się pytanie — A kto cię szkolił? We dwoje pokonaliśmy tego ptaka, lecz chyba i tak z łudem szczęścia.
— Tak, czuję, że niedużo zostało do mianowania, ale żeby tak było, muszę ćwiczyć! — Wtedy w jej głowie narodziło się pytanie — A kto cię szkolił? We dwoje pokonaliśmy tego ptaka, lecz chyba i tak z łudem szczęścia.
— No wiesz, jak jedynym kotem, jakiego znasz, jest twój ojciec, każdego dnia szukasz swojego miejsca w świecie, goniły cię psy, wypędzali cię dwunożni, to nabierasz formy, nie?
— Kosztem wielu urazów. — Pokazał na udo Mroka, na którym była głęboka blizna, której raczej się nie zdobywa w tak młodym wieku — Twoje ucho! Jest rozdarte! A grzbiet? — spytała zaniepokojona, oglądając obrażenia, jednocześnie przeliczając swój bark.
— E tam, pajęczyny i się zagoi.
— Cóż, w sumie dzięki tobie mamy tę zdobycz, więc chcesz kawałek?
Popatrzyła nie tylko na sokoła, ale też na gołębia, który, oddychając ciężko, leżał na ziemi. Nie miał poważnych ran, raczej wynikało to z wstrząsu jakiego doznał. Już miała go zabić, gdy coś ją tknęło. To nie byłaby dobra upolowana zwierzyna, nie ona ją uziemiła, lecz ten ptaszor, można powiedzieć, że go uratowała, więc postanowiła zostawić go w spokoju.
— Nie, dzięki, wezmę sobie tego. — Podszedł do gołębia i bez większych trudności złamał mu kark, zanim liliowa kotka zdążyła coś powiedzieć.
— Nie dobija się leżącego! — warknęła ze złością na brata.
— Hm? Że niby tego gołębia? I tak by nie przeżył, więc w sumie zrobiłem mu przysługę, że szybko zakończyłem jego żywot bez zbędnych cierpień, a na pewno będzie smakowity!
— Jesteś bez serca — miauknęła Liliowa Łapa.
— Nie powiedziałbym. Albo może jednak? I tak to mnie mało co obchodzi. -— Nagle nadstawił uszu. Kotka też słyszała szelest liści.
— To ja będę już leciał. Do następnego! — pożegnał się, łapiąc za gołębia i znikając w szuwary. Zza drzew wyłoniła się Czosnkowa Krewetka.
— Liliowa Łapo, co ty... Na Klan Gwiazdy! Na spokojnie najedzą się nim trzy koty! Jak ty niby złapała tak niebezpiecznego ptaka?
— Emm... Był już dość poharatany — odpowiedziała mentor, przecież nie mogła powiedzieć, że pomógł jej samotnik, i to jeszcze czekoladowy!
— No dobrze, zanieśmy te dobrodziejstwa do obozu — odpowiedziała starsza kotka, łapiąc za sokoła, a Liliowa Łapa za ryby i myszy upolowane przez szylkretkę
Liliowa Łapa siedziała na kamieniu, łapiąc ostatnie promienie słońca. Zrobiła głęboki wdech, patrząc na Siwą. Czaple. Trzeba było wreszcie się go zapytać, co się stało z jej matką. Wreszcie wstała i nieco przerażonym krokiem podeszła do wojownika, który odwrócił się i popatrzył na nią przyjaźnie.
— Witaj, Liliowa Łapo, o co chodzi?
— Siwa Czaplo, c-czy wiesz, co się stało… z moją mamą?
Pręgowana kotka zobaczyła w jego oczach błysk smutku.
— Chodźmy gdzieś na bok. Obok legowiska starszych.
Nie wiedziała, o co chodzi szaremu z vanem wojownikowi, ale poszła za nim. Kiedy już przysiedli, kocur zaczął:
— Liliowa Łapo, nie wiem, czy pamiętasz swoje przybycie do klanu, ale czy kojarzysz, jak znaleźliśmy coś niedaleko w trawie?
Uczennica pamiętała to wydarzenie jak przez mgłę, ale przypomniała sobie ten czas w swoim życiu i wojowników obserwujących coś niedaleko jej.
— A więc — głos wojownika stanął w gardle — To było ciało twojej mamy… Nie żyje.
Lilie przeszył szok i ból, dlaczego!
— A... A wiadomo, jak zginęła?
— Prawdopodobnie zabił ją lis.
Kotka położyła uszy. Czyli zginęła, broniąc jej.
— Liliowa Łapo, tak mi przykro. Gdybyśmy mogli coś wtedy zrobić, pomoglibyśmy jej.
— Wiem, to nie wasza wina, tylko tego lisiego łajna miauknęła z szczerością.
Siwa Czapla liznął ją w ucho na pocieszenie.
— Muszę się przespać. Dziękuję, Siwa Czaplo. — Musnęła go w bark i ruszyła w stronę legowiska.
Kotka leżała na posłaniu, myśląc o dzisiejszym dniu. Czuła, że pęka jej serce. A co jeśli Klan Gwiazdy zrobił to wszystko specjalnie? Nie, na pewno nie. To nie ich wina.
Gdyby nie patrol być może dołączyła by już dawno dołączyła by do gwiezdnych przodków. W rozmyślaniu przerwała jej Urodziwą Łapa, która weszła do legowiska z myszą w pysku.
— Hej, Liliowa Łapo. Czy coś się stało? Jesteś głodna? Mam też coś dla ciebie.
Lilijka kiwnęła głową i przyjaciółka siadła obok niej.
— Cóż, dowiedziałam się, że moja matka nie żyje i byłam nieświadomie świadkiem jej śmierci.
Miała nadzieję, że przyjaciółka da jej pomocną łapę i pomoże jej się otrząsnąć.
— Kosztem wielu urazów. — Pokazał na udo Mroka, na którym była głęboka blizna, której raczej się nie zdobywa w tak młodym wieku — Twoje ucho! Jest rozdarte! A grzbiet? — spytała zaniepokojona, oglądając obrażenia, jednocześnie przeliczając swój bark.
— E tam, pajęczyny i się zagoi.
— Cóż, w sumie dzięki tobie mamy tę zdobycz, więc chcesz kawałek?
Popatrzyła nie tylko na sokoła, ale też na gołębia, który, oddychając ciężko, leżał na ziemi. Nie miał poważnych ran, raczej wynikało to z wstrząsu jakiego doznał. Już miała go zabić, gdy coś ją tknęło. To nie byłaby dobra upolowana zwierzyna, nie ona ją uziemiła, lecz ten ptaszor, można powiedzieć, że go uratowała, więc postanowiła zostawić go w spokoju.
— Nie, dzięki, wezmę sobie tego. — Podszedł do gołębia i bez większych trudności złamał mu kark, zanim liliowa kotka zdążyła coś powiedzieć.
— Nie dobija się leżącego! — warknęła ze złością na brata.
— Hm? Że niby tego gołębia? I tak by nie przeżył, więc w sumie zrobiłem mu przysługę, że szybko zakończyłem jego żywot bez zbędnych cierpień, a na pewno będzie smakowity!
— Jesteś bez serca — miauknęła Liliowa Łapa.
— Nie powiedziałbym. Albo może jednak? I tak to mnie mało co obchodzi. -— Nagle nadstawił uszu. Kotka też słyszała szelest liści.
— To ja będę już leciał. Do następnego! — pożegnał się, łapiąc za gołębia i znikając w szuwary. Zza drzew wyłoniła się Czosnkowa Krewetka.
— Liliowa Łapo, co ty... Na Klan Gwiazdy! Na spokojnie najedzą się nim trzy koty! Jak ty niby złapała tak niebezpiecznego ptaka?
— Emm... Był już dość poharatany — odpowiedziała mentor, przecież nie mogła powiedzieć, że pomógł jej samotnik, i to jeszcze czekoladowy!
— No dobrze, zanieśmy te dobrodziejstwa do obozu — odpowiedziała starsza kotka, łapiąc za sokoła, a Liliowa Łapa za ryby i myszy upolowane przez szylkretkę
Liliowa Łapa siedziała na kamieniu, łapiąc ostatnie promienie słońca. Zrobiła głęboki wdech, patrząc na Siwą. Czaple. Trzeba było wreszcie się go zapytać, co się stało z jej matką. Wreszcie wstała i nieco przerażonym krokiem podeszła do wojownika, który odwrócił się i popatrzył na nią przyjaźnie.
— Witaj, Liliowa Łapo, o co chodzi?
— Siwa Czaplo, c-czy wiesz, co się stało… z moją mamą?
Pręgowana kotka zobaczyła w jego oczach błysk smutku.
— Chodźmy gdzieś na bok. Obok legowiska starszych.
Nie wiedziała, o co chodzi szaremu z vanem wojownikowi, ale poszła za nim. Kiedy już przysiedli, kocur zaczął:
— Liliowa Łapo, nie wiem, czy pamiętasz swoje przybycie do klanu, ale czy kojarzysz, jak znaleźliśmy coś niedaleko w trawie?
Uczennica pamiętała to wydarzenie jak przez mgłę, ale przypomniała sobie ten czas w swoim życiu i wojowników obserwujących coś niedaleko jej.
— A więc — głos wojownika stanął w gardle — To było ciało twojej mamy… Nie żyje.
Lilie przeszył szok i ból, dlaczego!
— A... A wiadomo, jak zginęła?
— Prawdopodobnie zabił ją lis.
Kotka położyła uszy. Czyli zginęła, broniąc jej.
— Liliowa Łapo, tak mi przykro. Gdybyśmy mogli coś wtedy zrobić, pomoglibyśmy jej.
— Wiem, to nie wasza wina, tylko tego lisiego łajna miauknęła z szczerością.
Siwa Czapla liznął ją w ucho na pocieszenie.
— Muszę się przespać. Dziękuję, Siwa Czaplo. — Musnęła go w bark i ruszyła w stronę legowiska.
Kotka leżała na posłaniu, myśląc o dzisiejszym dniu. Czuła, że pęka jej serce. A co jeśli Klan Gwiazdy zrobił to wszystko specjalnie? Nie, na pewno nie. To nie ich wina.
Gdyby nie patrol być może dołączyła by już dawno dołączyła by do gwiezdnych przodków. W rozmyślaniu przerwała jej Urodziwą Łapa, która weszła do legowiska z myszą w pysku.
— Hej, Liliowa Łapo. Czy coś się stało? Jesteś głodna? Mam też coś dla ciebie.
Lilijka kiwnęła głową i przyjaciółka siadła obok niej.
— Cóż, dowiedziałam się, że moja matka nie żyje i byłam nieświadomie świadkiem jej śmierci.
Miała nadzieję, że przyjaciółka da jej pomocną łapę i pomoże jej się otrząsnąć.
<Urodziwa Łapo?>
[2021 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz