Nieco wcześniej
Zmierzył wzrokiem srebrzystą wojowniczkę, która wyrosła niespodziewanie przed jego pyskiem. Kocur miał w planach spokojnie przebrnąć przez ten męczący dzień. Znaczy... Nie żeby robił coś faktycznie wyciskającego siódme poty, ale znów musiał słuchać groteskowych teorii Gąbczastej Perły i udawać, że cokolwiek rozumie z mamrotania Różanej Woni, która była całkowicie pewna, że Klan Gwiazdy znów zesłał jej przepowiednie, które oczywiście sprytnie mogła odczytać tylko ona, no i tylko ze swojej magicznej perełki. Po tych wszystkich głupotach ostatnie, czego potrzebował, to obecność głośnej, irytującej Śnieżnej Mordki.
— Boli mnie... — wymamrotała. Ciężko było ją jakkolwiek zrozumieć. Jęzor kotki latał po całym pysku, który przez większość czasu i tak trzymała zamknięty. Książę zmarszczył brwi, widocznie zdegustowany.
— Słucham? — burknął zirytowany. — Nie zrozumiem cię, jeśli nie otworzysz pyska, kiedy do mnie mówisz.
— Ząb... Ząb mnie boli — wydukała, w końcu zmuszając się do ruszenia żuchwy. Od razu się skrzywiła. Asystent westchnął dramatycznie; zdecydowanie za głośno. Ociężale wstał na równe łapy i obrócił się w kierunku lecznicy. Słyszał, jak niebieskooka robi krok za nim, więc powsytrzymał ją ruchem ogona, a następnie rzucił:
— Nie musisz wchodzić. Zostań. — Z tymi słowami zniknął w składziku, gdzie prędko odnalazł kawałek olszej kory i zawiniątko z kilkoma ziarenkami maku.
"Niech mnie zostawi i nie wraca w ciągu nocy..." — wyburczał do siebie, kiedy wyślizgiwał się elegancko do głównej części legowiska medyka. Nikogo w nim akurat nie było. Nie wiedział, gdzie podziały się jego towarzyszki niedoli, ale niekoniecznie się tym przejmował. Dla niego mogły w najbliższym czasie nie wracać. Poradziłby sobie z chorymi, poradziłby sobie nawet ze stękającymi staruchami czy wrzeszczącymi kociakami; byle by potem nagrodzono go ciszą i spokojem. A najlepiej to spacerem po lesie.
— Nie musisz wchodzić. Zostań. — Z tymi słowami zniknął w składziku, gdzie prędko odnalazł kawałek olszej kory i zawiniątko z kilkoma ziarenkami maku.
"Niech mnie zostawi i nie wraca w ciągu nocy..." — wyburczał do siebie, kiedy wyślizgiwał się elegancko do głównej części legowiska medyka. Nikogo w nim akurat nie było. Nie wiedział, gdzie podziały się jego towarzyszki niedoli, ale niekoniecznie się tym przejmował. Dla niego mogły w najbliższym czasie nie wracać. Poradziłby sobie z chorymi, poradziłby sobie nawet ze stękającymi staruchami czy wrzeszczącymi kociakami; byle by potem nagrodzono go ciszą i spokojem. A najlepiej to spacerem po lesie.
Obraz wojowniczki przywrócił go do rzeczywistości. Czekała grzecznie, teraz już siedząc, przy wejściu i grzebała sobie w pysku, to językiem, to pazurem.
— Przestań... Jeszcze pogorszysz sytuację — zganił ją Klekoczący Bocian, rzucając kawałek kory pod jasne łapki. — Pożuj to, a następnie, kiedy już będziesz szła spać, zjedz nasiona maku. Jutro powinno być lepiej...
— Przestań... Jeszcze pogorszysz sytuację — zganił ją Klekoczący Bocian, rzucając kawałek kory pod jasne łapki. — Pożuj to, a następnie, kiedy już będziesz szła spać, zjedz nasiona maku. Jutro powinno być lepiej...
* * *
Rozmowa z Mandi
Przez moment wpatrywał się w liderkę w milczeniu.
"Co niby miał jej powiedzieć? Nie znała go? Pomyliła go ze swoim drugim wnukiem, który wiecznie lata po obozie i mieli jęzorem bez oporu?" — Skrzywił się na samą myśl o Flamingu, który wraz z Wężynowym Kłem był aktualnie najpewniej obrażony na cały nocniakowy świat. Cisza gęstniała z każdą chwilą, a przerywało ją jedynie miarowe uderzenia białego, chudego ogona medyka. Kocur nie odrywał oczu od pyska babci. W końcu parsknął pod nosem.
— Po co mam się odzywać, jeśli nigdy nie miałem prawdziwego prawa do głosu — burknął sarkastycznie. Wiedział, że nigdy nie pozbędzie się tej goryczy, która napłynęła mu do gardła po tym, jak przerwano jego trening na wojownika. Nic nie sprawi, że kiedykolwiek wybaczy to innym, a nawet sobie; w końcu zawsze mógł walczyć bardziej stanowczo i uparcie. — Nie wiem, co chcesz wiedzieć o mojej matce, Mandarynkowa Gwiazdo, ale uwierz, że więcej informacji o niej jest w stanie ci udzielić twój zastępca lub twoja siostra albo nawet Szałwiowe Serce.
— Po co mam się odzywać, jeśli nigdy nie miałem prawdziwego prawa do głosu — burknął sarkastycznie. Wiedział, że nigdy nie pozbędzie się tej goryczy, która napłynęła mu do gardła po tym, jak przerwano jego trening na wojownika. Nic nie sprawi, że kiedykolwiek wybaczy to innym, a nawet sobie; w końcu zawsze mógł walczyć bardziej stanowczo i uparcie. — Nie wiem, co chcesz wiedzieć o mojej matce, Mandarynkowa Gwiazdo, ale uwierz, że więcej informacji o niej jest w stanie ci udzielić twój zastępca lub twoja siostra albo nawet Szałwiowe Serce.
— Ale pytam ciebie: jej syna — wtrąciła się liderka.
— Syn nie jest już kociakiem i nie potrzebuje obecności matki. Ona sama też nie odwiedza go często; najwidoczniej ma inne zmartwienia. Podobnie jak on — wytłumaczył twardo. Przez moment znów nic nie mówił, ale ostatecznie dodał jeszcze: — Babko, nie zrozum mnie źle, ale wiem, że chodzisz po obozie niczym po kolcach jeża i choć nie wiem, do czego miała ta rozmowa być wykorzystana, nie musisz martwić się o mnie. Nie mam nawet najmniejszej ochoty pchać się ani pod twoje łapy, ani się tymi łapami na ciebie rzucać. Nie potrzebuję, aby moje życie było jeszcze bardziej nieznośne.
— Syn nie jest już kociakiem i nie potrzebuje obecności matki. Ona sama też nie odwiedza go często; najwidoczniej ma inne zmartwienia. Podobnie jak on — wytłumaczył twardo. Przez moment znów nic nie mówił, ale ostatecznie dodał jeszcze: — Babko, nie zrozum mnie źle, ale wiem, że chodzisz po obozie niczym po kolcach jeża i choć nie wiem, do czego miała ta rozmowa być wykorzystana, nie musisz martwić się o mnie. Nie mam nawet najmniejszej ochoty pchać się ani pod twoje łapy, ani się tymi łapami na ciebie rzucać. Nie potrzebuję, aby moje życie było jeszcze bardziej nieznośne.
<Mandarynka?>
Wyleczeni: Śnieżna Mordka
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz