Jakiś czas temu
Chudy się skrzywił.
— Nie za dużo ode mnie wymagasz? — miauknął.
Mimo początkowej niepewności bury uczeń wysunął tezę, co mogło dolegać kotce. Podparta została powtórzeniem stwierdzenia medyka o tym, iż kotka nie miała złamania czy ran. Roztargniony Koperek po wysłuchaniu ucznia przedstawił mu poprawną odpowiedź, a następnie wspólnie ustalili metodę leczenia.
Teraźniejszość, po kocimiętkowej eskapadzie
Chudą Łapę bolała głowa, ale to tak, jakby miał zaraz wykorkować. Tym razem naprawdę czuł się bliski śmierci, chociaż doznania przed nią były przyjemne. Obrócił się na bok, by dostrzec swojego brata. Byli gdzieś… na pewno nie tam, gdzie zemdleli. Dookoła nie dostrzegł lasu, a doskonale znajome legowisko. A co za tym szło…
Zerknął spod uchylonych powiek w bok na tyle, ile mógł. Dostrzegł nieopodal Roztargniony Koperek, który rozmawiał o czymś z mentorką Nocnej Łapy. Bury nie miał czasu wsłuchać się w temat rozmowy, bo ponownie jego oczyska się zamknęły, ale tym razem do snu.
Kiedy ponownie się obudził, nie było już obok niego Nocnej Łapy. Został jednak gorzki posmak wymiocin na języku, szum w uszach, ciężka głowa i dziury w pamięci. O czym oni tam gadali w tym lesie…?
Podniósł się chwiejnie, zataczając co chwila. Dopadł do mchu nasączonego wodą i wziął kilka łyków tak łapczywych, aż się zakrztusił.
— Gszee ja jeszem? — mruknął. Po chwili dotarło do niego, iż nie zmienił swojego położenia i wciąż znajdował się w medykowym legowisku.
Machnął niedbale ogonem, ale kiedy się obrócił, stanął pyskiem w pysk ze swoim mentorem. Dreszcz przerażenia przebiegł po grzbiecie medyka, który stukał pazurem w podłoże. Chyba… czekał na wyjaśnienia.
— Tło buło uhhh — Chudy próbował skleić zdanie. — Dja nauki… Dla nauki, tak! Haha… — zaśmiał się niezręcznie, uciekając wzrokiem w bok. — W kooońcu jako medyk muszę wiedzieć jakie efekty przyniesie za sobą spożycie uhhh nadmiaru kocimiętki… Nie? No i już wiem…
Wyszczerzył ząbki w krzywym uśmiechu. Koper obserwowało swojego ucznia z niedowierzaniem. Roztargniony Koperek pokręciło nerwowo głową ze swego rodzaju zawodem na pysku.
— Ależ oczywiście, że dla nauki — mruknęło, wzdychając ciężko. — Co ja się z tobą mam... — dodało, już raczej szeptem.
Obserwowało tylko zachowanie ucznia z niezadowolonym, a może nawet obrzydzonym wyrazem pyszczka.
— Myślę, że to nie o takie eksperymenty z ziołami chodziło — miauknęło. — Ale z drugiej strony to też coś... — mruknęło znacznie ciszej, patrząc gdzieś w bok.
Po chwili pokręciło głową, pozbywając się dziwnej myśli.
— No wybacz no! — miauknął. — Tak się zachowujesz, jakbyś nigdy nie próbowało takich rzeczy…
— Chyba pogadamy, jak już wydobrzejesz — warknęło niezadowolone. — Coś cię boli? Potrzebujesz maku?
Chudy nieco się zachwiał. Zmrużył oczy, bo wciąż niewyraźnie widział, jednak po kilku uderzeniach serca obraz się wyostrzył. Dostrzegł nerwową minę mentora i trochę zrobiło mu się głupio. Ciekawe czy napędził jenu stracha...
— Boli mnie egzystencja — odparł po chwili. Natychmiast niemal się jednak zreflektował. — Żartuję! ŻARTUJĘ… daj tego maku trochę.
Rzucił mu błagalne spojrzenie.
Roztargniony Koperek zmarszczyło nos w niezadowoleniu. Pokręciło pobłażliwie głową na jego pierwsze słowa, ale słysząc kolejne, poczuło się, jakby coś go trafiło.
— Nie gadaj takich głupot Chuda Łapo — ostrzegło ucznia, próbując się uspokoić. — Tak jak z resztą każdego medyka w tym... psim klanie — warknęło pod nosem, poprawiając futro na piersi. — Dam ci tylko odrobinę — miauknęło, dając mu jedno z mniejszych ziarnek maku.
Chudy przyjął lekarstwo na wszelkie problemy z wdzięcznością. Po zjedzeniu spojrzał na Roztargniony Koperek.
— Psim... Klanie? — Zapytał ciszej. — Nie czujesz się tutaj za bardzo dobrze, co?
Liliowy widząc spadający ze składziku listek ziół, podniósł go i odłożył na miejsce. Uniosło uszy, słysząc pytanie ucznia.
— Miałeś tego raczej nie usłyszeć — mruknęło z odrobinę wyczuwalnym sykiem w głosie. — Psy pochodzą od wilków — wytłumaczyli tylko prędko, a po chwili pokręciło głową zdenerwowane. — A kim ty jesteś, abym ci się wyżalało? — mruknęło nieco obojętnie, ale i tak postanowiło powiedzieć swoje. — Niezbyt. Moja matka nie żyje, ojciec był zdrajcą. Nikogo tu nie mam. Chociaż może to i lepiej — dodało. — Trzyma mnie tu miłość do ziół i moja pozycja, więc jestem, ale to wszystko — rzuciło, ściszając jeszcze bardziej swój głos.
Chudy zmarszczył brwi i przymrużył oczy. Wysłuchał, co Koper ma do powiedzenia, a potem machnął ogonem delikatnie, jego końcówka drgała.
— Nie widziałem nigdy psa. — Zaczął bury. — Co nie znaczy, że bym chciał! I co dobrze ci tu samemu? Zapytał, chociaż trochę go zabolał fakt, iż po tylu księżycach wspólnej nauki, Koper nie uznawał go za "swojego". Chyba Chuda Łapa pospieszył się ze stwierdzeniem, że są kolegami. Widocznie byli dla siebie tylko kotami o tym samym powołaniu, przynajmniej w oczach Koperka.
— Ja też nie mam matki ani ojca! Ale mam braci. Gdyby nie oni to też byłbym tu sam. Nikt nie chce ze mną gadać — podrapał się po brodzie. — No, może tamta ładna samotniczka. Jak ona... Jesionowa Łapa chyba teraz się nazywa. Ciekawe kim była moja matka? Orientujesz się w ogóle, jak ja się tu znalazłem w tym Klanie? Bo mnie też nikt nie pytał, pff. Może gdybym był większy i silniejszy, to mógłbym decydować o tym, gdzie mieszkam, ale nie jestem, więc tu zostaję. Nie spieszy mi się do grobu, a Zalotna Gwiazda pewnie by mnie ukatrupiła za próbę ucieczki. Posłał medykowi niezręczne spojrzenie. Tak jak Kopra trzymały tu zioła, tak Chudego bracia i niemoc do zmiany czegokolwiek. Nie, żeby w innych klanach miałby czuć się lepiej. Skoro tutaj wytykają go pazurami, to w innych byłoby tak samo.
Pręgus zaśmiał się na słowa Chudego.
— Z pewnością byś nie chciał. Wilka też nie — miauknęło, kiwając głową, tak jakby potwierdzając jego stwierdzenie. — A co to wyścigi kto ma mniej? — prychnęło, przerywając uczniowi. — A właściwie to, co mnie to obchodzi? — zapytało, unosząc brew.
Potrząsnęło futrem, aby pozbyć się liści ze swojego futra i wbiło nagle wzrok w młodego. — Twoja matka? Hmm... Wydaje mi się, że była samotniczką. Chociaż nie mogę być pewne — odparło krótko. — Ja chciałom uciec, ale wkrótce potem znalazłom Aksamitkę i Cykorię. Zmieniłom zdanie, ale nadal nie chcę tu być — miauknęło, kładąc się na ziemi, drapiąc piach pazurem, tak jakby nagle straciło całą werwę. — Ta szczera rozmówka jest nietypowa. Z Cisowym Tchnieniem miało taką po jakoś 40 księżycach życia w jednym legowisku — zaśmiało się, co brzmiało co najmniej nienaturalnie. — Zwierzanki, zwierzeniami, ale masz problem kolego — miauknęło, nagle unosząc pysk. — Księżyc roboty. Ogarniasz legowiska, a także starszych i chorych. Czasem wyślę Cię też do żłobka. I nie obchodzi mnie, że boli. Nie ma aż tak lekko — mruknęło chłodno.
Wysłuchał historii Kopra ponownie. Też mu było dziwnie od takich zwierzeń, chociaż Chudy dużo częściej otwierał się przed innymi kotami. Narzekał sporo, ale wiele z jego "rozmówców" jednym uchem wpuszczała, a drugim wypuszczała. Zapewne połowa z nich nawet nie notowała w głowie tego, co mówił, a zawsze mówił prawdę w tym marudzeniu. Gdyby ktoś go tak słuchał uważnie, to miałby całe jego życie, zmartwienia, problemy, jak na tacy.
Jednak Koper zaczął temat, którego bury się obawiał. Kara. Sprzątanie! Robota! Ciężka, katorżnicza! I to w legowisku starszych...
Chudy stęknął, przewrócił oczami. Jęknął baaardzo niezadowolonym tonem jak kociak, któremu odmawiasz wyjścia na spacer.
— No nie no! Do tych staruchów?! — Miauknął niezadowolony. — I do bachorów też? Miejże litość! Dlaczego tak długo?! Jak ja mam się uczyć medykowania w tym czasie!
Wysłuchało tylko słów kocura i prychnęło.
— Szacunku trochę, bo będę kazało ci doły kopać za karę. I będziesz miał je kopać bez celu. I to jeszcze z twoim radosnym uśmiechem na twarzy — miauknęło, będąc poważnym. — A to mnie już nie obchodzi. Oprócz tego możesz tu spać i uczyć się z obserwacji. Trzeba było zapytać o tę kocimiętkę! I o przebite ucho również! — Syknęło zdenerwowane. — Przecież bym się zgodziło — dodało już nieco łagodniej. — Bierz się do roboty. Jak będziesz dobrze się sprawował, to skrócę ci tę katorżniczą pracę. I to o połowę. Tylko mam nie słyszeć na Ciebie żadnych skarg — kiwnęło głową z krótkim westchnięciem.
Chudy machnął rozdrażniony ogonem. Dostał ochrzan! Najprawdziwszy ochrzan! To chyba pierwszy w jego życiu...
— A co Ty, mój Ojciec jesteś, żebym Cię pytał o zgodę?! — Miauknął rozdrażniony, ale zaczął człapać smętnie w stronę wyjścia. Mamrotał pod nosem jeszcze różne pierdoły.
— Chodziło o zgodę. O zioła bezmózgu! — Wykrzyczało jeszcze uczniowi na odchodne.
Chuda Łapa był więcej niż oburzony. Wręcz zaczął żałować tej kocimiętkowej eskapady! Chociaż nie… cofa to. Było wspaniałym, braterskim doświadczeniem.
Dotarł wreszcie do legowiska starszych. Zapach, jaki się tam unosił, wysuszał mu nozdrza od razu. Taki stęchły, może wilgotny poniekąd. W końcu zbliżała się zima, a w powietrzu unosiła się wilgoć od częstych deszczy. Mało tego, kiedy Chuda Łapa dotarł, zorientował się o obecności pewnego kota, z którym nie miał najmilszych doświadczeń… Trzcinniczkowej Dziupli. Chudy skrzywił pysk spanikowany. Co on teraz pocznie? Jak ma wykonywać tę karę bez żadnych skarg, kiedy już zdążył sobie nagrabić u niewidomego kocura?
Przełknął nerwowo ślinę, kiedy ktoś go zaczepił.
— Oh, kogo nam tu przywiało! — Radosne miauknięcie rozległo się za wychudzonymi plecami ucznia. Odwrócił się i wzrokiem błagał o niewypowiadanie jego imienia… ale Srebrzysta Łuna miała to w nosie. — Czy to nie Chuda Łapa?!
I bury był spalony. Widział, jak Trzcinniczkowa Dziupla rusza się w swoim legowisku. Chudy nie wiedział, co ma robić, więc spanikował i dał dyla. Normalnie wziął nogi za pas. Przyjdzie jutro!
W ten pozostały do zmierzchu czas zakręcił się przy legowiskach wojowników. Musiał je wymienić i posprzątać czy chciał, czy nie, więc spróbował zrobić to szybko. Problem w tym, że… szybkość i Chudy raczej się nie łączyły.
Brał mech, targał go pod krzewy, a potem wywlekał ten zużyty, uklepany. Padał na ryj, a był dopiero w połowie. Wziął głęboki wdech, podchodząc do kolejnego legowiska. Jego łapy same się chwiały. Ziarno maku przestawało działać, a on poczuł zawroty głowy. Uh… powinien pewnie nieco przytyć, by następnym razem (o ile takowy będzie) lepiej to znieść. Nocna Łapa się pewnie pozbierał w ciągu poranka. Ciekawe czy jeszcze żył, czy może mentorka go ukatrupiła gdzie w krzakach.
Zatoczył się na czyjeś posłanie. Usiadł na nim i wziął kilka wdechów, by nieco się zregenerować. Nie jadł nic dzisiaj jeszcze, tak więc naprawdę był, jak dętka. A to posłanie pachniało tak ładnie… świeżo skoszoną trawą.
Dał sobie chwilę na odpoczynek. Ta woń pomogła mu się zrelaksować i nabrać sił, by sprzątać dalej.
Pod wieczór nareszcie skończył. Starszych, żłobek i legowiska uczniów ogarnie jutro lub pojutrze, a teraz pora się położyć. Wyszedł z wojowniczych legowisk, łapy kierując ku jamie medyków. Wszedł do niej powoli, a jego kończyny drgały. Podreptał cicho do swojego kącika gdzieś pod ścianą. Padł plackiem, zasypiając niemal od razu.
<Koper? >
[liczba słów: 1780, medyczny trening Chudej Łapy]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz