W dniu mianowania
Po prawie dwóch księżycach w żłobku dziś był jego wielki dzień. Stąpał tylną łapą jak najdelikatniej po ziemi, udając, że jego chód jest jak najbardziej normalny. Prawda była natomiast taka, że jakiś czas temu, gdy to spacerował wieczorem po obozie, zranił się w łapę o ostrzejszą skałę. Rana wydawała się niewielka, ale wystarczająca, aby już wkrótce wdały się w nią zarazki. Poza tym nie była bezpośrednio na opuszku łapy, tylko na jej boku. Co znaczy, że zadrapanie pojawiło się już po wypadku, gdy chwiejnie próbował wstać z ziemi. Uważał, że to nic. Wyzdrowieje, przecież nie był słaby. Nie był psia mać kotką. Dlatego właśnie, ilekroć z kimś rozmawiał, chował zainfekowaną łapę, czy nawet zakrywał ją liściem, udając, że kawałek rośliny jest swego rodzaju ozdobą lub pamiątką. Co oczywiście było kłamstwem, bo ozdób nie lubił, a pamiątek nie posiadał. Rozciągnął się przy ziemi, wbijając pazury w ziemię z cichym mruknięciem. Wyszedł z legowiska, przenosząc wzrok z jednego kota na następnego. Dziś był jego dzień, ale on tego nie odczuwał. Najchętniej zostałby w domu dwunożnych, nawet jeśli sucha karma, którą dawali mu właściciele, była paskudna. Tam było mu przynajmniej wygodnie. Żył jak książę, a Mazurek i Mleczko byli królami. Do tego Piecuszka… Kopciuszek był przekonany, że jej śmierć była z jej winy. Była głupia. Nie doszłoby do tego jednak, gdyby nie zgubili się tamtego dnia. Nie byłby tutaj. Już po jakimś księżycu zaczął dostrzegać swego rodzaju niedogodności. Tu nie mógł go nikt głaskać. Tu nie był traktowany jak istota wyższa, nawet jeśli tam pokarm był obrzydliwy. Mimo to, gdy szedł przed obóz to z uniesioną głową. Nie powinien pozwolić sobie na opuszczenie gardy. Te wszystkie obce koty…obrzydzały go. Nie widział w nich nic poza pasożytami. Już nawet nie wspominając o ilości kotek, będących w obozie. Piecuszkę, swoją siostrę mógł jakoś znieść. Choć czasem było rzeczywiście ciężko. Dlatego szkoda mu było jej śmierci, choć tylko na początku. Wkrótce zaczął mówić sobie, że najwyraźniej była ona tak słaba, jak ich matka. Wzruszył ramionami, powoli myjąc swoje futerko. Była jeszcze jedna rzecz. Te koty są…brudne. Widząc wszystkie te zakurzone futra, miał ochotę wepchnąć je do wody. Oczywiście najlepiej z klifu. Wtedy może przy okazji sami by się wyeliminowali. Z tymi właśnie myślami mył dokładnie jedną ze swoich łap. Wysunął pazury, przyglądając się im uważnie. Zdawało się mu, że od pobytu tutaj coś w nim skamieniało. Był niemalże beztroskim kociakiem, a teraz wydawał się jakiś nieobecny, a nawet arogancki. Chociaż nie, być może był już taki wcześniej. Zdecydowanie preferował jednak dom z Mleczkiem, Mazurkiem, Raniuszkiem, Białozorem, Karliczką i…Piecuszką. Kocur, ilekroć o niej myślał, musiał koniecznie w coś uderzyć. Umarła, bo była głupia. Tylko dlaczego jej w takim razie nie ochronił? Może to on był w rzeczywistości tym słabym? W końcu powinno się chronić tych słabszych. Głupszych. Jak zwał, tak zwał. Widząc nadchodzącą Pikującą Jaskółkę, uniósł zainteresowany ogonek. Dokładnie wczoraj, gdy to wyszedł z obozu jakoś przy zachodzie słońca, przyszedł do kotki z zapytaniem. Chodziło mianowicie o jej dziwne imię. Nie wydawało się mu, żeby mogła sobie ot, tak dawać imiona i rangi uczniom, jeśli nie jest jeszcze tą…Gwiazdą. Nie wyglądała na zbyt zadowoloną z tego niewinnego pytanka, a teraz również na jej pysku gościł naburmuszony wyraz. Zmarszczył brwi, zastanawiając się, o co też może chodzić kotce.
“Krzywi pysk jakby właśnie doświadczyła zepsutej zwierzyny” zachichotał w myślach kociak.
Kotka zwołała w końcu klan, czemu nadal przyglądał się zaciekawiony kocurek. Spojrzał, jak ponownie otworzyła pyszczek i westchnął cicho.
— Kopciuszku, ukończyłeś sześć księżyców i nadszedł czas, abyś został uczniem. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika będziesz się nazywać... — przerwała, spoglądając na kociaka z nieco pogardliwym wyrazem pyska. — Majacząca Łapa — mruknęła w końcu, co spotkało się ze zdziwionymi sapnięciami ze strony niektórych klanowiczów. Sam świeży uczeń położył uszy po sobie nagle przerażony.
“Majacząca Łapa? Jak ja do jasnej zdobyczy mam mieć w tym klanie jakąś reputację! Pogrzało ich?” pomyślał oburzony, jeżąc lekko swoje futro.
— Twoim mentorem będzie Pajęcza Nić. Mam nadzieję, że Pajęcza Nić przekaże ci całą swoją wiedzę — miauknęła kotka, patrząc na wojowniczkę.
Kocur zaczął się rozglądać dookoła za swoim nowym mentorem i zjeżył futro, gdy już się zorientował. Jego mentorem…była kotka. Miała szylkretowe futro i pół pyska oznaczonego bielą. Wyglądała, jakby podczas ceremonii była obecna tylko ciałem. Kotka. Oczywiście. Złoty już wiedział, że ją znienawidzi.
“Jasny gwint, przecież ona niczego mnie nie nauczy" pomyślał i już miał ochotę rzucić się z klifu, ale postura kotki wydawała się mu też w jakiś sposób ciekawa. Postanowił, więc jak na razie zostać. Jeśli coś się stanie, zawsze będzie mógł zacząć szydzić z kotki. Chyba że to ona będzie szybsza, ale już jego w tym głowa, aby nigdy do tego nie dopuścić.
— Pajęcza Nicio, jesteś gotowa do szkolenia własnego ucznia. Otrzymałaś od swojej mentorki Postrzępionego Mrozu doskonałe szkolenie i pokazałeś swoją szybkość i dumę. Będziesz mentorem Majaczącej Łapy, mam nadzieję, że przekażesz mu całą swoją wiedzą — miauknęła, rzucając jeszcze wzrokiem na oboje.
“Co za okropna ceremonia. Odnoszę wrażenie, że pani Jaskółeczka mnie nie lubi” prychnął w myślach, liżąc się krótko po łapie. Zetknął się nosem z wojowniczką i przeszyło go nieco dziwne uczucie. Obrzydzenie zmieszane z nienaturalnym dla niego strachem. Odsunął się szybko i wytrzepał futro. Kiwnął głową w stronę kotki, ale nadal z tym samym wykrzywionym grymasem niezadowolenia. Usłyszał jeszcze klan wołający jego imię i nabył ogromnej ochoty zawyć żałośnie. Zamiast tego tylko przeklął pod nosem i ruszył w stronę wyjścia z obozu. Czekał na mentorkę tylko kilka odbić serca, jednak było to wystarczające, aby go zirytować.
— Oprowadź mnie — mruknął tylko, kopiąc kamyk, przez co odrobinę stracił równowagę i przez przypadek ustał na tę łapę, na którą nie powinien.
Zassał nerwowo powietrze.
— Klanie Gwiazdy! — zawył zdenerwowany. — Psia mać łapa! — dodał, zupełnie nie zwracając uwagi na swoją mentorkę stojącą zaraz obok.
Gdy już się uspokoił, spojrzał na szylkretkę z przymrużonymi powiekami.
— No co? — zapytał. — Chodź, nauczysz mnie czegoś. O ile coś potrafisz — dodał zmęczonym głosem.
<Pajęcza Nicio?>
[975 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz