Ostatnie zgromadzenie, na którym była Iskrząca Nadzieja (czyli to z akcją z Rudzik Pierze i Aminkiem) (TV coś w stylu myśli samobójczych)
✩ ★ ✩ ★ ✩
Kolejne zgromadzenie. Po co ja w ogóle na nie przychodziłam? Usiadłam byle gdzie, nie do końca zważając na otoczenie. Byłam jakby w bańce. Każdy Wilczak to widział. I każdy wiedział, dlaczego. Mimo to jednak czułam na sobie palące spojrzenia pobratymców. Słyszałam. Słyszałam to wszystko. Słyszałam te wszystkie szepty. Te wszystkie domysły. Oskarżenia. Nawet Zalotna Gwiazda — kotka, z którą rozmawiałam kilka razy. Którą uznawałam za oparcie. Która dawała mi to oparcie, kiedy go potrzebowałam. Ta sama kotka, która zapewniała mnie o tym, że będę dobrą matką. Nawet ona patrzyła na mnie krzywo. Jakby wierzyła w to, że to wszystko jest moją winą. A przecież nie było. Prawda?.... Sama nie wiedziałam. Powoli, z każdym dniem, każdym uderzeniem serca, przestawałam wierzyć samej sobie. Swoim przekonaniom. Swoim zmysłom. Jakbym zaczęła wariować. Nieobecnym wzrokiem błądziłam gdzieś w oddali, całkowicie wyłączona z rzeczywistości. Z każdym kolejnym tchnieniem moja zazwyczaj tak jasna iskra gasła, a każdy taki właśnie oddech, był jak cios w płuca, serce... We wszystko naraz. Po prostu we mnie. Na zimną niczym lód skałę wprost pod moimi łapami spadło kilka słono-gorzkich łez. Spuściłam wzrok, wraz z całą głową na Bursztynową Wyspę, na której właśnie siedziałam, a moje myśli pędziły niczym stado wygłodniałych, krwiożerczych psów, próbujących dopaść biednego, bezbronnego króliczka… Biednego, bezbronnego kicusia, który nie robił nikomu krzywdy.
”To wszystko jest do bani… Jaki jest w ogóle cel mojego istnienia. Po co to wszystko. Jaki jest cel mojego żałosnego użalania się nad samą sobą, nie robiąc nic dobrego ani dla ogólnikowego Klanu Wilka, ani dla nikogo pojedynczego, ani w ogóle dla kogokolwiek, włącznie ze mną samą? Lepiej by było, gdybym nigdy się nie urodziła… Makowy Nów, moje siostry, rodzicielka… Moje dzieci… Mój były partner… W ogóle cały Klan Wilka. Nikt nie musiałby się za mnie wstydzić. Jestem po prostu żałosnym rozczarowaniem… Klanie Gwiazdy, po co wysłałeś mnie na ten świat? Za co… Co ten świat zrobił, żeby aż tak go kazać?...”
Pociągnęłam nosem, strzygąc jednym uchem. Zatopiona we własnych przemyśleniach, nie zwracałam uwagi na otaczające mnie koty, będąc w swoim świecie, kiedy jakaś kotka niosąca ze sobą aromat Klanu Burzy, jakby wyrosła z ziemi (a raczej skały) tuż przede mną.
— Cześć… Wszystko dobrze? — spytała Burzaczka, strzepując swoim puchatym, idealnie ułożonym ogonem.
— J-ja, yyuhhh… — wyjąkałam, łapą wycierając łzę, spływającą po moim policzku.
Kocica przekręciła lekko głowę, ze smutnym uśmiechem na pyszczku.
— Ta-tak… Jest okej. Al-ale dziękuję, że, no… Pytasz.
Również słabo się uśmiechnęłam, nie chcąc wyjść na niemiłą lub słabą w oczach kogoś z innego klanu. Przecież sama Makowy Nów by mi tego nie wybaczyła!
— Widzę w twoich ślepiach ból… Ból utraty… Nie wiem, kogo straciłaś, ale bardzo Ci współczuję…
Przez kilka uderzeń serca między mną a srebrną nawiązała się taka cisza, którą ciężko opisać. Niby taka normalna jakby przyjemna, niby nie do końca… Ciężko było ją jakkolwiek nazwać.
— Ja… Dziękuję… To wiele dla mnie znaczy…
— Cóż, Klan Gwiazdy ostatnimi czasy nie był dla mnie łaskawy. Straciłam kotkę, która była dla mnie niczym matka, partnera, syna, siostrzeńca, przyjaciółkę, byłego ucznia… A-ale jest już lepiej… Wiesz… Dziękuję, że do mnie podeszłaś i… I no…
Na pysku pręguski znów pojawił się słaby uśmiech.
— Nie ma sprawy… Wnioskując po zapachu, jesteś z Klanu Wilka?
— Tak… A Ty z Klanu Burzy?
Obydwie zachichotałyśmy, a w tym samym czasie coś na skale, z której przemawiali przywódcy, zaczęło się dziać. W pewnym momencie zastępca Buraków przywołał moją rozmówczynię ruchem ogona.
— Przepraszam, muszę już iść, miło było cię poznać! — mruknęła, po czym popędziła do kocura.
Również zerwałam się z pozycji siedzącej, strzygąc czekoladowo-białym, puchatym ogonem.
— J-ja nawet nie znam Twojego imienia! — krzyknęłam za srebrzystą, jednak nie dostałam odpowiedzi, bo zapewne mnie nie usłyszała.
— O-oh… — szepnęłam w sumie sama do siebie, siadając tam, gdzie wcześniej.
W sumie to przez resztę zgromadzenia siedziałam tam, nie zwracając uwagi na to, co się dzieje, próbując wyszukać gdzieś w odmętach pamięci, czy mogłam kiedyś usłyszeć imię znajomej-nieznajomej kocicy.
„Była… Bardzo miła! Mam nadzieję, że za niedługo los połączy siły z Klanem Gwiazdy i znów przetnie nasze losy kolejnym spotkaniem. Kto wie, może nadejdzie ono szybciej, niż któraś z nas mogłaby przypuszczać?”
Następnego dnia po patrolu z Księżycową Łapą (tw opis krwi)
✩ ★ ✩ ★ ✩
Zielone Liście powoli zmieniały swoje kolory, przybierając barwy bursztynu, słońca górującego nad moją głową, oraz popołudniowego nieba, wraz z tą właśnie ognistą gwiazdą, znikającą gdzieś w oddali na horyzoncie, aby oddać podniebną scenę wprost dla tańcujących na nim gwiazdach, oraz lśniącemu księżycowi. Zawsze, kiedy patrzyłam w niebo, niezależnie od pory dnia czy nocy, myślałam o przeszłości. O moim słońcu, które zaszło za horyzontem, zostawiając w mnie w ogniu rozpaczy. Ostatnio jednak zaczęłam tłumaczyć to sobie w ten sposób, że Klan Gwiazdy to wszystko zaplanował. Może to był rodzaj jakiejś próby? Jakiegoś testu? Może to było wypisane w gwiazdach już od dawien dawna, a może tak po prostu musiało być, a ja i tak nie mam do wyboru nic innego, prócz zostawienia tego wszystkiego za sobą i pójścia dalej. Ta myśl w pewnym sensie dodawała mi otuchy. Podniosłam wzrok, aby ujrzeć nieboskłon, na którym pojedyncze, niewielkie chmury sunęły w swoim własnym tempie, jakby nie przejmowały się niczym innym.
— Niebo jest dziś niemal czyste, nie zapowiada się na deszcz — szepnęłam sama do siebie.
— Okej, z tego, co mi wiadomo, nie polowaliśmy na tej części naszych terenów od jakiegoś czasu, więc mam nadzieję, że kiedy słońce będzie górować, każda para pokaże mi się z pyskami pełnymi zwierzyny — powiedziała moja siostra, Jaskółcze Ziele, która akurat prowadziła nasz patrol.
Zatrzymaliśmy się gdzieś między Czarnymi Gniazdami a Potworną Przełęczą, kiedy Jaskółka kontynuowała.
— Podział jest dość oczywisty. Tropiąca Łasko, pójdź proszę razem z Nocną Łapą w okolice granicy z Klanem Klifu. Cienista Zjawo, Kryształowa Łapo, możecie spróbować pójść głębiej w las, jakbyście mieli iść wprost do Spalonej Zatoczki. Ja i Iskrząca Nadzieja przejdziemy się w okolicach granicy z Klanem Burzy. Tak jak wcześniej mówiłam, spotykamy się tu, kiedy słońce będzie górować. Powodzenia!
Dwójka wojowników oraz dwójka uczniów pokiwała przez chwilę głowami, po czym każda para rozeszła się w swoje wyznaczone strony.
Futra moje i siostry lekko stykały się ze sobą, kiedy szłyśmy krok w krok tym samym tempem.
— Myślisz, że upolujemy jakiegoś dorodnego zająca? — zagadała swobodnie czarno-biała, a w tym samym czasie w powietrzu dało się wyczuwać coraz mocniejszy aromat łąk oraz wcześniej wspomnianych zająców, ale nie tylko ich.
Było tego tak dużo, że w zasadzie ciężko było wyłapać pojedyncze zapachy. Mimo takiej różnorodności ta mieszanina była zdecydowanie przyjemna.
— Mam taką nadzieję! W sumie, jakby się tak zastanowić, to chyba nigdy nie jadłam ani żadnego królika, ani żadnego zająca… A Ty?
Ziele zmrużyła swoje żółte oczy, przez chwilę się namyślając. Często słyszałam, że oczy są zwierciadłem duszy danego zwierzęcia. Sama też tak po części uważałam. Nie chodziło mi jednak o ich kolor, kształt czy skośność. Moim zdaniem, oczy ukazywały emocje, które aktualnie grały w środku. I choćby cała postawa, włącznie z pyskiem, była niewzruszona… Wręcz można by rzec… Kamienna… Tak ślepia, powiedzą ci wszystko. Czy tego chcesz, czy nie.
— Ja chyba jadłam. Raz. Kiedy byłam świeżo mianowaną wojowniczką. Nie pamiętam już nawet, jak smakował!
Uśmiechnęłam się na wpół do samej siebie, na wpół do niej.
— Wiesz co? Wczoraj prowadziłam patrol łowiecki, na którym był Twój syn, Księżycowa Łapa. Powiedział, że mam śliczne oczy! To było takie miłe… Dobrze go wychowujesz, Jaskółcze Ziele. Tak swoją drogą, wiesz, co raz słyszałam? Gdyby nie to, że mamy niemal takie same oczy to nikt nigdy by nie powiedział, że jesteśmy siostrami! Czy ja wiem, może jest w tym trochę prawdy?
Rozmawiałam tak z siostrą jeszcze przez krótką chwilę, dopóki obydwie nie wyczułyśmy woni jakichś zdobyczy. Wojowniczka wybrała się nieco w las w poszukiwaniach szpaka, podczas gdy ja postanowiłam zostać niedaleko granicy z Klanem Burzy, gdzie upolowałam już nornice, sikorkę oraz dwie myszy.
Przyjęłam pozycję łowiecką, chcąc jednak zapolować inaczej, niż zwykłe. Zamiast chować się wśród gąszczu, próbując wtopić się w las, postawiłam na szybkość. Osłona lasu była dla mnie okej, jednak przyjemniej było mi na otwartym terenie, takim jak różne pola, czy łąki pełne pięknych kwiatów. Nie byłam jakoś bardzo umięśniona, wręcz… Szeroka w barkach czy ogólnie większej masy tak, jak większość Wilczaków, ale za to atletyczna i zwinna. Szybkość zdecydowanie się ze mną lubiła. Zauważałam pewien schemat dotyczący zarówno walki, jak i polowań. Koty, wśród których żyłam, najczęściej wykorzystywały swoją przewagę masową bądź liczebną (jeśli takowe opcje były dostępne). Ja wolałam polegać na planie i strategii. Rzadko kiedy podejmowałam działania bez strategii czy planu, nawet w rzeczach najbardziej codziennych. Teraz na przykład też miałam plan. Widziałam swoją ofiarę. Zając był dorodny i utuczony. Wyglądał, jakby na chwilę stracił czujność, ponieważ nie rozglądał się dookoła, tylko zajadał ze smakiem upatrzone mlecze. Zrobiłam kilka kroków w jego stronę, upewniając się, że idę pod wiatr. W końcu, kiedy uznałam, że jestem wystarczająco blisko, zaczęłam biec w jego stronę nie zważając na to, czy robię przy tym szelest, bądź jakikolwiek inny typ hałasu. Istota, zaalarmowana przez mnie samą moją obecnością, zaczęła w popłochu uciekać przed siebie. Uśmiechnęłam się pod nosem, lekko skręcając, aby puszek przypadkiem nie wybiegł za granicę z Klanem Burzy. Tym samym wpędziłam go w miejsce, w którym połowa (jeśli nie więcej) podłoża, była obłożona jeżynami i lśniącymi kamieniami, co utrudniało ucieczkę. W końcu wykonałam finalny skok, sprawnie kończąc cierpienie stworzenia.
— Dziękuję Ci Klanie Gwiazdy, za ofiarowanie mi tej zwierzyny, niech Wasze łowy będą udane tak, jak dziś moje — szepnęłam, zamykając na chwilę ślepia w kolorze łagodnych promieni płonącego słońca, które właśnie mieniło się na otwartym nieboskłonie.
— Nieźle to wymyśliłaś.
Głos za mną odezwał się tak nagle, że lekko podskoczyłam. Lądując, poczułam ból przeszywający poduszeczkę mojej tylnej łapy.
— Au- — wyrwało mi się, jednak szybko zasłoniam pyszczek swoim puchatym, czekoladowo-białym ogonem.
Po mniej niż uderzeniu serca odwróciłam się do — jak się okazało — ostatnio poznanej na zgromadzeniu kotki, której imienia nie dane było mi poznać.
— O-oh, to Ty! — miauknęłam, rozjaśniając się.
— Tak, to ja, we własnej osobie — zachichotała kocica, siadając tuż przy naszej wspólnej granicy.
— Miło Cię znów widzieć! A i no, dziękuję… Zawsze obmyślam plan. Wiesz… Ostatnio nawet się sobie nie przedstawiłyśmy! Ja jestem Iskrząca Nadzieja, wojowniczka Klanu Wilka.
Przedstawiając się, lekko się ukłoniłam, mając jednak podniesioną przednią łapę do góry.
Srebrna znów zachichotała, ale tym razem szybko przestała.
— Coś stało Ci się w łapę, wszystko w porządku? — spytała z troską, przerzucając swoje błękitne spojrzenie między kończyną a moimi złotymi ślepiami.
— To nic takiego! Chyba po prostu wbił mi się jakiś kolec… Jak wrócę z patrolu, to zajdę do znajomego medyka, Roztargnionego Koperka, gdyby było gorzej… Nie masz się co martwić, ale… No, wiesz… Dzięki za troskę.
— Nie ma za co — odparła, poprawiając lokowaną grzywkę łapą.
Pręguska wyglądała, jakby przez chwilę coś rozważała. Po mniej niż dwóch uderzeniach serca również delikatnie się ukłoniła, nakładając na srebrzysty pyszczek szarmancki uśmiech.
— Wypadałoby, abym też się przedstawiła! Jestem Sójczy Błękit, wojowniczka Klanu Burzy, bardzo miło mi Cię poznać, Iskrząca Nadziejo! Bardzo podoba mi się twoje imię, jest takie radosne i dodające otuchy!
Lekko się zarumieniłam, odpowiadając wojowniczce.
— Cóż, mi także jest bardzo miło i też lubię Twoje imię. Brzmi tak dostojnie i elegancko… Sójki to moje ulubione zwierzęta, czasami przechadzam się po lesie, aby pozbierać ich pióra, ale to już pewnie zauważyłaś!... Jeśli kogoś bardzo lubię, daję mu jedno ze swoich piór, aby pokazać, że jest mi bliski! Wiesz, osobiście bardzo lubię koty z Klanu Burzy… Dałam jedno ze swoich piór Rudej Lisówce oraz mam zamiar dać je jednej mojej znajomej, która też jest Burzaczką!
Srebrzysta uśmiechnęła się, strzepując uszami.
— W takim wypadku, może polubisz moją córkę, właśnie jest ze mną na patrolu, więc powinna tu zaraz przyjść! — mruknęła wesoło, a ja na samą myśl zaczęłam się ekscytować.
W pewnym momencie usłyszałam za kocicą dość znajomy głos.
— Mamo? Z kim tam rozmawiasz?
Kiedy Sójka odsunęła się z widoku, zobaczyłam… Kota, którego znam
Za rudą stała — także ruda — Rudzik. Konkretnie Rudzikowe Skrzydełko.
Z lekkim zdezorientowaniem przeskakiwałam wzrokiem między jedną a drugą, nie do końca wiedząc co zrobić.
— Rudzikowe Skrzydełko?...
Starsza patrzyła to na mnie, to na — jak się okazało — swoją córkę z już nie tak wyraźnym uśmiechem.
— Iskrząca Nadzieja? A co ty tu robisz?
Błękit też wydawała się zdezorientowana.
— Czekaj, czekaj chwilę. To wy się znacie?
— Umm, chyba na to wychodzi! — mruknęła koteczka z wywiniętymi uszami i lekkim uśmiechem na pyszczku.
— Cóż za zbieg okoliczności! — zaśmiała się Burzaczka w ramach odpowiedzi skierowanej do jej córki.
Przez jakiś czas rozmawiałyśmy tak we trójkę, kiedy jakiś inny kot mnie zawołał. Po głosie rozpoznałam, że była to moja siostra.
— Wybaczcie, ale muszę już iść, moja siostra mnie woła. Miło było mi was spotkać, miłego spaceru i miejmy nadzieję, że do zobaczenia niebawem!
Wojowniczki również się ze mną pożegnały, najwyraźniej postanawiając kontynuować wspólny spacer po swoich terenach, a ja pokuśtykałam do Ziela.
— Cześć Iskierko, nie wiem jak u ciebie, ale moje łowy nie były zbytnio uda- Ojeju, co ci się stało w łapę? — zaczęła mówić zatroskanym tonem czarna.
— Aj tam, to nic takiego, po prostu coś wbiło mi się w łapę, nie przejmuj się mną, Jaskółko! — miauknęłam z uśmiechem, mimo iż łapa, a raczej jej poduszka, zaczynała piec i boleśnie pulsować.
— To nie wygląda za dobrze… — odparła wojowniczka, jednocześnie podchodząc bliżej.
Podniosłam łapę i ujrzałam kawałek szkła, wbity głęboko w moją poduszeczkę.
— O-oh… Rzeczywiście… Cóż, jak już wrócimy, to przejdę się do Roztargnionego Koperka, ono na pewno mi pomoże!... Ale cóż, skoro twoje łowy nie były idealne, mogłabyś pomóc mi w przeniesieniu mojej zwierzyny? Jak coś, to część była upolowana przez ciebie!
Moja siostra delikatnie się uśmiechnęła.
— Jasne Iskierko, ale teraz przede wszystkim chodźmy, zanim wda ci się tam jakieś zakażenie czy inne świństwo — mruknęła, po czym obydwie poszłyśmy w miejsce, w którym miałyśmy spotkać się z resztą kotów.
✩ ★ ✩ ★ ✩
Po przyjściu do obozu moja siostra od razu zaprowadziła mnie do miejsca, w którym przebywali medycy, a tam zajęła się mną Cisowe Tchnienie. Na szczęście szkło nie wbiło się aż tak głęboko, abym musiała odpuszczać sobie wszelkie aktywności na więcej niż dzień. Aby upewnić się, że nie wda się żadne zakażenie, a rana będzie się dobrze goiła, następnego dnia przyszłam, aby któryś z medyków rzucił na to okiem. Był to akurat Chuda Łapa, którego bardzo polubiłam. Teraz byłam na samotnym spacerze wśród wysokich wilczakowych drzew. To były te same okolice, w których ostatnio spotkałam dwie przemiłe srebrzysto-rude kocice. Za każdym razem, kiedy zatapiałam się w myślach, w ogóle nie patrząc na to, gdzie łapy mnie niosą, znajdowałam się niedaleko tej granicy. Cóż, najwyraźniej coś przyciągało mnie do Burzaków! Do mojego nosa dostał się przyjemny aromat rozległych łąk i zająców, kiedy nagle kątem oka wyłapałam rudą plamę. Odwróciłam się w tamtą stronę i ujrzałam niewielki patrol graniczny, składający się z trzech rudych futer. Jednym z nich był mój stary znajomy, Ruda Lisówka, drugiego kojarzyłam jedynie ze zgromadzeń, a jej imię kojarzyło mi się z członem Śnieżyca, natomiast trzecim była Rudzikowe Skrzydełko.
Podeszłam trochę bliżej granicy, oczywiście jej nie przekraczając i przyjaźnie pomachałam do pręgusów.
— Cześć Ruda Lisówko, cześć Rudzikowe Skrzydełko, miło mi was znowu widzieć!
Cała trójka skierowała na mnie swoje uważne spojrzenia. Na początku na pysku Lisówki tkwił wyraz dość ciężki do odgadnięcia, jednak chyba wtedy mnie rozpoznał, ponieważ cały się rozpromienił.
— Hej, Iskrząca Nadziejo, szmat czasu Cię nie widziałem! Nie mam rudego pojęcia, skąd znasz Rudzik, ale to jest Śnieżycowa Chmura. Czy coś cię sprowadza na naszą granicę?
Uśmiechnęłam się, siadając z lekko podniesioną łapą.
— Nie, po prostu chodziłam przy granicach, ciesząc się naturą na spacerze!
Rudzielec podszedł nieco bliżej granicy, a ja po uderzeniu serca dodałam.
— Jejku, jesteście kolejnymi rudymi burzakami, jakie poznaję! To jakaś norma i cały klan jest rudy? — zagadałam, przeskakując spojrzeniem złotych ślepi między trzema pręgusami.
< KFC? Odpowiesz koleżance mamy (i swojej w sumie też)? >
Wyleczeni: Iskrząca Nadzieja
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz