BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Skrzelowy Szept x Karasiowa Ławica. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Skrzelowy Szept x Karasiowa Ławica. Pokaż wszystkie posty

14 maja 2025

Od Skrzelego Szeptu

 Ostrzeżenie: Opowiadanie porusza wątek choroby psychicznej oraz graficzny opis polowania.

przeszłość

Początkowo życie na wygnaniu było ciężkie. Nieustające napięcie i stres dawały się kocurowi we znaki, narażając jedynie już i tak niepokojące symptomy. Żyjąc na dzikim terenie, przez większość czasu, polując samotnie dla zwiększenia efektywności, pozwalało jego umysłowi pogrążać się powoli w swoich halucynacjach. Teraz cienista postać o czerwonych oczach była codziennością. Nieustająco śledząc każdy jego krok. W pewnym momencie Skrzelik wręcz przestał zwracać na niego uwagę.
Tak samo, jak ignorował nagabywania nieznajomego, starannie pozostawał ślepy na coraz to bardziej zaniepokojone spojrzenia rzucane mu siostrę. Ciężar przetrwania bez Klanu przygniatał ich już wystarczająco. Nie zamierzał kłaść kolejnych głazów na jej barki. Z dnia na dzień musiał coraz bardziej gryźć się w język. Jego siostra była wspaniałym wojownikiem! Powinna znaleźć nowy Klan, jeżeli tamta banda bucy postanowiła pozostać tą samą sroczą kupą jak do tej pory. (Heh dosłownie Sroczej). Choć wątpił, czy aby na pewno, nawet jeżeli Nocniaki zmieniły swój sposób myślenia to, czy aby na pewno byłoby dla nich miejsce wśród wiecznie podejrzliwych spojrzeń. Zresztą Karaś była zbyt dumna na powrót z wygnania z podkulonym ogonem.
Dni wydłużały się powoli, a chłód zimy znikł na dobre. Promienie iskrzącego słońca nadal igrały na źdźbłach zieleniejącej trawy, ale nie czuł już przemarzania łap do skostniałej ziemi. Ten czas w roku był najbardziej ruchliwy w całym kręgu natury. Wszystko roiło się i wiło w radosnym podnieceniu. Rodzeństwo również nie próżnowało. Polując od świtu do zmierzchu byli w stanie wykarmić się, a nawet odłożyć nieco zwierzyny na inną porę. Jak do tej pory mimo wewnętrznych walk i podwójnego cienia życie toczyło się dobrze.
Dzień był pogodny. Skrzelik wstał wcześniej niż zwykle, mając szansę chwilę przypatrzeć się spokojnej, uśpionej twarzy siostry. Wygnanie odcisnęło na niej wyraźne piętno. Kiedyś lśniące futro teraz nieco zmatowiało, a przyjemny tłuszczyk, trzymający się jeszcze z czasów kocięcych, znikł kompletnie.
Kichnął, gdy zimne poranne powietrze załaskotało go w nos, napuszając przy tym sierść. Niestety nie pomogło to odpędzić chłód z pozostałych jeszcze resztek ciepłego snu. Ziewnął szeroko, a jego kły błysnęły w pokazie swej ostrości. To czas na poranną toaletę, pomyślał sobie i zaraz to przystąpił do dokładnego wylizywania przednich łapek. Starannie ocierał nimi pyszczek, wąsy, a nawet ucho. Od czasu ucieczki dużo łatwiej było mu dbać o higienę. Bez nieustającego poczucia bycia obserwowanym przez nieprzychylnych członków klanu miał zdecydowanie większą ilość czasu, którą mógł poświęcić dokładnej kąpieli. Czasem, gdy wieczorami ostatnie promienie słońca oświetlały głaz leżący w pobliżu kryjówki rodzeństwa, oboje wychodzili na szczyt i dzielili się językami. Ta czynność, właściwie porzucona podczas życia w Klanie teraz na nowo wzmacniała ich więzi.
Mimo chłodu i okazjonalnego głodu Skrzelik nie mógł zdobyć się na żałowanie decyzji o ucieczce. A niech ich wszystkich nocne ptaszyska porwą! Nie żal mu było nawet matki czy siostry. Ba! Te wyrzekły się jego już dawno temu! Czemu miałby się nimi przejmować! Dużo bardziej obchodziło je czy futerko na grzbiecie nie odstaje im przypadkowo po długiej drzemce, niż rzeczywistym szykanowaniem ich syna i brata. Gardził nimi… Bardzo długo zajęło mu dojście do tego punktu. Przez większość czasu obwiniał się, jak by rzeczywiście mógł jakoś wpłynąć na ich zdanie! Te dni na wygnaniu tylko bardziej utwierdziły go w przekonaniu, że cała ta propaganda przeciwko czekoladowym kotom to stek bzdur. Pewnie pomogły w tym też pełne pasji wykłady, których udzielała mu Karaś. Zawsze z wyprężoną piersią, nosem uniesionym zadziornie do góry siadała na ich omszałym głazie i wykładała swoje przekonania, jak gdyby miała przed sobą cały tłum kotów. Było to poniekąd zabawne, nieco absurdalne. O to dwa wyrzutki siedzące w lesie pełnym lisów jak głupie, a ponadto puszące się dumą i autorytetem się jak dmuchane bażanty. Po każdym takim występie Skrzelik wręcz tarzał się wśród liści ze śmiechu, a piorunujący wzrok jego siostry tylko pogłębiał dalszą głupawkę. Było to dobre. Nie pamiętał, kiedy ostatnim razem śmiał się tak głośno. Może nawet nigdy? Nie był specjalnie głośnym czy przebojowym kociakiem, nie wspominając nawet o późniejszym okresie dorastania, gdzie w ogóle było ciężko go przyuważyć na mówieniu.
Tego dnia czekało go sporo pracy. Zwierzyna pochowana już od jakiegoś czasu w tylko im znanych kryjówkach musiała zostać spożyta dnia poprzedniego, więc teraz czas był na świeżą zdobycz. Szczerze mówiąc, Skrzelik nie mógł się wprost doczekać smaku jeszcze ciepłego piszczka. Dlatego też nie zważając na siostrę wyruszył wczesną porą na łowy. Po wygnaniu udali się w stronę, z której wschodziło słońce. Tereny, które zazwyczaj odwiedzał w celach polowań, choć nie należące do Klanu Nocy, znajdowały się nadal stosunkowo blisko. Właściwie to po drugiej stronie rzeki. Dlatego też od czasu do czasu, jeżeli zbliżył się dostatecznie, nadal wyczuwał znajome oznaczenia członków Klanu. Jednak z czasem zapachy stawały się coraz bardziej obce, a tym samym mniej przychylne. Trzymał się więc od wody możliwie daleko i zwykle wędrował w dół biegu rzeki.
Dziś nie było inaczej. Przejechał raz jeszcze łapą po pyszczku, żeby przygładzić niesforny wąs, a następnie ruszył przed siebie. Chociaż godzina była wczesna, las cały już świergotał i wręcz trząsł się od mnóstwa stworzeń. Kocurek liczył więc, że dzisiejsze łowy zakończą się samymi sukcesami. Droga przez zarośla nie była tak ciężka, jak ta nad samym brzegiem, dlatego już po niedługim czasie wyłonił się na skraju polany i przycupnął nieopodal przekrzywionego pnia brzozy. Siedział nieruchomo, pozwalając dźwiękom przykryć się, a tym samym pozostać niezauważonym dla potencjalnego obiadu. Nie musiał też czekać długo, gdyż po chwili z pobliskiej norki wyskoczyła duża i okazała nornica. Najwyraźniej odchowana już po najgorszych zimowy mrozach, myła teraz swoje futerko w blasku wschodzącego słońca. Pomimo że to stworzenie zazwyczaj łatwiej było złapać nocą, gdy całe ich stada wręcz wybudzały się ze snu, od czasu do czasu można było mieć szansę taką jak ta, gdzie jakaś spóźniona nornica przypałętała się na powierzchnię. Skrzelik odczekał kilka uderzeń serca, aby mieć absolutną pewność co do czystości przestrzeń do skoku. Zwisający z brzozy poplątany bluszcz stanowił potencjalną przeszkodę, w którą łatwo mógł się zaplątać i zepsuć całe polowanie. Nic jednak nie stało na przeszkodzie. Podniósł więc nieco zadek do góry, zakołysał nim żeby nabrać rozpędu i… BAM! Skoczył do przodu i zacisnął zęby na piszczku. Aha! Śniadanie podano!

***

obecnie

Pora nowych liści odeszła tak szybko, jak przyszła i teraz wysokie słońce coraz częściej przygrzewało za dnia. Noce były krótsze, a woda coraz cieplejsza. Jedzenia nadal było mnóstwo i Skrzelik po raz pierwszy poczuł się silny. Choć nadal bardzo szczupły, wreszcie przybrał na wadze, a wcześniej miękkie zaokrąglenie szczęki nabrało ostrości. Urósł też nieznacznie, jeszcze bardziej przypominając swojego ojca. Wprawdzie nadal brakowało mu sporo w porównaniu do innych znacznie większych wojowników, nie był już drobny. Wiązało się to też z wieloma wygodami, a raczej koniecznością, jaką nakładało na niego życie bez Klanu. Teraz z siostrą musiał zapewniać sobie nie tylko wyżywienie, ale i ochronę przed wszelkiego rodzaju zagrożeniami. Niejednokrotnie musieli zmieniać miejsce, przesuwając się coraz bardziej i bardziej w nieznane tereny. Ostatnio jednak przyciśnięci przez parę lisów, która tropiła ich już od kilku dni, musieli wrócić na bardziej znajome tereny. Trawa tutaj wydawała się jakaś bardziej bujna, zielona i po prostu domowa.
Mimo tak częstych przeprowadzek Cień trzymał się go, jak rzep. Nieustająco depcząc mu krok w krok. Zazwyczaj stał po cichu w niewielkiej odległości, ale czasem też podchodził bliżej i szeptał do niego nieprzyjemnie. Poza czarnym kocurem widział również parokrotnie koty z Klanu. Te jednak zawsze z pewnej odległości. Pierwszy raz, gdy zobaczył kremową kitę Bursztynowej Łapy, czmychnął na drzewo, ale kociak, zaraz zniknął za krzewem kwitnącego bzu. Potem, wieczorem, gdy siedział z siostrą w obecnej kryjówce, przyszło mu do głowy, że niemożliwe było, żeby to rzeczywiście był Bursztynowa Łapa. Od czasu, gdy ostatni raz go widział, minęło sporo czasu. Kocur powinien być znacznie większy i pewnie już dawno został wojownikiem! Jedyne co przychodziło mu do głowy to, że było to swego rodzaju przywidzenie. Postanowił więc przeprowadzić mały test. Parę dni później miała miejsce podobna sytuacja. Tym razem zaraz koło potoku dostrzegł smukłe ciało Sroczej Gwiazdy. Tym razem jednak, zamiast posługiwać się mylnym zmysłem wzroku, zamknął oczy i zaciągnął się głęboko rześkim porannym powietrzem. Żaden koci zapach nie dotarł do jego nozdrzy.
Od tamtej pory takie spotkania, choć nieczęste, od czasu do czasu miały miejsce. Teraz wiedząc już, jak może rozpoznać te złudne przewidzenia, zamykał oczy i skupiał swój nos. Karaś zdawała się to zauważać, ale nigdy go nie dopytywała. Miał wrażenie, że pewne rzeczy należało pozostawić po prostu bez komentarza, więc on również tego nie drążył. Tak więc życie toczyło się względnie powoli. Wygnanie nie było najprostszym kawałkiem piszczka, ale chyba żadnemu z nich to nie przeszkadzało. Tak się działo do czasu tego jednego dnia.
Karaś wybiegła rano po zdobycz. Jednak minęło już południe i nadal nie wróciła. Kocur zaczął się martwić. Tereny, na których obecnie polowali, były dość okazałe, wciąż nie były dostatecznie duże, żeby ktoś taki jak Karaś mógł się zgubić. Jednak lisów i innych niebezpiecznych drapieżników było w okolicy pod dostatkiem. Dlatego też Skrzelik chodził przed wejściem do legowiska w jedną to w drugą stronę, nasłuchując czy aby siostra nie wraca z połowu. Jednak nie. Dookoła panowała cisza, przerywana jedynie ćwierkaniem ptaków i sporadycznym brzęczeniem trzmieli. Ogon kocura, teraz już z pełną siłą uderzał na boki. Czy coś się jej stało? Czy się zraniła? Ktoś ją zaatakował? Czy ona… odeszła? Serce waliło mu w piersi, a w skroniach pulsowało.
Wyjaśnienie nadeszło dopiero tuż przed zachodem. Spośród pobliskich trzcin wyłoniła się Karaś, a zaraz za nią Bijąca Północ. Ten widok sprawił, że coś, z czego nawet Skrzelik nie zdawał sobie sprawy, wreszcie odetchnął. Szylkretka wyglądała na jednocześnie przeszczęśliwą, ale i nieco zawstydzoną. A kocur zrozumiał. To był czas, żeby się rozstali. Poczuł, jak łzy cisną mu się do oczu. Był taki dumny.
— Będę tęsknił — mruknął, ocierając się o bok siostry. — Niech Gwiezdny Klan rozjaśnia waszą drogę. Do zobaczenia.

15 grudnia 2024

Od Karasiowej Ławicy CD. Skrzelowego Szeptu

Pomysł dojrzewał w niej już naprawdę od bardzo dawna. Przybierał różne formy, raz tkwił w mniej mocniej, niczym głębokie pragnienie i konieczność, a raz zdawał się tylko sennym marzeniem o szczęściu i częstszym towarzystwie pewnej cudownej, czarno-dymnej kotki. Raz chęcią buntu przeciwko rodzinie królewskiej i zmiany swojego życia, raz troską o los brata i chęcią ochronienia go przed wszystkim co złe. Wciąż jednak wracał do jej serca i przypominał o sobie, jak ten jeden obowiązek, który mimo odkładania na później, wciąż się przypomina i wraca z większymi wyrzutami sumienia.
– Skrzelowy Szepcie. – Karasiowa Ławica znikąd pojawiła się pewnego zimowego dnia obok swojego brata z poważną miną, strasząc go całkowicie, co doprowadziło do cichego, ale całkowicie niemęskiego pisku. Nie przejęła się tym jednak zbytnio, myśląc o tym co planowała powiedzieć. – Chciałam ci zaproponować pewną wyprawę… Poza granice Klanu Nocy.
Byli sami i nie ryzykowała, że ktokolwiek ich usłyszy. Skrzelik, który najwidoczniej już się trochę uspokoił po niedoszłym zawale, spojrzał na nią zdziwiony:
– Ale przecież tam są lisy, nie można tam chodzić polować!
– Nie mam na myśli wyprawy łowieckiej, a terytorium lisów można ominąć, chociażby idąc blisko morza… Mówię o wyprawie dużo dalej, zdala od Klanu Nocy, Sroczej Gwiazdy, Tuptającej Gęsi i wszystkich Róż czy Mandarynek. Prawdopodobnie takiej bez powrotu – zamilkła na chwilę. – Klan Nocy już od dawna nie jest przyjaznym miejscem do życia, chciałabym znaleźć jakieś lepsze, w którym będziemy bezpieczni, spokojni i będzie nam się lepiej żyło. Rozmawiałam już o tym z ojcem, mówił, że jeśli zdecydujemy się na odejście, postara się wytłumaczyć Ryjówkowemu Urokowi dlaczego to zrobiliśmy. I że będzie życzył nam jak najlepiej, mimo że na pewno będzie mu nas brakować…
Tylko częściowo mówiła prawdę. Tak, Krzycząca Makrela wspomniał, że chce dla nich jak najlepiej, ale był dość mocno przeciwny decyzji o odejściu. Nie chciał rozstawać się z dziećmi i próbował przekonać Karaś, że są inne wyjścia, że przekona Ryjówkowy Urok, żeby się pogodzili… Już od dawna widać było, że przytłacza go ten rozpad rodziny, a teraz wyraźnie przestraszył się możliwością tak naprawdę utraty dwójki ze swoich kociąt. Ale Karaś nie widziała sensu w zostawaniu i robieniu za sługi rodziny królewskiej. "Plebs", jak to kiedyś Różana Woń uwielbiała rzucać. Wręcz przeciwnie, łapy świerzbiły ją ze świadomości jak wiele czasu już zmarnowała.
– Chc-cesz odejść…? – Wyjąkał w końcu Skrzelowy Szept, który do tej pory wpatrywał się w siostrę z wytrzeszczonymi z niedowierzania oczu.
Widać było jak się waha, jak ciężko mu pojąć, że jego zawsze uparta i odważna siostra postanowiła się ostatecznie poddać. Patrzyli na siebie, a Karaś nie była pewna ile jest w stanie z niej wyczytać. Czy widzi w jej oczach zdecydowanie czy desperację, czy tchórzostwo czy odwagę na zmianę swojego życia? Po chwili jednak Skrzelik westchnął ciężko i pochylił głowę.
– Czy to z powodu tej kotki? – spytał, a jego głos pozbawiony tym razem jąkania zabrzmiał dość nisko, nieco chropowato. – Tej z Klanu Klifu?
Karaś zaskoczona spojrzała na brata. Nie tego pytania się spodziewała. Nawet nie była świadoma, że Skrzelik wie o jej relacji z Północą. Chociaż, biorąc pod uwagę to, jak dobrym był od zawsze obserwatorem… Powinna być bardziej zdumiona, gdyby mu to umknęło.
– Masz na myśli Północ? – upewniła się. – Nie myślałam o tym aż tak… Ale wiesz, gdyby się udało, gdyby nas tam przyjęli… Północ opowiadała mi trochę o ich klanie, zawsze była podekscytowana wspominając swoich przyjaciół w klanie i ich tereny… Podobno widok z tych wysokich skał nad morzem, które czasem widać z naszej granicy jest piękny… No i wiesz, tam nikt nie obraża nikogo za kolor sierści, nie mają władzy dziedzicznej ani żadnych innych takich wymysłów.
Kocur zastanawiał się dłuższą chwilę nad odpowiedzią, z rozwagą machając końcówką ogona.
– To duża rzecz. J-jeżeli stąd odejdziemy... nie będzie powrotu – mruknął jakby nieco już bardziej przekonany co do pomysłu..
– Jesteś tu szczęśliwy? – Pytanie, które zadała, było dość proste, ale wyraźnie zbiło z tropu czekoladowego.
– C-czy to naprawdę t-tak ważne? Od-d-d-d... ekhm... od-dejście byłoby zdradą...
– Powiem Sroczej Gwieździe, żeby zwolniła nas z przysięgi wojownika – przekonywała. – Ona sama dodaje zasady do kodeksu, których przecież wcześniej nie było, czy to nie jest samo w sobie złe w oczach gwiezdnych? Myślę, że by nam wybaczyli – przerwała na sekundę. – W końcu było już w historii sporo kotów, które zmieniły klan. Ale nie chcę cię zmuszać, możesz to przemyśleć na spokojnie i dać mi znać co postanowisz – uśmiechnęła się tak uspokajająco, jak tylko potrafiła.
Kocurek znowu zamilkł, najwyrażniej tocząc wewnętrzną walkę. Karaś mimo wszystko to rozumiała. To byłby duży krok w nieznane. Skrzelik wolał unikać konfrontacji, ale może to był właśnie ten pierwszy moment, kiedy się postawi. Miała nadzieję, że zdecyduje się w końcu postawić na swoje szczęście.
– J-ja pójdę z tobą. Chce się tylko p-pożegnać z Algową Strugą... Zawsze b-była dobrą p-pp-przyjaciółką.
Patrzyła na brata jeszcze chwilę niepewnie, a dopiero później na jej pyszczku wykwitł szczery uśmiech.
– Dobrze, rozumiem to. Zadbam o to, żeby nic nam się nie stało w drodze – miauknęła Karaś. – Ile czasu potrzebujesz?
Czuła jak rodzi się w niej już od dłuższego czasu nieobecna ekscytacja i nadzieja. Odchodzą! Zobaczą nieznane krainy! Żadna Tuptająca Gęś nie będzie jej mówić co ma robić! A na końcu uda im się dotrzeć do Klanu Klifu i znaleźć spokój…
– J-jak dużo czasu mamy? – Spytał kocurek, z lekką obawą.
Jego siostra westchnęła, rozważając odpowiedź.
– Pora Nagich Drzew już w pełni, możemy iść teraz, licząc, że pozostanie delikatna, albo będziemy tu musieli zostać aż do Pory Nowych Liści…
Kocurek mruknął jedynie potwierdzając. Prawdą było, że przeżyli już dużo gorsze i mroźniejsze pory, kiedy to wyrąbywali przeręble w rzece, żeby móc polować, ale w przypadku gdyby inny klan ich nie przyjął, przetrwanie jedynie w dwójkę wciąż stawało się nie lada wyzwaniem. Pora Nagich Drzew zwykle była naznaczona chłodem i głodem, w każdej chwilii aktualna spokojna pogoda mogła się zmienić. Karaś wciąż pamiętała widok matki Nimfiego Zwierciadła, wychudzonej, rannej kotki, gotowej oddać jedyne dziecko. Ale nie zamierzała zostawać w Klanie Nocy tylko dlatego, że tak było wygodniej.

***
Przekładali wyjście z różnych powodów: Karaś obawiała się o zdrowie Piórolotka i chciała choć minimalnie go jeszcze wesprzeć przed odejściem, Skrzelik zbyt długo odkładał pożegnanie z Algową Strugą… Ale też wyruszenie Porą Nowych Liści zdawało się po prostu bezpieczniejsze. W klanie nie odezwały się żadne plotki, które mogłyby świadczyć o tym, że ich plany dotarły do uszu Sroczej Gwiazdy czy innych chcących im zaszkodzić kotów, ale Karaś i tak wolała być ostrożna. Dlatego ukrywała swój na nowo obudzony entuzjazm, dużo rzadziej też szukała na granicy Północy. Już niedługo – myślała sobie. – Zobaczysz mnie u siebie w klanie i wszystkie te nieobecności ci wynagrodzę, będziesz w szoku, mówię ci.
No i przyszedł w końcu dzień, kiedy wychodząc na poranny patrol, Karaś mogła zaobserwować delikatnie przebijające się przez śnieg zielone łodyżki – niezaprzeczalny znak początku Pory Nowych Liści. Najwyższy czas.
Wszystko już mieli ze Skrzelikiem dogadane. Nie chciała narażać go na stres publicznego sprzeciwu wobec Sroczej Gwiazdy, dlatego umówili się, że dołączy do niej w nocy. Na wszelki wypadek ustalili aż dwa miejsca spotkania na granicy klanu. Powtarzała je sobie w myślach, gdy patrol dobiegał już końca i powoli wracali do obozu. Ciągnęła za sobą tylko jedną piszczkę, ale jak sobie mówiła – to już i tak nie było ważne. Klan miał tylu członków, że w obliczu nadchodzącego ocieplenia na spokojnie wykarmią starszyznę i kociaki, których znów w żłobku było pełno. Już bez jej pomocy. Cieszyła się tą myślą, a to ją tylko upewniało w dawno podjętej decyzji. Stres zagłuszała jej radość z wolności, która miała nadejść. Weszła do obozu pewna siebie, pewna siebie odłożyła na stos zwierzyny piszczkę, pewna siebie machnęła ogonem na powitanie Dryfującej Bulwie, który stał w pobliżu i równie pewna siebie ruszyła w stronę Sroczej Gwiazdy, która pogrążona była luźną pogawędką ze Spienionym Nurtem. Na widok zbliżającej się młodszej kotki liderka przerwała jednak i wstała, tak jakby spodziewała się już problemów.
– Proszę o zwolnienie z przysięgi wojownika – oznajmiła Karaś zwyczajnie, tak jak ogłasza się powrót patrolu, który przebiegł w najbardziej nudny i spokojny sposób, w jaki patrol może przebiec.
Srocza Gwiazda machnęła ogonem, patrząc na wojowniczkę z odrobiną niezrozumienia.
– Chcę odejść z Klanu Nocy – kontynuowała Karasiowa Ławica. – Już od dawna nie czuję się tu jak w domu. Nie zgadzam się z decyzjami, które podejmujesz, nie zgadzam się z atmosferą jaka tu panuje i wszystkimi podejrzeniami, wyzwiskami kierowanymi w stronę niektórych kotów. Nie chcę być tego częścią, brzydzę się tym klanem.
Umilkła, wpatrując się w liderkę poważnie. Była dumna z tego, jak stabilny był jej głos, że nie było po niej widać żalu, który czuła i tego konkretnego smutku, który czują osoby, które zdecydowały się coś dawniej ważnego porzucić.
Srocza Gwiazda nie zdążyła jednak nic powiedzieć, bo z drugiego krańca obozu dobiegł do nich Krzycząca Makrela, głośno broniąc swojego dziecka.
– Srocza Gwiazdo, ona nie wie co mówi, to ze stresu, z całego tego przemęczenia, była Pora Nagich Drzew, za mało jadła…
Karaś czuła uścisk w sercu, słuchając tej ostatniej próby. Przepraszam tato – tłukło się w jej głowie. – Wiem, że do końca miałeś nadzieję, że będziemy szczęśliwą rodziną. Mimo to, nie spuściła wzroku ze Sroczej Gwiazdy, jedynie na chwilę zamknęła ślepia, odpędzając od siebie wątpliwości. W Klanie Nocy nie było szans na normalne życie dla Skrzelika.
– Jestem pewna tego co mówię, nie jest to spontaniczna decyzja. Tak jak mówię, już od dawna marzę o odejściu. Zresztą myślę, że twojej rodzinie będzie to wręcz na rękę.
Przez chwilę panowała cisza, po tym jak nawet Krzycząca Makrela przestał protestować i umilkł przybity. Srocza Gwiazda nie zareagowała złością czy pytaniami, raczej chłodną obojętnością. Skinęła głową, po czym wskoczyła na krzew, z którego wygłaszała wszystkie przemowy.
– Karasiowa Ławica odrzuciła kodeks i zaszczyt bycia wojownikiem, więc od tej pory nie może być tak traktowana. Zostaje wygnana i jeżeli ktokolwiek spotka ją na terenach Klanu Nocy - zostanie potraktowana jak zwykły włóczęga.
Nie było już powrotu. Dostała nakaz opuszczenia wszystkiego, co do tej pory było jej domem. Mimo to wciąż wyprostowana, odwróciła się i ruszyła w stronę wyjścia z obozu.
– Wiem, że w końcu zrozumiesz – mruknęła cicho do ojca, przechodząc obok niego i ocierając się o jego bok minimalnie. – Tak będzie lepiej, nie miej mi tego za złe.
Nikomu innemu nie rzuciła spojrzenia, nie chciała widzieć zdziwienia Dryfującej Bulwy, triumfu Różanej Woni czy Mandarynkowego Pióra, na wypadek gdyby wyściubiła akurat nos ze żłobka. A tym bardziej nie chciała widzieć reakcji Piórolotka. Przynajmniej nie weźmie udziału we wciąż odkładanym patrolu, mającym za zadanie przepędzić lisy. Kocur bardzo się martwił taką możliwością, teraz już nie będzie musiał…
Opuściła obóz, nie oglądając się za siebie, tylko kilka razy zaciskając mocniej powieki.

***
Nie zdążyła dotrzeć do granicy, ale wciąż nie mogła pozbyć się wrażenia, że jest obserwowana. Zwolniła kroku, myśląc, że może ktoś chciał z nią jeszcze porozmawiać, ale tajemniczy obserwator nie wyszedł z ukrycia. Ruszyła znów nasłuchując i chwilę później znów dało się słyszeć minimalny szelest. Jakiś wojownik, może dwóch…? Na pewno ktoś mniej doświadczony, skoro nie poruszał się całkiem bezszelestnie. Srocza Gwiazda musiała wysłać za nią jakieś koty, żeby upewniły się, że opuściła ich granice. Westchnęła. Ciekawe kto to był… Zabawne jak szybko z współklanowicza może stać się w ich oczach wrogiem. Chociaż tak właściwie, w niektórych oczach już od dawna musiała nim być. Cóż, obstawa trochę popsuła jej plany. Zmieniła nieznacznie kierunek, mając nadzieję dotrzeć do granicy bliżej morza niż pierwotnie planowała. Nie chciała, żeby poznali miejsce, w którym miała czekać na Skrzelika.
Nadłożenie drogi kosztowało ją odrobinę czasu, ale jej "ogon" nie wtrącił się w żaden sposób, wciąż śledząc jak cień i nie wychodząc z ukrycia. Może to i dobrze… Nie chciała żeby jej ostatnim wspomnieniem klanu, w którym się urodziła, była sprzeczka z kimś pokroju Biedronkowego Pola. Albo co gorsza jej siostry… Zjeżyła futro na samą myśl o tym, że to Krabik mogłaby być wyznaczona do pilnowania jej.
Zatrzymała się tylko na sekundę, czując znaczniki graniczne. Miała ochotę otrzeć się ostatni raz o tak znany pień drzewa i zrobiłaby to prawdopodobnie, gdyby nie świadomość bycia obserwowaną. Westchnęła więc tylko cicho, zaciągając się ostatni raz zapachem, z którym była związana od urodzenia. I ruszyła dalej, w stronę nieznanego.
Cichy szelest za plecami, do tej pory odzywający się od czasu do czasu, umilkł całkowicie, potwierdzając jej przypuszczenia. Była już na terenach samotniczych, a Klan Nocy miał się nią więcej nie przejmować. Mimo wszystko, była wolna. Przeszła jeszcze kilka króliczych susów dla pewności, że nie zostawi swojego zapachu zbyt blisko granicy, a następnie skręciła w stronę umówionego miejsca spotkania z bratem. Zapoluje po drodze, poczeka na niego już ze świeżutką zwierzyną. Wyruszą, a potem wszystko już się ułoży.

[2079 słów]
<Skrzeliku?>

15 października 2024

Od Skrzelika (Skrzelowego Szeptu) CD. Karaś (Karasiowej Ławicy)

Ostrzeżenie: Opowiadanie porusza wątek postępującej choroby psychicznej.

teraźniejszość

Ostatnich parę tygodni było spokojnych. Można być wręcz powiedzieć, że zbyt spokojnych. Podniesione jakiś czas temu plotki i szepty w klanie, powoli się wyciszały, a wraz z nimi energiczny sposób bycia Karasiowej Ławicy.
Zimowy mróz powoli tajał, odsłaniając coraz to większe połacie zielonych traw. Gdzieniegdzie z całą swoją kolorowością dumnie prężyły się fioletowe krokusy oraz nieco bardziej nieśmiałe żonkile. Również ptactwo wszelakie, jakby nieco bardziej orzeźwione cieplejszymi promieniami słońca, żwawiej podskakiwało na wysokich gałęziach drzew. Z całym swoim świergotem i furkotem zagłuszały wszystkie inne dźwięki. Również rzeka zdawała się powoli budzić z długiego zimowego snu. Lód dawno popękał. Teraz jedynie od czasu do czasu gdzieś można było zauważyć ospałą, białą, plamę kry na ciemnej tafli wody. Świat budził się do życia. Jednak nastrój w rodzinie Skrzelowego Szeptu był zgoła odmienny. Właściwie wręcz dogorywał ostatnimi ochrypłymi westnięciami. Zwykle radosna i pełna życia Karasiowa Ławica, teraz coraz rzadziej zabierała głos. Ponadto zaczęła z pasją unikać przebywania z siostrą czy matką. Skrzelowy Szept czuł głębokie ukłucie żalu, a może nawet poczucia winy? Wiedział, że całe to zamieszanie było wynikiem usiłowań Karaś w próbach doprowadzenia do równości czekoladowych kotów. Wiedział, że tak długo, jak inne koty będą kojarzyć kotkę z nim, przysporzy to jedynie więcej problemów. A tych kotka miała wystarczająco, biorąc pod uwagę ostatnio podejrzanie nisko opuszczony ogon.
Relacja pomiędzy rodzeństwem była bardzo niepewna. Krabik już praktycznie całkowicie go ignorowała, a Karaś często niby to przypadkiem wpadała na niego podczas polowań. Skrzelik z kolei unikał ich obu. Była to niesamowicie dziwna zabawa w gonitwę, szczególnie że nie bawili się w nią od czasów kocięcych. Pomimo bycia oficjalnym wojownikiem, Karaś ostatecznie była szybsza, sprawniejsza i wybitna w technikach tropienia. Często więc kończyło się na przyłapaniu go na nieudolnej próbie wyślizgnięcia się spod czujnego oka kotki.
Ostatnio coraz częściej rozmyślał: co by było, gdyby porzucił klan? To nie tak, że rzeczywiście był przydatny… Prawdę mówiąc, ostatnio sprawiał same problemy. Reputacja jego siostry mogła jedynie zyskać, jeżeli by zniknął. Algowa Struga też od czasu do czasu otrzymywała krzywe spojrzenie od wiecznie podejrzliwej Mandarynki, a Krabik byłaby pewnie przeszczęśliwa, mogąc się pozbyć takiej skazy na rodzinie. Krzycząca Makrela również ostatnio zaczął coraz częściej znikać. Nie pojawiał się przez wiele dni z rzędu*, po czym wracał zmęczony z dużą ilością zwierzyny. O Ryjówkowym Uroku praktycznie nie musiał już rozmyślać. Czuł, jakby jego własna matka się go wstydziła. To było naprawdę bolesne. Ale chyba… Powoli się przyzwyczajał? Jeżeli rzeczywiście jest to rzecz, do której można się przyzwyczaić.
Szczególnie trudne były dni, kiedy słyszał te wszystkie szepty i plotki dookoła. Jakby ich kompletnie nie obchodziło, że wszystko słyszy.
~ Jest takim beznadziejnym wojownikiem prawda?
~ Co on w ogóle sobie myśli?
~ Znowu przyniósł jakieś truchło. Absolutnie bezużyteczne!
I tak w kółko i, kółko i kółko… Czasem czuł, jakby świat kręcił się dookoła, a syczące obelgi zalewały go ze wszystkich stron. W takich chwilach lubił biec do przodu, co sił w łapach. Wtedy wiatr zagłuszał wszystkie dźwięki.
Potem była cała sprawa z Kazarkową Śpiewką. Kocur nie do końca był na bieżąco z całym tym zamieszaniem, ale wiedział, że wygnanie kotki tylko pogorszyło jego stanowisko w klanie. W końcu to kolejny czekoladowy kot, który wypadł z łask. Z jego pokolenia pozostał tylko on i Skacząca Cyranka, ale kuzynka zdawała się również raczej ignorować kocura. Głęboko pod futrem czuł nadchodzące ciężkie czasy. Po raz pierwszy w życiu poczuł się naprawdę dorosły. Wręcz stary. Zmęczony tymi wszystkimi napięciami i niedomówieniami. Tęsknił za prostotą swojego dzieciństwa. Tęsknił za czasem, kiedy jego jedynym problemem był zbyt pełny brzuszek mleczka. Wszystko to zdawał się jakoś takie błahe. Takie mało ważne.

***

Noc, kiedy to się stało, był naprawdę spokojna i zaskakując ciepła. Skrzelik jak zawsze wcisnął się w kąt legowiska wojowników, tuż przy boku siostry i nie myśląc wiele, zamknął oczy. Następnego dnia Szyszkowy Zagajnik został znaleziony martwy. Odszedł spokojnie. We śnie. Z kimś, kogo kochał. To była dobra śmierć. Wszyscy tak mówili.
Pozostawiło to nową ziejącą ranę w jego już i tak poobijanym sercu. Czekoladowy kocur ciężko przeżył tę stratę. Szyszkowy Zagajnik był dla niego zawsze tak dobry. Nigdy go nie strofował ani nie pouczał, ani nie obgadywał za plecami. Zawsze z wielką wdzięcznością dziękował za świeży mech, a następnie swoim ciepłym, nieco zachrypłym głosem opowiadał historie ze swojej młodości. Ile z nich było bajką a ile prawdą, Skrzelik nie wiedział. Ale czy to rzeczywiście było ważne? Tęsknił za kocurem. Mało kto w tym klanie okazywał mu tyle życzliwości. Nawet jego własna matka nim gardziła.
Plany ucieczki, z odległej mrzonki, przerodziły się w kuszącą możliwość. Na dobrą sprawę nic go tu nie trzymało. Oczywiście! Tęskniłby za swoją rodziną i za księżniczką! Jednak nie mógł się oszukiwać. Naprawdę zdjąłby dużo napięcia z całego klanu, gdyby po prostu zniknął. W końcu to i tak było coś, czego spodziewano się po czekoladowym kocie. Może jednak w tych opowieściach od Sroczej Gwiazdy był prawda? Może czekoladowe koty były przeklęte?
~ Skrzeliku?
Cichy szept przy jego uchu, sprawił, że ospały chłodnym porankiem kocur, skoczył na równe nogi.
— K-k-kto tam?!
~ To ja.
Głos znowu przemówił. Tym razem dobiegał od jego prawego boku. Odwrócił głowę z zawrotną prędkością i zaraz nastroszył sierść na grzbiecie.
— K-kim jesteś?! T-to t-terytorium Klanu Nocy!
Pisnął całkowicie nie męsko kocur. Oblany czernią kot, o równie czarnych ślepiach, przekrzywił jedynie głowę.
— Odejdź!
Wrzasnął ponownie Skrzelik.
— Skrzelik? Wszystko w porządku?
Zdziwiony głos Karasiowej Ławicy odezwał się za jego plecami. Podskoczył ponownie i za chwilę zaśmiał się całkiem niezręcznie. W kompletny amoku zaczął desperacko wygładzać futro na plecach.
— O-o! N-nie widziałem Cię! W-w-wszystko w-w p-porządku
Chociaż w ostatnim czasie jego problem z jąkaniem zdawał się poprawić, teraz wrócił z podwójną siłą.
— Słyszałam, jak krzyczysz przez sen, coś się stało? Kogoś chciałeś odstraszyć, czy to ktoś z klanu, kto był dla ciebie ostatnio niemiły i teraz do ciebie wraca we śnie? — kotka patrzyła się na brata badawczo.
— J-ja... - kocur zawahał się przez chwilę. W końcu. Czy to naprawdę jakiś obcy kot wtargnął na ich terytorium? Mało prawdopodobne, żeby ktokolwiek zdołał przemknąć tak blisko obozu niezauważonym. Może to tylko jego cień, poruszony nocnym wiatrem. — N-nie, nie to nic! Coś mi się wydawało.
Odparł, ale w jego głosie wyraźnie brakowało przekonania. Obejrzał się raz jeszcze przez ramię dla pewności. Jednak w zacienionych krzewach, chronionych od blasku księżyca, już nic więcej nie dojrzał.
— P-przepraszam, że cię obudziłem.
Przez chwilę patrzyła na kocura, nie wierząc mu do końca.
— Nic się nie stało — mruknęła w końcu. — Ale mów mi, gdy ktoś cię zaczepia.
Skrzelik poruszył niespokojnie ogonem. Karaś naprawdę musiała przestać tak o niego dbać. To nie było dla niej dobre. A poza tym radził sobie prawda? To, że widział jakąś ciemną postać, która do niego mówiła to całkiem normalne co nie? Nic przerażającego!
— Hej‐j, ja… Jestem już wojownikiem, wiesz? Nie musisz mnie aż tak bronić.
— Oh. No tak — jej głos był trochę dziwny, tak jakby poczuła się nieswojo. Zamilkła na dłuższą chwilę. — Nie wiem jak ty, ale ja już dziś nie zasnę, idę zapolować.
Patrzył jeszcze chwilę za jej znikającym w zaroślach ogonie. Czy ja zasmucił? Tak trochę to brzmiało. — To dla twojego dobra, siostrzyczko.

* - U Skrzelika pojawia się pewnego rodzaju zaburzenie poczucia czasu 
** - Wszystkie dialogi rozpoczynające się od "~" są wynikiem halucynacji/omamów słuchowych

< Karaś masz ochotę coś odpisać?>

21 stycznia 2024

Od Karaś CD. Skrzelika

- Tutaj mnie nie dosięgniesz! - prychnął Skrzelik z grzbietu Ryjówkowego Uroku, rzucając swojej siostrze zwycięskie spojrzenie.
Jak on mógł, naprawdę myślał, że ona, ONA, miałaby sobie nie poradzić ze wspinaczką?? Przez chwilę zastanawiała się jak zabrać się za wyznaczone zadanie, jednak w jej głowie pojawił się lepszy pomysł. Odwróciła się ogonem, wycofała, znów odwróciła, wzięła rozbieg…
I chciała skoczyć jak najwyżej, żeby ułatwić sobie dalszą wspinaczkę, jednak coś w podirytowanej postawie matki sprawiło, że w ostatniej chwili się zawahała, potknęła, przetoczyła i skończyła wpadając w jej białe futro gdzieś pomiędzy łapą, a brzuchem. Przynajmniej zaliczyła miękkie lądowanie.
Dłuższą chwilę zajęło jej zrozumienie co w ogóle się wydarzyło i czy łapa którą ma najbliżej pyszczka jest jej przednią łapką czy może jednak tylną. Nie zwróciła więc większej uwagi na to, kiedy Skrzelik znalazł się z powrotem na ziemi, ani tym bardziej na to, czy była to jego decyzja czy interwencja Ryjówkowego Uroku. Kiedy podniosła się w końcu do pionu napotkała więc spojrzenia ich obu, jedno zdenerwowane, a drugie nie przekazujące właściwie żadnej emocji.
– Jak nie będziesz spokojniejsza, to zrobisz sobie w końcu coś poważnego, myślisz w ogóle o tym co robisz? Czy ja wam wyglądam jak drzewo czy matka? Chwili spokoju z wami nie ma, chwili… – Zaczęła rozróżniać w końcu miauknięcia, które mama wyrzucała z siebie w dość szybkim tempie.
Skuliła się, czując się źle z tym że Ryjówkowy Urok ją strofuje… Przecież nie planowała w nią wpaść tak mocno, jedynie wspiąć się na górę tak jak Skrzelik… Chciała nawet zacząć się tłumaczyć, jednak jej uwagę przykuł Krzycząca Makrela, wchodzący do żłobka.
– Tatuś! – jako pierwsza w stronę ojca skoczyła Krabik, którą najwidoczniej obudził jednak incydent sprzed chwili.
– Oh, jak dobrze, że jesteś – Ryjówkowy Urok przerwała swoje kazanie i w szybkim tempie znalazła się przy partnerze. – Zajmiesz się nimi przez chwilę prawda? Martwiły się, że już dzisiaj cię nie zobaczą, a ja obiecałam niedawno Okraszonej Polanie że się z nią zobaczę poplotkować… Jesteś cudownym partnerem, dziękuję!
Przesunęła ogonem po grzbiecie partnera i już po chwili jej nie było. Krzycząca Makrela chwilę jeszcze patrzył rozmarzonym wzrokiem za partnerką, ale zaraz odwrócił się do dzieci:
– No dobra, szkraby, co dzisiaj robiliście ciekawego?!
– Skrzelik ćwiczył wspinaczkę, a Karaś postanowiła poćwiczyć turlanie się – doniosła Krabik, kręcąc się strasznie z braku wygodnej pozycji.
– Turlanie… – powtórzył zdziwiony Makrela, jednak chyba bardziej do siebie niż swoich dzieci. Zaraz rzucił jednak okiem w stronę Skrzelika. – Chcesz się wspinać, co? Ja dzisiaj wspinałem się na takie ogromniaste drzewo, żeby upolować sójkę! To całkiem niedaleko stąd, jeszcze trochę podrośniecie i będę mógł was zabrać, żebyście też spróbowali się powspinać!
– A nie możemy już teraz?! Prosiiimy – Karaś i Krabik podekscytowane w jednej chwili zaczęły przekonywać ojca.
Widać było, że Krzycząca Makrela rozważa ten pomysł.
– Chyba nie powinienem… Przepraszam, szkraby, wasza mama obiecała urwać mi futro, jeśli spróbuję wyciągnąć was poza obóz zanim osiągniecie 3 księżyce! Ale obiecuję, że jeszcze trochę podrośniecie i wybierzemy się na prawdziwą ekspedycję! A teraz, co powiecie na obchód obozu? – dorosłemu kocurowi aż się oczy świeciły z podekscytowania.
***
Karaś dobrze wspominała swoje pierwsze wyjście poza żłobek. Poznała wtedy dużo dorosłych kotów, których imion nie zapamiętała, szybko jednak cała trójka się zmęczyła i ojciec musiał je częściowo nosić z powrotem. Mamusia nie miała nic przeciwko ich małej eskapadzie, jednak teraz, gdy Krzycząca Makrela postanowił zabrać ich pierwszy raz poza obóz, nie była taka przekonana, że Ryjówkowy Urok by to poparła… Zwłaszcza, że obiecali Tatusiowi dzień wcześniej nic jej nie wspominać o ich planach. Ale to nic, wizja opuszczenia obozu i obejrzenia terytoriów klanu nocy bardzo ją ekscytowała. Czuła się już dużo silniejsza niż wcześniej. Urosła trochę, choć już początkowo była całkiem spora, co z zadowoleniem pochwaliła jej mama. I była mądrzejsza! Dowiedziała się na przykład ostatnio, że w lesie są aż cztery klany, nie tylko ten ich! I dużo innych ważnych rzeczy, na przykład, że ustawienie trzech kamieni na sobie tak, by się nie przewracały jest okropnie trudne… W każdym razie tego dnia wyjątkowo nie lało, i choć jeszcze w obozie błoto brudziło futerko Karaś, kotka była zdeterminowana, żeby podążać za Krzyczącym Makrelą i Krabik, która wyrwała się trochę przed rodzeństwo. Zapowiadała się świetna przygoda, więc co mogło pójść nie tak?
<Skrzelik? Idziemy na przygodę?>

06 stycznia 2024

Od Skrzelika CD. Karasia

 Skrzelik nie lubił zaczepiań ze strony swoich sióstr. Chodź był na świecie zdecydowanie zbyt krótko by mieć jakiekolwiek zdecydowane opinie, tej jednej był bardziej niż mniej pewien. Jego krągłe puchate ciałko, ciężko było wycofać na czas z drogi, gdy łapa Karaś nieustająco pacała, lewy bądź drugi lewy, bok. Od całego tego zamieszania wygodne zagrzebanie się w ciepłym miejscu stanowiło coraz to większy problem. Usiłując przylgnąć jak najbliżej futerka matki, musiał średnio co cztery ruchy ogona przemieszczać się na drugą stronę. Jakakolwiek próba obrony, a nawet lepiej przerwania polowań siostry, była nierealna z bardzo prostego powodu. Jego siostra znacznie przewyższała go wielkością, a krótkie puchate łapki nie pozwalały na odpowiedni zasięg do odparcia ataku. 
Dlatego też, zarozumiałość z jaką Karaś zapowiedziała kolejne ataki napsuła kociakowi tylko humoru. Czy to tak trudno zrozumieć, że ktoś nie jest zainteresowany w byciu myszą ćwiczeniową dla silniejszych mieszkańców legowiska? Rozumiał, że jego niewielki wzrost i ogólna bezproblemowa osobowość w tym wypadku była problemem. Dla niego tylko co prawda, ale jednak. W takich sytuacjach należało używać więc sprytu! Należało myśleć jak prawdziwy wojownik! Tata ostatnio opowiadał im jak ważne jest wykorzystywanie otoczenia do walki z wrogiem. Skrzelik nie był pewien czym dokładnie jest “wróg”, ale brzmiało wystarczająco strasznie i denerwująco. Idealnie do opisania ataków Karaś. Rozglądając się lekko zaspanym po bieganiu na około, wzrokiem rozmyślał nad wyjściem ze swojej trudnej sytuacji. 
Kolejny atak z zaskoczenia od tyłu zmusił go do działania. Wyrwał ogon spomiędzy kiełków siostry i desperacko wspiął się na grzbiet matki. Z tej wysokości mógł z łatwością obserwować otoczenie!   
- Tutaj mnie nie dosięgniesz! - prychnął z tryumfem wtulając pod siebie łapki.
Ta pozycja była bezpieczna. Wiedział, że jeżeli Karaś spróbuje zaatakować go po raz kolejny, Ryjówowy Urok zdecydowanie tego nie doceni. Samo wdrapywanie się po futrze spowodowały, że ogon kotki zaczął gwałtownie uderzać o wyściełaną mchem ziemię. W wyobraźni widział jak Szkyrletka karci jego siostrę za przeszkadzanie w jej popołudniowej drzemce, a mały podstępny uśmiech wpełzł pod jego wąsy. Ale nie za bardzo podstępny. W końcu to jeszcze malutkie kocięta. Jeszcze długa droga do bycia przebiegłym i sprytnym wojownikiem.



<Ha ha! Poczekaj jak ojciec się o tym dowie!>

30 grudnia 2023

Od Karasia CD. Skrzelika

To był jeden z nudniejszych dni w dotychczasowym, krótkim życiu Karaś. Mama wciąż zakazywała im wychodzić poza kociarnię, chociaż kotce nie zdarzało się już zachwiać maszerując, a czasem wręcz biegając na swoich puchatych łapkach i czuła się w pełni dojrzała, żeby wyruszyć na podbój świata. Tatuś, którego nauczyła się już rozpoznawać tak szybko i bezbłędnie jak mamusię i rodzeństwo nie pojawił się dzisiaj z pokarmem dla mamusi, a zamiast niego przyszła jakaś uczennica i zniknęła zanim zdążyła ją oczarować swoim urokiem i zmusić do udawania zająca, na którego mogłyby z Krabikiem polować. Zresztą tatuś już wczoraj miał mało czasu na zabawę z nimi i rozmawiał z mamą o jakichś ,,problemach’’, które najwidoczniej nawiedziły klan… Gdyby tylko pozwolono Karaś wyjść z kociarni dałaby każdemu z tych problemów w pysk! Tak żeby tatuś nie musiał się nimi zajmować i mógł spędzać z nimi cały dzień tu w kociarni. Podzieliła się tym pomysłem z Krabik, jednak kotka spojrzała na nią z wyższością i oznajmiła, że problemy nie mają pysków, a ona idzie spać, bo jest zimno. Głupia siostra… przecież oczywiście, że o tym wiedziała! To była tylko ale… algo… algoria, właśnie! Najpierw by zrobiła rozpoznanie, a potem dała problemom na przykład w łapę. Albo ogon. No ale jasne, że nie w pysk, skoro problemy go nie mają! Przecież jest już dużym kociakiem, przecież wie…
Mało brakowało, żeby Karaś się obraziła, jednak jej uwagę przykuł Skrzelik którego ich mama akurat karmiła. Jego ogon latał z radością na wszystkie strony. Kotka nie myśląc długo postanowiła zapolować. Przecież musi się upewnić, że jest silniejsza i problemy nie będą w stanie zrobić jej krzywdy! Zaczaiła się, niezgrabnie podkradła trochę bliżej, próbując naśladować ruchy, które pokazywał im ostatnio tatuś… Wyczekała właściwy moment i już, skoczyła z satysfakcją łapiąc ogonek braciszka w swoje niezbyt jeszcze ostre, mleczne ząbki.
– Karaś! – miauknął natychmiast Skrzelik. – Zdejmij swoje zęby z mojego ogona!
Kotka próbowała powiedzieć, że jeszcze nie może, bo tatuś mówił, że ofiarę należy chwilę przytrzymać, jednak sierść w buzi skutecznie jej w tym przeszkodziła i na świat dotarł jedynie cichy bełkot.
– Mamo, ona mnie zaczepia. Powiedz jej, żeby przestała!
Ryjówkowy Urok westchnęła i rzuciła Karaś naganne spojrzenie. Młodsza kotka wypuściła ogon braciszka, a on zadowolony uciekł, schować się za mamusią. Prychnęła na to zachowanie i spojrzała na mamusię, robiąc wielkie oczy:
– Ale ja muszę ćwiczyć! Żeby być wielką wojowniczką! I dać w ogon tym, problemom! Żeby tatuś nie musiał!
Ryjówkowy Urok patrzyła na nią chwilę bez zrozumienia, potem jednak jej twarz się rozpogodziła.
– Skarbie, Krzycząca Makrela już jutro na pewno przyjdzie się z wami pobawić, nie martw się o to. Oczywiście, że to dobrze, że ćwiczysz, ale jeżeli chcesz się bawić ze Skrzelikiem powinnaś go najpierw spytać o zgodę… No już, idź go przeprosić za ten nagły atak, gdy był zajęty posiłkiem… Pamiętaj, posiłek to najważniejsza pora dnia, nie można wtedy nikomu przeszkadzać! – matka rozmarzyła się na chwilę, jak to często jej się zdarzało gdy tłumaczyła jak ważną częścią życia kota jest jedzenie.
Karaś skrzywiła się. Czy dorosłe koty naprawdę informowały swoją zwierzynę, że planują ją upolować…? Niby byłoby to sprawiedliwe, żeby ta się najpierw zgodziła i miała równe szanse… Dostrzegając wciąż skupiony na niej wzrok mamy wstała i obeszła jej wielkie ciało, żeby znaleźć wciąż ukrywającego się przed chłodniejszymi podmuchami Skrzelika.
– Przepraszam, że zaatakowałam twój ogon w czasie posiłku – miauknęła z mało przepraszającym grymasem na twarzy. – Planuję to zrobić dzisiaj jeszcze cztery razy, więc tym razem bądź lepiej przygotowany!
Zerknęła na szybko w stronę mamy i z zadowoleniem przyjęła jej kiwnięcie głową (jednocześnie całkowicie ignorując poprzedzające je zrezygnowane westchnięcie).
<Skrzelik?>

27 grudnia 2023

Od Skrzelika do Karasia

Porywisty wiatr zerwał kolejną młodą gałąź z dachu legowiska. Do wnętrza wpadł zimny podmuch i zakręcił w powietrzu kłębki zalegającej dookoła sierści. Skrzelik wepchnął nos głębiej w bok matki i starał się nie trząść wskutek narastającego zimna. Żałośnie miauknął, gdy nie zrażona pogarszającą pogodą Ryjówkowy Urok, przekręciłą się na drugi bok zostawiając brązową kulkę futra bez dostępu do jej odsłoniętego miękkiego brzucha. Nie zadowolony z takiego obrotu spraw kocurek począł trącać łapką kotkę.
- Mamo jestem głodny! - pisnął wiedząc, że akurat to zdanie wreszcie przykuje uwagę matki która ponad wszystko ceniła sobie dobry posiłek. Szylkretka spojrzała na Skrzelika i z pomrukiem uznania dopuściła go do siebie.
- Pij, kociaku. Musisz dużo jeść, żeby być zdrowym. Dobre jedzenie to klucz do prawdziwego szczęścia!
Ciepłe, gęste i tłuste mleko, to właśnie było to czego potrzeba było małemu ciałku, walczącemu z jesienną zawieruchą. Usiłując łykać jak największe kęsy, zachłysnął się przynajmniej dwa razy zanim złapał odpowiedni tempo. Gdy już wygodnie zasiadł na miejscu, młócąc łapkami miękkie futerko, poczuł czyjeś zęby znajdujące się w miejscu w którym cudze zęby znajdować się zdecydowanie nie powinny. Wystraszony obrócił prędko głowę a sprawca nawet nie próbował ukrywać swojego haniebnego ataku z tyłu.
- Karaś! - krzyknął zdenerwowany kociak.
- Zdejmij swoje zęb z mojego ogona!
Skrzelik próbował głębiej wtulić się w ciało matki, próbując uniknąć zaczepnego zachowania starszej siostry.
- Mamo ona mnie zaczepia! Powiedz jej żeby przestała.
<Karaś? Siostro?>