BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bijąca Północ x Karasiowa Ławica. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bijąca Północ x Karasiowa Ławica. Pokaż wszystkie posty

14 maja 2025

Od Karasiowej Ławicy CD. Bijącej Północy

– Tamta chmura przypomina trochę soczystego królika – oznajmiła Bijąca Północ tonem znawcy.
Karasiowa Ławica zaśmiała się krótko:
– Czyżbyś była głodna?
Leżały blisko siebie na granicznym kawałku plaży, na którym tak często się spotykały, obie trochę wyczerpane po swoich wcześniejszych gonitwach i próbach pływania, rozkoszując się w pełni trwającą Porą Zielonych Liści.
– Od razu głodna, nie mów mi że ty nie dostrzegasz tych czterech łapek i puchatego ogonka.
– No może trochę… – Przyznała koleżance z Klanu Klifu rację. – A widzisz tamtą? Wygląda jak ty!
Północ odchyliła głowę mocniej, próbując dostrzec swojego chmurzastego sobowtóra.
– No wiesz ty co – zaśmiała się szczerze po chwili. – Czy ja ci wyglądam na taką tłustą kulkę?
– Na razie nie, ale jak będziemy tu tyle siedzieć to zaraz zaczniesz! – wykrzyknęła Karaś, zrywając się na równe nogi.

Zamrugała. Przed nią znajdowała się sterta liści, a pod łapami miała leśne poszycie, nie plażę. Ten sen… Tak nagle? Skąd się wziął? Przeciągnęła się delikatnie i rozejrzała. Skrzelik doprowadzał swoje futro do porządku pod krzewem kawałek dalej.
– Idę się przejść, może coś upoluję – mruknęła do brata, a on tylko zastrzygł uchem, dając znać, że nie ma nic przeciwko.
Ruszyła przed siebie. Chyba znajdowali się bliżej terenów klanów niż przez ostatnie księżyce. Może to dlatego wróciła we śnie do tak odległych wspomnień… Ile to już upłynęło czasu od kiedy wyruszyli z Klanu Nocy? Miała wrażenie że cała wieczność. Pamiętała, że początkowo chcieli dotrzeć do Klanu Klifu, ale to wszystko co się później wydarzyło… Cieszyła się że wciąż są cali i żywi. Samotniczy tryb życia stał się już częścią jej osobowości, tak jak długa blizna ciągnąca się wzdłuż prawego boku - częścią jej ciała. Przyzwyczaiła się już do tego. Pasowało jej takie życie. Nie zamartwiała się już o rodzinę pozostałą w klanie, nawet do Piórolotka rzadko sięgała pamięcią, choć miała nadzieję, że jest cały, zdrowy i szczęśliwszy niż w czasie, gdy przyszło im się przyjaźnić. Nauczyła się żyć dniem, patrzeć co los przyniesie i czerpać z tego całą garścią. Zaciągnęła się mocno powietrzem. Pachniało znajomo, wiatr musiał wiać od strony morza. Po tym jak daleko od terenów klanów się już znalazła, nie sądziła, że znowu znajdzie się w ich pobliżu. Będą musieli odbić z powrotem w stronę Siedliska Dwunożnych i dotrzeć znów do pól… Przysiadła, wciąż węsząc. Ten zapach, coś tu było nie tak… Nie, to niemożliwe… Jej serce zabiło szybciej. Wiedziała, że to musi być iluzja, a jednak łapy same zabrały ją w stronę źródła zapachu. Pokonywała las tak szybko, jak potrafiła, aż nagle przeskoczyła przez większy krzew – i zamarła.
Zielone oczy, wpatrujące się w nią z zaskoczeniem. Czarne, dymne futro, tak nie pasujące do tej okolicy. Smukłe łapy, dzięki którym ich posiadaczka potrafiła biegać szybciej niż Karaś. Przydługa sierść na policzkach, z której była nocniaczka kiedyś chyba nawet zażartowała, mimo że w głębi duszy uważała, że dzięki niej Północ jest jeszcze piękniejsza…
Gardło Karaś zacisnęło się całkowicie i nie pozwoliło wydusić z siebie ani słowa. Wpatrywała się w byłą przyjaciółkę, jedyną, której przez cały ten czas nie udało jej się do końca wyrzucić z głowy. Przy której zostawiła kiedyś odłamek serca i choć w samotniczym życiu odnalazła równowagę i spokój – wiedziała, że ten kawałek utraciła na zawsze i nie zastąpi go niczym nowym.
– Karaś? – Głos czarnej kotki był tak słaby, że stojąca nad nią samotniczka otrząsnęła się i jakby automatycznie zaczęła przyglądać byłej przyjaciółce w poszukiwaniu możliwych urazów czy ran.
– O Klanie Gwiazdy, wysłuchałeś moje modły! To naprawdę ty? – Tym razem Klifiaczka zabrzmiała już dużo lepiej, wstając z entuzjazmem.
– Modliłaś się o mnie? – Rzuciła w końcu Karaś, dusząc w sobie chęć rzucenia się na kotkę z radości.
Rozmawiały, tłumaczyła dlaczego tak zniknęła, przeprosiła ją, a Północ oznajmiła, że chce z nią iść, być samotniczką, wędrować razem… Fikcja mieszała się Karaś z rzeczywistością, niedowierzała temu, co się dzieje, a jednak naprawdę były obok siebie, czuła wyraźnie zapach kotki, słyszała jej głos i czuła futro obok siebie. Przez cały ten czas, nie czuła, że tak strasznie za nią tęskni, ale teraz gdy miała ją znowu obok siebie… Nie wróciła do Klanu Nocy ani nawet na tereny klanów, nie znalazła miejsca dla siebie, planowała dalej wędrować… A mimo to, jej serce jasno biło, że znalazła się w domu.
<Koniec historii Karaś>

07 sierpnia 2024

Od Bijącej Półny CD. Karasiowej Ławicy

Zamyśliła się nad określeniem "zły kolor futra". Jaki to niby był? Próbowała odkryć samodzielnie, analizując po kolei każdą możliwą barwę sierści, jaką tylko na co dzień mijała w obozie. I w jakim kontekście miał być nieodpowiedni?
Nurtowało ją to, ale czuła się głupia, mając wypytywać o wszystko Karaś. Może dla kotki ta wiedza była powszechna, a oni w Klanie Klifu byli po prostu zacofani. Chociaż dziwnie było patrzeć na kogoś krzywo tylko przez wzgląd na jego wygląd. Przecież to ani trochę nie odzwierciedla tego, czy ktoś jest dobry, a to była główna wartość, na którą powinno zwracać się uwagę przy krytykowaniu kogoś, jeśli w ogóle był do tego jakiś powód.
— Dwie wariatki w jego klanie... — powtórzyła, zamyślona, próbując posegregować te wszystkie informacje. Zaraz to otępiała, mrugając zaskoczona. — Chwila, że... że ty i ja? Razem? To znaczy razem w Klanie Klifu — doprecyzowała i gdyby nie futro, jej pysk zniknąłby pod czerwienią rumieńców. — O ja, to by było... To znaczy, byłoby super! Nie odrzuca się opcji posiadania tak wspaniałego wojownika w swoich szeregach — stwierdziła, nerwowo drapiąc się łapą za uchem. Chciała tym odwrócić uwagę od jej niezręczności, ale zaraz to pomyślała, że jej ruch może zostać odebrany za potwierdzenie posiadanie jakichś pcheł bądź czegoś gorszego. Zaprzestała tego nazbyt gwałtownie, zerkając ze zmieszania w bok.
Wpatrywała się tak w kępkę trawy, zastanawiając się, jak mogła zostać odebrana jej cała kombinacja ruchów.
— Wszystko w porządku, Północ? — usłyszała zmartwiony ton. — Jeśli czymś cię zmieszałam, to przeprasza...
— Nie, nie! — przerwała jej, wbijając w nią wzrok. Widząc zieleń jej ślepi, westchnęła i pochyliła łeb. — Ja nie chcę po prostu wyjść na niedoinformowaną, ale... jaki to dokładnie "zły kolor futra" i czemu tak właściwie nim jest? Wiem, że już raz poruszałyśmy ten temat, ale strasznie się w tym mieszam. Po prostu brzmi to dla mnie tak... nielogicznie, nie rozumiem skąd takie podejście, czemu jest dalej pielęgnowane i rozprzestrzeniane. To brzmi niezdrowo, jak psucie morali własnych wojowników — stwierdziła.
Bijąca Północ nigdy nie kryła się z tym, że nie należy do wybitnie inteligentnych. Bywała bezmyślnie porywcza, ale w kryzysowych sytuacjach potrafiła myśleć. Nie była jednak w stanie skorzystać z tej umiejętności w tym momencie. To było dla niej zwyczajnie niepojęte.
— Oh, to naprawdę dłuższa sprawa, może kiedyś dałoby się to skryć pod stos liści, ale teraz zbyt bardzo przesiąkło to w nasz klan. Nie da się tego wyplenić. Struktura naszej władzy jest zbyt stabilna, by dało się przez nią przebić, a z tym co mamy teraz trudno o zmiany — stwierdziła. — U nas... — zawahała się.
Czarna zdała sobie sprawę, że dla Karaś wiedza, którą jej przekazuje, to może być zbyt wiele. W końcu każdy chciał być wierny swojemu klanowi, a ona poniekąd dzieliła się sekretami Nocniaków. Przynajmniej Północ wydawało się, że to wszystko jest straszne.
— Hej, nie musisz mówić, jeśli to dla ciebie trudny temat — uznała. — A przynajmniej nie teraz. Ale gdyby coś się działo i nie daj Klanowi Gwiazd, groziłoby ci coś, to... — przerwała. Musi zastanowić się nad swoją propozycją, bo ojciec zrzuci ją z klifu do morza, jak zrobi coś głupiego. — To przyjdź do mnie. Przekonam Srokoszową Gwiazdę zawsze i wszędzie, że dla takich jak ty znajdzie się u nas miejsce — stwierdziła hardo.

<Karaś?>

17 lipca 2024

Od Karasiowej Ławicy CD. Bijącej Północy

Porą nagich drzew
Poranek przyniósł Klanowi Nocy śnieg, zamiast kolejnego deszczu. Karasiowa Ławica z westchnieniem wstawała, zdając sobie sprawę, że prawdopodobnie nie uchowa suchego futra również i tego dnia. No ale wstać musiała, ponieważ zaplanowała dzisiaj dla Bulwiastej Łapy pierwszy trening walki - wraz z Syrenią Łapą i Bratkowym Futrem. Karaś rzuciła okiem w stronę drugiej z mentorek, która wstała już i wyglądała na rozbudzoną. Ona również przeciągnęła się więc i chwilę po starszej z kotek, wyszła na śnieg. Nie była to żadna śnieżyca, raczej wolno, lecz nieustępliwie spadające drobne płatki śniegu, w panującym chłodzie wciąż jednak niezbyt przyjemne – nawet dla kotów lubujących się w wodzie cieplejszymi porami.
– Witaj, Bratkowe Futro – miauknęła, starając się zawrzeć w głosie odpowiednią ilość szacunku, gdy mogły już rozmawiać bez obawy o obudzenie współklanowiczów nie śpieszących się na poranne patrole i treningi z uczniami.
Była wdzięczna wojowniczce za chęć do wspólnych treningów; po prawdzie niebiesko-biała nie ukrywała tego, że Syrenia Łapa także jest jej pierwszą uczennicą, jednak kotka zawsze była tą starszą i bardziej doświadczoną w niektórych kwestiach. A ponadto Karaś miała wrażenie, że rodzeństwo ma na siebie dobry wpływ i lepiej im idzie nauka w towarzystwie drugiego. Jak się szybko okazało – do dzisiaj.
Bulwa i Syrenka czekali na nie, chowając się przed deszczem w progu legowiska uczniów, jednak widząc mentorki szybko podążyli w ich stronę. Bratkowe Futro już w drodze zaczęła tłumaczyć, czym się będą zajmować. W końcu dotarli na niewielką polankę, niedaleko zrujnowanego mostu.
– No dobrze, czas przejść do praktyki moi drodzy – oświadczyła Bratkowe Futro. – Wraz z Karasiową Ławicą zaprezentujemy wam jeden z podstawowych ataków, wraz z unikiem jaki należy wykonać, jeśli ktoś atakuje nas w ten sposób.
Karaś pokiwała głową i odczekała chwilę, by kontynuować:
– Na razie zajmiemy się bardzo prostymi ruchami. Przyglądajcie nam się uważnie, bo zaraz będziecie powtarzać razem, dobrze?
Syrenia Łapa pokiwała głową, jednak w oczach Bulwiastej Łapy Karaś dostrzegła niepewność. Zdziwiło ją to. Kocurek do tej pory nie sprawiał żadnych problemów jako uczeń i chętnie się uczył polować. Czy mógł bać się, że zrobi przypadkiem mniejszej siostrze krzywdę?
Bratkowe Futro miauknęła ostrzegawczo, po czym skoczyła w stronę Karasiowej Ławicy, wyciągając do ataku prawą przednią łapę. Karaś widząc to, przetoczyła się po ziemi w przeciwną stronę, szybko wydostając się z poza zasięgu łap i wstając. Poczuła jak błoto ze śniegiem osiada na jej sierści, jednak nic nie powiedziała. Wykonały manewr ponownie, tym razem jednak Bratkowe Futro atakowała lewą łapą.
– Spróbujecie? – niebiesko-biała odwróciła się do uczniów. – Bulwiasta Łapa niech atakuje pierwszy, chcemy zobaczyć oba warianty tego uniku, więc najpierw prawa łapa, potem lewa ‐ tak jak u mnie. Tylko pamiętajcie, że pazury przez cały trening pozostają schowane!
– M‐mam zaatakować własną siostrę? – Bulwiasta Łapa wyjąkał po chwilii, mrugając ze zdziwienia.
– Przecież nie na poważnie! Tak jak mówiła Bratkowe Futro, pazury zostają schowane, więc nie możesz jej zrobić prawdziwej krzywdy – uspokoiła go szybko Karaś. – Ćwiczymy walkę, żebyście mogli obronić w razie niebezpieczeństwa siebie, swoje młodsze rodzeństwo i cały klan, nie żebyście atakowali kogokolwiek bez powodu.
Kocur wydawał się troszkę bardziej przekonany i zdecydował się nawet zaatakować Syrenią Łapę – włożył w to jednak tak mało siły, zdecydowania i porządnego zamachu, że Karaś miała ochotę mimo woli zachichotać. Bratkowe Futro skupiła się na komentowaniu uniku, który Syrenia Łapa – mało poprawnie – wykonała, więc Karaś miała czas przysunąć się do swojego ucznia i dotknąć go opiekuńczo ogonem.
– Twoja siostra jest silna i szybka, Bulwiasta Łapo – wymruczała dość cicho. – Naprawdę nie musisz się martwić, że coś jej zrobisz. To nie był atak prawdziwego wojownika, zdajesz sobie z tego sprawę, prawda? Spójrz jaki jesteś duży i silny, zwłaszcza jak na swój wiek, stać cię na dużo więcej!
Spojrzała na niego zachęcająco.
– Ja p-po prostu… Chyba nie lubię przemocy – niechętnie wyznał jej uczeń, wbijając wzrok w ziemię.
Westchnęła lekko.
– Myślę, że wiele kotów jej nie lubi – miauknęła. – Ale czasem jest tak, że nie mamy wyjścia. – Przed oczami stanęła jej Kawcze Serce wracająca do obozu z martwym ciałem Krakwiego Skrzydła. – Lepiej umieć bronić siebie i bliskich, niż patrzeć jak ktoś robi im krzywdę, nie mogąc reagować, nie uważasz?
Starała się brzmieć delikatnie, jednak miała świadomość, że kocurek mimo młodego wieku zdążył już przeżyć ciężar życia bez wsparcia dorosłych – tym bardziej zaskakiwała ją jego łagodność i niechęć do ranienia kogokolwiek.
– Jeśli wolisz, możesz na razie poćwiczyć ataki na mnie, nie na siostrze, mogę cię zapewnić, że jestem tak dobrą wojowniczką, że nie masz najmniejszych szans nawet mnie drasnąć – zaproponowała w końcu, puszczając do młodego oczko.
Bulwiasta Łapa zgodził się na takie rozwiązanie i dalej trening toczył się bez większych problemów, jednak widać było, że tak jak nauka uników jeszcze jest dla niego choć trochę przyjemna, tak do silniejszych ataków musi się zmuszać. Karasiowa Ławica nie była w stanie jednoznacznie stwierdzić, że to złe i musi temu zaradzić – wierzyła jednak, że głębokie przywiązanie kocurka do rodzeństwa pomoże mu przemóc się w krytycznej sytuacji.

***

Trening minął dość szybko, jednak mimo zmęczenia – w końcu brała w ćwiczeniach czynny udział, postanowiła udać się jeszcze na samotne polowanie. Od kiedy została mianowana decydowała się na to całkiem często – mimo przybywających księżyców jej pokłady energii wciąż zdawały się nie mieć końca i starała się dobrze je wykorzystywać dla klanu. Był też drugi powód, związany z ucieczką od wszystkich komentarzy, których nie chciała słyszeć, czy to na temat jej brata, czy rodziny królewskiej i niedawno zaginionych Kawczego Serca i Płotki. Karaś urodziła się ekstrawertyczką, jednak poglądy panujące w klanie, z którymi nie chciała się zgadzać i z którymi nie dało się dyskutować, przeszkadzały jej w byciu w pełni sobą. A poza obozem panował spokój, cisza, można było się wyżyć, polując… I przypadkiem zawędrować na granicę z Klanem Klifu.
Uśmiechnęła się, orientując się, gdzie się faktycznie znalazła. Bliżej wybrzeża, tu gdzie nie rosły już drzewa, warstwa śniegu była dużo większa. Szczerze mówiąc, nie był to pierwszy raz, gdy zdarzyło jej się tu trafić, bez szczególnego powodu. Może kryła się w niej jakaś podświadoma tęsknota za Północą, skoro gdy tylko się zamyślała, wychodząc, łapy kierowały ją właśnie tutaj? Wiedziała, że szanse na spotkanie są praktycznie zerowe, jednak spojrzenie w stronę klanu koleżanki wywołało gdzieś w środku niej uczucie ciepła, mimo otaczającego ją chłodu. Ciekawe co Północ teraz robiła, czy rozmawiała z rodzeństwem, była na patrolu, może trenowała ze swoją nową uczennicą…? Śnieg w końcu przestał padać, więc być może przebywała gdzieś poza obozem, polując. Albo wylegiwała się w legowisku, wtulona w czyjeś futro… Karaś skrzywiła się delikatnie, to nie było zbyt przyjemne wyobrażenie. Właściwie nie była pewna czemu o tym pomyślała. Ale Północ zdecydowanie nie pasowała jej do wizji wylegiwania się, póki jeszcze trwał dzień, spróbowała więc porzucić tą myśl, kładąc się na chwilę i wpatrując w prześwitujące między wydmami morze – fale musiały być duże, skoro ich szum docierał do Karaś nawet mimo odległości, mieszając się z wiejącym wiatrem i przynosząc kotce przyjemniejsze wspomnienia. Przymknęła oczy, chłonąc to uczucie spokoju.
– Ka… ‐Aś… ‐Araś… – niewyraźny głos przebił się przez kojące dźwięki.
Zastrzygła uszami. Północ…? Tutaj…? Akurat teraz…? Odwróciła głowę w stronę granicy. Niemożliwe, to znaczy, rozpoznałaby jej głos wszędzie, ale tak duży zbieg okoliczności?
– Północ…?
Była tam, wyglądająca tak samo jak zawsze, ze swoimi smukłymi, szybkimi łapami i długim futrem, które pewnie dawało jej lepszą ochronę przed chłodem niż to krótkie Karaś. Jej czarna sylwetka dość mocno odznaczała się na tle cienkiej wartwy śniegu.
– A co to za niepewność w głosie? – Bijąca zagadnęła, wywołując uśmiech na pyszczku Nocniaczki. – No nie mów, że mnie nie poznałaś, bo się pogniewam – zaśmiała się, podchodząc śmiało bliżej granicy.
To zdecydowanie nie mógł być żaden inny Klifiak.
– Doprawdy, miałam wrażenie, że wołasz mnie jeszcze zanim miałaś okazję mnie ujrzeć… Szukałaś mnie? – Karaś wyszczerzyła się pewna siebie. – Czyżbyś już zdążyła zatęsknić od ostatniego zgromadzenia, a może jakiś inny powód przygnał cię aż na granicę?
Czarna strzępnęła uchem, zerkając na nią w pełnym rozbawieniu.
– Cóż, może mam wielu przyjaciół po drugiej stronie – zaczęła. – No i pech chciał, że zamiast na nich, trafiłam na ciebie... – dodała z teatralnym rozczarowaniem.
Wojowniczka Klanu Nocy zaśmiała się lekko.
– Ah, no dobrze, rozumiem… Czyli powinnam się oddalić, żeby ich zawołać? Jakie mają imiona? – spytała ciekawa, czy Północy uda się w ogóle wymienić imiona większej ilości jej współklanowiczów.
Po chwili jednak dodała z odrobinę zawstydzonym uśmiechem, celowo uciekając spojrzeniem na boki, tak żeby jej słowa nie wydały się koleżance zbyt poważne:
– Nie no, nie martw się… Mi też cię już troszkę brakowało.
Niepewność tylko na chwilę zagościła na pysku Klifiaczki. Uśmiechnęła się lekko.
– Tylko troszkę? – mruknęła. – No no, bo się pogniewamy. A moi przyjaciele? Cóż, Ławicowy Karaś, dla przykładu. Może ją znasz.
Udała zamyśloną, nieudolnie kryjąc chichot.
– Ah, no tak, wiem! Taka wysportowana, inteligentna, uzdolniona łowczyni… Wcale niepodobna do mnie! – wyszczerzyła się. – Tak właściwie, muszę ją przed Tobą pochwalić… Dostała własnego ucznia całkiem niedawno!
Bijąca Północ uchyliła pysk w zadumie, na moment wybita z rytmu.
– Na poważnie? – spytała. – O ja, no to gratuluję! Ledwo co mianowana, mleko ci z wąsa jeszcze kapie, a już ma ucznia, niesamowite – westchnęła z fascynacją.
– I jaki jest? Szybko się uczy?
– Dobrze sobie radzi, chociaż jest strasznie łagodny, więc martwię się trochę o treningi walki… No i nie da się ukryć, że bardzo łatwo ulega wpływowi siostry – Karasiowa Ławica westchnęła lekko, po czym zastrzygła uchem i dodała: – Sama też przecież tak szybko dostałaś ucznia, nie masz co mnie chwalić.
Północ przewróciła jednak w akcie rozbawienia oczami, machając łapą od niechcenia:
– Sama byłaś świadkiem okoliczności w jakich go dostałam. Myślę że po prostu byłam pierwszym kotem, który wpadł Srokoszowej Gwieździe do głowy. Był w nerwach, tak to bym się pewnie jeszcze naczekała z kilkanaście jak nie więcej księżyców na ucznia! – przyznała, a Karaś wyczuła w jej głosie lekki żal.
Przekrzywiła delikatnie łepek, zdziwiona.
– Przecież jest twoim tatą. Nie doceniłby cię wcześniej?
– To dosyć skomplikowane. Mój ojciec jest specyficzny… – stwierdziła, uśmiechając się głupkowato i nerwowo drapiąc łapą za uchem. – Nie wiem, co mu siedzi w głowie. Tym bardziej że z całego rodzeństwa byłam największą... No powiedzmy, że on by to nazwał "rozrabiaką", ja na to mówię "z odpowiednią dozą energii" – stwierdziła. – Raczej gdyby nie wpływ emocji, byłabym ostatnią której dałby ucznia.
– Widać się nie zna, jakbyś nie miała tej "odpowiedniej dozy energii" to nie byłabyś taka zarypiasta. Koty, które poza obowiązkowymi patrolami siedzą cały czas na tyłku są nudniejsze – odpowiedziała Karaś z miną znawcy. – Ja właśnie delektuję się możliwością spędzania czasu poza obozem samemu, od kiedy zostałam mianowana. Nie dość, że mogę się wybiegać do woli, to jeszcze wszelkie obozowe problemy zostawić za sobą i się nimi nie przejmować… Kocham mój klan, ale niektóre koty z niego sprawiają, że czasem mam ochotę po prostu pobyć sama – zmarszczyła nos, jednak w jej spojrzeniu wciąż widać było dobry nastrój… I sporą dozę sympatii do dymnej klifiaczki.
Północ wyprostowała się, spoglądając na nią z zainteresowaniem.
– A co, masz klan pełen sztywniaków? – spytała. – Cóż, w takim przypadku, to jeszcze chętniej bym szła na granicę gdzie towarzystwo byłoby bardziej odpowiednie dla mnie – stwierdziła, puszczając w jej stronę oczko.
– Troszkę zbyt wielbiących naszą liderkę wraz ze wszystkim co powie i zrobi, sztywniaków – szylkretka dodała bardziej pod nosem, po chwili jednak podniosła ton, śmiejąc się: – A myślisz, że co innego tu robię? Tylko tu można przypadkiem wpaść na pewną czarną księż… Klifiaczkę.
– Księżniczkę? – Północ dokończyła pierwsze słowo, zerkając na Karaś.
– No wiesz, tak się u nas mówi na kotki z rodziny królewskiej… To znaczy z rodziny liderki. To ma być jakaś taka oznaka szacunku i te sprawy – wyjaśniła dość niechętnie. – Ale szczerze mówiąc niektóre nasze księżniczki są w sobie strasznie zadufane, uważam, że jesteś dużo lepsza niż one.
– Wasz klan ma trochę dziwne zwyczaje – stwierdziła niepewnie starsza z kotek.
– Pewnie każdy ma… Nasze są po prostu dość nowe, niektórzy wciąż się przyzwyczajają, a niektórzy całkowicie odeszli. Jeżeli nie jesteś z rodziny królewskiej to nigdy nie wybiorą cię na zastępczynię, nie zdziwię się, jeżeli niedługo zostanie to poszerzone i na bycie medyczką też nie będzie szans. Masz się zwracać do nich z szacunkiem… A jeśli urodzisz się ze złym kolorem sierści to równie dobrze możesz odejść, bo w klanie nigdy nie poczujesz się bezpiecznie. Tęsknię za tym porządkiem w klanie jaki panował gdy byłam jeszcze młodą uczennicą, za tą normalnością.
Północ milczała, wpatrując się w koleżankę z uwagą. Karaś zawstydziła się, myśląc teraz, że bez powodu zrzuca na nią swoje problemy i nie powinna narzekać Klifiaczce. Z jakiegoś powodu, może przez ich podobieństwa w podejściu do życia, ufała kotce i czuła potrzebę bycia wysłuchaną, choć przez chwilę. Ale przecież nie mogła przekroczyć granicy i wymagać od niej więcej niż powinna, bez względu na to jak bardzo chciała szukać w dymnej oparcia. Zresztą, nie chciała, żeby Północ uznała ją za marudę! I słabą kotkę, która sobie nie radzi z czymkolwiek! Nie powinna ryzykować utraty tej więzi, która zawiązała się między nimi mimo różnych rodzin, klanów… Mimo to coś w spojrzeniu czarnej pozwoliło jej jeszcze dokończyć:
– Ja sama próbuję się jakoś dostosować…. Ale na twoim miejscu bym się martwiła, jeśli mi się nie uda i z jakichś powodów też będę zmuszona odejść, jeszcze się skończy tak, że twój ojciec będzie miał dwie walnięte kotki na głowie w swoim klanie – zażartowała.

< Północy?>

15 czerwca 2024

Od Północnej Łapy (Bijącej Północy) CD. Karasiowej Łapy (Karasiowej Ławicy)

Północna Łapa była niezwykle znudzona obecnym zgromadzeniem. Nie, żeby to, iż jej ojciec nie padł po raz kolejny na skale trupem, było głównym wyznacznikiem jej braku zafascynowania. Raczej napawało ją to ulgą, bo trochę słabo, aby Klan Klifu słynął z mdlejących liderów.
Podskoczyła zaskoczona, słysząc nagły szmer od boku i dostrzegając ruch. Jasne futro wybijało się na tle szarawych skał budujących wyspę oraz przy ciemnościach pochodzących z nocnego nieba.
Końcówka ogona zadrżała jej z ekscytacji, a szczery uśmiech wkradł się na jej pysk. Zerknęła z rozbawieniem w jasną zieleń oczu koleżanki, nachylając się w jej stronę. Bez cienia sarkazmu w głosie mogła przyznać, że jej tu właśnie brakowało.
— No w końcu! — rzuciła z taką nonszalancją, jakby przyjście Karaś było czymś pewnym. — Zalało wam wszystkie drogi w tym Klanie Nocy? — parsknęła życzliwym tonem. Ilekroć żartowała, starała się jak najbardziej podkreślać, iż czyni to w przyjaznym geście, a nie z chęci dogryzienia komuś. To nie leżało w jej naturze.
— Powiedzmy, że reszta się wlekła — mruknęła. — A ja nie chciałam, by zostali w tyle, jeszcze by się pogubili beze mnie — rzuciła swobodnie.
Północ zaśmiała się odrobinę za głośno, może niezbyt zgrabnie, brzmiąc bardziej jak duszący się pelikan, aniżeli młoda kotka. Na zaniepokojone spojrzenie siedzącego blisko kotka odpowiedziała głupkowatym wyszczerzem. Nie martwiła się, że jej zęby mogły nie lśnić bielą po ostatnim posiłku, kto by się przejmował takimi bzdetami?
— Oh, czy to jakiś ukryty przekaz, że pora na wyścig? — spytała z nieukrywanym podekscytowaniem. — Wiesz, wciąż mamy remis. Może pora to zmienić? — podsunęła, rozglądając się. Pomimo tkwienia na uboczu, wyspa wydawała się dzisiaj zatłoczona. Balansowanie między taką ilością kotów wydawało się mocnym utrudnieniem. A ona, choć zwinność i szybkość we krwi miała, wolała nikomu nie podpaść. — Albo wiesz co? Nie dzisiaj. Następnym razem. Dam ci się podszkolić, aby wyścig był uczciwy, nie mogę ci po raz kolejny dawać fory... — oświadczyła, choć jej rzeczywistym lękiem było staranowanie wszystkich na drodze i "godne pożałowania" zaprezentowanie się przed Karasiową Łapą.
— Tak właściwie to jestem dzisiaj w niezłej kondycji, pora na rewanż mi odpowiada — odparła, ku niechęci dymnej.
No bo jak to, ona odmówi? To by nie było do niej podobne. Ona zawsze miała siły, chęci i zawziętego ducha rywalizacji.
— Widzę, że ktoś tu jest bardzo pewny zwycięstwa — rzekła ostrożnie. — No no, wstrzymaj się, koleżanko, bo cię ta pewność zgubi! — upomniała z taką wiarą w głosie, jakby była profesjonalistką w tych sprawach.
— Tak? — powtórzyła z zainteresowaniem. — A może to ty cykorzysz? — rzuciła.
Północ spięła się, z lekka speszona. Widziała te pełne rozbawienia iskierki w ślepiach, ale sama myśl, że jej zbędne lęki były prawdziwe, ją stresowała.
— To słowo nie współgra z moim imieniem, także coś ci się pomyliło — zaparła, sunąc ogonem po ziemi. — Ja to bym chętnie posłuchała, jak się sprawy w twoim klanie mają. Siedzimy w takim miejscu, że ledwo co słychać co ta wasza Srocza Gwiazda nadaje ze skały — rzekła, starając się odbiec tematem najdalej, jak się da.

***

Status wojowniczki brzmiał już całkiem poważnie, tak samo jak posiadanie uczennicy, którą jednak otrzymała dosyć nietypowo. Nie stała sobie w tłumie, wyczekując mianowania kociąt i znienacka zostając wywołana, tylko wszystko zdarzyło się w trakcie zgromadzenia, po dosyć nieprzyjemnej sytuacji.
Jastrzębia Łapa była cudowna. Bijąca Północ nie powiedziałaby o niej ani jednego, złego słowa. Miała jednak na uwadze, że kotka niedawno straciła brata, potem lubianego mentora i współpraca z nią mogła nie być taka prosta, jak czarna zakładała. W jej świecie wszystko było łatwe i rzeczywistość zbyt często starała się popsuć jej wizję.
Jako, iż tego dnia trening miały zaliczony, postanowiła wyrwać się na chwilę z panującej w obozie rutyny i przejść na patrol. Nie ukrywała tego przed samą sobą, że idąc w stronę granicy, zawsze prowadził ją jeden cel.
Wcześniej ich każde spotkania wynikały z czystego przypadku, a teraz szła tam z wyraźną nadzieją, iż dane będzie jej ujrzeć jasne futro okraszone ciemniejszymi, dwubarwnymi plamami.
Przy panującej pogodzie i zaśnieżonym terenie, Karaś mogła się wyjątkowo zlewać z krajobrazem. Za to ona na pewno rzuci się w oczy, póki mrok nie pokrył świata.
Dymna zmarszczyła nos, poczynając szukać znajomego zapachu, jednak przez liczne deszcze, czuła tylko woń mokrej ziemi. Nawet wpatrywanie się w podłoże nic nie dawało, bo wszelkie pozostawione ślady zaraz to przysypywała nowa warstwa śnieżnego całunu.
Nie zamierzała się poddawać. Oczywiście liczyła po prostu na łut szczęścia. Nie skupiła się nigdy na porze, w jakiej się spotykały. A mogło to mieć znaczenie, bo na pewno nie widywały się z samego rana, ani pod ciemny wieczór. Może i logika bywała czasem pomocna.
— Karaś, Karaś... — ćwiergotała pod nosem, jakby ciągłe nawoływanie miało pozaziemskimi siłami ściągnąć jej koleżankę wprost przed nią. Bo skoro Klan Gwiazdy już sobie istniał, to czemu nie mógłby być przydatniejszy w rozwiązywaniu nawet tych prostych, codziennych problemów?
— Północ?
Zatrzymała się, przez chwilę nie poznając głosu zagłuszanego szumem wiatru. Czasami do jej głowy nachodziła myśl, a co gdyby natrafiła na innego kota Klanu Nocy i wydała to, że spotyka się notorycznie z Karasiową Łapą?
— A co to za niepewność w głosie? — zagadnęła. — No nie mów, że mnie nie poznałaś, bo się pogniewam — zaśmiała się, podchodząc śmiało bliżej granicy. Pomimo tkwienia na plaży, piach już dawno zaginął pod grubą warstwą śniegu.Z boku widać było rozległe morze, którego widok odświeżał jej wspomnienia ze wspólnej nauki pływania. Gdy tylko ponownie zrobi się cieplej, miała nadzieje na kontynuacje nabywania tej umiejętności.

<Karaś?>

06 maja 2024

Od Karasiowej Łapy CD. Północnej Łapy (Bijącej Północy)

Patrzyła jak koleżanka z klanu klifu niezgrabnie macha łapami w wodzie, próbując powtórzyć jej instrukcje odnośnie pływania. Na chwilę się przestraszyła, gdy ta straciła równowagę, jednak widząc, że bezpiecznie wychodzi na brzeg odetchnęła.
– Było chyba dobrze, tak? – spytała Północna Łapa, posyłając Karaś nerwowe spojrzenie.
Wynurzyła się za klifiaczką, uśmiechając się. Nie spodziewała się, że ta pewna siebie, lubiąca rywalizację uczennica, może się przejąć czymkolwiek.
– Myślę, że masz prawdziwy talent! – oznajmiła z dumą, mocno przesadzając. – Trochę ćwiczeń i mogłabyś dorównać niektórym kotom klanu Nocy.
Czarna odetchnęła z lekką ulgą.
– Tylko… Gdybyś chciała naprawdę ćwiczyć – dodała szylkretka, uświadamiając sobie, że czasem nawet najlepsza technika pływania nie czyni kota bezpiecznym. – Musisz zawsze się upewnić, czy miejsce, w którym chcesz pływać jest bezpieczne. Tak jak to morze, dzisiaj, w pogodny dzień jest całkowicie spokojne, jednak gdyby się zerwał mocniejszy wiatr, mogłyby się pojawić zbyt duże fale… I rzeki, zawsze trzeba uważać na wiry, ale je da się rozpoznać, wpatrując się dobrze w taflę wody przed wejściem. Oh, nie wiem, czy w klanie Klifu macie rzekę – zmieszała się na chwilę, uświadamiając sobie swoją niewiedzę. – W każdym razie, im woda jest płytsza, tym lepiej, jeśli nie jesteś w wielkiej potrzebie, nie próbuj nigdy przepływać niczego co wielkie i z rwącym nurtem.
Uświadomiła sobie, że powtarza te same słowa, które usłyszała od Piórolotkowego Trzepotu jeszcze kilka księżyców temu. Ciekawe czy byłby dumny, że tak dobrze przyswoiła jego nauki…
– Chyba rozumiem, to całkiem logiczne – przytaknęła przejęta Północna Łapa.
Nie wyglądała jakby opowieść o wirach i wielkich falach ją jakoś mocniej zniechęciła, co wywołało w Karaś nowy przypływ sympatii. Pomyśleć, że kiedy była młodsza, była przekonana, że koty z innych klanów to na pewno jacyś nudziarze i tchórze, którzy w życiu by ogona do rzeki nie włożyli! Cóż, Północ udało się przełamać ten stereotyp. A może to Karaś powinna być z siebie dumna, że jej plany nawracania kotów na pływanie tak dobrze wyszły już przy pierwszej próbie? Zaraz jednak przypomniała sobie tego dziwnego ucznia klanu Wilka, który na zgromadzeniu miał do nich pretensje, że postanowiły rozruszać zziębnięte kości. Z całą pewnością nie wszystkie koty z innych klanów były takie jak Północ… Wtem zorientowała się, że czarna mówiła coś jeszcze i patrzy na nią teraz, oczekując reakcji.
– Oh, na klan gwiazd, jestem taka roztrzepana – wymiauczała zawstydzona po kilku sekundach wewnętrznej paniki. – Naprawdę przepraszam, mogłabyś powtórzyć?
Północna zaśmiała się lekko, co trochę uspokoiło młodszą.
– Już mniejsza, chyba powinnyśmy się powoli zbierać. Nie wiem jak u ciebie, ale martwię się, że ktoś zauważy, że mnie tak długo nie ma – wymruczała.
– Ah, mój mentor nie robi mi nigdy o nic problemów, o ile nie narzekam za dużo na treningach walki, nie sądzę, żeby się jakoś przejął – odparła, wciąż próbując zatuszować wstyd. Czy mówiła zbyt dużo? – Chociaż muszę jeszcze upolować jakąś zwierzynę, bo moja wiewiórka postanowiła wpaść w zęby pewnej klifiaczki…
W tym samym momencie spojrzały na siebie i biegiem poleciały sprawdzić, czy wiewiórka, o której całkowicie zapomniały nadal leży przy tym samym krzaczku. Na szczęście była nienaruszona. Północna Łapa upewniła się jeszcze, czy na pewno może ją wziąć i po otrzymaniu jasnego potwierdzenia od Karaś i obustronnej żartobliwej obietnicy dłuższej rozmowy na kolejnym zgromadzeniu, uczennice rozeszły się w dwie różne strony.

***

Gdzieś podświadomie wróciła do tego wspomnienia, gdy szła na kolejne już swoje zgromadzenie. Mimo tego, co powiedziała klifiaczce jednak musiała się chwilkę tłumaczyć przed mentorem. Głównie z marnej zwierzyny, którą złowiła po tak długim zniknięciu. Piórolotkowy Trzepot nie drążył jednak tematu, woląc pogrążać się we własnych myślach, co ostatnio zdarzało mu się coraz częściej. Miała wrażenie, jakby tamto popołudnie było chwilę temu, a jednak już znowu dreptała wraz ze swoim klanem na bursztynową wyspę. Mieli blisko, ponieważ miejsce zgromadzeń znajdowało się właściwie przy granicy klanu Nocy i klanu Klifu, tym samym blisko miejsca w którym odbyła się nauka pływania Północy. Może to stąd w myślach Karaś pojawiła się ta cicha nadzieja na ponowne zobaczenie koleżanki?
Po przybyciu na miejsce dość szybko wmieszała się w tłum obcych kotów, znikając z oczu zarówno rodzinie jak i mentorowi. Mimo to, wyszukanie znajomego, czarnego futra w panującym mroku nie było aż tak proste, jak myślała. Może jej nie było…? Chciała już się poddać i wrócić do rodziny, gdy jednak dostrzegła koleżankę, siedzącą bardziej na uboczu. Trochę ją to zdziwiło, jednak mimo to zbliżyła się do dymnej.
– Można? – spytała, wskazując ogonem na miejsce obok.

<Północ?>
[717 słów]
[przyznano 14%]

29 kwietnia 2024

Od Północnej Łapy CD. Karasiowej Łapy

Zastrzygła uchem na brzmienie tego nieznanego jej słowa. Czym lub kim była ta wspomniana "księżniczka"? Wstrzymała się od zadania tego pytania na głos. Nie chciała wyjść na głupią bądź niedoinformowaną. Chociaż co jeśli to była obraza? Albo komplement? To nieuprzejme, nie powiedzieć dziękuję.
Pozwoliła sobie udawać, że po prostu tego nie usłyszała. Natomiast druga część wypowiedzi Nocniaczki nie wymagała od niej jakichkolwiek przemyśleń. To było połączenie przyjemnego z pożytecznym. Nauka pływania, choć nasuwała ze sobą możliwość utonięcia, brzmiała też na dobrą zabawę, a przy tym było to nabycie nowej, przydatnej w życiu umiejętności.
Ale by zaskoczyła rodzeństwo, gdyby akurat ganiali się po polanach i ona w najbardziej niespodziewanym momencie wskoczyłaby do rzeki. Ich miny byłby bezcenne, chociaż wiedziała, że takie zabawy raczej już w ich życiu nie nastąpią. Robili się zdaniem niektórych na to za starzy.
Mimo to rozbawienie napływało na jej pysk.
— Moje zdanie nie zmieniło się od ostatniego razu — odparła. — Oczywiście, że aktualne!
Były na piaszczystym podłożu, więc najsensowniejszą opcją było pokierowanie się w stronę morza. Przy okazji ich zapachy zetrą się w wodzie, więc jedyne, z czego będzie musiała się tłumaczyć, to tego, dlaczego jest cała mokra i czemu zniknęła na tak długo. Chociaż jej mentorka była na tyle luźna, że pozwalała jej oddalać się na moment samej, to wiedziała, że aby nie stracić jej zaufania, będzie musiała się pilnować z czasem, jaki poświęci na naukę w towarzystwie koleżanki.
— Chyba pogoda w miarę nam sprzyja na pływanie — stwierdziła Karaś, gdy obie, po przeciwnych stronach granicy, dotarły do linii brzegowej morza. — No cóż, woda może i nie jest najczystsza, ale i tak jest tu lepiej niż nad rzeką. Tam to wszędzie tyle błota, że nie idzie się przedrzeć — dodała ze smętnym uśmiechem na pysku.
Piach chrupał im pod łapami, gdy dreptały powoli w przód, w milczeniu, wpatrzone w dal, hen poza horyzontem. Na ten moment słońce górowało na niebie.
— To od czego powinnam zacząć? — spytała z podekscytowaniem Północ, kiwając się lekko na boki, wsłuchana w szum fal. Ta otwarta przestrzeń była zarazem piękna i fascynująca, jak i przerażająca. Bo co, jeśli podmuch wiatru popchnąłby ją w głąb tam, gdzie utraciłaby grunt pod sobą? Tu już nawet nie było mowy o unoszeniu się na tafli. W jej wizjach prąd morski od razu ściągał ją na dno.
Skrzywiła się. Nie była to optymistyczna myśl, a przecież tylko takie powinno występować w jej głowie.
— Od wejścia do wody — podsunęła jaśniejsza kotka.
Czarna w zamyśle przytaknęła. No tak, było to dosyć oczywiste.
— Ale... Wejdziesz ze mną, tak? I będziesz w razie co mnie ratować, gdybym nagle zaczęła... no nie wiem, odpływać? — dopytywała, a końcówka ogona lekko zadrżała jej z nerwów.
Karaś pokiwała głową z uśmiechem.
— Oczywiście! Nawet wejdę pierwsza, by ci pokazać, że to nic strasznego.
Dymna obserwowała, jak szylkretka na potwierdzenie swych słów, pewnie wchodzi do wody. Dookoła niej unosiło się wiele pojedynczych listków bądź patyków, które zaburzały piękno tego widoku. W pewnym momencie jedyne, co było widać, to grzbiet i głowę Nocniaczki.
W końcu i Północna Łapa zdołała się zmusić do wykonania jakiegokolwiek ruchu. Potrzebowała zaczerpnąć głębokiego wdechu, nim zmusiła się do pierwszego kroku.
Zdarzało jej się moczyć łapy nad brzegiem morza, bądź przy Kaczym Bajorku, jednak teraz, gdy w tle głowy wisiała jej myśl, że zaraz cała się otuli wodną pierzyną, traciła pewność. Czuła nieprzyjemnie mokry piach pod sobą, co wcale nie motywowało jej do dalszych ruchów.
— Wszystko w porządku? — spytała koleżanka. — Słuchaj, możemy to przenieść na kiedy indziej, albo znaleźć jakieś małe jeziorko czy coś — zasugerowała.
Czarna zawahała się. Nie była przecież małym kociakiem, by pluskać się w kałużach.
— Już idę — oświadczyła pewnie i śmiało ruszyła do przodu, czując, jak jej futro moknie i powoli zaczyna jej ciążyć. Zatrzymała się przed Karasiową Łapą, starając się patrzeć na nią, a nie na otaczający ich bezkres morza. Mimo wszystko wysunęła pazury, jakby miało to jej pomóc wczepić się do podłoża i nigdy nie zachwiać. — Jest dobrze. Całkiem przyjemnie — uznała, chociaż czuła się dosyć niekomfortowo.
— Tak, pływanie to świetna sprawa! — zapewniła ją pogodnie. — Czuję się...
— Jak ryba w wodzie? — przerwała jej. — To brzmi jak domena każdego Nocniaka. Widać, że masz to wszystko we krwi. My Klifiacy niby mamy za specjalność wspinaczkę, ale na drzewo to każdy kot umie wejść, więc to bez sensu — westchnęła. — Słyszałam, że kiedyś mieszkaliśmy przy górskich terenach i to po kamiennych, niemalże pionowych ścieżkach, byliśmy w stanie dostrzec na każdy szczyt! — rzekła to z taką dumą, jakby to ona sama odbywała takie podróże. Nie do końca zresztą pamiętała, czy tak brzmiała wersja historii młodości jednego kotów ze starszyzny, ale z pewnością aż tak bardzo pomieszać tego, co usłyszała, nie mogła.
Ewidentnie urodziła się w nudniejszych czasach.
— O, to brzmi świetnie! — stwierdziła. — Ale chyba wolę i tak pływać...
Północ wydała z siebie cichy pomruk, starając się przyzwyczaić do uczucia chłodu na skórze. Ona też by wolała.
— To co dalej? — Uznała, że nie mają czasu do stracenia, a pogadać to sobie mogą na zgromadzeniu. Teraz naszła pora na radosne pluskanie się. Przynajmniej dopóki jej pysk miał dostęp do powietrza.
— Zacznij od podniesienia jednej przedniej łapy — poleciła, co czarna od razu wykonała. — Czujesz coś?
Zmrużyła oczy. Coś ją pchało do góry. Wręcz reszta kończyn prosiła się o oderwanie od dna, choć ona sama kurczowo trzymała się go pazurami.
— No... Tak. Wypycha mnie.
— Tak, to jest to — oświadczyła z uśmiechem. — Nie musisz się martwić, że utoniesz. Jak zachowasz spokój, to woda zawsze będzie cię trzymać na powierzchni.
Północ zaśmiała się nerwowo. Ona i spokój to były antonimy.
— Trochę mnie łaskocze w podbrzusze — mruknęła, odruchowo próbując podrapać się tylną łapą po wspomnianym miejscu. Wiązało się to z tym, że skończyła bez podłoża pod sobą i podkulając pod siebie kończyny, chwiejnie dryfowała. — O Klanie Gwiazd co się dzieje?! — wypaliła nerwowo.
Karaś najwyraźniej rozbawiła jej reakcja.
— Chwilowo to oswajasz się z wodą. Spróbuj powoli machać łapami, rób takie okrężne ruchy. Trochę jakbyś biegła. O tak — to mówiąc, sama odbiła się od dna, prezentując prawidłową pozycję pływania.
Szylkretka okrążyła ją, a Północ, sztywno, nie ruszając się, w skupieniu obserwowała każdy jej ruch. Ogromnie bała się wykonać pierwszy ruch, mając wrażenie, że zaraz za bardzo odsunie się od brzegu. Nie mogła jednak wyjść przy koleżance na cykora. Zawsze miała się za odważną, więc musiała zadbać o to, by inni też ją za taką mieli.
— No dobra, to pa teraz — wypaliła i starała się powtórzyć ruchy koleżanki.
W jej głowie wyglądała teraz majestatycznie, niczym wprawiona pływaczka. W rzeczywistości swoim machaniem łapami na oślep rozchlapała wodę dookoła siebie i ostatecznie straciła równowagę. Uratowała się wycofaniem na brzeg, gdzie nerwowo oddychając, spoglądała na wciąż stojącą w morzu Karaś.
— To ten — odchrząknęła niemrawo Północ. — Było chyba dobrze, tak?


<Karaś?> 

[1152 słowa]
[przyznano 23%]

15 kwietnia 2024

Od Karasiowej Łapy do Północnej Łapy

Wiosna przyszła z cieplejszym wiatrem, zmienną pogodą i wszechobecnym błotem. W cieniach drzew wciąż zalegał śnieg, jednak o zwierzynę było już dużo łatwiej, co przyniosło dużo ulgi wymęczonej po ciężkiej zimie Karaś. Wiedziała, że dość mocno schudła, a przy jej wysokiej sylwetce i krótkim futerku tym bardziej rzucało się to w oczy. Nie to, żeby jakoś szczególnie zwracała uwagę na wygląd, nigdy nie czuła się pięknością, zresztą rude plamy pokrywały zbyt dużo jej futra, by móc chociaż udawać, że jest czarno-biała. Martwiła się raczej o swoją siłę i wytrzymałość. Już kilka dni jadła dużo lepiej, jednak wciąż pamiętała jak to jest, gdy po wstaniu robi się ciemno przed oczami, a łapy ocierają się od kamieni, którymi trzeba uderzać cały dzień w taflę lodu na rzece. Dlatego tym chętniej wyruszała wraz z mentorem i Kawczym Sercem na patrol łowiecki, marząc o tym, jak cały klan zacznie już zaraz odzyskiwać siły. Szła przez las za kolorową łąką, skupiając się na zapachach. Piórolotkowy Trzepot już od jakiegoś czasu pozwalał jej na więcej samowoli, zadowolony z postępów szylkretki, więc nie trzymała się zbyt blisko patrolu. Po krótkiej chwili udało jej się wytropić młodą wiewiórkę. Siedziała na drzewie, jednak dość nisko…
Skoczyła i zaorała pazurami o korę drzewa. Przestraszona wiewiórka zeskoczyła na ziemię, a Karaś ruszyła w pościg. Kilka króliczych susów dalej znajdował się bezdrzewny teren, jeśli tylko uda jej się zapędzić wiewiórkę w tą stronę… Czuła jak palą ją łapy gdy nadrabiała odległość po łuku, odcinając stworzonku drogę do pozostałych drzew. Już czuła, że zmniejsza dystans, gdy nagle z zarośli wprost na wiewiórkę wyskoczyła czarna kulka, łapiąc ją w zęby i umiejętnie skręcając zwierzynie kark. Karaś wyhamowała w kilku krokach, mrugając ze zdziwienia. Czarna kulka wyprostowała się, przedstawiając sobą smukłą, damską kocią sylwetkę, o długiej, jaśniejszej gdzieniegdzie sierści i zielonych oczach skierowanych teraz na szylkretkę.
– Czyżbyśmy miały dwa do jednego? – miauknęła Północna Łapa, uśmiechając się.
Na ostatnim zimowym zgromadzeniu poznały się i od razu przypadły sobie do gustu, urządzając wyścigi na rozgrzanie zesztywniałych od mrozu mięśni. Skończyły z remisem, co wywołało w Karasiowej Łapie spore uznanie do klifiaczki. Żałowała, że czarna widzi ją w tej pozimowej, nie najlepszej formie.
– Na to wychodzi – niechętnie przyznała młodsza z uczennic, jednak na jej pyszczku też pojawił się uśmiech. – Nie wiedziałam, że jestem tak blisko terenów Klanu Klifu.
– Praktycznie je przekroczyłaś – zwróciła uwagę koleżanka, wskazując ogonem pobliski krzak, który był jednym z bardziej charakterystycznych znaczników granicznych.
Szylkretka zmrużyła oczy oceniając odległość.
– Tylko jedną łapą! – wyszczerzyła się, robiąc minę niewiniątka i grzecznie wycofała kawałeczek w tył, żeby nie siedzieć na granicy.
Nie zamierzała kłócić się o wiewiórkę. Północna złapała ją już na swoim terenie, a to oznaczało, że Karaś i tak nie mogłaby jej dalej gonić. Albo raczej, prawdopodobnie by ją dalej goniła, nie zauważając granicy i wpadła przez to w niezłe tarapaty.
– To co tam słychać u księżniczki? Lekcja pływania nadal aktualna? – spytała, moszcząc się wygodnie na trawie i zmieniając temat.
Była na patrolu łowieckim, oczywiście, ale przecież chwila pogawędki jeszcze nikomu nie zaszkodziła, zwłaszcza w tak słoneczny, pachnący wiosną dzień.


<Północna Łapo?>
[504 słowa]
[przyznano 10%]