BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 26 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lukrecja x Nikt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lukrecja x Nikt. Pokaż wszystkie posty

27 grudnia 2022

Od Nikogo cd Lukrecji

Gdy go widział łapał go dziwny niepokój. Nie wiedział dlaczego się tak działo. Czuł tylko emocje... Strach, poczucie zagrożenia i ból. Miodunka mówiła mu, że kocur był niebezpieczny. Wiedział, że był jej bratem. Złym i potwornym. Nie zasługiwała na niego. Powinna się go wyrzec. Unikał go przez to, chodząc tylko za swoją partnerką, nie chcąc przypadkiem zostać z nim sam na sam. To... mogłoby się skończyć źle. Czuł to w każdej kości. Na dodatek doszła go wieść, że miał kocięta. Te również nie budziły jego sympatii. Dwa wyglądały jakby urwały się nie wiadomo skąd. Białe z dziwnymi, lodowatymi oczami. Nie wychodziły na światło słoneczne, kryjąc się w cieniu. Może były chore? Z takiej czarnej duszy jaką miał Lukrecja nic normalnego nie mogło przecież wyjść. Teraz jednak... Miodunka przeniosła się do żłobka. Siedziała tam z tymi malcami. Bał się, że coś jej zrobią. Jej lub dzieciom. Kocica jednak uspokajała go twierdząc, że dzieciaki Lukrecji były już wystarczająco dorosłe, by przenieść się do legowiska uczniów, a co za tym idzie, nie będzie skazana na ich towarzystwo. Brzmiało fajnie, ale... One tam żyły! Skaziły teren! A co jak jego dzieci urodzą się takie białe? Przecież to nie będzie nawet do nich podobne! 
Te czarne myśli kłębiły mu się w głowie, gdy wrócił z polowania. Teraz Miodunka nie mogła mu towarzyszyć. Nie miała sił, a jej brzuch się rozdął dość mocno. Nerwy go zżerały, bo wychodziło na to, że już niedługo jego dzieci przyjdą na świat. 
Miał zamiar udać się do żłobka, by podać partnerce pysznego kosa, którego dla niej złapał, gdy zza zakrętu wyszedł... On. Zderzyli się łbami. Widząc go, panika ponownie go zalała. Zrobił krok do tyłu, mając nadzieję, że nie będzie na niego syczał. Nie chciał mieć z nim nic do czynienia. Pragnął teraz zniknąć pod powierzchnią ziemi. Niestety... Kremowy skupił na nim swoje spojrzenie, a jego mina mówiła mu wszystko. Nie był zadowolony. 
- Przypłyszym - pisnął, trzymając dalej posiłek w pysku, chcąc go ostrożnie wyminąć. 

<Lukrecjo?>

23 października 2022

od Lukrecji CD. Nikogo

 *po zostaniu wojownikiem przez Lukrecję*


Został wojownikiem! Po tylu księżycach męki, nareszcie stało się to, czego pragnął. Nie rozumiał, dlaczego taka Miodunka została wojowniczką szybciej od niego. Przecież ona nie potrafiła nawet dobrze polować, nie wspominając o walce. Komar ją lubił? Mało prawdopodobne, ale może to dlatego, że była uczennicą jego zastępcy? Nie wiedział. Nie chciał zaprzątać tym sobie dalej głowy. Został nim szybciej od Mleczyk, co już było jakimś osiągnięciem. Teraz na jego pysku niemal nieprzerywanie gościł uśmiech. Zamachał ogonem na widok nadchodzącego czarnego arlekina. Ach, czy ten dzień może być jeszcze piękniejszy?
— O. Jesteś. Szukałem cię — mruknął żółtooki.
— Hej, hej — przywitał się z nim, szczerząc się dumnie. — Jak się czujesz? — zapytał, przyglądając się mu. Wyglądał trochę dziwnie. Był chory?
— Nie wiem. Dobrze chyba — uśmiechnął się lekko, siadając na ziemi. — Zostałeś.... woj... wojownikiem, słyszałem. Fajnie.
— Co taki spięty jesteś? — zmartwił się i strzepnął ogonem. — Chcesz może... No wiesz, skoro jestem wojownikiem, to Fretka nam nie przerwie — zaproponował, spoglądając na niego.
— No wiem... — powtórzył Nikt. — Wiem — uśmiechnął się lekko. — Tak...
Zamruczał i otarł się o jego miękki bok. Zgodził się! Ten dzień był wspaniały.
— Chcesz... iść gdzieś? — zapytał zaciekawiony dawny uczeń Krwawnika, owijając ogon wokół jego ogona.
— Tak — Lukrecja skinął łbem. — Mam nawet pomysł gdzie — zachichotał, zachęcając go do podążenia za nim ruchem łapy.
— A gdzie? — zapytał, rozglądając się po otoczeniu.
— Pokażę ci — miauknął wesoło. — To bardzo ciekawe miejsce. Myślę, że ci się spodoba.
Niedługo dotarli do miejsca, do którego prowadził kremowy. Był to sad, przypominający ten, który znajdował się na starych terenach. Rosły tu wysokie, teraz lekko łysawe drzewa. Teren porastała również gęsta trawa, a wraz z lekkim wiatrem unosiły się suche liście w rozmaitych kolorach. Zielonooki kocur zatrzymał się i zamachał radośnie ogonem. Spoglądał na pysk swojego partnera, mając nadzieję, że spodobało mu się to miejsce.
— Ojej. To tu? — zapytał czarny arlekin.
— Tak — kiwnął głową i chcąc zrobić mu niespodziankę, ucałował go w polik.
Kocur uśmiechnął się do niego, ocierając o jego szyję.
— Piękne miejsce. Dziękuję, że mi je pokazałeś. Za buziaczka też — zamruczał.
Liznął go w policzek jeszcze raz. Zaraz po tym, ruszył do przodu, zachęcając go ruchem ogona.
— Mam jeszcze coś ciekawego! — zawołał radośnie.
— Co takiego? — skierował się za nim, przylegając wciąż do jego boku.
Zarumienił się lekko.
— Widzisz tę stertę liści? — zapytał, wskazując na nią jednym z pazurów. — Chodź!
Dotarli do sporej sterty wyschniętych liści. Nie wiedział, czy Nikt lubi takie zabawy, ale i tak chciał spróbować.
— Listki? Chcesz się nimi pobawić? — miauknął syn Doli.
Nie odpowiedział nic, a na jego pysk wpełzł uśmiech. Strzepnął ogonem i skoczył na kocura, przewracając go. W wzajemnym uścisku poturlali się po liściach, przygniatając je i krusząc. Obaj zachichotali głośno. Najwidoczniej, podobało mu się to! Był bardzo szczęśliwy. Kochał ten dzień.
— To było... zabawne — odparł kocur z uśmiechem na pysku.
Schylił się i liznął jego szyję. Zachichotał, a potem przetrącił łapą liście, obsypując nimi czarnego arlekina. Młodszy nachylił się i również go polizał. Lukrecja zamruczał zadowolony i jeszcze raz go cmoknął.
— Chcesz iść po coś do jedzenia do obozu? — zapytał, ocierając się o niego. — Ciężko tu się szło... Możesz ty przynieść, a ja tu poleżę i zaczekam, co ty na to? — zaproponował.
— W porządku — mruknął, schodząc z niego. — Jakby Miodunka tu przyszła, to krzycz — zawołał, ruszając przed siebie.

***

Kolejny, całkiem miły dzień. Bycie wojownikiem było jednak wspaniałe. To niezwykłe uczucie wolności i samodzielności było świetne. Nie musiał się już przejmować żadną Fretką. Miał teraz swoje własne życie. Nikt już mu niczego nie zabroni. W końcu czuł się jak dorosły kot, a nie jak dzieciak, którego trzeba niańczyć. Rozciągnął się, ale zaraz po tym od razu się wyprostował. Nikt zmierzał w jego stronę. Nie mógł przecież źle przed nim wypaść.
— M-musimy pogadać — mruknął pod nosem, trzepiąc ogonem.
— Cześć — przywitał się z nim doskakując do jego boku, chcąc się o niego otrzeć. Cofnął się jednak, czując, że kocur jest bardzo spięty. — Wszystko w porządku?
Czarny potrząsnął głową.
— Musimy... wyjść z obozu — miauknął, kierując kroki gdzieś w las.
Wzruszył ramionami i ruszył za nim. Był trochę zdziwiony jego tonem. Wyglądał na wręcz przerażonego. O co mogło chodzić? Miodunka coś mu zrobiła? A może jeszcze ktoś inny? Nie mógł odnaleźć się w tej dziwnej plątaninie domysłów. Gdy tylko wystarczająco oddalili się od obozu, Nikt jak po ciężkiej pogoni za czymś, opadł na ziemię zmęczony. Skrzywił pysk i wbił wzrok w podłoże.
— Wybacz... M-muszę to zrobić... — wziął głęboki oddech. — N-nie możemy już być dalej razem.
Jak tylko usłyszał ostatnie słowa kocura, wmurowało go. Nie wiedział co powiedzieć. Potrząsnął łbem i przekrzywił go.
— Co masz na myśli? — spytał w końcu, machając ogonem na lewo i prawo.
— T-to, że... — wziął głębszy oddech. — Nie możemy być razem...— spiął się, patrząc na niego zmęczonym wzrokiem. — Już nigdy. Przepraszam. Tak musi być... Tak będzie dla nas lepiej.
Dotarło do niego to, co powiedział kocur. Co? Jak to, nie mogą być razem? Po tym, co dla niego zrobił? Po tym, jak dał mu tyle wskazówek co do życia i jego problemów, po tym, jak byli razem w krzakach i razem płakali? To był jakiś żart?
— Co... — sapnął, wpatrując się w jakiś punkt na ziemi. — Co ty powiedziałeś? — spytał, w końcu podnosząc na niego wzrok.
— Że... że to koniec... — powtórzył mu Nikt. — J-ja... Ja nie potrafię dać ci tego czego chcesz — mruknął bez wyrazu. — Miodunka jest zła... Krzyczy, bije, a gdy cię nie ma, jest inna. Miła i kochana... Nie ma tego cierpienia...

Tw: przemoc


Spiął się cały i nastroszył. O czym on do cholery gadał? Walnął się w łeb? Miał gorączkę? Przedawkował kocimiętkę? Nie mógł uwierzyć w jego słowa. Nie mógł. Po tym wszystkim, co razem przeżyli? Po tym wszystkim co dla niego zrobił, ot tak zrywa, dla jakiejś zasranej Miodunki? Był niepoważny. To nie mogła być prawda. To był tylko głupi błąd. Mylił się. Mylił. Kocur zacisnął zęby w gniewie. Zrobił krok do przodu i posłał mu takie spojrzenie, jak Brzoskwini w chwili śmierci.
— Zastanów się nad tym, co przed chwilą powiedziałeś — warknął. — Zastanów się. Za chwilę będziesz żałować i to wszystko pięknie odszczekasz!
Położył po sobie uszy, kuląc się pod jego spojrzeniem. Łzy wezbrały mu w oczach i zaczął drżeć.
— N-n-nie! Z-zostaw mnie! J-ja nie chcę byś mnie krzywdził! J-ja... Ja wybrałem. U-uszanuj to. O-o-ona o mnie dba, tuli i jest zawsze przy mnie, a ty? Ciebie nigdy nie było, gdy potrzebowałem wsparcia — pociągnął nosem. — N-n-nie będę szczekać. Przepraszam. To... to koniec...
Wysunął pazury i przejechał nimi w ziemi tak, jak po pysku Brzoskwini tamtej nocy. Mordował go spojrzeniem. Gniew palił mu pazury. Palił mu szczękę. Z każdym uderzeniem serca, coraz bardziej pragnął wydrapać mu oczy. Jebany niewdzięcznik. Tyle dla niego zrobił. Tyle oferował. Był tak dobry. A ten, miał to głęboko w zadzie. Był fałszywy. Wykorzystał go. Bezczelnie wykorzystał.
— Co to ma kurwa znaczyć?! — wrzasnął, podchodząc jeszcze bliżej. — Tłumacz się, ty niewdzięczne, fałszywe lisie łajno!
Czarny arlekin wydał z siebie pisk. Cofnął się gwałtownie.
— M-mówię jak jest... M-miodunka mnie kocha i... i daje mi wsparcie, którego ty nigdy mi nie dałeś. Nie byłeś przy mnie, kiedy tego potrzebowałem, a ona tak. Trenowałeś, a ona się mną opiekowała. T-to nie moja wina, tylko twoja! Wszedłeś między nas... — zaskomlał.
— Zamknij mordę — wysyczał, robiąc jeszcze jeden krok. — Zapomnij, że kiedykolwiek byłem dla ciebie miły. Zapomnij, że kiedykolwiek ci pomogłem. Zapomnij o tym wszystkim. Zdradziłeś mnie. Kochałeś ją. Wmawiałeś mi bzdury, bylebym jej znienawidził. Nie wstyd ci? Nienawidzę cię — zawył przez zęby, jednym ruchem pazurów łapiąc go za pysk. — Nienawidzę!
Dawny uczeń Krwawnika zamknął oczy, zaciskając je najmocniej jak potrafił. Łzy pociekły mu po policzkach, a oddech przyspieszył.
— Jesteś potworem... — wyszlochał żałośnie.
— A ty? Ty jesteś święty i wspaniały, tak? Pomyśl co zrobiłeś. Znienawidziłem Miodunki przez twoje jebane, żałosne kłamstwa. Nie wstyd ci? Zepsułeś mi życie. Ciągle kłamałeś. Wykorzystywałeś mnie. Nakłoniłeś do kocimiętki. Jedyne czego chciałeś, to pobyć że mną w krzakach i popsuć mi życie? Nie tędy droga — syknął, ściskając jego obrzydliwą mordę coraz mocniej. — Wcale nie będzie mi ciebie szkoda, jak zdechniesz tu sobie żałośnie. Nikt za tobą nie będzie płakał. Rozumiesz? Jesteś nikim. Jesteś zerem. Nienawidzę cię!
— M-masz rację. N-nic tylko niszczę wszystko wokół. N-nie chciałem. T-to... to przez przypadek. Ja wcale... ja wcale nie chcę nikogo skrzywdzić. P-proszę... Ja już nie będę. Zostanę sam... Nie zasługuję na nikogo — piszczał.
— Owszem, w końcu się tego nauczyłeś — sapnął gniewnie. — Jesteś nikim, jak wskazuje twoje imię. Nie zasłużyłeś na inne. Jesteś tylko głupim błędem. Nie powinieneś zaistnieć. Nie powinno cię tu być. Nie zasługujesz na nic dobrego. Jesteś bezużyteczny. Nikt ciebie nie potrzebuje. Zatruwasz powietrze. Niszczysz wszystko wokół. Tylko każdemu przeszkadzasz. Pogódź się z tym.
Zaskomlał, kiwając łbem. Pociągnął nosem. Zaczął się szarpać, próbując się mu wyrwać.
— P-puść mnie. J-ja muszę już wrócić do Mioduńci. O-ona się będzie martwić...
— Przesłyszałem się? Powtórz to. No na co czekasz? Na oklaski? — zacharczał, wbijając mu pazury coraz bardziej, nie zważając na to, że może mocno go zranić. Wręcz przeciwnie, pragnął tego. Pragnął jego cierpienia. Zasługiwał na nie. Był niewdzięcznym gnojem. Pomyłką. — Wybij sobie tę wronią strawę z głowy! Teraz będziesz zajęty cierpieniem. Będziesz płakał. Kwiczał. Błagał o wybaczenie. Lecz na nie, będzie już za późno. Nie przyjmę twoich przeprosin. Zapamiętaj moje słowa. Będziesz żałował. Cholernie żałował. Takiego bólu jeszcze nigdy nie odczułeś. Już nie ma powrotu. Będziesz przezywać piekło — wysyczał, przejeżdżając mu pazurami po szczęce. — Nie ma odwrotu. Nie zasłużyłeś na wybaczenie. Zepsułeś wszystko. Teraz ty poczujesz, co to znaczy ból.
Parsknął śmiechem, co nie było adekwatne do sytuacji.
— J-ja wiem co to ból... — wyznał. — O-od kocięctwa mnie biją i krzywdzą. Czułem już wszystko... Naprawdę... — zapewnił, znów zaczynając się wić. — J-ja... ja wiem... Nie mogę przepraszać. P-puść mnie. Muszę wrócić do Mioduńci. O-ona... O-ona mnie potrzebuje. Będzie tęsknić... A ja nie chcę, by była na mnie zła — zaskomlał.
— Czy ty zamierzasz się w takiej sytuacji kurwa śmiać? Wiem co mówię — syknął. Gniew wypalał mu skórę. Nie wytrzymywał tego. Puścił pysk kocura po czym gwałtownie zamachnął się na niego pazurami. Po tym czynie sapnął głośno, wpatrując się w jego oczy. To dopiero początek jego koszmaru.
Żółtooki pisnął, upadając na ziemię. Spojrzał na niego ze strachem w oczach. Niech się boi, głupi niewdzięcznik.
— N-nie jedz mnie! — zawył głośno.
— Jeść takie coś? Takie gówno, co nawet kotem się nie może nazywać? Za kogo ty mnie masz? Brzydziłbym się — oznajmił mu.
Podszedł do leżącego na ziemi kocura. Pasożyt. Oblech. Niewdzięcznik. Idiota. Schylił się i przejechał mu pazurami po karku. Cieszył się z jego bólu. To jednak było wspaniałe. Kocur wydał z siebie krzyk, wyginając grzbiet w łuk. Zaczął się czołgać, a następnie wstał na łapy, chcąc mu uciec. Przybił go pazurami do ziemi. Byłby w stanie nawet go tu zabić. Nie zasługiwał na nic dobrego. Był okropny. Był jednym wielkim, obrzydliwym pasożytem. Bał się jednak, że ktoś go zauważy. Strzepnął ogonem i zdjął mu szpony z grzbietu. Wycelował nimi w jedną z jego tylnych łap. Czarny znowu wrzasnął czując ból w łapie. Za chwilę, krzyk się urwał. Zacisnął mocno oczy. Zaczął drżeć z bólu.
— Przestań! To boli! — wył dalej.
— A nie mówiłem, że będziesz błagał mnie o przestanie? Widzisz, ja jednak wiem dużo więcej od ciebie. Zawsze mam rację, pasożycie — wysyczał gniewnie. — Ale jak już wcześniej powiedziałem, nie ma odwrotu. Zaczęło się cierpienie. Teraz czas byś ty to poczuł — kiedy tylko zakończył to zdanie, zaczął naciskać na jego łapę tak mocno, jak tylko umiał.
Wrzasnął przeraźliwie, a po polikach spłynęły mu łzy.
— D-dość! Błagam! Pomocy! — wydarł się nagle i przeraźliwie głośno
Przestał naciskać na jego kończynę. Nie mógł się tak wydzierać! Za chwilę ktoś tu przyjdzie i będzie skończony! Odskoczył od jego łapy, podszedł do jego pyska i z całej siły zatkał mu go.
— Nie drzyj tej obrzydliwej japy — zawarczał, aż zrobiło mu się gorąco. O mały włos!
Żółtooki ugryzł go w łapę. Odsunął ją, a następnie przyłożył mu pazurami łapy, w którą go ugryzł. Nie będzie pozwalał sobie na takie coś! Naskoczył na jego szyję. Schował pazury i zaczął mocno na nią naciskać. Miał nadzieję, że za chwilę zdechnie. Nienawidził go.
— Jeśli jeszcze raz się wydrzesz, albo spróbujesz się wyrwać, to jesteś skończony. Będzie o wiele gorzej. Być może, nawet stracisz swoje życie — zagroził, trzepiąc ogonem. — Zastanów się więc dobrze, czy na pewno tego chcesz. Jeśli nie, to bądź mi posłuszny i nie rób tego, gnoju. Nie masz prawa mówić o tym nikomu. Jeśli tylko komuś powiesz, nieważne kto to, domyśl się, co się stanie.
Żółtooki wił się, tracąc możliwość swobodnego oddychania. Widział, jak robił się wręcz fioletowy. Gdy tylko poluźnił ucisk, kocur zakaszlał, łapczywie biorąc do pyska powietrze.
—  N-nie powiem, p-puść... Khe, khe — krztusił się.
— Obiecaj mi to — zawarczał. — Przysięgnij na swoje życie! Jeśli ktokolwiek się o tym dowie, wykręcę ci kark, a Twoje flaki porozwieszam na drzewach. Rozumiesz?
Pisnął, kiwając łbem, biorąc szybkie oddechy.
— P-przysięgam. N-nie powiem — wyskomlał. — N-nie powiem, n-nie powiem.
— Mam taką nadzieję, pasożycie — kopnął go jeszcze, szczerząc się paskudnie. — Jesteś śmieciem. Jesteś zerem. Jesteś nikim. Nikt nie będzie za tobą tęsknił. Każdy cię nienawidzi. Jesteś fałszywym idiotą. Zdychaj tu sobie, a ja tymczasem, idę zgotować ci jeszcze większe piekło. Nie ma odwrotu! — zawarczał, mordując go wzrokiem i w końcu kierując się w stronę obozu, zostawiając go tak.
Niech gnije.

< Nikt? >

19 października 2022

Od Nikogo cd Lukrecji

Nie chciał go zawieść. Naprawdę chciał skończyć ten cyrk z Miodunką i uwolnić się od niej raz na zawsze. Jednak co próbował, ta wracała niczym burzowa chmura. Nie potrafił jej przegonić. To było ponad jego siły. Na dodatek to co zrobili razem w krzakach... Co miał z tym zrobić? Jak miał poradzić sobie z ciężarem tej odpowiedzialności? Zrobił najprawdopodobniej brzuch jego siostrze! Powinien go nienawidzić, a ten... Ten chciał dać mu kolejną szasnę. Było to tak do niego niepodobne, ale... Cieszył się z tej zmiany. Kocur poprawił się w swoim zachowaniu, co go cieszyło i nie chciał by stary on powrócił.
— A... a jak będą po tym kocięta? — szepnął cicho.
Co miał wtedy zrobić? Zagroziła mu, że musiał z nią być, ze względu na dzieci. 
— Nie przyznasz się do nich — miauknął, otulając go ogonem. — Nikt się nie dowie. Każdy będzie wiedzieć, że to ona ma coś nie tak z łbem i sobie wymyśla. Dopilnuje tego.
To brzmiało... Na dobre wyjście z tak okropnej sytuacji. Tylko... Czy chciał być taki jak jego rodzice? Porzucić kocięta, nie dając im poznać kim był? Znał to cierpienie, bo nie wiedział o swoich korzeniach. Gdy inni mieli mamy i taty, on był zawsze sam. To bolało. Jednak... Nie chciał denerwować kocura tymi swoimi przemyśleniami. Już dość go skrzywdził. Nie trzeba było drążyć tej sprawy bardziej, dlatego też skinął łbem, a następnie wtulił się bardziej w jego futro, szukając w nim pocieszenia od tych wszystkich problemów, którymi witała go dorosłość.
— Cieszę się, że n-nie jesteś już na mnie zły — szepnął cicho.
— Błagam cię o to, by ta sytuacja już nigdy się nie powtórzyła. Rozumiemy się? — mruknął kremowy, liżąc go w policzek.
Przyjemne ciepło go zalało. Chciał by to powtórzył. Uczucie kochania, to było coś czego pragnął, mimo że jego mentor tego nie pochwalał. 
— D-dobrze — Skinął łbem. — A-ale jakbym... nagle zniknął... T-to... uratuj mnie, proszę. — Nie znał przyszłości, nie wiedział co mogło się stać, ale nie chciał, by kocur pomyślał, że ewentualne niepowodzenie, było z jego winy. Liczył na jego wsparcie w tej kwestii. Był przecież bratem Miodunki! Powinien z nią porozmawiać! 
— Zrobię, co w mojej mocy — Syn Plusk przytulił się do niego mocniej, ale tak, by wciąż było to komfortowe. 
Zamruczał cicho. Chciał by ta chwila trwała i trwała. Było mu tak dobrze. Jego przyjemne futro otulało go z każdej strony. To było... delikatne, miłe, przyjemne.
— Będę bardzo zawiedziony, jeżeli jeszcze raz się dowiem o jakiś krzakach, czy pocałunkach. Nie rób mi tego, obiecaj, że tak już nie będzie. Bardzo mnie to zabolało — miauczał. — Kocham cię.
Położył po sobie uszy, dalej wtulając nos w jego futerko. Jak miał przeciwstawić się upartości jego siostry? Już zrywał z nią trzykrotnie i nadal się do niego kleiła! Jednakże... jego słowa dały mu potrzebną motywację, aby tego dokonać. 
— Rzu-uce ją. T-tak ostro jak m-mówisz, że zo-ostawi mnie w spokoju i za-awsze my będziemy razem — zapewnił. Nie chciał zawodzić w swoim życiu kolejnego kota.
— Dziękuje — mruknął uczeń, całując go w pysk. — To będzie lepsze dla nas obu. Nie kochasz jej, prawda? Jeśli nie, to mówię ci, zrób tak, a wszystko się ułoży.
Uśmiechnął się delikatnie. 
— N-n-nie kocham. Rz-rzuce. Zrobię to — dodał z pewnością w głosie. — A potem... B-będziemy razem — Oddał pocałunek.
— Mam nadzieję — miauknął, ocierając się o niego ogonem. 

<Lukrecjo?>

13 października 2022

Od Lukrecji CD. Nikogo

 — Bardzo — odparł, szczerząc się głupio. Przysunął się do niego i objął go swoim ogonem. Położył na jego barku swoją głowę. Nie wiedział, czy to tak właśnie wyglądała prawdziwa randka, ale miał nadzieję, że mu się spodoba.
Nikt położył głowie na jego głowie, mrucząc. Podobało mu się to. Bardzo. To było świetne. Czarny arlekin polizał go powoli za uchem. Kremowy uniósł głowę i pocałował go w policzek, za chwilę jednak znowu położył łeb na barku kocura, czerwieniąc się. Żółtooki natomiast znów dał mu całusa, a potem kolejnego. Czuł się dobrze. Nawet bardzo dobrze. Kochał jego bliskość. Mając świadomość, że oboje tego chcą, czuł się jeszcze lepiej. Nie było to zmuszanie, tak jak kiedyś. Teraz naprawdę się kochali. To było świetne. Otarł się głową o jego szyję. 
— Kocham cię — miauknął cicho, przymykając oczy.
— J-ja też... — dał mu całusa w pyszczek, cały zarumieniony.
Uśmiechnął się, kładąc po sobie uszy zawstydzony. To było wspaniałe. Chyba się zgodził. Byli razem? Miał taką nadzieję. Głupio mu było o to pytać, w końcu to niby prosta sprawa. Nie miał żadnego doświadczenia w miłosnych sprawach. Jako kociak jedynie zmuszał innych do cmokania go, ale to nie było to samo.
— J-jesteś super — miauknął, nie wiedząc co powiedzieć.
Dawny uczeń Krwawnika uśmiechnął się.
— Ty też jesteś. Możemy tu poleżeć i poprzytulać się trochę — zaproponował.
— D-dobrze — Lukrecja skinął głową i położył się na miękkiej trawie. Prześledził wzrokiem każdy szczegół na twarzy kocura. Nikt był śliczny. Nie dało się temu zaprzeczyć
Nikt przytulił się do niego i oplótł go swoim ogonem. Kremowy zamruczał wesoło i
już chciał cmokać go w policzek, kiedy w jego uszach rozbiegł się drażniący głos tej liliowej zrzędy. Odsunął się przestraszony. Głupia, będzie mu teraz przeszkadzać. Niech sobie idzie w krzaki z tą białą wronią strawą, na którą tak zawsze zerka.
 — A co to za randki tutaj? — zawarczała groźnie Fretka. — Do roboty się bierz, a nie się klej do innych kotów. Wszędzie cie szukałam, a ty się całujesz i chadzasz po krzakach, idioto — wysyczała. 
— D-daj spokój — mruknął, podnosząc się z ziemi. — Nie mam żadnej prywatności. Wszędzie wtykasz ten swój zasmarkany nochal.
— Morda — warknęła przez zęby, a jej sierść się zjeżyła. — Nie podskakuj, bo pazurami w tą jape dostaniesz. No już, marsz, idziemy trenować walkę, która tak słabo ci idzie.
Nie szła mu przecież słabo. Co ona wygadywała? Walczył bardzo dobrze. Już dawno powinien był zostać wojownikiem.
— T-to ja... ja już pójdę — miauknął niespokojnie czarny.
— A ty — liliowa zwróciła się do niego — nie klej się do uczniów. Przez takich jak ty ten gówniarz nie może zakończyć treningu, bo zajmuje się jakimś głupim romansem. Zrozumiano?
— T-t-tak. P-przepraszam. N-n-nie chciałem... M-miłego treningu — życzył Lukrecji, szybko schodząc jej z oczu.
Zastępczyni kiwnęła łbem. 
Co za idiotka? Wiedział, że ten cały Komar ma nie pokolei w głowie. Sam jest skończonym głupkiem i jeszcze wybrał na zastępcę kogoś takiego. Odwrócił głowę w stronę odchodzącego Nikogo i uśmiechnął się lekko w jego stronę. 

***

Wracał z treningu z Fretką, która ku jego zdziwieniu zgodziła się, by miał chwilę wolnego. Rozkoszował się ciszą i spokojem od wysłuchiwania paskudnych rozkazów kotki. Uśmiechnął się, ale za chwilę uśmiech z jego pysk zniknął. Ujrzał płaczacego przy krzakach Nikogo. Co się stało? Wyglądał na przerażonego. — Co się dzieje? — zawołał, ruszając w jego kierunku.
— J-ja... ja zrobiłem coś złego! — załkał głośno.
— Co? — zaczął panikować. Usiadł przy nim, próbując dowiedzieć się, o co chodzi, ale kocur tylko szlochał coś niezrozumiale.
— M-M-Miodunka mnie... naćpała i... i ja... i my... ona... ona może być w ciąży! — zapiszczał wylewając mase łez. 
Nie dowierzał. Nie docierało to do niego. Nie był w stanie przyjąć tego do wiadomości. Miodunka go naćpała i poszli razem w krzaki? Zamrugał parę razy, czując narastający gniew. Zdradził go? — Jak to w ciąży? — zapiszczał zszokowany.
— N-n-nie wiem! O-ona tak mówi! A ja... ja się boję! Zerwałem z nią, ale... ona... ona mnie zmusza bym z nią był! Nie zostawi mnie nigdy w spokoju! Ja nie chcę być ojcem! Jestem za młody na to! — łkał wciąż.
— Nienawidzę tej suki — wysyczał, a jego sierść się zjeżyła. 
Nie wierzył w to. Nie sądził, że jego siostra jest aż taka głupia. Zapewne miała to po tym mysim bobku Bzie. Miała obsesję na punkcie Nikogo, tak jak Bez miał na punkcie Plusk. Była potworem.
Pociągnął nosem, kładąc po sobie uszy.
— Przepraszam. Ja... Starałem się jej postawić, ale ona... Ona jest sprytniejsza ode mnie. Mógłbym jej wlać, bo prawie się pobiliśmy, ale... Ale nie chcę jej skrzywdzić, bo mi Komar odgryzie łapę — otarł zasmarkany nos. — W końcu nie jestem prawdziwym Owocniakiem...
— Jesteś i żaden zasrany Komar temu nie zaprzeczy. Ta cała Miodunka jest jakaś pierdolnięta — zawarczał, ryjąc pazurami w ziemi. Nie mógł opanować gniewu. Nie był w stanie patrzeć na tą liliową idiotkę. Od tej mordy zbierało mu się na wymioty. Te jej Niktusiu i tulenie go na siłę. Z nią było coś ostro nie tak.
— Tak... Jest... — wbił wzrok w swoje łapy. — B-boje się jej. Grozi, że jak zrobię znów coś wbrew jej woli, to... to mnie będzie trzymać za ogon całe dnie. Mówi, że chcę dla mnie dobrze i że mnie kocha — pokręcił głową. — Ona... ona jest zdolna do wszystkiego — spiął się. — Skoro mnie naćpała... B-boje się przyszłości...
— Ona nie chce dla ciebie dobrze. Ona jest chora psychicznie, to nie jest normalne — syczał coraz bardziej wściekły. Zacisnął zęby, marszcząc się. Takie coś nie zasługiwało by żyć w Owocowym Lesie czy gdziekolwiek, gdzie było bezpieczne. Cały Bez. Była dokładnie taka sama. — Mówiłem Ci przecież, że jak ci coś robi, masz mnie wołać. Dostałaby ode mnie solidnie w mordę, tak, że by się uspokoiła z tą jej obsesją. 
Gdy tylko o niej myślał, wykręcało go. Udawała taką słodką i kochaną, a w rzeczywistości była paskudną wronią strawą. Miał ochotę rozerwać ją na strzępy. Ten jej pysk, ten piskliwy głosik, nie cierpiał tego!
Łzy znów zaczęły moczyć jego policzki. 
— N-no tak, a-ale nie mogłem... B-bo mnie trzymała, tuliła i j-jak chciałem o-odejść, to mnie przyciskała do z-ziemi. D-dopiero t-teraz u-udało mi się uciec na chwilę, b-bo o-obiecałem, że będę grzeczny...
— Trzeba było... — tracił kontrolę nad swoimi emocjami. — Po prostu... Walnąć w ten jej łeb i wysyczeć wszystko, co o niej sądzisz, czy to takie kurwa trudne?! — wybuchł, zalewając się łzami.
Czarny skulił się.
— P-powiedziałem co o tym sądzę! P-powiedziałem, że jej nie kocham, że nie chcę z nią być, że czuję się przy niej źle, a... a ona stwierdziła, że pomoże mi znaleźć miłość do niej na nowo i że... że nigdy mnie nie zostawi — również zalał się łzami.
— Trzeba było się na nią wydrzeć! Mogłeś użyć pazurów. Mogłeś ją skrzywdzić. Tak jak ona ciebie. A może tak naprawdę nie powiedziałeś jej tego? Może tak naprawdę ją kochasz, co? No nie becz, gadaj! Powiedz prawdę. Myślałem, że jesteśmy tylko my, bez tego czegoś! — syczał, nieświadomie raniąc kocura.
Zaczął bardziej ryczeć, kuląc się przed kocurem. — N-nie kocham jej! Naprawdę! I... i powiedziałem! N-nie kłamię! Czemu miałbym to robić? Gdybym ją kochał, to przecież byłbym szczęśliwy, a nie jestem! Nie... Nie mogę jej skrzywdzić, dobrze o tym wiesz! Gdybym to zrobił... — pokręcił łbem. — Nie ukryłaby ran, a ja zostałbym uznany za zdrajcę, bo atakuje swojego!
— Muszę z nią porozmawiać. Muszę — fuknął, sapiąc. — A ty, spróbuj się jej postawiać. Warcz na nią, sycz. Nie ważne, co na to odpowie. Nie chcesz jej, to tak zrób. Odwali się w końcu. Powiedz jej w twarz, bez jąkania się, ostrym tonem, że jej nie chcesz i z wami koniec. Nie reaguj na jej płacz i piski. Zignoruj wszystko, co po tym powie. Nie chodź z nią w żadne chaszcze. Rozumiesz?
— A-a jak się wkurzy i mnie uziemi na zawsze? N-nie będą mógł już chodzić nigdzie sam...
— podzielił się z nim swoimi obawami.
— Wtedy ja zareaguje. Zrobię z tym w końcu porządek — obiecał Lukrecja. — Co ona sobie myśli, robiąc coś takiego. Idiotka. Psychopatka — westchnął, przysuwając się do niego bliżej. — Kocham cię — miauknął. — Naprawdę cię kocham. Nie chce, żebyś cierpiał.
— J-ja też cię kocham — czarny przytulił się do niego, mocząc łzami jego futerko. — P-postaram się. D-dla ciebie. B-będę się stawiał.
— Liczę na ciebie — zamruczał, ocierając się o niego. — Nie zawiedź mnie.

< Nikt? >

[przyznano 5%]

12 października 2022

Od Nikogo cd Lukrecji

Nie mógł uwierzyć w to co się działo. Lukrecja zgodził się na randkę. Co go podkusiło do tego, by go zaprosić? Nie wiedział. Jednak... Ten moment, gdy całował się z kocurem, sprawdzając czy mu się to podoba, przeważył nad podjęciem takiej decyzji. Z Miodunką było inaczej. Ona była... inna. Dość nachalna i budziła w nim obrzydzenie. Tu było inaczej, milej. Nawet świadomość tego, że kremowy go skrzywdził przed wieloma księżycami, nie sprawiła, by zrezygnował. Zmienił się. Widział to i doceniał. 
— T-to chodźmy — skierował kroki na polane pełną kwiatów, trzymając się z nim za ogony.
Nadal czuł się tak, jakby robili coś zakazanego. Motyle w brzuchu jednak skutecznie zagłuszały niepewność i strach, który rodził się w jego wnętrzu. 
Lukrecja uśmiechnął się do niego, co spowodowało, że poczuł się miękki. Mógłby tu paść i nie wstawać, wtulając się w jego futro. Z każdym uderzeniem serca, zauważał, że lepiej mu ten gest wychodził. 
— Już ci lepiej wychodzi uśmiech — zauważył, docierając na miejsce — Widzisz? To tutaj — Wskazał na otoczenie. 
— Jak tu ślicznie — odezwał się kremowy, gładząc go swoim ogonem.
Usiadł, czując przyjemny dreszcz, spowodowany przez ten dotyk. Nieśmiało wtulił nos w jego futerko, zaciągając się przyjemnym zapachem, który bił od kocura. Czuł się tak, jakby był niczym prawdziwa kocimiętka. To unosiło jego duszę wprost w niebiosa. 
— Prawda? 
— T-tak — zamruczał zadowolony.
Słysząc to, uśmiechnął się. Dobrze, że mu się podobało. Chciał by ta chwila trwała wiecznie. Chciał czerpać z niej siłę, zapomnieć o troskach i po prostu z nim być. Schylił się, chwytając w pysk kwiatka u swoich łap i wsadził mu go we futro, pesząc się niczym kotka. Ale to było głupie! Co on robił? Co on czuł? Nie rozumiał tego. 
— Będziesz ładnie pachniał — wytłumaczył swoje zachowanie, gdyby mu się ono nie spodobało. 
Czemu jednak miałoby? To nie był już ten sam kot. 
— T-to bardzo miłe — uśmiechnął się zawstydzony arlekin, co było bardzo jego zdaniem urocze.
Obserwował jak Lukrecja schyla łeb, urywając czerwony kwiat rosnący niedaleko niego. Pochylił się następnie nad nim lekko i włożył mu go za ucho.
Spalił się pod sierścią zawstydzony, posyłając mu niepewny uśmiech. Teraz naprawdę czuł się niczym kotka, która dostawała potrzebną uwagę od swojego ukochanego. Wręcz motyle w nim szalały, a radości nie było końca! Zapomniał przez to o wszystkim innym; o mentorze, Miodunce, podroży w nieznane, swoich problemach. Miał być silny, miał nieść grozę, a pragnął miłości. Tego słabego uczucia, które raniło, osłabiało, ale i też dawało szczęście. 
— Pasuje mi? — zapytał kremowego niepewnie. 

<Lukrecja?>

10 października 2022

Od Lukrecji CD. Nikogo

 — N-nie wiem — wyszeptał kremowy, bojąc się jego reakcji. 
— R-randkę? — zaproponował czarny arlekin.
Pokiwał głową, ucieszony pomyslem żółtookiego. Był bardzo zdziwiony. Sądził, że kocur zaproponuje powrót do innych kotów. Nie mógł uwierzyć, że sam zaproponował randkę. Jednak go lubił? Na to wyglądało.
— M-mam do ciebie mówić Nikt, czy jakoś inaczej? — zapytał Lukrecja, chcąc wypaść przed nim jak najlepiej.
— N-no nie wiem... Nie mam nadal imienia. Nie zasłużyłem najwidoczniej — zwiesił łeb. — A-ale chciałbym mieć jakieś tylko... Musi nadać mi je lider. Jednak... skoro... chcesz, t-to... Możesz dać mi pseudonim. A-ale tylko dla nas. Nikt inny nie może o nim wiedzieć.
— Kocimiętek? — zażartował, chcąc rozluźnić atmosferę. — C-co lubisz najbardziej?
— Och... Najbardziej... Wiesz... To trudne pytanie. W zasadzie to... Lubie jak mnie ktoś docenia i... nikogo nie zawodze — wyznał mu. — A jak pytasz o ulubioną rzecz... Mam ślimaka Skorupka. Dostałem go od Agresta. Taki tam przyjaciel... Ale niezbyt rozmowny — również zażartował.
— Ch-chciałbym mówić do ciebie inaczej, niż Nikt, to takie... Niemiłe — mruknął uciekając wzrokiem. — P-p-przepraszam cię za to, że wtedy cię biłem... Byłem głupim dzieciakiem i nie wiedziałem, co robię...
— Nikt to nawet nie jest imię... To... Brak go — wyjaśnił, słysząc jego przeprosiny, lekko się uśmiechnął. — Dobrze to słyszeć — przysunął się bliżej do niego. — M-możemy zacząć wszystko od nowa, co ty na to? A nazywać... możesz mnie jak ci się podoba. Nawet kocimiętek może być, jeżeli czujesz się z tym lepiej. Mi... mi już przestało zależeć. Sądziłem, że dostane imię od liderki jak zostane wojownikiem, ale... Myliłem się. A teraz Komar rządzi, a on... mnie nie cierpi... — westchnął.
— Nie lubię Komara — przyznał wprost, mając nadzieję, że nie będzie o to wypytywać. — Zacznijmy. Tak będzie najlepiej — uśmiechnął się lekko.
Nikt skinął łbem, łapiąc swoim ogonem ogon kremowego.
— T-to gdzie chciałbyś pójść na naszą randkę? — zapytał nieśmiało.
— Ty możesz wybrać — miauknął, nie mając pomysłu.
— M-m-możemy pospacerować — zaproponował. — Niedaleko widziałem polane z kwiatami... Jest tam bardzo ładnie.
— O, to dobry pomysł — zgodził się, podnosząc się z ziemi.

< Nikt? >

[przyznano 5%]

05 października 2022

Od Nikogo cd Lukrecji

Zioła na uspokojenie? W sumie dobry pomysł. Gdyby Plusk dała coś swojej córce, co sprawiłoby, że byłaby grzeczna, leżąc całe dnie i nie wykazując chęci na dostawianie się do niego, to jak najbardziej podawałby jej te rośliny. 
— Prawda... Jest... Dziwna. Ciągle mnie liże, tuli i nie daje mi chwili spokoju — powiedział. — No i dlatego jest lekko... przerażająca. Raz zrobiła z kości serce i kazała mi jeść z nią szpik...
To było obrzydliwe doświadczenie, którego nie chciał pamiętać. Wolał, by liliowa sama zajadała się kośćmi, niż mu je wpychała na siłę. 
— Co... — Lukrecja pokręcił głową, nie dowierzając. 
Musiał skinąć łbem, by potwierdzić to wszystko. Tak właśnie było. Mówił mu najprawdziwszą prawdę, a nie jakieś wymysły. Najwidoczniej kocur nie wiedział, że jego siostra była taka... dziwaczna. Ale kto by przypuszczał? Na początku też uważał ją za kogoś normalnego, ale z czasem zaczął wątpić czy z nią wszystko w porządku. 
— Wiem, że to żałosne. Nie potrafię jednak się jej postawić... Tobie też nie potrafiłem... — westchnął, czując jak humor mu się ponownie psuje. Pociągnął nosem. — Ja... ja chyba nie jestem już kotem... Czuję się jak rzecz. Pewnie cię to nie obchodzi, bo... bo to wiesz, sam się mną bawiłeś, ale... Ale taka jest prawda. A wtedy po kocimiętce... To było coś cudownego. Gdybym miał wybór... to wolałbym wciąż się z tobą tulić w krzakach i czuć szczęście niż spać z Miodunką.
Widział, że to speszyło kocura. Praktycznie powiedział to co myślał i nie rozwodził się nad kwestią jak to brzmiało. Chyba jednak powinien, bo jego reakcja była jasnym dowodem na to, że nieco przesadził. Jednakże... To wspomnienie, które powstało przypadkiem, wciąż z nim było. Gdy się budził, myślał o ich dwójce. Chodził przez to zamyślony, zastanawiając się nad tym, czy to co czuł było prawdziwe. Pierwszy raz w końcu jadł kocimiętkę. Może to było jej działanie? Chciał się co do tego upewnić. 
— T-tak? — zapiszczał jedynie kremowy.
— Tak — miauknął z pewnością w głosie, zaraz potem zerkając na niego. — Cz-czy to znaczy, że je-estem g-gejem?! — Stanął jak wyryty, gdy to zrozumiał. 
Czy na pewno tak było? Inaczej czuł się przy Lukrecji. Nawet jako kociak, gdy serwował mu te buziaczki czuł, że ta zabawa mu się podobała. Było przyjemnie i miło... No oczywiście, gdy uczeń nie mieszał go z błotem. 
— N-nie wiem, a-ale ja ch-chyba  też — zaskomlał, ledwo trzymając się na łapach.
Spojrzał na niego zdumiony. On... on też?! Czuł do niego pociąg? Nie spodziewał się tego wyznania. Spalił buraka, powoli podchodząc do kocura i siadając tuż przed nim. Jeżeli Lukrecja przyznawał mu się do tego i to tak jawnie, bez żadnych wykrętów, to musiało być coś na rzeczy. Myśl, że go polubił była miła. Chciał w końcu się z nim pogodzić, odkąd urwał mu to nieszczęsne ucho. 
— A... um... Może się przekonajmy czy to prawda? Znaczy... Jak chcesz. Damy sobie buzi. Jak nic nie poczujemy, to to była wina kocimiętki, a jak coś... to... to tak — chrząknął.
Głupi pomysł. Czuł, że arlekin się na niego nie zgodzi. No bo z jakiej racji, miałby chcieć powtarzać to wszystko, co wydarzyło się w krzakach? 
— M-możemy spróbować — miauknął cicho. 
Jego instynkt najwidoczniej się mylił. Zapomniał już, że kremowy dorósł i przestał zachowywać się jak rozpuszczony dzieciak. Poczuł ekscytację ale też i strach. Uda im się, czy nie? To było dziwne. Pierwszy raz będą to robić na poważnie. Nie dla zabawy, nie pod wpływem kocimiętki, ale świadomie.
Serce zabiło mu szybciej, gdy przysunął się bliżej. Czuł suchość w gardle i nieprzyjemny w nim uścisk. 
— D-dobrze — miauknął po czym zetknął się z nim pyskiem, liżąc go. Zarumienił się, zerkając na niego pytająco. — T-teraz ty mnie.
Nie było to trudne, a uczucie jakie poczuł w sobie sprawiało, że ekscytacja to mało powiedziane co czuł. Nie wiedział co to, ale skoro dawało mu radość, to oznaczało, że najwidoczniej naprawdę był gejem. 
Lukrecja przysunął się do niego i popatrzył mu w oczy. Liznął go lekko, a on czuł się tak, jakby robili coś zakazanego. Bo w sumie robili. Jego mentor zakazał mu przecież angażować się w przyjaźnie i jakieś związki. Gdyby się dowiedział... Urwałby mu uszy! Był tego pewien! Teraz jednak odrzucił te myśli na drugi plan, bo jego serce mocniej zabiło. Zrobiło mu się na dodatek gorąco, aż po koniuszki uszu. 
— I... co czułeś? — zapytał, ciekawy jego wewnętrznych przeżyć.
— Ch-chyba rzeczywiście jestem gejem — wyjąkał ledwie słyszalnie siedzący przed nim uczeń.
Zaskoczony na niego spojrzał. Podobało mu się to?! O rany... o rany... Poczuł się jak jakaś kotka, ciesząc się z tych słów. Nie odrzucił go, nie skrzywił się, nie powiedział nic obraźliwego, ale przyznał, że to było to. 
— J-j-ja też — wyznał.
— T-to c-co teraz? — spytał kremowy.
— N-n-nie wiem... A-a co byś chciał? — zapytał, patrząc na niego z uwagą.
Kto powiedział, że to będzie takie proste? Teraz po uznaniu kim byli, co mieli zrobić? Pójść na randkę? To było takie peszące i doprowadzało go do fali wstydu, którą czuł, gdy zerkał mu w oczy. A najbardziej był zły na siebie za to, że ponownie marzyło mu się polizanie go w policzek.

<Lukrecjo?>

03 października 2022

Od Lukrecji CD. Nikogo

 Czarny arlekin podniósł głowę, wbijając zaskoczony wzrok w syna Plusk.
— L-l-lukrecja? — pisnął.
Zamrugał oczami sennie, słysząc czyjś pisk. Białe futro w czarne łatki i żółte oczy. Zdjął z niego swoje łapy i odsunął się gwałtownie. Jak to się stało? Co oni do cholery robili?
— Nikt? — zaskomlał, odsuwając się w panice jeszcze bardziej.
— L-L-Lukrecja? — pisnął znów.
— D-dlaczego my jesteśmy w krzaku... Sami... —również zapiszczał, wyskakując z rośliny.
— N-n-nie wiem. N-nie pamiętam. M-miałem dziwny sen... i... i chyba dalej śnie... — mruknął, po czym wyskoczył z krzaków.
Kremowy otrzepał się z liści, które przyczepiły się do jego futra. To był sen, czy jakiś nieśmieszny żart? Nie dowierzał. Jakim cudem znaleźli się we dwoje, sami, w jakiś chaszczach? To było straszne. Poszedł w krzaki z Nikim?
Pokręcił głową niedowierzając.  
— Gdzie są inne koty? — miauknął, trzepiąc ogonem zdenerwowany.
— N-n-nie wiem — Nikt rozejrzał się przestraszony. — P-poszukajmy ich.
Skinął głową przerażony. Wstyd wypalał mu możliwość mówienia. To jakiś głupi przypadek, czy oni naprawdę mieli randkę w krzakach? Co w niego wstąpiło? Nie mógł przyjąć tego do wiadomości. Uderzył się w głowę i stracił panowanie nad sobą, czy jak?
Zaczęli kierować się w stronę obozu. Czasem ich spojrzenia się spotykały, a oni łapali niezręczny kontakt wzrokowy. Czuł się głupio. Bardzo głupio. Było mu wstyd za siebie. Z jednej strony chciałby z nim o tym porozmawiać, a z drugiej trafił język, kiedy tylko na niego spojrzał. Był idiotą.
Kiedy tylko minęli gęste krzaki i kilka drzew, jego oczom ukazały się znajome, śpiące koty. Odetchnął z ulgą, ciesząc się, że nie wyruszyli w dalszą drogę. Zerknął na Nikogo, widząc, że ten chce się odezwać.
— S-są... — wskazał ich ogonem, po czym nieśmiało na niego spojrzał. — P-p-pamiętasz coś?
— T-trochę tak — wyjąkał zawstydzony.
Nie umiał rozmawiać o czymś takim. Nie był w stanie. Brzuch mu wykręcało na myśl, że ma z nim mówić o tym, co stało się w nocy w krzakach. Całowali się? Przytulali? Czy może nawet gorzej?
— J-ja też — żołtooki wbił wzrok w swoje łapy.
Przełknął ślinę i trzepnął ogonem.
— Cz-czy my zrobiliśmy, n-no wiesz co — palił się ze wstydu.
— U-um... N-nie wiem... M-może? T-tego n-nie pamiętam, a-ale p-pamiętam buziaczki... — pisnął cieniutko.
Sapnął, nie wiedząc co ma powiedzieć. Zwiesił po sobie uszy, skupiając się na ruchach bujanej przez wiatr trawie. Palił się ze wstydu.
— Całowaliśmy się tak jak wtedy na drzewie? — zaskomlał w końcu zielonooki zwijając się ze wstydu. Co on do cholery zrobił...
— Ch-chyba na-nawet bardziej n-niż na drzewie — szepnął, paląc się bardziej do czerwoności.
Usiadł i zakrył łapą oczy. Ten wstyd był nie do opisania. Nie mógł już wytrzymać.
— Chce-esz o tym zapomnieć? — odezwał się dawny uczeń Krwawnika.
— J-ja nie wiem — odpowiedział cicho, gapiąc się głupio na ziemię. — J-ja już nic nie wiem...
— W-wiesz... T-to... T-to nie było nic złego... Znaczy... J-już się kiedyś całowaliśmy i ci się to podobało... — kocur chyba chciał go pocieszyć. 
— W-wiem, ale to w krzakach to było coś innego — zawył, czując się coraz gorzej.
— Och... M-możliwe... — zaczerwienił się mocniej. — T-ta kocimiętka... To jej wina... N-nie wiedziałem, że mi tak odbije...
— Ja n-nie wiedziałem, że to tak mocno działa — przyznał zgodnie z prawdą.
Był głupszy nawet od swojej siostry. Co on narobił.
— P-prawda...T-to... L-lepiej wracajmy do swoich o-obowiązków — zaproponował, by dalej nie ciągnąć tej niezręcznej rozmowy.
Kiwnął głową, odchodząc od kocura. Położył się niedaleko jakiejś wojowniczki, nawet nie wiedząc kto to. Czuł się, jakby przebiegł maraton. Padł na ziemię zmęczony jak ścigane wcześniej przez drapieżnika zwierzę i westchnął, układając się w kłębek. Przymknął oczy. Nawet nie wiedział, że aż tak go to zestresuje.

***

Ta Fretka była najgorszą mentorką, jaką mógłby sobie wyobrazić. Nie dość, że była cholernie wredna i syczała na każdy jego ruch, to jeszcze była tak leniwa, że nawet nie chciało jej się iść z nim na trening. To nie koniec, ba, był postój, więc powinien był odpoczywać, a nie biegać po jakimś nieznanym terenie. Liliowa kazała mu iść coś upolować i wrócić do niej najszybciej, jak potrafi. Co za idiotyczny pomysł. A to oczywiście dlatego, bo zapewne zachciało jej się randkować ze swoją ukochaną Świt, czy jak jej tam było. Paskuda.
Zawarczał z nosem w trawie, zawzięcie próbując coś wywęszyć. Niczego tu nie było. No szkoda, że nie kazała mu pływać w kałuży i łapać bakterie. Idiotka. 
— H-hej co tu robisz?
Na to pytanie podskoczył zaskoczony. Wyjął nochal z trawy i zaczął się rozglądać. Zza kilku sporych drzew zmierzał do niego Nikt.
Nikt.
Ten sam kocur, z którym niedawno całował się i tulił (a może nawet robił coś gorszego?) w krzakach. Nie był w stanie spojrzeć mu w oczy. Nie po tym, co zrobili. Odwrócił głowę i zaczął skakać wzrokiem a to po pierwszym lepszym drzewie, a to po krzakach.
— P-próbowałem polować, ale nie mogę nic tu znaleźć — miauknął, wpatrując się w korę drzewa jak głupek.
— Ja właśnie też polowałem. Co... Co tam u ciebie?
Krrmowy zdziwił się na pytanie kocura. 
— Ch-chyba dobrze — mruknął, nie wiedząc co ma powiedzieć.
— O... To dobrze. A chciałbyś, nie wiem... popolować może razem? — zaproponował żołtooki.
— M-możemy — odparł, wciąż jednak czując zawstydzenie wczorajszą sytuacją.
Skierowali kroki przed siebie, wspólnie węsząc. 
— Jak ci idzie w ogóle trening? — zapytał Nikt.
— Teraz mam inną mentorkę — sapnął wściekle, czując gniew, gdy tylko o niej pomyślał. — Nie cierpię jej. Zachowuje się, jakby była jakąś władczynią świata, mądrzy się na każdy temat, jest wredna i leniwa.
— Współczuje. Nie wyobrażam sobie mieć innego mentora... Musi ci być naprawdę ciężko.
— I jest, to prawda — odpowiedział i skinął głową. — Wiatr był o wiele lepszy, ale nie spodziewałem się, że jest zdrajcą... Dlatego płakałem — wyznał mu nie do końca zgodnie z prawdą.
— Och... To wszystko wyjaśnia. Musiał być dla ciebie bardzo bliski, a okazał się... kimś złym... — czarny podszedł bliżej kocura, kładąc mu pocieszająco łapę na ramieniu. —Wszystko się ułoży. Wiesz... Każdy musi przejść przez okropne chwilę w swoim życiu. Ja przeszedłem i żyję, to i ty sobie poradzisz — starał się go pocieszyć. Mimo, że wcześniej nawet się całowali, to wręcz palił się z zawstydzenia. Niby zwykły gest, ale czuł się tak dziwnie. Próbował się uśmiechnąć, ale znowu zrobił minę, jakby zjadł zepsutą piszczkę.
Kocur zdjął powoli łapę z jego ramienia. 
— Wybacz. Pewnie ci dziwnie. Nienawidziliśmy się, a wczoraj skończyliśmy w krzakach... Brzmi jak żart. Ale... Ale było fajnie, nie? W sensie... No wiesz... Mogliśmy płakać... A skończyło się... inaczej... Uh... Wybacz, nie wiem co mówię... — mruknął, kręcąc przecząco głową.
— B-było fajnie, n-na chwilę zapomnieliśmy o problemach — zapiszczał bardzo zawstydzony.
— Racja... To było... przyjemne... — zgodził się z nim. — Jak... Jak śpię z Miodunką, to nie czuję relaksu. Tylko napięcie i stres. A wczoraj się rozluźniłem i to czułem... Myślisz, że to wina kocimiętki, czy my... no wiesz... — zerknął na niego.
Nie bardzo rozumiał słowa kocura. A może jednak? To byłoby chyba zbyt szalone? A z resztą, kto wie? Ten świat był wystarczająco pokręcony.
— T-ty śpisz z Miodunką? — spytał lekko zdziwiony Lukrecja.
— Nie zauważyłeś? Jak byliśmy uczniami, to ona... ona spała na moim legowisku, a później połączyła swoje z moim i... jak nie chciałem z nią spać, to mnie chwyciła za kark i zmusiła do spania z nią — wyznał, kładąc po sobie uszy. — Teraz jak jestem wojownikiem to mogłem ukryć się przed nią w legowisku wojowników, ale teraz wędrujemy i znów się do mnie klei...
Co za idiotka. Miała na jego punkcie obsesję. 
— To chore — warknął zdenerwowany. — Ona powinna przyjmować jakieś zioła na uspokojenie.

< Nikt? >

[przyznano 5%]

28 września 2022

Od Nikogo cd Lukrecji

To było takie dziwne... Ta błogość, latanie jak na chmurce. Jego ciało było wręcz zrelaksowane. Kocimiętka działała na niego dość niezwykle. Przyniosła mu upragnione szczęście i spokój. Nie spodziewał się jednak, że straci nad sobą kontrole. Nie miał pojęcia co mówił i czynił. Cieszył się chwilą. To było jak sen, coś na co nie miał wpływu. Kocur obok był krzakiem kocimiętki. Zielona sierść, wystające gdzieniegdzie listki... i ten cudowny zapach. Nic dziwnego, że wzięło go na lizanie. Ślinka mu już ciekła po pysku. Tak bardzo chciał go spróbować. Zjeść... Zobaczyć, czy w smaku jest podobny co roślina... Powstrzymał się jednak przed skubnięciem go w szyję i oderwaniu soczystego kawałka mięsa, bo ten się zaśmiał. Łaskotał go? To spowodowało, że sam wybuchnął śmiechem, natychmiast przestając. To było takie fajne? Nie spodziewał się, że bycie zjadanym przez kogoś, sprawiało tyle radości! Również chciał się o tym przekonać, nadstawiając swoją szyję arlekinowi. 
— Łaskocze? A mnie połaskocz. Też chcę. — zachęcił go.
Lukrecja liznął go po szyi, a potem po łapie. Czekał na ból i tą radość, którą czuł kremowy, ale nic takiego się nie stało. Chyba nie miał łaskotek... 
— Smaczny jesteś — zamruczał do niego.
O! A jednak się mylił! Najwidoczniej smakował wybornie. Głupkowaty uśmiech nie schodził mu z pyska. Obaj byli pysznymi daniami, lecz nie wiedział jak dobrać się do mięsa, nie przerywając tej chwili. Za bardzo mu się podobało spędzanie czasu obok kocura, by nagle to skończyć. 
— Wieeem. — Posłał mu figlarne spojrzenie. — Ty też. Ale nie ziem cię, bo bym tęsknił — Dał mu całusa w pyszczek.
Tak. Bardzo by tęsknił. Chciał jeszcze go nieco poprzytulać. Nacieszyć się tą chwilą. Póki trwała. Nie chciał znów zatapiać się w smutkach i patrzeć na każdy dzień z bólem. Teraz to co czuł, było najlepszym przeżyciem, którego pragnął. 
— Ja też, moja kocimiętko — zaśmiał się cicho Lukrecja, całując go w nos. 
Serce mu szybciej zabiło, a pysk rozpromienił. On... On go kochał! Chyba też to czuł. Nigdy nie był tak szczęśliwy jak teraz. Nawet Miodunka nie potrafiła wyzwolić w nim takich pokładów emocji. Nie orientował się, że jego stan mógł być wywołany rośliną, która wpływała na niego dość intensywnie. 
— Też cię kochaaam — Znów go polizał, mrucząc z zadowoleniem. — Kocham... tak mocno! Że... że... — język mu się zaczął plątać. — No że! Że kocham cię! 
W zasadzie to już nie wiedział co miauczy. Czy już mówił jak go kochał? Chyba tak. W zasadzie czemu tak się robiło nagle ciemno? Och, nie. To tylko on zamknął oczy. Otworzył je szybko, patrząc na wiszący nad nim pysk. 
— Jesteś taki kocimiętkowy, smaczny, pachnący i zielony — opisywał kocur, patrząc mu w oczy. — Kocham cię, bardzo!
— Ty też kochany — miauknął, wtulając się w jego futerko. — I mięciutkiiii. — Owinął swój ogon o jego.
Ten jednak nie zamierzał zostać jego mchem do spania, bo zaraz wyrwał się z jego objęć i zaczął od niego uciekać. To znaczy, próbował, o mało nie zabijając się o własne łapy. To było dziwne i niezrozumiałe, dla jego wolno przyswajającego wszystko umysłu. 
— Goń mnie! — zawołał, zachęcając go. — Zobacz, uciekam!
— Nie uciekaaaj — Również się zerwał, wywracając po drodze, lecz chwiejnie ruszył za uciekającą kocimiętką. — Nie zostawiaaaj. Ja potrzebuje ciebieee. Jesteś moim szczęścieeeem. — biadolił. 
Lukrecja chwiał się na własnych łapach, wpatrując w nadchodzącego kocura. Szczerzył się głupio, machając ogonem. 
— No chodź... Szyb- — pisnął, wpadając w krzaki. — Tutaj jestem, widzisz mnie?
Jego obiekt, za którym podążał nagle zniknął. Nie miał pojęcia gdzie, ale głos naprowadził go na odpowiednie tory. Dojrzał nawet kawałek jego białej sierści, który prześwitywał przez gałązki. 
— Taaak! Jesteś krzakiem kocimiętki — miauknął, kiwając się na łapach, zmierzając do rośliny. Obwąchał ją, odnajdując zapach swojej zguby i wskoczył tam za nim. — Mam cię!
Upadł mu wprost pod łapy, zaskoczony orientując się, że został pojmany i ponownie polizany w szyję. Kremowy zaczął zwijać się ze śmiechu.
— Mój ulubiony kocimiętek — chichotał, tuląc się do jego łapy.
Nie miał pojęcia jak awansował do tej roli, ale nie czuł się z tego powodu dziwnie. Już czuł się niczym krzak. Trzeba było nim najwidoczniej być, skoro już został nazwany. 
— Jak ulubiony to... to chcę być nim na zawsze! — Walnął się obok niego ze śmiechem. — Ja kocimiętek, a ty kocimięciuś — Zamruczał, znów tuląc się do jego miłego futerka.
— Tak, właśnie! — wołał, tuląc się do niego coraz bardziej. — Właśnie, tak teraz będzie — powtarzał.
— Tak. Na zawsze. — Jego pysk zapadł się w jego sierści. — Mmmmm... Jesteś cudowny. Prawdziwy boski kocimięciuś.
Lukrecja zrobił to samo, usilnie próbując złapać swoim ogonem ogon czarnego arlekina. 
— Przysuniesz się do mnie bliżej? — proponował, uśmiechając się.
— Mhm — zgodził się, przytulając tak blisko, że wręcz scalili się w jeden kłębek sierści. Objął go łapami, pozwalając na złapanie swojego ogona przez jego ogon. — Teraz jesteśmy razem kocimiętką — powiadomił go, znów czując, jak lepią mu się oczy. 
— Jedną, ogromną kocimiętką — miauczał w kółko krzak przed nim, który przytulił się do niego najmocniej jak umiał, liżąc go w pysk. — Fajnie teraz, co? — zaśmiał się.
— Tak. Fajnie. — Uśmiechnął się głupkowato. — Lubię buziaczki — dodał jeszcze, całując go po pysku i przymykając oczy, po chwili zapadając w upragniony sen.

***

Ocknął się wtulony w czyjeś  futro. Pierwsze co pomyślał to, że to Miodunka, ale pachniało tak ładniej i milej. Uchylił oko, a widząc biel futra, aż za dużo bieli, zmarszczył czoło. To nie była ona. Uniósł głowę, wbijając zaskoczony wzrok w Lukrecję. C-co?! Co oni robili?! Spali razem?! Spalił się ze wstydu, czując jak robi mu się gorąco. Co oni najlepszego zrobili?! Ta kocimiętka to jednak był błąd! 
— L-l-lukrecja? — pisnął, wybudzając kocura ze snu.

<Lukrecjo?>

27 września 2022

Od Lukrecji CD. Nikogo

 Durna przeprowadzka. Głupie życie. Niesprawiedliwe wszystko. Okropny Komar. Wronia strawa Fretka. Łzy pokapały mu po polikach. Cholernie tęsknił za Wiatrem. Nie miał już nikogo, bo ten idiota postanowił go wygnać. Nic już nie miało sensu. Westchnął, widząc idącego koło niego czarnego arlekina. Czego chciał?
— Um... Wszystko w porządku? — odezwał się żółtooki.
Zwiesił po sobie uszy w szoku. On się o niego martwił? Nikt, z którym wcześniej się nienawidził?
— Tak — mruknął kremowy, ale jego wyraz pyska mówił sam za siebie — nie było dobrze. Było okropnie.
— Na pewno? Wyglądasz... jakby coś cię martwiło — zauważył.
— No, trochę tak jest — przyznał. 
Kogo on oszukiwał? Przecież widać było, że płacze. Był słaby. Kocury nie powinny przecież płakać, prawda? Wiatr tak nie robił. On był silny.
— A co... co się stało? — pisnął wojownik. Lukrecja poczuł, że kocur nieco się spiął. Zapewne bał się, że zostanie okrzyczany. Nie zrobiłby tego. Czuł się zbyt żałośnie.
— Po prostu, ot tak, jest mi źle i przykro — kłamał żałośnie.
Powie mu, że tęskni za swoim ojcem który został wygnany, bo zamordował Brzoskwinię dla przejęcia władzy? No przecież nie. Kłamanie nie wychodziło mu aż tak dobrze, jak wcześniej.
— Ja też płacze, gdy jest mi źle i przykro... — rzucił pocieszająco. — To przynosi ulgę.
— Ja płaczę już długo i nie czuję ulgi — zaszlochał. 
Miał dosyć bycia w takim stanie. Czucia się jak niepotrzebny śmieć i płakania co chwile.
— Och... Um... Może... Potrzebujesz się komuś wygadać? Duszenie w sobie emocji nie jest dobre... — zasugerował dawny uczeń Krwawnika.
Czy mógł mu ufać? To nie było chyba dobrym pomysłem. Przecież się nie lubili. Znęcał się nad nim. Bił go. Gryzł. Szarpał... 
— A k-komu miałbym się wygadać? — pisnął.
— N-nie wiem... Możesz mi. Ja... nikomu nie powiem. I tak z nikim się tu nie zadaje jakoś blisko. No i... dziwnie widzieć cię smutnego. To do ciebie nie podobne. Nie wiedziałem, że umiesz płakać.
— Każdy czasem płacze, nawet ja — szlochał, nie wiedząc nawet co mówi. Gdyby nie byl w takim stanie, pewnie w życiu by tak nie powiedział. — Jest mi ciężko po ostatnich wydarzeniach...
— Chodzi o śmierć twojej babci? — zdziwił się. — Przykro mi. Nie wiedziałem, że byliście ze sobą aż tak blisko.
Przełknął ślinę. Nie, nie chodziło to. Zdecydowanie nie. On nie był z nią nawet spokrewniony. Ale przecież nie powie mu prawdy.
— Natłok stresu — mruknął jedynie.
— Wiem coś o tym. Po wojnie miałem też dużo stresu. Aż odechciało mi się żyć... Ale... Ale Miodunka mi pomogła — westchnął. — W zasadzie to nie mogę się od niej uwolnić. Jest... straszna...
Miodunka? Straszna? Wiedział, że jest bardzo upierdliwa i irytująca, ale nie sądził, że aż straszna. Też go zastraszała? Biła? Drapała?
— Robi ci krzywdę? — miauknął ożywiony słowami kocura.
— N-niezbyt... Ona się... do mnie klei... Za bardzo. T-to nie tak jak ty i ja wtedy na d-drzewie. N-nie puszcza mnie nigdzie samego, ciągle chce m-mnie całować i jak mówię, że nie chcę t-to ona mnie nie słucha — położył po sobie uszy.
— Czego można się po kimś takim spodziewać... — westchnął zawiedziony własną siostrą. — Jak to nie pozwala ci nigdzie chodzić samemu? Przecież chyba nawet nie jest twoją partnerką, tak?
Był świadomy, że Miodunka go lubiła, ale nie miał pojęcia, że było z nią coś aż tak mocno nie tak. Miała na jego punkcie obsesję. Idiotka.
— N-no... n-no jest właśnie. Jak miałem depresję, to... to powiedziała, że jesteśmy razem. Myślałem, że żartuje. T-taka zabawa jak było to między nami, ale... ale wzięła to b-bardzo na poważnie i... i nie chcę słuchać mojego zdania, że ja... ja nie chcę być z nią... — wyznał z wyczuwalnym trudem.
— Co z nią jest nie tak — syknął. — To obrzydliwe, że tak się do ciebie ślini. Nie możesz na nią tak ostro warknąć i powiedzieć, że nie chcesz i tyle? 
Teraz rozmawiało im się tak... Lepiej. Jakby byli kolegami. A przecież to Nikt urwał mu ucho. Nie powinien był być dla niego miły, ale robił to. Rozmawiało im się całkiem przyjemnie. To było dziwne.
— Nie potrafię... Ona... Pewnie by mnie zjadła żywcem. To skomplikowane. Teraz jest i tak zła, bo muszę spać w legowisku wojowników, gdzie ona nie może. A jak raz powiedziałem, że nie chcę się z nią całować, to stwierdziła, że jestem nieśmiały...
— Jest głupia — stwierdził, wycierając łapą mokre od łez poliki. — Czasem zachowuje się jak kociak, mający mózg wielkości orzeszka.
— Chyba każdy tak się kiedyś zachowywał — stwierdził, niepewnie na niego zerkając. — Nie jesteś już na mnie zły... o tamto?
— Masz na myśli ucho? — zapytał, patrząc mu w oczy.
— T-tak... — kocur odwrócił wzrok, spinając się. — Naprawdę nie chciałem...
Czy był zły? Nie potrafił stwierdzić. To było już jakiś czas temu. Zdążył się przyzwyczaić. Nie przeszkadzało mu ono już tak mocno, jak wcześniej. Rzeczywiście wyglądał teraz bardziej jak silny wojownik. Sapnął, kładąc po sobie uszy. — N-nie, już nie — szepnął ledwie słyszalnie.
— Wiesz... Nie jesteś taki zły, jak... jak przestajesz zgrywać twardziela. Miło wiedzieć, że masz uczucia.
Jakieś dziwne uczucie ścisnęło mu gardło. Co on robił? Oni się teraz lubili? Nie był w stanie stwierdzić, kim był teraz dla niego kocur. Spróbował się uśmiechnąć, ale niezbyt mu to wyszło. Miał minę bardziej jakby połknął cytrynę, niż się cieszył.
— Ale masz wyraz pyska... Nie uraziłem cię... prawda? — dodał zaraz. — T-to była pochwała... Jak... Jak coś... — wytłumaczył się.
Pokręcił głową. 
— Ch-chciałem się uśmiechnąć, tak głupio wyszło — miauknął lekko zawstydzony.
— Och... Czasem też nie potrafię się uśmiechać. Mam... mało szczęśliwych chwil, by móc to robić częściej. Słyszałem jednak, że... jest taka roślina co poprawia nastrój. Nie jadłem jej nigdy, ale pamiętam, że kiedyś ci ją przynosiłem od Plusk — przypomniał o tym sobie.
Przekręcił łbem, zastanawiając się, co ma na myśli kocur. Nie pamiętał tego.
— Pamiętasz może, jak się nazywała?- —Kocimiętka? Tak. Tak mówiłeś. Szkoda, że nie daje się ją na smutki. Skoro ma takie działanie, że chcę ci się dalej żyć... to kto by nie skorzystał? Wbił wzrok w łapy.
— Ach, to o nią chodzi — miauknął, przypominając sobie. — Może poproszę, by nam ją dała? Coś tam niosła w pysku, pewnie swoje rośliny. Raczej nie będzie mieć powodów, by nam odmówić. Wiem, że bardzo dobrze smakuje. 
— Naprawdę? Oboje widzę mamy gorszy humor... Ty płaczesz, ja... ja pewnie zaczne później. Tak. Weźmy ją. Tak na zgodę.
— D-dobrze — zielonooki skinął łbem. — Czekamy na postój?
— Tak. Ale musimy działać szybko i odejść, bo jak mnie Miodunka dorwie to... to mnie nie puści. Pewnie nie da mi nawet tego spróbować. A ja chcę — miauknął z pewnością w głosie.
— Jak będzie się do ciebie rzucać, to syknę na nią tak, że zrobi pod siebie — zachichotał niepewnie.
— Uważaj, bo pewnie by ci przylała. Ona jest... dziwna. Ale... Ale nie gadajmy o niej. Mam jej dość — westchnął, idąc dalej. 
Postój ogłoszono kilka uderzeń serca później. Lukrecja od razu poczuł na sobie spojrzenie kocura. 
— To idź. Czekam za tym tam drzewem. Schowam się i potem pójdziemy z dala od wścibskich nochali.
— W porządku, nie odchodź, zawołam cię, jak by co — powiadomił go i udał się w stronę rudej kotki odpoczywającej sporo od niego. 
Zamachał ogonem, delikatnie podekscytowany pomysłem na rozweselenie się. 
— Plusk — miauknął, stając nad płaskopyską. — Potrzebuje kocimiętki. Byłabyś w stanie mi ją dać? Potrzebuje jej. Kaszlę. Trochę już nauczyłem się o ziołach, wiem, czego mi potrzeba. 
Kotka skinęła głową. 
— M-mam — miauknęła, łapiąc roślinkę leżącą obok niej w zęby. — Wyglądasz bardzo słabo. — Dziękuję — odpowiedział, odbierając ją jej i kierując się w stronę wskazanego drzewa.
Plusk była bardzo naiwna. Gdyby był medykiem, w życiu nie dałby losowemu kotu jakichkolwiek ziół. Skąd mogła wiedzieć, co z nimi zrobi? A gdyby była to trutka?
Gdy tylko wrócił do Nikogo, zauważył na jego pysku szeroki uśmiech. 
— Masz. Ekstra. To chodźmy nim nas ktoś wywęszy — zażartował czarny arlekin.
Uśmiechnął się lekko i ruszył za kocurem. Szli chwilę, nie biegnąc, ale idąc całkiem szybko. Oboje pragnęli już tylko szczęścia i zapomnienia o problemach. Do tego, było bardzo ciepło i przyjemnie. Otaczały ich drzewa, które dawały cień i spore chaszcze. Ten teren wydawał się być w porządku.
 — Może zatrzymamy się tu? — spytał kremowy.
Żółtooki skinął łbem, siadając na ziemi.
— To podzielmy się i jedzmy — mruknął.
Do jego nozdrzy wpadł słodki, znajomy zapach. Zawsze tak samo cudowny. Złapał w zęby kawałek rośliny i przeżuł, mając chęć na więcej. Widział, że Nikt zrobił to samo. Chyba żaden kot nie potrafił oprzeć się temu zapachowi i cudnemu smakowi...
Żuł kolejny kawałek. Gdy tylko przełknął, sięgnął po kolejny. I tak w kółko. Rzeczywiście, nie miał teraz głowy o myśleniu o problemach. Było tak jakoś... Weselej. Zaczęło działać.
Czarny arlekin zaśmiał się głośno i podszedł do niego z uśmiechem na pysku.
— O rany... — miauknął, wpatrując się w jego dziwnie drgające wibrysy. — Twoja sierść tańczy!
— N-na prawdę? — spytał, przekręcając łeb. — Mam wrażenie, że masz teraz takie większe oczy — stwierdził bez namysłu.
— A ty... — zamrugał, otwierając zaskoczony pysk. — Ty ładnie pachniesz — zaniuchał, przez co zderzył się z nim pyskiem, chwiejąc nieco na łapach. — Ups. Wybacz. Niechcący
Zachichotał. Bardzo mu się to spodobało. Był taki mięciutki i ładnie pachnący.
— Jeszcze raz — rzucił, machając ogonem.
Czarny znów się zbliżył, stykając się z nim pyskiem ze śmiechem. 
— Bum! — rzekł, gdy to się stało.
— Ale groźny jesteś — zaśmiał się, schylając się na ziemię po kolejny kawałek. — Sądzisz, że jak się w niej wytarzam, to stanę się nią? No wiesz, że będę zielony... — zastanawiał się, żując.
— Tak! Będziesz zielony! — Nikt pokiwał energicznie głową, biorąc kilka listków i kładąc mu je na nosie. — O! Już jesteś kocimiętką!
Kichnął, niemal przewracając się na niego. 
— Spróbuj się w niej wytarzać — zachęcił, popychając go nosem. — Ja już nią jestem, teraz ty. Właściwie, to możesz wytarzać się we mnie, skoro jestem kocimiętką.
Żołtooki zachwiał się, gdy Lukrecja go popchnął, przez co skończył w kocimiętce jak chciał. Wydał z siebie głupi chichot, owijając ogon o jego łapy. 
— To chodź tu kocimiętko — przyciągnął go do siebie.
Stracił równowagę i upadł na czarnego arlekina. Rzeczywiście nią był! Pachniał nawet lepiej niż ona sama! Liznął go w policzek. 
— To teraz jesteśmy kocimiętkami! — zachichotał głośno.
— Tak! — zaciągnął się zapachem kocura i kocimiętki. — Ale bosko pachniesz — zamruczał. — Spróbuje czy dobrze smakujesz — miauknął, liżąc go po szyi.
— To łaskocze! — zaczął śmiesznie piszczeć.

< Nikt? >

[przyznano 5%]

17 sierpnia 2022

Od Nikogo cd Lukrecji

*przed wojną, końcówka pory opadających liści*

Pokiwał głową, po czym zniknął w legowisku uczniów. Nie wierzył, że to robił, ale wolał sam uderzyć siostrę niż by zrobił to ten sadystyczny drań. Nic nie zasługiwała na cierpienie z jego łap. Nie wiedział jednak co zrobić, by inaczej odpłacić się mu za to ucho. Był taki beznadziejny. Mentor miał co do niego rację. Żałość się wręcz z niego wylewała. 
Podszedł do Nic, która leżała na mchu i wszystko jej wytłumaczył. Widząc jak kiwa główką, serce mu się krajało, gdy unosił łapę, wymierzając cios. Nie był zbyt mocny, lecz i tak dość silny, by siostra się popłakała. Miał nadzieję, że to wystarczy do udobruchania starszego. Miauknął jej ciche przepraszam, po czym wrócił do Lukrecji.
— P-pobiłem — ogłosił, czując się tak bardzo źle. 
— Zerwałeś jej ucho? Wydrapałeś oko? Wybiłeś zęby?
Zadrżał. Dobrze, że nie dopuścił do niej kocura, bo nie miałby co zbierać z siostry! Nie mógł uwierzyć, że był aż takim sadystą. Pod pewnym względem przypominał mu mentora...
— N-n-nie... t-tylko p-pobiłem... t-tak jak chciałeś... — wyjaśnił mając nadzieję, że nie rozkaże mu tam wrócić i spełnić tych wszystkich swoich wizji, które przygotował dla Nic. 
— Dobrze — przyznał. — Teraz idź i zapoluj dla mnie.
Pokiwał głową, po czym szybko wymknął się z obozu. Nieco mu zeszło na polowaniu, bo przez chłód, mało jaka zwierzyna chciała wyjść na spacer. Szczęście jednak było po jego stronie, gdy jakaś kulawa mysz, nie zdążyła skryć się do swojej norki. Złapał ją szybko i zabił, przynosząc do obozu. Wypatrzył szybko starszego i od razu do niego podszedł, kładąc mu ją pod łapy. 
— P-p-proszę.
— No chyba sobie ze mnie kpisz. Przecież to takie chude jest, nie najem się tym! - pogrymasił. 
Szybko wziął coś ze stosu i dołożył Lukrecji kolejną piszczkę, nie chcąc dłużej słuchać jego jęków. 
— A t-teraz?
— Może być — miauknął pogardliwie. — Pobij swojego mentora.
Zamrugał, nabierając gwałtownie powietrze w płuca. Miał pobić Krwawnika?! Przecież... Przecież to niewykonalne! Nie miał zamiaru podnosić na niego łapy! Ale stchórzenie również nie wchodziło w grę. Jego mentor znany był z bycia słabym i płaczliwym kotem, więc gdyby zaczął zachowywać się podejrzanie, Lukrecja mógł nabrać wątpliwości i zacząć węszyć. A wtedy dowiedziałby się, że to tylko jego gra. Na sztywnych łapach podniósł się więc i udał się do legowiska wojowników. Tam też usiadł, skryty przed wzrokiem kolegi, licząc w myślach uderzenia serca i ignorując wzrok Krwawnika, który pewnie zastanawiał się, co on do jasnej cholery wyprawiał. Na szczęście nie zamierzał z nim wdawać się w dyskusje, za co był mu dozgonnie wdzięczny. Gdy stwierdził, że tyle wystarczy, wrócił do Lukrecji z nietęgą miną.
— J-j-już — powiadomił go. 
— Jak na to zareagował?
— O-on był zaskoczony. W-wytłumaczył mi, że nie wolno tak i dziwił się, c-co we mnie wstąpiło — skłamał. 
— Ach, rozumiem — mruknął, sięgając po mysz. — Przynieś mi zioła od Plusk. Kocimiętka.
Te zadania robiły się coraz dziwniejsze, ale skinął głową i udał się do Plusk. Czuł stres, że będzie musiał nakłamać kotce, by dostać roślinę. Nie znał się jednak na ziołach, więc nie byłby w stanie jej wykraść. Na szczęście obsłużył go uczeń medyczki i ten bez problemu uwierzył w bajkę o tym, że jego mentor tego potrzebuje. Wrócił z listkami do Lukrecji bardzo szybko, bo Plusk w pewnym momencie zainteresowała się tym, co odwalał jej uczeń i już chciała dopytać czarnego arlekina o więcej informacji, jednak ten zdążył w porę zbiec ze swoją zdobyczą. Odetchnął z ulgą widząc, że Plusk nie ruszyła za nim w pogoń. Kolejny raz tego dnia wrócił do kremowego, kładąc mu pod łapy swoją zdobycz. 
— M-m-masz.
— Dziękuje — miauknął, łapiąc kocimiętkę w pazury. — Teraz zrób... Hm... Obraź kogoś.
Nigdy nikogo nie obraził umyślnie. Rozejrzał się jednak, bo mimo wszystko chciał, aby kocur wybaczył mu to ucho. Widząc wchodzącego do obozu Szpaka, skierował do niego kroki. Był jego oprawcą. Powinien dać mu nauczkę. Tego właśnie uczył go mentor. Przynajmniej sprawdzi, czy byłby w stanie to zrobić. Wziął głęboki oddech, tarasując przejście synowi Krzemienia. 
— Jesteś... brzydki — powiedział, a widząc jak jego pysk zamienia się w wkurzony wyraz, dał nogę, chowając się za Lukrecją. Niech to! Przesadził! Jednak nie był zdolny do takiego czynu! Teraz jak nic wojownik go zamorduje! 
— Co się za mną chowasz, tchórzu? - usłyszał niezadowolony pomruk kremowego, który właśnie robił za jego tarczę. 
— B-b-bo n-nie chcę d-d-dostać lania od Szpaka — pisnął.
— Och, a ja chce, żebyś dostał — powiadomił, popychając go do przodu.
Zaskomlał, gdy wręcz wrzucił go we wkurzonego wojownika, który do nich podszedł.
— Uciekasz tchórzu? No dalej, powiedz mi to jeszcze raz w pysk, a przeoram ci tą twoją buźkę! — syknął niebieski, wysuwając pazury. 
Chciał się wycofać, ale nie mógł, więc pokręcił tylko głową, piszcząc jak piszczałka. Kocur widząc to prychnął, dał mu w pysk i odszedł. Zwiesił łeb, masując bolący policzek. Zasłużył... 
— Ojej, jak mi przykro! — zaskomlał ironicznie Lukrecja. — To co, teraz może chcesz dostać ode mnie?
Pokręcił szybko głową. 
— N-n-nie trzeba. N-n-naprawdę... — wyjąkał. 
— Co tam piszczysz? Trzeba?
— N-n-nie trzeba — powtórzył nieco głośniej.
— Ja słyszę trzeba — miauknął, tupiąc.
Spuścił łeb, wbijając wzrok w łapy. Nie lubił bólu. Był taki okropny i nieznośny. Wiedział jednak, że z upartym kocurem nie wygra. 
— T-t-to zrób to szybko — poddał się, czując się jak tchórz.
Jego biała łapa od razu uderzyła mocno w biały polik. Uczeń zachichotał, świetnie się bawiąc. Skrzywił się, nic nie mówiąc na to uderzenie. Pomasował tylko bolące miejsce, patrząc na kolegę smutnym wzrokiem. 
— Wiesz, ja bym chciał jeszcze raz — zaśmiał się kremowy, podchodząc do niego bardzo blisko.
Skulił się na to. Czyli nadal było mu mało?
— J-jeszcze raz? — Spojrzał na niego ze strachem, lecz zaraz pokiwał smętnie głową. Może tak będą kwita? Wiedział, że zasłużył. — D-d-obrze... bij...
Uderzył go jeszcze raz, tym razem mocniej, po czym zamruczał wesoło, jakby zbierał kwiatki, odchodząc od niego.
Czyli już spłacił to ucho? Miał taką nadzieję. Policzek go piekł, a jego godność ucierpiała. Przynajmniej nikt zbytnio się tym nie zainteresował. Gdyby tak było, to pewnie jego mentor zaraz by się przy nim zjawił, wrzeszcząc co on odwalał. W sumie... to sam nie wiedział co. Chciał tylko, by Lukrecja mu odpuścił i nie był już na niego zły. To ucho to był tylko wypadek. 

<Lukrecjo?>

[przyznano 5%]

13 sierpnia 2022

Od Lukrecji CD. Nikogo

Niedawno

Czarny szarpnął go za ucho, wywołując ogromny ból. Głupi mysi bobek! Odepchnął go pazurami i zwalił z gałęzi. Sam pośpiesznie zszedł z drzewa i zaczął biec w kierunku leżącego. Czuł spływającą krew. Głupek! Podarł mu ucho! 
Nikt zaczął się wycofywać, kuląc pod siebie ogon. 
— T-t-to nie tak jak myślisz! — zapiszczał.
Wystawił pazury i skoczył na niego, ignorując jego słowa. Paskudny, okropny, najgorszy! 
— Rozerwaleś mi ucho, ty, mysie łajno! — wrzeszczał, drapiąc go. 
— P-p-przepraszam, n-n-nie chciałem! — załkał żałośnie. 
— N-n-nie bij! — błagał, płacząc.
— Będę! — wysyczał, uderzając go w pysk.
— P-p-przepraszam! — krzyczał żółtooki.
Kremowy złapał pazurami i zaczął machać jego uchem. 
— Zaraz je tobie zerwę, obrzydliwy śmierdzielu! Zobaczysz, jak to jest! — syknął, a gniew w nim narastał.
— N-n-nie proszę! — płakał głośno. — P-p-przepraszam!
— Oszpeciłeś mnie! Na stałe! — zawarczał i szarpnął za drugie ucho kocura.
Za pewne wyglądał teraz jak Bez. Okropnie i paskudnie! Był cholernie zły. Gdy tylko patrzył w te okropne żółte oczy, chciało mu się je wydrapać.
— N-n-nie chciałem!
— To nie ma znaczenia, zrobiłeś to, więcponiesiesz karę! — wrzasnął, wyrywając mu czarne i białe kłaki.
— Co tu się dzieje?! 
Wrzask powstrzymał Lukrecję od walnięcia mu pazurami w twarz. Puścił kocura i odsunął się parę odległości ogona, próbując spostrzec, co krzyknęło. Rozglądał się, ale nikogo nie widział. Ktoś zauważył, co robi? Tylko nie to!
Zza krzaków wyłonił się bury kocur z nornicą w pysku. 
— Co wam się stało?! — krzyknął, podbiegając do nich. — Ktoś was zaatakował? 
Dwaj uczniowe popatrzyli na siebie nerwowo.
— Ty nie masz połowy ucha! — wysyczał Wiatr, przyglądając się kremowemu. — A ty masz krew na szyi — przyznał, spoglądając na czarnego arlekina. — Ktoś was pobił?
— Tu był jakiś obcy kot, brzydki, taki śmierdzący, włóczęga! — krzyknął Lukrecja. — Tam pobiegł! — miauknął, pokazując ogonem miejsce za pobliskimi drzewami.
Żółtooki kiwnął głową. Byłoby świetnie, gdyby się przyznał, ale jak widać, nie można było się wiele spodziewać po takim obrzydliwym bobku.— Zaraz go dogonie, zostańcie tu! — krzyknął bury, sunąc za gęsto rozmieszczone drzewa.
Kocur wrócił za chwilę, mocno zdyszany. Westchnął i podszedł blisko do syna medyczki. 
— Nie czuć było żadnego obcego zapachu — sapnął, machając zjeżonym ogonem.
— M-m-może uciekł przez rzekę? — pisnął Nikt.
— Może — mruknął już spokojniej i ciszej. — Wracajmy do obozu, pójdziecie do Plusk. Powiadomię kogoś. Nie będą się tutaj pałętać żadni samotnicy. 
Głupi mysi bobek Nikt miał szczęście, że na niego nie naskarzył. Na przyszły raz od razu to zrobi! Z białego pyska wydało się niezadowolone sapnięcie. Nawet nie chciał już patrzeć na ten pysk.
Wkrótce trójka kocurów dotarła do obozu. Dwaj Uczniowie znaleźli się w legowisku medyka. Przez cały pobyt nie odzywali się do siebie. 


***


Kremowy czuł się okropnie z faktem, że miał postrzępione ucho. Brzydkie, takie jak ten cały Bez. Był wściekły na Nikogo. Prychnął głośno i wyszedł z uczniowskiego legowiska. Jego oczom ukazała się obrzydliwe i mizerna sylwetka czarnego arlekina. Och, cudowna okazja na podręczenie go.
— Ty, paskudo — syknął zielonooki, podbiegając do niego i łapiąc go za grzbiet.
Kocur skulił się na ten atak i westchnął.
— N-n-nie przy świadkach... — pisnął.
— I tak mnie nie obchodzi, co tam sapiesz pod nosem — burknął, udając, że go go nie słyszał. — Oszpeciłeś mnie. Na stałe. Więc ja oszpecę twoją siostrę. 
— N-nie! J-ja też mam naderwane uszy. P-proszę nie krzywdź jej. Z-zrobie wszystko. Zjem robaki, będę całować Wanilie, wszystko, tylko nie krzywdź jej!
— Całowanie już mi się znudziło — warknął niezgodnie z prawdą. — Skrzywdze ją.
— N-n-nie! — zapiszczał spanikowany. — T-to t-to mnie skrzywdź. B-bo przecież to p-przeze mnie. N-nie ma w tym winy N-nic.
— Jest, tylko tego nie widzisz — syknął wystawiając pazury. — Nigdy nie wybaczę Ci tego, co mi zrobiłeś.
Czarny arlekin spuścił łeb. 
— N-nie chciałem... N-naprawdę. A-ale n-nie wyglądasz źle... B-bardziej... p-przypominasz silnego wojownika, c-co z-zlał samotnika.
— Wyglądam jak Bez! — zawarczał, trepiąc ziemię ogonem.
— N-n-nieprawda! O-o-on nie ma kremowych ł-łatek i j-jest głuchy, a t-ty nie jesteś. S-sądzę, że j-jakby M-miodunka usłyszała, że wa-alczyłeś z samotnikiem i go prze-egoniłeś, to by ci za-azdrościła takiego u-ucha — mruknął, kuląc się jeszcze bardziej.
— Bez ma rozdarte ucho i blizny na twarzy, nie chce wyglądać jak on! Nie chce! — powtórzył.
— A-a-ale ty nie masz blizn na twarzy. W-wcale nie będziesz jak on. J-jesteś od niego silniejszy — miauknął cicho.
— Ale mogłem mieć, przez ciebie, mysi bobku! — krzyknął, ryjąc pazurami w ziemi.
— P-p-przepraszam. W-wiem, że jesteś na mnie zły. Z-z-zasłużyłem... P-p-proszę cię jednak, byś... nie k-krzywdził N-nic. Ja... ja o-odpłace ci się — zaproponował, patrząc mu w oczy.
— W jaki sposób? — spytał, nadstawiając uszy. Może zaproponuje mu coś ciekawego?
— Z-zrobię co zechcesz... N-nie wiem... M-m-ogę przynosić ci piszczki... — wyjąkał niepewnie Nikt.
— Zaproponuj coś innego — burknął zawiedziony. Po raz kolejny ten bobek go zawiódł! 
— N-n-o to... zostane t-twoim sługą, póki n-nie odpłace ci s-się za t-to ucho. M-może być? B-bo nie wiem co i-innego być chciał... M-możesz mnie p-pobić...u-upokorzyć... c-co chcesz...
— W porządku, bądź sługą i pobij dla mnie Nic — zarządził kremowy arlekin. 
— J-jak... — pisnął.
— Śmak, no normalnie — wysyczał przez zęby, tupiąc. Nie wiedział, co to znaczy pobić? Niech nie udaje głupka!
— A-a n-nie mogę Wa-anilii? O-on był dla ciebie niemiły, a-a Nic nie...
— Ach, więc nie wiesz, co ona mi zrobiła? Uderzyła mnie i zwyzywała, już Piszczka była grzeczniejsza — skłamał, podrzucając ogonem kurz.
Czarny zrobił zdumioną minę. 
— O-ona n-nie mówi. N-nie słyszałem nigdy jej głosu... T-to niemożliwe — stwierdził, patrząc Lukrecji w oczy.
— Możliwe, możliwe — odpowiedział, dalej wymachając ogonem. — Widzisz, nie znasz nawet własnej siostry. To takie żałosne.
— N-n-najwyraźniej tak...
— To co, pobijesz ją? — spytał zniecierpliwiony. Żółtooki spojrzał niepewnie na syna Bzu po czym pokręcił głową. 
— N-nie... J-ja pójdę lepiej... j-już — miauknął, wycofując się.
— Nie?! Co to ma znaczyć?! — wrzasnął, podchodząc do niego. Zamierzał sobie teraz uciec! Takie numery to nie z nim!
Czarny cofnął się szybciej, aż nie natrafił na ściane legowiska uczniów.
— N-n-no b-b-bo dałeś mi wybór... t-to ja sk-korzystałem...
— Jaki znowu wybór? — mruknął zdenerwowany.
Młodszy wydał z siebie nieokreślony pisk. 
— P-p-przepraszam. N-nie denerwuj się... B-bo ktoś nas zo-obaczy i się za-ainteresuje. J-ja... ja zr-robie co ze-echcesz. P-pobije ją — miauknął. — To idź i pobij, zaczekam tu — warknął cicho, tupiąc. 


< Nikt? >

[przyznano 5%]

06 sierpnia 2022

Od Nikogo cd Lukrecji

Sami? Spiął się, czując jak robi mu się gorąco. Mieli randkować... sam na sam? Niezbyt mu się to podobało. Nie byli przecież prawdziwą parą, to była tylko i wyłącznie zabawa. Jednak teraz to brzmiało znacznie gorzej, gdy Wanilia od nich uciekł. Tak... prawdziwiej. 
— A-a nie lepiej wrócić do o-obozu? — zasugerował. Wtedy ten dzień dobiegłby końca i nie musiałby czuć tego całego zażenowania, gdy go tulił..
— Nie, raczej nie — zamruczał kremowy arlekin. — Chodźmy, porandkujmy bez tego obrzydliwego bobka. Sam, na sam.
Pokiwał powoli głową, bojąc się mu sprzeciwić. Nie chciał skończyć jak Wanilia, pobity i z obietnicą zemsty. Kto wie, co Lukrecja dla niego szykował. Aż mu współczuł. Mógł zjeść te robaki. 
— A... a... T-to m-moja kolacja u-uciekła... — powiadomił go. — T-to... nie muszę jeść? M-możemy po-obawić się w coś innego, j-jak chcesz
— Nie, nie musisz, skoro uciekła — mruknął. —  Chodźmy na drzewo.
Odetchnął z ulgą. Jak dobrze! Nie przełknąłby kolejnej dżdżownicy! Chociaż wolał już jeść robaki niż iść z mentorem podjadać kota. Chętnie ruszył do drzewa. Wspiął się na nie sprawnie, siadając na gałęzi. Kremowy wszedł tuż za nim, szybciej niż wcześniej. 
— Co chcesz robić? Masz jakiś pomysł? — zapytał go.
Zastanowił się nad tym chwilę. Na pewno nie chciał skakać po gałęzi. To odpadało. A coś czuł, że uczeń mógł wpaść znowu na jakiś głupi pomysł, więc postanowił sam coś zaproponować.
— M-m-możemy się... p-p-poprzytulać i p-pooglądać h-h-oryzont...
— Ooo, świetna propozycja — zamruczał Lukrecja. — Przysuń się bliżej. 
Przysunął się do kocura bardzo blisko, aż ich ciała się ze sobą zetknęły. Zerkał na niego niepewnie kątem oka, bo po tym co widział bał się, że dostanie po pysku jak Wanilia, gdy go tylko zezłości. 
— M-miło p-prawda?
— Prawda — przyznał starszy, ocierając się głową o jego policzek. — Lepiej bez Piszczki, racja?
— N-n-n... O-o-on n-nie był g-grzeczny... — pisnął, przełykając ślinę. — D-d-denerwował cię b-bardzo... — wyjaśnił, czując jak znów mu płoną uszy. Jednak to przytulanie nie było dobrym pomysłem. Czy to było normalne, że Lukrecja tak do niego lgnął, mimo tego że go nienawidził? 
— Masz rację, kochany — miauknął, kładąc głowę na jego łapach.
Zesztywniał, patrząc na to... dziwne zachowanie kolegi. Było bardzo niezręcznie, bardzo. Ten oczywiście nic sobie z tego nie robił. 
— Um... C-co robisz? J-jeszcze spadniesz... — uświadomił go, chcąc by nieco się od niego odsunął. 
— Przytul mnie! — zawołał głośno, mrucząc.
Słysząc jego uniesiony głos, prawie zszedł na zawał. Zrobił tak jak kazał, obejmując go łapą i ogonem. Nie była to wygodna pozycja, gdy siedziało się na gałęzi, jednak nie przejmował się tym. Nie chciał, aby się zdenerwował. Byli... tak bardzo blisko siebie. Bardzo. Jak... jak prawdziwa para. Czuł się mocno speszony.
— T-tak dobrze?
— Tak — przyznał. — Możesz jeszcze bliżej.
Przybliżył się tak bardzo, że wręcz się kleił do niego ciałem. Policzek zapadł mu się w jego sierści, a jego ciepło zaczęło go ogrzewać. Przełknął ślinę. Nigdy tak bardzo blisko, nie znajdował się innego kocura. 
— I-i coś jeszcze? — dopytał dla pewności, bo nie znał się na randkowaniu.
Kremowy nie odpowiedział, tylko odsunął się i położył głowę na jego karku, następnie obejmując go ogonem. Pod wpływem ruchu gałąź lekko się rozbujała. Spiął się, czując to poruszenie. To chyba nie był dobry pomysł, by tu randkować! Poczuł jak serce mu łomocze szybciej ze stresu.
— U-uważaj, bo... bo spadniemy!
— Faktycznie, trochę się buja — miauknął uczeń, po czym pacnął łapą w gałąź. — Ups!
— N-n-nie rób tak! — pisnął, czując kolejne bujnięcie. — P-pęknie i co wtedy z-zrobisz?!
Lukrecja przysunął się do niego jeszcze bardziej, niemal się niego kładąc. Walnął tylną łapą w gałąź.
— Fajna zabawa, co?
— N-nie fajna! — Musiał zmusić całe swoje siły, do nie położenia się na gałęzi, przez ciężar starszego. — S-spadniemy! P-przestań!
Uczeń miał to gdzieś i ponownie z całych sił kopnął w gałąź, chichotając. Jednak wbił w nią pazury, nie chcąc spadnąć. 
Za to on wydał z siebie pisk, przytulając się do gałęzi, od razu puszczając ogonem kocura. 
— N-nigdy nie wejdę j-już z tobą na drzewo!
— Wejdziesz wejdziesz — zamruczał, jeszcze raz ją tykając.
— N-n-nie! T-to straszne! — miauczał, czując jak bujają się na gałęzi coraz mocniej. Było już po nich! Umrą tu! 
— Znowu mylisz słowa — stwierdził Lukrecja i pokręcił głową, stukając łapami w gałąź.
Pisnął, po czym poczuł jak nogi osunęły mu się w przestrzeń. Znów kolejny raz tego dnia, zawisnął na gałęzi. Mocno uczepił się pazurkami kory, by nie zlecieć na ziemię.
— P-p-pomocy!
— Jak mi przykro — mruknął ironicznie kremowy. — Może pomóc Ci spadnąć?
— N-n-nie! P-proszę! B-byłem przecież dla c-ciebie miły! L-lepszy od Wanilii! — powiedział, próbując się wspiąć.
— Kto to Wanilia? — spytał. — Zdradzasz mnie? Ja znam tylko Piszczkę. 
Zaskomlał. 
— W-wanilia t-to... to... to właśnie on! T-tak ma na imię... — starał się obejść nazwanie czekoladowego jak posiłek.
— Piszczka. Ale ty mylisz te słowa! — zapiszczał syn Plusk i złapał przednimi łapami z jego. — Zaraz ci pomogę. Chcesz na ziemię, czy w błoto?
Wcale nie mylił! Nie chciał po prostu nazywać tak Wanilie. Nie po tym, co zrobił mu mentor i jak to słowo teraz na niego oddziaływało. Pisnął, gdy złapał go swoimi łapami. Majtał bardziej nogami, by się wspiąć na gałąź. 
— N-n-na górę. P-proszę. — błagał go. 
— Oj, nie znam słowa na górę. Znam tylko na dół!
Nie chciał spaść! Czując panikę, chwycił zębami za ucho Lukrecji, by się wciągnąć. Nie zdawał sobie sprawy z tego, że ta część była tak bardzo delikatna, że nie wytrzyma jego ciężaru. Ucho rozerwało się z dziwnym mlaskiem, a go zalała fala paniki. Urwał mu ucho... Już zaczął zjadać Lukrecje! Bał się siebie. To było ostatnie co pomyślał, gdy uderzył głucho o ziemię. 

<Lukrecjo?>

[przyznano 5%]

05 sierpnia 2022

Od Lukrecji CD. Nikogo

Czarny arlekin puścił gałąź i upadł w błoto, rozchlapując błoto na wszystkie strony i krzywiąc się. 
— Oj, żyjesz tam na dole? — zawołał Lukrecja. wychylając się na chudy koniec gałęzi.
— T-t-tak — pisnął cienkim głosem, dygotając.
— Mam do ciebie zejść?
— N-n-nie trzeba! Jestem niesmaczny! — zapiszczał Nikt.
— Ale i tak chce cię spróbować! — miauknął, cofając się do zejścia z drzewa.
Uwielbiał go straszyć. To było takie zabawne!
—N-nie! Ja-a naprawdę! Lukrecjo, proszę! — szlochała, szukając drogi ucieczki. — B-będę grzeczny!
Kremowy zszedł z drzewa, zostawiając na nim zaniepokojonego Wanilię. Skoczył do przodu na wilgotną trawę.
— Już idę! — oświadczył głośno.
Zaczął biec w kierunku Nikogo. Wszystko brał na poważnie, cykor!
 — Co tak się cofasz? — mruknął.
— B-b-boje się ciebie! — pisnął, dalej się cofając.
— To dobrze — zamruczał, oblizując wargi. 
— Co chcesz mi powiedzieć jako ostatnie słowo?— rzucił Lukrecja.
Nikt cofając się, wpadł na drzewo. 
— N-n-nie chcę umierać! — zapiszczał ze strachem.
— Coś jeszcze? — spytał, wystawiając pazury.
— N-n-nie zabijaj mnie! Pr-o-oszę! B-błagam! B-będę t-twoim ch-chłopakiem z Wanilią. B-będziemy się całować. W-wszystko robić co z-zechcesz! — błagał, mając łzy w oczach.
Kocur zignorował prośby ucznia Krwawnika i skoczył na niego, przybijając do podłoża. 
— Nadeszła ta chwila — zamruczał sam do siebie.
Czarny wydał z siebie zduszony pisk i wybuchnął płaczem. Kremowy natomiast liznął szyje kocura i uniósł jego brodę pazurkami. 
— Smakujesz trawą — miauknął, puszczając jego pysk.
Żółtooki płakał i drżał ze strachu. Żałsony.
Lukrecja złapał jego łapę lekko zębami i musnął językiem. 
— Twoja łapa również ma trawiasty smak — przyznał, puszczając kocura.
Czarny skulił się, łapiąc oddech. Wydał z siebie dziwne, nieokreślone piski, nie mogąc nic z siebie wydusić.
— Aż tak się bałeś? — kremowy spytał, ocierając się o bark kocura.
Zaskomlał tylko w odpowiedzi. Zabrakło mu jęzora w gębie?
— Fuj! — pisnął, orientując się, po czym chodzi. Mokra kałuża szczochów tego mysiego bobka! — Nasikałeś tu?!
— W-w-w.. — nie mógł wydusić słowa. —Wystraszyłeś mnie!
— Moje piękne łapy są teraz brudne! — syknął gniewnie. — Śmierdzą!
— P-p-przepraszam — skulił się.
— I co ja teraz zrobię? — fuknął głośno.
— M-można u-umyć... w w-wodzie — zaproponował cicho.
— Zaprowadzisz mnie tam? — spytał, machając ogonem. — Chodź Piszczko, nie siedź tam już! — zawołał do czekoladowego przez ramię.
Nikt pokiwał głową i wstał na drżące łapy, a następnie zaprowadził kocury. Gdy dotarli na miejsce, wszedł na brzeg i zaczął się wymywać. Lukrecja też włożył łapę do wody, jednak wzdrygnął się przez jej zimno. Wszedł ostrożnie, od razu wbił pazury w brzeg. 
— Chodźcie — zawołał do Wanilii i Nikogo.
Oba kocury weszły za nim powoli i ostrożnie.
— Może zanurkujemy? — zamruczał.
Czarny skinął głową wchodząc głębiej. Kremowy złapał kocura lekko za kark i zamoczył jego głowę w wodzie. 
— Teraz Ty, Piszczko — oświadczył i podszedł do dziko pręgowanego, a następnie zrobił mu to samo, co Nikomu.
Kiedy go puścił, czarny arlekin wynurzył głowę, otrzepując się z wody. 
— To co, może jakieś komplementy? — zaproponował, głaszcząc młodszego po karku.
— Um...  J-jesteś bardzo odważny... i-i ładny... na-najpiękniejszy kocur w lesie...
— A nie najpiękniejszy kot na świecie? — mruknął.
— T-t-tak jesteś właśnie najpiękniejszy na świecie. A-aż mi zabiera dech, gdy cię widzę...
— Cudownie, cudownie! — zamruczał. — A ty piszczko, co tak cicho siedzisz? 
— J-jesteś bardzo ładny, serce mi szybciej b-bije, jak cię widzę — szepnął niechętnie.
Uwielbiał te komplementy. Były cudowne. Czuł się wtedy świetnie!
— M-moje też. Taki jesteś... gorący... — powiedział Nikt.
— Wiem, każda kotka na mnie leci — zachichotał. — Kocury też! Wiecie co?
— C-c-co? — wyjąkał czarny arlekin.
— Jestem głodny — burknął Lukrecja. — Ale teraz, na prawdę.
— M-m-może wracajmy do obozu? K-koniec randki na dzisiaj...
— No co ty! — wysyczał groźnie. — Mam coś jeszcze zaplanowane.
Skulił się na jego syk. 
— P-p-przepraszam. T-to co robimy? J-ja nie umiem jeszcze p-polować.
— Ja zjem coś później, dla was już coś mam — oznajmił i wyszedł z wody, chlapiąc. — Chodźcie.
Żółtooki ruszył za kocurem.
 — Co to? — spytał, machając lekko ogonem.
— Złoto — zaśmiał się. — Zobacz, zakopałem to wcześniej gdzieś tu — miauknął i zaczął węszyć. Wyczuł zapach ukrytej zdobyczy i odsunął łapą zeschłe liście, a jego oczom ukazały się okropne robaki. 
— T-tutaj są — powiadomił, powstrzymując się od wymiotów. Fuj! W życiu by tego nie zjadł.
Młodszy arlekin szybko podszedł, a widząc robaki się skrzywił. 
— Ble... to dżdżownice? N-nie... fuj. Nie zjemy tego.
— Zjedz, są pyszne — wyburczał. — Możemy zjeść na drzewie!
— N-nie chcę ich jeść... wiją się... fuj...
— Jedz!
Czarny pociągnął nosem i przełknął głośno ślinę, biorąc jednego robaka w pysk. Wił się i to... było takie obrzydliwe. Paskudne. Okropne. Sam kremowy w życiu nie wziąłby tego czegoś do pyska. 
— Pyszne, prawda? — spytał, ocierając ogon o brodę czarnego. — Zjedz więcej!
Gdy przełknął, skrzywił pysk, kaszląc. Zwrócił na niego pysk, czując jak ten go łaskocze ogonem. Spojrzał w dół na robaki kładąc po sobie uszy.
 — To... obrzydliwe... czuje jak w-wije mi się w brzuchu...
— Oj, na pewno pomyliłeś słowa — mruknął, ocierając głowę o łapy kocura. — Smaczne, wyborne, niesamowite! — chciało mu się wymiotować na własne słowa. 
Żółtooki patrzył na to co robi syn Bzu z otwartym pyskiem. 
— J-ja... N-n-nie... pomyliłem... — wyjąkał.
— Jestem pewien, że tak — miauknął, po czym usiadł i objął ucznia Krwawnika ogonem. — Zjedz jeszcze, kochany, musisz mieć siłę na dalszą randkę!
Czuł, że kocur był spięty. Ciemny niepewnie wziął drugiego robaka i zjadł, krzywiąc się z niesmakiem.
— J-j-już mi starczy. Na-ajadłem się.
— W-widzę, że nie — stwierdził zielonooki. — Nie krępuj się, starczy dla Piszczki — dodał, spoglądając na czekoladowego.
— A-ale zjadłem dwa... — miauknął, zwracając pysk na niego, lecz nagle z powrotem wbił w robaki.
— Zjedz więcej — rozkazał. — Ty też, Piszczko.
— Nie chce! — zapiszczał Wanilia.
Wziął oddech, po czym schylił się i zjadł więcej robaków, drżąc z obrzydzenia.
— Ble... — czarny wystawił język.
Czekoladowy cofnął się. 
— W-wracam do obozu! Nie jem tego! — zawołał.
— Chodź tu! — warknął Lukrecja, tupiąc.
Dziko pręgowany rzucił się do ucieczki w kierunku obozowiska. Groźny warkot wydał się z pyska kremowego. Zielonooki puścił Nikogo i rzucił się w pogoń za Wanilią. Biegł, aż wreszcie złapał go za ogon i szarpnął, przewracając na ziemię. 
— Głupku! — wysyczał, naskakujac na niego.
— Zostaw mnie, p-przestań wymyślać t-te głupie randki, m-mam cię dosyć! — wrzasnął, sunąc łapą w pysk kocura.
Gdy dostał brązową łapą w pysk, zawarczał gniewnie i przyłożył kocurowi w policzek, a potem trzepnął ogonem w ziemię. 
— Co ty sobie myślałeś?!
Czekoladowy pacnął mu pazurami w szyję, jednak Lukrecja powstrzymał kolejny atak, gryząc go nos. 
— Ała! — czekoladowy zapiszczał i się odsunął — P-przepraszam!
— Wracaj do obozowiska, nędzna i głupia istoto! — fuknął. — Nie waż się komukolwiek mówić o tym, co ci zrobiłem, bo ci wybije zęby!
Patrzył, jak pomarańczowooki ucieka. Tchórz! Mysi bobek! Jak śmiał go uderzyć?!  
— Z-zostaliśmy sami — mruknął, idąc do czarnego arlekina.
Brzuch go rozbolał od zdenerwowania.

< Nikt? Twój drugi chłopak uciekł >

[przyznano 5%]