BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zachodzący Promyk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zachodzący Promyk. Pokaż wszystkie posty

17 lutego 2020

Od Zachodzącego Promyka CD. Tańczącej Łapy


- Dobrze – powiedziała Zachodzący Promyk, ze zdziwieniem słysząc w swoim własnym głosie ciepłą nutę. Czyżby coś było z nią nie tak? Kiedy ostatnio była dla kogokolwiek, prócz Węgorza i swoich dzieci, miła? Przymknęła oczy, nie znajdując odpowiedzi. Chyba dawno.
- Na dzisiaj wystarczy – powiedziała buraska, kątem oka wpatrując się w Świszczącą Łapę. Niebieski stał ze spuszczoną głową, ewidentnie niezadowolony z przegranej walki. Zachód wzruszyła nieznacznie ramionami, a jej uwaga ponownie skupiła się na uczennicy.
Miała lekkie wrażenie, że w ślepych oczach Tańczącej Łapy pojawił się zadowolony błysk…

***
Tak, jak podejrzewała, całkiem polubiła treningi z Tańczącą Łapą. Dawna uczennica Jastrzębia była pilna, pełna ambicji i determinacji. Pod pewnymi względami przypominała ją samą sprzed śmierci Zaskrońcowego Syku, energiczną, pełną życia i tak samo upierdliwą. Czarna vanka darzyła ją szacunkiem, chociaż bura kotka czuła się trochę jak jej cień. Jak resztki tego, co zostało z dawnego Zachodzącego Promyka. Musiała jednak przyznać, że pierwszy księżyc szkolenia przeminął bardzo szybko.
Buraska przymknęła oczy, napawając się ciepłem wieczornym promieni zachodzącego słońca.
- Szybko robisz postępy. Mam wrażenie, że ślepota w ogóle ci nie przeszkadza – powiedziała ostrożnie Zachodzący Promyk. Nie chciała dotknąć drażliwego tematu, ale Tańcząca Łapa tylko machnęła ogonem.
- Bo nie przeszkadza – Zachód zdążyła się już przyzwyczaić do chłodnego i niskiego tonu głosu Tańczącej Łapy. Owinęła ogon wokół łap i przykucnęła, z zamkniętymi oczami chciwie łapiąc ciepłe promienie chowającego się za linia horyzontu słońca. Gdy odwróciła się z powrotem do czarno-białej, zielone ślepia dawnej samotniczki zdawały się szukać czegoś bardzo daleko stąd. Czyżby nasłuchiwała? Ale czego? Śpiewu wiatru, szelestu traw? Czy to właśnie był jej sposób na orientację w terenie?
- Masz ładne oczy – powiedziała Zachodzący Promyk i ugryzła się w język. Oh, Zachodzie, mogłabyś zacząć myśleć! Czyżbyś ze złośliwej i bezczelnej kocicy nagle zaczęła obsypywać wszystkich komplemencikami? Końcówka ogona córki Brzozy zadrżała ze zdziwieniem – To znaczy, ekhm. Są paskudne. Rozlazłe. Ale… Ale mogłyby być jeszcze paskudniejsze.
Tańcząca Łapa uśmiechnęła się sarkastycznie i trzepnęła ogonem w ziemię.
- Mimo wszystko cieszę się, że nie widzę twoich.
Przez chwilę siedziały w ciszy.
- A zastanawiałaś się kiedyś, jaki kolor mają twoje oczy?
- Nie musiałam. Mają Z-I-E-L-O-N-Y kolor. Zapamiętaj, Zachodzący Promyku. Z-I-E-L-O-N-Y. Może jestem ślepa, ale nie upośledzona. Miałam mnóstwo czasu, żeby się kogoś spytać. Mało tego, potrafię dokładnie określić ich barwę. Szelest świeżych liści ma zielony kolor.

***

Zachodzący Promyk przystanęła i wciągnęła powietrze, cichym głosem poganiając Tańczącą Łapę. Vanka w kilku zwinnych susach zrównała się ze swoją mentorką, resztę uwagi poświęcając otoczeniu.
- Już dawno powinnam z tobą o tym porozmawiać – powiedziała chłodno Zachodzący Promyk – Ale pewnie miałaś okazję usłyszeć o tym od jakiegoś ucznia. Żyjemy w klanach i przestrzegamy kodeksu wojownika. Nie wolno opuszczać nam własnych granic i pałętać się po terenach innego klanu. Wojownicy gardzą także łatwych życiem piecuchów. Myślę, że to jest mało interesujące, więc przejdę od razu do rzeczy. Leśne koty wyróżnia wiara w Klan Gwiazdy. Kot klanowy raczej powinien wierzyć w swoich przodków. – Gdy uczennica otworzyła mordkę, by coś powiedzieć, Zachodzący Promyk uciszyła ją syknięciem – Uprzedzę twoje pytanie. Mnie absolutnie nie obchodzi, czy wierzysz, czy też nie. To twoja indywidualna sprawa. Chciałam ci tylko powiedzieć.
Tańcząca Łapa po krótkiej chwili skinęła głową. Jej niewidzące oczy wpatrywały się w krzew znajdujący się długość lisa przez kocicami. Buraska również powędrowała tam spojrzeniem i pisnęła, mocno podekscytowana. Ciche poruszenie, trzask łamanej gałązki i zapach myszy. Niewątpliwie Tańcząca Łapa wytropiła tego dnia zwierzynę szybciej niż ona sama. Zachód nachyliła się i wyszeptała czarno-białej wprost do ucha:
- Upolujesz ją? Chcę zobaczyć twoje postępy.

<Tańcząca Łapo? Wybacz, że tyle tych skipów>

14 lutego 2020

Od Zachodzącego Promyka CD. Tańczącej Łapy


Radosna iskierka entuzjazmu zapaliła się w sercu burej kocicy. Wciąż była niezadowolona z faktu, że Lisia Gwiazda jako pierwszego ucznia przydzielił jej ślepą kotkę. Przecież Lis obiecywał jej, że dostanie ucznia, i to niejednego… Zmarszczyła z niezadowoleniem nos, gdy zdała sobie sprawę, że ani razu nie wspomniał o tym, że będzie to zdrowy uczeń. Jednak lepszy rydz niż nic, a Zachodzący Promyk miała swoją dumę i nie chciała poddać się na oczach całego klanu. Zwłaszcza, że czarna vanka wkładała trochę zaangażowania w ich wspólny trening.
- Dzisiaj potrenujemy walkę – powiedziała energicznie, dotykając Tańczącą Łapę na powitanie nosem. Oh, walka, cóż za cudowny temat! Coś innego niż ta cała paplanina o kodeksie wojownika, historii klanu, bla bla bla. Zachodzący Promyk uśmiechnęła się wesoło, a jej entuzjazm został przerwany przez niski głos Tańczącej Łapy.
- Zaznaczam tylko, że nie chcę być traktowana jak niepełnosprawna i nie liczę na żadne udogodnienia.
- Oh, kochana, z pewnością ich nie dostaniesz – powiedziała Zachodzący Promyk i liznęła uczennicę przyjaźnie za uchem – Poczekaj tutaj.
Poranne wycieczki po nasiona maku stały się jej rutyną. Żal po matce nie trwał wiecznie, ale zły nawyk został. Wciąż okropnie tęskniła za Zaskrońcowym Sykiem, ale największa żałoba zmierzała powoli ku końcowi. Bura nie porzuciła swoich wiernych towarzyszek, nasion maku, zapewne powoli wyniszczając swój organizm. Ah, ten naiwny i tępy Sokole Skrzydło naprawdę wierzył, że jego cenne medykamenty trafiały do Wschodzącej Fali bądź innych kotów, które naprawdę ich potrzebowały?
I dziś nie było inaczej. Zachodzący Promyk dostała swoje dwa upragnione nasionka, po czym opuściła legowisko medyka, wzrokiem szukając swojej uczennicy. Tańcząca Łapa siedziała obok wyjścia z obozu, a jej biała sylwetka dość mocno wyróżniała się na tle w większości burych i ciemnych kotów Klanu Klifu.
- Weźmiemy ze sobą Martwego Cienia i Świszczącą Łapę – powiedziała, widząc zbliżających się w ich kierunku burego kocura wraz z jej synkiem. Tego drugiego powitała ciepłym uśmiechem, a pierwszego zbyła machnięciem ogona.
- Którzy to? – zapytała Tańcząca Łapa z nutką wahania w głosie, a Zachodzący Promyk uśmiechnęła się lekko.
- Świst to mój syn, a Martwy Cień to ten kocur, który pachnie niemytą od dwóch księżyców sierścią – powiedziała. Na szczęście Martwy Cień stał kilka długości lisa dalej i jej nie usłyszał, bowiem inaczej istniałoby ryzyko, że spuściłby burej solidny łomot.
W tej wyśmienitej atmosferze opuścili obóz, a następnie udali się na pobliską polankę służącą za miejsce treningów. Martwy Cień przydzielił Tańczącą Łapę do walki ze Świszczącą Łapą, a sam miał zamiar pokazać dwójce młodych kotów pierwszy ruch bitewny.
- Ona nie widzi – burknęła Zachodzący Promyk, a Martwy Cień opuścił łapę.
- Jak to: nie widzi?
- Normalnie. Ty nie myślisz, a ona nie widzi.
Martwy Cień wykrzywił paskudnie pysk, wywijając wargi.
- Czyżby Lisia Gwiazda przydzielił ci ślepego kota? Cóż za zaszczyt. To synonim tego, że jesteś bardzo użyteczna, Zachodzący Promyku.
Zachodzący Promyk miała wielką ochotę zadrzeć ten parszywy uśmieszek z jego pyska i zostawić tam drobną pamiątkę po sobie w postaci blizn, ale powstrzymywała ją trochę obecność dwójki uczniów. Przez moment jej mordercze brązowe spojrzenie utrzymywało się na burym kocurze, a następnie odwróciła się w kierunku dwójki uczniaków.
- Pamiętajcie, że w walce nikt was nie zapyta o to, czy może was ugryźć albo podrapać. To wy musicie domyślić się następnego ruchu przeciwnika. Tańcząca Łapo, stań naprzeciwko mnie.
Czarna vanka wypełniła jej polecenie i w kilku spokojnych krokach stanęła naprzeciwko córki Zaskrońcowego Syku. Zachód skoczyła na vankę, jednak Tańcząca Łapa zrobiła krok do tyłu i buraska zaryła łapami w ziemi. Niezadowolona z porażki skoczyła jeszcze raz na Tańczącą Łapę, tym razem z powodzeniem podcinając jej nogi i ją obezwładniając.
- Spróbuj jeszcze raz – powiedziała stanowczo, mimo chłodnego spojrzenia wygasłych oczu pomagając jej wstać.
- Jak mam poradzić sobie w walce, skoro nie widzę nawet końcówek własnych wąsów? – powiedziała niskim, lodowatym tonem biała kocica.
- Ja ci za bardzo nie pomogę – przyznała Zachodzący Promyk – Nie wiem, jakie to uczucie być niewidomą i mam zielonego pojęcia, jak by ci to mogło pomóc w ewentualnej walce. Ale skoro zdecydowałaś się zostać w Klanie Klifu, to musisz sobie jakoś z tym poradzić.

<Tańcząca Łapo?>

13 lutego 2020

Od Zachodzącego Promyka CD. Tańczącej Łapy


Ciepły wiatr łagodnie mierzwił futro burej kocicy, gdy ta zmarszczyła z niezadowoleniem nos. Czyżby ta ślepa kocica śmiała ją poganiać? Zachód i tak zrobiła jej dużą łaskę, że w ogóle zjawiła się na tym beznadziejnym treningu. Buraska także dziwnie czuła się z faktem, że jest mentorką uczennicy, która jest prawie jej rówieśniczką. Niewidzące ślepia Tańczącej Łapy wpatrywały gdzieś w dal, zaś bura zastanawiała się, jakiej udzielić odpowiedzi. Skoro nie widzi, to nie ma sensu pokazywać jej terenów. Lepiej skupić się na czymś pożyteczniejszym, co będzie miało korzystne rezultaty dla nich obu. Jak polowanie na przykład. Mimo niezadowolenia Zachodzący Promyk podniosła lekko jeden kącik ust, kreując coś na kształt uśmiechu. Jeśli jej uczennica jako pierwsza nauczy się polować… Bura napuszyła się lekko z dumy.
- Dzisiaj będziemy ćwiczyć polowanie – powiedziała szybko, rzucając ukradkowe spojrzenie vance. Nim ta zdążyła powiedzieć choćby słowo, Zachodzący Promyk wyprzedziła ją potokiem zdań – Jeśli podchodzisz do myszy, musisz być bardzo cierpliwa. Nie chcesz przecież, żeby uciekł ci twój własny obiad, prawda? Na ptaki również musisz czekać nieruchomo, a gdy zbliżą się wystarczająco… Będziesz już wiedziała, co zrobić. Czujesz jakieś zwierzątko? – spytała niecierpliwie, energicznie przebierając łapkami po podłożu.
- Myślałam, że pokażesz mi dzisiaj tereny Klanu Klifu – powiedziała wolno zdezorientowana Tańcząca Łapa, zaś Zachodzący Promyk przewróciła z irytacją ślepiami.
- Jutro. Jutro ci pokażę – powiedziała, strzepując ogon – Chcę po prostu zobaczyć, ile już potrafisz.
Biała niepewnie zawęszyła, a następnie schyliła się, przyjmując pozycję łowiecką, co Zachód przyjęła z zadowoleniem.
- Tyłek wyżej! Wytęż słuch! Podnieś ogon! Źle stoisz! Źle chodzisz! Nie, mówiłam ci, że wyżej! Jeśli masz zamiar zamiatać grunt własnym zadem, to proszę bardzo! – fuknęła, machając ogonem na prawo i lewo. Tańcząca Łapa parsknęła cicho i usiadła, niewidzącymi ślepiami wpatrując się w ambitną mentorkę. Gdy się odezwała, jej głos był niski i chłodny.
- Jeśli nie dasz mi spróbować, to się nie nauczę. Bądź cierpliwsza – poprosiła, jednak ton jej głosu przeczył jej spokojnym słowom. Zachodzący Promyk syknęła gniewnie i przewróciła ślepiami. Co ona sobie myślała? Że robi jej łaskę, stawiając się regularnie na treningach? Że ona, Zachodzący Promyk, ma zamiar wybaczać jej wszystkie te karygodne niedociągnięcia i niedbalstwa? Niedoczekanie jej.
- Na dzisiaj wystarczy – powiedziała ze złością – Jutro z samego rana chce cię widzieć przytomną i na łapach. Możesz wziąć sobie coś ze stosu, a później wyczyść legowisko Wschodzącej Fali. Sokole Skrzydło pokaże ci, jak to zrobić.
Nerwowy ton jej głosu wyraźnie sugerował, że wszelkie dyskusje zostały zakończone. Pchnęła lekko Tańczącą Łapę w kierunku obozu, w wyjściu mijając się z Berberysową Bryzą. Rzuciła zastępczyni chłodne spojrzenie i skinęła jej głową. W międzyczasie splotła swój ogon z tym należącym do Tańczącej Łapy, chcąc wskazać uczennicy najprostszą drogę do obozu.
- Pamiętaj, jutro o świcie – powiedziała zielonookiej tonem nieznoszącym sprzeciwu.

<Tańcząca Łapo? Wybacz, że to tyle trwało, i że jakość jest… wątpliwa, ale mam jeszcze w kij odpisów do zrobienia na paru postaciach :p>

06 lutego 2020

Od Zachodzącego Promyka CD. Pójdźki (Pójdźkowej Łapy)


- Kim jest Niebiański Lot?
Zachodzący Promyk zastanawiała się, dlaczego córka Sroczego Żaru miała w oczach lekką panikę, gdy patrzyła na jej poharataną łapę. Bura nabrała powietrza w płuca i otworzyła pysk, jednak do głowy nie przyszła jej żadna sensowna odpowiedź.
- Wojownikiem Klanu Klifu i twoim ojcem – wypaliła głupio, patrząc na swoje łapy. – Ekhm… Macie podobne futra. I ociupinkę różne charaktery, ale i tak masz spore szczęście. - dodała niechętnym tonem, odwracając wzrok.
- Sz-szczęście? – spytała niepewnie cynamonowa koteczka, posyłając królowej zaskoczone spojrzenie. Zachodzący Promyk wykrzywiła pysk i odwróciła się. Nie miała zamiaru okazywać żalu przed małą gówniarą, ale jednak coś ukłuło ją w miejscu, w którym chyba powinno być serce. Bura potwornie tęskniła za swoją matką, a ojca nigdy nie widziała na oczy. Czasem czuła, że powinien z nią być i ją wspierać. Ją i jej mamę. Skrycie wyobrażała go sobie jako przystojnego, doświadczonego wojownika, jednakże wiedziała, że coś takiego nigdy nie mogło się ziścić. Pewnie był jakimś zapuszczonym samotnikiem albo kocurem z innego klanu, wszystko było jej jedno.
- No, bo masz ojca w klanie.
Pójdźka zgarbiła się i spojrzała na Zachodzący Promyk tymi swoimi wielgachnymi oczami, po czym lekko pokręciła główką.
- O-on jest moim tatą? Ale on się z nami nie bawi… I-i był z kociarni tylko raz…
Zachód wzruszyła obojętnie ramionami i oplotła drobną Pójdźkę ogonem, aby następnie przysunąć ją do siebie. Mała lekko się spięła, ale nie zaprotestowała głośno.
- Kocury czasami tak mają – tłumaczyła chudej kotce z miną ekspertki – że mają w poważaniu swoje potomstwo. Ale nie przejmuj się. Jak już zostaniesz uczennicą, to może ten ślepak zobaczy, że jesteś coś warta.
Odpowiedź nie nadeszła, a Zachodzący Promyk zastanawiała się, co też dzieje się w głowie córki Sroczego Żaru.

***

Zachodzący Promyk ziewnęła potężnie, po czym wstała i przeciągnęła się, aż coś przyjemnie chrupnęła w jej kręgosłupie. Zamruczała głośno. Tego dnia wyjątkowo nie wstała lewą łapą, a pozostałymi trzema nie miała zamiaru deptać jeszcze śpiących pobratymców. Od zawitania na nowych terenach minęło kilkanaście wschodów i zachodów słońca, a ona nie miała do roboty zbyt wiele poza przedrzeźnianiem innych klanowiczów. Z zapałem wykonywała zleconą jej robotę. No, co prawda Lisia Gwiazda zarządził jakieś naprawy obozu, ale ona nie była już uczennicą. Nie musiała brać w czymś takim udziału, to się nie godziło wojownikom. Ona miała dużo większe ambicje, na przykład znalezienie sobie jakiegoś kota do zaczepiania i irytowania.
Przeleciała wzrokiem po polance i otworzyła pyszczek w zachwycie. Jednego nie można było jej odmówić: od czasu mianowania jej kociąt zrobiła się jeszcze bardziej upierdliwa. Dźwignęła się na łapy i wesołym truchtem pobiegła do Pójdźkowej Łapy, chcąc znaleźć z uczennicą jakiś wspólny punkt zaczepienia. Koteczka siedziała na uboczu, uważnym spojrzeniem pary żółtych ślepi obserwując obozowe życie. Drgnęła, gdy kątem oka dostrzegła podchodzącą do niej burą kocicę.
- Ładna dzisiaj pogoda, czyż nie, skarbie? – zapytała mocno sztucznym, wesołym głosem. Pójdźkowa Łapa odwróciła główkę w jej stronę i delikatnie nią skinęła, zaś Zachodzący Promyk miała ochotę splunąć, czując aż tyle słodyczy w swoim głosie.
- Myślałaś już o tym, co ci wtedy mówiłam? – zagadała już swoim typowym, normalnym, nieprzyjaznym tonem głosu. Bo przecież bardzo przejmowała się tym, że może cynamonową koteczkę jeszcze mocniej do siebie zrazić. Bardzo.

<Pójdźkowa Łapo
?>

04 lutego 2020

Od Zachodzącego Promyka CD. Barwinkowego Podmuchu


Słysząc swoje imię pochodzące z pyska dość znajomego kota, buraska odwróciła się w kierunku głosu. Podniosła lekko jeden kącik ust w ten dość charakterystyczny dla siebie sposób, jednak z całą pewnością nie można było tego nazwać uśmiechem. Było to dla niej potwornie dziwne, że jakikolwiek kot… zawołał ją miłym głosem? Zawsze wydawało jej się, że tylko wszystkich irytowała (zresztą, jak by na to nie patrzeć, było w tym sporo prawdy). W każdym razie nigdy nawet nie liczyła na to, że ktokolwiek… mógłby być dla niej tak miły. Nie po tym, jaka ona była w stosunku do innych.
Podeszła wolno do stosu ze zwierzyną i chwyciła drobną mysz. Jej następnym krokiem było grzeczne położenie jej przed Barwinkowym Podmuchem. Była cała spięta, miała wrażenie, że młody wojownik widzi jej stres. Nieczęsto zdarzało jej się być dla kogokolwiek… miłą? Tak, tak chyba można określić to specyficzne zjawisko.
Siedziała cichutko obok czarnego kocura owiniętego z rozmaite pajęczyny i zioła, które miały przyspieszyć gojenie się jego ran. Barwinkowy Podmuch rzucił się łapczywie na mysz, zaś wojowniczka – ku swojej uldze mogła już siebie tak nazywać – zaczęła niepewnie przebierać łapkami po ziemi. Rzuciła kocurowi nieśmiałe spojrzenie i otworzyła pyszczek, jednak zamiast konkretnego przekazu wydostało się z niego tylko coś na kształt „ymhym”.
- Czy ty… Byłeś dla mnie miły? Na pewno nie masz gorączki? – wydusiła, cichym głosem przerywając posiłek wojownika.
Musiała przyznać sama przed sobą, że od momentu mianowania jej kociaków nie miała do kogo otworzyć gęby. Gdy była jeszcze królową, miała te swoje „przymusowe koleżanki”” w kociarni, jednak nigdy nie czuła się przez nie specjalnie lubiana. A tu nagle puf! i ma spać w legowisku wojowników, gdzie jedynym kotem, z którym się rozumiała, był Węgorzowy Grzbiet.
- Nie? – kolejne słowa Barwinkowego Podmuchu sprawiły, że tylko bardziej się rozluźniła. Uśmiechnęła się niepewnie do kocura, życząc mu cicho smacznego posiłku. Jej wzrok powędrował po obozie i natrafił na Berberysową Bryzę. Bura kocica uniosła sierść na karku i zagłębiła pazury w glebie, oczy zaś zmrużyła w wąskie szparki. Wymamrotała w stronę kotki serdeczne pozdrowienie o treści „obyś zdechła”. Miała nadzieję, że Barwinkowy Podmuch nie zauważył tej gwałtownej zmiany nastroju.

<Barwinkowy Podmuchu?
Boziu, nie wiem, co to za opko. Tak, wiem, strasznie pchnęłam akcję do przodu xD>

30 stycznia 2020

Od Zachodzącego Promyka


Po tylu księżycach nieprzerwanej katorgi wreszcie udało jej się stąd wyrwać. Jej kocięta zostały mianowane uczniami, zaś sama Zachodzący Promyk dostała Tańczącą Łapę. Stwierdzenie, że była z tego faktu zadowolona, było tak dalekie od prawdy, że ojej. Po tak długim czasie spędzonym na truciu tyłka Lisiej Gwiazdy i namawianiu kocura, by ten wreszcie dał jej ucznia, rudzielec przydzielił jej kalekę. Była święcie przekonana, że ten zrobił to ze złośliwości. Przez resztę dnia po mianowaniu chodziła tak wściekła, że wszystkie koty – nie wyłączając z tego jej własnego brata – omijały ją szerokim łukiem. I tak zepsutego humoru kocicy nie poprawił bynajmniej fakt, że jej córka dostała się Berberysowej Bryzie. Czyżby Lisia Gwiazda zapomniał, że cudowna zastępczyni Berberysowa Bryza dobiła jej matkę?
Gdy Klan Klifu w końcu dotarł na długo poszukiwane tereny, odłączyła się na moment i znalazła sobie ustronne miejsce, gdzie mogła wyładować swoją furię. Uderzyła w pobliski kamień raz, drugi i trzeci. Kończyny błagały o ulgę, jednak ona ich nie słuchała. Była zła, że kolejny raz coś jej się nie udało. Najpierw śmierć jej mamusi, teraz jeszcze to…
Przerwała w momencie, w którym zdała sobie sprawę, że złamała pazura. Pisnęła zaskoczona i odskoczyła, energicznie wylizując łapę.
Czy ona, Zachodzący Promyk, była wojowniczką niższej kategorii, skoro trafił jej się ślepy kot? Powędrowała spojrzeniem przed siebie, mając nadzieję, że dojrzy cokolwiek, co rozwieje jej wątpliwości. Gdy zamiast pożądanej odpowiedzi uzyskała tylko szum wiatru i szelest liści, zdecydowała się zawrócić. Z tym nurtującym pytaniem udała się w drogę powrotną do obozu. Promyki tańczyły wesoło na jej futrze, zaś sama wojowniczka – po tak długim czasie wreszcie mogła się już tak nazwać – starała się uspokoić oddech. Po dłuższej chwili w żyłach kotki przestała krążyć adrenalina. Pozostał jedynie ten piekący ból w przedniej łapie, który ponadto mocno utrudniał jej chodzenie. Cóż, może dzięki temu uda jej się wyciągnąć od Sokolego Skrzydła parę nasion maku? Gdy ta myśl przemknęła przez jej umysł, Zachodzący Promyk uniosła lekko kącik ust, tworząc coś na kształt uśmiechu.
Zamarła, gdy tuż za nią rozległ się dźwięk łamanej gałązki.

<Ktoś? Niekoniecznie z Klanu Klifu ^^>

28 stycznia 2020

Od Zachodzącego Promyka CD. Świstu


Płomienie były coraz bliżej. Zachodzący Promyk zakasłała i przyspieszyła, rozpaczliwym spojrzeniem starając się odszukać w tłumie swoje kocięta. Z panicznym wrzaskiem wpadła na jakiegoś kota i nawet się nie obejrzała, wciąż przeczesując wzrokiem polanę. Chwila postoju nie mogła trwać wiecznie, a ona nie miała zamiaru pozwalać swoim kociętom wędrować samotnie. Dostrzegła Berberysową Bryzę trzymającą Żmijkę za luźną skórę na karku i posłała zastępczyni niezadowolone spojrzenie. Ale nie miała wyjścia. Musiała zostawić szylkretkę na moment sam na sam ze swoją potomkinią, aby odnaleźć pozostałe zguby.
Zwinnie ominęła kaszlającą od dymu Wschodzącą Falę. Starsza królowa stała na telepiących się łapach, ale buraska nawet nie pomyślała o tym, żeby się zatrzymać i pomóc. Życie trzech potwornie drogich jej istotek było znacznie ważniejsze. Odetchnęła z ulgą, widząc Orzechową Łupinę z Nocą oraz Cyprys przytrzymywaną przez Bluszczowy Poranek. Został jeden. Karmicielka odwróciła pysk i posłała swoim dwóm pociechom pokrzepiające spojrzenie. Niestety, odwracając wzrok nie dostrzegła olbrzymiej, m a s y w n e j przeszkody w postaci Martwego Cienia. Wyrżnęła, niechcący zagłębiając pysk w śmierdzącej sierści burego wojownika.
- W-widziałeś mojego kociaka? – spytała nerwowo, wyjątkowo nie mając ochoty na jatkę. Nie powstrzymało to bynajmniej Martwego Cienia przed darciem mordy, ale uciszyła go błagalnym syknięciem.
- N-nazywa się Świst. Cie-emna sierść, b-brązowe oczy. N-no gadaj, widziałeś czy nie?
- Wiem, jak się nazywa, łamago – warknął ze złością, jeżąc sierść - Ma więcej gracji niż ty. Opatruje go Lwia Łapa.
- Idziemy! – Usłyszała nerwowo pospieszające się nawzajem koty. Grupa powoli ruszyła, starając się oddalić od pochłaniających okolicę niszczycielskich płomieni.
Nie obdarzając burego nawet spojrzeniem, kotka rzuciła się na skraj polany. Rudy cętkowany van właśnie kończył opatrywać ósmy cud świata, który Zachód na moment straciła z oczu. Widząc, jak Świst staje chwiejnie na łapach, przyspieszyła, aby się z nim zrównać. Zaszła malca od tyłu i zagrodziła mu drogę ogonem. Nie zważając na powoli przemieszczającą grupę, usiadła na ziemi i w tym jakże odpowiednim momencie zaczęła czyścić Świstowi sierść.
- Cały jesteś mokry, biedaku. Siedź jak ci mówię. Teraz dobrze.
- Ale oni już idą – powiedział ostrożnie niebieski, podnosząc na kotkę spojrzenie brązowych oczu. Zachodzący Promyk przewróciła tylko ślepiami i złapała Śwista za kark, niezdarnym krokiem starając się dogonić grupę. W samą porę, bowiem miejsce, w którym siedzieli, zostało błyskawicznie zajęte przez płomienie. Zachodzący Promyk odwróciła łeb i odetchnęła cichutko z ulgą. Co by było, gdyby zostali tam chwilę dłużej? Na samą myśl po jej karku przebiegł nieprzyjemny dreszcz.
Położyła Świst na ziemi. Aktualnie znajdowali się na tyłach grupy, ale lepsze było to, niż zostać w tamtym miejscu. Zachód z niezadowoleniem stwierdziła, że tuż przed nimi szedł Martwy Cień. Co prawda bury w końcu do czegoś się przydał i jej pomógł, jednak nie miała zamiaru okazywać mu wdzięczności. Niefortunnie, kocur wyczuł jej zapach i odwrócił się. Tym razem na jego pysku prócz wiecznej furii malowała się złośliwość.
- Znalazłaś zgubę, roztrzepana kocico? – warknął, wysuwając pazury. Zachodzący Promyk wyjątkowo nie odpowiedziała. Zamiast tego odwróciła się w stronę zmordowanego, zmęczonego Świstu i uniosła lekko jeden kącik ust, tworząc coś na kształt ciepłego uśmiechu.

<Świście? Ogółem jeśli chcesz, to możesz jeszcze pociągnąć ten wątek>

25 stycznia 2020

Od Zachodzącego Promyka CD. Barwinkowej Łapy

- Masz pszczoły w mózgu? – warknęła w kierunku ucznia o oklapniętych uszkach, odsłaniając zęby i bijąc wściekle ogonem. Co za beznadziejny pomysł! Jaka matka straszyłaby własnego kociaka w lisiej norze?
- Ale zastanów się! – pisnął podekscytowany kot – Mógłbym go nastraszyć i od razu byłby grzeczny!
Zachodzący Promyk spojrzała na niego ze złością. O co mu chodziło, przecież Noc był wzorem dobrze wychowanego kocięcia! Co prawda od czasu do czasu bił i poniżał swoje rodzeństwo, no ewentualnie groził śmiercią, ale był dobrym kociakiem. Chociaż może, gdyby się przestraszył, byłby trochę… spokojniejszy?
- Zgoda – powiedziała po chwili. Przyciągnęła do siebie Nocka i – wśród jego licznych protestów – złapała go za luźną skórę na karku. Machnęła niecierpliwie burym ogonem, poganiając Barwinkową Łapę.
Największym problemem było opuszczenie tymczasowego obozowiska Klanu Klifu. Wszędzie poza łagodnymi, chłodnymi cieniami sosen upał był praktycznie nie do zniesienia. W dodatku jak wyprowadzić malutkiego kociaka z obozu, gdzie praktycznie wszystko było widać jak na dłoni? Trójka uciekinierów od razu zostałaby dostrzeżona. Zachodzący Promyk rozpaczliwie starała się wymyśleć jakiś pomysł, a wiercący się w jej pysku i wrzeszczący Nocek wcale jej tego nie ułatwiał.
Stanęło na tym, że opuszczą obóz jak gdyby nigdy nic. Taki tam mały „spacerek””, którego celem była lisia nora. Wraz ze starszym uczniem podeszli do wyjścia z obozu, strzeżonego przez Makowy Kielich. Zachodzący Promyk mogłaby godzinami ubliżać tej kotce, jednak w tym momencie miała jedynie nadzieję na szybkie opuszczenie obozu. Liczyła na to, że ruda wojowniczka nie będzie zadawała zbędnych pytań.
- Spacer w taki upał? – fuknęła kocica, wstając i jeżąc sierść. Zachodzący Promyk uśmiechnęła się bezczelnie, a rzucenie jakąś ripostą utrudniał jej wyrywający się Nocek. Barwinkowa Łapa zareagował w odpowiednim momencie, wślizgując się pomiędzy obie kotki.
- Tak, Makowy Kielichu – powiedział z rezolutnym uśmieszkiem – Chcesz się zabrać z nami?
Ruda kocica zmierzyła go pogardliwie wzrokiem, jednak odsunęła się, przepuszczając buraskę i ucznia o oklapniętych uszkach. Zachodzący Promyk niby przypadkiem przejechała jeszcze ogonem po jej pysku.
Tuż po przekroczeniu wyjścia z obozu, Noc zaczął jeszcze bardziej się szamotać. W końcu bura zdecydowała się uwolnić kociaka i położyła go delikatnie na ziemi, na co ten oznajmił że „pójdzie sam”. Buraska przyjęła to z olbrzymią ulgą. Było gorąco jak na patelni, a trel ptaków i szum wiatru sprawiały, że czuła się trochę przytłoczona. Skupiła się jedynie na celu tej wyprawy, a mianowicie na wtłoczeniu Nocy do głowy paru manier.
- Masz paskudne uszy – wypalił dzieciak do Barwinka, przymrużając oczy. Zachodzący Promyk myślała, że zachłyśnie się ze wstydu. O dziwo czarny uczeń, zamiast zganić kociaka, pochylił się i powiedział mu, że dzięki tym „paskudnym uszom” słabiej słyszy chrapanie kolegów z legowiska, co można uznać za atut. Gdy oboje nie patrzyli, buraska poruszyła z rozbawieniem wąsami.
Mimo wszystko, robiło się coraz goręcej. Żar lał się z nieba, a koty coraz łapczywiej chwytały oddechy. W pewnym momencie Zachód miała wrażenie, że zaraz zemdleje, a chwilę później, że będzie musiała zbierać swojego kolegę z ziemi. Popchnęła Noc w stronę pobliskiego krzewu, pod którym była odrobina cienia. Sama z Barwinkiem musiała niestety poopalać się na słońcu.
- Zaczynam wątpić w genialność twoich pomysłów – warknęła, bijąc wściekle ogonem.
- Przejdźmy jeszcze kawałeczek – nalegał czarny kocurek, a bura w końcu na to przystała. Niechętnie wyciągnęła syna spod krzewu i wznowili marsz, co jakiś czas przerywany zirytowanym marudzeniem jej latorośli.
- Wracajmy, nudne zdechlaki – jęknął Noc, zatrzymując się w celu rozmasowania łapek – Nogi mnie już bolą! Gorąco mi! Pić mi się chce!
- Już niedługo – zapewniła żarliwie karmicielka, nie zwracając najmniejszej uwagi na wcale nie najpiękniejszy epitet, jakim została obdarzona.

<Barwinkowa Łapo?>

24 stycznia 2020

Od Zachodzącego Promyka CD. Lisiej Gwiazdy


Trzepnęła z niezadowoleniem ogonem i już-już chciała powiedzieć rudzielcowi, że to, co wypuszcza z gęby jest nieszczególnie wychowawcze, ale… W tym momencie dostrzegła wpatrującą się w nią z pogardą parę ciemnozielonych oczu i nie wytrzymała. Wybuchła gromkim śmiechem. Śmiała się jak wariatka, przyciągając niczym magnes zaskoczone spojrzenia pobratymców. Upewniła się jeszcze, że Liliowa Sadzawka na pewno ją zobaczyła, i z satysfakcją odwróciła się w stronę kocura.
- Zajmij się dzisiaj kociakami – powiedziała wprost, nerwowo przebierając łapkami po podłożu. Nagle przypomniała sobie, że od bardzo, bardzo dawna nie jadła nasion maku. Ściągnęła uszy i przełknęła głośno ślinę, dając jasno do zrozumienia, że jej się spieszy. Stres związany z czarnym kociakiem nieźle jej się udzielił, a skutkiem tego była wzmożona ochota na ziółka uspokajające.
Poza Węgorzowym Grzbietem nigdy nie cieszyła się jakąś większą ilością znajomych. Cóż, musiała przyznać sama przed sobą, że nie robiła absolutnie nic, aby zmienić ten stan rzeczy. Czyli jedynym kotem „upoważnionym” do siedzenia z bachorkami był Lisia Gwiazda. Chyba nieszczególnie mu się to uśmiechało, ale nie miała na to wpływu. Chętnie ponownie wkręciłaby do opieki nad swoimi dziećmi Wschodzącą Falę, ale po tym, co zrobił Noc, szczerze wątpiła by tamta na to przystała.
- Dobrze wiesz, że to nie moja działka, więc sobie nie pozwalaj – powiedział zimno, acz spokojnie lider Klanu Klifu. Bura poczuła gwałtowny przypływ irytacji. Powędrowała spojrzeniem w kierunku tymczasowego legowiska medyków, do którego zmierzała Borówkowy Nos. Czyżby bicolorka miała zamiar sprzątnąć jej sprzed nosa całe zapasy tego cudownego medykamentu?
- Przestań! – powiedziała trochę nazbyt piskliwie, niżby chciała – Jesteś liderem, to chyba nie problem, żeby posiedzieć z nimi przez parę godzin, prawda? No to mógłbyś, mógłbyś?
Nie czekając na odpowiedź, złapała w pyszczek dwie drobne gałązki i wsadziła je do połowy pod warstwę suchego mchu.
- Ciągnij – warknęła – Jeden patyk jest dłuższy, drugi krótszy. Jeśli weźmiesz krótszy, dzieciarnia jest na resztę dnia twoja.
- Nie bawię się w takie gierki – powtórzył spokojnie rudzielec, a jedynie drgająca końcówka ogona zdradzała zaciekawienie pomysłem kocicy. Pochylił pysk nad kawałkiem mchu i zaczął uważnie mu się przyglądać. Zachodzący Promyk przewróciła niecierpliwie oczami.
- No dobra. Ten jest bliżej, więc pewnie jest krótszy… - Zachodzący Promyk uniosła brwi w uznaniu dla przebiegłości kocura. Lisia Gwiazda zgrabnie złapał jedną gałązkę w dwa pazury i powolutku ją wyciągnął.
- Przegrałeś – powiedziała z satysfakcją i rezolutnym uśmieszkiem, pokazując mu dłuższą gałązkę i czując przyspieszone bicie serca.
Lisia Gwiazda łypnął na nią gniewnie, a gałązka trzymana w jego łapie została natychmiast zmiażdżona.
- Możesz zacząć od umycia ich futer – drażniła się, przymrużając ślepia w wąskie szparki – I nie przejmuj się, jak znajdziesz coś ostrego. Rzepy wyciąga się, łapiąc przednimi kłami. Nie pokalecz sobie języka. – Nie patrząc nawet na pysk kocura, wrzasnęła - Żmija, Cyprys, Świst, Noc! Chodźcie do tatusia!

<Lisia Gwiazdo?>

20 stycznia 2020

Od Zachodzącego Promyka

gniot nr 1
Blada księżycowa poświata padała na burą karmicielkę, leżącą w otoczeniu czwórki przeuroczych kociaków. Prawdopodobnie Lisia Gwiazda niedługo zarządzi dalszą wędrówkę, ale Zachodzący Promyk póki co nie miała serca budzić tych przeuroczych grzdyli. Z zachwytem obserwowała wolno oddychającą przez sen Żmijkę, z tym swoim wywalonym językiem. Cóż, przynajmniej wyglądała na groźniejszą. Będzie jej łatwiej w życiu. Nieco dalej drzemała Cyprys, a obok siostry Świst. Po drugiej stronie buraski, z dala od rodzeństwa, trochę miejsca znalazł sobie Nocek. Zachód uśmiechnęła się, widząc swojego potomka tak otwarcie eksponującego swoją niezależność. No bo co z tego, że bił swoje rodzeństwo, pluł na nie, a grożenie śmiercią stało się codziennością? Gdy spał, był taki przeuroczy, że nie szło nawet uwierzyć, jaki szatan kryje się pod tą skołtunioną warstwą czarnego futra. Przysunęła go do siebie, delikatnie starając się rozwikłać tajemnicę splotu jego kołtunów.
Cóż, było jasne, że Zachód ma słabość do syna. Przypominał jej trochę Zaskrońcowy Syk.
Karmicielka podniosła wzrok, głęboko licząc na to, że na nocnym niebie dojrzy swoją mamusię. Tamtej nocy wszystkie gwiazdy lśniły mocno, a jedna gorzała wyjątkowo jasnym blaskiem. Zachodzący Promyk uznała, że to musi być Zaskroniec.
- Jasno świecisz, mamo – powiedziała z lekkim uśmiechem na pyszczku – Zawsze byłaś taka ciepła i kochana. Zawsze dbałaś tylko o mnie i o Węgorza… Mam nadzieję, że jakoś znosisz te wszystkie niedojdy w Klanie Gwiazdy – Przeniosła wzrok na Noc i posmutniała – Szkoda, że nie zobaczysz, jak zostaje uczniem. Byłabyś cudowną mentorką.
Przymknęła oczy, próbując przywołać pod powiekami obraz jej najukochańszej mamy. Niemal pisnęła przerażona, gdy dotarło do niej, że nie pamięta jak tamta wyglądała. Rozluźniła się nieco, gdy udało jej się przywołać rozmyty obraz swojej rodzicielki. Bladoniebieskie, piękne ślepia, miękkie, czarne futro… Zamruczała niczym kociak, napawając się tym widokiem.
Chwilę relaksu przerwało obwieszczenie Berberysowej Bryzy, że czas ruszać. Zachodzący Promyk posłała nienawistne spojrzenie w kierunku szylkretki i dźwignęła się na łapy. Delikatnie pacnęła łapą Cyprys, wybudzając koteczkę z głębokiego snu. Posłała w kierunku córki ciche „czas ruszać” i odruchowo rozejrzała się za kotem, który mógłby nieść jej dzieci.
- Masz – powiedziała, wciskając Łabędziemu Pluskowi jednego kociaka. Drugi i trzeci trafiły pod skrzydła Wschodzącej Fali oraz Martwego Cienia. Starsza kocica, mimo zmęczenia, zgodziła się pomóc, co Zachód bez skrupułów wykorzystała. Gdy łapała Nocka za luźną skórę na karku, wciąż miała przed oczami Berberysową Bryzę dobijającą jej matkę.

18 stycznia 2020

Od Zachodzącego Promyka CD. Pójdźki

Zachodzący Promyk przetarła łapą oczy. Rozejrzała się zaspana dookoła. No tak, była noc. Jeśli za dnia weźmie się podwójną dawkę nasion maku, to w nocy można cierpieć bezsenność. W kociarni było duszno, parno, miała ochotę zemdleć. Delikatnie odsunęła od siebie Żmijkę, która przez sen położyła łapkę na jej głowie. Dźwignęła się na łapy. Gdy wzrok jej się rozjaśnił, zauważyła, że Sroczemu Żarowi brakuje jednego kociaka. Tego małego, jak mu tam było… Pójdźka. Zirytowana Zachodzący Promyk wbiła spojrzenie w niewielką, chudą sylwetkę, siedzącą przy wejściu do żłobka. Już miała podejść i złapać smarkulę za luźną skórę na karku, ale niepewnie się zatrzymała.
Czy ona… obserwowała gwiazdy?
Chociaż odwrócona, chuda Pójdźka trzymała łebek wysoko w górze. W pewnym momencie podniosła łapkę, zupełnie, jakby chciała sięgnąć po oddaloną o miliardy długości lisów świetlistą kulę. Zachodzący Promyk zmarszczyła nos. Dla niej jakąkolwiek wartość miała tylko jedna gwiazda. Ta, która była duszą Zaskrońcowego Syku. Zachód zrobiła jeszcze krok w stronę Pójdźki, ale młoda natychmiast czmychnęła pod brzuch matki. Zażenowana karmicielka tylko machnęła puszystym ogonem. Nie to nie. Nie będzie się nikomu narzucać. Tylko czy naprawdę była aż tak straszna, że kocięta uciekały przed nią w popłochu? Z tymi refleksjami wróciła do kociarni i rzuciła się na posłanie. Spod półprzymkniętego oka sprawdziła jeszcze, czy koteczka od Sroczego Żaru na pewno wróciła do siebie.

***

Zachodzący Promyk chowała się w cieniu kociarni. Palące słońca z każdym dniem coraz ciężej było znosić. Była nawet skłonna powiedzieć, że żłobek przepełniony tyloma nudnymi kotami jest lepszy niż smażenie się na słońcu. Aktualnie prócz czwórki jej kociąt był tam jeszcze syn Liliowej Sadzawki oraz młodziutkie kociaki Sroczego Żaru. Przesiadywanie w żłobku z wątpliwej przyjemności stało się prawdziwą męczarnią. Nie mogła nawet wyjść po nasiona maku, bo gdy tylko wychylała głowę z cienia, przed oczami pojawiały się mroczki.
Dostrzegła tę małą kotkę, córkę Sroczego Żaru, która poprzedniej nocy przed nią uciekła. Teraz siedziała z rodzeństwem, bacznie obserwując otoczenie i przykrywając łapki ogonem. Zachodzący Promyk była zaskoczona, jak taki tłusty kocur jak Niebiański Lot mógł się przyczynić do spłodzenia takiego chudego kociaka. Niemniej jednak uznała, że skoro poprzedniej nocy z ich rozmowy nic nie wyszło, to teraz też może trochę podręczyć cynamonową kotkę. Zwłaszcza, że tak potwornie jej się nudziło.
- Cześć! – rzuciła, niezaproszona dosiadając się – Gorąco dzisiaj, nie?
Pójdźka otworzyła pyszczek, zapewne chcą coś powiedzieć, jednak w ostatniej chwili go zamknęła i tylko pokiwała wolno główką.
- Widzę, że nie jesteś zbyt rozmowna. To dobrze, bo będziemy musiały się znosić jeszcze przez parę księżyców.
Odczekała kilka uderzeń serca, a gdy odpowiedź nie nadeszła, zirytowana machnęła ogonem.
- Lis ci odgryzł język? – zmrużyła brązowe oczy w szparki. Niecierpliwie zagłębiła pazury w glebie.
- Nie – powiedziała cichutko Pójdźka. Zachód kiwnęła z uznaniem głową.
- W porządku. Przypominasz trochę Niebiański Lot. Jesteś dość oszczędna w słowach, ale to dobrze. Już widzę, że idzie z tobą wytrzymać – szturchnęła przyjaźnie Pójdźkę łokciem, a ta zachwiała się lekko. Zachodzący Promyk podniosła oczy ku niebiosom, ale nic nie powiedziała. Skoro już jest taka wrażliwa, to w przyszłości będzie miała jeszcze ciężej ze swoim staruszkiem. Niebiański Lot nie należał bynajmniej do kotów ciepłych i łagodnych.
Zachodzący Promyk była prawie pewna, że Pójdźka się odezwie, ale cynamonka chyba uznała już tę dyskusję za zakończoną. Buraska westchnęła i wstała. Przeszła niespełna kilka kroków, po czym syknęła wściekle i podniosła łapę, w którą teraz wbity był podstępny cierń. Cóż, lepiej, że wbił się w nią, aniżeli w Nocka czy którekolwiek z jej dzieci. Machnęła niepewnie łapą, strącając kropelkę szkarłatnej krwi. Uśmiechnęła się krzywo w kierunku Pójdźki, której oczka nieznacznie się rozszerzyły.
- To nic – wymamrotała, powstrzymując przepełnione bólem syknięcie – Możesz mi podać jakiegoś liścia? Aha, i jeszcze jedno. Widziałam cię w nocy przed żłobkiem. W nocy się śpi, takie tutaj mamy zasady – powiedziała, kładąc nacisk na ostatnie słowo. Skrzętnie ukryła przed kotką fakt, że z powodu nasion maku zażytych za dnia sama liczyła w nocy barany. Podniosła łapę, po czym złapała zębami za cierń. Mniej więcej wiedziała, jak się z tym uporać. Gdy jeszcze jako kociak złapała ciernia, Zaskrońcowy Syk pokazywała jej, jak go wyjąć. Wydusiła w kierunku Pójdźki zbolałe „Wszystko okej” i pociągnęła za chwast, a z jej pyska uciekło słowo, którego w żadnym wypadku w obecności kociaka wypowiadać nie wolno.

<Pójdźko?>

16 stycznia 2020

Od Zachodzącego Promyka


Zachód stęknęła cicho, gdy Węgorzowy Grzbiet zadał jej cios w pysk i powalił ją na ziemię. Upadła, wzbijając tumany kurzu. Starała się kopnąć go tylnymi łapami w brzuch, jednak sześć księżyców zmarnowanych w kociarni zrobiło swoje. Machnęła wściekle ogonem i przycupnęła na ziemi, udając pokonaną. Gdy jej braciszek szykował się do wymierzenia jej kolejnego ciosu, rzuciła się na niego desperacko od dołu i przeorała mu pysk. Zdyszana usiadła na ziemi, starając się doprowadzić zmierzwione futerko do porządku.
Chociaż tym razem wygrała, była naprawdę przerażona. Gdzie się podziały jej umiejętności? Jej kondycja? Już jako uczennica walczyła lepiej. Spanikowana przygryzła wargę i wróciła do mycia futra.
Mimo wszystko, tego właśnie potrzebowała. Porządnego kopa. Nie zważając na protesty Węgorzowego Grzbietu, zaciągnęła do na tył obozu i kazała na siebie skoczyć. Chciała po prostu zobaczyć, ile zostało w niej z prawdziwej wojowniczki, a ile z nieudolnej matki. Swoją drogą miała nadzieję, że Lisia Gwiazda szybko mianuje ich kocięta. Co prawda kodeks wojownika przewidywał dla niej jeszcze co najmniej dwa księżyce tej katorgi, jaką było grzanie posłania karmicielki, ale… Ona i jej brat też zostali mianowani wcześniej, prawda? I żyli. Nic im nie było. Kochała swoje kocięta, a jednocześnie uwielbiała posadę wojowniczki. Odliczała tylko dni do powrotu do normalności.
― Nieźle, jak na kogoś, kto ostatnie księżyce grzał to lamerskie stanowisko ― rzucił łagodnie Węgorz. Zachód uśmiechnęła się do niego krzywo.
― No jasne, że było nieźle, głuptasie ― odburknęła i polizała braciszka czule za uchem. Nie była gotowa, by podzielić się z nim swoimi wątpliwościami. Jednak jeśli za te dwa księżyce przyjdzie jej stanąć do walki, ewentualny nieprzyjaciel napluje jej ze śmiechu w twarz. Ta myśl nie była bynajmniej pokrzepiająca.
― Ciekawe, kiedy mianują te twoje bachorki ― rzucił niby ot tak sobie Węgorzowy Grzbiet. Zachód poczuła ciepłą falę sympatii dla brata.
― A co, masz apetyt na któregoś? ― spytała z uśmiechem. Węgorz zaczął oczywiście zaprzeczać słowom siostry, a jego rzeczywiste zamiary zdradzał jedynie nerwowy ruch ogona.
Prawdę mówiąc, jej brat był w zasadzie jedynym kotem godnym jej dzieci. Mógłby wziąć Nocka i trochę utemperować jego charakter. Nieźle byłoby mu też ze Żmijką u boku – jej córka była taką beksalalą, że aż żal. Trzeba by trochę wyostrzyć jej osobowość, bo miała potencjał. Byle tylko żaden, ale to ŻADEN z jej potomków nie dostał się Berberysowej Bryzie, szlachetnej i cudownej zastępczyni, która na oczach całego klanu zamordowała jej matkę. Jej mina zrzedła, gdy kotka uświadomiła sobie, że ma tu w zasadzie najmniej do gadania.
Jej oczom ukazał się jej ukochany czarny syneczek, który podbiegł do nich slalomem. Uwielbiała go, był taki niewinny i pełen kocięcej nieporadności. Oczywiście do momentu, aż się odezwał, ale tego w życiu by nie przyznała. Uśmiechnęła się do synka ciepło.
― O, zdechlak! ― rzucił bez najmniejszych skrupułów Nocek. Zachodzący Promyk wciągnęła głośno powietrze, starając się być możliwie jak najbardziej łagodna.
― Nie… Nocku, to jest twój wujek, Węgorzowy Grzbiet. I… Chciałabym, żebyś zaczął go szanować, bo być może to on będzie twoim mentorem ― powiedziała z nutką nadziei w głosie. Odwróciła spojrzenie w kierunku brata i posłała mu słaby uśmiech. Chyba młody jej posłuchał.
Noc jednak tylko wzruszył nonszalancko chudziutkimi ramionami.
― Nie ma sprawy, śmierdziele. Dobra, ja już i tak się zmywam ― powiedział, po czym ruszył zygzakiem w kierunku żłobka.
Szczęka Zachodzącego Promyka lekko zadrżała, ale królowa zaraz pokręciła głową. Nie no, niedługo zostanie uczniem i trochę się poprawi… nie? Bardzo chciała w to wierzyć, bo jej synek był dobrym kociakiem. Gdyby tylko trochę ją szanował…
Zdenerwowana pożegnała się z Węgorzowym Grzbietem, liżąc braciszka po głowie. Szybkim krokiem skierowała się w stronę legowiska medyków. Była, jak zwykle, wyprostowana, a ogon i głowę trzymała wysoko w górze. Od środka umierała. Gdy tylko dostrzegła płaski, nasłoneczniony kamień i na nim małą stertę nasionek maku… Nie trzeba było jej dwa razy powtarzać. Ona i mak rozumieli się doskonale. Zlizała wszystko i przełknęła, po czym chwiejnym krokiem udała się przed legowisko. Po tak dużej dawce powieki same jej się zamykały, ale jakimś cudem nie spała. Ukryła pyszczek w łapach i zachlipała cicho. Nocek to dobry kociak, tylko potrzeba czasu, żeby zaczął obdarzać innych należytym szacunkiem, prawda? Gdyby tylko jej mama żyła, Berberysowa Bryza nie była zastępczynią, a ona sama radziła sobie trochę lepiej z kociakami…
No ale w życiu nigdy nie masz tego, czego chcesz.

<Again, ktoś z Klifu chce sesję?>

14 stycznia 2020

Od Zachodzącego Promyka

― Możesz być ciszej? ― spytała opryskliwie dobrze zbudowanego, półdługowłosego i trochę nazbyt głośnego kocurka. Podniosła pytająco jedną brew i wypuściła, okropnie zirytowana, powietrze z płuc.
― Nie ― odpowiedział szybko Miętek i wrócił do prowadzenia arcyciekawej bitwy z listkiem. Mimowolnie rzuciła w jego kierunku szybkie spojrzenie. Ziewnęła. Skoro i tak się nie wyśpi, to może dzieciak Liliowej Sadzawki okaże się być równie ciekawy co porządna drzemka.
― Mogę zobaczyć? ― spytała przymilnie, łagodnie wyciągając łapę w stronę dziko pręgowanego.
― Nie mozes ― odpowiedział po prostu rudy, dalej z zapałem obgryzając biednego liścia. Zachodzący Promyk po prostu wstała i wyrwała mu zabawkę, co skutkowało natychmiastowym odzewem. Miętek, wyraźnie rozdrażniony, zaczął głośno krzyczeć. Podbiegł do niej i nim zdążyła zrobić krok do przodu, złapał ją za kostkę i wbił w nią pazurki.
― Dobra już, dobra ― burknęła i uśmiechnęła się krzywo do syna Liliowej Sadzawki ― Chcesz zobaczyć sztuczkę? Patrz, nie ma listka ― zamknęła zielony strzępek w łapie i przybliżyła ją do ucha kocurka. Następnie szybkim ruchem łapy wysunęła listek przed jego pyszczek i machnęła nim przed nosem Miętka ― Jest listek. Fajne, nie? ― spytała bez specjalnego entuzjazmu.
Pamiętała, jak jej matka, Zaskrońcowy Syk, pokazała jej tę magiczną sztuczkę. Wtedy śledziła ją z otwartymi z zachwytu brązowymi oczkami i głośno bijącym serduszkiem. Zatem zrozumiałe, dlaczego czuła, jakby pokazała Miętkowi część swojego dzieciństwa.
― Słabe, sceze mówiąc ― powiedział po prostu i wzruszył ramionami ― A w ogóle to wiesz, se mama wujka mojego dziadka była liderką? Chyba ci jesce nie mówiłem. Była świetną liderką, najlepsiejszą! Wschodząca Fala mi mówiła! A w ogóle wiesz, że moja babcia jest cadowa? Najcadowsa jest! Na pewno nikt nie ma takiej babci! Chcesz się sałożyć? Dafaj! ― krzyknął z zapałem, końcówką ogona wskazując na siedzącą nieopodal Wschodzącą Falę, która posłała wnukowi cieplutkie spojrzenie. Zachodzący Promyk pokręciła wolno głową. Nie obchodziło ją to ani trochę. Westchnęła i zaczęła się wlec z powrotem na swoje posłanie, ignorując zupełnie to, co syn Lilii do niej mówił.




<Miętku? Przepraszam, że ci schrzaniłam charakter w tamtym opowiadaniu>

13 stycznia 2020

Od Zachodzącego Promyka


Wszędzie było gorąco jak na patelni. Zachodzący Promyk leżała w cieniu jakiegoś pokaźnego drzewa i próbowała utrzymać przytomne spojrzenie na swoich pociechach. Od rana z gorąca bolała ją głowa i nie miała siły na absolutnie nic. Było jej niedobrze, czuła się padnięta. Przymknęła na moment oczy, wdychając zdecydowanie zbyt rozgrzane powietrze i delektując się ciszą.
Była z siebie niezwykle dumna, po raz pierwszy udało jej się namówić Nocka do zabawy z synem Lilii i resztą rodzeństwa. Ziewnęła szeroko, spod przymrużonych powiek obserwując bawiące się kociaki. Nocek mocował się z Miętkiem, a Cyprys, Żmija i Świst pełnili rolę spokojnych obserwatorów. Zachodzący Promyk z dumą zauważyła, że jej urocza, czarna pociecha jest dużo silniejsza niż syn Liliowej Sadzawki. W tym momencie wcale nie myślała o tym, jakie to problemy sprawia jej ukochana latorośl. Liczyło się tylko to, że przewyższa kolegę siłą i już ma zadatki na wybitnego wojownika.
― Czy to jest aby na pewno bezpieczne? ― spytała nerwowo Liliowa Sadzawka, obrzucając dwójkę kocurków zaniepokojonym spojrzeniem. Zachodzący Promyk miała ochotę odpowiedzieć jej coś nieszczególnie miłego, ale w porę ubiegła ją Wschodząca Fala.
― Masz go przecież na oku ― powiedziała ciepło babcia rudego kociaka i polizała córkę czule po policzku. Zachodzący Promyk odwróciła pyszczek, żeby żadna z karmicielek nie dostrzegła jej gwałtownej zmiany nastroju. Czy gdyby Zaskrońcowy Syk żyła, również tak czule zajmowałaby się swoimi wnukami? Z pewnością! Jej mamusia była wspaniałą i troskliwą wojowniczką, wzorem matki. Gdyby tylko ta szylkretowa gnida jej wtedy nie dobiła…
― Idę po coś na ząb ― rzuciła z uśmiechem Wschodząca Fala i wolnym krokiem oddaliła się. Zachodzący Promyk została sam na sam z jej temperamentną córeczką. Liliowa Sadzawka najwidoczniej nie miała zamiaru się do niej odzywać, więc Zachód sama postanowiła przerwać tę niezręczną ciszę.
― Ładna dzisiaj… pogoda, ekhm? ― zapytała. Liliowa Sadzawka skinęła szorstko głową i dalej wodziła wzrokiem za swoim synkiem, Miętkiem. Irytacja Zachodzącego Promyka sięgnęła zenitu. Prychnęła cicho i położyła głowę na łapach, chcąc uciąć sobie krótką drzemkę. Liliowa Sadzawka nawet na nią nie spojrzała.
Zapadła w niespokojny sen, przerywany jedynie pojedynczymi wrzaskami kociąt. Po chwili pod powiekami pojawił się z lekka zamglony obraz jej matki, Zaskrońcowego Syku, i Zachód mimowolnie uśmiechnęła się ciepło przez sen. W pewnym momencie powietrze przeszył krzyk jej przymusowej koleżanki, Liliowej Sadzawki.
― Miętku! ― teraz Zachodzący Promyk była pewna, że nie zaśnie. Wstała i rzuciła spojrzenie na Liliową Sadzawkę, która błyskawicznie ruszyła w kierunku kociaków. Zaspana zobaczyła, że Noc wali wrzeszczącego wniebogłosy Miętka po głowie. Z soczyście zielonych oczu kociaka ciekły gorzkie łzy.
Zażenowana odwróciła głowę i dostrzegła babcię kociaka, Wschodzącą Falę, która wypuściła zdobycz z pyska. Czarna szylkretka podbiegła uspokajać wyjącego bachora.
Czy już nikt nie stanie w obronie jej syna?
Dźwignęła się na łapy i zaspana ruszyła w kierunku zbiegowiska. Zatrzymała się i potarła nieprzytomne ślepia łapami. Gdy wolnym krokiem zbliżyła się, miała ochotę spłonąć w środku ze wstydu.
― Zdechlak! Wyrzygany kłak! Idiota! Palant! ― siarczyste wyzwiska wylatujące z pyszczka jej ukochanego syneczka były, no cóż… Trochę straszne, jednak była pewna, że to Miętek zaczął. ― A ty, stary spróchniały worku kości, czego tu szukasz? Wyjazd! ― oczy Wschodzącej Fali zrobiły się dwa razy większe niż normalnie. ― Trzymaj tego szatana z dala od Miętka! ― fuknęła Liliowa Sadzawka i przerwała na moment energiczne wylizywanie ryczącego Miętka. Wbiła w młodszą karmicielkę wściekłe spojrzenie intensywnie zielonych oczu i wstała, zjeżając sierść. Zachodzący Promyk była niemalże pewna, że zaraz jej przywali.
― Przecież… ― mruknęła niepewnie ― On się tylko bawi… No dobra ― warknęła i złapała syna za luźną skórę na karku. Skrzywiła się, gdy ten gwałtownie zaczął jej się wyrywać. Zgarnęła szybko ogonem płaczącą Żmijkę, zszokowaną Cyprys i obojętnego Śwista. Uszy piekły ją ze wstydu. Nadal była pewna, że on się tylko bronił. To taki uroczy kociak, nie mógłby zrobić Miętkowi umyślnie krzywdy, prawda? Niech lepiej Liliowa Sadzawka nauczy się wychowywać tego swojego dzieciaka, bo inaczej cały klan będzie miał z tego powodu kłopoty.

<Ktoś z KK chce sesyjkę?>

Od Zachodzącego Promyka CD. Sroczego Żaru

― Czego? ― spytała zirytowana, wbijając spojrzenie w swoje łapy. Ona nic nie widziała, ona nic nie widziała. Na pewno? Bała się, że gdy podniesie wzrok, Sroczy Żar zobaczy w jej oczach jedynie wstyd i poczucie winy. Złapała gwałtownie haust powietrza i wykrzywiła pyszczek w grymasie.
― Co robiłaś w tych krzakach? ― spytała rzeczowo Sroka, jednak odpowiedziało jej kolejne zirytowane wykrzywienie pyska. Spojrzała na starszą kocicę z pogardą i zmrużyła oczy w wąskie szparki. Niech sobie nie wyobraża, że cokolwiek z niej wyciągnie po dobroci.
― A co cię to? Radzę się zająć własnym życiem, a nie wtykać nos w nie swoje sprawy ― warknęła jedynie, czując rosnącą gulę w gardle. Zwinnie wyminęła ciężarną kotkę i podeszła do wątłego stosu ze zwierzyną. Kątem oka dostrzegła, że niezadowolona Sroczy Żar ją dogania i najwidoczniej nie zamierza odpuścić. Westchnęła głośno, znudzona. Wzięła ze stosu nornicę i na złość ciężarnej jeszcze przyspieszyła kroku. Gdy była już niemalże pewna, że jednooka jej nie dogoni, usiadła spokojnie i wzięła się za zasłużony posiłek.
― Od opieki nad kociętami też tak uciekasz? ― Zachodzący Promyk prawie się udławiła. Spięła się, gdy usłyszała ten głos po raz kolejny. Zdyszana Sroczy Żar stała po jej drugiej stronie i Zachodzący Promyk wpatrywała się w nią przez moment oszołomiona ― Wschodząca Fala nadal z nimi siedzi.
Młoda królowa powędrowała wzrokiem na drugi koniec polany i uśmiechnęła się, gdy zobaczyła Nocka i resztę potomków dosłownie chodzących po głowie starszej kocicy.
― Tobie nic do tego ― warknęła i zagłębiła kły i pazury w nornicy, chcąc jak najszybciej zakończyć tę dyskusję ― I tak zaraz do nich wrócę. Patrz, jak ładnie się bawią ― mruknęła już trochę mniej pewnie, gdy zobaczyła Noc bezczelnie szarpiącego za ogon Wschodzącą Falę. Żmijka nieśmiało próbowała wspiąć się na grzbiet królowej, a Cyprys tarmosiła jej uszy. Jedynie Świst siedział spokojnie z boku i wpatrywał się w matkę z daleka. Zamruczała głośno, nieco zestresowana.
Sroczy Żar tylko prychnęła rozbawiona i dosiadła się do Zachodu. Zaskoczona buraska patrzyła, jak niebieska rzuca się wygłodniała na jej nornicę. Jednooka wyglądała, jakby nie jadła co najmniej przez ostatni księżyc! Gdy Sroka podniosła spojrzenie pomarańczowego oka znad prawie całej pożartej nornicy, uśmiechnęła się do niej wesoło. Jaka uczynna, zostawiła jej parę ochłapów.
― Chcesz resztę? Nie? To dobrze ― rzuciła i wróciła do pałaszowania. Gdy skończyła, oblizała pysk i wyciągnęła się zrelaksowana na trawie ― Mało, ale na razie wystarczy.
Przez chwilę siedziały w milczeniu, a po chwili znudzona Sroczy Żar pacnęła ją łapą w ogon. Zachodzący Promyk odsunęła się zirytowana, a niebieska kontynuowała jej zaczepianie.
― Przeeestań! ― pisnęła i wystawiła Sroce język. Pechowo centralnie na jego środku znajdowało się na wpół przeżute ziarenko maku. Zachodzący Promyk nie zdałaby sobie z niczego sprawy, gdyby zdrowe oko Sroczego Żaru nie rozszerzyło się niemal dwukrotnie.
― Nasiona maku ― zaczęła wolno niebieska cętkowana, a Zachodzący Promyk poczuła nieprzyjemny, lodowaty dreszcz na karku. Łapką złapała Sroczy Żar za pysk i przysunęła do siebie.
― Nie tak głośno!
Zrozpaczona zastanawiała się, co by tu jej teraz wcisnąć. Wpadła, i to po uszy. Ale jeśli odpowiednio poprowadzi tę dyskusję, to może jakoś z tego wybrnie. Z naciskiem na „może”.
― Niosłam Wschodzącej Fali.
― Jakimś cudem nie trafiły do Wschodzącej Fali.
― Nie wtrącaj się, dobra?! ― Zachodzący Promyk gwałtownie zerwała się, jeżąc sierść ― Czy ty myślisz, że mi jest łatwo? Moja mama nie żyje, a Berberysowa Bryza jest zastępcą! Moją rodzinę trafił szlag! CO TY MOŻESZ O TYM DO CHOLERY WIEDZIEĆ?! ― ostatnie słowa wywrzeszczała jednookiej prosto w pysk, a później dodała przyciszonym tonem: ― Skup się lepiej na tych swoich podrzutkach, ktokolwiek tam jest ich ojcem… Zresztą, co mnie to obchodzi?

<Sroczy Żarze?>

12 stycznia 2020

Od Zachodzącego Promyka

― Nocku! ― pisnęła młoda królowa, gdy czarny dzieciak zaczął okładać jej pysk łapami. Podjęła jeszcze jedną próbę zlikwidowania kołtuna w sierści młodego, jednak skończyła się ona tylko kolejnymi wrzaskami. Gdy zaś mały szatan przyłożył jej w policzek tak mocno, że pozostawił lekko zaczerwiony ślad, uznała, że koniec tego dobrego. Wstała, otrzepała się i wbiła w swoją latorośl przenikliwe spojrzenie. Westchnęła. Nie potrafiła się długo na niego gniewać. Żeby tylko Wschodząca Fala i Liliowa Sadzawka nie zobaczyły, że rządzi nią jej własny syn.
― To może pobawisz się z innymi? ― Zachodzący Promyk położyła czule pyszczek na ramieniu Nocy, który tylko prychnął i go odepchnął. Przeszedł zygzakiem kilka kroków po czym usiadł, na własną łapę próbując rozwikłać tajemnicę splotu swoich kołtunów. Rozejrzała się nerwowo dookoła, po czym usiadła na ziemi z pełnym ulgi westchnieniem. Nikt nie widział. Nocek terroryzował cały Klan Klifu, jednak aktualnie nie widziała potrzeby, by robić z tego wielką sensację. Ona sama potrafiła świetnie go wychować, prawda?
Spięła się, gdy poczuła na ramieniu czyjś ciepły dotyk. Znajomy zapach mięty od razu uświadomił jej, z kim ma do czynienia.
― Witaj, Wschodząca Falo ― powiedziała sztywno ― Przyszłaś dawać mi swoje niezbędne rady o wychowywaniu kociąt? Dziękuję, jakoś przeżyję bez nich.
Starsza królowa posłała jej lekki uśmiech i usiadła obok. Dwie karmicielki w milczeniu obserwowały bawiących się Żmiję, Śwista i Cyprys oraz siedzącego kilka długości lisa dalej Nocka o nienawistnym i przepełnionym pogardą spojrzeniu. Zachód posmutniała. Nocek to taki dobry dzieciak, tylko jeszcze nie rozgryzła, jak go podejść. Kwestia czasu.
― Kociakom musisz stawiać jasne granice, inaczej same zaczną je sobie wyznaczać. A to nigdy nie wróży niczego dobrego. ― łagodny, acz stanowczy głos starszej kotki wymusił na niej tylko lekkie skinięcie głowy. Podświadomie zdała sobie z tego sprawę już dawno temu, no ale co miała zrobić? Nocek to takie urocze maleństwo, nie mogła go krzywdzić jakimiś nakazami i zakazami. Na pewno są inne metody.
Swoją drogą ciekawe, po kim Cyprys miała swój charakter? Była taka nieśmiała i urocza, aż dziw, że była córką jej i Lisiej Gwiazdy.
Po krótkiej chwili Zachodzący Promyk strąciła ze swojego ramienia końcówkę ogona Wschodzącej Fali. Nie była zła, tylko zawstydzona, że starsza kotka widziała jej „wpadkę” z Nocą. Jej wzrok sam powędrował z kierunku ukochanego synka i reszty dzieciaczków. Łudziła się, że czarny dołączył do rodzeństwa, jednak jego sytuacja nie uległa zmianie. Wciąż siedział sam jak palec i warczał na wszystko, co się ruszało. Gdzieś w środku poczuła ukłucie smutku i zawodu.
― Popilnujesz ich chwilkę? ― spytała Wschodzącą Falę, a nim czarna szylkretka wyraziła zgodę, Zachodzący Promyk była już w połowie drogi do medyków. Uśmiechnęła się pod nosem, czując znajomy aromat ziół. Niwelował stres i pozwalał jej skołatanym nerwom się odprężyć. Weszła w gąszcza, w których medycy tymczasowo przetrzymywali zapasy.
― Witajcie Sokole Skrzydło i Szybująca Mewo ― rzuciła ciepło w kierunku niebieskiego kocurka i jego ucznia ― Wschodząca Fala skarży się na ból głowy i bezsenność. Przyszłam po ziółka dla niej.
Kłamstwo, jak zwykle, wiązało się z wyrzutami sumienia. Zachód jednak niczego po sobie nie okazała. Spojrzała niecierpliwie na medyków i kaszlnęła głośno.
― Ostatnio Wschodząca Fala dość często skarży się na ból głowy. Może lepiej powinna przyjść do mnie, mógłbym się jej przyjrzeć. ― mruknął niebieski bicolor, kładąc dwa drobne nasionka na zielonym liściu.
― Tylko tyle? ― spytała mocno zszokowana. Jej oczy rozszerzyły się niemalże dwukrotnie.
― Wschodząca Fala nie jest już pierwszej młodości, a poza tym musi być przytomna w nocy, gdy będziemy dalej iść. Przekaż jej tylko, żeby nie brała obu naraz.
Zachodzący Promyk kiwnęła szybko głową i wycofała się. Gdy miała już pewność, że nie jest obserwowana, przystanęła. Rozejrzała się dookoła dzikim wzrokiem, po czym połknęła oba nasionka maku naraz. Od śmierci jej ukochanej mamusi starała się w ten szalony sposób odreagowywać stres. Senność wywołana nasionami maku była przyjemna, pozwalała zapomnieć o otaczającym świecie i problemach. O stracie najdroższej istoty w jej życiu. Miała tylko nadzieję, że żaden z jej potomków nie widział jej w tym stanie.

<Żmijo, Cyprys, Świście? Ktoś z Klanu Klifu?>