BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Syczkowy Szept x Zalotna Krasopani. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Syczkowy Szept x Zalotna Krasopani. Pokaż wszystkie posty

13 stycznia 2025

Od Zalotnej Krasopani CD. Syczkowego Szeptu

W dzień przyjęcia do kultu

Po skończonym mianowaniu Zalotnej Krasopani przyszedł czas na Syczkowy Szept. Jego imię też wszyscy skandowali, ale szylkretka nawet się nie uśmiechnęła. Nawet nie spojrzała na swojego brata.
— To nie jest jednak ostatnia rzecz, jaką musicie wykonać, zanim wrócimy do obozowiska. Zostało jeszcze oddanie prawowitego hołdu naszemu największemu przywódcy — powiedziała donośnie Wielka Kapłanka. Wojowniczka kątem oka dostrzegła, jak złoty kocur się do niej przybliża. Syczek wyglądał na zmęczonego. Żałośnie! Kotka rzuciła na niego wzrokiem pełnym pogardy i z grymasem na pysku się od niego odsunęła. Nie chciała mieć niczego do czynienia z tym… tym tchórzem! Przez kolejne minuty czuła jego wzrok na swojej skórze. Za wszelką cenę starała się na niego nie spojrzeć, ale jej ciekawskie oczy co jakiś czas wędrowały w jego stronę. Finalnie zirytowana zacisnęła zęby i prychnęła cicho, wyprzedzając nieco Syczka i stając bliżej Wielkiej Kapłanki.
— Możemy już ruszać — Wielka Kapłanka wymamrotała. Szylkretka odetchnęła z ulgą, teraz przynajmniej będzie mogła skupić się na chodzeniu prosto niż na myśleniu o Syczkowym Szepcie. Serdecznie miała już dość swojego brata, on nie zasługiwał na to, żeby tu być. Przyniósł na ceremonię ledwo żywego samotnika, a i tak został mianowany. Skandal. Gdyby tylko Zalotna Krasopani rządziła tą całą bandą, to by go zdyskwalifikowała, a gdyby nie zależało jej tak bardzo na miejscu w tym kulcie to może i by się jakoś spróbowała sprzeciwić Zarannej Zjawie. Z drugiej strony nie chciała wkurzać ani martwić swojej matki, bo chociaż w tym momencie była dla niej Wielką Kapłanką, to Zalotna Krasopani myślała już przyszłościowo. Ciekawe czy czarna kotka już wie o sporze, który powstał między jej dziećmi.
Było chłodno. Koty w zbitej grupce dreptały do wyznaczonego celu, do świętego miejsca, pod osłoną nocy. Ich sylwetki były delikatnie zarysowane przez blask księżyca na tle mrocznego lasu. Zalotna Krasopani skupiała swój wzrok głównie na Wielkiej Kapłance. Kotka wzbudzała w niej szacunek. Można by powiedzieć, że szylkretka ją podziwiała, ale sama już nie wiedziała, czy to ze względu na więzy rodzinne, czy na jej pozycję w kulcie. Kto wie, może w przyszłości wojowniczce uda się pójść w ślady swojej matki i zostać kimś ważnym? Zalotka miała na to nadzieję, chociaż do kultu dołączyła dopiero teraz, już wiedziała, że będzie jednym z jej priorytetów. Już wcześniej zaczęła brać wiarę w Mroczną Puszczę na poważnie. Odrzuciła wszystkie według niej głupie ateistyczne poglądy i powróciła na prawidłową ścieżkę. Wciąż nie mogła uwierzyć w to, jak głupia była, odrzucając to, co od małego wpajała jej matka.
Po jakimś czasie kultyści dotarli nad ogromne drzewo. Nie miało ono liści, jego gałęzie delikatnie rysowały się na ciemnym, nocnym niebie. Wyglądały trochę jak ogromne szpony, pazury. Koty zwały go Ciernistym Drzewem, gdyż faktycznie, posiadał on miejsce, które było kompletnie otoczone cierniami. To właśnie przed nim zatrzymała się Wielka Kapłanka, jej mina była śmiertelnie poważna.
— Cierniste Drzewo. Symbol kultystów, święte miejsce. To właśnie ono łączy wszystkich dotychczasowych członków naszej grupy. Jest czymś niepodważalnie dla nas najważniejszym, bo to właśnie wśród jego korzeni spoczywa nasz wielki lider, Mroczna Gwiazda — wyjaśniła. Ciało Zalotnej Krasopani przeszedł dreszcz ekscytacji. Wyobrażała sobie kocura jako dumnego i odważnego przywódcę, założyciela kultu. Musiał być ogromnie szanowany. To… piękne, że jego dzieło zachowało się do dziś, że każdy poddany Mrocznej Puszczy wspomina teraz jego zasługi. Gdyby tylko szylkretka mogła w przyszłości uzyskać tak ogromny szacunek i popularność… Żeby faktycznie do tego doszło, musiała bardzo się przykładać do pracy na rzecz kultu, no i to właśnie zamierzała robić, pewnie w przeciwieństwie do jej brata, który wyglądał na niezadowolonego z faktu, że tu jest.
— Nie wystarczy jednak stać i bez celu wlepiać wzrok w tę drzewo. Nie na tym polega Rytuał wiążący. To szereg skomplikowanych i ważnych ruchów, które musicie wykonać i słów, które musicie wypowiedzieć — wyjaśniła.

***

Zalotna Krasopani podeszła do Ciernistego Drzewa. Delikatny wiatr muskał jej futro, było bardzo ciemno, mrocznie! Szylkretka czuła, że była to idealna noc na przeprowadzenie tego rytuału. Gdy Wielka Kapłanka tłumaczyła jego przebieg, wojowniczka czuła się tak magicznie. Czuła ogromną dumę, a także wiele innych odczuć, których nie potrafiła opisać słowami. Po prostu coś dziwnie ściskało jej wszystkie organy w środku ciała. Zalotka opuściła delikatnie głowę, stojąc przed ogromnym pniem. Wzięła głęboki oddech.
— Wielki Mroczna Gwiazdo. Wspaniały liderze Klanu Wilka. Składam ci hołd… — wymamrotała. Jej głos był cichy, ale bardzo pewny. Była przekonana o słuszności tego rytuału. Podniosła jedną łapę do góry i wysunęła pazury. Przez chwilę stała w takiej pozycji, po czym bardzo szybko przecięła sobie łapę, z której od razu zaczęła cieknąć krew. Kropelki tej szkarłatnej cieczy zaczęły skapywać na grób Mrocznej Gwiazdy. Kąciki ust Zalotnej Krasopani podniosły się do góry.
— Podarowuję ci moją krew, która jest esencją życia. Niech będzie dowodem mojej lojalności po wsze czasy. Chwała ci o panie… — powtórzyła słowa, które wcześniej kazała jej wypowiedzieć Wielka Kapłanka. Szylkretka postawiła łapę z powrotem na ziemi i pochyliła łeb, aby oddać należyty hołd zmarłemu liderowi. Stała tak przez jakiś czas, dopóki nie uniosła wysoko głowy i wróciła w szeregi tłumu, w którym przebywał jej brat – Syczkowy Szept.
— Teraz twoja kolej — szepnęła mu złośliwie do ucha, po czym jej futro zmieszało się z wieloma innymi. Zniknęła.

<Syczkowy Szepcie?>

25 listopada 2024

Od Syczkowego Szeptu CD. Zalotnej Krasopani

Wpatrywał się w swoją siostrę dłużej, niż powinien. Nawet nie był pewny na co czekał. Gratulacje? Choć jedno ciepłe słowo, którym był nadal obdarowywany przez współklanowców? Odsunął się gwałtownie, gdy zauważył zmarszczone brwi swojej siostry, a także jej wyrywający w ziemi ślady krok, gdy zaczęła nagle zmierzać w jego stronę.
— Czego chcesz? — warknęła, przystając w miejscu. Skandy ucichły, a Syczkowy Szept nie wiedział, co powinien zrobić. Nie odrywał wzroku od szylkretki, ale kątem oka widział jak wszyscy, którzy przed chwilą gratulowali mu nowej pozycji, wpatrują się w niego z oczekiwaniem. Wywracało to jego żołądek na lewą stronę. Łapy, które przed chwilą pokonały w starciu swojego przeciwnika, teraz drżały, robiąc się miękkie, jakby wypełnione pierzem. Musiał coś odpowiedzieć. Musiał.
Gdy już otwierał pysk, wciąż zaczerwieniony od krwi Prążkowanej Łapy, do Zalotnej Krasopani podszedł jej partner. Trudno było mu chodzić, a z części jego ran nadal sączyły się cienkie, szkarłatne strużki. Powinien skierować się do Cisowego Tchnienia, pomyślał sobie w jednej chwili Syczek, przełykając głośno ślinę. Napiął już swoje mięśnie, spodziewając się chęci wyrównania przez przegranego rachunków.
— Zalotko, to bez sensu — miauknął ciepło do wojowniczki, lecz ta ani drgnęła. Wyglądała, jakby zupełnie go nie usłyszała, choć Prążek stał zaraz obok niej.
Wtedy Syczkowy Szept zetknął się z jego wzrokiem. Nie zauważył w nim choćby małej kropli złości, pretensji czy zazdrości. Kontrastował z przymrużonymi gniewnie ślepiami Zalotnej Krasopani, która sama powstrzymywała się przed zrobieniem czegoś innego, niż rzucaniem wściekłych spojrzeń. Poza nią ani Syczek, ani Prążek, nie chcieli konfliktu. A zdecydowanie nie na klanowym forum.
Złoty westchnął głośno.
— Nic — odparł w końcu po długiej ciszy. — Nic nie chcę.
Odwrócił się, odchodząc w stronę legowiska wojowników. Nie potrzebował przeglądu od Cisowego Tchnienia, w przeciwieństwie do Prążkowanej Łapy, a nie chciał się tam z nim spotkać. Słyszał jeszcze za sobą rozmowę dwójki, jednak nie słuchał jej na tyle dobrze, by zapamiętać, co mówili.
Skłamał, mówiąc, że nic od niej nie chciał. Chciał spokoju. Ciepłego uśmiechu, przytulenia i gratulacji, że w końcu udało mu się zostać prawdziwym wojownikiem. Okazania mu tej samej miłości i wsparcia co w żłobku, co jako młodzi uczniowie. Poza tym nic nie było mu w tej chwili potrzebne.

***

Od ostatniego księżyca, Syczkowy Szept wypełniał niepokój. Miał wrażenie, jakby z boku obserwował coś niesamowitego, lecz w jednym z najgorszych znaczeń. Nagła śmierć Wieczornej Gwiazdy, dziwne zachowanie ich nowej przywódczyni, masakra i kompletne poniżenie Skarabeuszowej, czy też teraz Głupiej, Łapy... To wszystko wydarzyło się tak szybko. Syczek nie miał żadnych dobrych przeczuć. Od lustra nosa po sam koniuszek ogona, czuł jeżący futro stres. Nie opuszczało go wrażenie, że to, co teraz widzieli, było jedyniem początkiem. Początkiem czegoś, czego wkrótce pożałuje cały Klan Wilka, a nie tylko jedna, lekkomyślna uczennica.
Wraz ze śmiercią Wieczornej Gwiazdy, nastąpiły zmiany – kilkoro uczniów zdobyło w końcu wojownicze imiona, zmieniły się koty wyższych rang, lecz co do kultu... W końcu potomkowie kultystów mogli do niego dołączyć. Wszystko ruszyło na nowo, a Syczek był nie tyle, co tym przestraszony, co... szczerze przerażony.
Tak długo odpychał to od siebie. Unikał. Trząsł głową za każdym razem, gdy pojawiła się w niej myśl o tym, że w końcu nadejdzie dzień rozpoczęcia się jego służby. Jeszcze parę, paręnaście księżyców temu, to wydawało się daleką przyszłością, przed którą mógł swobodnie uciekać. Teraz było na to już za późno.

***

Nieubłaganie zbliżała się Pora Nagich Drzew. Można było to zobaczyć – jedyne liście, jakie można było zobaczyć, to te podgniłe, leżące na wilgotnej ziemi. Gałęzie sosen i świerków dumnie prezentowały swoje twarde, niewzruszone na temperatury igły, w czasie gdy nieliczne dęby, topole i brzozy świeciły pustkami. Oprócz wichru, który szczypał po nosie i oczach, puszcza była tajemniczo cicha. Zupełnie tak, jakby ten jeden raz, całe życie zasnęło... lub pomarło. Teraz gdy zamiast słońca na niebie świecił tylko szponiasty księżyc, chłód był szczególnie dotkliwy. Nie tylko dla krótkofutrych kotów, ale i tych o gęstszej sierści. Mimo wszystko grupa wojowników szła przed siebie, prosto w czarną noc.
Idąc przez ciemny las, nie opuszczała go nerwowość. W każdym cieniu widział przeciwnika, świście wiatru syk, a w zginających się ku niemu iglakach pazury, które sięgały po jego duszę. Gęsta mgła nie pomagała wcale w utrzymaniu spokoju – był pewien, że skrywa w sobie coś, czego widzieć nie chcieli.
Syczkowy Szept wiedział, że nie powinien był pokazywać po sobie strachu. Podnosił wysoko głowę i uporczywie wpatrywał się w drogę przed nim z cichą nadzieją, że inne koty nie wyczują niepokoju, który dudnił w jego sercu. Zerknął w stronę swojej towarzyszki, która szła parę odległości wąsów od niego. Kiedy tylko ta również spojrzała w stronę wojownika, Syczek czym prędzej wbił spojrzenie w wydeptaną ścieżkę, wstrzymując wręcz oddech. Nie chciał narażać się po raz kolejny na wściekłość swojej siostry. Od swojego mianowania nie zamienili ze sobą więcej niż paru słów. Widywał ją jedynie na patrolach, w obozie (wyłącznie w obecności Prążkowanej Kity) oraz w leżu wojowników. Po zmianie rang po raz pierwszy sypiali po dwóch różnych stronach legowiska, co było dla niego... Wręcz nienaturalne. Nie miał już jednej siostry, teraz powoli tracił drugą. Kto miał być następny? Zaranna Zjawa?
— Na osty i ciernie — zawarczała Olszowa Kora, wyciągając łapę z błotnistej kałuży. To rozwiało natłok myśli złotego. Przynajmniej na chwilę. Wziął głęboki wdech, starając się zachować spokój tak, jak uczył się wiele księżyców temu. To był tylko jego obowiązek. Tylko obowiązek. Tylko obowiązek...
— Łeb do góry, Syczkowy Szepcie. — Został szturchnięty w akompaniamencie znajomego głosu swojej mentorki. Odwrócił nagle głowę, posłusznie ją podnosząc. Na dnie serca cieszył się, że z kotów, które teraz mogły do niego podejść, była to akurat Mroczna Wizja. Mógł dzięki temu odejść od Zalotki, co przyniosło mu trochę ulgi. — To wyjątkowy moment.
— Wiem — odparł szybko i widocznie nieco nerwowo, bo mistrzyni zapewniła go:
— Poradzisz sobie.
— Wiem — powtórzył, lecz bez pewności w głosie. Musiał sobie poradzić. To nie był trening, w którym mógł się pomylić i na następny dzień spróbować jeszcze raz. Teraz nie było następnego dnia. To wszystko musiało wydarzyć się dzisiaj, a nie było miejsca na żadne pomyłki. Chyba że chciał skończyć jak wyrzutek...
— To nic wielkiego. Każdy z nas to przechodził — wyszeptała Mrok, zupełnie tak, jakby rozmawiali o sprawnościowym teście. Nie o... czymś tak strasznym. To słowo nie chciało przejść mu przez głowę, a co dopiero gardło. Uspokajał się, biorąc głęboki wdech. Parę godzin, a to wszystko będzie już za nim. Ta myśl pocieszała go najbardziej.
— Tak, rozumiem — wymamrotał, przyspieszając kroku za wiodącą ich grupie Sosnową Gwiazdą. Zdawało się, że zbliżali się do celu.
A był nim... potok. Wylewały się z niego wartkie strumienie, zasilane częstym deszczem. To było... dziwne miejsce. Nie samo w sobie, lecz jako wybór do inicjacji na kultystę. Może to była tylko przerwa?
— Granice naszych terenów często przekraczane są przez obcych. To z nich ofiary oczekują bezgwiezdni. A szczególnie od tych, którzy z tą nocą mają stać się nowymi ich wyznawcami...
Złoty przełknął gorzko ślinę. Wszyscy zgromadzeni milczeli, czekając na kolejne słowa ich przywódczyni.
— Zalotna Krasopani i Syczkowy Szepcie, macie za zadanie odnaleźć samotnika. Bez względu na to, czy zrobicie to mową, czy siłą, macie sprowadzić ich do tego miejsca. Samotnie — dodała na koniec, przez co serce zaciężyło mu w piersi.
— Zwykle odbywa się to w parach — zauważyła Zaranna Zjawa, przez co Sosna łupnęła na nią zirytowanym okiem.
— Jeśli twoje latorośle są gotowe na przystąpienie do takiego zaszczytu, są na tyle inteligentne i silne, by umieć uprowadzić włóczęgę — odparła Sosna, przez co Wielka Kapłanka umilkła. "Próbowałam", Syczek mógł wyczytać z posłanego przez nią spojrzenia. "Wiem, że próbowałaś. Lecz 'przepraszam' klanu nie karmi..." odparł jej bezgłośnie w myślach.
Kocur spotkał się wzrokiem ze swoją siostrą. Próbował wyczytać coś z jej oczu, lecz zanim mógł im się przyjrzeć, Zalotka odwróciła się i prędko zniknęła w cieniu iglaków. Czym prędzej poszedł w jej ślady. Nie chciał marnować cennego czasu. Przez chwilę lawirował tak między pniami drzew, próbując wyczuć choćby wątły zapach swojej ofiary. To słowo brzmiało teraz w jego głowie tak nienaturalnie, zważając na to, że nie tropił ordynarnej zwierzyny, a... drugiego kota. Przeszły go pod futrem ciarki.
Szelest. Ktokolwiek tu z nim był, nie zachowywał odpowiedniej ostrożności. Syczkowy Szept zebrał się do tego, by powłóczyć łapami w stronę dźwięku. Bezgłośnie przeszedł po wilgotnej ściółce, by zajrzeć między drzewa... I zobaczyć samotnego gryzonia, który pomykał, korzystając z osłony nocy. Za dnia skusiłby się na tak łatwy kąsek, lecz teraz był on na nic. Równie cicho, jak się pojawił, tak i Syczek zniknął między iglakami w poszukiwaniu odpowiedniej zdobyczy.
Odnosił wrażenie, jakby krążył po puszczy godzinami, choć minęło zaledwie kilkanaście minut. Widział identyczne drzewa, deptał po identycznej ziemi, słyszał identyczny szum muskanych przez wiatr igieł. Oddalał się coraz bardziej, a mimo to czuł się, jakby chodził w kółko. Wokół nie było nic. Żadnego, nawet najbardziej zwietrzałego śladu.
Chyba że..?
W jego nozdrza uderzyła silna woń krwi. Kociej krwi. Źrenice Syczkowego Szeptu zwróciły się momentalnie ku kierunkowi, z którego dochodził zapach. Pobiegł między drzewami, starając się zachować lekkość swoich kroków. I w końcu, chowając się za jednym z bezlistnych krzewów, zobaczył... samotnika.
Nie wyglądał na silnego. Przypominał zagubione młode, które odłączyło się od matki. To wrażenie potęgowała jego pogrążona w kompletnym chaosie sierść i rany, w szczególności ta na grzbiecie, która krwawiła najmocniej. Kocur śmierdział borsukiem. Widocznie to jego ofiarą padł, natrafiając na jedną z nor na obrzeżach klanu. Nie wiedział nawet, że uprzednia walka z drapieżnikiem nie była ostatnią i najgorszą rzeczą, jaką miał tej nocy doświadczyć.
Syczek wahał się. To był dziecinnie prosty przeciwnik, którego mógł pokonać jednym ciosem. Dobrze to wiedział. Kiwnięcie pazura, a ten samotnik skończyłby martwy... Lecz za każdym razem, gdy wojownik chciał podnieść łapę i wyskoczyć ze swojej kryjówki, coś wewnątrz go zatrzymywało. Jakby między nim a przechodzącym przez las włóczęgą, była niewidzialna bariera. Biło mu mocno serce. Tak bardzo nie chciał tego robić. Jego ciało odmawiało zrobienia następnego kroku, jakby próbowało przeciwstawić się umysłowi, który chciał przeć do przodu. Tym razem Syczkowy Szept musiał się go posłuchać. To był tylko obowiązek...
Nie spodziewał się, że zostanie zauważony. Zdębiał, gdy wbiły się w niego przenikliwe, błękitne ślepia drugiego kocura. Oboje znieruchomieli, a złoty zdawał sobie sprawę, że nie miał wiele czasu przed tym, jak samotnik weźmie nogi za pas.
— Nie idź — powiedział cicho Syczkowy Szept, lecz zdecydowanie, widząc unoszoną przez niego łapę. Miał wrażenie, jakby czas na chwilę się zatrzymał. — Pomogę ci. Jeśli tylko mi pozwolisz — dodał po chwili, nawet nie mrugając. Choć kłamstwo kłuło go w język, po cichu błagał, by ten uwierzył w jego słowa. Nie znalazłby drugiego takiego jak on. Być może nie znalazłby drugiego wcale. Rozpaczliwie potrzebował ofiary, którą na szczęście zdawało się, że... ranny mu zapewnił.
Pomimo nieufności w spojrzeniu i naprężonym, gotowym do biegu mięśniom, srebrny nie uciekał. Wpatrywał się jedynie w wilczaka, stojąc na zgiętych łapach. W końcu, po paru długich uderzeniach serca w niepewności, powolnie skinął głową. Syczkowy Szept przełknął głośno ślinę. Miał to.
— Znam zioła. To borsuk, prawda? — spytał, gdy zaczęli razem iść. Pomimo braku otrzymanej odpowiedzi, mówił dalej: — Musimy pójść do mojej... rodziny. Tam ci pomożemy. Możesz... M-możesz się o mnie oprzeć — wydukał, zauważając skrzywiony krok kocura. Choć ten przez chwilę stał nieruchomo, w końcu przyjął propozycję obcego. Całe ciało Syczkowego Szeptu spięło się z chwilą, w której poczuł na swoim boku ciężar drugiego kota. Czuł na sobie także jego miarowo podnoszącą się klatkę piersiową, a nawet... przyspieszone bicie serca. Co ja, na Klan Gwiazdy, robię? — zapytał siebie w myślach, choć znał odpowiedź. Przyspieszył mu oddech. Próbował uciec od natłoku myśli, odpychając je od siebie, lecz ten, jak irytująca mucha, ciągle wracał.
Im bardziej zbliżali się do miejsca, w którym czekali na niego kultyści, tym bardziej niespokojny zdawał się samotnik. Jakby z każdym kolejnym krokiem domyślał się prawdziwych celów prowadzącego go kocura. Gdy srebrny odsunął się delikatnie od boku, na którym przed chwilą się opierał, Syczkowy Szept już wiedział. Z uderzeniem serca, w którym włóczęga rzucił się do ucieczki, wojownik złapał go za szyję i przybił do ziemi. Trzymał, aż nie zamknęły się jego przerażone oczy. Jedyne, co miał od tamtej chwili w głowie, gdy ciągnął kocura po ziemi, było stale powtarzane jak mara "przepraszam".

Kiedy dotarł na miejsce, czekała tam na niego Zalotna Krasopani, trzymając pod łapą jasnofutrego, przerażonego kota. Okazała się od niego szybsza, co wcale go nie zdziwiło. Nawet nie był pewien, czy kotka patrzyła się na niego, ponieważ bardzo szybko wbił wzrok w ziemię. Widząc wracającego z łupem przyszłego kultystę, Sosnowa Gwiazda wygięła pysk w grymasie.
— Może nie sprecyzowałam. Miał być ŻYWY — wypluła ze śliną.
— Jest żywy. Jedynie nieprzytomny — odbąknął, nie podnosząc na kocicę wzroku. Ta wydała z siebie tylko głośnie "Hmpf!" i straciła kotem zainteresowanie.
— Czyli to ty będziesz pierwsza, Zalotna Krasopani — zwróciła się w stronę jego siostry, która przytaknęła jej głową. Inne koty zaczęły formować koło, zostawiając w nim szylkretkę i jej ofiarę. A to, co miała zrobić, było już jasne.
Spuścił głowę. Gdyby tylko mógł, zatkałby także i uszy, by nie słyszeć pisków bólu i innych odgłosów walki. Ku jego uldze, nie trwało to długo. Gdy podniósł łeb, jego oczom ukazał się leżący już na ziemi, martwy samotnik. Zaranna Zjawa przeprowadzała jej ceremonię z pełną powagą, jakby robiła to już tysiące razy. Syczek nawet nie zauważył, jak szybko kapłanka skończyła przemowę i też... jak szybko kawałek ucha szylkretowej kotki skończył, leżąc na ziemi.
Po skończonych owacjach Syczkowy Szept zrozumiał, że nadchodziła pora na niego. Dobrze, bo w tamtej chwili zdezorientowany włóczęga zaczynał się budzić i rozumieć, co wokół niego się odgrywało. Gdy złoty wkroczył do kręgu i wypuścił z pazurów swą ofiarę, ta starała się uciec. Szukała szczeliny w murze kotów, lecz nie była w stanie znaleźć żadnej. W końcu stanął z nim pyskiem w pysk. Byle prędko było już po wszystkim...
Jak podejrzewał, uprowadzony przez niego kocur był słaby i niezdolny do obrony. W starciu z wyszkolonym wojownikiem nie miał żadnych szans. Syczkowy Szept nie musiał nawet stosować techniki męczenia przeciwnika, ponieważ ten od początku nie miał sił na starcie. Tak szybko, jak tylko był w stanie, wojownik wycelował w jego gardło. Niewinni nie zasługiwał na długą, bolesną śmierć.
Zaciskając szczęki na krtani kota, coś wewnątrz niego kazało mu się zatrzymać. Zastanowić. Karmelowe ślepia wojownika nagle zalśniły, a on sam mimowolnie zatrzymał się. Pod zębami szybko kurczyła i rozkurczała się samotnicza krtań, a nad uchem mógł usłyszeć chaotyczne, przerażone dyszenie. Bał się śmierci. Nie chciał wcale umierać. Złoty zadrżał, nie będąc w stanie wykonać żadnego ruchu. Wśród kultystów już zaczynały się roznosić ciche, niezadowolone szepty, jednak w uszach wojownika słychać było tylko sapanie i pisk przepływającej przez nie krwi.
Nie miał innego wyboru. Przeklinał wszystko, co w tej chwili zmuszało go do zatopienia zębów w szyi bezbronnego przeciwnika. To, co wybrało Klan Wilka na jego dom. To, co kazało mu obrać ścieżkę, od której nie było odwrotu. Z powoli cichnącym sykiem, powieki srebrzystego kocura zamykały się. Z jego gardzieli tryskała mocno czerwona krew, która zaraz wsiąkała w mokrą ściółkę.
Zrobił to. Zabił.
Zauważył pewne wytchnienie na pysku swojej matki, gdy odwrócił się w jej stronę. Chociaż nie mogła tego pokazać, wydawała się dumna, że podołał. Czy wcześniej wątpiła? Syczkowy Szept zdziwiłby się, gdyby nie. Sam nie był tego taki pewien.
— Kultyści, spójrzcie w stronę tego kota, który dostąpił godności inicjacji! — zaczęła przemawiać, gromiąc wszystkie przyciszone rozmowy. — Wykazał się wielką odwagą i sprytem, a także i uporem, przez wiele długich księżyców przygotowując się do tej chwili. Ja, Zaranna Zjawa, Wielki Kapłan kultu Mrocznej Puszczy, naznaczam cię w imię naszych przodków. Czy jesteś gotów przyjąć na siebie naszę znamię jako dowód inicjacji?
Syczek wyprostował się. Jego wzrok przeniósł się na chwilę na oberwane, lewe ucho swojej matki. Już tak naprawdę najgorsze było za nim.
— Tak — odparł beznamiętnie.
— Zatem otrzymasz ode mnie znak, który pozostanie z tobą aż do śmierci i zawsze będzie przypominał ci o przynależności do kultu — oznajmiła Zaranna Zjawa i podeszła blisko swojego syna. Ten skłonił głowę, pozwalając jej na łatwiejsze oderwanie swojego ucha. Po zaciśnięciu zębów i wysunięciu pazurów... Już było po wszystkim. Strzępek wisiał w zębach burej kotki, która czym prędzej cisnęła go na ziemię.
— Tej nocy, zgodnie z wolą Mrocznej Puszczy, przyjmujemy cię oficjalnie jako pełnoprawnego członka naszej grupy. Wierzymy, że będziesz wiernie służyć naszym przodkom i działać na rzecz kultu, abyśmy nigdy nie upadli — dodała, maczając łapę w głębokiej ranie, którą zadał samotnikowi Syczkowy Szept. Następnie przyłożyła ją do jego skroni, tworząc na czole kocura szkarłatny ślad, z którego strużki spływały wolno wzdłuż grzbietu jego nosa.
Był chwalony. Jego imię skandowali wszyscy, zupełnie tak jak Zalotnej Krasopani parę chwil wcześniej. Syczek nie potrafił jednak czuć z tego powodu żadnej radości. Nawet nie był pewien, o czym w tej chwili myślał. Czuł się, jakby w jego głowie nie było nic poza głuchym szumem.
— To nie jest jednak ostatnia rzecz, jaką musicie wykonać, zanim wrócimy do obozowiska. Zostało jeszcze oddanie prawowitego hołdu naszemu największemu przywódcy — powiedziała donośnie Wielka Kapłanka. Powoli opuszczały go już siły. Podszedł bliżej Zalotnej Krasopani, gdy cała grupa ruszyła w stronę Ciernistego Drzewa. Spojrzał na nią, próbując wyczytać jej emocję. Czy czuła to samo? Może nie czuła nic? Jak to wszystko widziała? Chciał zapytać, lecz ani to nie było na to dobre miejsce, ani on sam nie tyle pewny, by to zrobić. Zostało mu więc jedynie wpatrywanie się w idącą za resztą kultystów siostrę w nadziei, że zdoła dowiedzieć się choćby drobnego, nieistotnego szczegółu.

<Zalotko?>

02 listopada 2024

Od Zalotnej Krasopani CD. Syczkowego Szeptu

Dzień mianowania Syczka

Kotkę dręczyły myśli o mianowaniu Prążka na wojownika. Był już dorosły, a wciąż nie udało mu się wygrać żadnej walki. Dla Zalotki koszmarem by było, gdyby pręgowany uczeń zostałby, tak o, wyrzucony z klanu, tak samo łatwo, jak został do niego przyjęty. Takie zachowanie byłoby wręcz niepojęte, a szylkretka nie mogła stracić kolejnego kota przez tą samą rzecz. Już wcześniejszą ofiarą tych głupich zasad była Polanka, którą Zalotna Krasopani wciąż opłakiwała, bo w końcu nigdy nie udało im się nawiązać siostrzanej relacji, której szylkretka tak bardzo pragnęła. Może wtedy miałaby z kim żartować i szczerze rozmawiać, albo wzdychać do ładnych kocurów w klanie. Na pewno zwierzałaby się jej z sytuacji związanych z Prążkowaną Łapą! Polna Łapa pewnie by ją rozumiała, nie to co Syczek, z którym nawet nie miała siły już rozmawiać.
“Nawet nie śmiał mi pogratulować!” powtarzała sobie, a w jej głowie kiełkowała coraz większa nienawiść do złotego kocura.
“Niech się pośpieszy, albo inaczej nasza relacja przepadnie na zawsze!” tak, to też sobie często wmawia. Kotka twierdzi, że to właśnie on powinien ją przeprosić, albo inaczej koniec z ich pozytywną relacją, godną rodzeństwa.
Szylkretowa kotka w pewnym momencie dostrzegła białe futro jednej z wojowniczek. Od razu poznała w niej Zabielone Spojrzenie - siostrę Bladego Lica, a także mentorkę Prążkowanej Łapy. Potruchtała w jej stronę, łaknąc odpowiedzi na wszelkie pytania dotyczące Prążka, od których roiło się w jej głowie. Kto zna go lepiej niż sama jego mentorka? To ona nauczyła go wszystkiego, to jej zawdzięcza wszystkie zdobyte umiejętności i wiedzę. Zalotka niby cieszyła się z tego powodu, ale w pewnym sensie była także zazdrosna o białą kotkę. Liliowy kocur spędzał z nią przecież dużo czasu, a także pewnie uważał ją za autorytet. Zalotna Krasopani chyba wolałaby, aby Prążek miał mentora zamiast mentorki, ale teraz było już zdecydowanie za późno.
— Zabielone Spojrzenie! Poczekaj na mnie! — krzyknęła w stronę kotki, która szybko stanęła jak wryta i spojrzała na Zalotkę. Wojowniczka podeszła nieśmiało do białej kotki, przez chwilę obie milczały, dopóki szylkretka nie odchrząknęła.
— No… jak tam u Prążkowanej Łapy? — spytała z wymuszonym uśmiechem. Gdyby nie srebrny kocur w życiu by się nie odezwała do Zabielonego Spojrzenia. Nie ufała jej za bardzo, ale sama nie wiedziała do końca z jakiego powodu, więc wolała siedzieć cicho.
— Dobrze się uczy! — biała kotka odparła prędko, ale Zalotka nie wyglądała na specjalnie zadowoloną.
— Uważnie słucha moich poleceń, szybko pojmuje nowe rzeczy… Dobrze radzi sobie z zapamiętywaniem różnych taktyk, więc tak, chyba idzie mu całkiem dobrze — poprawiła się, po czym zaśmiała nerwowo. Zalotna Krasopani rozluźniła twarz.
— Świetnie. Myślisz, że jest gotowy na to, aby stoczyć walkę z jakimś uczniem i awansować na tytuł wojownika? — zadała kolejne pytanie. Biała kotka zamyśliła się na jakiś czas, dopóki Zalotka się nie upomniała. Zabielone Spojrzenie wzdrygnęła się i uśmiechnęła do szylkretki, choć było doskonale widać, iż nie był to szczery uśmiech.
— Więc? — Zalotna Krasopain mruknęła.
— Oczywiście! Właściwie omówiliśmy już wszystko… Prążkowana Łapa posiada całą potrzebną mu wiedzę do zostania mianowanym na wojownika
— A tak właściwie, to czemu pytasz? — spytała w końcu.
— Prążek to mój najlepszy przyjaciel. Po prostu chciałam wiedzieć jak mu idzie — odparła, na co Zabielone Spojrzenie pokiwała głową.
— Myślisz, że kiedy Prążek będzie miał okazję zawalczyć? — zadała kolejne pytanie, nad którym biała kotka również musiała się zastanowić.
— Cóż, myślę, że istnieje szansa, iż wydarzy się to dziś — mruknęła pod nosem.
— To wszystko czego potrzebowałam — Zalotna Krasopani uśmiechnęła się, po czym bez żadnego pożegnania po prostu odeszła od kotki, zostawiając ją z tyłu.

* * *

Zalotna Krasopani siedziała przy swoim legowisku, bacznie obserwując czy na środku obozu nie zbierają się koty. Z tego co dowiedziała się od Zabielonego Spojrzenia, i z tego czego się domyślała, istniała duża szansa, że dziś Prążkowana Łapa będzie miał okazję zawalczyć o nowy tytuł. Z tyłu głowy szylkretka czuła obawę, jednak starała się wmówić sobie, że przecież srebrny kocur jest taki silny i masywny, że samym kiwnięciem palca pokonałby jakiegoś pierwszego lepszego ucznia. Nie pamiętała właściwie o tym, że już wcześniej Prążek miał okazję przegrać, a może pamiętała, ale nie chciała? Dokładnie obserwowała całą walkę tamtego dnia, a potem wytarła ją z pamięci. Być może lepiej dla niej, bo inaczej chyba prędzej by padła z nerwów niż faktycznie doczekała się mianowania Prążkowanej Łapy na wojownika. Wtedy chyba musieliby ją zeskrobywać z tej ziemi, być może przenieśliby ją do legowiska medyka, a wtedy nie bardzo mogłaby kibicować srebrnemu kocurowi. W tym ważnym dniu tak bardzo chciała być przy nim, jak najbliżej jak tylko mogła. Teraz jednak siedziała sama, bo nie miała pojęcia gdzie znajduje się jej przyjaciel.
“Jak tylko go dorwę, to się nie odczepię. Muszę mu powiedzieć, że w niego wierzę, oraz, że na pewno uda mu się uzyskać tytuł wojownika, aby mógł razem ze mną przebywać w tym samym legowisku. Na pewno mielibyśmy posłania obok siebie!”
pomyślała. Tak bardzo chciałaby zasypiać u boku Prążka, bez niego czuła się samotna. W legowisku wojowników nie posiadała wielu znajomych, wszyscy z nich zostali z rangą ucznia. Chociaż może to i lepiej? Teraz była pewna, że zostanie lojalna liliowemu kocurowi i nie będzie miał on co do tego wątpliwości. Nie chciałaby, żeby czuł on to samo co ona, gdy ten rozmawiał z… Lśniącą Szadzią. Gdy te słowo pojawiło się w głowie wojowniczki, po jej grzbiecie przeszedł dreszcz. Trochę jej było głupio, że żywiła do niej taką nienawiść… nie udało im się zakończyć sporu, zanim szylkretka zmarła.
“Trzeba było się nie łasić do Prążka!”
pomyślała, próbując pozbyć się poczucia winy. Przejechała łapą po ziemi i zacisnęła zęby.
“Przynajmniej nie zdążyła rozpętać wojny, może nie zauważyła, że za nią nie przepadam?”
mruknęła jeszcze. Zalotka przecież nie była dla niej jakoś specjalnie niemiła, może ich pierwsza interakcja była dosyć napięta… ale przynajmniej szylkretka nigdy nie zwyzywała tej dziwnej wojowniczki! A przynajmniej nie zrobiła tego otwarcie… w myślach to już inna sprawa, ale myśli przecież Lśniąca Szadź nie mogła jej wyczytać, więc po co się nimi przejmować?

Nagle na obozowej polanie wybrzmiał głos przywódczyni. Zalotna Krasopani zdążyła się już zamyślić, dlatego nie dostrzegła jak Wieczorna Gwiazda wychodzi ze swojego legowiska. Wojowniczka wzdrygnęła się, po czym szybko podniosła do góry uszy i pochyliła się w stronę zgromadzonych kotów. Jej serce biło jak szalone, a wzrokiem raz szukała Prążkowanej Łapy, a raz spoglądała na liderkę, w oczekiwaniu na jej kolejną przemowę.
— Tego dnia dwóch doświadczonych uczniów stanie razem do walki. Wyróżnią tym samym zwycięzcę, który godny jest dziś mianowania — takie słowa padły z ust przywódczyni. Zalotna Krasopani poczuła jak atmosfera wokół niej staje się niezwykle napięta. Kotka miała wrażenie, jakby nagle zrobiło się tu bardzo duszno, choć w rzeczywistości przebywała teraz na świeżym powietrzu. Nagle jej widok na Wieczorną Gwiazdę zasłonił jej jakiś kot. Gdy tylko jego futro mignęło jej przed oczami, szybko cofnęła się, a jej źrenice zwężyły się do wielkości igieł. Nie wiedziała kim jest ten kot, chociaż pewnie by go poznała, jeśli jej umysł nie byłby teraz przyćmiony masą emocji. Zalotka zmarszczyła brwi. Czuła wypływające z jej gardła przekleństwa, dlatego zacisnęła mocno zęby. Miała wrażenie, jak całe jej ciało się teraz trzęsie.
— Dobrze ci? — usłyszała z ust burego kocura. Jego ton głosu wydawał się taki… nijaki, obojętny, ale być może z nutką pogardy, co dodatkowo rozzłościło wojowniczkę. Ciężko jej było trzymać w tym momencie emocje na wodzy. Czuła się tak, jakby za chwileczkę miała dosłownie wybuchnąć.
— Odezwij się! — kocur dodał po chwili. Zalotna Krasopani rozluźniła się i wypuściła powietrze z płuc. Poczuła nagły ból w kończynach i zmęczenie.
— Przesuń się. Nie widzisz, że jestem zajęta i skupiam się na słowach przywódczyni? Tak trudno jest nie przeszkadzać innym kotom i nie wtrącać nosa w nie swoje sprawy? — wydukała przez zaciśnięte zęby.
— O borze, skąd miałem wiedzieć, że tak się ekscytujesz zwykłą ceremonią! — warknął w odpowiedzi. Szylkretka postawiła krok do przodu, a przy tym mocno tupnęła łapą. Spoglądała teraz prosto w zielone oczy wojownika.
— To nie jest zwykła ceremonia — ponownie mruknęła przez zaciśnięte zęby. Jeszcze przez chwilę próbowała powstrzymać się od klnięcia w stronę wojownika, ale w końcu odpuściła.
— Być może jest to ceremonia mojego najlepszego przyjaciela! Wierzę w niego, kibicuje mu z całego serca! Muszę być przy nim, gdy rozgrywa się najważniejszy moment jego życia, a ty mi w tym przeszkadzasz! Idź, wróć do tłumu i zostaw mnie w spokoju, głupia poczwaro! — syknęła. Na pysku wojownika była teraz wymalowana złość, irytacja i zdumienie. Jeszcze przez chwilę oba koty stały w milczeniu, było słychać tylko ich wyraźne i ciężkie oddechy.
— Jak ty się do mnie zwracasz? — burknął. Bury ogon kocura przecinał teraz powietrze niczym bicz. Jego ostry ton sprawił, że Zalotna Krasopani wróciła na ziemię. Zrobiła kilka kroków w tył, a jej uszy położyły się na jej głowie.
— Uch! — westchnęła, odwracając wzrok od wojownika. Czuła na swojej skórze jego palący wzrok.
— Słuchaj no, ty! Dobrze… dobrze wiesz co słyszałeś! Nie muszę ci tego powtarzać! — miauknęła w końcu, starając się ponownie wyglądać na pewną siebie. Nie mogła się teraz wycofać z tej dyskusji, nie teraz.
— Masz rację, nie musisz mi tego powtarzać! Ale zaraz będziesz musiała powtórzyć to przywódczyni! — warknął. Szylkretowa kotka zamilkła.
“Przecież to nie jest na tyle poważne, aby musiała się o tym dowiadywać Wieczorna Gwiazda, prawda?” pomyślała.
— Wyolbrzymiasz, dramatyzujesz! — zarzuciła mu po chwili.
— To zwykła dyskusja, którą ty zacząłeś! To twoja wina, bo żeś mógł nie wtryniać nosa w moje życie! — burknęła. Nikły Brzask przewrócił oczami na te słowa.
— Ja tylko chciałem ci pomóc! Ale ty jesteś uparta! — wyrzucił z siebie. Zalotka zrobiła zdziwioną minę, po czym się zaśmiała.
— Słucham? Ja nie jestem uparta, ale akurat zjawiłeś się tu w złym czasie! — stwierdziła.
— Wmawiaj sobie, och wmawiaj! Najwidoczniej jeszcze jesteś zbyt ślepa, aby dostrzec swoje wady. Liczę na to, że ten dzień kiedyś nadejdzie i zdasz sobie sprawę z tego, jaką pokraką jesteś! — wysyczał. Jego słowa zszokowały Zalotną Krasopani. Otwarła pysk w zdumieniu.
“Jak ten głupi robal śmie mnie tak obrażać!” westchnęła.
— Zamknij się! Nic o mnie nie wiesz! — odpowiedziała na swoją obronę.
— A to już nie moja wina, jak ty się pokazujesz przed innymi! Zachowuj się jak kot, to może nikt nie będzie szerzył o tobie niewłaściwych informacji! — burknął, odwracając głowę od kotki jak naburmuszony kociak. Zalotka pokręciła głową.
— Wiesz co? Rozmowa z tobą nie ma żadnego sensu, jeśli zamierzasz tylko mnie obrażać i udawać głupka — warknęła. Nikły Brzask odwrócił głowę w jej stronę.
— Ja cię niby obrażam? A kto pierwszy mnie nazwał poczwarą? — miauknął. Na te słowa szylkretka nie zareagowała. Zaczęła iść do przodu, a przy okazji uderzyła o bok burego kocura. Wojownik zachwiał się i zaczął puszczać w świat różne przekleństwa na jej temat. Zalotka snuła coś pod nosem, idąc z głową lekko spuszczoną w dół.
“Wariat!” pomyślała.

Gdy podniosła głowę jej oczom ukazała się polana, którą otaczała cała masa kotów. Na środku tej polany stał nikt inny jak Prążkowana Łapa, no i też… Syczkowa Łapa. Na pysku kotki pojawił się grymas. Szybko ruszyła do przodu i przecisnęła się przez tłum kotów, aby wychylić głowę w stronę srebrnego kocura.
— Prążku! Pamiętaj, że w ciebie wierzę! Dla mnie nie liczy się twój wynik, zawsze będziesz moim przyjacielem! — krzyknęła, a na jej licu pojawił się szeroki i ciepły uśmiech. Jej słowa, mimo tego, że były całkiem donośne, brzmiały bardzo delikatnie. Na pierwszy rzut oka było widać, że szylkretka darzy swojego przyjaciela ogromną sympatią i troską. Uczeń rzucił na nią wzrokiem przez ułamek sekundy, uśmiechnął się, po czym znowu spoważniał i spojrzał na przeciwnika.
— Do boju! — wypaliła przywódczyni. Po tych słowach Zalotka przerzuciła swój wzrok na Syczkową Łapę. Na niego patrzyła się z czystą nienawiścią. To było wręcz niewiarygodne, że tak szybko potrafiła zmienić emocję. Najpierw wyglądała na radosną, dumną z Prążka, a zaraz potem kipiała z niej złość na swojego brata.
“Głupi karaluch, a niech tylko spróbuje zranić Prążka!” pomyślała, wciskając pazury w ziemię.

* * *

Walka trwała, a Zalotka bardzo się nią ekscytowała. Buzowały w niej emocje, te negatywne, a także i te pozytywne. Wiadomo jednak było, które żywi do którego z uczestników walki.
— Dasz radę Prążku! — krzyczała co chwilę. W przerwach wykrzykiwała też same jego imię. W pewnym momencie Syczkowa Łapa przybił Prążkowaną Łapę do ziemi. Zalotka westchnęła głośno.
“Puść go!” pomyślała. Przez chwilę miała nawet ochotę rzucić się w wir walki i wspomóc srebrnego kocura, ale wiedziała, że nie było nawet takiej opcji. Wieczorna Gwiazda byłaby wtedy bardzo zła, a Zalotną Krasopani pewnie spotkałaby jakaś kara. Tak samo pewnie i Prążka.
“Biedny, pewnie musiałby powtarzać wtedy walkę z tą cuchnącą poczwarą!” westchnęła.
“Pazury Syczka są pewnie tak brudne, że Prążkowi wda się jakaś infekcja!” pomyślała po chwili. Będzie musiała pomóc mu je wylizać, albo zaprowadzi go do medyka. Szylkretka po chwili skupiła się jednak na walce. Prążkowana Łapa nie wstawał, lecz próbował się wydostać. Szarpał się i wierzgał, ale to na nic. W Zalotnej Krasopani coraz bardziej i szybciej rozwijała się złość i irytacja. Syczek nie dał się jednak złamać, pochylił głowę do szyi pręgowanego kocura i zacisnął na niej swoje szczęki.
— Chory! — wyszeptała do siebie, z przerażeniem obserwując całą scenę.
— Przecież on go zaraz zabije! — dodała, ale nie miała odwagi powiedzić tego głośniej. Patrzyła uważnie jak ciało ucznia wiotczeje, staje się słabe i takie mizerne.
— To koniec, to koniec… — powtarzała jak mantrę.
— Ogłaszam koniec walki. Syczkowa Łapa jest zwycięzcą! — rozległ się nagle głos Wieczornej Gwiazdy. Potem przywódczyni przeszła do mianowania, ale szylkretka nawet nie miała ochoty wysłuchiwać tych pochwał w jego stronę. Zamiast tego wpatrywała się w niego palącym wzrokiem, a cała reszta była dla niej nieważna. Kotka była jak w transie, dopóki nie poczuła czyjegoś ogona na swoim boku. Wyrwała się z tego dziwnego zamyślenia i od razu spojrzała na kota, którym okazał się być Prążek. Wokół niej koty skandowały imię nowego wojownika, Zalotna Krasopani w przeciwieństwie do nich - milczała.
— Nie martw się. W Klanie Wilka panują głupie zasady — odparła szybko, próbując go jakoś pocieszyć na poczekaniu. Po jakimś czasie oba koty usiadły, a Zalotka przystąpiła do wylizywania ran kocurowi, on sam zaczął też pielęgnować swoje futro.
— Jestem cały obolały… — stwierdził, zaprzestając na chwilę czyszczenia swoich szram. Zalotna Krasopani pokręciła głową.
— Temu uczniowi po prostu się poszczęściło — westchnęła.
— Ale następnym razem na pewno ci się uda! Po prostu dałeś mu fory, prawda? — spytała z nadzieją. Zapadła cisza.
— Zalotko… ale to nie jakiś uczeń, to twój brat — odparł Prążkowana Łapa. Zalotka przewróciła oczami.
— No i co z tego? To nie zmienia faktu, że jest głupi. I w dodatku słaby — stwierdziła. Srebrny kocur z początku wyglądał na zdumionego, ale potem zaśmiał się tylko i pokręcił głową.
— Pokłóciliście się? — spytał. Znowu oba koty umilkły.
— Może… — westchnęła w końcu szylkretka.
— Słuchaj, on chyba się na ciebie patrzy — mruknął nagle. Wojowniczka zaczęła wzrokiem szukać swojego brata, a gdy tylko go dostrzegła, jej brwi od razu się zmarszczyły, a kotka przybrała gniewny wyraz twarzy.
— Żałosny. Ciekawe czego ode mnie znowu oczekuje? — wypluła.
— Nie wiem, może powinnaś z nim porozmawiać? — zaproponował Prążek. Sam już nie wiedział jak ma pomóc kotce załagodzić spór z rodzeństwem.
— Po co? Dlaczego mam się starać, skoro on zawsze tylko stoi? Niech sam zrobi pierwszy krok, zamiast się na mnie gapić jak głupi — stwierdziła.
— A może znowu tylko wyolbrzymiasz? To twój brat, jestem pewny, że zasługuje na drugą szansę. Nie możesz się na niego obrażać i żyć z tym dalej, licząc na to, że coś się samo zmieni — ponownie Prążek próbował przemówić jej do rozsądku, ale tym razem Zalotka nic nie odpowiedziała.
— Skoro on nie potrafi się do ciebie odezwać, to ty powinnaś się wykazać inteligencją i zrobić to za niego. Żaden szanujący się kot nie obraża się o byle co — kontynuował. Zalotna Krasopani zaśmiała się.
— Stoisz po jego stronie? — spytała.
— Hm, niby po czym to stwierdzasz? — miauknął nieco zdziwiony.
— Powinieneś go nie lubić. Pokonał cię dzisiaj, nie oszczędzał cie. Prawie przegryzł ci gardło! — wypaliła nagle.
— Daj spokój, nie bolało… aż tak
Przez niedługi okres czasu szylkretka wpatrywała się w swojego brata o złotym futrze. W jej oczach płonął żywy ogień. W pewnym momencie podniosła się z miejsca i zaczęła pewnym krokiem zmierzać w jego stronę. Była zła. Bardzo zła.
— Czego chcesz? — warknęła w jego stronę, gdy była na tyle blisko, aby mógł ją usłyszeć. 

<Syczkowy Szept?>

npc:Zabielone Spojrzenie, Prążkowana Łapa, Lśniąca Szadź, Nikły Brzask

27 października 2024

Od Syczkowej Łapy (Syczkowego Szeptu) CD. Zalotnej Łapy (Zalotnej Krasopani)

podczas stacjonowania na terenach Klanu Nocy
Wyruszyli razem w stronę obcych ich terenów. Samo stawianie na nich łapy było dla kocura czymś dziwnym. Czuł, że tu nie pasowali. Nie powinno ich tu być.
— Ty? Delikatna? — zdziwił się. Zawsze Syczek miał wrażenie, że to on był tym najwrażliwszym z trójki ich rodzeństwa. Motylem o słabych skrzydłach, rozlatujących się zaraz po dotknięciu w pył. Być może nie był wcale taki inteligentny, by wiedzieć, co działo się w głowach innych kotów. Pokręcił z rezygnacją głową. — Nieważne. U mnie... Wszystko w porządku. Tak mi się wydaje — dodał po chwili. 
Cisza świszczała mu w uszach wraz z powiewami chłodnego wiatru. Ostatnio... wydarzyło się wiele. Oczywiście, nie potrafił zapomnieć widoku paru porozrzucanych strzępów, które pozostały po Zapomnianym Pocałunku. Tak samo strachu przeszywającego go od lustra nosa po sam koniuszek ogona gdy balansował na granicy pomiędzy życiem, a śmiercią w kłapiących szczękach wściekłych psów. Nie potrafił wyrzucić z pamięci ich ujadania i huków strzelb, które roznosiły się po całej puszczy. Futro nadal jeżyło się na jego grzbiecie, gdy tylko zdawało mu się, że znów to słyszy...
Klan Nocy był za to spokojny. Czasem aż dziwnie za spokojny. 
— To ja zawsze uważałem się za delikatnego. Pamiętasz przecież, jak byliśmy kociakami... — przerwał w końcu ciszę, na nowo odnosząc się do słów Zalotnej Łapy. — Nieraz się za mną wstawiłaś, gdy Ognista Łapa znów zaczynała się do mnie przyczepiać... A później te treningi... Od początku mi nie szły. Nadal, zresztą, nie idą. Chociaż, to może kwestia tego, że bardziej jestem dziwny. Nie delikatny — parsknął cichym śmiechem.
— Nie jesteś wcale dziwny! — odparła natychmiast jego siostra, choć Syczkowi zdawało się, że bardziej z zasady, niż z prawdziwego przekonania. 
— Oczywiście, że jestem dziwny — mruknął, wpatrując się w oddal. Przypatrująca mu się szylkretka mogła dojrzeć kątem oka delikatnie podniesione kąciki ust na jego pysku. — Widziałaś, aby jakikolwiek inny wilczak bratał się z robakami?
Wąsy Zalotki zadrgały z rozbawienia.
— No dobra, to może być trochę dziwne... — przyznała i podeszła do kocura nieco bliżej, ocierając się o jego bok. — Ale jest przecież o wiele więcej dziwacznych kotów! Na przykład taka...
— Chryzantemowa Krew? — wymamrotał na głos, głośno myśląc, dopiero po chwili zdając sobie z tego sprawę.
— Tak! Słyszałam, że zawsze jakaś taka była... Ciesz się chociaż, że nie jesteś takim łasiczym sercem, jak Nikły Brzask! Już wolę te twoje pajączki, niż abyś zachowywał się jak borsuk o rozdrapanym futrze...
Syczek zachichotał.
— Wtedy sam bym ze sobą nie wytrzymał...
— A właśnie, miałam cię jeszcze zapytać! — zmieniła nagle temat Zalotka, zatrzymując się niespodziewanie. Syczek zrobił to samo. — Co myślisz o Klanie Nocy?
— Co myślę? — wymruczał, spoglądając na siostrę z małą dezorientacją. Co miał sądzić? Dlaczego w ogóle zadawała mu takie pytanie? — Udzielają nam schronienia. Wolę nie wracać teraz na wilcze tereny, jeśli ma to oznaczać więcej śmierci...
— Nie, nie. Nie o to mi chodzi. Ogólnie o Klanie Nocy — miauknęła i zaczęła tłumaczyć: — O nocniakach, o ich terytorium, jedzeniu, manierach, zwyczajach... Przecież rozmawiałeś z nocniaczką i to chyba nie raz, co? Algowa Struga, dobrze pamiętam?
Syczek zamrugał, zaskoczony. Okej, przecież ona o niczym nie wiedziała! W końcu nikomu nie powiedział, co tak naprawdę do niej czuł... Na pewno Zalotna Łapa była po prostu ciekawska, a wspomnienie akurat o Aldze zupełnie przypadkowe. Tak przynajmniej starał się przekonać samego siebie Syczek.
— Tak, rozmawiałem — odpowiedział, próbując opanować nieco drżący głos. — Eee... nocniaki? Mają t-tam tą władzę królewską, yyy... No, pływają, to na pewno... I to całkiem nieźle... — mruczał wszystko, co mu przychodziło do głowy. 
— Chętnie bym wyczaiła jakiegoś nocniaka... To znaczy, aby z nim pogadać! — poprawiła się od razu i zaśmiała Zalotka, wywołując i u swojego brata lekki śmiech. — Skoro mamy taką okazję, chciałabym dowiedzieć o nich trochę więcej. Mamy z nimi w końcu sojusz... A Algowa Struga nie mówiła ci może o jakichś miłych kotach, do których mogłabym podejść? Przecież tak dużo rozmawialiście na zgromadzeniach! Tutaj też was widziałam parę razy... Nie spodziewałam się, że ze wszystkich kotów przyjaciela znajdziesz akurat w nocniaku!
O nie. Syczkowa Łapa miał szczęście, że jego pysk pokrywało gęste futro, bo skóra pod nim prędko zczerwieniała. Musiał wziąć się w garść! Nie chciał przecież, aby ktokolwiek się domyślił, że Alga nie była dla niego wyłącznie zwykłą przyjaciółką... Zostałby wyśmiany! Ba, może nawet i ukarany! W końcu związki z kotami spoza klanu były traktowane jak zdrada...
— Cóż, ani ona, ani ja nie jesteśmy typami plotkarza — zaśmiał się nerwowo — więc nie wiem za dużo o innych uczniach czy wojownikach w Klanie Nocy... Ale jak ją spotkam, mogę zapytać! — dodał po chwili. Szukał w głowie powodu, dla którego mogliby już wrócić do obozu, ale nawet go nie potrzebował. 
— O nie! Przecież miałam pójść na patrol! Nie wiem kiedy wyrusza, ale nie mogę się na niego spóźnić! — miauknęła z przejęciem. — Obiecałam Blademu Licu... To jak się zobaczycie, zapytaj! A ja wracam do obozu w podskokach.
Kocur odetchnął z natychmiastową ulgą.
— Oczywiście. Miłego patrolu! — rzucił, patrząc, jak kotka odchodzi.

***

W legowisku uczniów, odkąd obie z jego sióstr z niego odeszły, było dla Syczkowej Łapy... Dziwnie pusto. Oczywiście, tętniło ono życiem i entuzjastycznymi rozmowami innych terminatorów, lecz dla złotego wciąż czegoś w nim brakowało. 
Był wdzięczny, że przynajmniej nie podzielił losu Polanki. Był on niesprawiedliwy. Marszczył nos za każdym razem, gdy myślał o swojej nieporadnej siostrze, a jednocześnie patrzył na starszą o wiele księżyców Muszlową Łapę, jakiej zdolności nawet nie prześcigały tych złotej. A jednak, jakimś dziwnym trafem, to Polna Łapa została wygnana, a nie córka ich przywódczyni. Obserwował jej postępy od księżyców – nie potrafił zauważyć żadnych. Nie miał do niej za to żalu, lecz nie potrafił zrozumieć. Czy gdyby z Wieczorną Gwiazdą łączyły ich więzy krwi, to czy Polna Łapa nadal leżałaby na posłaniu ku jego boku?
— A słyszeliście, że Szeleszczący Wiąz ostatnio przypadkowo połknął żabę? — rzuciła głośniej Gąsiorkowa Łapa, na tyle, by wyrwać Syczka z zamyślenia. Większość uczniów od razu cicho zachichotała, dopytując o więcej. Jej brat natychmiast podniósł pytająco jedną brew, spoglądając na swoją siostrę z nieufnością.
— Co? Jak można przez przypadek połknąć żabę? — wymruczał od razu Trzcinniczek.
— Widocznie tak! Ponoć znalazł jedną przy brzegu jeziora, skradał się, skradał... A gdy podszedł blisko i już zamachiwał się łapą, by ogłuszyć swoją zdobycz, ta nagle wskoczyła mu do pyska!
Legowisko zaniosło się śmiechem. Nawet Sałatkowa Łapa drgała w rozbawieniu wąsami, pomimo zwykle poważnego wyrazu pyska. Trzcinniczkowa Łapa jednak nadal nie wyglądał na przekonanego jej opowiastką.
— To nie brzmi za bezpiecznie! Wszystko u niego w porządku? — wymruczał z troską.
— A co by mu taka mała żabka zrobiła? Za dużo się przejmujesz! — odparła Gąsiorek, patrząc na kocura figlarnie. — Wypluł ją i po sprawie! Nie polecam teraz brać na posiłek żab ze stosu. Jak traficie na jakąś obślizgłą, to nie będziecie w stanie powiedzieć, czy jest taka mokra od jeziornej wody, czy może od śliny Szeleszczącego Wiązu...
— Fuj! — powiedziała przez śmiech Jaskółka, zakrywając łapą pyszczek.
— To brzmi jak zwykła plotka. Gdzie to usłyszałaś? — zapytał wciąż nieprzekonany arlekin.
— Od Zabielonego Spojrzenia! Była z nim dzisiaj rano na patrolu łowieckim. Wszystko widziała na własne oczy, tak powiedziała! 
— Ona już nie raz opowiadała takie głupotki! Słynie z plotkowania... — westchnął Trzcinniczkowa Łapa. Syczek od dawna wiedział, że nie podobały mu się takie procedery. Zawsze, gdy ktoś opowiadał nową, zabawną plotkę, on natychmiast próbował dojść do jej prawdziwości. Nie lubił oczerniania innych, szczególnie kłamstwami. Zgadzał się z jego opinią na temat Zabielonego spojrzenia, lecz nic nie powiedział. Przyglądał się tylko rozmowie z boku, kryjąc się w półcieniu.
— Oj tam, oj tam! — zbyła go Gąsiorek, machając lekceważąco łapką. — Nie umiesz się dobrze bawić...
— A ty, Syczku? — miauknęła nagle chichrająca się niezmiennie od początku Iskierka, szturchając łokciem leżącego na posłaniu obok kolegę. Wszystkie oczy zwróciły się ku milczącemu uczniowi, który od razu poczuł, jak pod futrem zaczyna mu się robić gorąco. — Ta historia jest prześmieszna! Co nie?
— Tja.

***

Mroczna Wizja mówiła mu, że zbliżał się już czas. Nareszcie posiadł wystarczająco umiejętności, by móc wygrać walkę. Już jedną z nich stoczył – przegraną, lecz bez żalu. Nie czuł się na siłach, by walczyć na pazury i zęby ze swoją siostrą. Najbliższą przyjaciółką. Chociaż dla niej najważniejszy był już kto inny...
Ilekroć szukał wzrokiem w obozie siostry, znajdował ją w towarzystwie Prążkowanej Łapy. Zdawałoby się, że parka zakochała się w sobie od pierwszego wejrzenia, bo nie minęło dużo czasu od dołączenia kocurka do ich klanu, a ten już zdążył skraść serce Zalotnej Krasopani. Chociaż ta nadal nazywała go przy innych zwykłym przyjacielem, patrzyła na Prążka wzrokiem, który zdradzał wszystkie jej ukryte myśli. 
Nie rozmawiali ze sobą od dnia, w którym walczyli. Syczkowa Łapa nawet nie wiedział, kiedy powinien do niej podejść, ponieważ wojowniczka zdawała się ciągle zajęta. Jeśli nie Prążkowaną Łapą, to innymi znajomymi lub obowiązkami. Ogarniała go przez to... samotność. Był otoczony mnóstwem kotów, jednak mało który z nich zwracał na niego jakąkolwiek uwagę. Trudno było mu nazwać kogokolwiek swoim bliskim. Rozmawiał ze swoją mamą, mentorką, Iskrzącą Łapą... I, właściwie, nikim więcej.
Żałosne.
Jego łapy zadrżały wraz z zawołaniem Wieczornej Gwiazdy, typującym uczniów do walki o wojownicze miano. Doskonale bowiem wiedział nie tylko, że będzie wytypowany, ale również i to, kim będzie jego przeciwnik. I prędko okazało się, że trafił prosto w cel.
— Tego dnia dwóch doświadczonych uczniów stanie razem do walki. Wyróżnią tym samym zwycięzcę, który godny jest dziś mianowania — oznajmiła wszystkim Wieczór. Sierść na grzbiecie Syczkowej Łapy najeżyła się wraz z tymi słowami, lecz nie dał po sobie poznać, jakoby się bał. W końcu pierwszą rzeczą, jaką wyczuwał przeciwnik, był strach.
Uczeń wyszedł z szeregu, zajmując miejsce po środku obozu, jak na arenie. Nie musiał się odwracać, by czuć na sobie palące płomienie wzroku Zalotnej Krasopani. Starał się odwrócić uwagę od faktu, że to wszystko musiała obserwować jego siostra, gapiąc się na Prążkowaną Łapę i próbując wyciągnąć z jego wyglądu wszystko, co tylko mogłoby się mu przydać w starciu. Był dużym i silnym fizycznie kocurem, co było widać już na pierwszy rzut oka. Syczek musiał wystrzegać się jego ciosów i nie dać pozwolić sobie na zagonienie w kozi róg. Nie wyglądał za to na zbyt zwinnego. Walka z nim nie powinna być zbyt trudna, jeśli tylko zachowa trzeźwość umysłu i skupi się na radach Mrocznej Wizji.
Zgiął łapy. Zmrużył nieco oczy. Jego pleców nie paliło wyłącznie spojrzenie Zalotki, ale i słońce, które na ziemi zacienionego obozu wilczaków, malowało jasne, rozświetlone plamy. Mógł to wykorzystać. Zatrzyma to w zanadrzu.
— Do boju! — wypaliła przywódczyni, dając uczniom oczywisty znak do rozpoczęcia walki. Wraz z jej rozkazem Prążkowana Łapa pognał w stronę Syczka, jednak ten, spodziewając się jego ruchu, odskoczył w bok. Zdezorientowanie kocura wykorzystał, uderzając pazurami w jego bark.
Ten jednak odwrócił się prędzej, niż złoty to sobie zakładał. Położył po sobie uszy, robiąc prędkie kroki w tył, gdy Prążek kierował się akurat w jego stronę. Byle nie spanikować. Byle nie spanikować. Byle nie spanikować... — powtarzał sobie w myślach, nie spuszczając z kocura wzroku. 
Syczkowa Łapa zanurkował, przytulając pierś do ziemi, gdy Prążkowana Łapa znów wyskoczył z zamiarem przyszpilenia go do podłoża. Nie mógł do tego dopuścić za żadną cenę. W demonstracji zwykłej siły, Syczek był bezbronny. Koncentrował się na unikaniu jego siarczystych ciosów, a samemu na małych chlaśnięciach i podgryzaniach. Musiał go zmęczyć, zanim przystąpiłby do prawdziwych ataków. Syczek przeszedł pod jego brzuchem, by wynurzyć się z powrotem po drugiej stronie; tak, jak ćwiczył z mentorką. Wgryzł się w bok jasnego karku Prążka i to nieco mocniej, niż planował.
Po języku rozpłynęła się ciepła krew. Mógł doskonale poczuć jej metaliczny posmak, jaki po sobie zostawiała na jego zębach, przyklejając się do podniebienia jak stara, gumowa zdobycz. Czuł, jakby polował na zająca, którego mięsa, choć zwierzyna jeszcze była żywa, smakował już w chwili uśmiercania. 
Nie powinien o tym myśleć. Przekonał się o tym za szybko, gdy jednym sprawnym ruchem łapy został odepchnięty, wraz z kawałkiem futra, jaki zwisał mu z pyska. Przetoczył się po piachu, wznosząc w powietrze szczypiący w ślepia kurz.
— Na Klan Gwiazdy — wyszeptał do siebie Syczkowa Łapa, wypluwając na ziemię kępkę sierści. Wstał z ziemi, lecz nawet nie zdążył otrzepać się z pyłu, ponieważ oponent już na niego nacierał, pomimo osłabienia. 
Rozpoczęli ze sobą taniec, taniec zębów i pazurów oraz zwinnych skoków i uników. Raz po raz któryś z nich kończył z nowym, lekkim cięciem i pozbawiony kolejnej porcji sił. Na szczęście Syczkowej Łapy, to jego przeciwnik męczył się szybciej od niego. Zauważał, jak ruchy Prążkowej Łapy stają się mniej celne, wolniejsze, bardziej flegmatyczne. Łatwiej było mu robić sprawniejsze i wymagające mniej skupienia uniki. Widział w oczach liliowego, że nie wytrzyma tak długo. W końcu Syczek uznał, że był to dobry moment na właściwą część ich pojedynku. A, właściwie, jego koniec.
Rzucił się na kocura, prędko przybijając go do ziemi. Miotał się pod jego łapami, lecz był już na tyle wyczerpany, by Syczkowa Łapa mógł sobie z tym poradzić. Czekał na moment, w którym się podda. Nie chciał go ranić bardziej, niż musiał –
Pazurzasta łapa uderzyła go ostro w policzek, wywołując tym samym syk bólu. Widocznie Prążkowana Łapa chciał mieć ostatnie zdanie. Nie na jego warcie. Nie mógł przegrać już drugiej walki. Nie pozwolił kocurowi wyrwać się z uścisku. Ba, przycisnął go jeszcze mocniej do ziemi, ponownie zbliżając do niego swoje zęby. Tym razem do szyi.
Wbijając w nią kły mógł poczuć, jak ciało kocura wije się jeszcze mocniej, a z pyska Prążka uciekają jęki bólu. Wbijał się głęboko – na tyle, na ile pozwalał mu jego umysł i jego granice. Byle tylko się poddał, myślał sobie uczeń, znów mocząc pysk we krwi. Syczkowa Łapa nie chciał być brutalny. Gdy tylko ciało Prążka spokorniało i zwiotczało, osłabił ścisk szczęk. Oderwał w końcu zęby od jego skóry.
— Ogłaszam koniec walki. Syczkowa Łapa jest zwycięzcą! — oznajmiła Wieczorna Gwiazda, rozpoczynając salwy okrzyków i gratulacji. Złoty podniósł się, wciąż jednak patrząc swojemu przeciwnikowi w oczy. Z brody skapnęła na białą pierś Prążkowanej Łapy jeszcze jedna kropla jego własnej krwi, zanim Syczek wstał i podszedł do ułamanego pnia, na którym siedziała ich przywódczyni. Bał się obejrzeć, by zobaczyć, jak jego przeciwnik zbiera się z ziemi i odchodzi, zhańbiony, w tłum. "Znam to", chciałby mu powiedzieć i pocieszyć, lecz nie miał takiej odwagi.
— Ja, Wieczorna Gwiazda, przywódczyni Klanu Wilka, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, by zdobyć doświadczenie niezbędne do ochrony klanu i jego członków. Polecam go wam jako kolejnego wojownika. Syczkowa Łapo — zwróciła się prosto w jego stronę, przeszywając lodowato-błękitnymi ślepiami — czy przysięgasz przestrzegać praw nadanych przez twojego przywódcę i chronić swój klan nawet za cenę życia?
Odpowiedział, praktycznie odruchowo:
— Przysięgam.
— Mocą naszych potężnych przodków nadaję ci imię wojownika. Syczkowa Łapo, od tej pory będziesz znany jako Syczkowy Szept. Klan ceni twoją zwinność i rozległą wiedzę, oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Wilka — powiedziała Wieczór, wznosząc jeszcze głośniejszy aplauz.
Słyszał zewsząd wykrzykiwane swoje imię. Kocur odwrócił się, by spojrzeć nieśmiało na wszystkich zgromadzonych, jacy raz zachowywali się, jakby go znali, a nie tylko mijali nawzajem jak cienie. Jakby większość z nich nie rzucała za jego plecami obelg. Cieszył się jednak tą chwilą, odpychając każdą myśl, która mogłaby mu ją zepsuć. Był wojownikiem. Wojownikiem! Tym, o czym marzył od tak dawna...
W końcu jego oczy zatrzymały się na jednej, milczącej sylwetce, u której boku siedział ranny, oblizujący swoje rany oblubieniec.
Zalotna Krasopani.

<Siostrzyczko?>

[2495 słów - trening wojownika]

[przyznano 50%]

EVENT NPC: Trzcinniczkowa Łapa, Zabielone Spojrzenie, Prążkowana Łapa

22 sierpnia 2024

Od Zalotnej Łapy CD. Syczkowej Łapy

Skip z poprzedniego wątku - Akcja dzieje się po przeprowadzce i zgromadzeniu
Zalotna Łapa leżała na ziemi, wpatrując się w niebo. Był już wieczór, a słońce niemalże schowało się już za horyzontem. Niebo w dolnej części było jeszcze piękne, w różnych odcieniach pomarańczowego, różowego, a także żółtego. Niestety w pewnym momencie zmieniało się na bardzo ciemny granatowy, na którym można już było dostrzec zarys księżyca. Szylkretka westchnęła, kładąc głowę na swoich łapach. “Fajnie było na zgromadzeniu… ale może na następnym poznam jakieś inne koty. Algowa Struga nie była zła, powiedziała, że na pewno będzie jeszcze chciała z nami pogadać… ale ja nie wiem, czy chcę wykorzystać następne spotkanie na rozmowę z tymi samymi pyskami” westchnęła. “Żałuję, że nie udzielałam się na poprzednich, teraz jestem do tyłu z poznawaniem kotów. Ciekawe jak u Syczka? Czy on wcześniej już z kimś rozmawiał? A może Alga także była jego pierwszą zgromadzeniową znajomą?” spytała samej siebie. Na jej myśl nasunęła się pewna myśl. “Czemu by go nie spytać? Powinien być gdzieś niedaleko” pomyślała. Chociaż ostatnio trochę trudno było uzyskać prywatność. Czasami szwendały się tu jakieś koty z Klanu Nocy, a Wilczakom nie można było odchodzić za daleko. Zalotka nie chciała też, aby ktokolwiek usłyszał jej rozmowę. Chciała odrobinę prywatności i spokoju. “Będziemy musieli być ostrożni, jeśli poszlibyśmy gdzieś na spacer” stwierdziła. Nie podobała jej się ta cała przeprowadzka, ale tak było najbezpieczniej. W końcu na ich terenach grasowali kłusownicy, o czym Zalotna Łapa zdążyła się już przekonać… a nawet dostrzec to na własne oczy. “Dobrze, że koszmary już minęły. Przynajmniej Zapomniany Pocałunek nie była mi bliska, bo gdyby była, zapewne wciąż przeżywałabym żałobę” westchnęła. Po tym, jak poczęstowała się kilkoma nasionami maku, udało jej się pierwszy raz zasnąć bez snu o tej tragedii, a później już samo przeszło.
“Blade Lico krzyknął do niej… matko? Nie wiedziałam, że są spokrewnieni, o ile naprawdę są. Ciekawe jak mój mentor przeżył stratę tak ważnej osoby? Właściwie to nie wiem, czy byli blisko… nigdy nie pytałam się go o relacje z innymi kotami. Trudno, chociaż może powinnam?” pomyślała. “Ale Blade Lico to nie mój kolega, tylko nauczyciel. Chyba nie wypada urządzać sobie z nim pogawędek? Poza tym on raczej nie jest zachwycony, jak ktoś próbuje wymienić z nim kilka słów” dodała. “Nie jest złym mentorem, tylko trochę sztywny” zaśmiała się, a na jej pyszczek wkradł się uśmiech.
Zalotka podniosła się z miejsca. Poczuła, jak z lekka zesztywniały jej kości. “Aż tak długo tu siedziałam? Faktycznie, przecież przyszłam tu z nadzieją na dostanie słonecznej kąpieli, a teraz słońce już zachodzi” mruknęła. Po jakimś czasie bezczynnego siedzenia i wpatrywania się w niebo ze zmrużonymi oczami kotka ziewnęła. A zaraz po ziewnięciu podniosła się i wyciągnęła przednie łapy, najdalej jak umiała, próbując się rozciągnąć. Na końcu otrzepała się z liści, mchu i trawy, które zdążyły przez ten czas przyczepić się do jej jasnego futerka. “Kierunek, tymczasowy obóz…” pomyślała, chociaż wcale nie znajdowała się znowu tak daleko od niego. Widziała go, jak malował się na horyzoncie. “W sumie tu gdzie jestem, jest całkiem ustronnie. Może zabiorę tu Syczka?” spytała samej siebie. “A co dzieje się u Polanki? Dawno z nią nie rozmawiałam, ale ona nie była na patrolu. Ciekawe jak tam z jej psychiką, haha” zaśmiała się do samej siebie. “Wypadałoby spytać, ale co ja się tam będę męczyć? Nie w moim interesie leży dbanie o relacje z rodzeństwem… to znaczy, chciałabym, żeby były co najmniej dobre, ale nie mogę być jedyną, która się o nie stara!” stwierdziła. Chociaż właściwie kotka jeszcze nigdy nie pytała się Polanki co tam u niej, więc ten pierwszy raz chyba da się jeszcze przeżyć, ale następnym to już Polna Łapa będzie musiała się wysilić!
Zalotna Łapa ruszyła przed siebie, a gdy przemaszerowała kilka lisie ogony dalej od swojej miejscówki, rzuciła na nią jeszcze ostatni raz spojrzenie. Trawa w pewnym miejscu była widocznie spłaszczona, a było to miejsce, w którym przez poprzednie kilka godzin szylkretka odpoczywała i rozmyślała.
“To nie to samo co moja kryjówka na terenach Klanu Wilka, ale też może być. Na pewno jeszcze tu kiedyś wrócę, muszę wykorzystać okazję na zwiedzanie obcego klanu, póki tu jesteśmy” stwierdziła. Niestety wilczaki miały na własność tylko niewielki, wyznaczony teren, ale lepsze to niż nic. Zalotna Łapa przyśpieszyła, brnąc teraz żwawo przed siebie. Musiała w końcu zdążyć przed zmrokiem, jeśli chciała pogadać z bratem w samotności. Nie chciała przecież wędrować po obcych terenach pod osłoną nocy, jeszcze by się zgubili czy coś, albo spotkałby ich patrol Klanu Nocy i okrzyczał!
Chwila… “Klan Nocy… Klan Nocy… Czyżby Algowa Struga nie mówiła, że to do tego właśnie klanu należy? To tutaj są te całe księżniczki? Alga miała mi wytłumaczyć, o co chodzi z tym tytułem i czemu tak się wszystkim nim chwali… ale tego nie zrobiła. To może uda mi się spytać o to innego Nocniaka? A może Syczek też będzie chciał się o tym dowiedzieć więcej? Zabiorę go ze sobą…?” pomyślała. “Nie… wolę pogadać z kimś oko w oko, w sensie… w czwórkę oczu, nie szóstkę. Będę miała wolne pole do zadawania pytań, a to już jest duży plus” stwierdziła po chwili. Szylkretka lubiła być w centrum uwagi, lubiła, jak spoczywały na niej zaciekawione oczy innych kotów. Wręcz uwielbiała, gdy ktoś ją podziwiał… do szału natomiast doprowadzało ją takie ignorowanie jej i pomiatanie, ale nigdy nie miała odwagi komuś tego przyznać. Nie walczy o swoje, niestety. Boi się, że jej reputacja na tym ucierpi, a ktoś uzna ją za niemiłą i wredną. “Ja taka nie jestem! Wkurzają mnie niektóre koty, prawda… ale chamskie odzywki wolę zachować dla siebie” stwierdziła po chwili. “Nie rozumiem, jak tak można przezywać inne koty, jak można traktować ich jak zwierzynę? Czy nie byłoby łatwiej, gdyby każdy na świecie się szanował?” westchnęła. “A z resztą, o czym ja w ogóle myślę? Takie gdybanie nic nie zmieni, jeśli zostawiam je tylko dla siebie. Nie zamierzam zmieniać świata, to w końcu za dużo roboty, a ja bardzo nie chciałabym pobrudzić sobie łap” pomyślała. “Dobra, moje przemyślenia zbaczają już na złe tory, bez sensu. Miałam iść do Syczka, a zamiast tego sobie tu rozmyślam” prychnęła, ponownie przyspieszając. Starała się nie doprowadzić do swojej głowy jakiejkolwiek myśli, nie chciała się znowu rozproszyć. Teraz widocznie była trochę naburmuszona, zabawnie, wkurzyła się na samą siebie, chociaż wcale nie zrobiła nic złego.
Po jakimś czasie kotka dotarła na polanę, na której gnieździły się Wilczaki. Stanęła jak wryta, gdy przed nią czmychnął jakiś kot.
“Uważaj, jak chodzisz!” chciała krzyknąć, ale ugryzła się w język. Zamiast tego wzrokiem zaczęła błądzić dookoła, poszukując złotego futra swojego ukochanego braciszka. Po drodze minęła Polną Łapę, Prążkowaną Łapę i kilka innych znanych jej kotów, ale nigdzie nie mogła znaleźć Syczka. “Gdzie on się znowu chowa? Dlaczego on zawsze taki jest…” westchnęła.
Niebieski kocur był bardzo nieśmiały, jak już zdążyła zauważyć Zalotna Łapa. Był taki trochę… niepewny swoich czynów, no i dziwny (przynajmniej według Zalotki). Tak czy siak, był jej bratem, więc nie potrafiła się na niego gniewać. Zamiast tego ruszyła do przodu na poszukiwania zaginionego. “Pewnie skrywa się teraz w jakimś zacienionym zakątku…” pomyślała. Po jakimś czasie dostrzegła swojego brata, natychmiast prędko pognała w jego stronę, a na jej licu wymalował się uśmiech.
— Syczku, witaj! — miauknęła do niego, zatrzymując się tuż przed jego nosem. — Wiesz, tak sobie myślałam, czy byś nie chciał się ze mną przejść? — zaproponowała szybko, robiąc kilka kroków w tył. — Chyba mamy kilka spraw do obgadania. Ostatnio dużo się wydarzyło, nieprawdaż? — zachichotała. — Chciałabym się ciebie spytać, jak radzisz sobie z tym wszystkim… mi zdążyła już przejść ta żałoba i koszmary, zniknęły po tym jak wzięłam nasiona maku od Cisowego Tchnienia, ale nie wiem jak to tam u ciebie… bo ja przez kilka dni męczyłam się z bezsennością… — westchnęła, spuszczając wzrok na swoje łapy.
— Fajnie by było wiedzieć, że ktoś też jest taki “delikatny” jak ja… to znaczy - nie życzę ci oczywiście tego! Ale czuje się jakoś dziwnie z tym, jak przeżyłam tę sytuację… wydaje mi się, że reszta Wilczaków jest trochę nieczuła — szepnęła. “Ale może to tylko moje przemyślenia” dodała sobie w głowie.

<Syczkowa Łapo?>
[1329 słów]
[przyznano 27%]

02 lipca 2024

Od Syczka (Syczkowej Łapy) CD. Zalotki (Zalotnej Łapy)

Uczennica nie wydawała się usatysfakcjonowana odpowiedzią jego siostry, choć Syczek bardzo ją doceniał. Ognista Łapa zmierzyła wzrokiem ich obu, krzywiąc się na mordce.
— Przecież nic mu nie zrobię — mruknęła do Zalotki, po czym spojrzała na drugie, milczące kocię. — Myślisz, że dotknęłabym tak ufajdanej sierści? — Rdzawa pstryknęła palcami, ocierając prawie pazurami o bark Syczka. Kocurek, odsunąwszy się nieznacznie, obejrzał swoje futro dokładnie – nie było ono tak brudne, a jedynie nieco zakurzone od piasku. Liznął swój bok, chcąc się nieco wyczyścić, lecz zapomniał o małym towarzyszu, jakiego do tej chwili ukrywał pod sierścią. Brązowy nałanek, korzystając z chwili wolności, gdy Syczek go odsłonił, momentalnie poderwał się do lotu. Niewielki chrząszcz za cel obrał sobie twarz Ognistej Łapy, której zirytowany grymas prędko zamienił się w strach. Ten również ustąpił innemu uczuciu, przerażeniu, kiedy żuk wylądował niefortunnie na grzbiecie jej nosa.
Głośny pisk wywabił z legowisk zaniepokojone koty, którym oczom ukazał się widok wierzgającej, trzęsącej łbem kocicy, jaka z całych sił próbowała pozbyć się owada z pyska. Syczek patrzył na to z położonymi po sobie uszami, przeczuwając, że zaraz wściekłość Ognistej Łapy przerzuci się z małego stworzonka na niego.
— Może lepiej... zmyjmy się stąd — zaproponowała mu cichym szeptem Zalotka, kiedy podeszła bliżej. Kociak czym prędzej jej przytaknął, odbiegając zaraz z siostrą w stronę bezpiecznego legowiska medyka.
— Obrzydlistwo! Jak można nie brzydzić się dotknąć takiego paskudztwa! — Rodzeństwo mogło usłyszeć z obozowego centrum ryki Ogień, kiedy nareszcie pozbyła się robaka, zadeptując go łapą. — Muszę się teraz umyć! A gdzie te...
Dalszych słów rudej malce już nie usłyszały, kryjąc się w zakamarkach lecznicy w nadziei, że tam nie zostaną znalezione. Syczek był pewien, że pomimo jego brudnego futra, kotka nie zawahałaby się go po tym zamienić w mysi proch...

***

Ognista Łapa wielokrotnie patrzyła na niego spode łba. Nie bez przyczyny Syczek, przenosząc się do legowiska uczniów, ulokował swoje własne posłanie jak najdalej od tego należącego do rudej. Właściwie, skrawek mchu, na jakim sypiał Syczek, leżał najbardziej oddalony od tych innych kotów. Nawet jego siostry spały zajęczą odległość dalej, tworząc między nimi sporą przestrzeń. Kocur wolał nie narażać się na niczyi gniew swoją miłością do dziwnych żyjątek. Gdyby tylko ktoś się przyjrzał, to zauważyłby, że pod warstwą zieleni Syczkowa Łapa trzymał powiększającą się z każdym dniem kolekcje dziwactw – ślimaczych skorupek, kości, wylinek... Którą starał się ukrywać ją przed światem. Nawet nie chciał wiedzieć, co by było, jakby ruda dowiedziała się o jej istnieniu! Zdawało się kocurkowi, że całe legowisko uczniów musiałoby zostać odrobaczone, zdezynfekowane i wywrócone na drugą stronę, a jego drogocenne przedmioty wyrzucone. A na to nie mógł pozwolić!
Powrócił z treningu jako pierwszy z uczniów, co oznaczało, że mógł zająć się swoim zbiorem i dorzucić do niego przy okazji nowe cacko – upewniając się, że nikt go nie widzi, odchylił garść mchu, by odsłonić stertę posegregowanych przedmiotów. Ten, jaki trzymał jednak w zębach teraz, był całkiem nowy. Syczkowa Łapa zrobił dla niego miejsce, łapą odchylając rządek ułożonych według wielkości kostek gryzoni i upuścił na ziemię. Ciemnoszare zawiniątko przesunął łapą, by leżało równo z resztą przeszłych znalezisk. Było zbitą, futrzastą kulką, w której złoty mógł dojrzeć przebijające się pomarańczowe zęby karczownika. Mroczna Wizja nauczyła go, że była to sowia wypluwka, pozostałość po posiłku niewielkiej sowy. To go fascynowało. Oglądał ją ze wszystkich stron z zainteresowaniem, obracając palcami delikatnie, by jej nie uszkodzić.
Kocur nie przewidział, że w legowisku pojawią się goście. Słysząc kroki spanikowany Syczek zgarnął mech, by zasłonić nim kolekcję dziwactw. Nie zdążył jednak przed wzrokiem kotki, jaka stanęła w przejściu, wyglądając na nieco zdezorientowaną dziwnym zachowaniem uczniaka. Dopiero po uderzeniu serca złoty zdał sobie sprawę, że przed nim stoi jego siostra! Uff... Przynajmniej nie Ognista Łapa!
— Cześć — wydukał, wymachując nerwowo końcówką ogona, stojąc nad swoim posłaniem w wygiętej pozycji. Syczek starał się wyglądać i brzmieć naturalnie, jednak, jak zwykle, okazywało się, jak kiepski w tym był.
— Hej — odparła Zalotna Łapa, podejrzliwie przyglądając się swojego bratu. — Wszystko okej? Zachowujesz się nieco... dziwnie.
— Tak, jest w porządku — mruknął, siadając. Kiedy tylko jednak to zrobił, spod jego legowiska wytoczył się kawałek żółtawej, podłużnej kostki. O nie! Kocur czym prędzej wepchnął ją tam z powrotem, pełen nadziei, że jego siostra jakimś cudem tego nie zauważyła.

<Zalotko?>

[685 słów]
[przyznano 14%]

14 czerwca 2024

Od Zalotki(Zalotnej Łapy) CD. Syczka(Syczkowej Łapy)

przeszłość
Zalotka wylegiwała się tuż przed legowiskiem medyka, jej szylkretowe futerko było w niektórych miejscach oświetlone ciepłym, słonecznym światłem. Nie było za dużo wiatru, co nie za bardzo podobało się młodej koteczce. Panował straszny upał, właściwie zastanawiała się już nad powrotem do chłodnego, zacienionego legowiska medyka, aby odpocząć przy swoim rodzeństwie i innych przebywających tam kotach. Przez te kilka chwil stęskniła się już za swoimi bliskimi, według niej już za długo nie była przylepiona do futra któregoś ze starszych kotów.
Młoda Zalotka wstała niezdarnie na swoje cztery, wyjątkowo długie jak na kociaka łapki i stawiając pierwszy krok do przodu, usłyszała ciche syknięcie. Natychmiast zamarła w bezruchu i postawiła uszy do góry. Czujnie obejrzała się dookoła, aż w końcu jej oczom ukazał się jej braciszek – Syczek. Kotka uniosła delikatnie jedną brew do góry, na jej pysku widać było zmieszanie. Dopiero po chwili dostrzegła także starszą uczennicę, która z niezbyt miłym wyrazem pyska wpatrywała się na Syczka, a teraz także i na nią.
Mina koteczki ze zdziwionej przeszła na bardziej wystraszoną. Kim była ta tajemnicza kotka i co chciała od Syczka? Kocurek wyglądał na równie wystraszonego i zdziwionego co szylkretka. Zalotka czuła się, jakby cały świat wokół niej właśnie się zatrzymał, nie była pewna tego, co powinna teraz zrobić. Pomóc bratu? A może lepiej byłoby po prostu zostać tu, gdzie jest i nie wychylać się, aby przypadkiem nie narobić sobie wrogów?
Jednak ten błagający wzrok złotego kocurka w końcu złamał serce Zalotki, która przecież tak bardzo kochała swoją rodzinę. Kotka zrobiła niepewny krok przed siebie, co prawda nieco chwiejny. Zalotka modliła się w duchu, aby tym razem nie wywróciła się o własne nogi. Gdy już stanęła koło swojego braciszka, nagle cała jej pewność siebie wyparowała, ulotniła się gdzieś bardzo daleko, gdzieś, gdzie już nie sięgały długie łapki szylkretowej koteczki. Zalotka przełknęła głośno ślinę i podniosła głowę, starając się wyglądać odważnie i dumnie.
— Bardzo proszę cię o zostawienie mojego braciszka w spokoju! Nie chcę, aby stała mu się jakaś krzywda… — miauknęła niepewnie, z każdym kolejnym słowem jej głos stawał się coraz cichszy, aż w końcu kotka umilkła. Natychmiast poczuła się zażenowana i zrobiła krok w tył. Jej wzrok ze starszej kotki najpierw powędrował do jej łap, po czym zatrzymał się na Syczku. Mina Zalotki wskazywała na to, że była ona zmieszana i jedyna myśl, jaka obecnie zasiadywała w jej głowie, brzmiała: Co ja tu robię?

<Syczek?>

02 maja 2024

Od Syczka do Zalotki

Nadeszła beztroska pora zielonych liści, dając wilczakom (i nie tylko!) odrobinę wytchnienia. W czasie, kiedy większość kotów grzała się na słońcu, Syczek wolał za to kryć się w cieniu drzew przy leżącej nieopodal Stokrotkowej Polanie. Obserwował z oddali wojowników, którzy wykładali się tam, gdzie promienie przebijały się przez zbite sosny i świerki, tworząc na ziemi w obozie ekscentryczny wzór. Nikt nie mógł się oprzeć wygodnej słonecznej kąpieli! No... prawie. Kocurek zerknął z ukosa na swoje zbite futro. Zrzucał go naprawdę sporo, nieustannie znajdował to w swoim, to w czymś legowisku szare i złote włosy, lecz nadal było mu gorąco. Nie żeby była to dla niego ogromna przeszkoda – nie biegał dookoła obozu, nie skakał i nie rzucał się ciągle mchem, by dotkliwie odczuć konsekwencje upału. Nie był on jednak zbyt przyjemny.
Przeniósł wzrok na jedną z uczennic, która przeciągała się między resztą wylegujących się w najlepsze kotów. Widocznie gapił się na nią za długo bez zdania sobie z tego sprawy, ponieważ ta w końcu zauważyła go i zgromiła spojrzeniem. Syczek delikatnie położył po sobie zaniepokojony uszy, gdy ta zaczęła iść w jego stronę.
— A ty? Co się lampisz, kociaku? — zapytała aroganckim tonem Ognista Łapa. Niebieski tylko trzykrotnie zamrugał i pozostawił ją bez odpowiedzi. "Lampił" się? Czy było to coś złego? Zawsze był przekonany, że stworzenia posiadały oczy właśnie po to, by się "lampić" na innych. Niewiele rozumiał.
— Języka w gębie ci zabrakło? — dodała jeszcze, grymasząc. Zwykle w sytuacjach, kiedy ktoś koniecznie chciał z nim porozmawiać, wzywał mamę czy którąś z "ciotek", jak lubił nazywać bliskie jej kotki. W tej chwili Stokrotka zdawała się jednak rozpłynąć (lub po prostu akurat przez chwilę nie słuchała kociąt), a obok niego leżała jedynie Zalotka. Próbował ją przywołać cichym odgłosem, który przypominał nieco syknięcie. Szylkretka zwróciła ku niemu brązowe oczy, nieco zdezorientowana. Łeb Syczka obracał się, raz w stronę stojącej nad nim uczennicy i raz w stronę siostry.
Ognista Łapa patrzyła się na tą dwójkę jak na parkę wariatów.

<Zalotko?>