BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miłostka x Jaśminowiec. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miłostka x Jaśminowiec. Pokaż wszystkie posty

24 listopada 2025

Od Jaśminowiec CD. Miłostki

Wzrok Miłostki przeszył ją na wskroś. Wyżerał dziurę w piersi. Przepełnione goryczą i jadem oczy wpatrywały się w nią nie jak wróg na wroga, a jak łowca na ofiarę. 
Jaśminowiec momentalnie zrzedła mina. Uniesione kąciki pyska zadrżały, powieki uniosły się w grymasie, a uszy powędrowały do tyłu. Przez moment wydawało jej się, że gardłowy, nienawistny warkot pointki ją spętał, uniemożliwił nawet najmniejszy ruch. Nim czekoladowa zdążyła jakkolwiek zareagować, jej własna sierść latała na około zwartych w boju kotkach. Jaśminowiec odruchowo zasłoniła słabe punkty, próbowała się wyrywać, lecz gdyby nie to, że Miłostka została siłą od niej odciągnięta, na samych ranach na udach na pewno by się nie skończyło. Do czekoladowych uszu dotarł jeszcze jadowity głos dawnej przyjaciółki, gdy ta była zaciągana za obóz. Otoczona zatroskanym tłumem Jaśminowiec walczyła o każdy oddech. Nie przez obrażenia fizyczne, a przez szok, który po nagłym zastrzyku adrenaliny powrócił ze zdwojoną siłą. Kotka ledwo trzymała się na nogach, gdy Cierń prowadził ją do uzdrowicieli. Nawet nie zarejestrowała, gdy ktoś zaczął zajmować się jej ranami na udach.
Nie lubiły się z Miłostką, to fakt. Docinały sobie, obrażały nawzajem rodziny, rozpuszczały ohydne plotki - to wszystko przecież była norma. Tak funkcjonowały. Tak Jaśminowiec zdobywała jej uwagę, gdy tylko znalazła do tego okazję. Była przekonana, że Miłostka robi to samo. Nigdy nie przypuszczałaby, że ta się na nią rzuci z chęcią dokonania Wszechmatka wie czego… 
Zawsze myślała, że dorównywały sobie w byciu sobie nawzajem wrzodami na zadzie, a teraz? Myliła się co do Miłostki? Miała ją za tę idealną piękność z językiem ciętym jak nikt inny, której nawet najgorsze świństwo by nie ruszyło. Wszystko miało spływać po niej jak po kaczce, a nie dostawać się między niewidoczne szczeliny i wyżerać od środka. Przecież wytykanie jej beczenia po nocach nie odstawało aż tak od ich codziennych dogryzień. Przecież Miłostka nie pękłaby przez coś takiego. Jaśminowiec w próbach uspokojenia się, wmawiała sobie, że to kolejna głupia sztuczka szylkrety. Że na pewno zrobiła to, by ją upokorzyć przed całą społecznością. Przegrana, niewinna bójka, tak na środku obozu, na oczach wszystkich... Tak, to już brzmiało bardziej jak Miłostka, którą znała i której pragnęła uwagi. 
Przed legowiskiem Cierń prowadziła ostrą wymianę zdań z zdezorientowaną, wystraszoną Pieczarką. Obok cicho przemknął Len, zostawiając Sajgona na zewnątrz. Kocur dotknął nosem spoconego czoła Jaśminowiec, wybijając ją z wiru zamyśleń.
— Co z Miłostką? — zapytała od razu, wpatrując się wyczekująco w jasnobrązowe ślepia. Kocur prychnął, wzruszając ramionami.
— Zwariowała. Teraz tylko czekać, aż sama się siebie pozbędzie — usadowił się blisko, ale nie za blisko, by czasem nie usmarować się dezynfekującą breją bądź pajęczyną na bokach Jaśminowiec.
— Pilnują jej?
— Ta. I dobrze. Możesz uwierzyć w to, że i na mnie próbowała się rzucić? Co jakby mnie tak podrapała? Bym się nie pokazywał przez następne księżyce ze wstydu — prychnął Len, z obrzydzeniem kładąc po sobie uszy. 
— Mhm… — mruknęła pod nosem, myślami znów odbiegając do pointki.

***

Minęły dwa, może trzy wschody słońca od szarpaniny z Miłostką. Jaśminowiec spędziła te dni w legowisku szamanki. Stęskniła się za Purchawką. Przez ostatnie spory z Miłostką miała wrażenie, że zaniedbała przyjaciółkę. A skoro ona i Miłostka chwilowo były przymusowo rozdzielone, Jaśminowiec miała idealną okazję, by wymienić się z Purchawką językami i umówić na wspólne poszukiwanie ziół. Wieczorem tylko w kącie oka mignęły jej dwa znajome ogony. Wszędzie poznałaby te rude kłaki. Uśmiechnęła się pod nosem. Już dały sobie czas, by ochłonąć, a Jaśminowiec niezmiernie kusiło, by wyjaśnić całą tą niezmiernie głupią sytuację, oczywiście na och sposób. Chciała znowu się pożreć z Miłostką, metaforycznie opluć jej ten ładny pyszczek, poczuć piekącą w policzki frustrację, gdy nie może wymyślić dobrej odbitki na jad kotki. Jaśminowiec napięła mięśnie, chcąc wstać, jednak w połowie ruchu się zatrzymała. Przed oczami mignął jej obraz spojrzenia Miłostki, sekundy przed tym, jak się na nią rzuciła. Czekoladowa po chwili namysłu westchnęła i wróciła do leżenia przy Purchawce. Ruda kita niedługo zniknęła jej z oczu. No cóż, nie dzisiaj. Przecież jutro też będzie miała szansę na konfrontację z Miłostką…


Do widzenia, Miłostko… sorry, że odbiłam Ci chłopaka. Kij Ci w oko za to, że uciekłaś. Wracaj szybko.
~XO XO, Jaśminowiec

03 listopada 2025

Od Miłostki CD. Jaśminowiec

Poczuła nadciągające licho szybciej, niż je faktycznie ujrzała. Zjeżyła się na sam dźwięk głosu dawnej przyjaciółki. Jak najszybciej chciała zmyć z się z bardziej widocznej części obozu zaraz po ceremonii mianowania, ale najwidoczniej ta szkarada jest równie szybka, co jej rozprzestrzeniający się swąd.
— I co, nie pogratulujesz mi mianowania? — zaczęła srebrna — Twój najlepszy przyjaciel mi pogratulował, myślałam, że też się ruszysz. Chociaż, hm, ostatnio rzeczywiście coś mało was razem widzę. Ciekawe dlaczego… — mruczała tak obrzydliwie przesłodko, że aż piszczka podeszła jej pod sam język. Nie odpowiedziała. Udawała, że zajmuję się czymś innym. Grzebała łapą w piachu niezwykle przejęta wymyślonym, samodzielnie przydzielonym sobie obowiązkiem. Pod nosem mruczała jakąś zaimprowizowaną melodyjkę tylko po to, aby zagłuszyć oddech młodszej kotki. W końcu jej cierpliwość się wyczerpała i nowo mianowana wojowniczka odchrząknęła znacząco. Pointka odwróciła się powoli, nakładając zdziwioną maskę na pyszczek.
— Oh! Do mnie mówiłaś? — Rozszerzyła swoje zielone ślepia i popukała się palcem w bok głowy. — Wybacz, ale najwidoczniej musiałam aż stracić słuch ze starości, czekając, aż w końcu wygrzebiesz ten brudny zad z legowiska uczniów i zaczniesz się na coś przydawać. Haha, ale ze mnie gapa. — Przymknęła oczy i uśmiechnęła się sztucznie.
— Lepiej chyba poszkolić się dłużej niż zajmować się kopaniem w ziemi — skomentowała srebrna. Zrobiła jeszcze jeden krok do przodu, nie chcąc, aby zwiadowczyni odwróciła się do niej ponownie grzbietem. — Myślałam, że zabawa w obozie to raczej obowiązek stróżów. Zmieniłaś profesje? Było zbyt ciężko?
— Dużo wiesz o byciu stróżem, co? — Wykrzywiła się wrednie. — Braciszek ci opowiadał?
— Mam też oczy, no i faktycznie słuchałam podczas treningów.
— Może i je masz, ale najwidoczniej szwankują, skoro umiesz bez odruchów wymiotnych patrzeć na tą dżdżowni-
— Jaki jest twój problem do mojej rodziny?! — warknęła młodsza, a ruda uśmiechnęła się pełna triumfu. — Jedyne co robisz, to obrażasz Cienia i moją matkę. Mam już w nosie, że obrażasz mnie!
— Koty tak nie wyglądają. Koty mają futra. Koty powinny być w stanie wytrzymać bez oblepiania się brudnymi, podgniłymi liśćmi. Ty może i pyszczek masz, och jakże urokliwy, ale w środku jesteś pozbawiona tego, czego oni na zewnątrz. Więc może idź już sobie i podziękuj Wszechmatce, żeś nie urodziła się taką wywłoką i nie musisz kryć się w legowisku stróżów lub za warstwą zlepionych liści. — Posłała jej tylko jeszcze wyzywające spojrzenie. Zamiast czekać na odpowiedź, odeszła, zostawiając wściekłą wojowniczkę samą. Nie miała na to ochoty. Nie miała ochoty na kłótnie z Jaśminowiec; wiedziała, że nawet jeśli udało jej się uniknąć jednego tematu o Lnie, tak pomarańczowooka zrobi wszystko, aby znów go przywołać. Wiedziała, że to najłatwiejszy sposób, aby rozjuszyć Miłostke. Musiała się uspokoić. Musiała wyjść z obozu. W nim było za mało miejsca; kotka od razu by ją odszukała i zmusiła do rozmowy, wymusiła kłótnie. Polowanie jej nie zaszkodzi. Zwłaszcza że wiedziała, że nikt nie zwróci uwagi na jej dłuższą nieobecność. Ojciec przesiadywał z matką coraz częściej; oboje posiwieli, oboje mieli coraz mniej sił i chęci do patrolowania czy łowów. Starzeli się. Ta myśl wprawiała Miłostke w zakłopotanie i stan dziwnego... smutku. Myśl, że rodzice nie zawsze będą na tym świecie był... abstrakcyjny i niemożliwy do wyobrażenia. Oczywiście, mogli mieć przed sobą jeszcze wiele, wiele spokojnych i przepełnionych miłością księżyców, ale widok ich pobielonych mordek, ich coraz powolniejszych ruchów... To nie dawało córce spokoju. Przynajmniej o Sekrecika nie musiała się martwić. Kocur dał sobie najwidoczniej spokój z byciem jej opiekunem, od kiedy przestała aż tyle czasu spędzać z Lnem. Ta realizacja nieźle ją na początku wkurzyła; kim on niby myślał, że jest, skoro tak się wtrącał w jej życie prywatne?! Kto dał mu prawo decydować, kiedy potrzebuje więcej nadzoru, a kiedy mniej?!
Miłostka warknęła do samej siebie i wyszła. Nie wróciła na noc, ale nikt nie wydawał się zwrócić na to większej uwagi.

* * *

Była zmęczona. Coraz częściej zdarzało jej się spędzać noce poza obozem. Nie mogła znieść myśli, że kilka kocich długości od jej posłania, leżą Jaśminowiec i Len, dotykając się ogonami... dokładnie tak, jak robił to z nią. Wracała nad ranem, starając się wyrobić przed wojownikami, którzy zbierali się na wczesne treningi. Marniała w oczach, ale nie przestawała. Robiła, co musiała, ale bez większego zapału, do którego zwyczajnie nie mogła się zmusić. Tym razem była na wieczornym patrolu, a kiedy skończyli, obóz był już ciemny i cichy. Przy wejściu spotkali tylko czuwającego Sajgona, który jednak nie zadał żadnego zbędnego i głupiego pytania, widząc jej morowy wyraz mordki. Skinął za to łbem do starszych uczestników grupy. Sama Miłostka wdrapała się na drzewo i zajęła zimne miejsce obok wciąż śpiącego brata. Na samą myśl o treningu z Guziczkiem miała ochotę wyrwać sobie futro z uszu. Tak strasznie nie chciała. Tak strasznie nie miała na to siły. Tak strasznie nie chciała mieć ucznia. Cichy, zdławiony płacz wyrwał się z jej pyska. Czuła, że wszystko jej się wali, że wszyscy mają w życiu lepiej od niej, nawet jeśli nic faktycznie złego na nią nie czuwało. Oczywiście... straciła siostrę, ale nie do końca wiedziała, co ma z tym zrobić. Czuła się źle, że jej głównym zmartwieniem i źródłem smutku jest jej kłopot z Lnem i Jaśminowieć, ale nie mogła się zmusić do faktycznej tęsknoty i żałoby, w której tkwili teraz ojciec z matką. Nałożyła łapy na uszy, żeby nie słyszeć swoich żałosnych dźwięków. Ona mogła chcieć je zagłuszyć, ale nie wiedziała, że ktoś inny nasłuchuje, a co gorsza, przygląda się i knuję.
Zapadła na krótki, płytki sen, z którego wyrwał ją typowy, poranny zamęt w legowisku. Koty zbierały się na patrole, na polowanie, na treningi. Niektórzy budzili śpiochów, inni planowali z przyjaciółmi wspólne szkolenia swoich terminatorów. Ją szturchnął brat. Patrzył na nią z góry.
— Masz zamiar kiedyś wstać czy może zrzucić cię razem z mchem? — zapytał, podnosząc jedną brew.
— Tak. Zabij i mnie, rodzice na pewno dobrze to zniosą — odfuknęła, a płowy skrzywił się.
— Przestań. Nie mów takich rzeczy — rzucił i odszedł, nie chcąc więcej kontynuować takiej rozmowy. Miłostka podniosła się na obolałych łapach. W głowie jej dudniło, a oczy piekły niemiłosiernie. W dodatku zimny, mocny wiatr dął między wysokimi ścianami obozu. Dreszcz przebiegł jej po grzbiecie. Wciąż nie do końca obudzona zeskoczyła na dół, gdzie czekał już Guziczek. Musiała zacisnąć zęby, żeby nie powiedzieć niczego niemiłego.
"Czemu on taki jest, czemu nie może dać mi spokoju?" — warczała w głowie, wbijając pazury w stwardniałą ziemię. Przełknęła ślinę i wzięła kilka głębokich oddechów. Musiała zareagować, zanim on sam rozpocznie tą swoją irytującą rozmowę.
— Dzisiaj będziemy polować z drzew — rzuciła i bez żadnego innego słowa skierowała się ku wyjściu. Bury pobiegł za nią, widocznie delikatnie wybity z rytmu zachowaniem mentorki.

* * *

— Musisz być ciszej! — warknęła na terminatora, po tym, jak już trzeci raz dźwięk gałęzi spłoszył wiewiórkę.
— Nie wytłumaczyłaś mi, jak mam to robić... Mam się sam domyślić, czy co... — Kocur bardzo się starał; pointka to wiedziała, znała go już przecież jakiś czas, ale nie umiała trzymać emocji, które kotłowały się w niej już od tak dawna.
— Powinieneś to wiedzieć, przecież to oczywiste! Ile ty masz księżyców, że miauczysz jak nienakarmione kocie, co?
— Jesteś moją mentorką! Może dla ciebie to oczywiste, bo tobie ktoś to wytłumaczył.
— Nie wiesz, że jak zrobisz dźwięk, to zwierzyna ucieknie? Nie dobijaj mnie, Guziczku!
— Nie o to chodzi... Wiem to. Ale może byś mi powiedziała, jak mam tego uniknąć? Ja naprawdę nie chce się kłócić.
— Myślisz, że ja chce?
— Na to wygląda...
— Złaź...
— C-co? Ale nic nie złapaliśmy. — Terminator wlepił ślepia w zwiadowczynie, która cała najeżona.
— Ty! Ty nic nie złapałeś! — warczała, nie przejmując się, że ktoś mógł akurat przechodzić pod drzewami. Nie byli daleko od obozu; nie miała siły się oddalać. — A teraz złaź! Wracamy do obozu.
— Ledwo słońce góruje...
— W takim razie będziesz mieć dużo czasu, aby pomyśleć o wszystkich swoich dzisiejszych błędach. — Przeskoczyła na gałąź wyżej, aby wyminąć burego, który z szeroko otwartymi oczami wpatrywał się w nią. Wiedział, że coś jest nie tak. Jego nauczycielka zawsze była z tych... bardziej emocjonalnych i podatnych na działanie pochopnie i bez pomyślunku, ale to... to było coś bardzo dziwnego.
— O co ci chodzi? Co się z tobą dzieje..? — zapytał w końcu, świdrując dziurę w tyle głowy mentorki. Nie odwróciła się, ale agresywne uderzenie ogonem zdradziło buzującą w niej złość. — Wiem, że może być ci ciężko, słyszałem o Kruszynce i bardzo mi przykro, że straciłaś siostrę, ale... Mogłaś zwyczajnie powiedzieć, że potrzebujesz czasu. Pieczarka na pewno by to zrozumiała... — zawahał się. Nie wiedział, czy mówić dalej, czy lepiej milczeć. Cisza jednak nie była w jego naturze. — Wiesz, że lubię, że jesteś moją mentorką. Ale to nie znaczy, że możesz mówić mi cokolwiek, co ci się spodoba. Mnie też może zrobić się przykro, zwłaszcza kiedy mnie ta traktujesz. Pomy-
— Skończysz kiedyś mielić tym jęzorem i posłuchasz, co ci powiedziałam?! — krzyknęła, odwracając się nagle. Wskoczyła z powrotem na gałąź, na której wcześniej oboje stali. — Czy chociaż raz, na Wszechmatkę, tylko raz możesz zamknąć ten swój brudny pysk! Czy tak ciężko jest ci zabrać tyłek z drzewa, kiedy ci każe! — Zwiadowczyni złapała terminatora za futro na karku i pociągnęła w swoją stronę, aby zmusić go do zejścia. Ruch był chaotyczny i nieprzemyślany, a równowaga kotki całkowicie nie w tym miejscu, w którym powinna. O ile Guziczek stał mocno zaczepiony pazurami o chropowatą powierzchnię, tak Miłostka niemal momentalnie ześlizgnęła się pod wpływem szarpnięcia. Początkowo złapała się przednimi łapami o gałąź, ale prędko puściła, lądując w namokniętych, śmierdzących liściach. Nic się jej nie stało, ale zimno i wilgoć, które oblepiły ją wraz z poczuciem wstydu, szybko rozjaśniła jej rozum. Nie chciała patrzeć w górę, skąd kocur wołał, aby dowiedzieć się, czy coś sobie zrobiła.
"Właśnie próbowałam zrzucić swojego ucznia z drzewa... Mojego ucznia..." — myślała przerażona, kiedy powoli, dalej w szoku, próbowała się wygramolić. Lepkie liście przylepiały się do jej futra; miała wrażenie, że każde waży tyle, co dorosła wiewiórka. Łapy jej się uginały, ale mimo wszystko, bez słowa, ruszyła do obozu. Słyszała, jak Guziczek zeskakuję bezpiecznie z drzewa i idzie za nią; nie chciała słyszeć. On na szczęście wiedział o tym; nie był głupi, Miłostka wiedziała, że nie był... Wiedziała, że dzisiejszy fatalny przebieg treningu był tylko i wyłącznie jej winą. A to denerwowało ją jeszcze mocniej. Nie byłoby niczym dziwnym, że uczeń z czymś sobie nie poradzi, że potrzebuje więcej wskazówkę, wyraźniejszych porad czy instrukcji, ale ona powinna umieć się opanować, umieć wykonać najpotrzebniejsze ze swoich obowiązków... cierpliwie tłumaczyć i nauczać. Zacisnęła zęby mocniej, aby powstrzymać się od płaczu.
"Mam dość, mam dość" — krzyczała w niej każda, nawet najmniejsza kosteczka, każdy pojedynczy włos. Nie wiedziała, o co jej chodzi, nie wiedziała, co tak naprawdę jest nie tak. Nie mogło chodzić o siostrę; o ile faktycznie było jej przykro, tak sam żal brał się bardziej z tego, że jej rodzina opłakiwała jej śmierć... nie o sam fakt, że Kruszynka odeszła z tego świata. Nad ciałem nie płakała. Dopiero kiedy na pogrzebie ujrzała trzęsącą się matkę, ojca, który z całych sił próbował wtulić pysk w kark ukochanej, Sekrecika, który całym sobą próbował zatrzymywać łzy... dopiero ten widok ją ukruszył.
Ale teraz nikt nie płakał, nikt nie drżał, nie wył żałośnie. Dlaczego teraz miała ochotę beczeć niby głupie kocie, a nie nad ciałem swojej rodzonej siostry? Była taka wściekła na samą siebie. Tak bardzo było jej wstyd. Zacisnęła oczy, próbując powstrzymać kropelki. Trzymała tak długo, że gdyby nie charakterystyczny zapach Owocniaków, weszłaby prosto w krzewy otaczające obóz. Otrzepała się i wślizgnęła się do środka. Nie czekała na Guziczka. Chciała jedynie zabrać coś drobnego ze stosu zwierzyny i zaszyć się w cieniu, może odwiedzić mame, jeśli nie będzie z nią ojca... z nim nie miała dzisiaj już siły rozmawiać. Los jednak kontynuował swoją misję w rzucaniu jej kłód pod nogi. Zamyślona, oderwana od świata podeszła do piszczek, ale zamiast sięgnąć po małą ryjówkę, poczuła uderzenie. Położyła uszy, a jej futro momentalnie stanęło nastroszone, kiedy do nosa dotarł TEN zapach. Gorycz zalała ją jednak, kiedy usłyszała TEN głos.
— Oho, uważaj Miłostko, bo jeszcze nabijesz sobie guza na czółku, a co wtedy... Rozpłaczesz się znowu? Wiesz... To nic złego czasami się rozkleić, ale może następnym razem oszczędź innym kotom słuchania twojego wycia w nocy. Niektórzy faktycznie wykonują swoje obowiązki. — Sztucznie miły i zatroskany głos Jaśminowiec rozniósł się po obozie. Głośno. Nienaturalnie głośno jak na zwyczajną rozmowę.
Tylko że to nie będzie rozmowa. Srebrna chciała ją zmusić do kłótni. Zwiadowczyni dobrze wiedziała; robiła przecież dokładnie to samo. Szkoda, że Miłostka nie była w humorze do dogryzania sobie, nie miała siły na przerzucanie się z młodszą paskudnymi zaczepkami, nie miała nawet ochoty, aby po obrażać rodzinę wojowniczki. Długo pozostała w tej samej przygarbionej pozycji, nieruchoma, pochłonięta rosnącym w niej gniewem, którego w końcu nie umiała powstrzymać. Jaśminowiec już otworzyła pysk, aby coś dodać, zmusić do szybszej reakcji, ale ubiegł ją głęboki, gardłowy i nasilający się nienawistny warkot, który nagle zaczął wydobywać się z pyska rudej. O ile niemiłe słowa były codziennością w ich interakcjach tak otwarta wrogość... już mniej. Przez mordkę srebrnej przemknął cień niespodziewanej obawy. Zdążyła jedynie zrobić pół kroku do tyłu, jedynie lekko nastroszyć futro na karku i położyć uszy, zanim druga kotka, pełna furii, rzuciła się na nią. Pod naporem Miłostki Jaśminowiec wywróciła się do tyłu. Obie wylądowały na wilgotnej, zimnej ziemi. Młodsza próbowała wyślizgnąć się spod atakującej, ale pazury zwiadowczyni zdążyły wczepić się mocno w grube futro i skórę ofiary. Krzyki zdziwienia rozszalały się po obozie w tempie natychmiastowym. Ruda jednak nie robiła sobie z tego nic; liczyło się tylko to, że pod jej łapami spoczywa ta, która zniszczyła jej życie. Wojowniczka była jednak stosunkowo silniejsza, więc udało jej się podnieść, ale szybko poczuła na swoim tyle ciężar. Zielonooka wbiła pazury głęboko w wyższą partię ud srebrnej i przeorała je z całą bezlitosną siłą. Najpewniej zrobiłaby więcej, gdyby nie mocne szarpnięcie za skórę na karku. Nie wiedział,a kto oderwał ją od Jaśminowiec; nie interesowało ją to. Wiedziała tylko, że zostaję rzucona na ziemie kilka kroków dalej. Słyszała, jak koty podbiegają do zaatakowanej, zranionej, biednej i trzęsącej się z szoku ofiary. Nie widziała jednak nic; wolała nie otwierać oczu. Nie do momentu, kiedy poczuła na sobie obleśną, łysą łapę, która docisnęła ją do ziemi; zerwała się natychmiastowo, kłapiąc zębami na Cierń.
— Nie dotykaj mnie! Bierz to paskudne odnóże! — wrzasnęła, ale szybko do dwójki doskoczył jeszcze Czerwiec, pomagając starszej wojowniczce z szarpiącą się zwiadowczynią. Kocur posłał bezwłosej znaczące spojrzenie i kiwnął na jej poranioną córkę. Kotka odeszła, zostawiając go z leżącą pointką. Czekoladowy powoli podniósł łapę, pozostawiając w pełni czujnym i przygotowanym na kolejny atak, ale... nic się nie stało. Miłostka nie ruszyła się. Nie drgnęła.
— O-owocowy Lesie! — rozbrzmiał drżący głos Pieczarki. Przywódczyni rozglądała się po zszokowanych wciąż kotach. Skakała to na sporą grupę otaczającą Jaśminowiec, to na swoją dawną uczennicę i Czerwca. Przełknęła ślinę, ale kontynuowała: — Cień, zaprowadź swoją siostrę do uzdrowicieli, a-a... — Wlepiła wzrok we wciąż nieruchomą pointke. — Czerwcu, Figo... Weźcie Miłostke przed obóz. Niech ochłonie...
Po tych słowach szepty nie ustały, nawet jeśli każda udawał, że wrócił do swoich obowiązków. Pieczarka ruszyła za poturbowaną. Dwójka zwiadowców szła po obu stronach szylkretki, która niemal machinalnie powłóczyła łapami. Nie wiedziała, co ma o tym wszystkim myśleć. Czy była z siebie dumna? Czy może żałowała swojego napadu? Nie umiała stwierdzić. Chciała po prostu mieć już to wszystko za sobą. Cokolwiek ją czekało.
— Ty jesteś jakaś pomylona! — rozbrzmiał nagle głos Lna. Miłostka stanęła, a starsza kotka niemal nie wyskoczyła z własnej skóry, gotowa na kolejny atak. — Co ty masz we łbie?! Cokolwiek masz?! Na Wszechmatke... Że ja się z tobą zadawałem... Mogłaś mnie przecież zabić!
— Przestań... — rzuciła Czerwiec, próbując odsunąć kremowego.
— Co? Że co mam zrobić? — zaśmiał się niezręcznie — Ona jest szurnięta. Jak tak dalej pójdzie, to wymorduję cały Owocowy Las.
— Wymorduję to zaraz ciebie! — wycharczała nagle Miłostka. Figa złapała ją za skórę na karku i szarpnęła mocno w kierunku wyjścia.
— Widzisz?! — Wskazał na nią pazurem. — Wywalcie ją lepiej do rzeki, niech nie wraca!
— Idź lepiej do swojej przyjaciółki. Może przyda jej się wsparcie. — Srebrna rzuciła przez bark, a wojownik faktycznie poszedł. Po drodze dobiegł do niego Sajgon, który szybko zagaił kolegę rozmową, a patrząc na to, że co chwile odwracali się, aby zerknąć na wychodzącą trójkę, jej tematem była właśnie pointka. Jej to jednak nie obchodziło. Len jej nie obchodził. Jaśminowiec jej nie obchodziła. Cały Owocowy Las może o niej mówić... nic jej do tego.

<Jaśminowiec? Tatuaż na dupie>

27 września 2025

Od Jaśminowca CD. Miłostki

Słuchając oskarżeń Miłostki, czuła się jak mucha, która wpadła w sidła pająka. Co ona wygadywała?! To wszystko to był przecież jej pomysł! Myślała, że w razie czego będą się wzajemnie kryć, a Miłostka właśnie zrzuciła całą winę na nią! Jaśminowiec była w takim szoku, że jedyne co mogła zrobić to z wytrzeszczem obserwować, jak Miłostka kopie jej grób, do tego śmiejąc się głośno i bezczelnie.— Bhaha! Widziałaś, jak ją zgrabnie owinęłam wokół łapy? Widziałaś? Niesamowicie to rozegrałam, co nie, co nie? Ty też, muszę powiedzieć, że super wypadłaś. Zwłaszcza na kogoś, kogo brat wygląda jak dżdżownica! — Duma, z jaką Miłostka chełpiła się zwycięstwem, sprawiła, że grzbiet Jaśminki przeszedł dreszcz… obrzydzenia? Podziwu? Zagranie paskudne, jednak z drugiej strony sprytne i gdyby nie fakt, że to jej się trafił gorszy koniec patyka, byłaby pod jeszcze większym wrażeniem. Była zbyt wściekła, żeby porządnie to przetworzyć. Nie dość, że została zdradzona, to jeszcze musiała w to wciągnąć Cienia. Może kocur nie był zbyt urodziwy, ale bez przesady! Tylko ona mogła go nazywać dżdżownicą!
— Co ci odbiło?! — prychnęła, gdy upewniła się, że nikt ich nie obserwuje. — Wrzuciłaś mnie prosto w paszczę niedźwiedzia!
— Bez przesady… przecież nic takiego ci się nie stało — Miłostka wywróciła oczami. Już otwierała pysk, by coś dodać, jednak Jaśminowiec była szybsza.
— Świergot teraz myśli, że to był mój pomysł, żeby tam wleźć! To kłamstwa! I jak ty nazwałaś mojego brata?! Masz to wypluć i przeprosić!
— Nie będę przepraszać za stwierdzenie faktów — odburknęła nieprzejęta Miłostka.
— Mój brat wcale nie wygląda jak dżdżownica! To… to twoja mama wygląda jak robal! Od niej chyba odziedziczyłaś też pasożyty, co ci mózg wyżarły, że takie bzdury wygadujesz.
Kotka parsknęła śmiechem.
— Chyba upadłaś na łeb. Kłamiesz samej sobie, ale kto by się dziwił. Nie wmówisz mi, że z moją rodziną jest coś nie tak, kiedy gładki łeb masz w genach. A o pasożytach może lepiej nie wspominaj, skoro masz legowisko koło mnie... one lubią wchodzić przez zadek... Uważaj, czym wykładasz sobie gniazdko pod kuprem.
Jaśminowiec zmarszczyła brwi. Czuła, jak krew jej buzuje, gdy słuchała Miłostki. Z jednej strony podziwiała, z jaką łatwością przychodziły jej obelgi, a z drugiej była sfrustrowana, że nie wie, jak je odbić. Nie znała Miłostki na tyle dobrze, żeby wiedzieć, jak ją ugodzić, a jej rodzina wydawała się rzeczywiście nienaganna… a co z przyjaciółmi? Sekrecik nie, bo rodzeństwo, ale Len… może uda jej się przekabacić go na swoją stronę, żeby zrobić Miłostce na złość? To… to jest myśl. Jaśminka otrzepała się, pozbyła nieprzyjemnego wyrazu pyszczka i ułożyła najeżone futerko, zanim znowu spojrzała na szylkretkę.
— Zobaczymy, co Len powie, jak się dowie, że robactwo ci z tyłka na legowisko wypływa… — rzuciła tylko pod nosem, po czym z dumnie uniesionym ogonem zostawiła kotkę, nawet nie obracając się do tyłu, nawet jeśli bardzo ją kusiło zerknąć na jej reakcję. Musiała pokazać, że z nią się nie zadziera.

***

— Koniec na dzisiaj, Jaśminowcu — oznajmiła Dereńka. — Dobrze ci dzisiaj poszło. Tak jak ostatnio. Ptaszki mi ćwierkają, że jeszcze trochę i zasłużysz na mianowanie.
— Ćwierkają tak od dziesięciu księżyców… — burknęła Jaśminowiec, odrywając nos od lisiego tropu. Dereńka westchnęła głęboko, podchodząc do swojej uczennicy.
— Posłuchaj, Jaśminowcu — zaczęła, na co czekoladowa uniosła na nią zmęczony wzrok. — Obydwie już mamy dość tego treningu. Widzę, że się starasz i że jesteś już od dawna gotowa, żeby opuścić legowisko uczniów, ale…
— No słucham. Jakie “ale”? Ale nie umiem wszystkiego perfekcyjnie? Nie chcę! Dobrze wiemy, że moje umiejętności są wystarczające. Nie muszę być najlepsza, nie muszę umieć wszystkiego idealnie – chcę po prostu być już wolna. Umiem walczyć, umiem polować, jestem gotowa na bycie wojowniczką. Nie każdy musi być tak idealny, jak ty — Jaśminka położyła po sobie uszy. Może kiedyś rzeczywiście dążyła do tego, by być najlepszą z najlepszych, ale… czy było to ostatecznie takie ważne? Miała inne cele w życiu, nie tylko doskonalenie treningu. A przez przedłużanie tego w dążeniu do perfekcji, cierpiało jej życie towarzyskie, a co gorsze – cierpiała jej duma. Miała nadzieję, że Dereńka to w końcu to zrozumie.
— Chcę ci przekazać tyle, ile mogę i jak najlepiej umiem.
— Więc przestań. Obydwie będziemy miały w końcu spokój — rzuciła srebrna, oddalając się.
Wróciła do obozu, chwyciła pierwszą lepszą piszczkę ze stosu i znalazła sobie miejsce na rozgrzanym kamieniu.
To było żałosne! Żałosne! Tak jej dobrze szło na treningach na początku, a teraz co? Tyle księżyców na karku, a ona nadal siedzi z nową bachornią w legowisku uczniów. Wstyd. Ale to przecież nie była jej wina! Starała się, pilnie uczyła, a Dereńce wciąż coś nie pasowało. A to za nisko skacze, wspinając się na drzewa, a to niedokładnie uderza… cały czas coś nie tak! Już miała dość jej zrzędzenia nad uszami! Gdyby dostała mniej czepiającego się mentora, już dawno byłaby mianowana i nie byłoby problemu.
Inną rzeczą, która ostatnio za nią chodziła, była ta paskudna Miłostka. Ta plująca jadem żmija rodziła same kłamstwa na temat Jaśminowiec. Czekoladowa nigdy nie myślała, że tak ładna kotka może mieć tak zgniłe wnętrze. Jak dorodny borowik, którego trawi robactwo od środka. Pamiętała jeszcze, jak było, zanim się bliżej poznały. Miłostka była dla niej wspaniała, zjawiskowa. Zawsze zazdrościła jej obycia w towarzystwie, charyzmy, pięknego koloru futra, mieniącego się w słońcu i tych niewielkich, uroczych szczegółów na słodkim, okrąglutkim pyszczku. Tak się cieszyła, gdy zgodziła się, żeby spędzić razem czas, a potem tak wbiła jej pazury w plecy. I to jeszcze przy okazji obrażając jej brata. A teraz wygadywała bzdury o tym, że śmierdzi. Jaśminowiec była najbardziej zadbaną kotką w tym klanie, a szylkretka takie bzdury wymyśla. Okropieństwo. Pewnie jest zazdrosna i tyle. Szczególnie że powoli udawało jej się zbliżać do Lnu, zgodnie z planem. Kocur, w przeciwieństwie do Miłostki, był bardzo przyjemny w obyciu – uprzejmy, czarujący, przystojny… W oczach Jaśminowiec brakowało mu jednak tego “czegoś”. Czasami męczyło ją, że spędza z nim czas tylko dlatego, żeby utrzeć nosa Miłostce, jednak czego się nie robi dla zemsty…
— Co to za myśli brukają ten piękny pyszczek, Jaśminowcu? Masz minę jak zaparta żaba. — Z zamyślenia wyrwał ją głos Lnu. Jego orzechowe oczy z przekorą obejmowały jej mordkę.
— Ach, to już nieistotne — machnęła łapką. — W twoim towarzystwie nie wypada przejmować się głupotami — zamruczała, robiąc miejsce na kamieniu obok siebie.
— O i tu mówisz w końcu językiem prawdy — zażartował Len, zgrabnym ruchem układając się obok niej. Jaśminowiec parsknęła pod nosem.
— Może przekąsisz coś? W końcu taki dzielny i zajęty wojownik jak ty musi dbać o porządne posiłki — zaproponowała, podsuwając ledwo naruszoną piszczkę kocurowi.
— W takim towarzystwie? Jakbym śmiał odmówić? — posłał jej czarujący uśmiech. Wspólny posiłek zamienił się w miły spacer, a miły spacer w uroczy wieczór. I chociaż towarzystwo Lnu rzeczywiście było zabawne, a kocur mimo ciętego języka był czarujący, Jaśminowiec cały czas uciekała myślami nie do niego, a do Miłostki…

***

Minęło trochę czasu. Dni, w których miała treningi, stały się nieco bardziej znośne, odkąd zaczęła spędzać wolny czas z Lnem. Same ich spotkania były przyjemne, zabawne, jednak najlepszą rzeczą było patrzenie na kwaśną minę Miłostki, którą zawsze ich obdarzyła, gdy wspólnie wracali wieczorami do obozu.
W końcu jednak doczekała się dnia mianowania. Już od rana przeczuwała, że coś się szykuje, a gdy zobaczyła poruszenie przy legowisku liderki, była pewna, że chodzi o nią. Niedługo pod drzewem zebrała się cała społeczność, by oglądać tak wyczekiwane mianowanie.
— Jaśminowcu, wystąp — zawołała Sówka. Jaśminowiec była tak podekscytowana, że ledwo co mogła ustać w miejscu. Musiała jednak zachowywać się godnie, tak jak na wojowniczkę przystało. W końcu Len, a co ważniejsze – Miłostka, na pewno ją teraz obserwowali.
— Najwyższy czas, abyś dołączyła do grona wojowników. Wykazałaś się wytrwałością i sprytem. Czy przysięgasz pozostać lojalnym naszej społeczności i walczyć za jej dobro?
— Przysięgam.
— A zatem witamy cię jako nowego wojownika Owocowego Lasu!
Po skandowaniu imienia, wyściskania przez rodzinę i rozejściu się tłumu, podszedł do niej Len. Upewniwszy się, że gdzieś w tłumie jeszcze widzi Miłostkę, mierzącą ją nieprzyjemnym spojrzeniem, Jaśminka przytuliła się z głośnym mruczeniem do kremowego. Kocur objął ją ogonem, śmiejąc się pod nosem.
— No w końcu. Trochę musiałem na ciebie czekać — mruknął przekornie.
— Ach, jakiś ty łaskawy i cierpliwy — rzuciła z uśmiechem. — Nie będzie ci brakowało naszych potreningowych wypadów? — zaśmiała się Jaśminowiec.
— A kto powiedział, że muszą się kończyć? Zmienimy tylko nazwę i nikt się nie przyczepi — puścił jej oczko.
— Ach tak? To jak teraz niby będą się nazywały nasze małe spotkania, hm? — droczyła się.
— Jakieś propozycje? — Len delikatnie nachylił się do kotki, zerkając zadziornie w jej ślepia.
Jaśminowcowi mignęła zawistna minka Miłostki. Z każdym dniem była bliżej Lnu, ale jeszcze nigdy nie zdecydowała się na jakiś większy krok w tej relacji. W końcu chciała tylko zrobić na złość Miłostce, a nie pakować się w większe związki… ale w tamtym momencie nie mogła sobie odmówić pokusie, by jeszcze bardziej dopiec szylkretce. Jaśminowiec nie była głupia, dobrze widziała, że córce Miodka podobał się Len. Nie było lepszej zemsty niż odbicie kotce nie tylko przyjaciela, ale i chłopaka. Tak więc niewiele myśląc, otarła się delikatnie o miękki policzek Lnu i polizała go delikatnie po nosku, szepcząc mu do ucha zalotne: “zobaczymy”. Len, chociaż początkowo nieco zaskoczony, z dziarskim błyskiem w oku przyjął buziaczka. Parka wymieniła się jeszcze ustaleniami co do ich następnego spotkania i pożegnali się, nieco czulej niż zwykle. Po całej akcji Jaśminowiec postanowiła pomęczyć trochę Miłostkę. Należało jej się za rozpowiadanie głupot o tym, że śmierdzi. Wyszukała więc kotkę w obozowisku i ze złośliwym uśmieszkiem oraz uniesionym pewnie ogonem do niej podeszła.
— I co, nie pogratulujesz mi mianowania? — zaczęła, przekręcając łepek. — Twój najlepszy przyjaciel mi pogratulował, myślałam, że też się ruszysz. Chociaż, hm, ostatnio rzeczywiście coś mało was razem widzę. Ciekawe dlaczego… — mruczała, próbując wydusić z Miłostki jakąś reakcję.

<Miłostko?>

[1564 słowa + rozpoznawanie tropu lisa]

[przyznano 31% + 5%]

07 czerwca 2025

Od Miłostki CD. Jaśminowiec

Nie była w stanie określić czy była teraz przerażona mniej, czy może nawet bardziej, nić jeszcze przed kilkoma uderzeniami serca, kiedy myślała, że postać za nią była złym duchem. Oczywiście, zdradliwa dusza mogła być niebezpieczna, ale... Ale prawdziwa Pani Świergot umiała być gorsza... Ona mogła na nie nakablować, mogła powiedzieć coś Pani Pieczarce i... Komukolwiek, kto zajmował się treningiem Jaśminki. Ba! Mogła nawet powiedzieć Pani Liderce Sówce, a nie wiadomo co ona by zrobiła! Czy mogłaby wstrzymać ich szkolenie? A może kazałaby im co cykl słońca wymieniać przesikany, śmierdzący, przepocony mech u starszych? Albo gorsze! Zrobiłaby z nich członków starszyzny! Jak Miłostka spojrzałaby w oczy Lna?! Wolałaby odejść i żyć na jagodach, niżeli spędzić nawet księżyc na takich okropnościach. Och, co ma robić, co robić?!
Nagle pewna iskierka zalśniła jej w oczach; nie było to honorowe zagranie, ale... Zawsze lepsze niż żadne...
— Ah! Pani Świergot, niech nas- Nie! Niech mnie Pani wysłucha! — zapiszczała żałośnie, a dalej przestraszone, ale i teraz pytające spojrzenie Jaśminowiec, spoczęło na jej pysku. — To-to nieporozumienie! Ja nie chciałam, przysięgam!
— Ż-że co? — wydukała tylko młodsza, dalej nie do końca rozumiejąc, co się dzieje.
— Widzi Pani? Jak ona się jąka! Ona jest winna, to wszystko sprawka Jaśminowiec! Ja chciałam ją powstrzymać, bo wiem, że nie powinno się wchodzić do Pani legowiska, o ile nie jest się chorym, a tym bardziej dla zabawy! — Słowa wylewały jej się z rudego pyszczka, niczym wodospad, a starsza kotka nie wiedziała, kiedy wbić jej się w słowo. Za to druga uczennica słuchała wszystkiego z niedowierzaniem. Została porobiona... Jest wrabiana na własnych oczach... — Pani Świergot Szamanko, ja bym nigdy, przenigdy czegoś takiego nie zrobiła! Na tatusia przysięgam, no i na mamusie, na ciotunie Mirabelke! Nawet na mojego śmierdzącego brata Sekrecika mogę przysiąc, ale nie wiem, czy wtedy się nie wyzeruję. No, ale to naprawdę nie ja!
— Uspokój się, dziecko! Twoje słowa leją się i leją, a ta, którą obwiniasz, siedzi tutaj i z każdą chwilą jeszcze bardziej rozdziawia pyszczek i wyłupia oczy. — Próbowała ją uciszyć, ale to tylko dało Miłostce kolejną szansę.
— No właśnie! Nie broni się! Nie ma jak, bo wie, że jest winna! — kontynuowała, wskazując pazurem na srebrną. — Ale Szanowna Pani, ja Panią proszę... Niech się Pani zlituję nad nią, ja obiecuję, że się tym zajmę, że ją ukarzę i Pani nawet ogonem nie będzie musiała machać. Nie ma powodu, żeby ktoś o tym wiedział. Bo ja specjalnie tutaj za nią przyszłam, żeby się rozliczyć, bo wie Pani, ja bardzo kocham Owocowy Las i nie chce, żeby się w nim szerzyło takie straszne, nikczemne zachowanie. Z takiego kota, co mu się zawsze na wszystko pozwalało, rodzą się same maszkary, a to zgniłe nasienie tylko się roznosi. Dla tego ja jestem taka szlachetna, bo w moich rodzicach nie ma ani kropelki złej krwi, no a Sekrecik to wyjątek, bo on ma w żyłach błoto... — memłała i memłała tym swoim językiem, aż Świergot przycisnęła jej do pyska łapę; cisza była ukojeniem, miodek na uszy.
— Cisza... Zamilknij na moment... No i daj się wypowiedzieć koleżan- — Chciała być dobra i sprawiedliwa, chciała dać szansę, aby córka Cierń się obroniła, ale starania poszły na nic, kiedy delikatnie odsunęła poduszkę spod nosa Miłostki, aby skinąć pazurem w stronę Jaśminowiec.
— Nie! Nie ma potrzeby, mu już idziemy, nie przeszkadzamy! Wiemy, że ma Pani dużo zajęć, ale proszę się nie martwić, ja wszystko załatwię! A w razie czego, to mój tato się rozmówi z mamą Jaśminowiec! — zawołała szylkretka i szarpnęła drugą uczennicę delikatnie za ogon, trzymając go w zębach. Wytarmosiła ją aż pod legowisko uczniów, gdzie pod pniem, wypluła go i wybuchnęła gromkim śmiechem.
— Bhaha! Widziałaś, jak ją zgrabnie owinęłam wokół łapy? Widziałaś? Niesamowicie to rozegrałam, co nie, co nie? Ty też, muszę powiedzieć, że super wypadłaś, zwłaszcza na kogoś, kogo brat wygląda jak dżdżownica!

<Jaśminowiec?>
[628 słów]

[przyznano 13%]

19 kwietnia 2025

Od Jaśminowiec CD. Miłostki

— Jakieś kleszcze? Nie? Super. — Jaśminowiec ledwo co wsunęła pyszczek do legowiska starszyzny, by zaraz wywiać stamtąd, niczym kurz poruszony wiatrem. I tak siedział tam tylko Bryza, cicho pochrapujący gdzieś w kącie. Ciekawe, gdzie się podział staruszek Ślimak… Jaśminek tylko szybko wzruszyła ramionami, po czym pobiegła dalej.
Podczas gdy Dereńka zajmowała się patrolem łowieckim, jej uczennica została oddelegowana do wykonania mniejszych zadań obozowych. Koteczka miała zamiar szybko wszystko ogarnąć, żeby mieć czas na cokolwiek innego. Bycie kociakiem na posyłki było najgorsze! Miała już sześć księżyców, była w stanie przecież robić coś poważniejszego niż roznoszenie piszczek… Po obskoczeniu obozu Jaśminowiec na moment przysiadła, by zaczerpnąć oddechu. Słońce przyjemnie łaskotało jej pyszczek, gdy korony drzew akurat się rozchyliły, a miła bryza przyniosła najróżniejsze zapachy. Zajęta rozpoznawaniem, co właściwie wyczuwa w powietrzu, dopiero po chwili zauważyła kształt, który się do niej zbliżał. Najpierw kątem oka zahaczyła o szylkretową sylwetkę, potem już gwałtownie odwróciła cały łepek, żeby upewnić się, że oczy jej nie mylą. Zamrugała parę razy, próbując sobie przyswoić ten widok. Miłostka, ta, z którą chciała się już od dłuższego czasu zapoznać, właśnie z własnej, nieprzymuszonej woli sama coś od niej chciała? I to sama, bez obstawy? Jaśmince aż drgnęły wąsiki z podekscytowania.
— Hejka. Chcesz zakraść się do legowiska staruszki Świergot? Nie ma jej, a ja w sumie nie byłam tam nigdy…
— Tak! — pisnęła momentalnie srebrna, po czym szybko otrząsnęła się i odchrząknęła. — To znaczy… ta, pewnie — miauknęła już spokojniej, ukrywając ekscytacje. Nie mogła dopuścić, żeby Miłostka pomyślała, że jest jakaś zdesperowana.
— No dobra. — Szylkreta uniosła jedną brew, po czym lekkim krokiem skierowała się w stronę pnia, w którym znajdowało się leże medyczki. Jaśminowiec ruszyła za nią, szybko zrównując się krokiem ze starszą koleżanką.
— To… Twoja mentorka też wyszła polować?
— Nie. Pani Pieczarka cały czas mi skrzeczała nad uchem, że muszę odpocząć, to odpoczywam.
— Od czego?
— Tworzenia niedocenionych arcydzieł…
— Brzmi nudno. Ja bym wolała robić rzeczy, nawet jeśli niedoceniane — stwierdziła Jaśminowiec, spoglądając na mordkę Miłostki. Nie często mogła podziwiać kotkę z tak bliska. Nie wypadało tak po prostu podejść i się przyglądać, a szylkretka była naprawdę ładna. Pierwszy raz zauważyła, że jej nosek wraz z plamkami obok przypominał serduszko.
— Co nie? Ale Pani Pieczarka się uparła i nic nie zrobisz — westchnęła Miłostka, wywracając oczętami. — Dobra, jesteśmy. Teraz cicho. I zachowuj się naturalnie, tak jakbyśmy po prostu odwiedzały staruszkę.
Jaśminowiec pokiwała głową w odpowiedzi. Razem spokojnie przeszły przez próg dziupli i zaczęły się rozglądać. Woń ziół niemalże powaliła czekoladową na ziemię, gdy zrobiła jeszcze parę kroków naprzód.
— To niesamowite, że Pani Świergot jeszcze nos nie odpadł od tych wszystkich roślin — zauważyła Jaśmin, po czym kichnęła głośno.
— No, Tobie się chyba właśnie urwał — zaśmiała się Miłostka, rozglądając się po przegródkach zrobionych z patyków. Jaśminek szybko potarła pyszczek łapką - na szczęście nos był na miejscu.
— Ha ha, śmieszne — rzuciła, wracając do zwiedzania. Doszła do niewielkiego spadku w dziupli, który prowadził do kolejnej partii. Jaśminek nagle zatrzymała się, próbując wyostrzyć wzrok na czymś, co leżało kawałek od niej. Przez ciemność panującą w kącie leża nie mogła ustalić, na co właściwie patrzy. Wydawało jej się, że chyba zobaczyła… futerko?
— Hej Miłostko… — rzuciła, zastygłszy w miejscu.
— Hm? Co znalazłaś? — Szylkretka przecisnęła się obok, by zaraz również stanąć nieruchomo. Przed nimi leżało kształt, który aż niepokojąco przypominał kota. Bardzo statycznego kota. Jego skołtuniona, gęsta sierść nie unosiła się tak, jak powinna podczas wdechów i wydechów. Jego boki w ogóle się nie poruszały…
— Myślisz, że to… — Srebrna przełknęła ślinę. — Staruszka Świergot?
— My-Myślę... Myślę, że jest taka opcja. A-ale wygląda też jak jakiś upiór. — Miłostka zakaszlała cicho. — Zrobiłaś kiedyś coś, co mogłoby ją zdenerwować? Wiesz... Może się mścić…
— N-nie! Nigdy jej nic nie zrobiłam… Chyba, że… — Jaśminowiec położyła po sobie uszy. — Co jeśli będzie nas teraz nawiedzać, bo weszłyśmy do jej leża bez pozwolenia?
— Nie m-mów tak nawet! Powinnyśmy iść… — Szylkreta zaczęła powoli się wycofywać. Co jeśli naprawdę przed nimi leżało truchło Świergot i rozzłościły jej ducha? Ah, a mogły tu po prostu nie wchodzić! Wiedziały, że Świergot jest stara i niedługo wyciągnie łapki, ale dlaczego musiało się to stać akurat teraz?
— Poczekaj, może ona tylko ś-śpi… — wydusiła z siebie Jaśminowiec, chwytając w pyszczek najbliżej leżący patyk. Zbliżyła się jeszcze kawałek i delikatnie tykła domniemywane truchło. Nic. Żadnego ruchu. Na osty i ciernie… Odsuwając patyk, od cielska odpadł kawałek, na co Jaśminek pisnęła wystraszona.
— ODPADŁO JEJ UCHO! TERAZ NA PEWNO NAS OPĘTA — wrzasnęła Miłostka, cofając się z podkulonym ogonem. Srebrna momentalnie wypluła patyk i na skraju łez podskoczyła do Miłostki. Wtem obydwie kotki poczuły opór podczas cofania. Z gardła Jaśmin momentalnie wydarł się wrzask, gdy przylgnęła do boku Miłostki, zbyt przerażona, by się odwrócić.
— A wy młode damy co tu robicie? — Za uczennicami rozległ się w miarę znajomy głos. O nie… duch je znalazł! To już koniec!
— Przepraszamy, duchu Pani Świergot! Niech się Pani na nas nie gniewa, my tylko chciałyśmy zobaczyć Pani leże! Nie wiedziałyśmy, że spoczęła tu Pani na zawsze — załkała szylkretka. Jaśminka nie była gotowa zmierzyć się spojrzeniem z najprawdziwszym duchem, więc tylko zamknęła oczy.
— Przepraszamy! Prosimy o wybaczenie!
Uczennice usłyszały tylko donośne westchnięcie zza grzbietów.
— Duch, co… — mruknęła Świergot, która zerkała to na najeżone ze strachu koteczki, to na pokaźną stertę mchu, którą wcześniej szturchnęła Jaśminowiec.

<Miłostko? xD>
[857 słów]

[przyznano 17%]

16 kwietnia 2025

Od Miłostki Do Jaśminowiec

— Ładnie? — zapytała z dumą. Siedziała na grubej gałęzi, a Pani Pieczarka przyglądała się jej poczynaniom z sąsiedniego drzewa; jej wymowne oczy pokazywały litość. 
— Jejku... Miłostko, ale czemu... — zacięła się; nie wiedziała, jak ubrać w słowa to, co chce przekazać, aby nie zrujnować zapału uczennicy. Zwłaszcza że była bardzo podekscytowana tego ranka, kiedy dowiedziała się, że będą próbować budować legowiska w koronach owocowych drzewek. — Czemu... — W końcu się poddała.
— No co? Przecież wszystko się zgadza! — miauknęła i odwróciła się do swojego "dzieła" — Jest milutki meszek na dole, jest na czym główkę położyć, o! A patrz tutaj Pani Pieczarko! Mam nawet, to mój innowacyjny pomysł, zasłonka z liści. Pozwoli przenieść twoje sny do krainy wiecznych polowań na najdziksze, najpiękniej opierzone ptaszyny — Była całkowicie pewna, że jej pomysł jest rewolucyjny. Każdy przecież chciałby móc zasypiać, czując się, jakby otulała go bezpieczna, leśna gęstwina. — Dodatkowo, to jeszcze muszę przedyskutować z Panią Świergot, ale... Myślę nad zrobieniem z tego praktycznej obrony przed duchami. Wie Pani... Pobłogosławione przez Wszechmatke; żadna haniebna, nieumarła łapka nie przedrze się, aby wbić pazury w nasze bezbronne ciałka podczas odpoczynku w blasku księżyca. 
— Miłostko to na pewno bardzo ciekawy i błyskotliwy pomysł, ale nie w tym rzecz. Nie wydaję mi się, żeby twoje legowisku było do końca... Bezpieczne... — powiedziała zastępczyni, podchodząc bliżej, dalej jednak zostając na innym drzewie. 
— Pf! Oczywiście, że jest! To najbardziej stabilne i komfortowe leże w całym Owocowym Lesie! Sama Pani Przywódczyni Sówka chciałaby mieć takie i w takim co nocy sypiać! Możemy nawet się jej zapytać. 
— Sówka jest bardzo zapracowana. Nie mieszajmy jej w głowie. Ale twój... Wyrób.
— Moje arcydzieło — poprawiła pointka.
— Dobrze, twoje arcydzieło... Co dokładnie podstawiłaś pod sam mech?
— Pod mech? 
— No tak... Sama warstwa mchu nie utrzyma dorosłego kota, a widzę, że jest położona na dwóch gałęziach. Są one, co prawda, blisko siebie, ale między nimi wydaję mi się, że zauważam szparkę. — Wychyliła się, aby lepiej dojrzeć. 
— To bardzo porządny mech, nie potrzebowałam niczego! — upierała się uczennica. — Mogę to nawet udowodnić! — powiedziała prędko. Wskoczyła na wykonane przez siebie legowisko. 
— Miłostko, proszę nie! — To ostatnie co usłyszała przed tym, jak spód ugiął się, a ona prześlizgnęła się, niczym dżdżownica, między dwiema gałęziami. Próbowała zaczepić się pazurkami o konar, ale nie umiała się na tyle skoncentrować. Spadła w krzaki.
— Przeżyłam! — wykrzyknęła, wychodząc tyłem spomiędzy zarośli; Pieczarka, cała w nerwach, już tam czekała. 

* * * 

Mimo nalegań i zapewnień, że wszystko jest w porządku, zastępczyni uparła się, że drzewo było na tyle wysokie, że powinny udać się do Świergot. Miłostka nienawidziła tracić czasu u staruszki... 
— Nic mnie nie boli — powtarzała. 
— Bo dalej jesteś w szoku — odpowiadała biała zwiadowczyni.
— Chodzę prosto.
— Bo nie upadłaś na głowę.
— Ogon prostuję na całej długości.
— W życiu nie liczy się tylko twój ogon.
— Pani Świergot na pewno ma tyle obowiązków... Po co jej utrudniać? — jęczała szylkretka.
— Nie dowiemy się, o ile jej nie odwiedzimy. Poza tym miło będzie ją odwiedzić, prawda? — Uśmiechnęła się mentorka.
— Od kiedy odwiedziny są tak ważną częścią obowiązków zwiadowcy, że musimy je ćwiczyć na treningach? — zapytała lekko z przekąsem, lekko naburmuszona. Bała się, że w końcu jej brat ją przegoni i zakończy trening szybciej niż ona. 
— Od kiedy zauważam, że moja podopieczna rozmawia tylko i wyłącznie z garstką kotów — rzuciła przez ramie. Miłostka wlepiła ślepia we własne łapy. — To nie część treningu na zwiadowcę, czy na wojownika, czy na cokolwiek innego; to część ważniejszej ścieżki... Ścieżki członka Owocowego Lasu; prawowitego, szanowanego i kochanego członka. 
— Znam dużo kotów, które są bardziej zamknięte niż ja. A do tego są paskudne i niemiłe... — mruknęła pod nosem, ale Pieczarka dokładnie wszystko słyszała. Wiedziała też, o kogo chodzi podopiecznej.
— No właśnie. Więc wiesz, że duża część za nimi nie przepada, prawda? Chyba nie chcesz być ta ogólnie nielubiana?
— Nie obchodzi mnie czy ktoś mnie lubi, czy nie. Sama wybieram, kogo ja lubię i dopiero wtedy mi zależy, aby ten kot też mnie lubił — powiedziała spod nosa. Pieczarka pokręciła łbem. Byli już na miejscu, więc nie miała zamiaru dalej moralizować koteczki; nie tutaj. Postawiła łapę wgłąb legowiska. Panowała w nim cisza, jak gdyby świat się zatrzymał. Nasłuchiwała, ale nic. Terminatorka, jakby od niechcenia, też postawiła ucho. 
— Może umarła? — rzuciła bez chwili zastanowienia.
— Miłostko! — Chyba nigdy nie widziała, żeby Pieczarka tak się czymś przejęła. Koteczka skierowała kąciki pyska na dół i podniosła brewki. Mentorka poddała się i odwróciła się znów w stronę lecznicy. — Halo? — zawołała. Nic... — Świergot? Jesteś tutaj? 
Dalej cisza... 
— Udało mi się? — wtrąciła się znowu szylkretka, a zastępczyni zaczynała tracić swoją niewyczerpaną cierpliwość. — Możemy wrócić do treningu? Bo wie Pani... Ja nie mogę pozwolić, żeby mój brat był lepszy ode mnie. 
— Muszę ustalić patrole, dzisiaj koniec — rzuciła, a w jej głosie rozbrzmiewało zmęczenie.
— Ahaa~ To co ja mam robić? — dociekała. Len był na patrolu łowieckim i to chyba nawet wraz z Sekrecikiem. Ta cholernie zazdrościła bratu... 
— Odpocznij. Nie przesadzałam; mogłaś coś sobie zrobić, kiedy spadałaś. — Miłostka dreptała obok białej, kiedy ta zmierzała powoli w stronę centrum obozu. 
— Ale to takie nudne! Nikogo nie ma. Słońce nawet nie góruje; wszyscy są na zewnątrz i się czegoś uczą! Nawet tatko i mama wyszli. Umrę z nudów, nie przez upadek  jabłonki! — Próbowała wywalczyć cokolwiek. Dwie pary zielonych ślepiów skrzyżowały się. Zastępczyni szybko odpuściła i zaczęła się rozglądać. 
— Nie prawda, nie wszyscy. — Zatrzymała się i wskazała łapą na siedzącą przy wejściu koteczkę. — To uczennica Dereńki, ale Dereńka zastępuję Żagnice w patrolu łowieckim. No a Jaśminowiec, bo tak się nazywa, ale przecież powinnaś to wiedzieć, dopiero zaczęła trening i raczej nie powinna wychodzić na takie patrole. Straszyłaby tylko zwierzynę... — opowiedziała, to patrząc na swoją, a to na uczennice Dereńki. 
Fakt, Miłostka kojarzyła ją. Minęli się w żłobku, ale zawsze uważała dzieciaki Cierń za... Gorsze. Nie chodzi o nic, co dotyczyłoby ich matki, chociaż musiała przyznać, że aparycja Cienia nie wywoływała w niej żadnych miłych i pozytywnych odczuć, a raczej o zwyczajny aspekt tego, że byli młodsi i nie posiadali przewagi liczebnej. Nie umknęło jej też, że przyłapywała młodszą na przyglądaniu się jej z bezpiecznej odległości. Nie tylko jej, ale też jej bratu, a co najgorsze... Wpatrywała się w Lna. Dlatego też szylkretka coraz rzadziej, o ile było to możliwe, unikała pozostawiania kremowego kocurka samego. Teraz jednak obie były same. Były same, a Pani Pieczarka była nieznośna! 
Mimo to westchnęła tylko i powlokła się w kierunku srebrnej. Szła, jak na skazanie. Sunęła niczym ślimak, co dało jej dużo czasu do namysłu, co powinna powiedzieć. Znaczy... Dałoby jej, gdyby chciała go jakkolwiek wykorzystać, bo w praktyce narzekała jedynie na cały grzybny świat. Widziała, jak mordka Jaśminowiec jest coraz bardziej rozdziawiona, z każdym krokiem starszej uczennicy. Nie czekając, aż ta coś powie, sama się odezwała.
— Hejka. Chcesz zakraść się do legowiska staruszki Świergot? Nie ma jej, a ja w sumie nie byłam tam nigdy... 

<Jaśminowiec?>
[1111 słów + tworzenie legowisk w gałęziach drzew]

[przyznano 22% + 5%]