Spodziewała się takiego pytania z pyska kociąt, jednak miała nadzieję, że upłynie jeszcze trochę czasu nim zorientują się, że ich rodzina nie jest pełna, jak chociażby rodzina Wróżki, Lotosa i Białego. Ciekawskie istoty musiały drążyć temat. Westchnęła, zastanawiając się nad słowami. Na dobrą sprawę nie chciała nic mówić o czarnym bengalu. Jednak samo istnienie jej trójki synów, którzy odziedziczyli po nim błękitne oczy i nietypowe pręgi na futrze, przypominały kocicy o Secie. I o tym, że nie chciała popełniać błędów swoich rodziców. Chciała zapewnić im obecność obu rodziców w ich życiu, jednak bengal nie potrafił stanąć na wysokości zadania jako ojciec. Co prawda, podczas ciąży przez głowę przeleciała pewna myśl, aby zaproponować zostanie ojcem jej kociąt pewnemu kocurowi, lecz również i jemu już wystarczająco problemów przysporzyła. A po ich ostatniej rozmowie, zrezygnowała całkowicie z tego pomysłu, ciesząc się, że ich relacja nie została całkowicie zaprzepaszczona po tym, jak Echo nie odwzajemnił jej uczuć.
"Bo nie żyje"
– Czy tata jest ci do szczęścia potrzebny? – spytała krzyżując przednie łapy.
– Nie wiem – przyznał po chwili ciszy. – Ale chce wiedzieć czemu...
Kocica spojrzała na pozostałe kocięta, które ułożyły się przy jej brzuchu. Skupiła spojrzenie na Kołysanku, który jako jedyny posiadał ten sam koloru oczu co ona.
– Nie macie taty, bo chciałam, abyście go sobie sami wybrali – odparła. – Możecie mówić "tato" do kocura, który będzie chciał się z wami bawić.
– Naprawdę? – spytał Księżyc z błyskiem w oczach. – Czy to znaczy, że możemy mieć kilku tatów?
– Oczywiście, nie widzę przeszkód, aby każdy z was miał swojego własnego "tatę". Przynajmniej nie będziecie się o niego kłócić, z którym z was ma się w tej chwili bawić... – Uśmiechnęła się pod nosem, widząc, jak Księżyc przejął się jej słowami. – Tylko pamiętajcie, aby wcześniej zapytać się kota, czy chce być waszym tatą...
– To ktoś może nie chcieć...?
– Niestety. Dlatego lepiej się zapytać, nawet z grzeczności. Poza tym niektóre kocury nie nadają się do bycia rodzicem, mimo, że są dorośli, to są niczym wyrośnięte kocięta – prychnęła.
– Też się bawią kulkami mchu? – spytał niebieski, nie bardzo rozumiejąc. – Ja bym był dobrym rodzicem – dodał po chwili w zastanowieniu.
– Tak... – mówiąc to przeniosła spojrzenie z kociaka na ścianę żłobka, by po chwili głośno westchnąć. Ponownie przybrała na pysk uśmiechniętą minę. – Na pewno. – zgodziła się z synem.
– A kotki też są czasem jak wyrośnięte kocięta? – spytał podłapując temat, ciekawy odpowiedzi.
– Tak. U kotek też się to zdarza. Sądzę, że sama jestem takim wyrośniętym kociakiem i na pewno wasza babcia, Brzęczkowy Trel, również tak uważa, ale zależy kogo zapytać. Kiedy byłam uczennicą, groziła mi, że zostanę wiecznym kociakiem – podzieliła się jedną z historii. – Cóż, wieczną to zostałam królową, a własnych kociaków to dostałam aż trójkę.
– Można zostać wiecznym kociakiem? To tak się da?
– Nie wiem. Nie mamy takiej roli w klanie – przyznała , zastanawiając się czy Królicza Gwiazda stworzyłby taką rangę, specjalnie dla niej, jeśli nie zaczęłaby się przykładać do treningu. – Myślę, że mnie po prostu straszyła i chciała zmotywować w taki sposób, abym wzięła się za trening, a nie zbijała bąki.
– A co to bąk... – odezwał się po chwili udawania, że wie o co chodzi.
– To takie powiedzenie – wytłumaczyła. – Chodzi o to, że zamiast ćwiczyć polowanie czy walki, wolałam leniuchować i rozmyślać o różnych rzeczach, niekoniecznie związanych z przyziemnymi rzeczami, jak chociażby polowanie.
–A polowałaś kiedyś? Jak się poluje? – zaczął się bawić matczynym ogonem, by zająć czymś łapy.
– Kilka razy się zdarzyło... – rozpoczęła historię, na początku wtrącając wyjaśnienie dotyczące całej zabawy z polowaniem, po różnorakie techniki łowieckie. – Nie szło mi to za dobrze. Mimo, że z łatwością przychodziło mi wytropienie zwierzyny, miałam problemy, aby ją dogonić... Króliki to są doprawdy szybkie i szczwane bestyjki. A to właśnie one w naszym klanie stanowią główny pokarm.
– Lubię króliki, są puchate i miłe – mruknął. – Ale są też zające, prawda? Ich nie lubię, sierść mają taką bardziej szorstką... Chociaż najlepsze są myszy, wiesz? Bo są mniej żylaste, nie lubię struktury mięsa królików... tylko ich futerko. Raz tylko jadłem, wiesz? A myszy są z futerkiem... i nie lubię jak mam ich futerko w gardle, bo potem mi się chce wy-wymiotować. Nie lubię wymiotować.
– Nie znam nikogo kto by lubił wymiotować – parsknęła, gdy kocię dzieliło się z nią swoimi preferencjami żywieniowymi. Była to prosta wymiana zdań, między matką a synem, jednak Szanta nie pamiętała, aby ze swoją matką kiedykolwiek rozmawiała na tak prosty temat. Z babcią chyba też nie, zarówno z jedną, jak i z drugą. A z tatą, cóż, pamiętała tylko, że kiedyś byli bliżej. – Dobrze, że mi o tym powiedziałeś. Nauczę cię ściągać z nich sierść, aby nie drapała cię w gardło – zaproponowała, w końcu nie chciała, aby jej kocię wymiotowało. Nie było to nic przyjemnego. Dla wymiotującego i pozostałych kotów znajdujących się w jego pobliżu. – A właśnie. Zapomniałam wam powiedzieć. Gdy szkoliłam się na wojownika, za mój trening odpowiadała sama zastępczyni. – W jej głosie rozbrzmiała duma, chociaż nie powinna. W końcu przysporzyła mentorce nie raz kłopotu, a dodatkowo koniec końców i tak zamiast jako wojownik, skończyła jako karmicielka. Mimo tego, ilekroć wpadała na kocicę, tym bardziej przekonywała się, że Przepiórczy Puch nie ma do niej żalu o obranie innej ścieżki.
– Pani Przepiórka?
– Tak, Pani Przepiórka – wymruczała wtulając pysk w królicze futro, którym wyłożone było ich posłanie. Uśmiechnęła się, gdy jej umysł zalały czasy z bycia uczennicą. – Ciekawe czy miałaby jeszcze siłę, aby wziąć na ucznia któregoś z was... – Bo cierpliwości nie mogła odmówić szylkretowej kocicy.
<Księżycu?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz