BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 18 października, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Trzcinowa Łapa x Mandarynkowe Pióro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Trzcinowa Łapa x Mandarynkowe Pióro. Pokaż wszystkie posty

05 października 2026

Od Trzcinowego Szmeru CD. Mandarynkowej Gwiazdy

Wyszła wraz ze swoim partnerem z legowiska liderki Klanu Nocy. Oboje milczeli i żadne z nich nie chciało podjąć rozmowy na temat Dryfującej Bulwy, Baśniowej Stokrotki i wydr. Był to drażliwy temat dla niej i Żmijowcowa Wić zdecydowanie o tym wiedział. Rozstali się, ona wyszła pierwsza na patrol, zgarniając ze sobą Wężynowy Kieł, Wzlatującą Uszatkę i Ropuszy Skok. Nie wtajemniczała nikogo, czego dokładnie szukają. Miało to wyglądać jak zwykły patrol graniczny i takim z resztą był. Trzcinowy Szmer wróciła do obozu z pustymi łapami i żadnymi poszlakami związanymi z wydrami. Nikogo niepodejrzanego nie zauważyła, a woń brązowych drapieżników była wywietrzała. Pewnie należała do tych samych zwierząt z ostatniego ataku.

***
Pora Nagich Drzew

Dni mijały, jak i pora sezonu. Teraz kiedy ciężkie śniegi zasypały obóz Klanu Nocy oraz lody skuły rzeki, koty ciężko pracowały, by przetrwać. Zwierzyna również poznikała, nawet ryby nie chciały pływać na tyle blisko powierzchni przerębli, które koty starały się robić.
Trzęsąc się z zimna, weszła do obozu wraz z wojownikami, z którymi była na patrolu granicznym. Znów nic. Żadnego obcego kota, który trenowałby wydry do szpiegowania kotów z Klanu Nocy. Jej obawy zaczęły się nasilać, że Mandarynkowa Gwiazda uwierzyła jakiejś głupocie jej rodziców, która miała tylko przerazić Nocniaki. Czy będzie musiała dalej tropić nieistniejącego kota? Jeśli tak, to będzie musiała porozmawiać w cztery oczy ze Żmijowcową Wicią. Czy wtedy nie byłoby prościej znaleźć pierwszego lepszego samotnika i zaprowadzić na ścięcie lub od razu go zamordować? Jedno istnienie mogłoby ocalić spokój całemu Klanu Nocy i nikt nie musiałby z powrotem do tego wracać.
Szylkretowa zwiadowczyni weszła do ciepłego legowiska liderki i skinęła jej głową na powitanie, zarazem mrugając szybko oczyma, by przyzwyczaić się do panującej tutaj ciemności.
— Znów niczego nie znaleźliśmy Mandarynkowa Gwiazdo. Ten cały samotnik, który trenuje wydry musiał być wyssanym z pazura straszakiem, wymyślonym przez Baśniową Stokrotkę i Dryfującą Bulwę. Żmijowcowa Wić również niczego do tej pory nie znalazł. — Szukała na pysku starszej liderki wątpliwości i zakłopotania. Czy będzie musiała ją odwodzić od dalszych poszukiwań i zwracać jej uwagę na ciężkie warunki pogodowe, jakie panują tej Pory Nagich Drzew? Patrzyła na kocicę z wyczekiwaniem.

< Mandarynkowa Gwiazdo? >
🎍

28 września 2026

Od Mandarynkowej Gwiazdy CD. Trzcinowego Szmeru

Uśmiechnęła się.
– Nie ma za co. Na pewno zostanie dobrą i szanowaną wojowniczką godną miana namiestniczki – zapewniła.

***

Teraźniejszość

Dzisiaj nakazała Błękitnej Lagunie przywołać do jej legowiska parę najstarszych namiestników pod pretekstem omówienia postępów w treningu Centuriowej Łapy i Orzechówkowej Łapy. Kiedy Żmijowcowa Wić i Trzcinowy Szmer wkroczyli do jej legowiska i zajęli swoje miejsca naprzeciwko niej, przeszła do rzeczy.
– Na pewno pamiętacie niedawny atak wydr i samotników na nasz obóz – zaczęła. – Tak się składa, że podczas przesłuchania Dryfująca Bulwa udzielił mi kilku interesujących informacji, w zamian za co został puszczony wolno i mógł odejść z terenów Klanu Nocy.
Oba koty zastrzygły uszami z zainteresowaniem na tę informację.
– Powiedział mi, że jakiś czas temu zobaczył jakiegoś kota w towarzystwie wydr. Te go nie atakowały, a więc jest szansa, że samotnicy oprócz ptaków trenują również wydry przeciwko nam – tu zrobiła pauzę. – Chciałabym, żebyście zbadali tę sprawę. To znaczy, wytropili wydry i sprawdzili ich powiązania z samotnikami, a następnie przekazali mi wyniki waszego dochodzenia.
Para skinęła głowami.
– Niestety nie wiadomo dokładnie, gdzie wydry zostały zaobserwowane w towarzystwie kota, więc o tym wszystkim musicie dowiedzieć się sami. Liczę na was.
Przesunęła po nich wzrokiem. Nie chciała narażać ich na niebezpieczeństwo, aczkolwiek była pewna, że poradziliby sobie z tym. Poza tym nie miała tak naprawdę innego wyboru, o ile nie zamierzała puścić tego wszystkiego mimo uszu.

<Trzcina? Dostajecie zadanie bojowe>

11 września 2026

Od Trzcinowego Szmeru CD. Mandarynkowej Gwiazdy

Na drugi dzień po ślubie

Do żłobka weszła srebrna przywódczyni.
— Trzcinowy Szmerze, mogę cię prosić?
Szylkretka wstała ze swojego posłania i wyszła ze żłobka. Tym razem nie poszły do jej legowiska. Nie miała to być rozmowa formalna.
— Wszystko dobrze? Mam nadzieję, że wczorajszy wieczór udał się pomimo… incydentu…
Skinęła głową Mandarynkowej Gwieździe.
— Tak, czuję się całkowicie dobrze, chociaż niesmak został… Nie wiedziałam, że Niezapominajkowa Nadzieja tak trzymała takie uczucia w stosunku do mnie. Jednak teraz nie jest to ważne. Ważniejszy jest Żmijowcowa Wić oraz moje dzieci.
— Cieszę się, słysząc to — mruknęła z ulgą przywódczyni. — Widzę też, że zostaliście naprawdę hojnie obdarowani prezentami przez gości.
— Owszem, jesteśmy zadowoleni z prezentów wraz ze Żmijowcową Wicią.
Nie kłamała. Pamiętała uśmiech oraz błysk w oku swojego męża, oraz dzieci, które przebierały w błyskotkach. Sama czuła, jak ciepło jej się robiło na serduszku, kiedy dostawała kolejny prezent.
Rozmawiały jeszcze chwilę, a w międzyczasie jej kocięta bawiły się w żłobku. Obie wpatrywały się w pociechy, jak te ganiały się po żłobku lub turlali kłębek z mchu. Chociaż większość czasu Nur wraz z Łabądkiem sprzeczali się i prowadzili głupiutkie, kocięce dyskusje.

***

Dzień po mianowaniu Łabędziego Tanu

Trzcinowy Szmer trochę tęskniła za przebywaniem w żłobku. Nie musiała wtedy szukać przywódczyni, gdyż ta stosunkowo często ją odwiedzała. Teraz jednak, kiedy wróciła do legowiska wojowników, przywódczyni częściej przebywała w legowisku lidera.
Po wieczornym patrolu, kiedy nikt nie zawracał głowy przywódczyni, postanowiła, że odwiedzi kotkę w jej legowisku. Weszła niezapowiedziana, a srebrna od razu przeniosła wyczekująco spojrzenie jej pomarańczowych oczu.
— Przyszłam z podziękowaniami, za wybranie tak ładnego wojowniczego imienia dla Łabędziej Łapy — skłoniła krótko głowę.

< Mandarynkowa Gwiazdo? >
🎍

03 lipca 2026

Od Mandarynkowej Gwiazdy CD. Trzcinowego Szmeru

Była lekko zszokowana. Może powinna się spodziewać tego, skoro para zdecydowała się na kociaki. Z drugiej strony nie wszyscy rodzice brali ślub. Chociażby tacy Wężynowy Kieł i Błękitna Laguna (Klanie Gwiazdy dzięki!). Żmijowcowa Wić i Trzcinowy Szmer patrzyli na nią z wyczekiwaniem.
— W porządku — skinęła głową. Nie miała powodu, żeby się nie zgodzić. Oba koty darzyła wielkim zaufaniem i cieszyła się z ich szczęścia. Skoro chcieli ślubu, to ślub będą mieć!

***

Ślub

Czuła się bardzo niekomfortowo na świetlikowej wyspie. Przyczyną była obecność zarówno Czyhającej Mureny i Wężynowego Kła, jak i Błękitnej Laguny. Mimo tego starała się przeprowadzić ceremonię normalnie.
— Poproszę wszystkich o zajęcie miejsc. Niechaj ceremonia się zacznie!
Zgromadzeni ucichli. Łabądek zaczęła iść w jej stronę, rozrzucając kolorowe listki po drodze, po czym młoda koteczka usiadła gdzieś z boku. Chwilę później para młoda również do niej podeszła i zajęła swoje miejsce przed ołtarzem.
— Zebraliśmy się tu dzisiaj, żeby uczcić miłość Trzcinowego Szmeru i Żmijowcowej Wici oraz przypieczętować ją oficjalną więzią! — ogłosiła, po czym popatrzyła przez chwilę na oboje państwa młodych, moment później przekierowując wzrok na zgromadzonych. Czuła się teraz bardzo niezręcznie. Już od jakiegoś czasu chciała dodać do formułki zaślubin możliwość sprzeciwu. Głównie dlatego, że żałowała, iż sama nie sprzeciwiła się ślubowi Sterletowej Łuski i Pluskającego Potoku. Może gdyby tak się stało, jej syn i wnuczka nadal by żyli. Westchnęła głęboko.
— Jeśli ktokolwiek chce wyrazić sprzeciw, niech zrobi to teraz.
Złapała pytające spojrzenia byłej uczennicy i jej partnera. Wtedy z tłumu rozległ się głos.
— Trzcinowy Szmerze, ja… Nie mogę na to pozwolić. Wydarłaś ze mnie moje serce, wybierając Żmijowca zamiast mnie. Dzieliłyśmy ze sobą tak wiele chwil, byłam przy tobie, gdy było ci ciężko. Proszę, ja… — Niezapominajkowa Nadzieja urwała. Wszyscy patrzyli na nią teraz. Ze złością, obrzydzeniem, irytacją. Teraz wojowniczka delikatnie skuliła się, widząc reakcje klanowiczów. Przywódczyni popatrzyła na adresatkę tej wypowiedzi. Szylkretka była widocznie wściekła. Srebrna nachyliła się do pary młodej.
— Chcecie ją wyrzucić? — szepnęła. Żmijowcowa Wić odchrząknął i skakał wzrokiem między Trzcinowym Szmerem a liderką.
— Cóż... Jest to skomplikowana sytuacja i może "wyrzucenie" nie byłoby zbyt... taktowne, ale możemy ją... wyprosić? — zaproponował, ale prędko dodał jeszcze, starając się jak najbardziej, aby jego słowa nie brzmiały jak jakiś swoisty atak. — Chociaż myślę, że najlepiej będzie, jeśli to Trzcinowy Szmer zadecyduję, ja nie jestem w żaden sposób związany z Niezapominajkową Nadzieją…
Brązowooka skinęła tylko głową. Księżniczka machnęła ogonem, by przywołać do siebie Błękitną Lagunę. Po kilku szepniętych słowach już patrzyła, jak Niezapominajka zostaje wyprowadzona z wyspy.

***

Następnego dnia poszła do Trzcinowego Szmeru, chcąc sprawdzić, jakie miała samopoczucie. Stanęła w drzwiach żłobka i zajrzała do środka. Pierwsze co zobaczyła to dwójka kociaków, która przed chwilą się kłóciła, a teraz wpatrywała się w nią błyszczącymi oczami. Uśmiechnęła się do nich lekko, po czym zwróciła się do ich matki.
— Trzcinowy Szmerze, mogę cię prosić?
Szylkretka wstała ze swojego posłania i wyszła ze żłobka. Tym razem nie poszły do jej legowiska. Nie miała to być rozmowa formalna.
— Wszystko dobrze? Mam nadzieję, że wczorajszy wieczór udał się pomimo… incydentu…

<Trzcino?>

24 czerwca 2026

Od Trzcinowego Szmeru CD. Mandarynkowej Gwiazdy

— Trzcinowy Szmerze, chciałabym powierzyć ci zadanie… obserwacji… Żmijowcowej Wici — powiedziała przyciszonym głosem liderka.
Trzcinowy Szmer zdusiła w środku siebie zaskoczenie i posłusznie skinęła głową. Rozkaz przywódczyni był czymś świętym i zamierzała najlepiej się spisać, jak tylko mogła.
— Tak jest, Mandarynkowa Gwiazdo — powiedziała posłusznie.

***

Czas mijał, a ona uważnie obserwowała Żmijowcową Wić i regularnie zdawała raporty Mandarynkowej Gwieździe, które raczej nie były ciekawe, gdyż przyjaciel, którego tak strasznie musiała pilnować, był wyjątkowo ciężko pracującym kotem. Widziała, jak strasznie starał się zostać zauważonym przez samą liderkę, więc w sumie stwierdziła, że będzie mu pomagać. Nie musiała też jakoś bardzo się wysilać, żeby podbić pijar Żmijowcowej Wici, skoro tak dobrze się spisywał. Widziała za każdym razem, jak pomarańczowe oczy przywódczyni dziwnie się iskrzyły, kiedy tylko przedstawiała jej, co porabiał bury wojownik.

***

Od momentu, kiedy była przy Nadziei, widziała, jak Mandarynkowa Gwiazda patrzyła na nią oraz Żmijowcową Wić z nieukrywaną ciekawością. Może i stara kocica starała się to zamaskować, jednak nie zawsze jej to wychodziło, a w szczególności, kiedy pierwszy raz przyszła do żłobka.
Trzcinowy szmer leżała na posłaniu, czuła bardzo dobrze, że tego samego dnia będzie poród. Ostrzegała ją przed tym sama Gąbczasta Perła oraz Różana Woń, która mimo tego, że była na emeryturze i już nie zajmowała się leczeniem pobratymców, to czasami ewidentnie chciała się jeszcze poczuć potrzebna.
Jej brzuch był wielki i ciężki. Bolał przy każdej próbie wstania i pójścia na śmietnisko lub dokładniejszego umycia futerka.
Do środka weszła nagle Mandarynkowa Gwiazda, na ten widok Złocisty Widlik wraz z dwoma czekoladowymi kotkami podniósł się z posłań i przywitał srebrną kocicę skinieniem głowy. Zmierzchająca Fala wraz z Kropiatkową Skórką z ciekawością popatrzyli na liderkę, gdyż nie był to codzienny widok, żeby kocica odwiedzała żłobek. Trzcinowy Szmer również była zdziwiona, jednak nie miała tyle siły, by wstać, a Żmijowcowa Wić usiadł wyprostowany, jak struna, jednak nie opuszczał jej boku.
— Dzień dobry, Mandarynkowa Gwiazdo. Przyszłaś nas odwiedzić? Trzcinowy Szmer ma się dobrze — zapewnił kocur.
Zastrzygła uchem zirytowana komentarzem kocura. Nie było jej wcale tak dobrze. Było jej niewygodnie, kocięta kopały oraz bolał ją brzuch. Nie było wcale dobrze. Nawet, już nie wspominając o porodzie. Chciałaby go przeżyć, to po pierwsze, a po drugie wiedziała, że ból i męczarnia dopiero się zaczną, kiedy przyjdą pierwsze skurcze.
Przywódczyni jakby czytając jej w myślach, tylko prychnęła i strzepnęła ogonem.
— Czekanie na poród oraz samo wypchnięcie kociąt na ten świat nie jest czymś łatwym ani przyjemnym, Żmijowcowa Wici. Nie jest jej dobrze, wiem, co mówię — Mandarynkowa Gwiazda nawet nie raczyła usiąść. — Nie przyszłam na długo, chciałam tylko zobaczyć, jak się ma Trzcinowy Szmer przed porodem.
— Nie jest najlepiej ani najgorzej — zauważyła, starając się poprawić na posłaniu.
— Mandarynkowa Gwiazdo, czy przyjdziesz do nas, kiedy Trzcinowy Szmer urodzi?
Mandarynkowa Gwiazda zamyśliła się na chwilę. Skinęła w końcu głową.
— Owszem. Chcę wiedzieć, jak wyglądają nowi członkowie Klanu Nocy.
Każdy inny przyjazny kot powiedziałby to w pełnym ciepła miauknięciu, jednak była to Mandarynkowa Gwiazda, która zawsze pokazywała swoją władczość oraz pozycje. Jednak Trzcinowy Szmer znała swoją byłą mentorkę i widziała w szczegółach jej mimiki oraz zachowaniu, że jest ciekawa i zadowolona z nowych kociąt. Srebrna odwróciła się na pięcie i wyszła ze żłobka, pozostawiając ich wszystkich w zaciszu, gdzie bawiły się kruszynki Zmierzchającej Fali oraz Kropiatkowej Skórki.

***

Gąbczasta Perła wraz z Klekoczącym Bocianem przyjęli jej poród. Trwało to dość długo, jednak wszystko poszło zgodnie z planem i żadne kocie nie było przeklęte jakimiś wadami. Dwie małe kuleczki leżały przy jej brzuszku i ssały mleko. Kocurek i kotka. Nur i Łabądek.
Ze zmęczenia czuła, jak zamykają się jej oczy, jednak przed zaśnięciem poczuła dwa znane jej bardzo zapachy. Żmijowcowej Wici, który czuwał przy niej i oglądał swoje maleństwa oraz Mandarynkowej Gwiazdy. Liderka rozmawiała z wojownikiem, jednak Trzcinowy Szmer już nie usłyszała dokładnie słów, gdyż odleciała w krainę snów.

***

Kocięta stawały się coraz większe, a zainteresowanie Mandarynkowej Gwiazdy na ich punkcie było coraz większe. Trzcinowy Szmer cieszyła się z tego powodu, bo może w przyszłości te kocięta będą miały lepiej niż pozostała część Nocniaków.
Trzcinowy Szmer tak samo zdążyła odbyć rozmowę wraz ze Żmijowcową Wicią na temat ślubu. Kochali się przecież platonicznie, mieli dwójkę dzieci, o które strasznie chcieli dbać. Kocur na początku nie był pewien tego wszystkiego, jednak po namyśle zgodził się na jej propozycje. Przecież Łabądek i Nur nie mogli mieć rodziców, których nic nie wiązało. Zraniłoby to ich małe serduszka. Nie chciała, żeby kocięta były tylko owocem ich umowy. Znaczyły przecież bardzo wiele dla nich. Były ich całym światem.
Swoje pociechy zostawiła pod czujnym okiem Złocistego Widlika i oboje poszli do legowiska przywódczyni. Weszli między korzenie sumaka i usiedli przed obliczem Mandarynkowej Gwiazdy.
— Co was tutaj sprowadza? Coś się stało z kociętami?
— Nie, Mandarynkowa Gwiazdo. Kocięta mają się dobrze. Chcieliśmy tylko prosić o udzielenia nam ceremonii ślubnej.
Żmijowcowa Wić skinął głową.

< Mandarynkowa Gwiazdo? >
🎍

14 kwietnia 2026

Od Mandarynkowego Pióra (Mandarynkowej Gwiazdy) CD. Trzcinowego Szmeru

Skip do teraz bo tak

Jej życie powoli wracało do normalności. O ile to było w ogóle możliwe. Nadal dużo myślała nad swoimi wyborami i przede wszystkim nad wydarzeniami pewnego feralnego poranka. Jednak udawało jej się zachowywać pozory normalności. Wychodziła porozmawiać z różnymi kotami oraz okazjonalnie na spacery. Nie oznaczało to oczywiście, że nie zamierzała nadal zbierać informacji, posługując się innymi. Udało jej się już dać Żmijowcowej Wici kolejny cel. Problem z tym był jeden. Buras był synem Wężynowego Kła. Równie dobrze mógł być kolejnym ze zdrajców. Potrzebowała zebrać więcej informacji na jego temat. Czas było zwerbować kolejnego szpiega.
– Trzcinowy Szmerze, możemy porozmawiać? – zadała pytanie, po czym zmieniła ton na twardy i stanowczy. – Teraz. Poza obozem.
Wojowniczka, która przed chwilą skończyła posiłek, skinęła łbem. Obie wyszły bez słowa z obozu. Odezwały się dopiero wtedy, gdy były z dala od jakichkolwiek ciekawskich spojrzeń. Konkretnie zrobiła to Trzcina.
– O co chodzi, Mandarynkowa Gwiazdo?
Przywódczyni usiadła naprzeciwko szylkretki, owijając swój ogon wokół łap. Można by pomyśleć, że wyjście sam na sam z innym kotem, będąc w obecnej sytuacji Mandarynki, nie było dobrym pomysłem. Jednak o brązowooką się nie martwiła. Była z rodziny zdrajców i brakowało jej jednego potknięcia do tego, by trafić na wyspę razem z resztą krewnych. Do tego Mandarynka dobrze znała swoją rozmówczynię. Wiedziała, jaki jest jej charakter i słabe strony w wypadku ewentualnej walki. W końcu była kiedyś jej mentorką.
– Spędzasz dużo czasu ze Żmijowcową Wicią, nieprawdaż? – zadała pytanie. Wojowniczka zmarszczyła brwi, lecz zanim miała szansę cokolwiek powiedzieć, srebrna kontynuowała:
– Trzcinowy Szmerze, chciałabym powierzyć ci zadanie… obserwacji… Żmijowcowej Wici.

<Trzcina? Będziesz szpiegować swojego bestie>

17 września 2025

Od Trzcinowej Łapy CD. Mandarynkowego Pióra

Pod koniec Pory Nowych Liści

Trzcinowa Łapa spała smacznie na swoim posłaniu, kiedy przez liście legowiska wpadło do środka pierwsze promienie słońca. Niewyspana, otworzyła oczy, skanując otoczenie. Inni uczniowie nadal smacznie pochrapywali zwinięci w kłębki na swoich leżach. Starając się wrócić do snu, przewracała się z jednego boku na drugi.
"Ugh! Chyba nie usnę!" – Zła na siebie wyszła z potarganym futerkiem z legowiska.
Na polanie mogła zaobserwować już, jak niektórzy wojownicy krzątają się przy stercie zwierzyny oraz przy zastępczyniach, które pewnie wydzielały obowiązki i patrole.
"No tak, oprócz granicy oraz polowań mieli jeszcze obowiązki w obozie." – Westchnęła.
Szczerze, po wczorajszym turlaniu głazów do obozu, bolały ją wszystkie mięśnie. Może dzisiaj będzie miała szczęśliwy dzień i wyjdzie na jakiś patrol lub trening z mentorką? Przecież nie mogła być wiecznie uczennicą!
Zgodnie z oczekiwaniami Mandarynkowego Pióra ułożyła swoje futerko, które wcześniej było wyświechtane we wszystkie strony po smacznie przespanej nocy. Po tak wielu wspólnych momentach dowiedziała się dokładnie, jak srebrna patrzy na wygląd innych oraz jak oczekuje od niej godnej reprezentacji. Była przecież wzorem dla uczniów, bo była uczennicą samej zastępczyni! Widziała, jak na nią się patrzyli Niezapominajkowa Łapa, Szepcząca Łapa oraz Kropiatkowa Łapa. Nie była byle kim! No i nie powinna też niszczyć reputacji Mandarynkowego Pióra, była jej wizytówką.
Kiedy skończyła poranną toaletę, podeszła do zbierających się wojowników przy Mandarynkowym Piórze oraz Algowej Strudze. W ciszy czekała aż srebrna zastępczyni spokojnie zajmie się najpierw wydawaniem poleceń dla starszych kotów.
"Obstawiam, że wybierze mnie do patrolu łowieckiego" – pomyślała, widząc, jak wzrok mentorki pada na nią.
– Ty, Trzcinowa Łapo, pójdziesz ze mną na trening. Algowa Struga rozdzieli resztę patroli. – Zwróciła się do uczennicy i podeszła do niej.
Na te słowa Mandarynkowego Pióra omal nie wyskoczyła w powietrze.
Sprężystym ruchem odsunęła się z drogi swojej mentorki i obie ruszyły do wyjścia z tunelu. Widząc, jak z legowiska uczniów wychodzi Kropiatkowa Łapa, pomachała jej ogonem na pożegnanie.
Szczerze zaczęła lubić uczennicę Żmijowcowej Wici. Była bardzo przyjazna i ewidentnie szukała przyjaciół w Klanie Nocy. Trzcinowa Łapa nie musiała się nawet zastanawiać. Była uczennicą zastępczyni, powinna dbać o innych uczniów.
Kiedy obie wyszły z obozu i zatrzymały się przed rzeką – postanowiła zadać pytanie swojej mentorce.
– Mandarynkowe Pióro, co będziemy robić na wspólnym treningu?
– Dzisiaj wspinaczka na drzewa – odpowiedziała tylko krótko.
Trzcinowa Łapa pokiwała głową ze zrozumieniem, po czym obie weszły do wody. Mandarynkowe Pióro obrała prowadzenie i popłynęły w stronę nowo nabytych terenów. Stanęły na skraju brzozowego zagajnika. Specjalnie wybrała to miejsce ze względu na miękkość kory, jak i drewna brzóz. Wspinaczka będzie łatwiejsza. Przynajmniej na pierwszym treningu.
Zastępczyni wspięła się z gracją na drzewo i usiadła na gałęzi.
– Twoja kolej
Trzcinowa Łapa patrzyła zmieszana na mentorkę.
"Jak ona to zrobiła?"
Jej cała pewność siebie zniknęła, widząc, że ma się wspinać po tak wysokim drzewie. Przeskakiwała z łapy na łapę, szykując się, by wskoczyć na pień drzewa. W końcu spięła mięśnie i wystrzeliła do góry, chcąc znaleźć się jak najszybciej obok Mandarynkowego Pióra.
Chwyciła się kory swoimi pazurami i pośpiesznie podciągała się coraz wyżej, by zasiąść na pierwszej lepszej gałęzi.
Czuła, jak ziemia się od niej oddala oraz wiaterek smaga jej króciutkie futerko na plecach. Nie podobało jej się to wcale! Czuła się jak podczas powodzi, kiedy to cały Klan Nocy zdruzgotany siedział na gałęziach sumaka.
W końcu wdrapała się na pierwszą gałąź i na niej zastygła.
– Mandarynkowe Pióro, j-ja nie wiem, czy dam radę wejść wyżej – powiedziała, przyciskając się mocniej do kory drzewa. – Co, jak spadnę? Nie chcę spaść z gałęzi, jak Żmijowcowa Wić podczas powodzi!
Cała zjeżona siedziała tak, nie odrywając pazurów od drzewa i nie patrząc w górę na swoją mentorkę. Obawiała się, że jeśli podniesie głowę, to straci równowagę i spadnie na dół. Nie chciała skończyć w legowisku Różanej Woni ze złamanym kręgosłupem i czterema łapami!
– Nie udawaj kociaka. Chcesz być Nocniaczką, nie królikiem, który kopie dziury. To tylko dwie gałęzie wyżej.
Cała spięta poprawiła się na gałęzi i spojrzała na srebrną kocicę, która siedziała na górze.
– Już chyba bym wolała siedzieć w norze niż wspinać się po drzewach – burknęła pod nosem, niepocieszona – Przynajmniej bym złapała królika...
Na trzęsących się łapach podciągnęła się o kolejne dwie gałęzie, zasiadając obok mentorki. Jednak nie czuła ulgi, była jeszcze wyżej niż przed chwilą. Nie oczekiwała na pochwałę od Mandarynkowego Pióra, nie dostawała ich w ogóle, zdążyła się do tego przyzwyczaić.
– Co teraz?
– Przydałoby się zejść, chyba, że wolisz zostać ptakiem albo wiewiórką. No już, do dzieła!
– A jak spadnę?
– Naprawdę uważasz, że spadniesz? W takim razie zostawię cię tutaj. Przynajmniej moje imię nie zostanie zhańbione uczennicą, która nie potrafiła zejść z drzewa.
Trzcinowa Łapa prychnęła sfrustrowana zachowaniem kotki. Nie była przecież złą uczennicą! W dodatku, kiedy niby zhańbiła jej imię?
– Nie, jak spadnę i mi się coś stanie, to pokażesz, że nie umiesz nauczać i nie nadajesz się na mentorkę. – odpowiedziała, marszcząc nos – Nie wiem, jak się schodzi, więc mnie tego naucz na Gwiezdnych!
Pacnęła uczennicę lekko łapą po głowie karcąco.
– To ja tutaj rozkazuję. Weszłaś, to dasz radę zejść. Patrz na mnie uważnie i rób to, co ja – powiedziała i zaczęła schodzić z drzewa.
Przyglądała się uważnie każdemu ruchu Mandarynkowego Pióra. Nie mogła ująć zastępczyni, że umiała z gracją poruszać się po drzewach. Też tak chciała, jednak czy było to możliwe? W tym momencie nie. Szylkretka niewielu rzeczy się tak bała, jak wysokości.
Kiedy ze srebrna była na wysokości gałęzi niżej, sama postanowiła, że przyszedł czas na nią. Złapała na pazurami korę i zaczęła naśladować ruchy Mandarynkowego Pióra. Moment, w którym schodziła trwała sezony! Jej mięśnie drżały z wysiłku oraz napięcia aż do momentu, kiedy zobaczyła, że może bezpiecznie zeskoczyć na ziemie. Bez namysłu, zeskoczyła z pnia i z ulgą poczuła trawę pod opuszkami.
– W końcu! – westchnęła z ulgą.
Rozluźniona usiadła na ziemi, łapiąc oddech oraz energię, którą zużyła bardziej na nerwy niż na faktyczny wysiłek.
– Mam nadzieję, że tylko udajesz zmęczoną. To byłoby żałosne.
– Dokładnie tak. Co teraz robimy? Mam nadzieję, że coś bardziej pożytecznego niż wdrapywanie się po drzewach.
Parsknęła i ponownie karcąco pacnęła młodszą.
– Wspinaczka na drzewa jest bardzo ważną częścią bycia wojownikiem. Jeżeli tego nie akceptujesz, możesz wrócić do żłobka.
– Pff, prawdziwi Nocniacy pływają w rzece, a nie jak Klifiacy i pozostałe Klany uciekają na drzewa, jak jakieś głupie wiewiórki – mruknęła, masując łepek i poprawiając swoją czuprynę. – Nocniaki są silne i szybkie w wodzie, prędzej bym utopiła przeciwnika z innego klanu, niż zrobiła mu krzywdę na drzewie. Co miałabym mu zrobić? Wsadzić mu gałąź pod ogon? Tak walczą wróble!
– Jesteśmy zwinni, nie szybcy. Nie dalibyśmy rady wciągnąć nikogo do wody. Dlatego wspinamy się na drzewa, żeby pozostać niezauważeni do czasu, gdy przypuścimy atak.
– Patrząc na Dryfującą Bulwę – rzeczywiście nie jest szybki, ale Żmijowcowa Wić bądź ja jesteśmy zwinni i szybcy. Jak się Nocniak postara, to i wciągnie wroga do wody. – Wzruszyła ramionami, wstając z trawy.
Skończyła się przerwa, teraz warto byłoby coś zrobić.
– Słuchaj, Trzcinowa Łapo. Mam sześćdziesiąt księżyców na karku i to ja jestem twoją mentorką, nie na odwrót. Więc siedzisz cicho i wykonujesz polecenia.
– Ale przecież rozmawiamy i nic nie robimy – zauważyła, podnosząc jedną brewkę – Nie wydałaś żadnego polecania, co teraz mam robić.
Westchnęła ciężko.
– Na drzewo. Jeszcze raz.
Szylkretce oklapły uszy. Miała nadzieję, że mentorka zaprezentuje jej coś nowego, jednak ciągle te drzewa i wspinanie się po gałęziach. Kim ona była, jakąś wiewiórką?
Nie odzywając się, podeszła niechętnie do drzewa. Odwróciła łepek w stronę Mandarynkowego Pióra.
– Na którą gałąź? – spytała krótko, chcąc mieć ten trening już za sobą.
– Na tyle wysoko, na ile dasz radę.
Nie zadając dalszych pytań, odwróciła się w stronę pnia drzewa, po którym miała się wspinać. Wstrzymała powietrze, przynajmniej jakby miała schodzić pod wodę i mocno złapała się pazurami kory.
"Pora na pokaz spokoju i opanowania..." – pomyślała, czując jak na samą myśl, że musi się wspinać na samą górę tego drzewa, zaczyna ją mdlić. – "Dobra, po prostu się ruszaj i tyle w temacie, im szybciej wejdziesz, tym szybciej zejdziesz!"
Wskoczyła na pniak i podciągając się, susami wspinała się, jak spłoszona wiewiórka. W porównaniu do Mandarynkowego Pióra, u nie było żadnej gracji, tylko ścigała się z własnym cieniem, który podążał za nią, aż do momentu, kiedy znalazła się w zacienionym miejscu. Była blisko korony drzewa, a jej pazury bolały ją od kurczowego ściskania kory.
Nie chcąc patrzeć w dół, skupiła się na otoczeniu oraz liściach. Słońce przebijało się przez liście i mogła zauważyć, jak między gałęziami połyskuje błękit nieba. Musiała przyznać, że było tutaj ładnie i zacisznie, co ją uspokajało.
– Jestem na samym szczycie, Mandarynkowe Pióro! – krzyknęła, by zastępczyni mogła ją z dołu usłyszeć.
– Zejdź i wejdź jeszcze raz –  powiedziała, nawet na nią nie patrząc. Akurat poprawiała sobie loczki na ogonie.
Trzcinowa Łapa westchnęła przeciągle. Wiedziała, że musi to zrobić, bo inaczej nie ruszą się z miejsca, a miały jeszcze przed sobą cały dzień.
Ostrożnie badając gałęzie, zaczęła pomału na nie zeskakiwać aż do momentu, kiedy ujrzała na dole swoją mentorkę. Była malutka niczym mrówka.
Na ten widok głowa uczennicy zaczęła boleć. Ze ściśniętym żołądkiem zaczęła schodzić znowu na dół. Kiedy znalazła się na ziemi, odetchnęła z ulgą.
Szylkretka powtórzyła jeszcze jeden raz wspinaczkę na drzewo, po czym z niego zeszła i opadła na ziemię. Zrobiła wszystko, co kazała jej mentorka. Przeniosła na nią swoje spojrzenie – Mandarynkowe Pioro wyglądała na znudzoną. Patrzyła na swoje pazury i nie raczyła nawet się spojrzeć na uczennicę swoim wzrokiem.
– Robimy coś jeszcze? – spytała, wbijając swoje spojrzenie w niebo.
Słońce było jeszcze wysoko, miały jeszcze dla siebie cały dzień
Spojrzała na uczennicę niechętnie. No tak. Trzeba było dalej ją trenować. Westchnęła.
– Możemy poćwiczyć walkę.
Trzcinowa Łapa postawiła wysoko uszy, nie ukrywając przy tym swojego zadowolenia.
"W końcu coś ciekawego!"
– Pokażesz jakieś nowe ruchy? Jak walczyć z Burzakami? O, albo jak pokonać Klifiaków? – Była ciekawa, jak zastępczyni wyglądała w boju.
– Kiedy przestaniesz zachowywać się jak kociak? Masz jedenaście księżyców. Powinnaś już być wojowniczką.
– To mnie w końcu ucz i nie miej gałęzi pod ogonem! Myślałam, że bycie zastępczynią jest fajne, a ty się zachowujesz, jakbyś została nią za karę. Za to ja staram się, jak mogę, by mieć z tobą fajną relację mentor–uczeń, jednak widzę, że mnie po prostu nie lubisz i nawet nie wiem dlaczego! – wygarnęła jej.
– Jesteś niedojrzała i niepoważna! Pracowałam całe życie na tą pozycję i nie będę dawać sobą pomiatać jakiejś małej uczennicy! Będę szczera, nie lubię cię i nawet nie próbowałam udawać. Moim obowiązkiem jest cię wyszkolić, nic więcej – zaczęła wściekle, potem powoli się opanowując.
– No dobra, w takim razie czemu mnie nie lubisz? Co niby ci zrobiłam? – fuknęła.
Nie zamierzała reagować na temat, że zachowuje się dziecinnie i niedojrzale. Jej zdaniem inaczej całkowicie by się zachowywała, gdyby ktoś taki, jak Różyczka i Perlista Łza żyli, ale co o tym może wiedzieć gburowata Mandarynkowe Pióro? Nic.
– Pokaż mi przykładowy manewr bitewny – powiedziała, starając się zachować, jakby ten kawałek konwersacji nigdy nie miał miejsca.
Prychnęła z niezadowolenia. Właśnie Mandarynkowe Pióro olała jej pytanie, jak gdyby nigdy nic zmieniając tor rozmowy na walkę.
"Niech ci będzie."
Chciała mieć dojrzałą uczennicę, dobrze. Dostanie taką, jaką tylko będzie chciała, ale może pożegnać się z jakimkolwiek szacunkiem, który szylkretka starała się pielęgnować względem zastępczyni.
Ruszyła do przodu, udając, że przed nią czai się wojownik o rudawej sierści. Odskoczyła, udając unik, schyliła się, jednocześnie prędko przeskakując do boku niewidzialnego kota i pazurami precyzyjnie cięła przewidywany czuły bok kota, tak by miał długą i bolesną szramę ciągnącą się od łopatki przez żebra.
Stanęła, czekając na odpowiedź srebrnej. Trochę głupio czuła się, bijąc powietrze. Nie wiedziała, czy o to chodzi kotce.
Czekając na pewnie negatywną odpowiedź, położyła po sobie uszy.
– Czy masz problemy ze wzrokiem, czy jest tu ktoś, kogo nie widzę?
– Było sprecyzować polecenie. Nie moja wina. – Wzruszyła ramionami.
Skoro była taką super zastępczynią z długim stażem, to chyba powinna znać się na swym fachu. Znając ją, gdyby tylko pokazała jakiś ruch na niej, to by się oburzyła, że Trzcinowa Łapa ją atakuje.
– Nie jestem tutaj, żeby przystosowywać się do kociaków z problemami. Póki ja jestem wyżej hierarchią — a to się nie zmieni — jeżeli ja mówię, że to twoja wina, to jest to twoja wina.
"To nie ja tutaj mam problemy."
Trzcinowa Łapa przewróciła oczyma.
Kto tutaj niby był kociakiem? Uczennica poczuła się niczym w żłobku, kiedy do jej zabawy z Różyczką i Ćmą dołączyła nadąsana Wężynowa Łapa, którą teraz zwą Wężynowym Splotem. Kotki zachowywały się łudząco podobne, tylko kto tutaj zgapiał od kogo?
– Tak jest... – burknęła znudzona zachowaniem zastępczyni.
Szczerze – już jej się odechciało starać na siłę, skoro nieważne co robi, wszystko było źle.
Doskoczyła do srebrnej od strony jej boku i wykonała ten sam manewr co przed chwilą tylko bez wysuniętych pazurów.

***

Weszły właśnie do obozu po wspólnym sparingu.
Trzcinowa Łapa wyprana z emocji spojrzała się na Mandarynkowe Pióro, która też miała jej dość po dzisiejszym długim dniu.
– To jutro też wspinam się na drzewa, czy może zostaje w obozie, by pomóc w innym w obowiązkach? – spytała kotkę.
Chciała wiedzieć, czy ma się nastawiać na dzień pełen zgryźliwych uwag na osobności, czy będzie mogła się rozluźnić i z innymi kotami rzeczywiście pomóc, by obóz zaczął wyglądać, jak zadbany i funkcjonujący dom dla Nocniaków.
– Myślę, że jesteś już gotowa na zaliczenie. Pogadam ze Spienioną Gwiazdą. Tylko tym razem się postaraj.
Odpowiedź kotki zdziwiła Trzcinową Łapę. Otworzyła szerzej oczy i po chwili pokiwała głową na słowa Mandarynkowego Pióra.
– Tak jest, postaram się. – powiedziała szczerze.
Mandarynkowe Pióro zmierzyła ją oceniającym wzrokiem jakby z wątpliwością, po czym odeszła. Kiedy srebrna zniknęła w legowisku przywódczyni – szylkretka odwróciła się w stronę kotów, które właśnie kończyły swoje prace.
Serduszko kotki mocniej zaczęło bić i mogła powiedzieć, że dostała przypływu energii. Było to wspaniałe uczucie!
Widząc swoich przyjaciół, którzy właśnie wylewali swoje siódme poty, podbiegła właśnie do nich, którzy dzisiaj toczyli kłodę do legowiska starszyzny. Barkiem naparła na kawałek drzewa i zaczęła pchać do wyznaczonego miejsca przez Szałwiowe Serce, który dowodził tym zespołem.
– Dobra, na dzisiaj już kończymy. – Ogłosił książę i skinął z podziękowaniem do Trzcinowej Łapy, która pomogła im w ostatnich dociągnięciach tego dnia.
Szczerze nie zrobiła niczego wielkiego, wręcz dołączyła w momencie, kiedy bez jej pomocy też mogli się obejść.
Podszedł do niej Żmijowcowa Wić razem ze swoją uczennicą i uniósł jedną brew wyżej.
– Co taka zadowolona? Myślałem, że nie przepadałaś za treningami z Mandarynkowym Piórem. – zauważył.
– Tak, nic a nic się nie zmieniło, Żmijowcowa Wicio – odpowiedziała, pokazując w swoim chytrym uśmieszku białe kiełki. – Opowiem wam resztę, jak zjemy. Jestem mega głodna!
Kocur wydawał się zaciekawiony, zresztą tak jak Kropiatkowa Łapa, która siedziała przez ten czas przy nich, milcząc.
Ruszyli do sterty ze zwierzyną i wzięli sobie po uklejce, po czym położyli się obok źródełka na kamieniach, które zostały zabrane przez uczniów. Były cieplutkie po całym dniu, więc tylko, kiedy się na nich rozłożyli, Trzcinowa Łapa czuła, jak po jej stawy i zmęczone mięśnie się przyjemnie rozgrzewają.
– To miejsce będzie wspaniałe, już jestem zadowolona z tych kamieni oraz lawendy przy źródełku – zamruczała, biorąc pierwszy kęs swojej uklejki.
Wojownik na zgodę przytaknął głową. Wyglądał na zrelaksowanego i zajętego swoją kolacją.
– Nie dużo nam zostało. Niedługo starsi będą się cieszyć nowym wejściem do swojego legowiska, a kłoda na zwierzynę mimo tego, że jest ciężka i trudno jest ją wnieść na miejsce, tak sam koniec będzie cieszyć oko każdego kota. – zamruczała Kropiatkowa Łapa, która również była podekscytowana pracami w obozie. – Nie mogę się doczekać, aż ujrzymy efekt.
– To prawda. – Przyznała jej rację. – Nie wiem, czy inne Klany też tyle zrobiły dla swojego obozu co my. Klan Nocy jest naprawdę silny.
– Właśnie, więc co dzisiaj po treningu jesteś taka zadowolona? – zagadał w końcu Żmijowcowa Wić – Normalnie nigdy dotąd nie wróciłaś taka pełna energii po treningu sam na sam z Mandarynkowym Piórem. – zauważył, posyłając jej zaciekawione spojrzenie.
No tak. Przyszli razem porozmawiać o tym, a nie o obozie. Inaczej Żmijowcowa Wić wybrałby innego kota na towarzysza do kolacji, jeśli nie miałaby o czym mówić. Pewnie byłaby to sama srebrna zastępczyni, która właśnie zajadała się okoniem razem z Wężynowym Kłem.
– Jutro będę miała ostateczny test – pochwaliła się Trzcinowa Łapa. – Postaram się, żeby mnie mianowali. Chciałabym dostać bardzo dostojne imię, takie, które będzie przerażać wojowników z innych klanów albo takie, które jest typowe dla Klanu Nocy.
– Cóż, w końcu i na ciebie przyszła pora. Powodzenia i nie zawiedź nas.
– Oczywiście, że nie zawiodę, możecie być pewni. Nigdy bym nie zawiodła Klanu Nocy.

[2682 słówa + wspinaczka na drzewa]

[przyznano 54% + 5%]

Event w Klanie Nocy: Wtoczenie na wyspę pnia, mającego stanowić część nowego legowiska starszyzny

23 sierpnia 2025

Od Mandarynkowego Pióra CD. Trzcinowej Łapy

 Początek Pory Nagich Drzew


To było oczywiste, że jako zastępczyni musiała dostać kiedyś kolejnego ucznia. Poza tym była zbyt wspaniała, żeby jej talent się marnował. Ale żeby szkolić takie coś? Kota spoza rodu, szylkretkę i do tego dziecko Baśniowej Stokrotki. To na pewno był błąd. Spieniona Gwiazda na pewno chciała wyznaczyć kogoś innego. Na przykład Biedronkowe Pole albo Krabowe Paluszki. Nie żeby miała coś do kotek, ale na pewno nie były tak majestatyczne, jak ona sama. Nie mogła tak o teraz pójść do przywódczyni. Musi zabrać Trzcinową Łapę na jej pierwszy trening - obchód terenów. W końcu w jej głowie pojawiła się złośliwa myśl.
"Będę ją męczyć do granic możliwości, a jak tylko się potknie, załatwię jej już pobyt w obozie" — pomyślała. Plan był świetny. Mogła subtelnie (lub nie) pokazać swoją niechęć do uczennicy. Potem będzie mogła samodzielnie zorganizować jej karę, gdy tylko coś pójdzie nie tak. A jeżeli takiej potrzeby nie będzie, to wytrenuje kolejną świetną wojowniczkę i okryje się jeszcze większą chwałą. Szkoda tylko, że przez następne księżyce jej zostaje wyznaczanie patroli, a nadzorowaniem treningów zajmie się Algowa Struga. Nie będzie miała tyle czasu, by błąkać się po terenach (niby służbowo) z piękną Wężynowym Kłem. Z zamyślenia wyrwał ją głos szylkretki. Czyli jednak to była prawda. Musi ją szkolić. Skrzywiła się nieznacznie jakby zdegustowana córką Dryfującej Bulwy. Im dłużej nad tym myślała, tym bardziej dochodziła do wniosku, że jej ciotce robiło się coraz gorzej ze starości. Będzie ją trzeba zabrać niedługo do Różanej Woni na sprawdzenie stanu zdrowia.
— Pozwiedzamy tereny, chociaż wątpię, że dasz radę się na nich odnaleźć — prychnęła. Widząc jednak zdziwione spojrzenia kilku współklanowiczów, dodała słodziutko:
— Oczywiście przez to, że nas obóz został przeniesiony, będzie ci trochę trudniej, ale nie martw się.
Uśmiechnęła się przy tym wymuszenie. Nie może takich rzeczy robić w obozie, bo jeszcze ktoś wymyśli sobie, że nie jest piękną i miłą, charyzmatyczną zastępczynią. Trzcinowa Łapa położyła po sobie uszy jakby z irytacją lub zaskoczeniem. Spojrzała po innych, jednak nie były już w centrum uwagi.
— Um, jasne. Zwiedźmy nasze terytorium — odpowiedziała, grzebiąc łapą w leśnej ściółce. — Będziemy na granicach z innymi Klanami? Chce zobaczyć tych okropnych królikojadów! Wyrwałabym im wąsy z ich rudych pyszczków. — Zamachnęła się łapą w powietrzu, udając, że atakuje drugiego kota. Spojrzała wyczekująco na Mandarynkowe Pióro. Biedna Trzcinka trafiła nie w ten klan, co powinna. Gdyby tylko wybrała do obgadywania Klan Klifu, już rozwiałaby prawie całą niechęć do swojej osoby. Niestety w Klanie Burzy był pewien bardzo ważny dla Mandarynki ktoś. Ktoś o kim ciągle pamiętała, ale starała się zagłuszyć wspomnienie o nim, ustawiając sobie ładnie życie w Klanie Nocy. Jednak nadal był tą jedną osobą, przy której nawet Wężyna nie wydawała się najpiękniejsza na świecie… no może troszeczkę. Wyszły z obozu, a raczej z tego czegoś w lesie, gdzie aktualnie spali. Nie podobało jej się to ani trochę. Nie było wokół nich wody, nie było tak pięknie, a zapach drzew powoli zaczął osiadać na jej futrze. Zaczynała pachnieć jak Wilczak! Mandarynkowe Pióro od razu postanowiła jeszcze bardziej zamęczyć swoją uczennicę.
— Z takim podejściem prędzej skończysz z powrotem jako kociak, niż pozwolę ci dalej być moją uczennicą — odpowiedziała wrednie. Szylkretka urażona spojrzała na nią. Sierść podniosła jej się na karku. Zamilkła spuszczając głowę i gapiąc się w swoje przednie łapy. Szła w ciszy przy kotce.
"I dobrze, przynajmniej mnie nie zamęcza" — pomyślała, podczas gdy szły w stronę zrujnowanego obozu. Nie wiedziała, czy kotka go pamiętała. Tak, mieszkała w lesie tylko księżyc, ale była kociakiem. A kociaki są głupie, nie licząc może jej kociaków. One były mądre. Na przykład Laguna. Od razu wiedział, jak powinien zachowywać się książę.
— Jakie klany dzielą granicę z Klanem Nocy? — zapytała bura, przerywając piękne milczenie. Czemu ta mała musi być taka wkurzająca?! Czy uczniowie zawsze tacy są? Ze Zmierzch nie miała problemu, bo była już po jakimś treningu. Z Laguną też wszystko było w porządku. W końcu to jej syn. Może rodzice Trzcinki po prostu nie poświęcali jej uwagi i nie edukowali jej o Klanie Nocy?
— Klan Klifu i Klan Burzy — odparła tylko, po czym szły w ciszy jeszcze przez chwilę. Potem zatrzymały się. Były przy ich starym obozie. Postanowiła jeszcze jednak zadać kotce jedno pytanie, zanim wygłosi monolog.
— Co wiesz o terenach naszego Klanu?
— Wiem, że polujemy głównie w wodzie. Żywimy się raczej rybami, jesteśmy na terenie, gdzie znajduje się ujście rzeki do morza. — Przestąpiła z łapy na łapę, jakby piekły ją poduszeczki. Ciekawe, jej chyba też przyda się wizyta u Różanej Woni.
— Tak słyszałam od Żmijowcowej Wici.
O jak słodziutko. Żmijowiec edukuje kociaki? Nie wiedziała, że on w ogóle chce się zadawać z kociakami. Może to on powinien zostać piastunką? Tak czy siak, zawsze wiedziała, że to Żmijowcowa Wić jest najmądrzejszy z rodzeństwa. Przekonała się o tym już na ich pierwszym zgromadzeniu. Może dlatego, że jego rodzeństwo ustawiło poprzeczkę naprawdę nisko.
— Nie pytałam o ryby. Naucz się odpowiadać na pytania — upomniała kotkę. — Teraz jesteśmy przy naszym starym obozie. Aktualnie to ruina. Na tych mniejszych wysepkach były kiedyś różne ciekawe miejsca. Świetlikowa Wyspa, Wyspa ogrodników oraz Wyspa, na którą ma wstęp tylko rodzina królewska.
Trzcinowa Łapa zupełnie zignorowała jej jakże emocjonującą i edukacyjną wypowiedź, zamiast tego odpyskowując! Widać, że zdecydowanie nie jest czarno-biała.
— Rzeka przecież jest ściśle związana z rybami. Odpowiedziałam dokładnie na pytanie — obroniła się oburzona.
— Jak raportujesz, co jest na nowych terenach, to nie musisz zliczać, ile jest tam myszy. Następnym razem wymagam od ciebie konkretnej odpowiedzi na temat — nacisnęła na ostatnie dwa słowa. — Pójdziemy teraz tam w stronę kolorowej łąki.
Tym razem brązowooka się nie odezwała. Nareszcie. Ile ona musiała się namęczyć, żeby wreszcie przestała bezsensownie kłapać pyskiem. Już nawet Szałwiowe Serce ze swoją wadą zgryzu mniej otwiera pysk. Jako że kolorowa łąka nie była daleko od obozu, nie musiały długo iść. Niestety aktualnie porą nagich drzew nazwa "kolorowa łąka" niezbyt oddawała ten krajobraz. Aktualnie była to bardziej "błotnista płaszczyzna". Wszystkie kwiaty znikły, trawy też nie było za bardzo widać. Nie dość, że przymarzła, to jeszcze została w większości przykryta przez mokry chlupoczący śnieg.
— Znajdujemy się na kolorowej łące, tam dalej jest nasza wspólna granica z Klanem Burzy i Klanem Klifu. Co dziwne naszym sojusznikiem jest Klan Wilka, mimo że z nim nie graniczymy. — Postanowiła tym razem dodać również ciekawostkę. Może dzięki temu uniknie większej ilości pytań.
— Mamy sojusz z kimś, z kim nawet nie dzielimy granic? — Młodsza siostra Porywistego Sztormu spytała zaintrygowana. — To trochę dziwne...
Zamyśliła się, idąc obok mentorki. W końcu znów się odezwała.
— Czym charakteryzują się Klan Klifu oraz Klan Burzy, no i dlaczego nie mamy z nimi sojuszu? Co nam zrobili? — spytała. Czyli z omijania lawiny pytań nic nie wyszło. Eh, musi jej teraz odpowiedzieć.
— Klan Klifu mieszka w lesie i nad morzem. Koty tego klanu mają bardzo silne tylne łapy, wysoko skaczą i są dobrzy we wspinaczce. Klan Burzy zamieszkuje wrzosowiska, a jego członkowie są bardzo szybcy — odpowiedziała na pytanie uczennicy. — Przejdziemy teraz plażą z powrotem w stronę naszego zniszczonego obozu — poinformowała młodszą. Ta grzecznie ruszyła razem z mentorką. Mimo tego, że kocicy udało się od samego początku utemperować Trzcinową Łapę, tak po młodej było widać, że podobała się jej wycieczka po terenach.
— A Klan Wilka gdzie mieszka? — dopytała, schodząc bliżej wody, tak by poduszeczki łap były chłodzone przez wodę. Sama Mandarynkowe Pióro nie widziała w tym żadnej przyjemności. Woda była okropnie zimna, więc ona sama starała się iść z dala od fal, po miękkim piasku, który zresztą też był chłodny. Niestety jej plany zakładające suche łapy popsuły się, kiedy tylko jedna fala mocniej uderzyła o brzeg. Jej łapy były przemoczone a piasek pod tymi łapami już nie taki miękki. Zamiast tego był ziarnisty i niezbyt przyjemny. Nie chciała mieć łap całkowicie w piasku. No przecież trzeba się szanować! Szła więc jeszcze bardziej zdenerwowana po plaży. Spojrzała na horyzont nad morzem. Niebo było blade jak to porą nagich drzew. Słońce, zamiast być ciepłą żółtą kulą było bardziej białe. Wisiało już dość wysoko na niebie. Nie wiedziała, że tak dużo czasu już minęło od ich wyjścia z obozu. W końcu uczennica musiała się jeszcze o coś zapytać:
— Ze wszystkich Klanów tylko my umiemy pływać?
Szczerze wolałaby, gdyby uczennica siedziała cicho. Miałaby mniej roboty i mogłaby się skupić na w miarę przyjemnej przechadzce. Ale równie dobrze może jej czegoś nauczyć. W końcu jej uczennica musi zostać świetną wojowniczką.
— W gęstym lesie, pachną sosnami — rzuciła, po czym odpowiedziała na drugie pytanie. — Jeżeli chodzi o klany to tak, ale pojedyncze koty z innych klanów również umieją pływać. To najczęściej te, które były kiedyś samotnikami.
Koteczka pokiwała głową ze zrozumieniem.
— Gdzieś jeszcze idziemy? Może nad jakąś granicę?
— Wycieczka po terenach dopiero się zaczęła. Jeszcze połowa terytorium przed nami. Granice Klanu Burzy i Klanu Klifu widziałyśmy z daleka. Bliżej zabiorę Cię innym razem — wytłumaczyła. Doszły ponownie do okolic zrujnowanego obozu. Niestety nie wyglądało na to, żeby mogły się tam wprowadzić w ciągu najbliższego księżyca. Westchnęła.
— Musimy przejść przez rzekę. Przy okazji nauczę cię podstaw pływania, chociaż ty powinnaś już jakieś znać. Uczyłaś się chyba jako kociak, tak?
Młodsza zatrzymała się przed zejściem do rzeki. Woda obmywała poduszki jej łap. Mandarynkowe Pióro podziwiała odporność na zimno młodszej. Ona sama, mimo że miała dłuższe futro, nie zapatrywała się tak entuzjastycznie na to pływanie.
— Tak uczyłam się pływać w kąciku zabaw. Z tego, co mówił mi Dryfująca Bulwa, to dobrze sobie radziłam. — Westchnęła bura, wciskając swoje pazury do mokrego piasku. Mandarynkowe Pióro zakłuło w sercu na myśl o świetnej relacji kotki ze swoim ojcem. Kiedy ona była mała, nie było jeszcze kąciku zabaw. Nie mogła się uczyć pływania tak wcześnie. Do tego jej ojciec był jedynym rodzicem, który im został, jednak i tak nie był super aktywny w życiu kociąt. Przychodził po prostu co jakiś czas z jakimś prezentem i wychodził. W sumie to babcia je wychowywała. Potem jak była starsza, jej relacja z Sumową Płetwą polepszyła się trochę. Rozmawiali co jakiś czas i dzielili się zwierzyną. A potem jej ojciec umarł. Zabity przez samotników. Wszystko dlatego, że Baśniowa Stokrotka wprowadziła ich patrol w pułapkę! Dlatego nie mogła jej wybaczyć. Dlatego musiała teraz zamienić życie jej córki w piekło. Mimo bólu postarała się dobrze to zagrać. Prychnęła na to tylko z wyższością.
— Świetnie, że twój tatuś cię wspiera, ale to ja jestem twoją mentorką, jak i zastępczynią tego klanu, to ja oceniam postępy uczniów, a już szczególnie twoje — powiedziała. — Przede wszystkim musisz być wyprostowana i trzymać głowę nad wodą, łapy mają poruszać się płynnie bez chlapania. Będę chodzić przy brzegu i asekurować cię.
​​Trzcinowa Łapa zmierzyła ją uważnie buntowniczym wzrokiem. Wyprostowała się i prychnęła, pokazując swoje kiełki.
— Pff, wiem przecież! Nie uczysz jakiegoś głupiego kociaka, który nigdy nie zamoczył łapy! — Futro na grzbiecie uniosło jej się.
— Jak dla mnie dokładnie to robię, to twój pierwszy trening, ledwo wyszłaś ze żłobka. W porównaniu z moim doświadczeniem jesteś właśnie takim malutkim kociakiem — odgryzła się. Calico urażona weszła bez większego problemu do wody i wykonała bez problemu polecenie kocicy. Szylkretka przepłynęła na drugą stronę blisko brzegu, tak żeby Mandarynkowe Pióro mogła ją asekurować. Co jakiś czas, był mały odstęp między wyspami. Wtedy zastępczyni płynęła pierwsza, żeby w razie czego wyskoczyć i pociągnąć kotkę za kark ratując ją od topienia się w lodowatej wodzie. Kiedy wyszły wreszcie na brzeg, skierowały się w stronę brzozowego zagajnika. Wtedy krótkowłosa zdecydowała, że to dobry czas, żeby jej odpyskować.
— Tak? A ty dla mnie jesteś... — Urwała pod jej ostrzejszym spojrzeniem. Dalej, szła zaraz za nią w milczeniu. Może na ogół pomarańczowooka nie była za mądra, ale akurat na wyzywaniu innych się znała. Dobrze wiedziała, że kotka dokończyła pewnie zdanie w myślach, wymyślając nowe wyzwisko pokroju "Wroniego łajna" albo po prostu nie umiała kłócić się z tak majestatyczną osobą, jak ona. Tak czy siak, na jej pysku rozkwitł triumfalny uśmiech. Czyli wygrała. W końcu doszły do brzozowego lasku. Wysokie i chude drzewa wystrzeliwały z ziemi, by rozłożyć swoje bezlistne gałęzie. Ich kolor wyglądał trochę jak ogon Mandarynki. Biały, z lekkim srebrzystym połyskiem, poprzecinany czarnymi pręgami.
— Oto brzozowy zagajnik. Kiedyś za nim kończyło się nasze terytorium i zaczynały tereny niczyje. Teraz te tereny zostały odkryte przez naszych wojowników, ale tam też nie będziemy się teraz zagłębiać. Zalecam ci nie wchodzić samotnie do brzozowego zagajnika ani na tereny za nim. Może tu grasować dużo lisów albo innych zwierząt — miauknęła, kończąc w głowie zdaniem: "Chociaż jak dla mnie równie dobrze może cię coś pożreć". Trzcinowa Łapa spojrzała na brzozy.
— Możesz być spokojna bądź nie, ale samej nie chciałoby mi się tutaj przyłazić. Wolałabym z jakimś ciekawym patrolem, na polowanie, bądź patrol graniczny — przyznała od niechcenia.
Ruszyła obok kocicy, rozglądając się na boki zaciekawiona lasem.
— Gdzie teraz?
Nie odpowiedziała jej. Szły w stronę opuszczonego cmentarzyska. Śnieg wymieszany z deszczem i błotem przylepiał się do ich łap, wydając ciche odgłosy chlupotania. Wzdrygnęła się. Będzie musiała się potem porządnie umyć. Co powie Wężynowy Kieł, kiedy zobaczy ją w takim stanie? Nie może do tego dopuścić! W końcu doszły na miejsce. Był to kawałek ziemi, gdzie rzeka skręcała. Na tej ziemi leżało kilka połamanych, dość dużych kamiennych sztabek. Na nich wyryte były dziwne, niezrozumiałe dla kotów symbole.
— To jest opuszczone cmentarzysko. Tak w sumie to nie ma tu nic oprócz tych dziwnych kamieni. Działa to bardziej jako punkt orientacyjny. Podobno pod ziemią są tu kości dwunożnych, ale chyba nikomu nie chce się tego sprawdzać — powiedziała, patrząc na swoją przednią łapę. Chyba będzie musiała zaostrzyć pazury, jak tylko się umyje.
— Jak podrosnę i nie będę uczennicą, to chętnie to sprawdzę. — Jej uczennica mruknęła bardziej do siebie niż do niej.
— Jak lubisz grzebać w ziemi… — Czarna dorzuciła swoje trzy grosze i podeszła do brzegu rzeki, na której drugim brzegu był ich tymczasowy obóz. Z rzeki wystawały jakby małe pnie jakiś drzew, ale bez gałęzi ani liści. Po prostu grube i solidne patyki. Niektóre były wyższe, inne niższe. W kilku kawałek drewna był odłamany. Stały w dwóch symetrycznych rzędach. No prawie symetrycznych, gdzieniegdzie brakowało patyków, żeby otrzymać perfekcyjną symetrię. Na drugiej stronie rzeki był mocny patyk wbity w ziemię. Przywiązana do niego była drewniana łupina, jak u orzecha, która falowała przy każdym ruchu wody.
— To jest zrujnowany most, a tamto to stara łódka. To by było na tyle, jeżeli chodzi o dzisiaj. Wracamy do obozu — rzuciła już od niechcenia. Trzcinowa Łapa dokładnie przyjrzała się drewnianym rzeczom (na tyle dokładnie na, ile mogła przez odległość).
— To wszystko zostawili dwunożni? — zapytała zaciekawiona. — Dwunożni pływają w takich? Nie płyniemy zobaczyć ich z bliska?
— Nie, nie mamy czasu na trening pływania. Idziemy do obozu.
Trzcinowa Łapa niechętnie, mimo zmęczenia podreptała za srebrną.

<Trzcinowa Łapa?>
[2389 słów]

[przyznano 24%]

30 lipca 2025

Od Trzcinki (Trzcinowej Łapy) Do Mandarynkowego Pióra

Trzcinka leżała na swoim posłaniu. Była noc, a koty spały w prowizorycznych posłaniach, które niekoniecznie dzieliły się na legowiska. Nie był to ich obóz, tylko jakiś las. Słyszała pohukiwania sowy oraz szum liści — nie wody. Brakowało jej jeszcze czegoś, a raczej kogoś. Spojrzała na puste miejsce obok siebie, gdzie położyła piórko dzięcioła. Zamiast niego powinna leżeć tam Różyczka. “Eh… a miało być tak fajnie, jak zostanę uczniem…”
Sześć księżyców, właśnie tyle osiągnęła. Widziała mianowanie większości rodziny Wężyny oraz pozostałych uczniów. Teraz przyjdzie pora na nią, no i pora dla Różyczki, tylko że siostra nie dostanie tego zaszczytu. Swój wzrok zawiesiła na Srebrnej Skórze. Gwiazdy pięknie błyszczały, ozdabiały całe niebo — znaczy na tyle, ile można było dojrzeć przez drzewa. Pewnie tam odeszli wszyscy, którzy nie przetrwali powodzi.
– Gwiazdko, gwiazdko daj mi znak… Że Różyczka śmiga tam… Macha do mnie, bawi się… Gwiazdko, gwiazdko zaiskrz się… – zaśpiewała pod nosem swoją wymyśloną piosenkę. Brzmiała niczym kołysanka.
“Może mi odpowiedzą.”
Nagle przez niebo przebiegło kilka migotliwych wstążek. Byli to spadający gwiezdni! Trzcinka gwałtownie wciągnęła powietrze. Odpowiedzieli jej!
– Różyczka! – wyszeptała wniebowzięta na reakcję nocnego nieba.
Zauważyła, że kilka kotów się poruszyło niespokojnie. Pewnie nie jedyna, miała problemy z zaśnięciem w nowym miejscu.
– Trzcinko, co się stało? – Przebudziła się na nagłą reakcję córki Baśniowa Stokrotka.
Mama była bardzo zaspana. Polizała ją po pyszczku, starając się uspokoić kociaka. Trzcinka starała odepchnąć się od kocicy.
– Mamo, nie jestem już kociakiem! – fuknęła – Mam sześć księżyców.
– Zawsze będziesz moim kociakiem – odpowiedziała tamta spokojnie, nadal wylizując koteczkę. – Jutro pewnie Spieniona Gwiazda mianuje cię na uczennicę. Musisz być wyspana!
– Ugh! No dobra! – Przekręciła się na bok. – Jak myślisz, kogo dostanę na mentora?
– Nie wiem Trzcinko. Spieniona Gwiazda pewnie da ci kogoś dobrego, kogoś, kto ujarzmi twój żywioł.
– Kogoś z rodu?
– Emm… Może… – mruknęła niepewnie i ścisnęła Trzcinkę kitą by przestała w końcu mówić. – Śpij, bo nie wstaniesz!
Koteczka nie miała jak odpowiedzieć, gdyż jej pyszczek zasłaniał ogon kremowej. Przewróciła oczyma, po czym je zamknęła. Starała się zasnąć, jednak było to trudne.
“Głupia powódź.”

***
Nazajutrz

Było wcześnie, bardzo wcześnie. Nigdy sama z własnej woli, nie obudziłaby się o tej porze. Czując język na swoim pyszczku, odburknęła coś cicho, próbując odepchnąć pysk matki.
– Kochanie wstawaj! Musisz się przygotować na mianowanie! Muszę cię umyć, zjemy oraz trzeba wyjść na polanę przed wszystkimi…
Trzcinka nie słuchała dalej Baśniowej Stokrotki. Nie chciała wstawać. Tak długo nie mogła zasnąć, że teraz kiedy było jej tak dobrze, nie mogła po prostu tego przerwać.
– Zaraz mamoooo...
– Zaraz to jest taka wielka zaraza. Nie wywołuj jej, bo Różana Woń się na ciebie zezłości! – Polizała ją kilka razy po pysku. – Wstawaj.
– Już. Wstaje.
Podniosła się ociężale. Zaczęło świtać, chociaż las blokował większość światła. Wydawało się, być mokro — pewnie od rosy. Otrzepała się niezdarnie, starając się przyzwyczaić swoje oczy do dnia. Koty zaczęły również wstawać, a zaraz do matki przyłączył się Dryfująca Bulwa. Przyniósł im jedzenie i ewidentnie musiał się wygadać o tym, jak szybko dojrzewa. “Byłaś taką małą kuleczką i to tak niedawno”, “Jak szybko zleciało te sześć księżyców”, “Wydoroślałaś bardzo, nie jesteś ciekawa, kogo dostaniesz za mentora?” Koteczka nie chciała już tego dłużej słuchać. Zjadła szybko myszkę, po czym po polanie rozległ się głos Spienionej Gwiazdy:
– Niech wszystkie koty, które umieją samodzielnie polować i pływać, zbiorą się!
Kocica dumnie siedziała na jednych z gałęzi drzewa, tak aby koty dobrze ją widziały oraz słyszały. Trzcinka podeszła razem z całym klanem pod drzewo, na którym siedziała liderka. Kiedy wszyscy się zebrali, tamta kontynuowała.
– Zebraliśmy się dzisiaj, aby nadać imię nowej uczennicy. Trzcinko, podejdź bliżej.
Młoda wyszła na środek, nie zważając na wzrok innych kotów. Uniosła wysoko ogon i patrzyła się uważnie w przywódczyni, która mimo tego, że była zadowolona z mianowania nowego kota na ucznia, wydawała się bardzo zmęczona.
– Trzcinko, ukończyłaś sześć księżyców i nadszedł czas, abyś została uczniem. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika będziesz się nazywać Trzcinową Łapą. Twoim mentorem będzie Mandarynkowe Pióro. Mam nadzieję, że Mandarynkowe Pióro przekaże ci całą swoją wiedzę. – Po czym przeniosła swój wzrok na jedną ze swoich zastępczyń. – Mandarynkowe Pióro, doskonale się spisałaś przy nauce Zmierzchającej Zatoki, jak i Błękitnej Lagunie, jesteś gotowa do szkolenia Trzcinowej Łapy jako swojego kolejnego ucznia. Mam nadzieję, że przekażesz jej całą swoją wiedzę.
Szylkretowa kotka spojrzała się na podchodzącą do niej czarną srebrną pręgowaną klasycznie kocicę z niewielką ilością bieli. Jej ładnie zadbane półdługie futerko, elegancko falowało i błyszczało za dnia, jak wyraziste pomarańczowe oczy. Kocica emanowała dostojnością i powagą, jak przystało na zastępczyni. Trzcince leciutko opadła szczęka. Szczerze nie spodziewała się takiego zaszczytu, by zostać uczennicą zastępczyni! Zetknęła się z nią nosem, trwały tak przez krótką chwilę, kocica czekała na coś. Czy Trzcinka miała coś powiedzieć? Szczerze sama nie miała bladego pojęcia co. Wiedziała, że da radę, nie musiała o tym przekonywać słowami kocicę, pokaże to na treningach. Mentorka ją nie upomniała, więc niczego źle nie zrobiła, a jeśli nawet Mandarynkowe Pióro była zdziwiona, to doskonale zdołała to przed nią ukryć.
– Trzcinowa Łapo! Trzcinowa Łapo! – rozległy się wiwaty Klanu Nocy, z czego najgłośniej wybrzmiewał głos jej ojca.
Trzcinowa Łapa zaśmiała się pod noskiem. Kochała ojca za to. Przeniosła wzrok po tłumie. Lulkowe Ziele wydawał się zadowolony, tak samo co Borówkowa Słodycz, bądź jej starsze rodzeństwo. Pysk Wężynowego Splotu i Żmijowcowej Wici wydawały się dość negatywne, chociaż znając kocura, jeszcze z nim umiałaby się dogadać, gorzej z jego siostrą. Natomiast Baśniowa Stokrotka, miała najbardziej zagadkową minę, jaką kotka widziała przez swoje całe życie, a przecież praktycznie przez cały ten czas miała stały kontakt z matką.
“Czyżby się nie cieszyła moim szczęściem?”
Zdziwiła się. Kiedy skończyły się wszystkie gratulacje, od członków jej klanu i koty zaczęły się rozchodzić do swoich codziennych obowiązków, mogła teraz dopytać się swojej mentorki, co mają w planach i przejść do działania. Ugh, jak ona nie lubiła takich formalności! Wszystko mogło trwać znacznie krócej!
– To, co dzisiaj będziemy robić, Mandarynkowe Pióro? – zapytała pogodnie kocicę.

<Mandarynkowe Pióro?>