Widlikowi księżyce leciały, a choć był kociakiem spokojnym, to przecież nie zaprzepaścił też i dziecięcej ciekawości. Wymknął się ze żłobka, chcąc zrobić coś ciekawego. W końcu jego rodzeństwo spało, a jemu najzwyczajniej w świecie się nudziło. Do tego odrobina szaleństwa jeszcze nikogo nie zabiła. Przeskanował obóz zielonym spojrzeniem, a słysząc poruszenie przy wejściu do bezpiecznego schronienia nocnych kotów, przeniósł tam wzrok. Kocurek przyjrzał się kilku kotom, które niosły kłodę. Pan Żmijowiec mówił, że to na zwierzynę. Być może przy takiej wersji młody kocurek by przystanął. Gdyby nie to, że w drewnie dostrzegł coś nie będącego ciągłością. Przybliżył się bardzo powolutku do Zmierzchającej Fali, który zdawał się skupiać bardziej na rozmowie z Kropiatkową Łapą, niżeli tym, co działo się dookoła nich. W pewnej chwili kłoda została odłożona na ziemię, a koty skupiły się na rozmowie ze sobą i cichych gratulacjach. Nikt nie zwracał uwagi na młodego Widlika, który nareszcie dotarł do celu. Przyczaił się i przyjrzał ziejącej czernią dziurze. Krótko po tym dostrzegł jakiegoś skrzydlatego, pasiastego owada, którego owa ciemność pochłonęła. Oczy kremowego zalśniły. Na pewno tam było przejście do innego świata. W końcu pszczółka tam zniknęła i jeszcze nie wyleciała. Może będzie pierwszym, który dotrze gdzieś, gdzie jeszcze żaden inny kot przed nim nie dotarł. Wąsy poruszyły się zdradzając jak bardzo był podekscytowany. Rozejrzał się. Nie chciał przecież, by ktokolwiek go nakrył i odebrał mu tę przygodę. Naprężył się i korzystając z tego, że dziupla była na jego poziomie, po prostu wskoczył. Oczywiście żadnej innej krainy nie było, a sam Widlik spadł nieco niżej i zaklinował się. Pisnął przerażony, kiedy to kłoda została przetoczona na bok.
— Teraz lepiej — rozległ się przytłumiony głos Lśniącej Ikry. Kremowy kociak położył po sobie uszka i zaczął się szamotać w tej dziurze. Drapał pazurkami ścianki. Był przerażony, ale i zły na siebie. Jakim cudem mógł być tak naiwny? Nie potrafił sobie na to odpowiedzieć, ale jego próby spotykały się z dość dużym oporem. Postawił więc na asa w pazurku i po prostu zaczął rozpaczliwie miauczeć. Po jakiejś chwilce usłyszał poruszenie, gdzieś po drugiej stronie.
— Koci duch! — wrzasnęła Kropiatkowa Łapa, odskakując od kłody. Duch? Jaki duch?! Czy w tej kłodzie był duch razem z nim?
— Pomocy! Duch chce mnie zjeść! — wydarł się Widlik, czując jak coraz bardziej czuje się tym przerażony i przytłoczony.
— Nie wygłupiaj się Kropiatkowa Łapo, to z pewnością nie jest duch — odezwała się Biedronkowe Pole.
— Ale przecież ta kłoda wydaje dźwięki — skarżyła się dalej młodsza. Wtedy też Widlik usłyszał hałas rozrywanego drewna, a następnie poczuł jak ktoś chwyta go za kark i wyciąga. Szarpnął się, ale gdy tylko znów stał na podłożu, przylgnął do łapy Biedronkowego Pola.
— Haha! Kropiatka wystraszyła się kociaka! — rozległ się śmiech Zmierzchającej Fali. Biedronkowe Pole zgromiła ciemnego wzrokiem, a następnie liznęła Widlika w łebek, chcąc jakoś uspokoić małego uciekiniera.
— Upewnijcie się, że ta kłoda będzie bezpiecznie ułożona, a ja zabiorę tego malca do Kotewkowego Powiewu — rzuciła jeszcze Biedronka i zabrała kremowego kociaka do żłobka, gdzie przekazała go Kotewce, wyjaśniając co się stało. Kiedy Widlik został sam przy swojej opiekunce, spuścił wzrok na swoje łapki.
— Przepraszam — wymamrotał, na co Kotewka westchnęła, po czym przysunęła go bliżej siebie i sprawdziła, czy z kocurkiem było wszystko w porządku. Nie pominęła też wywodu na ten temat, ale ostatecznie pozwoliła Widlikowi położyć się pomiędzy przednimi łapami. Kocurek usnął, a starsza uspokajająco go lizała.
Event KN: Wniesienie kłody na zwierzynę.
BLOGOWE WIEŚCI
BLOGOWE WIEŚCI
W Klanie Burzy
Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.W Klanie Klifu
Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?W Klanie Nocy
Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?
W Klanie Wilka
Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).
W Owocowym Lesie
Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?W Betonowym Świecie
nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.MIOTY
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Event Klanu Nocy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Event Klanu Nocy. Pokaż wszystkie posty
03 października 2025
Od Szepczącej Łapy do Latającej Ryby
Przeszłość, kiedy Szepcik był dopiero kilka dni po mianowaniu
✩ ★ ✩ ★ ✩
— Jak ci się podoba bycie uczniem ogrodnika, skarbie? — spytała łagodnie Nenufara, otulając mnie swoim puchatym ogonem.
— Jest bardzo fajnie, pani Pierzasta Kołysanka, zdążyła nauczyć mnie już nawet kilku ziół, które mamy w ogrodzie zielnym! — mruknąłem entuzjastycznie, wtulając się w Nenę. — Tylko… Pan Lulkowe Ziele chyba mnie nie lubi, bo trochę mnie unika… — dodałem po chwili namysłu. — A najgorsze jest to, że nie wiem dlaczego! Mamo, zrobiłem coś nie tak? Na początku nawet się troszeczkę smuciłem, że nie będzie mnie uczył, bo pani Pierzasta Kołysanka wydawała mi się zbyt zajęta na uczenie takiego kota, jak ja… W końcu jest księżniczką! Trochę się jej bałem na początku, pierwszego dnia treningu… Ale teraz już się nie boję!
Nenufarowy Kielich delikatnie przesunęła mnie bliżej siebie, odpowiadając mi.
— Pewnie ci się wydaje. Może Lulkowe Ziele chce cię najpierw poobserwować, a potem do ciebie podejdzie? Nie wiemy tego, ale to nie jest ważne, nie zawracaj sobie tym głowy, muszelko. A czego już zdążyłeś się nauczyć?
Moje oczka rozbłysły na pytanie arlekinki.
— Na przykład maliny! To była pierwsza rzecz, jakiej się nauczyłem! Jest dobra na bóle oraz pomaga zatrzymać krwawienie podczas porodu! Ma takie postrzępione listki i różowiutkie, słodko-kwaśne owocki!
— Ojejku! To naprawdę wspaniale, rybko! Pamiętasz może coś jeszcze?
Uśmiechnąłem się, w głowie przytaczając wszystkie lekcje, jakie już miałem.
— Pamiętam jeszcze dziką różę, która w małej ilości pomaga z układem moczowym, jednak jeśli zje się jej za dużo, to może zaszkodzić zamiast pomóc. Oprócz tego, pamiętam jeszcze korzeń łopianu mniejszego, po którego przeżuciu na papkę, a następnym nałożenie na ranę, następuje leczenie infekcji i uśmierzanie bólu, głównie ugryzień szczurów, ale również innych ran i ich infekcji. Jeśli zje się go za dużo, to może rozboleć cię brzuch, ale poza tym nic więcej ci się nie stanie.
— Jejciu, to naprawdę przydatna wiedza dla ogrodnika! Jestem z ciebie bardzo dumna Szepcząca Łapo, świetnie sobie radzisz!
Kiedy mama skończyła mówić, podeszła do nas pani Algowa Struga.
— Hej, Nenufarowy Kielichu, pomożesz nam przenieść tę kłodę? Trzeba ją zacząć transportować na swoje miejsce, a ty chyba jako jedyna jesteś aktualnie wolna.
Pani Alga ogonem wskazała na panią Czyhającą Murenę, Latającą Rybę oraz Mżący Przelot, które już czekały przy pniu.
— Jasne, że pomogę! — miauknęła Nenufara.
Przelotnie liznęła mnie po głowie, po czym wraz z zastępczynią u boku, podeszła do reszty czekających już wojowniczek. Kotki w piątkę rzeczywiście dużo łatwiej podniosły wielką kłodę, zaczynając ją nieść.
Kiedy one pracowały, ja przyglądałem się Latającej Rybie, która szczególnie przykuła moją uwagę swoim unikatowym wyglądem. Miała czarno-białe, śliczne futerko, które układało się w coś na kształt spirali. Jedna jej tęczówka miała w sobie jednocześnie dwa kolory — niebieski i brązowy!
Podczas moich rozmyślań o tym, czy taki rodzaj kolorystki oczu może występować na przykład z odcieniem zielonym, panie skończyły i już chciały zacząć się rozchodzić! Szybko podbiegłem do Nocniaczki, która aktualnie swoim wyglądem skupiała ABSOLUTNIE całą moją uwagę.
— Masz bardzo piękne futerko, wygląda jak takie jakby kółka, które pojawiają się na powierzchni wody, kiedy wrzuci się do niej kamyk! Te oczy też są bardzo ładne! I imię w sumie też mi się podoba! Latająca Ryba… Czy istnieją latające ryby?
< Rybka? Odpowiesz na nurtujące mnie pytanie? >
[ 535 słów, trening ogrodnika ]
[przyznano 11%]
Wykonane zadania:
Wniesienie na wyspę kłody na zwierzynę
Od Szepczącej Łapy do Niezapominajkowej Łapy
Podszedłem do sterty zwierzyny, biorąc z niej wiewiórkę. Właśnie skończyłem dzisiejszy trening z panią Pierzastą Kołysanką, więc stwierdziłem, że w sumie, to mogę coś przekąsić. Powoli zacząłem zjadać stworzonko, zanurzając się w rozmyślaniu o milionie rzeczy na raz.
"Czy oszukuję Trzcinowy Szmer, Ćmią Łapę, Niezapominajkową Łapę i Kropiatkową Łapę? Czy to znaczy, że jestem dwulicowy, fałszywy i niegodny zaufania czy znajomości, już nie mówiąc o przyjaźni? Dlaczego nie mogę być normalny? Czemu muszę być taką ciapą, która boi się za głośno oddychać i podskakuje na widok własnego cienia? Dlaczego nie mogę być taki jak inni? Dlaczego mam takie nakreślające imię? Szept. Czy to znaczy, że muszę być taki już zawsze i nigdy nie pozbędę się łatki cichego, dziwnego kocięcia, nawet jako dorosły ogrodnik? Czemu nie mogłem nazywać się na przykład Nimfa? To takie piękne imię… Takie majestatyczne… Nienakreślające niczego, początkując na płci, a kończąc na charakterze. Czemu pan Lulkowe Ziele tak mnie nie lubi? Dlaczego czuję się, jakby był moim starszym bratem? Dlaczego czasami chcę, aby tak było? Dlaczego pan Szałwiowe Serce wydaje mi się zarazem tak bliski i tak daleki, choć znam go tylko trochę i jest taki dobry? Czemu na jego wygląd przez ułamek uderzenia serca mam ochotę krzyczeć i uciekać? Czy zrobiłem coś nie tak? Czy jestem niewystarczający? A może jestem po prostu błędem, który nigdy nie miał przyjść na ten świat? Dlaczego muszę czuć taką pustkę. Czemu muszę być taki, a nie inny? Co to za postacie, które co noc odgrywają krwawe sceny. Kim są? Czemu tak bardzo nie mogę o nich zapomnieć? Może to moja rodzina biologiczna? A może to tylko moja wyobraźnia? Skąd ja w ogóle pochodzę? Może z jakiegoś innego klanu? A może raczej jestem tworem pieszczochów, lub samotników? Albo w ogóle nie wiadomo czego? A co jeśli któryś kot z Klanu Nocy po prostu wstydził się mnie i się do mnie nie przyznaje? Czy Nenufarowy Kielich naprawdę mnie kocha? Jeśli tak naprawdę po prostu nie ma serca mnie skrzywdzić i wyznać mi prawdę?"
Moje rozmyślenia przerwał widok znajomego futerka, należącego do nikogo innego, niż do Niezki! W kilku szybkich kęsach dokończyłem wiewiórkę, aby następnie przez kilka długich chwil obserwować, jak Kuni Strumyczek, Porywisty Sztorm, Baśniowa Stokrotka, — oraz oczywiście dymna uczennica, — przenoszą kłodę, mającą służyć ulepszonej wersji sterty na upolowaną zwierzynę Nocniaków. Podniosłem się, szybko podchodząc do pracujących kotek, a tak konkretniej — do Niezapominajki.
— Hejka, Niezapominajkowa Łapo! Czy nie potrzebujecie może pomocy? Jestem już po treningu i chętnie podam pomocną łapę!
Uśmiechnąłem się do przyjaciółki, a do mojego łaciatego noska doleciał delikatny aromat niezapominajek, wplecionych w futro koteczki stojącej przede mną.
< Niezkaaa? >
[ 428 słów, trening ogrodnika ]
[przyznano 9%]
Wykonane zadania:
Wniesienie na wyspę kłody na zwierzynę
Od Szepczącej Łapy do Widlika
✩ ★ ✩ ★ ✩
Spacerowałem sobie spokojnie między różnymi roślinami w ogrodzie zielnym, kiedy przypomniałem sobie o bransoletce dla pani Pierzastej Kołysanki. Piórko wybierała się aktualnie na poszukiwania ostatnich nasion tego sezonu, więc stwierdziłem, że mogę pójść razem z nią. Radosnym krokiem podszedłem do swojej mentorki.
— Dzień dobry pani Pierzasta Kołysanko! Czy mogę pójść poszukać nasion razem z panią?
Księżniczka skierowała na mnie swój pyszczek, z którego nie mogłem w zasadzie wyczytać żadnych większych emocji.
— Myślę, że możesz — mruknęła obojętnie, następnie kierując wzrok na drugiego ogrodnika. —
— Lulkowe Ziele, miałam się ciebie spytać już wcześniej. Idziesz z nami?
Pan Lulek przez kilkanaście uderzeń serca przeskakiwał wzrokiem z ogrodniczki na mnie i z powrotem, w końcu jedynie sztywnie kiwając głową na “tak”.
Ucieszyłem się, że możemy pójść we trójkę. Będzie fajniej!
— W takim razie za niedługo wyruszamy, Szepcząca Łapo, przyjdę po ciebie, ale najpierw coś zjem — stwierdziła córka pani Mandarynki, co uznałem za koniec rozmowy.
Młodszy kocur — z niewiadomych mi przyczyn cały spięty — odwrócił się od nas, idąc w głąb zielnika.
Ja oraz pani Piórko, po niedługiej chwili, nie wymieniając już ani słowa, zgrabnie przepłynęliśmy na wyspę, na której mentorka skierowała się wprost do sterty zwierzyny.
Rozejrzałem się w poszukiwaniu jakiegoś zajęcia, dostrzegając z oddali panią Kotewkę, na której widok wpadłem na pomysł odwiedzenia jej oraz kociąt, przebywających aktualnie w żłobku.
Wesoło podreptałem w jej stronę, delikatnie bujając ogonem na lewo i prawo z radości. Akurat tego dnia miałem całkiem dobry humor!
— Dzień dobry pani Kotewkowy Powiewie! Pomóc z czymś pani? Może chciałaby pani ze mną chwilkę porozmawiać?
Piastunka chyba zaskoczyła się moją obecnością oraz chęcią rozmowy i to w dodatku z nią. Strzepnęła jednym uchem, jakby zastanawiając się nad tym, co mi odpowiedzieć.
— Dziękuję Szepcząca Łapo, ale jestem zajęta. Jeśli chcesz, możesz iść odwiedzić kocięta w żłobku. Myślę, że polubiłbyś się z Widlikiem.
Pokierowałem do księżniczki delikatny uśmiech, obserwując ją swoimi błękitnymi ślepiami.
— Dobrze, to do widzenia! Na pewno jeszcze panią odwiedzę!
Nie czekając na odpowiedź kocicy, po prostu wszedłem do żłobka, gdzie zastałem dwójkę kociąt. Obydwie puszyste kuleczki były tej samej płci co ja. Przyjrzałem się im nieco dokładniej. Jeden z nich miał biały tułów, jednak jego łapki były ciemne, dodatkowo pokryte pręgami. Cicho pochrapywał, delikatnie machając swoimi niewielkimi łapkami.
"Pewnie coś mu się śni. Słodko to wygląda!"
Tuż obok niego spało drugie kocię. Ono również miało na sobie swojego rodzaju białą pokrywę, niemal identycznie wyglądającą, jak ta jego brata obok. Zanim jednak zdążyłem stwierdzić coś więcej, usłyszałem za sobą cichy, spokojny głosik, przez który o mało nie wyskoczyłem z futra.
— Dzień dobry. Mogę w czymś pomóc?
Szybko się odwróciłem i zobaczyłem przed sobą małego kocurka z dużymi, zielonymi oczkami.
— Jak masz na imię? — spytałem malucha, który usiadł.
— Widlik — miauknął zwięźle, zaczynając lizać sobie przednią łapkę. — A ty? — dodał po chwili, nie spuszczając ze mnie wzroku ani na ułamek uderzenia serca.
— Jestem Szepcząca Łapa, uczeń ogrodnika. Ładne imię, Widlik… Chcesz może się pobawić? Mam w sumie chwilę i chętnie ją ci poświęcę.
Kremowy prześwietlił mnie kolejny raz od góry do dołu, po czym zamiast mi odpowiedzieć, wzruszył ramionami. Myślałem, że to koniec jego gestu, jednak po chwili dodał jeszcze:
— Chętnie. Możemy wyjść ze żłobka?
Na jego pytanie na chwilkę zastygłem. Nie mogłem wziąć go sam, a pani Kotewka musiała zostać w pobliżu pozostałej dwójki. Wtedy jednak usłyszałem głos Nenufary oraz księżniczki, wchodzących do żłobka.
— Cześć mamo! Czy mogłabyś pójść razem ze mną i Widlikiem do centrum obozu? Chciałbym się z nim pobawić, ale pani Kotewkowy Powiew musi zostać z jego rodzeństwem.
Nenufarowy Kielich uśmiechnęła się, obejmując mnie swoim puszystym ogonem.
— Jasne synku, mogę z wami pójść!
— W takim razie chodźmy — mruknął kociak, wychodząc z ciepłego legowiska.
Wraz z kotką oraz kocurkiem, szybko znaleźliśmy się w sercu obozu, niedaleko kotów, które powoli wnosiły kłodę, mającą posłużyć jako kłoda na zwierzynę.
Widlik jednak zbytnio się tym nie przejął. Moja mama usiadła gdzieś niedaleko, aby mieć na nas oko, a ja ciepło uśmiechnąłem się do Widlika, który rozglądał się za jakimś zajęciem.
— A może porysujemy w piasku? Lubię to robić.
Nie odpowiedziałem kociakowi, ponieważ usłyszałem za sobą koty, które powoli zbliżały się do nas z pniem, który nasunął mi lepszy pomysł.
— Hej, a co jeśli by tak porysować na tym kamieniu? — zaproponowałem, ogonem wskazując na głaz trochę wyższy od kociaka.
— Jeśli weźmiemy troszeczkę wody, to może uda nam się coś w nim narysować! Zostawimy pamiątkę dla przyszłych Nocniaków!
Oczy kocurka rozbłysły niczym dwa malutkie świetliki, skrywające się w koronach drzew, kolorem podobnych do jego oczek.
— Okej! — pisnął, lekko się uśmiechając.
Był bardzo spokojny jak na kociaka. Spokojnie podszedł do skały i już chciał zamoczyć łapki w wodzie, kiedy zatrzymał je w pół ruchu.
— Możemy nawilżyć w tym źródełku swoje łapy? — spytał, wpatrując się w przeźroczysty płyn.
— Tak, jeszcze nikt nie pije tej wody. Jest brudna od ziemi, więc i niezdatna do picia. Nikt nie powinien się na nas zdenerwować, spokojnie.
Kiedy zapewniłem kocię, że nie robimy nic złego, szybko zanurzyło dwie łapki w wodzie. Następnie zaczął jednym pazurkiem rysować rybkę. Podszedłem i również włożyłem na chwilę swoje łapy do wody. Zamiast jednak coś rysować, mocno przycisnąłem je do skały. Po dłuższej chwili, kiedy je zdjąłem, został odcisk! Widlik obserwował mój ruch, niewiele później również odciskając poduszki łap na skale. Na chwilę odwróciłem głowę, patrząc na Rosiczkową Kroplę oraz Krewetkową Łapę, która była tam wraz ze swoją mentorką — Biedronkowym Polem — przemieszczające się sprawnie wraz z ową kłodą. Naprawdę wydawała mi się bardzo ciężka. Kotki szły powoli, patrząc pod nogi. Kierował nimi Rysi Bór, który raz na jakiś czas odchodził i zostawiał je we trójkę, aby móc powiedzieć, gdzie mają iść. Potem wracał z powrotem do nich, dźwigając ją razem z nimi. Serce robiło mi się większe, gdy patrzyłem na współpracujące koty. W tym czasie Widlik zdążył namalować więcej różnych rzeczy na skale, jednak jak się okazało, te rozmywały się pod jego dotykiem. Odciski naszych łap oraz rybka trzymały się, co było dla mnie zagadką. Podszedłem do niego i zacząłem znów zostawiać swoje łapy, tym razem lekko je wykrzywiając. Kremowy narysował znak Klanu Gwiazdy, następnie odchodząc od swojego dzieła, aby zobaczyć je w całości. Niewiele później dołączyłem do niego.
— Pięknie wygląda, dobrze sobie poradziłeś! — mruknąłem do niego z uśmiechem.
< Widlik??? >
[ 1026 słów, trening ogrodnika ]
[przyznano 21%]
Wykonane zadania:
Wniesienie na wyspę kłody na zwierzynę
30 września 2025
Od Śnieżnej Mordki CD. Lulkowego Ziela
Nie od razu wojowniczka zauważyła, jak bardzo obruszony i rozeźlony wydawał się jej komentarzami świętoszkowaty ogrodnik. Czasami bywał taki nijaki! Nie bywał w tłumie, nienawidził chaosu, który wiązał się z jego licznym rodzeństwem — wężynowymi pomiotami rodem z Mrocznej Puszczy i irytował go rozgardiasz. Czy kot tak skrupulatny mógł być takim fatalistą? Rozmowa z takim smutasem wcale nie przynosi szczęścia, a już na pewno nie komuś, kto nie chce pracować w pełnym słońcu i wolałby po wylegiwać się na brzegu rzeki. Niefrasobliwie poruszyła wąsami, prowadząc z nim dalszą, uprzejmą rozmowę.
Po wspaniałym geście, jakim było uśmiechnięcie się, musieli wrócić po więcej kamieni na wyspę. Źródełko wody wyglądało prawie całkiem nieskazitelnie, ale dalej brakowało mu czegoś, co wzmocni ścianki i je otoczy.
— Jak dobrze w końcu spędzić z tobą chwilkę czasu, Luleczku! Myślałam, że już nigdy nie uda nam się porozmawiać w cztery oczy. Widzisz sam, jak się dzieje, Luluniu. Ciągle tylko Rosiczka, ciągle tylko Wężynka! Ja chyba nie miałam czasu rozmawiać z moimi cudownymi pobratymcami. A członkowie Klanu Nocy mnie kochaaaaają! Kocham ich za to, że mnie kochają, a oni kochają mnie za to, że ich kocham — wymruczała radośnie, odsłaniając rząd równych, białych i ostrzejszych niż pazury ząbków. Spod przymrużonych powiek przez chwilę przyglądała się, jak biało-czarny kot ogląda kamienie. Wydawał się taki nieszczęśliwy, a przecież w Klanie Nocy było tyle powodów do szczęścia. Jak mógł być nieszczęśliwy?
— Weź te. Są dobrej wielkości, aby umocnić wzmocnić ścianki źródełka. Jeśli się ruszysz, to skończymy to nim zajdzie słońce — odparł krótko. Jaki on był brutalnie bezpośredni! Śnieżynka nie traciła czasu, toczyła kamień po kamieniu, coraz bliżej ich miejsca pracy. Ogrodnik wędrował gdzieś za nią, również tocząc kamienie. Jak on to robił? Jaki wielofunkcyjny! Był silniejszy niż Tojadowa Kryza, zajmował się roślinami.
— Od zawsze jesteś taki utalentowany? Ukrywałeś się czy coś? To ładne, ile rzeczy umiesz zrobić. Nie musisz się ukrywać, bo wszyscy myślą, że jesteś głupszy i mniej sprawny niż jesteś naprawdę! Twoje rodzeństwo jest takie ciekawe, przy nich wyglądałeś jak cieniaaaas! A nim nie jesteś, prawda, Luleczku? — Wymruczała, gdy jej ogon smagał jego bok przy źródełku. Zajęcie powoli zaczynało dobiegać końca, a kotka nudziła się przekładaniem kamieni z jednego miejsca na drugie. — Ale z ciebie zagadka! Uwielbiam zagadki!
Ogrodnik zatrzymał się. Srebrna pręguska mogła przez chwilkę usłyszeć, jak jego oddech ustaje, nim głęboko westchnął. Gdy przeniosła na niego wzrok, jego brwi były zmarszczone, powieki przymknięte, uszy położone po sobie, a pysk wyrażający ewidentne oburzenie. Po co były mu te nerwy? Przecież nie chciała źle, tylko stwierdziła fakt! Cały klan podejrzewał, że ten kocur to jakiś rybi łeb, dopóki się nie wykazał. Chyba nie sądził, że w oczach swojego rodzeństwa, z którym tak często rozmawiała, był jakimś geniuszem!
— Ja nie myślę o tobie jak o czubie. Po prostu czasami dajesz odczuć wszystkim wokół, że z ciebie amator kwaśnych jabłek. Żaden z ciebie frajer. Może trochę gbur i łososi móżdżek z ostami na zadzie, ale nie, żeby mi to przeszkadzało. Kiedyś ktoś mi powiedział, że ja też nie jestem najjaśniejszą gwiazdką na tym niebie, ale co to znaczy? — Wzruszyła ramionami, — Nie jestem pomyleńcem malinowym, ty chyba też nie.
< Lulku? >
Event: Wniesienie na wyspę kamieni, mających otaczać źródełko wody i wzmacniać jego ścianki
Od Lulkowego Ziela CD. Śnieżnej Mordki
Juniorka, ta podła zdrajczyni!... Jakby sama jeszcze miała czym się chwalić w tej materii! Czyżby naciągała go na te pełne wyznań, zakrawające o emocjonalny ekshibicjonizm rozmowy tylko po to, aby później dzielić się ich pikantnymi szczegółami ze swoimi przyjaciółeczkami? Myślał, że mógł jej ufać, nawet, jeśli zazwyczaj się nie dogadywali — a ona tak perfidnie, wszem i wobec rozpowiadała jego sekrety! I to jeszcze kotce, której obecności wręcz nie trawił!
"Też mi siostra..." — burknął w myślach, marszcząc brwi i układając patyki. Początkowo chciał ją zignorować, ba, może nawet wymienić się jakimiś podstawowymi uprzejmościami — tak, żeby ten podły wszechświat zauważył, że chociaż się stara — ale ta zniewaga wymagała rozlewu krwi.
Poza tym, on wcale nie narzekał na swoje życie towarzysko-uczuciowe — lub też, raczej, jego brak. Sam miał się świetnie, doprawdy. Te idiotyczne przytyki srebrna mogła sobie wsadzić pod ogon... I ona nie wydawała się cieszyć większym powodzeniem, zwłaszcza biorąc pod uwagę krążące po obozie plotki o jej wielu zauroczeniach. On przynajmniej nie pozostawał w stanie wolnym ze względu na nieudolne próby znalezienia swej bratniej duszy, a z wyboru. To zdecydowanie był mniej żałośniejszy z tych dwóch powodów — przynajmniej w jego głowie. Zresztą, nie wiedział nawet, czy rzeczywiście chciałby kiedykolwiek się z kimś związać. To wszystko wydawało się... okropnie skomplikowane, a wiążący się z tym bagaż emocjonalny na pewno nie podziałałby dobrze na jego — i tak już niespokojny — umysł.
Spojrzał więc na nią w odpowiedni sposób — jak na mysi móżdżek, którym była — i westchnął przeciągle. Jego wąsy poruszyły się delikatnie wraz z wpełzającym na jego mordkę, gorzkim grymasem.
— Jeśli już kogoś obgadujesz, to przynajmniej się do tego przy nim nie przyznawaj... — miauknął cicho, kontynuując pracę, starając się skoncentrować na powierzonym mu zadaniu. Był to jednak nie lada wyczyn...
— Phi! Masz minę, jakbyś zjadł coś obrzydliwego. Wiesz, jak śmiesznie wyglądasz? — Zaniosła się chichotem, zupełnie ignorując jego wcześniejszą wypowiedź. Zamrugał kilka razy. Już sam nie wiedział, czy głowa bolała go od niedoboru maku, czy od letalnej dawki głupoty, którą właśnie dostarczał swoim nerwom. — Jak taka żaba... Albo ropucha. Tak, jak ropucha. One mają takie mordy!
Nawet nie wiedział, co miał na to odpowiedzieć. Czy ona go obrażała? Czy starała się jakoś zagaić konwersację? Czy naprawdę jego siostry dostrzegały w tej siwej kupie futra jakiekolwiek pokłady uroku osobistego?
— Ta... — Jedynie pokiwał biało-czarnym łebkiem. Odwrócił wzrok. Jego łapki i pyszczek wciąż pracowały nad wzmacnianiem konstrukcji żłobka, ale jego spojrzenie skupiło się na grupce kotów pod przewodnictwem Mandarynkowego Pióra. Dryfująca Bulwa, Żmijowcowa Wić, Szałwiowe Serce, Kropiatkowa Łapa oraz Niezapominajkowa Łapa dzielnie wtaczali kłodę, która miała posłużyć w przyszłości jako część legowiska starszyzny. Chociaż wydawało się, że była to jałowa robota — Kolcolistne Kwiecie, jego jedyny lokator, krzątał się dookoła nich, widocznie niezadowolony z tak widocznego wykluczenia go z prac. Pewnie jakby mu pozwolili, to sam odbudowałby ten obóz i poszłoby mu to znacznie sprawniej, niż im...
— Ej, Luluś... O jacie, ale to uroczo brzmi. Lulkowe Ziółko też. Szkoda, że tak cię nie nazwali! Może wtedy byłbyś weselszy. — Śnieżna Mordka dała mu lekkiego kuksańca, który, zważając na jego obecny stan, zabolał znacznie bardziej, niż powinien. Syknął cicho, na co srebrna tylko cicho się zaśmiała, zapewne myśląc, że celowo dramatyzował. — Patrz, już prawie skończyliśmy! No, uśmiechnij się chociaż raz! Jeny, niszczysz mi nastrój tą swoją obrażoną miną...
Pokręciła głową i jęknęła cicho, wracając do pracy. Rzeczywiście, uporali się z tym dosyć szybko. Ale nie mógł złapać oddechu. W momencie, gdy już chciał odejść, poczuł ubrudzoną gliną łapkę, pacającą go kilka razy w bok. Odwrócił mordkę, mierząc ją wzrokiem.
— Przy źródełku brakuje kilku kamyczków... A ty chyba lubisz kamienie? W żłobku zawsze je zbierałeś. I potem też widziałam, jak ukradkiem kitrałeś je za każdym razem, gdy znalazłeś jakiś fajny. Więc chodź, poszukajmy ich! — miauknęła, nieco zbyt entuzjastycznie na jego gusta. — No, nie dawaj mi takiej miny... Szybciej!
Nie czekając na jego odpowiedź, popchnęła go do przodu i poszła za nim, nucąc pod nosem jakąś wesołą melodyjkę. Był zbyt zdezorientowany, zirytowany i niewystarczająco przytomny, aby zaoponować. Posłusznie podążył więc wraz z nią, pomagając jej wybrać odpowiednie skałki, grzecznie kiwając głową za każdym razem, gdy coś mówiła, dając choćby złudzenie rzeczywistego słuchania swojej towarzyszki. Ostatecznie nie mógł krytykować jej doboru głazów — były małe, ale nie za małe, poręczne i całkiem ładne, ciemne. Woda wydobywała z nich jeszcze głębszą, czarnawą barwę. Ślicznie wyglądały z resztą kompozycji, a wpasują się jeszcze bardziej, gdy zdąży je już obrosnąć mech. Co prawda nie wypowiedział tych słów na głos, ale jego spojrzenie złagodniało nieco, gdy wraz ze swoją przymusową towarzyszką przyglądali się swojemu dziełu. Nawet na chwilę zapomniał o bólu głowy...
— Aaaa, w końcu się uśmiechnąłeś! Widziałam to, widziałam!
... Po to, aby już uderzenie serca później ten na nowo się przypałętał.
<Śnieżka?>
Event: Wniesienie na wyspę kamieni, mających otaczać źródełko wody i wzmacniać jego ścianki, Wtoczenie na wyspę pnia, mającego stanowić część nowego legowiska starszyzny
Od Widlika do Morszczyna
Kremowy kocurek obudził się nieco wcześniej od swoich braci. Podniósł się i rozejrzał zielonym spojrzeniem po wnętrzu. Zdecydowanie był dzień, bo zrobiło się jaśniej. Widlik westchnął i skierował się do wyjścia ze żłobka. Przystanął przed wyjściem, a następnie usiadł tak by mieć widok na obóz. Zaczynało mu się strasznie nudzić w żłobku. Poza nim wszystko wydawało się takie ciekawe. Chociaż z drugiej strony po opowieściach pana Żmijowca to już sam nie wiedział czy, aby na pewno. Zaczął się zastanawiać czy świat faktycznie był taki straszny? Być może starszy kocur po prostu go straszył co zresztą zauważyła pani Paluszki? Jednak dlaczego tamten miałby go niepokoić? Okłamywać? Przecież nie miałby w tym żadnego celu prawda? Pokręcił lekko łebkiem i spojrzał na wodorosty oplatające jego ogonek i łapkę. Chyba niedługo będzie musiał jakoś je dopasować do swojej wielkości. Być może nawet w niedalekiej przyszłości dołoży parę innych ozdóbek? W końcu strojenie się było takie fajne! Nawet jeśli robił to dla samego siebie. Póki co nie myślał o tym by zaimponować komukolwiek. Wszak w dalszym ciągu był jeszcze kociakiem. Nie musiał, więc przykładać do tego wagi. W pewnej chwili do jego uszu dotarł hałas. Uniósł wzrok i spojrzał przed siebie. Biedronkowe Pole, Lśniąca Iskra, Siwa Czapla i Rysi Bór wtaczali na wyspę pień. Widlik już wcześniej widział podobną akcję. Pan Żmijowiec mu o tym mówił. Wtaczali fragment drzewa, by można było naprawić miejsce dla starszych. pień wydawał się być ciężki, a sam kremowy zdawał sobie sprawę, że prędzej skończył by pod nim. Chyba, że pobawiłby się w taką przejażdżkę. Coś jak we śnie co kiedyś unosił się w powietrzu ganiając biedronkę. Przyglądał się wojownikom jak zaczarowany. Widział jak dotoczyli kłodę, a następnie ją ułożyli. Być może właśnie przez to nie spodziewał się, że ktoś go szturchnie. Podskoczył z cichym piskiem, a następnie spojrzał za siebie.
— Morszczyn, wystraszyłeś mnie! — pożalił się bratu.
— Tchórz — mruknął tamten, na co Widlik lekko się skrzywił.
— Nieprawda, po prostu byłem pochłonięty obserwacją — obruszył się, a tamten prychnął.
— Naprawdę, patrzyłem jak czwórka silnych wojowników wtacza taki duży pień i zastanawiałem się czy i ja kiedyś będę taki silny — odparł, a następnie westchnął i klepnął miejsce obok siebie.
— Chodź, popatrzymy razem — zaproponował Widlik.
<Morszczyn? Popatrzysz ze mną?>
Event KN:
Wtoczenie na wyspę pnia, mającego stanowić część legowiska dla starszych.
Od Śnieżnej Mordki CD. Lulkowego Ziela
Śnieżnej Mordce czas płynął prędko. Od powodzi wydarzenia i rekonstrukcja obozu działy się w takim tempie, że nie miała ani chwili, by oddać się swoim zwyczajowym zajęciom. Przed powodzią większość wolnego czasu spędzała… bezczynnie. Była absolutnie bezczynna w swojej błogiej bierności. Leżała przy rzece, obserwując jak gruby, puszysty trzmiel w idealne żółte lub pomarańczowe pasy huśta się z trzciny na trzcinę. Pozostawała też stałym bywalcem na kolorowej łące, gdzie nie było tyle kudłatych owadów, ale gdy zamierała w bezruchu, mógł usiąść na niej motyl. Całe dnie poświęcała na ganianie łuskoskrzydłych pośród kwiatów albo na podglądanie małych rybek w niskich szuwarach. I wszystko to robiła z Rosiczkową Kroplą lub w akompaniamencie monologów Wężynowego Splotu. Teraz czas nagle pędził. Wszystko było przenoszone z miejsca na miejsce, dziury były łatane, gałązki miały wypełnić pustki w ścianach kociarni czy innego legowiska. Przy kociarni pojawił się już spory stos patyków i większych gałązek.
Algowa Struga w pocie czoła rozstawiała każdego, kto miał wolne łapy po kątach i przydzielała co raz, to nowsze zadania. Wojowniczka z coraz to bardziej przemijającym zapałem oczekiwała na swoje następne zadanie. Gdzieś obok większa grupa wojowników wtaczała do obozu skały. Sprawa stała się jasna, jak woda w rzece, gdy kiężniczka skinęła w stronę legowiska dla najmłodszych członków Klanu Nocy. Przy stercie potrzebnych materiałów znalazł się już nie kto inny, jak wielki ogrodnik — Lulkowe Ziele. Dzień zapowiadał się naprawdę interesująco. Czy była skazana na każde z Wężyniątek po kolei? Co za pech! Pozdrowiła go krótko, nim zabrała się za wybór patyka, nie skupiając się zbytnio na jego osobie i obecności.
— Będziemy umacniać ściany, hm? Fajowo! — miauknęła, przechylając głowę na bok i uśmiechając się w możliwie jak najbardziej zachęcający sposób. — Nie wiem, czemu padło na mnie, Algowa Struga chyba zrobiła to dla żartu! Przecież ja nie wiem, jak umacnia się ściany. Widziałam, jak robi to Dryfująca Bulwa, ale robić a widzieć to chyba nie to samo. A zresztą! Zresztą ja w ogóle nie widziałam tego za dobrze — wymamrotała na jednym oddechu, po czym przeniosła wzrok na widoczne ubytki w ścianach żłobka. Patyków brakowało… praktycznie wszędzie. Z brakiem przekonania wplotła jedną z gałęzi w lukę. Lulkowe Ziele nie wyglądał na ugłaskanego ani jakby mu zaimponowała. Jego reakcja była zupełnie rozczarowująca.
— Oh, no chodź! Nie bądź właśnie taki. Zawsze jesteś takim ponurakiem, Lulkowe Ziółko? Nie dziwię się, że Wężynka tak często komentuje twoje życie romantyczne! — dodała bez zastanowienia — Jak masz sobie kogoś znaleźć i być lubiany, jeśli jesteś taki niezainteresowany? To głupie, pomóż mi.
< Lulkowe Ziele? >
Event: Umocnienie ścian żłobka
Od Szeptu (Szepczącej Łapy) CD. Trzcinowej Łapy (Trzcinowego Szmeru)
W przeszłości
— D-dobzie, pa pa! — mruknąłem cicho, kiedy Trzcinka miała już wychodzić. — Trzci-Trzcinowa Ła-apo! — pisnąłem, podchodząc do samego brzegu legowiska.
Chciałem z niego zejść z jakąkolwiek gracją, jednak coś poszło nie tak i zrobiłem fikołka w przód. Szybko się podniosłem i podtuptałem do szylkretki, która ciepło się do mnie uśmiechnęła.
— Od-odwiedzi-dzis mnie jes-sce? — szepnąłem, niepewnie spoglądając na Trzcinową Łapę.
— Oczywiście, że tak, maleńki — miauknęła, delikatnie kładąc łapkę na mojej głowie.
Odwróciłem główkę i przyłapałem panią Gąbkę na wpatrywaniu się we mnie zimnym wzrokiem.
Dymna jednak odwróciła się i żwawym krokiem weszła do składziku medycznego. Przez chwilę wpatrywałem się w ścianę, po prostu myśląc o tym, co się dzieje, oraz starając się coś sobie przypomnieć, ale po chwili stwierdziłem, że nie ma to większego sensu. Tak poza tym, byłem zmęczony. W kilka chwil ułożyłem się w miarę wygodnie na legowisku, wyrównując swój oddech. Po niedługim czasie udało mi się w końcu odpłynąć w sen, który był w miarę spokojny.
Nadal jeszcze przed mianowaniem Trzcinki, ale kiedy Szept, został już uczniem
✩ ★ ✩ ★ ✩
Noc była pozornie spokojna. Szum wiatru kołysał trzciną zarastającą naokoło wyspy, tworząc coś na kształt melodii, kiedy ja wpatrywałem się w gwiazdy. Pani Pierzasta Kołysanka już dawno spała. Pan Lulkowe Ziele tak w zasadzie też, więc nie spałem jako jedyny. Podejrzewałem, że w obozie również wszyscy byli pogrążeni we śnie. Lekko niczym poranny wietrzyk przechadzałem się między roślinami.
Spojrzałem na krzewy, które biły mój łaciaty nosek ostrym zapachem, oraz charakterystycznych ząbkowanych listeczkach.
— Jeżyna krzewiasta, łatwo dostępna, występuje wszędzie, najczęściej jednak ujrzeć ją można w lasach, ale i również przy skarpach czy wybrzeżach rzek. Aby pomogła złagodzić obrzęk po urządzeniu pszczelim, należy przeżuć liście na papkę, a następnie nałożyć w bolące miejsce, oznaczone przez pszczołę.
Za jeżynami znajdowały się silnie rozgałęzione rośliny, o wyjątkowym, jasnym i nadzwyczaj trudnym do połamania przez swoją grubość korzeniu z liśćmi, wyglądającymi jakby przeszła przez nie wygłodniała apokalipsa gąsienic, oraz fioletowych kwiatkach.
— Łopian mniejszy. Zazwyczaj można ujrzeć go przy wybrzeżach rzek i strumieni czy czasami jezior. Po opłukaniu, przeżuć na papkę i nałożyć na ranę z infekcją, oraz niwelować ból po ugryzieniu szczurów, jednak nie tylko. Jeśli zjesz go za dużo, to rozboli cię brzuch.
Moje błękitne ślepka padły na delikatne, szerokie listki, których sam zapach sprawiał, że na języku czyli się ten rześki smak, jaki przynosiły te liście.
— Macierzanka tymianek. Zazwyczaj jest w słonecznych miejscach z jednak przy odpowiedniej trosce, da wychować się ją chociażby tutaj. Po przeżuciu liści tymianku, nerwowość, niepokój czy szok oraz inne tego typu emocje obniżają się do praktycznie minimum lub całkowicie się niwelują.
Niewiele dalej była roślinka z miękkimi liśćmi o poszarpanych brzegach oraz różowiutkich owockach.
— Malina kamionka, lokalizuje się w lasach liściastych bądź mieszanych, jednak przy odpowiednim przygotowaniu gleby, da się wyhodować ją na przykład w ogrodzie zielnym. Zatrzymuje krwawienie podczas porodów, oraz pomaga złagodzić ból.
Duże, mięciutkie liście z różowym kwiatem oraz słodkim, unoszącym się w powietrzu zapachem przykuły moją uwagę.
— Tutaj jest malwa dzika, występuje w zaroślach bądź przy wybrzeżach rzek, czasami można ją ujrzeć przy siedliskach dwunożnych. Jeśli się ją zje, pomaga złagodzić ból brzucha w krótkim czasie. Mniej popularną nazwą jest ślaz dziki.
Zatrzymałem się tuż przy ostatniej roślinie w tym rzędzie.
— A ciebie nie znam…
Miała ciemnozielone liście, a gdzieniegdzie można było zobaczyć jej kwiaty, kwitnące na fioletowo kwiaty.
— Hmmm….
Zbliżyłem się do liści, chcąc zobaczyć, czy nie są może ząbkowane, jednak zamiast poszarpanych brzegów, na całej powierzchni liścia, któremu się przyjrzałem, były jasne plamki.
— No tak! To miodunka plamista, występuje zwykle w pobliżu rzecz jezior czy potoków, ale można ją również dojrzeć w lasach bądź zaroślach. Jeśli zjesz jej liście, wyleczą one żółty kaszel.
Zatrzymałem się przy miodunce, spoglądając znów w niebo, pełne migających punkcików.
Migotały tak, jakby chciały mi coś powiedzieć, jednak ja nie znałem ich języka, ani one mojego. Przez chwilę wiatr przestał w ogóle poruszać czymkolwiek. Słyszałem każdy, najmniejszy dźwięk nocy. Akompaniament szumu rzekii, która leniwie płynęła sobie naokoło wyspy. W powietrzu unosił się jej aromat, a gdzieś w oddali kumkała żaba. Nagle, nad moją głową przeleciał świetlik, który przyniósł mi na myśl ślub Sterletkowej Łuski oraz Pluskajacego Potoku.
✩ ★ ✩ ★ ✩
Dzień ślubu Sterletowej Łuski i Pluskającego Potoku
Rozejrzałem się czujnie, a końcówki moich uszu zadrżały.
"Coś tu się święci..." — pomyślałem, wpatrując się w koty, które zaczynały się zbierać do wyjścia, oraz nasłuchując o czym rozmawiają.
Spojrzałem na kotkę, która niedawno została oficjalnie mianowana na uczennicę. Nie wydawała się jakaś... Sam w sumie nie wiem jaka. Ale jeśli już, to raczej nie wykazywała żadnych złych emocji. Chyba... Obejrzałem się, a zaraz później wszedłem do żłobka i dostrzegłem, że mama Nenu zasnęła. Odwróciłem się i cichutko podtuptałem do kotki.
— Cze-cześć... C-co się dzie-eje? — szepnąłem, z niepewnością, strachem, ale i nutką ekscytacji pomieszanej z kocięcią ciekawością.
— Będzie ślub! Wszyscy zbierają się, aby na niego wyruszyć! Mam zamiar się wkraść. — powiedziała, machając ogonkiem. Spojrzała to na grupę kotów, to na mnie. — A czemu pytasz? Też masz ochotę się przejść? No chodź, będzie super!
— Y... Ta-tak chy-chyba. Ja... Ja chc-chciałbym zł-łapać żabke... — przyznałem cicho, błekitnymi niczym lód ślepiami wpatrując się w Niezapominajką Łapę. — Ma-masz bar-rdzo ł-ładne fute-terko... I... I imię też... Ja... Ja ch-chciałbym się n-nazywać N-nimfa... To imię je-jest podobne do im-imienia mamusi... I jest ład-ładniejsze i ba-bardziej ko-kotkowe...
Ostatnie dwa słowa powiedziałem tak, że nawet dymna raczej ich nie usłyszała. A przynajmniej miałem taką nadzieję…
Niezka uśmiechnęła się do mnie. Lekko speszyła się jednak moimi późniejszymi słowami. Spuściła swoje piękne, długie uszka do tyłu, patrząc gdzieś w bok.
— Bardzo… Miło mi to słyszeć! A no i cieszę się, że chcesz iść! To teraz słuchaj… — objeła mnie jedną łapą, przysuwając bliżej do siebie. Ogonem wskazała na grupę kotów. — Jak wyjdą, to musimy się zakraść za nimi! Ale nie jakoś blisko, zauważą nas w tłumie… Czaisz? Jakieś pytania?
— O-oj, ja-ja nie ch-chciałem... — jęknąłem, kiedy kotka skuliła swoje bardzo ładne uszka.
Zaraz później zastanowiłem się nad jej pytaniem.
— T-twój py-pyszczek i-i u-uszka s-są bar-rdzo ł-ładne! I... I-i chy-chyba ro-ozum-miem...
Spuściłem wzrok i zacząłem grzebać pazurkiem w ziemi.
— N-napr-rawdę prze-przepra-aszam...
Dziś rano mama Nenu bardzo ładnie mnie wystroiła. Czemu? Nie wiem. Ale w futerku miałem kwiatki, muszelki oraz piórka. Wyjąłem po jednym kruczym i wronim piórko, a następnie dodałem najładniejszą muszelkę, którą znalazłem w jakimś zakamarku obozu, zapewne przyniesioną przez fale.
Ostatnie koty zaczęły wychodzić.
— Ch-chyba mu-musiły j-juś iść-ć, b-bo cał-ły ślu-ślubik na-as omi-mini-ie…
— Hej, nic się nie stało! No i wiesz, miło mi… Niewiele osób komplementuje mój wygląd. Zazwyczaj jest na odwrót… No to idziemy!
Leciutko się uśmiechnąłem, najpierw na jej podziękowanie, a potem na to, że mi też zrobiło się cieplutko na serduszku.
Kiedy dotarliśmy na miejsce, zahipnotyzowany wpatrywałem się w małe migające cosie (których nazwy nie znałem...), wypuszczone przez Rozpromienionego Skowronka, na którego pyszczku również gościł ciepły uśmiech.
— Co ty na to, że zrobimy zawody? Kto złapie więcej, hm? — Niezapominajka trąciła mnie delikatnie łokciem, z psotnym uśmieszkiem.
— Do-dobzie! A... A J-jak to s-sie naz-zywa? T-te co-cosie?
Niezka miała mi odpowiedzieć, ale wtedy jeden ze świetlików usiadł mi na nosku. Zachichotałem, a on odleciał. Potem obok moich oczu przeleciał drugi, a ja już nie czekałem, próbując na niego skoczyć i go złapać! Otworzyłem łapki, jednak tam go nie było... Mimo to jednak się nie poddałem i zaraz wypatrzyłem swą ofiarę. Nagle jednak stanąłem. Poczułem na sobie czyiś wzrok. Nieśmiało odwróciłem głowę i spotkałem się ze spojrzeniem... Trzcinowej Łapy! Kotki, z którą raz rozmawiałem. Była bardzo miła, ale nie wiedziałem, jak będzie teraz...
W tym samym czasie, Spieniona Gwiazda rozpoczęła przemowę. Tłum zamilkł, podczas gdy zakochani wsłuchali się w słowa liderki. Każde z nich zgodnie przytaknęło. Gdy tylko z ich pysków padły zgodne słowa przysięgi, goście zaczęli wiwatować radośnie, rzucając płatkami kwiatów i zebranymi wcześniej baziami.
Niezapominajkowa Łapa stanęła obok mnie, patrząc na uczennicę, która teraz przeskakiwała wzrokiem między naszą dwójką. Nagle obok Trzcinki, pojawiła się dodatkowo pani Mandarynkowe Pióro!
– Co wy tu robicie? Nie byliście zaproszeni. To niebywałe psuć wielki dzień mojego syna! Kociaki powinny być w kociarni! A jeśli o ciebie chodzi, Niezapominajkowa Łapo… Kuni Strumyczek się o tym dowie!
Wspomniana kotka spojrzała zjeżona na Mandarynkowe Pióro. Uśmiechnęła się speszona.
— Chwilka, chwilka! To nieporozumienie! Ja nie chciałam nic psuć… Po prostu chciałam przyjść, nie wiedziałam, że nie mogę łapać świetlików… Uwielbiam patrzeć na dwa kochające się koty. Miłość jest piękna! No i… przyszłam też pogratulować. Przepraszam, nie chciałam nic zepsuć… Nie mów nic Kuniemu Strumyczkowi, proszę..?
– Dopiero przyszłaś do tego Klanu a już pakujesz się w kłopoty. I to na ślubie mojego syna! Niedopuszczalne! Kuni Strumyczek i tak się o tym dowie. To moje ostatnie słowo, muszę pogratulować parze młodej!
Zastępczyni fuknęła kilka razy, po czym odwróciła się i z gracją podeszła do nowożeńców.
– Jak tam, Szepciku? Podobają ci się świetliki? – spytała pogodnie patrząc na mnie.
Przeskakiwalem PRZERAŻONYM wzrokiem z Trzcinowej Lapy na Niezapominajką Łapę po panią Mandarynkowe Pióro, nie wiedząc, czy mogę się odezwać. Byłem ABSOLUTNIE pewien, że Trzcinka zaraz mnie skarci, że stracę taką fajną przyjaciółkę, a ona... Spytała się mnie, czy lubię te ładne, świecące cosie, które nazwała "świetlikami"!
— T-ta-ak, s-są bar-rdzo ł-ładne! — szepnąłem, wpatrując się w kotkę z którą jednak przestała się mną interesować.
— A-a to-obie si-się podo-podobają? — zadałem pytanie, jednak kotka mi nie odpowiedziała.
Rozejrzałem się, czując na sobie wzrok innych kotów. W tym Pani Zastępczyni. Zacząłem się stresować. Ani Niezapominajka, ani Trzcinka, ani Pani Mandarynkowe Pióro mi nie odpowiadały. Czułem się tak, jakby każdy nagle ucichł i zaczął się we mnie wpatrywać. Futerko zaczęło mnie piec. Nerwowo zacząłem rozglądać się po pyskach zgromadzonych wokół mnie, szukając Mamy Nenu. Jednak jej nie było. Zacząłem cicho popiskiwac, a po pyszczku zaczęły lecieć mi łezki. Z jednej strony nikt nie odpowiadał na moje pytania, a z drugiej czułem jak wzrok innych wypała dziury w moim futerku. Serduszko waliło mi w piersi, a ja zamknąłem oczka.
Zakrylem uszka łapkami i zacząłem coraz bardziej się stresować. Chciałem, żeby ktoś mnie przytulił. Czułem się sam i do tego nie wiedziałem już, co się dzieje. Chciałem podejść do nowożeńców i dać im prezenciki, jakie miałem w futerku, zostawione właśnie dla nich, jednak teraz nawet nie do końca wiedziałem, co mam zrobić. Nagle poczułem przy sobie czyiś ogon. Otworzyłem oczka i ujrzałem zmartwiony pyszczek Trzcinowej Łapy. Wtuliłem się w nią, korzystając z sytuacji.
– Co się stało, Szepciku? Chcesz wrócić do obozu?
Pytania zadane przez uczennicę Mandarynkowego Pióra dotarły do mnie dopiero po chwili.
Nieśmiało podkręciłem przecząco głową.
— N-nie-e... Ch-chciałby-ym da-dać pre-ezen-nty i-u by-być pr-rzy rz-rzucie ż-żabką. A-al-le n-ni-nie sa-sam... Mo-mogę z-z To-tobą? — wychlipiałem, błagalnie wpatrując się w oczy szylkretki, na co ona ochoczo pokiwała głową.
– Mogę wziąć cię na borsuka, byś widział coś więcej niż łapy innych kotów. – mówiąc to, nachyliła się – Pójdziemy do pary młodej i będziemy przy rzucie żaby.
— Ta-tak! — mruknąłem półgłosem, delikatnie wchodząc na barki starszej uczennicy. Uśmiechnąłem się z ocierając łapką łezki, już było fajnie!
Para młoda rzuciła w końcu żabą. Zobaczyłem, jak żaba wystrzela w powietrze i ląduje w łapach pani zastępczyni. Potem jednak nagle, żaba poleciała... W moim kierunku! Uderzyła prosto we mnie, strącając mnie z barków Trzcinowej Łapy. Bardzo mnie to zaskoczyło, a żaba okazała się bardzo ciężka. Zanim mnie straciła, próbowałem ją złapać, jednak zamiast tego, przygniotła mnie na ziemi. Pisnąłem przestraszony, zaczynając się szamotać i skamlec, kiedy brzuszek zaczął mnie boleć. Podniosłem się i wtedy żaba znowu się wzbiła, lądując u… Pani Pierzastej Kołysanki!
Podniosłem się i znowu się rozpłakalem. Nie wiedziałem co się właśnie stało.
— J-ja chci-chciałem ty-tyl-lko poła-apać l-lat-atając-ące co-cosie i-i zł-złapać z-zlap-apac z-zab-abke — załkałem, wijąc się z bólu i znów bardzo chcąc się przytulić.
Niezapominajka uśmiechnęła się do mnie, podchodząc.
— Hej, już, już… Zobacz, złapałeś ją przez chwilę! Super sobie poradziłeś! Nic ci nie jest, prawda..? Nic nie boli, albo coś..?
Przeskakiwałem wzrokiem z Trzcinowej Łapy na Niezapominajkową Łapę, kiedy słone kropelki cieczy spływały po moim białym pyszczku.
— B-b-boli — jęknąłem, zaczynając coraz bardziej płakać i ze stresu i z bólu. — T-tul-li…
Niezapominajkowa Łapa od razu podeszła bliżej, sprawdzając mój stan. Po niedługiej chwili uśmiechnęła się delikatnie.
— Hej, spokojnie. Ja i Trzcinowa Łapa jesteśmy tu, więc nic ci się już nie stanie, a teraz musisz tylko złapać kilka mocnych wdechów, dobrze? Jesteś dzielnym kociakiem! — dotknęła swoim noskiem mojego czółka, oraz zlizała łezkę z jego policzka. — No widzisz, już mniej łezek! A teraz w dodatku przytulimy cię!
— D-dob-bdzie... — załkałem, przytulając się do Niezki.
Trzcinka początkowo nie ruszyła się ani o centymetr, jednak po chwili ze zrezygnowanym westchnięciem podeszła do nas i owinęła ogon wokół mnie, jednocześnie całym swoim bokiem przyklejając się do dymnej.
Uspokoiłem się, czując się bezpieczniej wśród dwóch uczennic. Zanim ktoś zdążył się obejrzeć, w tym ja, zasnąłem pomiędzy nimi.
✩ ★ ✩ ★ ✩
Teraźniejszość
Uśmiechnąłem się pod nosem. Ślub Sterleta i Pluska był dla mnie wspomnieniem jednocześnie przyjemnym, jak i nieprzyjemnym. Mimo to jednak, kiedy patrzyłem na nich, wspólnie spędzających czas… Zdecydowanie jednak było bardziej dobre niż złe. Następnego dnia po ślubie, poszedłem do nich i dałem im przygotowane przez siebie prezenty. I oświeciło mnie.
“Właśnie, prezent dla pani Pierzastej Kołysanki!!!“
Podniosłem się i szybkim krokiem wszedłem bezszelestnie do miejsca, w którym leżały już początki “korony”. Moje błękitne ślepka skierowały się na trzcinę szumiacą nad moimi uszami. Zerwałem jedną z nich, następnie wyłuskując ją, aby wydobyć z niej nić na tyle grubą, aby mogła utrzymać bransoletkę w całości. Na piasku ułożyłem sobie po kolei muszelki, aby wiedzieć, w jakiej kolejności wyglądają najładniej, a obok szeregu muszelek, leżały trzy piórka. Wtedy zorientowałem się, że potrzebuję jeszcze żywicy, aby móc zamontować je na sznurku.
— Na Klan Gwiazdy… Przecież nie wyjdę sobie teraz, od tak, po żywicę! Co ja powiem Krabowym Paluszkom?
Krab akurat dziś wypełniała swoją nocną wartę. Widziałem, jak sama pani Algowa Struga ją do tego wyznacza. Nie znałem za dobrze kotki, więc raczej by mnie nie puściła. A już szczególnie samego w środku nocy. Ze zrezygnowaniem przeciąłem ogonem powietrze, chowając spowrotem wszystkie potrzebne mi rzeczy.
“Jak tylko będziemy wychodzić po jakieś zioła, to poszukam trochę żywicy i wymieszam ją z miodem, wtedy wszystko powinno się dobrze trzymać…“ — postanowiłem, układając się na swoim posłanku.
Niewiele później, udało mi się zasnąć, słysząc gdzieś z oddali cichutkie pochrapywanie któregoś z ogrodników.
✩ ★ ✩ ★ ✩
Podczas swoich jakto codziennych rozmyślań, sprawie przepłynąłem z ogrodu zielonego do obozu. Byłem już po szkoleniu pani Piórka i nudziło mi się niezmierne. Rozejrzałem się po kotach, które tam były. Nie widziałem nigdzie żadnej ze swoich koleżanek. Niezki, Ćmy, Kropiatki, ani Trzcinki. W pewnym momencie jednak zobaczyłem koty, wnoszące razem kłodę na zwierzynę do serca obozu. Pośród nich dostrzegłem Trzcinowy Szmer! Podbiegłem radośnie do grupy kotów, rozpoznając wśród nich również swoją mamę.
— Cześć, mamo, pomóc wam? — mruknąłem, wchodząc pod kłodę, przyjmując trochę jej ciężaru na swoje plecy.
— Nie masz żadnego treningu, rybko? — spytała Nena, uśmiechając się.
— Nie, właśnie niedawno skończyłem z panią Pierzastą Kołysanką lekcję!
— To świetnie! — miauknęła Nenufara, a jej ogon musnął mój.
— Stójcie! — usłyszałem nagle głos Dryfującej Bulwy, który kierował nas gdzie iść.
— Tak jest dobrze, dobra robota, Nocniaki! — stwierdził Bulwa, uśmiechając się.
Kłoda była już prawie na swoim miejscu.
Była naprawdę ciężka, więc koty po przeniesieniu jej kawałek dalej, za każdym razem musiały się przegrupować. Obejrzałem się i zobaczyłem Spienioną Falę, który kierował kotami zajmującymi się pniem dla starszyzny. Porównałem ze sobą kłodę i pień, który właśnie był powoli przemieszczany przez obóz, próbując zgadnąć, która z tych dwóch rzeczy jest cięższa. Podszedłem do Trzcinowego Szmeru.
— Cześć, Trzcinowy Szmerze, jak myślisz, co jest cięższe? Kłoda na zwierzynę czy pień dla legowiska starszyzny?
— Hmm… — mruknęła kocica pod nosem, przyglądając się o jednemu i drugiemu.
— A ty jak uważasz? — spytała w końcu, zamiast mi odpowiedzieć.
Mi to jednak nie przeszkadzało.
— Pień na zwierzynę. Co prawda jest mniejszy, ale jest pełny w środku i przez to jego ciężaru nie można rozłożyć po kilkunastu kotach, tak jak to robią tamci.
Trzcinka uśmiechnęła się.
— Też tak uważam.
— A tak swoją drogą, gratuluję awansu! Masz piękne nowe imię, które NA PEWNO skandowałem najgłośniej ze wszystkich!
< Trzcina??? >
[2651 słów]
[przyznano 53%]
Wykonane zadania:– Wtoczenie na wyspę pnia, mającego stanowić część nowego legowiska starszyzny
– Wniesienie na wyspę kłody na zwierzynę
Od Żmijowcowej Wici CD. Widlika
Wojownik spojrzał na dzieciaka. Przestraszył go? Rozbeczy się na całego i zaraz będzie musiał tłumaczyć się jego mat- ... opiekunce? O ile wyjącego kociaka mógł jeszcze znieść, to nie był pewien czy rozsierdzona karmicielka, wyskakująca na niego z pyskiem pełnym obelg i skarg, jest czymś, z czym chciał w tym momencie musieć mieć do czynienia. No cóż... W takim razie musiał upewnić się, że tak się nie stanie. Cenił sobie spokojny i odpowiednio długi odpoczynek, a po tym wszystkim, co każe robić Nocniakom Mandarynkowe Pióro... powinien móc odpoczywać długo... w grobie.
— A czy ja ci wyglądam na piastunkę, młody? Przypominam ci Kotewkowy Powiew? — zapytał, nachylając się nad Widlikiem. Usiadł w końcu, aby nie sprawiać wrażenia górowania nad małym ciałkiem... przynajmniej nie aż tak. Owinął sobie wokół łap ogon, delikatnie dotykając nim boczku kremuska.
— Pan tes jest taki wysoki — odpowiedział grzecznie. Żmijowiec nie ukrywał, że takie słowa połechtały trochę jego ego. Kotewka była kotką, którą bardzo szanował. Była mądra, dostojna, a w dodatku była przecież członkinią rodu królewskiego. Czy to znaczy, że w oczach tego malucha on też mógłby być jego częścią? Wygląda na kota, w którym płynie krew Sroczej Gwiazdy? Czy to dlatego Mandarynkowe Pióro tak się nim interesuję i tak sprawuję nad nim swoją czujną pieczę?
"Z rodzeństwa ja i Lulek jesteśmy najbardziej podobni do księżniczek i książąt... a Lulek to łamaga i miernota, więc oczywiste, że jej wzrok padł na mnie. Los sprzyja najlepszym." — pomyślał i uśmiechnął się pod nosem. Wzrok powrócił na Widlika.
— Ach tak? No cóż, skoro tak mówisz, to musi być prawda. W końcu to ty spędzasz z nią tyle czasu. Ja mogłem już zapomnieć o tym rzekomym podobieństwie. Ale mimo wszystko nie mam prawa wyznaczać ci żadnych kar. O ile będziemy cicho i grzecznie, to żadna karmicielka nic ci powie, nic nie zrobi, wiesz? — Nachylił się jeszcze niżej; teraz już praktycznie leżąc. — Wszyscy i tak są zajęci, więc cały obóz jest na wyciągnięcie łapy. Nawet takiej miernej, drobnej i posiwiałej, jak twoja.
"Z rodzeństwa ja i Lulek jesteśmy najbardziej podobni do księżniczek i książąt... a Lulek to łamaga i miernota, więc oczywiste, że jej wzrok padł na mnie. Los sprzyja najlepszym." — pomyślał i uśmiechnął się pod nosem. Wzrok powrócił na Widlika.
— Ach tak? No cóż, skoro tak mówisz, to musi być prawda. W końcu to ty spędzasz z nią tyle czasu. Ja mogłem już zapomnieć o tym rzekomym podobieństwie. Ale mimo wszystko nie mam prawa wyznaczać ci żadnych kar. O ile będziemy cicho i grzecznie, to żadna karmicielka nic ci powie, nic nie zrobi, wiesz? — Nachylił się jeszcze niżej; teraz już praktycznie leżąc. — Wszyscy i tak są zajęci, więc cały obóz jest na wyciągnięcie łapy. Nawet takiej miernej, drobnej i posiwiałej, jak twoja.
— Naplawdę? — zapytał już trochę weselszy. — A Pan cos lobił?
— Wnosiłem na wyspę ogromny, chropowaty i bardzo śliski konar drzewa, który w przyszłości będzie służyć za miejsce, z którego będzie się brało najsmaczniejsze kąski prosto z lasku lub z rzeki. To bardzo ciężka praca; znacznie trudniejsza i bardziej męcząca od tego, co robią tutaj Nenufarowy Kielich i Krabowe Paluszki. Zadanie godne prawdziwego, silnego i zdeterminowanego wojownika — opowiedział.
— Bzmi ciensko... A jak to sie lobi? — Kociak zbliżył się trochę, teraz już niemal znikając w puchatej kitce Żmijowca.
— Musieliśmy z całej naszej mocy napierać na puste w środku drzewo, które na ziemie posłała najpewniej ta sama burza, która zrujnowała nasz obóz, i dzięki której mamy teraz tyle rzeczy do roboty. Piasek jest miły, ale łapy zatapiają się w nim jak w wodzie w brodziku, zwłaszcza kiedy musisz się skupić i stanąć na nim całym swoim ciężarem. Ciesz się, że najpewniej ominie cię ta cała zabawa, okruszku.
— Buza?
— Przeokropna! Byłem wtedy młodym uczniem, nie umiałem nawet porządnie pływać. Moją ówczesną mentorkę porwała wielka, straszna fala i do tej pory nie udało nam się odnaleźć jej napęczniałego od wody ciała.
— Żmijowcowa Wicio może przestaniesz straszyć kociaki? Nie masz nic innego, pożytecznego do roboty? — odezwała się nagle za nim Krabowe Paluszki, przerywając swoją robótkę.
— Właśnie wróciłem! Dajcie kotom żyć. Odprawiła mnie Mandarynkowe Pióro. Jakbyś też musiała tachać ten ciężar, to miałabyś ochotę się położyć i kimś pogadać, a nie tylko to wplatanie, wtykanie patyków. No i ja nikogo nie straszę, tylko mówię, jak było — burknął w stronę starszej, która tylko machnęła ogonem i odwróciła się na tylnych łapach.
— Bzmi ciensko... A jak to sie lobi? — Kociak zbliżył się trochę, teraz już niemal znikając w puchatej kitce Żmijowca.
— Musieliśmy z całej naszej mocy napierać na puste w środku drzewo, które na ziemie posłała najpewniej ta sama burza, która zrujnowała nasz obóz, i dzięki której mamy teraz tyle rzeczy do roboty. Piasek jest miły, ale łapy zatapiają się w nim jak w wodzie w brodziku, zwłaszcza kiedy musisz się skupić i stanąć na nim całym swoim ciężarem. Ciesz się, że najpewniej ominie cię ta cała zabawa, okruszku.
— Buza?
— Przeokropna! Byłem wtedy młodym uczniem, nie umiałem nawet porządnie pływać. Moją ówczesną mentorkę porwała wielka, straszna fala i do tej pory nie udało nam się odnaleźć jej napęczniałego od wody ciała.
— Żmijowcowa Wicio może przestaniesz straszyć kociaki? Nie masz nic innego, pożytecznego do roboty? — odezwała się nagle za nim Krabowe Paluszki, przerywając swoją robótkę.
— Właśnie wróciłem! Dajcie kotom żyć. Odprawiła mnie Mandarynkowe Pióro. Jakbyś też musiała tachać ten ciężar, to miałabyś ochotę się położyć i kimś pogadać, a nie tylko to wplatanie, wtykanie patyków. No i ja nikogo nie straszę, tylko mówię, jak było — burknął w stronę starszej, która tylko machnęła ogonem i odwróciła się na tylnych łapach.
— To to, co lobią te koty? — Widlik nagle wskazał łapką za kocura.
Faktycznie. Za nimi grupa kotów, tym razem prowadzona przez Algową Strugę, robiła dokładnie to samo. Tym razem konar był większy, szerszy i znacznie grubszy; najpewniej posłuży jako legowisko dla starszych, którzy teraz zajmowali "niegodne" im miejsce na mchu. Wojownicy i uczniów z całych sił naprężali mięśnie, aby jak najszybciej uporać się z zadaniem; zwłaszcza że byli ostatnią grupą kotów, która jeszcze tego dnia pracowała. Cała reszta obozu zdawała się powoli szykować do nocnego odpoczynku; tylko oni harowali, walczyli z przesypującym się piachem, kamieniami, które blokowały im drogę, wystającą korą, która wbijała im się w ciało.
"Każdego szkoda" — pomyślał kocur, uśmiechając się lekko na widok wymęczonej Wężynki i jej ucznia, których sapanie niemal czuł na policzku, nawet jeśli dzieliła ich dość duża odległość.
— Dokładnie tak. Tylko nam to szło prędko i sprawnie. My byliśmy jak żwawe sarny, a oni to powolne ślimaczki. — Uśmiechnął się i zdał sobie z czegoś sprawę. — Jak ci na imię, pączku?
Event KN: Wniesienie na wyspę kłody na zwierzynę, Wtoczenie na wyspę pnia, mającego stanowić część nowego legowiska starszyzny
"Każdego szkoda" — pomyślał kocur, uśmiechając się lekko na widok wymęczonej Wężynki i jej ucznia, których sapanie niemal czuł na policzku, nawet jeśli dzieliła ich dość duża odległość.
— Dokładnie tak. Tylko nam to szło prędko i sprawnie. My byliśmy jak żwawe sarny, a oni to powolne ślimaczki. — Uśmiechnął się i zdał sobie z czegoś sprawę. — Jak ci na imię, pączku?
<Widlik?>
29 września 2025
Od Lulkowego Ziela do Ćmiej Łapy
Dzień był absolutnie paskudny. Jakby nie wystarczyło to, że słońce niemalże paliło każdą żywą materię, która była na tyle odważna (lub głupia) (lub zmuszona), by wejść w kontakt z jego promieniami, to dodatkowo powoli czuł, jak dobroczynne kuleczki maku traciły swoją moc. Akurat w momencie, gdy na poszukiwanie ziół poszedł z Ćmią Łapą. Ze wszystkich dostępnych kotów to musiała być akurat ona!
Szli razem, ramię w ramię, a on przeklinał w duszy wszystko złe, czego w życiu się dopuścił. To musiało tak działać. Ostatnio był okropny, więc teraz dostał za swoje! Jako pomocnika dano mu najmniej pomocny balast w całym klanie!
Chyba wolał jednak zostać w obozie i pomagać przy dźwiganiu tej durnej kłody. Kiedy wychodzili, spora grupa nad tym pracowała, wtaczając kawał drewna na wyspę. Pewnie wciąż się z tym męczyli... Może to nie była taka zła opcja? Nawet, jeśli miałby zadyszeć się przy tym na śmierć, spędzić kilka godzin w pełnym słońcu, zamienić w skwierczące pozostałości kota i zrobić to wszystko w towarzystwie plotkujących Śnieżnej Mordki i Wężynki — wybrałby... po głębszym przemyśleniu, chyba jednak nie wybrałby tego drugiego. Co prawda liliowa kotka była niesamowicie irytująca, ale jej armada idiotycznych pytań była, w gruncie rzeczy, nieszkodliwa. No, prawie...
— Czemu nie mamy osobnych nazw na inne maści?
... Lulkowe Ziele jedynie westchnął cierpiętniczo. Kontynuował marsz, rozglądając się dookoła w poszukiwaniu ziół — i być może lisa, któremu mógłby oddać swoją nieustannie kłapiącą ozorem towarzyszkę. Albo siebie. Niestety, żaden się nie napatoczył. Jaka szkoda.
— Lilijka byłaby super nazwą! No wiesz, na liliowe szylkretki. Bo to strasznie długo się wymawia, a lilijka brzmi fajnie!
— Zajmuję się roślinami, a nie kolorami kotów... — odburknął jedynie, czując, że ten spacer będzie długi. I bolesny. Już go wszystko bolało na samą myśl o tym!
— No, ale pomyśl! Czy to nie byłoby fajne? Mieć takie miłe, krótkie określenie... — odparła, niestrudzenie stojąc przy swoim, z uporem godnym maniaka.
— Ile razy w ciągu dnia używasz słów liliowa szylkretka?... — zapytał, nie oczekując od niej sensownej odpowiedzi. Zastrzygł delikatnie uszami, słysząc, jak ta bierze wdech. Nie miała zamiaru oddać tej walki, huh?...
— Dobra, no... Ale musisz przyznać, że to ładne słowo!
Odmruknął jej coś cicho, naprawdę nie będąc w humorze na kontynuowanie tej jałowej konwersacji.
— Może... Skup się na ziołach— Hej! Co ty robisz?! — Został przez nią niemalże przewrócony, gdy ta wystrzeliła na przód, biegnąc, jakby od tego zależało jej życie. Obejrzał się przez bark, ale nie zobaczył niczego, co potencjalnie mogłoby ją spłoszyć. Spojrzał znów w stronę Ćmiej Łapy, widząc, jak ta nachyla się nad kamieniem.
— Patrz, Lulkowe Ziele! Ładny jest, co nie? I taki omszały. Nada się do źródełka! Możemy mu wymyślić imię! — pisnęła z ekscytacją, łapką pacając powierzchnię kamyka.
Wpatrywał się w nią z niedowierzaniem. Może powinien się ugryźć, żeby sprawdzić, czy aby na pewno się obudził? Czuł, jak powoli zaczynały mu drżeć mięśnie. Może wcześniejszy powrót do obozu nie byłby takim złym pomysłem. I tak zrobiliby przecież coś pożytecznego.
— ... Jasne. Pewnie. Czemu nie? — miauknął, bez wyraźnego podekscytowania w głosie. Pochylił się i zaczął toczyć jedną z okrągłych skałek, a jego szylkretowa koleżanka prędko poszła w jego ślady. Droga powrotna do obozu nie zajęła im szczególnie długo — choć w percepcji Lulka trwała ona wieczność, bo uczennica nie była usatysfakcjonowana zadanymi przez siebie pytaniami i kontynuowała swoje natarcie. Ostatecznie jednak dobrnęli do celu, układając otoczaki starannie.
< Ćma? >
Event: Wtoczenie głazów na wyspę, Wtoczenie kłody na zwierzynę
Od Lulkowego Ziela CD. Żmijowcowej Wici
TW: Uzależnienie, wzmianki o intruzywnych myślach
W przeszłości
Mało co nie eksplodował, słysząc bezczelny ton brata. Chyba nigdy nie poczuł takiej... Złości? Tak, chyba to było to. Rzadko bywał zły. Zazwyczaj smutny, przygnębiony, zdenerwowany, zestresowany — ale prawie nigdy nie był wściekły. Ten nowoodkryty stan nie dał mu jednak poczucia wolności, oddechu. Niczego nie odblokował, nie rozbił tamy. Czuł jedynie niekomfortowy żar, który rozlewał się w jego klatce piersiowej, wypełniając przerwy między żebrami i dusząc serce.
To jedno zdanie wypowiedziane przez burego kocura pozornie nie miało znaczenia. Pozornie było głupie. Nieistotne. Na tle jego znacznie ostrzejszych ripost wydawało się łagodne i nieszkodliwe. Banalne. Pod żadnym względem nie powinno być tym, co ostatecznie przechyliło szalę. Ale jednak było. Było czymś, co nie tyle przelało czarę, oj nie — rozbiło ją na kawałki, tłocząc do lulkowego ciała litry chowanych uraz, niewypowiedzianych żali i tłamszonego gniewu. Naczynie rozsypało się w drobny mak, a gorąca żółć, która je wypełniała, w końcu znalazła ujście.
Chciał wepchnąć mu do pyska trawno-ziemną kulę, aby już więcej nie musiał słuchać jego nieznośnych wynurzeń. Walnąć go w tę wiecznie napuszoną mordę, by pozbyć się z niej tego kpiącego grymasu. Mógłby mu dorzucić coś na przeczyszczenie. Wtedy rzeczywiście miałby powody do martwienia się o zatrutą rybę.
W zaledwie kilka uderzeń serca powrócił go rozum. Dlaczego myślał coś tak okropnego? Czemu chciał skrzywdzić własnego brata? Nawet, jeśli go irytował — Żmijowiec wciąż był jego rodziną. Dorastali razem, najcięższe chwile przeżyli wspólnie. Jakim cudem tak obrzydliwe myśli zalęgły się w jego głowie? Przecież nie był taki! Nigdy nie był okrutny. Nie cieszyło go nieszczęście innych. Nie chciał walczyć, nie cierpiał rozlewu krwi i brzydziła go sama idea zranienia kogoś celowo. Dlaczego więc w ogóle pomyślał o czymś takim? Uważał się za moralnego kota. Za dobrą duszę. Może nie był najmilszy i najłatwiejszy w obyciu, ale nie był zły. Czyżby się mylił? Na samą myśl o tym poczuł, jak żołądek agresywnie się mu kurczył, a w gardle stawała gula. Zbierało mu się na torsje.
Na jego pyszczku musiało w tę krótką chwilę wymalować się wiele różnych uczuć — tak sądził przynajmniej po zdziwionej mordce brata, który patrzył na niego jak na wariata.
— Co się stało? Wyglądasz, jakbyś zaraz miał się zrzygać... Kłak ci stanął w gardle? — zapytał. Jego ton ociekał wręcz ironią, gdy ten z fałszywą "troską" pytał go o samopoczucie.
Lulkowa powieka zadrgała delikatnie, a on sam pokręcił prędko głową. Musiał stąd iść. Chciał pobyć sam. Potrzebował odpocząć na wyspie. Może wziąłby trochę maku? Szybciej by wtedy zasnął... Tak, te dziwne pomysły na pewno wykwitły z niewyspania. Teraz tylko sobie odpocznie i będzie lepiej! Ostatnio mieli za dużo na głowie — odbudowa ogrodu, sadzenie roślin w obozie, przygotowywanie źródełka, szukanie sadzonek. Nie miał za dużo czasu dla siebie — i to wszystko brało się właśnie stąd, na pewno. Chyba.
— Nie. Wiesz co, zrób to sam... Ja muszę iść... Do ogrodu. Pomóc. Teraz. — Zanim brat zdążył mu odpowiedzieć, Lulkowe Ziele podreptał w kierunku wyjścia z obozu. Idąc, zauważył Trzcinową Łapę, Rosiczkową Kroplę i Śnieżną Mordkę, które wspólnie odbudowywały ścianę lecznicy. Rozmawiały ze sobą z uśmiechami na pyszczkach, umacniając ściany gliną, trzcinami i patykami. Skinęły mu głową na powitanie, a Śnieżka nawet wyszczerzyła zęby bardziej niż zwykle, ale on jedynie przeszedł obok. Wystarczyło mu wrażeń tego dnia.
୧ ‧₊˚ 🌿⋅
Teraźniejszość
Cóż. Krótko mówiąc okazało się, że winowajcą jego podłego humorku wcale nie było niewyspanie. Spał obecnie dłużej, niż kiedykolwiek wcześniej, a te paskudne wizje tak czy siak nie chciały wyleźć z jego głowy. Wręcz przeciwnie, nasiliły się. Najmniejsza rzecz potrafiła wyprowadzić go z równowagi. Miał ochotę krzyczeć, drzeć się w niebogłosy za każdym razem, gdy Szept zrobił coś choćby trochę nie tak, gdy obudziły go jakieś dźwięki dochodzące z dworu lub gdy znowu musiał siedzieć w legowisku medyczek, bo Gąbczasta Łapa wciąż nie wracała z ich bratniego klanu. Ale nie mógł. I za każdym razem, gdy ta buzująca frustracja nie potrafiła znaleźć odpowiedniego ujścia, pojawiały się one. Te paskudne, wstrętne wizje. Były jak robal, pasożyt, który wwiercił się mu w mózg i zadomowił w delikatnych tkankach, co jakiś czas dając o sobie znać, przypominając o swojej złowieszczej obecności.
Nie chciał tego myśleć. To nie był on. Miał nadzieję, że to nie był on. Brzydziło go to. Czuł odrazę na samą myśl, że jego rozum produkował takie obrazy. Nie chciał nawet widzieć własnego odbicia w obawie, że to wewnętrzne zepsucie zaczynało się objawiać też w jego wyglądzie. Jedynym, co pozwalało mu zatrzymać te nieusłuchane, chaotycznie pędzące myśli, były ziarna maku. Małe, cudowne kuleczki.
Siedział pod drzewem w obozie, bokiem oparty o jego korę, wykończony przez wszechobecny skwar i duchotę. Oczy miał lekko przymknięte, a pyszczek zastygł mu w lekkim, zrelaksowanym uśmiechu. Między przednimi łapami złożona była niewielka ryba, której jednak nie zaczął nawet jeść. Wcześniej jedynie wydawało mu się, że był głodny. Teraz odczuwał jedynie błogi spokój. Fantastyczne uczucie!
Przyglądał się z oddali ciężko pracującym wojownikom. Wężynowy Splot i kilkoro innych współklanowiczów wtaczało na ich wysepkę głazy. To musiało być okropne zajęcie, zwłaszcza przy takiej pogodzie. Zapewne większość z nich wolałaby obecnie siedzieć w rozkosznie chłodnych wodach rzeki, pływać lub łapać ryby. Cóż.
Nie zauważył nawet chudej, patykowatej sylwetki, która podeszła do niego od jednej ze stron. Gdy ruszył głową, aby zmienić ułożenie ciała, spotkał się oko w oko z pyskiem Żmijowca.
— Och, witaj — powiedział cicho.
< Żmijowiec? >
Event: Wtoczenie głazów na wyspę, Odbudowa ścian lecznicy
Od Żmijowcowej Wici CD. Borówkowej Słodyczy
Jakiś czas temu; przed związkiem Tojadka i Borówy
— Słońce, powiem ci, że jakbyś była jakąś przybłędą z innego klanu, to powiedziałbym, że jesteś jedynaczką. Może ten twój brat jest w porządku, może nie wytargiwaliście sobie futer z grzbietów, nie wrzucaliście robali i kamieni pod mech, ale to nie znaczy, że każdy miał tak niesamowite doświadczenia z rodzeństwem. — Posłał jej jedno jadowite spojrzenie. Zmarszczka na nosie została, nawet kiedy przestał mówić. Wojowniczka westchnęła. Zanim coś powiedziała, pchnęła mocniej, a Żmijowiec, nie chcąc wyjść na słabego, również wysilił się, aby wprawić głaz w ruch. Wszystkim zaczynało iść znacznie gorzej niż na samym początku; wszystkim zaczynało doskwierać zmęczenie, a mokry pach przestał być rześki, a stawał się kłujący i nieprzyjemnie chłodny. Zapadał się coraz mocniej, ale z każdym krokiem zbliżali się do upragnionego obozu, w którym miały dumnie spocząć przytachane przez grupę głazy. Zagryzł mocniej zęby, wstrzymał oddech, położył po sobie uszy, aby całą swoją uwagę i siłę skupić w piersi, którą napierał na gładką, zimną ścianę. Dopiero gdy spomiędzy zębów wydarł mu się cichy warkot, Borówka odezwała się.
— To, co powiedziałeś, to zachowanie każdego kocięcia. Z tego się wyrasta, a przynajmniej powinno się wyrosnąć. Jeśli dalej czujesz potrzebę nasyłania chrząszczy na mech kota, z którym dzielisz legowisko, to może powinieneś pozostać w tym uczniowskim, jeśli nie we żłobku — powiedziała twardo, chociaż jej ton nie był wyłącznie karcący, a sama mordka, chociaż delikatnie zmarszczona, nie wydawała się być wyrzeźbiona tylko negatywnymi odczuciami.
— Mówisz, jakbyś miała pewność, że takie zagrywki wychodzą jedynie spod moich łap — prychnął. Nie miał jednak ochoty na tę rozmowę. Oczywiście... To on był stawiany w roli potwora, który pastwi się nad słodziutkim Tojadkiem.
"Bo to ja przecież niemal nie posłałem go do życia po życiu, wciskając go za pomocą wielkiej kłody w miękkie błoto." — Na samo wspomnienie zjeżyła mu się sierść na karku. "Czemu nikt nic z tego sobie nie robił! Tyle kotów to widziało... Jedynie Szałwiowe Serce się mną wtedy zainteresował... Tylko on chciał mieć pewność, że obejrzy go Różana Woń... Tylko on był coś wart w tym klanie"
— Stop! Stójcie! — rozległ się nagle donośny głos Biedronkowego Pola. Kocur podniósł ucho, obrócił pysk tak, aby widzieć to, na co zerka starsza wojowniczka. — Mandarynkowe Pióro i jej koty potrzebują miejsca, aby wepchnąć kłodę. Posuńcie się.
Faktycznie. Duża grupa Nocniaków, prowadzona przez zastępczynie, zajmowała się wtaczaniem sporego kawałka pustego drzewa. Między większymi osobnikami udało mu się dojrzeć nawet Kropiatkową Łapę, ale jej czółko ledwo dotykało chropowatej powierzchni, kiedy reszta zbyt szybko przebierała silnymi łapami; nie nadążała.
"Przynajmniej nie nabiję sobie guza. Jest sprytna, jeśli udaję jej się unikać zbyt dużego wysiłku w sposób, którego nie dostrzegła Mandarynka. Szczwana..." — pochwalił ją w głowie mentor, pozwalając, aby na pyszczek wpełznął mu lekki uśmiech. Srebrna skinęła głową szylkretcę, kiedy jedna z par odsunęła kamień z bok, schodząc im z drogi. Kocie odciski łap, jak i mniejszy rowek, który utworzył głaz, szybko zostały wygładzone przez szurającą po piachu kłodę. Wszyscy w ciszy czekali, aż konar zostanie przepchnięty, aby mogli w spokoju wrócić do pracy. Zwłaszcza że już można było wyczuć nadchodzący wieczorny wiatr, a cykady rozpoczynały swój conocny koncert.
Faktycznie. Duża grupa Nocniaków, prowadzona przez zastępczynie, zajmowała się wtaczaniem sporego kawałka pustego drzewa. Między większymi osobnikami udało mu się dojrzeć nawet Kropiatkową Łapę, ale jej czółko ledwo dotykało chropowatej powierzchni, kiedy reszta zbyt szybko przebierała silnymi łapami; nie nadążała.
"Przynajmniej nie nabiję sobie guza. Jest sprytna, jeśli udaję jej się unikać zbyt dużego wysiłku w sposób, którego nie dostrzegła Mandarynka. Szczwana..." — pochwalił ją w głowie mentor, pozwalając, aby na pyszczek wpełznął mu lekki uśmiech. Srebrna skinęła głową szylkretcę, kiedy jedna z par odsunęła kamień z bok, schodząc im z drogi. Kocie odciski łap, jak i mniejszy rowek, który utworzył głaz, szybko zostały wygładzone przez szurającą po piachu kłodę. Wszyscy w ciszy czekali, aż konar zostanie przepchnięty, aby mogli w spokoju wrócić do pracy. Zwłaszcza że już można było wyczuć nadchodzący wieczorny wiatr, a cykady rozpoczynały swój conocny koncert.
— Jeśli widzisz w Tojadzie tylko to, co chce ci pokazać, to jesteś głupia — powiedział nagle głośno i wyraźnie, patrząc w niebieskie ślepia wojowniczki. — Masz dusze słabego kocięcia i umysł ufnej sarny. Nie będę się na ciebie irytował więcej, bo to bez sensu. Sama sobie narobisz problemów; nie musze być jednym z nich. — Odwrócił się i bez większych ogródek znów zaczął pchać kamień. Nie zostało im dużo drogi.
<Jagodziana?>
Event KN: Wtoczenie na wyspę głazów, Wtoczenie na wyspę pnia, mającego stanowić część nowego legowiska starszyzny
Od Lulkowego Ziela do Śnieżnej Mordki
TW: opisy uzależnienia, myśli rezygnacyjne
Las tego dnia był zupełnie spokojny. Nie słychać było śpiewu ptaków czy cichego przemykania płochliwej zwierzyny. Nawet wiatr zamilkł zupełnie, pozostawiając gałązki drzew w stagnacyjnym bezruchu. Pomimo pełnego rozkwitu trwającej w najlepsze Pory Zielonych Liści, całe otoczenie wydawało się... martwe. I puste. Jakby całe życie z niego uleciało, skryło się w bezpiecznych chłodach norek, jam i dziupli, uciekając przed okrutnym skwarem i bezlitosnym słońcem. Jedynie gady spoczywały nieruchomo na ciemnych skałach, rozkoszując się nieznośną dla innych aurą, pochłaniając ciepło całością swych malutkich ciałek. Nie sprawiało to jednak, że wojownicy Klanu Nocy mogli w spokoju się relaksować.
Pozostało jeszcze sporo pracy — chociaż odbudowa obozu powoli, acz zdecydowanie zbliżała się do końca, wciąż brakowało jeszcze kilku istotnych elementów, aby móc ją sfinalizować. Elementów takich, jak choćby tych będących obecnie w posiadaniu jednego z ogrodników. Lulkowe Ziele przemieszczał się powoli po suchej, leśnej ściółce, z pyszczkiem wypełnionym sztywnymi patykami. Kora, gałązki, zbrązowiałe igły i nieliczne liście skrzypiały pod ciężarem jego łap z każdym krokiem, wszem i wobec informując okoliczną zwierzynę o jego obecności — nie to, żeby cokolwiek to zmieniało. Nawet najbardziej wytrawny łowca nie zabłysnąłby swoimi umiejętnościami w takim skwarze — a już na pewno nie z pyskiem wypchanym po brzegi drewnianym balastem. Nie wspominając już o tym, że Lulek się do owej grupy na pewno nie kwalifikował.
Podczas tej samotnej wędrówki starał się jakkolwiek pozbierać swoje rozbiegane myśli. Ostatnimi czasy czuł, jakby zawartość jego mózgu płynęła — porywiście, burzliwie, gwałtownie. Niczym rzeka podczas roztopów, która z każdą warstwą zanikającego lodu powiększa swoje koryto, rozlewając niespokojne wody wszędzie dookoła, nieświadoma zniszczeń i cierpienia, za które jest odpowiedzialna. Z małą różnicą.
Lulkowe Ziele doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Zauważał zmartwione spojrzenia Pierzastej Kołysanki za każdym razem, gdy mijał ją na wyspie, odpowiadając wyłącznie skinieniem dwukolorowego łba i kręcąc nim na propozycje wspólnego posiłku. Widział smutne oczy Szepczącej Łapy, kiedy raczył go jedynie zdawkowymi odpowiedziami, odpychał go od siebie zawsze, gdy ten starał się nawiązać z nim jakąś nić porozumienia. Był tak do niego podobny... I to była chyba jego jedyna przewina. Bo za co innego mógł go nienawidzić?
Poza wyspą też nie było najlepiej. Nie umknął mu zaskoczony, trochę zraniony pyszczek Tojadowej Kryzy. Nie powinien dziwić się bratu — przyszedł do niego pochwalić się radosną nowiną, cały w skowronkach, niemalże latając dookoła jak radosny, kolorowy ptaszek. A co zrobił Lulek? Odpowiedział mu krótkim "to dobrze", po czym prędko wrócił do własnych spraw. Rosiczkowa Kropla przyszła go niedawno odwiedzić — przyniosła kolorowe kamyczki i żabotkę, wykonaną znacznie staranniej niż ich dziecięce bohomazy, kilka księżyców temu porwane przez powódź. Podziękował, a potem po prostu odszedł. Ze Żmijowcową Wicią i Wężynowym Splotem nawet nie rozmawiał. Unikał ich jak ognia. Sam ich widok przypominał mu o tym, że był gorszy. Słabszy. Wolniejszy. Mniej zwinny. Niezdarny. Głupi. Bezużyteczny. Potrzebny tylko wtedy, gdy bury kocur chciał sobie napompować i tak zbyt wielkie ego — albo wtedy, gdy szylkretka potrzebowała porady. Nie był dobrym doradcą, ale najwyraźniej sprawdzał się na tym polu lepiej od reszty rodzeństwa. Poprzeczka w tym przypadku była niestety zawieszona zbyt nisko, aby uznać to za jakiekolwiek wyróżnienie.
Była jeszcze matka.
Doskonale wiedział, kiedy rozmawiali po raz ostatni, podczas powodzi. Nie czuł potrzeby ponownej konwersacji.
Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że gnił. Nie fizycznie — metaforycznie. Gnił od środka, jak owocowy miąższ powoli zamieniający przyjemną słodycz na odrzucającą gorycz. Czy sam już niedługo tak skończy? Jak ohydne, robaczywe plony, których sama obecność psuła resztę zbiorów? Których jedynym właściwym przeznaczeniem było wylądowanie w kompostowej masie, by użyźnić glebę i pozwolić na wzrost ich bardziej wartościowym pobratymcom?
Chyba nie znał odpowiedzi na to pytanie. A może znał, ale odmawiał przyznania tego przed samym sobą? Widzenie siebie jako nieudacznika, zbędnego balastu dla klanu w oczach innych było czymś zupełnie innym niż samodzielne uzmysłowienie sobie tego, czyż nie?
Być może dlatego był tak zgorzkniały. Obrzydliwy. Wstrętny dla innych. Toczyły go czerwie, tłuste, białe larwy nienawiści. A on, niczym zgnilizna, niczym pleśń — przenosił to wszystko na innych. Wyrzucał swoje zepsute wnętrze na zewnątrz. Pokazywał je światu. Nie z dumą, z obrzydzeniem. Ale nie potrafił być inny.
Od powodzi coś w nim pękło. Przestawiło się. Wypadło i nie potrafiło wrócić na prawidłowe miejsce. Coś się zmieniło.
On się zmienił.
Powinien być wdzięczny, że tego dnia przeżył, że nie stracił nikogo bliskiego, że odzyskał Rosiczkę. Powinien pielęgnować każdą chwilę z rodziną. Celebrować każdy kolejny dzień, bo następnego mógł się już nie obudzić. Ale nie potrafił się do tego zmusić.
Żył w drętwej monotonii, od ziarenka maku do ziarenka maku. Tylko one pozwalały mu zagłuszyć pędzące, dudniące myśli. Zdawało mu się, że jego głupia głowa już dawno powinna wybuchnąć od nadmiaru podszeptów, obrazów, zwidów i mar, którymi raczyła go zawsze, gdy błogi, senny stan ustępował, bezlitośnie przypominając mu o szarej codzienności.
Efekty ziaren trwały coraz krócej. Lepsza świadomość opuszczała go znacznie częściej, w najmniej spodziewanych momentach — podczas prac w ogrodzie, rozmów, zbierania ziół. I znacznie częściej łapał się na tym, że jedyne o czym w tych momentach myślał, było jak najszybsze zakończenie tego cierpienia. W ten lub inny sposób.
Nie był na tyle głupi, aby nie rozumieć, co to znaczyło.
Dokładnie w takim nastroju znajdował się teraz. Taszczył te durne patyki, męczył się w upale, a do tego myślał. Zbyt intensywnie, zbyt szybko, zbyt chaotycznie. Chciał to wszystko posklejać. Naprawić. Złożyć w całość, znaleźć ten brakujący fragment, który zagubił się gdzieś w mętnych falach niedawnej katastrofy. Ale nie mógł.
Stanął w miejscu, zaciskając oczy i zagryzając patyki. Czuł, jak łapy się pod nim trzęsą i uginają. Ledwo w ogóle się na nich wlókł. Każdy najmniejszy ruch mięśni bolał, palił, powodował, że miał ochotę skulić się w ciasny kłębek i odciąć od wszystkiego i wszystkich. Cokolwiek, co pozwoliłoby mu odpocząć od tego cierpienia.
Na drżących łapach wszedł do obozu, oddychając ciężko. Nie wiedział sam, czy to był efekt upałów, czy swojej przypadłości, przed której nazwaniem mentalnie się powstrzymywał. Liczył na to pierwsze. Podszedł do kociarni i odłożył patyki na stos, chcąc chwilę odsapnąć przed kontynuowaniem pracy. Rozejrzał się po obozie. Obserwował grupę wojowników, w pocie czoła wtaczających do obozu skały. Na czele stał Dryfująca Bulwa, gdzieś w tłumie dostrzegł też Świteziankowe Jezioro. Algowa Struga była obok, wydając polecenia i koordynując całe przedsięwzięcie. Prawie było mu ich szkoda. Może naprawdę by im współczuł, gdyby głowy nie rozsadzał mu nieznośny, pulsujący ból. W tym momencie naprawdę chciał, aby jego mózg zwyczajnie stopił się i wypłynął, na wsze czasy odcinając go od wszystkich nieprzyjemnych bodźców.
Westchnął cierpiętniczo, po czym wstał z suchej, piaszczystej gleby, patrząc na leżące na stosie patyki tak, jakby co najmniej same były winowajcami obecnej sytuacji. Niechętnie schylił się ku nim, biorąc jeden z nich do pyszczka i zaczynając swoją żmudną robotę, na którą absolutnie nie miał ochoty w obecnej chwili. Umacniał ścianki żłobka, zabezpieczając go na wypadek powtórki z ostatniego armagedonu. Nagle poczuł jednak czyiś wzrok na swoich plecach.
Odwrócił łebek, a jego żółte ślepia spotkały się ze wzrokiem błękitnych tęczówek Śnieżnej Mordki. Od razu poczuł, jak jego ból głowy się nasilał. Czy ten trajkoczący mysi móżdżek nie miał lepszego miejsca do przebywania w tej chwili? Los dzisiaj zsyłał mu najcięższe bitwy do stoczenia, czyż nie? Odpłacał się pięknym za nadobne...
Kotka przywitała się z nim — nie tak entuzjastycznie jak zapamiętał jej powitania z innymi — po czym, jak gdyby nigdy nic, podeszła do kupy badyli i wybrała sobie jeden.
— Będziemy umacniać ściany, hm? Fajowo! — miauknęła, przechylając łebek na bok, z głupim uśmiechem przylepionym do mordki.
< Śnieżna Mordko? >
Event: Umocnienie ścian żłobka, Wtoczenie kłody na zwierzynę
28 września 2025
Od Szałwiowego Serca CD. Kuniego Strumyczka
dawno
— Nie spodziewałam się, że tak szybko jakiegoś otrzymasz, patrząc na to, że nie tak dawno ukończyłeś własne szkolenie. Zawsze zastanawiało mnie, jak to jest kogoś uczyć... a więc, jak się czujesz z rolą mentora?
Szałwiowe Serce wzruszył ramionami.
— Jeśli oczekujesz czegoś niesamowitego, cóż, lepiej się nie nastawiaj — zaśmiał się lekko. — Znaczy, nie żebym narzekał, ale to całkiem męcząca i odpowiedzialna robota. Przecież praktycznie wychowujesz młodego kota — mruknął i spojrzał na chwilę w bok. Wzrokiem szukał swojej uczennicy tam, gdzie wcześniej słyszał uczniowski gwar. W końcu dojrzał jej białe futro, leżące gdzieś z tyłu. Nie angażowała się w uczniowskie zapasy. Wrócił spojrzeniem na swoją rozmówczynię. — Borówkowa Łapa to dobra uczennica. Szybko pojmuje nowe rzeczy, jest zdeterminowana do nauki, mądra i pokorna... Nie sprawia mi problemów i jestem za to wdzięczny. Trochę się już nasłuchałem opowieści o niesfornych uczniach.
— Chciałabym przynajmniej zobaczyć, jak to jest — westchnęła.
— Jeśli lubisz spać do późna, to mało przyjemnie — odpowiedział żartobliwie. Widział, jak Kuniemu Strumyczkowi drgają z rozbawienia wąsy.
— Na szczęście nie należę do popielic, więc chyba nie będzie to dla mnie taki problem — miauknęła z sugestią. Natychmiast zrobił udawanie oburzoną minę.
— Hej, nie przesadzajmy! Nie jest ze mną jeszcze tak źle. — Cofnął pysk, jak gdyby się zdziwił lub czegoś brzydził, co dodawało jego gestom dramaturgii. — Niektórzy chrapią w legowiska do Wysokiego Słońca. Ja mam jeszcze resztki jakiegoś taktu!
— Tja... — odparła, tylko go podjudzając.
— Ty też nie jesteś taka święta! Jakbym chciał zliczyć na palcach wszystkie momenty, gdy to ja się zbierałem wcześnie na polowania czy patrole, a ty leżałaś do góry brzuchem, to bym potrzebował kolejnych dziesięciu par łap...
Teraz to ona przybrała rolę zdenerwowanego aktora.
— Wcale nie! Zresztą, nawet jeśli, ja w identycznej sytuacji potrzebowałabym chyba setki łap! — powiedziała głośno, podnosząc się na przednich łapach tak, że patrzyła na niego z góry. Szałwiowe Serce parsknął i przewrócił oczami.
— Hmpf! — Ustawił łeb bokiem do niej, zamykając oczy. Udawał focha. — No dobra. Wygrałaś — mruknął cicho, wracając do poprzedniej postawy. Kotka, chichocząc, zrobiła podobnie.
— Tak myślałam — dodała na koniec z uśmiechem.
***
kilka księżyców temu
Jego życie ponownie popadało w rutynę, za którą właściwie tęsknił. Nie potrzebował ani tych walk, ani tych katastrof, by jego życie było wystarczająco żywiołowe i trudne do okiełznania. Już wieloma myśli zaprzątał sobie umysł – Łuną, zmarłym ojcem, skłóceniem z bliskimi, kwestiami rodziny królewskiej, tamtym dziwacznym snem... Był wdzięczny za obowiązki, którymi mógł zająć głowę, by odegnać wszystko, co mąciło jego spokój. Gdy pracował, nie myślał, a przynajmniej nie aż tyle. Mógł całą swoją frustrację, cały smutek i całą gorycz przelać na te durne... Głazy.
Było to lepsze niż jakiekolwiek patrole i polowania. Na nich musiał zachowywać ciszę, przynajmniej względną. Przy tej pracy ciszy nie było. Z pysków towarzyszy i jego samego wciąż wydostawały się sapnięcia, bolesne jęki czy wyzwiska w stronę ciężkich, denerwujących obiektów nieożywionych, które za nic nie chciały się ich słuchać. Wszyscy wspólnie narzekali na żmudność tej roboty. Nie żeby przesadzali... Bądź co bądź, wtaczanie głazów na wyspę, gdy trzeba było przeprowadzać je przez wodę, to było wyzwanie, na które gotowi byli tylko najsilniejsi. One wcale nie współpracowały. Wolały leźć na dno, ku głośnemu niezadowoleniu ich grupy, która cały wschód słońca potrafiła przeznaczyć na ciągnięcie kamienia tylko po to, by ten umościł się wygodnie w mokrym mule. Czasem zachowywały się łagodnie i wracały na swoje poprzednie miejsce. Nieraz jednak spadały w dalsze odmęty rzeki, nieraz zupełnie chowając się w toni. Nikt nie był na tyle silny i brawurowy, by próbować je stamtąd wydostać. Trzeba było iść po nowy głaz i znów zaczynać tę męczarnię. Plusy? Gdy praca na dany dzień była skończona, ledwo stał na nogach. Jedynym, co był w stanie zrobić, to wycieńczonym pacnąć na legowisko i otulony w królicze skórki zasnąć w parę uderzeń serca.
Słońce już przygotowywało się do zmierzchu, gdy Mandarynkowe Pióro dała im znak do odpoczynku. Wtoczyli. Jutro zajmą się przestawieniem go w odpowiednie miejsce. Zmęczony Szałwiowe Serce powłóczył w centrum obozowiska, które nadal wyglądało dość... Surowo. Można było wyczuć, że prace zaczęły się dopiero niedawno i lista zadań do wykonania była naprawdę długa. Tym razem nie skierował się prosto na posłanie, a do sterty ze zwierzyną. Bez większego przebierania zgarnął z niej jedną srebrną rybę, walnął się na ziemię i zaczął ją jeść jak największy delikates.
— Wszystko dobrze, Szałwiowe Serce? — zapytała siedząca nieopodal kotka, której obecności nawet nie zauważył. Na chwilę przerwał przeżuwanie posiłku, by na nią spojrzeć.
— Dobrze — miauknął w odpowiedzi. Zmęczenie było wymalowane nawet w jego uśmiechu. — Po prostu te prace w obozowisku są... Wyczerpujące — dodał, wzdychając.
Kuni Strumyczek pokiwała delikatnie głową. Nie mógł jej zarzucić nieróbstwa. Wprawdzie wojowniczka nie zajmowała się sprawami tak ciężkiej, dosłownie, wagi, ale nieraz widział, jak pomagała choćby Kotewce w umocnieniu ścian żłobka. Zresztą, nie oceniał nikogo, jeśli pracował; każda para łap, która się czymś zajmowała, a nie leżała wywrócona do góry, była dla niego wyjątkowo cenna.
— Nie chciałabym musieć pracować z tymi głazami — powiedziała po chwili ciszy, po czym położyła się na ziemi przed kocurem w pozycji bochenka, owijając ogon wokół swojego boku.
— Cóż — westchnął — ktoś musi to zrobić, nie? Ciesz się, że chociaż odbębniam tę robotę za ciebie...
— Cieszę się, uwierz mi — zapewniła, delikatnie się uśmiechając. — Wolałam zająć się trochę mniejszymi kamieniami, niż te wasze... Układałam je tu dziś z Pluskającym Potokiem. Myślisz, że stoją równo? — spytała, przez co rozejrzał się wokół. Fakt, coś się zmieniło. Teraz ta wyrwa w ziemi, otoczona skałkami, wyglądała nieco lepiej, niż przedtem. Właściwie, dobrze, że ktoś wpadł na taki pomysł. Teraz miało się co tu nagrzać, a dzięki temu też było na czym się wylegiwać, jak już przyjdą gorętsze dni.
— Myślę, że chcę spać — zaśmiał się Szałwiowe Serce i ruszył po kolejny kęs. Kawałki mięsa i wnętrzności rozbryzgały się nieco wokół niego. Nigdy nie potrafił utrzymać porządku przy posiłku... — Nie no, jest ładnie, naprawdę. Chcę to zobaczyć za parę księżyców, jak wtedy będzie to wyglądać — wymruczał pomiędzy mlaśnięciami.
— Obiło mi się o uszy, że ogrodnicy chcą posadzić tu jakieś rośliny, ale nie pamiętam dokładnie. — Ponownie umilkła na parę uderzeń serca. Ciszę między nimi przerywały tylko odgłosy jedzenia. Nagle uszy Kuny wyprostowały się, jakby zauważyła coś ciekawego. — Czy to ukleja?
— Co – a, że ryba? Wiesz co, nie mam pojęcia, łapałem na szybko — tłumaczył i w połowie zdania zdał sobie sprawę, że jedzenie samemu przy rozmowie z drugim kotem było trochę niegrzeczne. Pokręcił głową, jakby karcił się w myślach. — Jeju, przepraszam, że nie zapytałem, powinniśmy się podzielić. Tylko no, z tego już niedużo zostało... — wymruczał, spoglądając raz na kotkę, a raz na swój posiłek.
— Nie ma sprawy — odpowiedziała od razu. — Jadłam niedawno, nie jestem głodna. No i bałabym ci zabrać cokolwiek spod nosa, patrząc na to, jak pałaszujesz — dodała, na co się zaśmiał.
I znów ucichli. Teraz to milczenie zdało mu się nieco niekomfortowe. Szukał w głowie tematu, który mógł zacząć, ale nic mu nie przychodziło do głowy. Aż do czasu...
Gdyby pewnie pomyślał chwilę dłużej, zdałby sobie sprawę, że to nie był taki dobry pomysł. Szałwiowe Serce jednak już sporo razy przekonał się, że nie umie samego siebie w niczym zatrzymać, szczególnie, kiedy to coś jest okropnie głupie.
— A ten... Pamiętasz, słyszałaś na pewno te wszystkie plotki o Siwej Czapli, nie...
Kotka otworzyła nieco szerzej oczy. Spojrzała na niego tak, jakby bezgłośnie dawała mu znak do mówienia dalej.
— Ty się w nim nie kochasz, prawda? — parsknął śmiechem, choć wyraźnie ściszył trochę głos na wypadek, gdyby kocur był w pobliżu. Jego przyjaciel dla niej zupełnie stracił głowę. Chociaż w ogóle nie dziwiło go, jak Czapla mógł się zakochać w kotce takiej jak Kuni Strumyczek, tak (mimo dobrej nadziei, oczywiście!) nie widział, by miał za wysokie szanse... To pytanie było nieco niemiłe w jego stronę, ale hej! To Czapla tak długo nie chciał mu wyjawić, kim była ta tajemnicza dama serca, tylko chichotał sobie z Kijanką! Miał prawo jeden raz uszczypnąć go w nos. — W sensie! Nie żebym oceniał... Ale on jest świrnięty z lekka...
<Kuna?>
Wykonane zadania:
— Wtoczenie na wyspę głazów
— Wniesienie na wyspę kamieni, mających otaczać źródełko wody i wzmacniać jego ścianki
Subskrybuj:
Posty (Atom)