BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 26 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zajęcza Troska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zajęcza Troska. Pokaż wszystkie posty

21 kwietnia 2024

Od Zajęczej Troski

Białe futro zdobiące w głównej mierze jej ciało, przemokło na wylot.
Przypatrywała się tej lichej stercie zwierzyny, moszczącej się na pniu pośrodku obozu. Co rusz przed jej oczami przemykali wojownicy, dokładający po piszczce do stosu, co mimo wszystko nie polepszało klanowej sytuacji w jej oczach. Lubiła, gdy byli silni. Gdy wszystko się układało, a nie pozostawiało dozę niepewności tak, jak w tym momencie. Szczególnie po tym, co uczyniła Makowe Pole. Jeden kocur mniej zawsze był dobrym rozwiązaniem, chociaż dopóki potrafił polować, Zając była w stanie znieść jego obecność w klanie.
Wzdrygnęła się, gdy niespodziewanie coś otarło się przy jej boku. Nie tak, jak ona miała w zwyczaju podchodzić do lubej, domagając się czułości, tylko po prostu lekko się o nią oparło, informując ją o obecności.
— Sytuacja ze zwierzyną jest całkiem dobra, jak na ostatnią Porę Nagich Drzew — stwierdziła liderka, na co Zając leniwie trzepnęła uchem. Była innego zdania, ale nie zamierzała zduszać optymizmu arlekinki, więc tylko skinęła głową. — Nie chcesz się gdzieś schować? Dosyć mocno pada, nie możesz się przeziębić. Nie masz już tak silnego organizmu jak kiedyś — dodała troskliwiej.
Liliowa zerknęła na nią z ukosa, uśmiechając się kąśliwie.
— No jeszcze mi powiedz, że to już nie te księżyce na siedzenie w tak drobnej mżawce, bo mi zaraz kręgosłup padnie — rzuciła, chociaż jak na zaprzeczenie jej słów, dźwięk kropel uderzających o podłoże stał się znacznie intensywniejszy. Lekko się zgarbiła. — Tak właściwie to mam ochotę na spacer. Teraz. Z tobą — oświadczyła, przysuwając łapę w stronę jej kończyny.
Srocza Gwiazda wydawała się z lekka zaskoczona jej nagłą propozycją. Zastrzygła uchem, a zielone ślepia zbyt długo wpatrywały się w nią w milczeniu.
— Nie wolisz poczekać, jak chmury się rozejdą? I zrobi się trochę jaśniej? — zagadnęła, z tym swoim rozsądkiem, za który Zając nieraz ją kochała, a nieraz miała ochotę delikatnie trzepnąć ją łapą po tym uroczym łebku. Oczywiście miała na uwadze, że ta jako liderka musi wykazywać się, choć minimalną dawką zdrowego rozsądku, jednak liliowa lubiła nieraz posmakować spontaniczności.
— Twoje towarzystwo rozpromienia mi dzień bardziej niż jakakolwiek gwiazda na niebie — rzuciła z nonszalancją w głosie. — Powtórzę. Nie daj się prosić, innym razem ciężej będzie ci znaleźć wolną chwilę, a teraz zdajesz się nie mieć nic ciekawego do robienia — dodała.
Czarna wzięła głęboki wdech.
Zajęcza Troska przypatrywała jej się długo, nie zamierzając jej więcej słownie popędzać. Nie lubiła wywierać na niej jakiegokolwiek nacisku. Jak będzie chciała pójść, to pójdą.
W końcu Sroka wstała i postąpiła o kilka kroków w przód. Zdawało się, że ku niezadowoleniu liliowej, zmierza do swego legowiska, jednak ta nagle gwałtownie zboczyła ze swojej pierwotnej trasy. Przystanęła przed wyjściem z obozu, obracając pysk w jej stronę i uśmiechając się lekko.
— Długo mam tak jeszcze na ciebie czekać? — zagadnęła.
Z pyska vanki wydobywała się krótka salwa śmiechu. Jeszcze chwilę z fascynacją obserwowała, jak od futra ukochanej odbijają się pojedyncze krople deszczu, by w końcu i za nią ruszyć na wymarzony spacer.

***

Przepłynęły na drugą stronę rzeki. Nie tą, po której znajdowały się klany, ale tą, za której granicami nie mieli żadnych sąsiadów. Nie kierowali się w stronę Brzozowego Zagajnika, bo Zając wyraźnie zaznaczyła, że to ostatnie miejsce, które ma ochotę odwiedzić.
Wiodły swe kroki po otwartych polanach, gdzie trawy wydawały się obficie rosnąć, zatopione w szarawej kurtynie nieba. W oddali drzewa, jak strażnicy zgłębiającej się tajemnicy, wznosiły swe korony ku opadającym chmurom. Liliowa zatrzymała się, czekając chwilę, aż towarzyszka jej podróży zwróci na to uwagę i sama do niej dołączy. Deszcz uparcie płakał na ich sierści, malując na nich drobne, kryształowe wzory, jakby natura sama chciała je ozdobić.
— Cieszę się, że tu ze mną jesteś — przyznała jaśniejsza. — Cieszę się, że po prostu jesteś w moim życiu.
Arlekinka zamrugała, wbijając w nią spojrzenie zielonych ślepi. Uśmiech w końcu zagościł na jej pysku, by zaraz to po chwili, dystans między nimi się zmniejszył.
Zając wyciągnęła szyję, chcąc poczuć na nosie wilgoć jej skóry, a następnie zatopić pysk w krótkim futrze okalającym jej szyję. Kotka była dla niej idealna w każdym calu, choć ich pierwsze spotkanie, wspólny patrol bądź każda następna rozmowa, przez długi czas nie zapowiadały tego, w jakim kierunku miała potoczyć się ich relacja. Liliowa nawet nie potrzebowała, by wprost określały się partnerkami.
One po prostu były. Razem. Jedna dla drugiej.
Poczuła ciepły oddech Sroki, gdy ta uchyliła pysk, by najpewniej odpowiedzieć na jej wyzwanie. Zaraz to jednak miłą chwilę, wypełnioną ich spokojnym mruczeniem, przerwał cichy warkot, narastający z każdym podmuchem wiatru, który mierzwił ich futra.
Rozległ się świst tuż przy ich pyskach. Jasna łapa z wysuniętymi pazurami przecięła powietrze, nie raniąc żadnej z kotek, a jednak obie odskoczyły w popłochu od siebie, zawieszając wzrok na nowo przybyłym.
Zając przyspieszyło bicie serca. Nie były przy Brzozowym Zagajniku, owianym złą sławą po licznych atakach samotników, a mimo to, stojąca z nastroszonymi futrami dwójka kotów, znalazła się na ich terenach.
Nie było tu mowy na miłe rozmowy o dołączeniu do Klanu Nocy. Oni zdecydowanie nie tego chcieli.
— Znowu te grupowe dzikusy — stwierdziła z przekąsem większa kotka. — Przywłaszczają sobie nasze tereny, tu chyba pora w końcu pokazać, co o nich myślimy, czyż nie?
Zając chciała posłać liderce spojrzenie sugerujące, iż najlepiej będzie na ten moment uciekać, choć sama biegała ślimaczym tempem. Nie zdążyła jednak zawiesić na niej wzroku, gdyż druga z samotniczek przejechała pazurami po jej boku. To była chwila, nim trawę i jej futro pokryła jej własna krew.
Syknęła w odpowiedzi, cofając się zbyt późno. Jej kontratak wydawał się dosyć skuteczny, bo nieznajoma po dostaniu w głowę zdawała się przez chwilę na tyle oszołomiona, że liliowa zdążyła wgryźć się w jej bark. Nie chciała tej walki. Wystarczyłoby przepędzić nieznajome.
Nie była dobra w defensywie, więc musiała sprawnie myśleć nad każdym ruchem, by zbyt szybko się nie zmęczyć licznymi atakami. Zerknęła na sytuacje Sroki, która zdawała sobie radzić dużo lepiej niż ona. Vanka starała się, nie przestając walczyć, zbliżyć do niej. Wtem wrogie kotki spojrzały na siebie i po przytaknięciu głowami, wycofały się.
Zając wręcz w ułamku króliczego oddechu znalazła się przy boku liderki.
— Nic ci nie jest? — wymamrotała. — Rety, to było dziwaczne. I niepokojące, że znowu kręcą się tu obcy. Dobrze, że to na nas trafiło, a nie na któregoś mentora z uczniem, bo sprawa mogłaby wyglądać znacznie gorzej — stwierdziła.
Sroka pomimo lekkiego oszołomienia przytaknęła jej. Prócz drobnych zadrapań, nic im się nie stało, jednak zgodnie uznały, że nie ma co tu stać, bo nie wiadomo, czy obce nie wrócą w liczniejszym gronie.
Ich krótki spacer wyszedł dosyć nieprzyjemnie i Zając, chcąc nie chcąc, postanowiła go jednak przełożyć na inny dzień i to w inną część terenów. Nie była w stanie zliczyć, która to już była sytuacja, gdy samotnicy przekraczali granice i akurat to ona trafiała na nich.
Szły w milczeniu. Żadna z nich się tego nie spodziewała i żadna z nich nie czuła się na siłach, by o tym mówić. Obie najwyraźniej uznały, że muszą ochłonąć, a Srocza Gwiazda i tak będzie musiała poinformować o tym incydencie resztę klanu.
Zajęcza Troska uznała, że warto rozluźnić jakoś atmosferę. Obejrzała się na bok, szukając inspiracji do komplementu dla lubej. Do jej uszu dobiegł dźwięk łap sprawnie odbijających się od ziemi. Zerknęła na bok, na Srokę, by zaraz to dostrzec zbliżający się do arlekinki kształt. Jedna z tamtych samotniczek. Niewiele myśląc, liliowa rzuciła się w przód, zasłaniając bok ukochanej sobą. Zaraz to poczuła rozrywający ból w okolicach klatki piersiowej.
Mimo to rzuciła się wir w walki. Co rusz oglądała się, czy nie ma nigdzie drugiej z obcych, jednak najwyraźniej tylko jedna z nich raczyła wrócić do walki. Ruchy Zajęczej Troski stały się o wiele bardziej sztywne i powolne. Kości i mięśnie odmawiały jej posłuszeństwa.
Samotniczka po raz kolejny nawiała. Tym razem jednak liliowa niemalże od razu usiadła. Szumiało jej w uszach, a na dodatek nieustannie ciemniało jej przed oczami.
— Boli... — wykrztusiła niechętnie, bo ból przyćmiewał jej dumę, zabraniającą przyznawania się do słabości. Ilekroć schylała głowę, dostrzegała umazane krwią futro na piersi. Jej i tak brudna biel przez życie w lesie, została w pełni pokryta szkarłatną czerwienią. Zapach własnej krwi ją drażnił.
— Proszę, wytrzymaj chwilę. Nie zostawię cię tu, musimy dojść bliżej obozu. One mogą wrócić — wymamrotała do jej ucha Sroka, podpierając ja z boku. — Proszę Zajączku, zrób pierwszy krok.
Bark rozbolał ją od samego myślenia. Ledwo co wyprostowała łapę, krzywiąc się z cierpienia. Tylko słowa otuchy czarnej pozwoliły jej dotrzeć do brzegu, z którego widać było wyspę pokrytą trzcinami i sumakami. Droga zajęła im na tyle długo, iż zapadł późny wieczór, a ona sama, nie mogąc dłużej ustać o własnych siła, padła na ziemię.
— Poczekaj tu chwilę, popłynę po Strzyżyk — wyszeptała do niej arlekinka.
Zając przymknęła oczy i jedynie nasłuchiwała dźwięku zanurzającego się w rzece ciała. Mokre podłoże przynosiło jej ukojenie dla cierpienia. Było jej tak przyjemnie po tym wszystkim, co właśnie się zdarzyło, iż miała ochotę już nigdy nie podnosić powiek. Miała nadzieję, że deszcz przykryje zaraz w pełni jej ciało.
Starała się poruszać łapami, jednak wszystko było na ten moment zbyt dużym wysiłkiem dla niej. Nie chciała zesztywnieć tu na śmierć. Nie chciała w ogóle umierać.
Czy tak czuł się jej ojciec, gdy odchodził z tego świata?
Ponownie rozległ się plusk. Ledwo co uchyliła powieki, by dostrzec stojące przed nią białe i rude łapy.
— Zajęcza Trosko, słyszysz mnie? — spytała medyczka, pochylając się przy niej.
Kotka w odpowiedzi zakaszlała. Czuła się, jakby dławiła się własną krwią.
— T-tak... — Charkot opuścił jej gardło. Nie wiedziała, czy jej oczy robią się mokre od nasilającego się deszczu, czy od jej własnych łez. Tak bardzo nie chciał tu skończyć. Nie w tym momencie i nie dopóki nie powiedziała Sroczej Gwieździe jeszcze tylu słów, które oddałyby szczerość jej uczuć względem niej.
— Wygląda koszmarnie, co was zaatakowało? — dopytywała ruda. — Oh, wzięłam za mało ziół. Ta rana jest głęboka i to jeszcze w takim miejscu... Ktoś musi jednak przeciągnąć ją do mojego legowiska — dodała, a Zając poczuła, jak łapa kotki przesuwa się wzdłuż jej boku, aż do klatki.
— Samotnicy — odparła liderka. — Już idę po...
— Sroczko — przerwała jej vanka, po raz kolejny siląc się na to, by jej słowa brzmiały na wyraźne. — T-to już chyba nie ma s-sensu — dodała słabiej, resztkami sił unosząc głowę. Ze zmrużonymi oczami spojrzała na nią. Już nawet nie widziała jej wyraźnie. Zlewała jej się z otoczeniem. A widok jej oczu, pyska i pięknego futra był ostatnim, co chciała ujrzeć, jeśli to miał być jej koniec.
Przez fakt, że nie było jej to dane, ból w sercu wydawał się gorszy od tego fizycznego.
— Nawet tak nie mów, jesteś silna. Wyliżesz się z tego — zapewniła liderka, choć i jej głos zdawał się być okryty niepewnością. Liliowa poczuła ciepło na policzku. Tak bardzo jej znane i przyjemne. Uśmiechnęła się.
Po raz ostatni.
— Kocham cię i obiecuję, że nikt nie będzie cię kochał bardziej niż ja.
Gdyby mogła, sama by się teraz rozpłakała. Ale kilka kolejnych chwil męczarni sprawiły, że nie potrafiła się już jakkolwiek ruszyć, nic nie widziała i nawet szum wiatru stał się odległym dźwiękiem.
Gdy po raz kolejny otworzyła oczy, świat wyglądał zupełnie inaczej. Tak, jakby właśnie obudziła się w jednym z najgorszych koszmarów.

Od Zajęczej Troski CD. Makowego Pola

Błogi spokój tego dnia przerwał jej podniesiony głos pewnej dobrze jej znanej srebrnej kotki. Spojrzała na nią z niezadowoleniem, że w ogóle raczyła jej przeszkadzać po tym, jak ostatnimi czasy odważyła się kwestionować decyzje Sroczej Gwiazdy.
Temat, jaki Makowe Pole poruszyła, brzmiał wyjątkowo ciekawie. Czyżby jej niespełna rozumu potomek, w końcu okazał się w czymś przydatny? Pomijając kwestię, iż jak zawsze musiał w czymś nawalić, bo w końcu dał się przyłapać na swoim czynie, to Zając była... całkiem zadowolona z faktu, iż w ogóle spróbował.
— Zważaj na słowa — odparła, dosyć spokojnie jak na nią. — Masz to, na co zasłużyłaś. Nie rozumiem twego oburzenia. Idź powarczeć na kogoś innego, ja jestem zajęta — stwierdziła chłodno.
Srebrna uderzyła gniewnie ogonem o ziemię, posyłając jej pełne poirytowania spojrzenie.
— Czym niby zasłużyłam? Tym, że dbam o godność tego klanu? — warknęła. — A czym ty niby jesteś zajęta? Nie widzę, byś robiła cokolwiek ważnego, w przeciwieństwie do mnie! — obruszyła się. — Ten klan schodzi na psy...
Liliowa przeciągnęła się, pozwalając Mak wsłuchać się w piękne dźwięki ciszy, kiedy ta nie strzępiła jęzorem na prawo i lewo. Ich przyjaźń była skomplikowaną do opisania relacją. Niby się lubiły, ale teraz mało co na to wskazywało.
— Jestem zajęta unikaniem przerośniętych pcheł. Niestety, przez ciebie mi to nie wyszło — rzuciła z udawanym żalem. Starała się pohamować swoją pogardę względem czarnej, bo inaczej jej odczuć w tym momencie nie była w stanie nazwać. — Jesteś mało bystra, skoro nie wiesz, czym zawiniłaś.
— Czy ty nasłałaś na mnie swojego bachora? — syknęła. — Wiesz co, Zając? Kiedyś byłaś lepsza. Dużo lepsza. Stoczyłaś się. Przez tę swoją dzieciarnię i bezmyślne podążanie za Sroczą Gwiazdą — stwierdziła, znacznie spokojniejszym tonem głosu. — Żyj sobie dalej w ten sposób. Pogadam z kimś rozsądniejszym, ale nie zdziw się, jak będziesz musiała kopać dołek dla swojego dzieciaka. Jeszcze jedna taka akcja, zapamiętaj to sobie.
Vanka nie odpowiedziała jej na to. Nie ruszając się z miejsca, w spokoju obserwowała, jak srebrzyste futro znika pośród trzcin.
— A żebyś się utopiła... — rzuciła pod nosem.

***

Mak się może i nie utopiła, ale Zając nie miała okazji już więcej usłyszeć jej głosu. Za to robiła za pocieszycielkę dla Pszczółki, która uznała, że z ich grupy przyjaciół tylko ona jej została, bo Cedr zmarła już dawno, a Sroka była zajęta swoimi liderowskimi obowiązkami.
Liliowa zaszyła się w legowisku wojowników, gdy już wszyscy raczyli dać jej spokój. Zwinęła się na posłaniu, jednak nim zdążyła zmrużyć oczy, uformowała się przed nią pewna czekoladowa postać.
— Mamo... — wykrztusił. — Chyba nie wyszło mi to, co ci obiecałem...
Strzepnęła ignorancko ogonem.
— Wiem, słyszałam — mruknęła. — Nie było źle. Za to oburzenie na pysku Mak, mogę ci wybaczyć, że nie podołałeś.
Kocur zesztywniał, patrząc na nią w osłupieniu.
— Naprawdę? — wykrztusił.
Westchnęła. Teraz będzie to przeżywał jak kocię upolowanie pierwszej zwierzyny.
— Tak. Jak na ciebie, mogę powiedzieć, że jestem nawet zadowolona, że w ogóle spróbowałeś.
Nie wiedziała, skąd ta łaska i dobroć w jej głosie. Cuchnący Śledź zdawał się za to rozpromieniony, bo wrócił do swojego posłania w podskokach. Przyglądała mu się tylko chwilę w zamyśle, nim w końcu nie zmrużyła porządnie oczu i nie oddała się snu.

31 marca 2024

Od Zajęczej Troski CD. Cuchnącego Śledzia

Po przyjęciu ziół od tego pożal się Klanie Gwiazd medyka, a raczej jego namiastki, przymknęła oczy, licząc na chwilę odpoczynku w tych okropnych czasach, w których przyszło jej zachorować. Co rusz krzywiła się na nasilający się ból brzucha. Nie pamiętała, czy jadła cokolwiek, co mogłoby jej zaszkodzić, jednak najwyraźniej coś takiego znalazło się na stosie i wpadło akurat do jej pyska. Świat co rusz karał ją, a przecież tylko starała się przynieść Klanowi Nocy chwałę. Pomimo rosnącej stale liczby księżyców na karku, trzymała się dobrze i gotów była dla swojego domu zrobić wszystko.
— Przepraszam mamo, że cię zaraziłem. Zrobię wszystko, aby ci to odpłacić. — Usłyszała przy sobie ten żałosny głos przepełniony skruchą. Zapewne nieszczerą, choć ten dzieciak był dziwny pod każdym aspektem i nie wiedziała, czego mogła się po nim spodziewać i co tak naprawdę siedziało mu w głowie.
Niechętnie uchyliła powiekę, patrząc na te pokraczną, podejrzanie niewinnie wyglądającą, kopię jej ojca. Jedyne co pomagało jej w ogóle znosić jego widok, była większa ilość bieli i pędzelki na uszach. Westchnęła ze znużeniem, odwracając wzrok w przeciwnym od niego kierunku.
— Byś się postarał i zaraził Makowe Pole — rzuciła. — Działa mi ostatnio na nerwy — dodała.
Kocur zawahał się. Dolna szczęka mu zadrżała, a mimo to wyprostował się i pokiwał głową. Przyjrzała się na moment jego sylwetce, która niegdyś wyraźnie wychudzona, zdawała się teraz nabrać kształtów. Skrzywiła się. Zaraz to będzie toczył się po obozie jak Ryjówkowy Urok. Jeśli treningi upodobniały do mentorów, to mogła tylko dziękować losowi, że Krucza Gwiazda wzięła ją na ucznia. Przynajmniej wyrosła na porządną kocicę, a nie bezużytecznego pasożyta, jak co poniektórzy.
— Dobrze, mamo. Zrobię co w mojej mocy! — obiecał.
Liliowa zastrzygła uchem, zaintrygowana pewnością, jaką miał w głosie.
— Nie boisz się jej? — zagadnęła nagle.
Wydawał się lekko zaskoczony tym pytaniem.
— No może trochę — wymamrotał zmieszany. — A ty, mamo?
Starała się ignorować to, jak często używał wobec niej tego zwrotu. Zmniejszało to między nimi dystans, co jej się ani trochę nie podobało, jednak skoro mogła go wykorzystać do upokorzenia koleżanki, zamierzała to zrobić.
— Nie ma co, Śledziu — zapewniła. — Ona umie tylko warczeć na prawo i lewo, ale w rzeczywistości bywa tak głupia, że co najwyżej może cię opluć przy krzyczeniu. Ale to uważaj na jej ślinę, pewnie ma wściekliznę, nie ma co roznosić tej choroby na cały klan — stwierdziła. — Zrób coś, co mi zaimponuje. Nie wiem, wsadź jej robaki do legowiska, albo podrzuć do posiłku jakieś ciekawsze zioła. W końcu lubisz się z Topikową Głębiną, z pewnością wasza znajomość na coś się w końcu przyda — uznała. — Nie chcesz mnie w końcu zawieść, prawda?
Kocur nie wyglądał na przekonanego, ale wiedziała, że jej ostatnie słowa odpowiednio na niego podziałają.
— Oczywiście, że nie — zapewnił. — Zobaczę, co da się zrobić.
Uśmiechnęła się lekko i przymknęła oczy, wracając do swojego stanu odpoczynkowego.
— Cieszę się. Uciekaj w takim razie — wymruczała, oddychając z ulgą, gdy usłyszała coraz to cichsze kroki, oddalającego się od niej kocura.

***

Przyglądała się tym, którzy dalej walczyli z rozkruszeniem lodu pokrywającego rzekę. Obejrzała się na stos, niezbyt obfity, co było standardem w czasie Pory Nagich Drzew, choć dawno nie było aż tak źle. Była niepocieszona myślą, że trzeba polować na lądzie. Od zawsze słabo biegała, a gruba warstwa białego puchu tym bardziej utrudniała jej szybsze przemieszczanie się w pogoni za zwierzyną.
Na dodatek Cedrowa Rozwaga zaginęła. Losy tej drugiej kotki, po której również ślad zaginął, aż tak jej nie interesowały. Za to bliska koleżanka była dla niej w jakimś stopniu ważna, więc ochoczo chodziła na patrole poszukiwawcze, licząc, że ujrzy ją gdzieś żywą. Innej opcji nie przyjmowała do swej myśli.
Ponadto ostatnia decyzja Sroczej Gwiazdy nie zbyt radowała klan. Zając zerkała nieufnie na każdego, kto na poprzednim zebraniu spoglądał nieprzychylnie na ich liderkę. Miała ich szczególnie na uwadze, bo prędzej sama by zginęła, niż pozwoliła skrzywdzić łaciatą.
Widok Makowego Pola jeszcze bardziej ją zirytował. Doskonale pamiętała, kto najgłośniej ujadał się z niezadowolenia. Przypatrywanie się srebrnej o czymś jej przypomniało. Machnęła ogonem i skierowała swe kroki w stronę legowiska wojowników.
To brązowe futro zawsze rzucało jej się w oczy. Westchnęła, nie wierząc, że sama z siebie idzie do kocura.
— Śmierdzący Śledziu...
— Przecież moje imię to Cuchnący Śledź — przerwał jej niepewnie, na co machnęła łapą.
— To nie jest ważne. Pamiętasz, jak chciałeś zyskać w moich oczach? — zagadnęła. — Nie wiem, czy w końcu uczyniłeś coś Makowemu Polu, ale niezależnie od odpowiedzi, chcę, byś teraz coś jej zrobił. Coś niegroźnego. Wystarczy, żeby nauczyła się trzymać język za zębami.

<Śledziu?>

27 grudnia 2023

Od Zajęczej Troski do Cuchnącego Śledzia

Przez cały czas uważnie przyglądała się temu, co działo się w okolicy ich nowej liderki. Uśmiech sam wkradał się na jej pysk, ilekroć myśl o Sroce u władzy na nowo powtarzała się w jej głowie. Zając była ostatnimi czasy zbyt zajęta sobą, swoją uczennicą i wybranką serca, by zwracać uwagę na coraz to odważniejsze poczynania Mgły. Z nią nawet dawno nie rozmawiała, ale osobiście nie miała nic przeciwko wyciągania konsekwencji wobec zdrajców.
W końcu, gdyby nie to, sama nie zrobiłaby kroku w kierunku wymierzenia sprawiedliwości jej ojcu. Teraz Zdradziecka Rybka wąchał kwiatki od spodu, a duet Trzcinowej Sadzawki i Sarniego Tupotu na tropie jego morderstwa, przepadł, bo niebieski kocur zginął z łap kata.
Zając co najwyżej żal było Źródlanego Dzwonka. Miała okazję kilka razy porozmawiać z kotką i po niej nie spodziewała się niczego złego. Nie wiedziała już, czy to pozory były mylne, czy podejście Mglistej Zatoki doprowadziło ją do miejsca, w którym skończyła.
Jej to już nie interesowało. Dla niej najważniejsze była teraz Sroka, a w drugiej kolejności upewnienie się, że jej nieszczęsna dzieciarnia, która raz po raz wciąż potrafiła wywołać w niej odrazę, nie przyniesie klanowi wstydu.
Było to jednak niemalże niemożliwe, gdy jeden z nich łudząco przypominał jej ojca. Ta sama sierść, kolor ślepi, podobne ułożenie ciemniejszych plamek na futrze...
Nienawidziła go. Była w stanie okazać jakkolwiek dobrą stronę wobec Kruczej, Nartnika, czy nawet zmarłego już Rozbitka, którego niektórzy nazywali opętanym przez Mroczną Puszczę, ale nie Śledzia. Samo imię, które mu nadała, powinno w pełni tłumaczyć, że nie chciała nawet się do niego przyznawać.
Dlaczego, skoro już los pokarał ją dwójką synów, umrzeć musiał ten, który mniej jej wadził? Swoją drogą, było to tak nagłe, że nawet nie zdążyła tego przetrawić i ilekroć zjawiała się w legowisku medyków, niepewnie szukała go wzrokiem. Czuła się paskudnie, z tym że w ogóle myśli z żalem o jakimkolwiek kocurze.
Nawet nie potrafiła stwierdzić, z jakiego powodu tak się dzieje. Może po prostu była ciekawa, co z niego wyrośnie? Tylko tak potrafiła sobie usprawiedliwić ten natłok mieszanych uczuć w jej sercu.
Pocieszające i na ten moment najważniejsze było to, że cała reszta przeszła już mianowanie. Kruczy Szpon i Nartnikowy Czułek otrzymali ładne i godne wojowników imiona. Natomiast Cuchnący Śledź otrzymał miano adekwatne do jego postawy.
Przysiadła na uboczu obozu, obserwując kwitnące w klanie życie. Pomimo Pory Nagich Drzew, nie mogli narzekać na brak pożywienia. Owszem, rzeka przymarzła i polowanie na ryby nie było zbyt możliwe, ale za to w lesie zwierzyny nie brakowało i dało się co nieco przytaskać do stosu.
Mieli sporo młodych, jak chociażby dzieciarnia Pszczółki i Mak, oraz te dwie przybłędy, którymi niebieska zgodziła się zaopiekować. Zając dziwił fakt, że srebrzysto-czarna kotka zezwoliła na to, ale najwyraźniej ten związek tak na nią wpływał i całkowicie rozmiękczył jej serce.
Liliowa dalej nie wiedziała, co łączy ją samą ze Sroczką, ale dopóki mogła być blisko kotki, nie miało dla niej znaczenia, jak będą nazywać swoją relację. Bardziej zależało jej, aby kotce nic się nie stało, bowiem liderzy w ich klanie mieli tendencje do szybkiego umierania, a ona nie mogła pozwolić, by ktoś raczył położyć swą parszywą łapę na czarno-białym futrze.
Zerknęła na grupkę kotów wracających z polowania. Pośród nich dostrzegła tę brązową kupę futra, zwaną inaczej jej nieszczęściem czy tam synem. Położyła nisko po sobie uszy, obserwując, jak dorzuca mizernego gryzonia do stosu.
On też ją dostrzegł. Od razu spuścił wzrok, bo jak go uczyła, nie był godny, by móc patrzeć jej prosto w pysk. Ku jej kolejnemu niezadowoleniu, skierował swe kroki w jej stronę. Przewróciła oczami i z głośnym westchnięciem skrzywiła się.
— Czego chcesz? — rzuciła, widząc, że ma do niej jakiś interes.
— Byłem na polowaniu — oświadczył z uśmiechem. — Upolowałem zwierzynę dla klanu. Zawsze mówiłaś, że mam być przydatny, a więc czy o to ci chodziło? — spytał.
Przeciągnęła się, powtarzając sobie w głowie, że lepiej mieć takie głupie przerośnięte dziecko, aniżeli kogoś, kto próbowałby ją po cichu zabić. No cóż, Zdradzieckiej Rybce się nie poszczęściło.
— Tak, to miałam zawsze na myśli — odparła. — Tylko co tak mało? Zbyt wielu kotów tym nie nakarmisz. Twoje rodzeństwo przyniosło znacznie więcej — skłamała, choć tak naprawdę nie wiedziała, co poczyniła dzisiaj taka Kruczy Szpon. Chociaż dzieci nigdy nie planowała, to córka nie była do końca tym, o czym marzyła. Niestety więcej mówiła, niż czyniła, ale jej uderzające podobieństwo do mentorki liliowej nie pozwalało jej na złe komentarze względem kotki.
— Mogę pójść jeszcze raz, tym razem przyniosę więcej...
— To to zrób —  przerwała mu. A potem... potem naszła ją najgłupsza myśl, jaka tylko mogła przemknąć jej przez głowę. — Udam się z tobą, by skoordynować twoje poczynania. Nie wierzę, że stać cię tylko na tak niewiele, naprawdę musisz się nie starać. Aż tak bardzo chcesz mnie zawieść i przynieść mi wstyd na cały klan? — rzuciła pogardliwie.
Jeśli ktokolwiek skomentuje fakt, że wyszła z tą pokraką z własnej woli poza obóz, zaprzeczy i zmyśli, iż to kara za jakiś przegrany zakład. Na ten moment nie miała jednak nic ciekawszego do roboty, a tak istniała szansa, że sama coś przytarga do obozu.

<Śledź?>


12 listopada 2023

Od Zajęczej Troski CD. Makowego Pola

Nie wiedziała kiedy, ale musiała przespać moment rozkwitu relacji Mak i Pszczółki. Pamiętała, jak niebieska latała co krok za burą, a gdy Zając zdarzało się porwać jedną z przyjaciółek na polowanie bądź spacer, szylkretka zerkała na nią ze zbolałą miną i usilnie próbowała im towarzyszyć. Zazwyczaj liliowa się godziła, bo wydawała jej się po prostu znudzona i samotna. Teraz wiedziała, że kwestią tego wszystkiego była zazdrość.
Wysunęła pazury w podmokłe podłoże żłobka, patrząc z ukosa na przyglądającą jej się wojowniczkę. Mimo wszystko nie potrafiła po tym co przeszła spokojnie zareagować na jej słowa. Orientowała się, że Pszczela Dumą sama chciała dzieci i chociaż nie wiedziała, jak je zdobyła, była świadoma, że porównanie Mak było nie na miejscu.
Zając przez okres ciąży zdążyła sobie przemyśleć to wszystko. Piski kociąt były jej stałym akompaniamentem do wszelkich refleksji. Nie chciała nigdy potomstwa, ale owszem, skoro się stało, skoro dała im już żyć, to zrobi pożytek dla klanu i uczyni z nich porządnych wojowników. Tylko tak potrafiła nie kojarzyć tego z cierpieniem i upokorzeniem. Nie mogła patrzeć jednak ze spokojem na małą kopię jej ojca. Odsuwała go łapą, karmiła jako ostatniego i dawała krótki czas na posiłek. Spełniała wobec niego minimum rodzicielskie, bo więcej jej zdaniem nie potrzebował.
Miała gdzieś, czy los się kiedyś na niej zemści. Zresztą, już to zrobił, tylko za co? Oczyściła klan z brudu, pozbyła się jednego pasożyta i ceną jej bezkarności była obrzydliwość, jaka ją spotkała?
Zając była zawistna, to fakt. Ale w życiu nie życzyłaby żadnej kotce tego samego, co przytrafiło się jej.
— Nie, nie musisz iść do Sroczego Lotu. Jak będę miała chęci, to sama z nią pogadam — palnęła, choć prawda była taka, że chęci było, ale brakowało jej odwagi.
Nie przemyślała jeszcze tego, co jej powie. Przyjdzie na to odpowiedni czas.
— To o co się tak w zasadzie dąsasz? — drążyła srebrna, na co wpierw, mimowolnie, vanka strzepnęła uchem, a dopiero potem zaszczyciła ją spojrzeniem.
— O nic — burknęła, nie brzmiąc zbyt przekonująco, o co jednak na ten moment nie dbała.
— Przestań Zając, była z ciebie taka dobra wojowniczka, a teraz co? — rzuciła prowokacyjnie.
Liliowa na ten moment nie miała wobec siebie samej zbyt wysokich oczekiwań. Chciała wrócić do swojego życia, ale wiedząc, że po terenach obozu snuć będą się jej własne kocięta, że wyrosną kiedyś, a ona już młodsza nie będzie — traciła nadzieje na to, iż będzie to w ogóle możliwe.
— Teraz nic. Wykarmię je i wrócę do bycia dobrą wojowniczką — powtórzyła, przełykając ślinę. — Zmykaj do Pszczółki, bo wydaje się zazdrosna. Na pewno będziesz dobrą mamusią dla waszych pociech — dodała, z myślą, że tymi słowami ostatecznie ją od siebie odgoni.

<Mak?>

15 września 2023

Od Zajęczej Troski CD. Makowego Pola

Wciąż była z lekka zdezorientowana, jednak na jej pysku dalej gościł uśmiech. Pokiwała głową, zgadzając się wprost z przyjaciółką. Gdyby znalazła się w takiej sytuacji ze Sroką, spaliłaby się ze wstydu. Nie przepadała za upokarzaniem się przy czarnej, dla niej starała się zawsze być idealna. Przy Mak jednak, którą traktowała jak zwykłą, bliższą znajomą, mogła sobie pozwolić na takie głupoty. Nikt ich w końcu nie widział.
— Czym prędzej, bo aż zczekoladowałaś od tego błota — palnęła liliowa, zbierając się na równe łapy.
Srebrna zmrużyła oczy i spojrzała na nią spod byka.
— Ty bardziej — stwierdziła, jednak pomimo jej srogiego wzroku, w głosie nie było ani krzty złości. Raczej czyste rozbawienie, spowodowane tą całą sytuacją. — Poza tym, liliowy i czekoladowy są do siebie bardziej podobne, niż czarny i...
Vanka trzepnęła ją lekko ogonem w pysk.
— Nie znasz się na żartach, tak jak myślałam — westchnęła, ze sztuczną miną zawodu. — Ale z ciebie sztywniak — dodała, a na jej skrzywionym pysku zawitał lekki, triumfalny uśmiech.
Zeszły z głównego tematu. Obie postanowiły uznać, że Trzcinowa Sadzawka nie ma skąd brać dowodów na jej winę, a poza tym, nikogo nie powinien interesować tamten zdechły już staruch. Był tyle wart, co jeden z ich poprzednich liderów, a po jego brutalnej śmierci nikt się jakoś nie przejmował.
Chłodny wiatr znad rzeki musnął ich futra. Liliowa jako pierwsza zanurzyła łapy w wodzie, a widząc, że srebrna się waha, wyszła na brzeg i z rozpędu popchnęła ją do przodu. Wpierw rozległ się plusk, a potem ciche warknięcie.
Zając dołączyła do niej w momencie, w którym pysk czarnej znajdował się już ponad taflą, z nadwyraz niezadowoloną miną.
— Czy ty postradałaś już do reszty zmysły? — pisnęła, chlapiąc w jej stronę wodą. — No oszalałaś Zając, naprawdę! — prychnęła.
Vanka uśmiechnęła się, opływając kotkę dookoła.
— Już się tak nie denerwuj Maczek, złość piękności szkodzi — mruknęła, rozkoszując się przyjemnym chłodem. — Zmywaj z siebie to błoto, bo ci tak zostanie na zawsze i nie będziemy mogły się już kolegować — zagroziła w żarcie.

<Mak?>

Od Zajęczej Troski CD. Paskudnej Łapy (Błotnistej Plamy)

Przewróciła oczami na słowa kotki, po czym położyła nisko po sobie uszy. Starała się tyle razy być dla niej w miarę miła, byleby choć trochę dopiec Nastroszonemu i pozbawić go tej uległej służki, jednak Paskuda musiała mieć tak sprany mózg, że nijak nie dało się do niej dojść. Zając z każdą chwilą coraz bardziej żałowała tego całego zmarnowanego czasu na rozmowach z nią.
— Nie powinna — niemalże odwarknęła, rezygnując z dotychczas miłego tonu. — A jeśli do macierzyństwa też nie jesteś "stworzona"? Z jakiej w ogóle racji uznajesz, że nie nadajesz się na wojownika? Gdybyś wygnała tego palanta ze swojego życia i skupiła się na sobie, to mogłabyś zadbać o swój rozwój. Jednak jeśli dalej zamierzasz trzymać się jego ogona, to nie dziw się, że nieustannie ściąga cię na dno — rzuciła. — Przy nim nic nie osiągniesz.
Czuła się, jakby nieustannie mówiła do drzewa. Paskuda siedziała zesztywniała, niby to potakując głową, ale Zając była pewna, że czekoladowa w ogóle nie stara się zrozumieć tego, o czym mówi. Warknął pod nosem, trzepiąc ogonem o ziemię z powodu porażki.
Raz chciała być miła dla kogoś o tak paskudnym kolorze sierści, a jej działania ostatecznie okazywały się bezsensowne. Nie miała już nawet chęci, aby starać się o taktyczne myśli.
— A zresztą, rób sobie, co tam chcesz. Ciężko mi uwierzyć, że ktoś tak badziewny może być spokrewniony z kimś tak wspaniałym jak Sroka — rzuciła, w ramach pożegnania, nim nie zostawiła uczennicy samej z sobą.

***
przed ciążą Zając

Nie roztrząsała nigdy zniknięcia Nastroszonego. Jedyne co, to miała nadzieje, że padł gdzieś martwy, aby więcej w życiu nie skrzywdził żadnej kotki. Nietrudno było o drugiego takiego samego śmiecia i oblecha jak on. Szkoda, że zdążył się rozmnożyć i teraz po klanie łaziła trójka jego dzieciaków.
Co prawda, Sroczy Lot dobrze mówiła o jednej z nich, Kawce. Nic dziwnego, skoro wspomniana kotka miała pięknie czarną sierść i nie błaźniła się specjalnie na cały klan.
Zając w plątaninie myśli za bardzo rozmarzyła się o Sroczce i nie dostrzegła na swojej drodze brązowej, zwiniętej kulki. Błotnista Plama siedziała na uboczu obozu, toteż wojowniczka nie mogła jej skrzyczeć, że zagradza innym przejście.
Vanka położyła nisko uszy, spoglądając na kotkę z wyższością. Ta była już na samym dnie, a leżącego nie powinno się kopać. Liliowa odchrząknęła, uznając, że załatwi to w szybki sposób.
— Pamiętasz? Mówiłam ci, że przez niego — nie zamierzała krzywdzić swojego języka tym imieniem — wylądujesz na samym dole. Pozbieraj się, jesteś w końcu wolna i masz szansę jeszcze na naprostowanie swojego życia — rzuciła.
Skoro już żyją w jednym klanie, to niech ta się, chociaż na coś przyda i upoluje czasem jakąś większą rybę do stosu.

<Błotnista Plamo?>

Od Zajączek (Zajęczej Troski) CD. Kminkowej Łapy (Źródlanego Dzwonka)

W ślepiach zabłyszczało jej z ekscytacji od owej propozycji. Wyjście z tego przytułku brzmiało jak coś, na co zdecydowanie miała ochotę. Mama była kochana, owszem, ale towarzystwo kogoś innego brzmiało intrygująco. Poza tym może poszczęści jej się i akurat ujrzy, jak ktoś w obozie znęca się nad jej ojcem.
— Oj tak, bardzo bym chciała! — pisnęła, skacząc z łapy na łapę w miejscu. Jak taki szczęśliwy piesek.
Czasem wystarczyło się chwilę pouśmiechać, zbłaźnić i z łatwością można było osiągnąć to, czego się chciało. Nikt nie bał się tych pozornie głupich i naiwnych.
— Tylko... Spytaj swojej mamy, czy się na to zgadza — poleciła kotka.
— Pytałam wcześniej, mówi, że mogę z tobą wyjść — oświadczyła, choć niepewna mina liliowej dała jej do myślenia, że raczej nie ma szans, by starsza w to uwierzyła.
Vanka westchnęła i podreptała do Bławatek, zajętej wylizywaniem sierści Jesionka. Cóż z niego było za paskudztwo podobne do ojca, pewnie wyrośnie na równie bezużytecznego.
Karmicielka o dziwo zgodziła się bez problemu. Płowa na ogół była wyrozumiała, ale mimo to Zajączek obawiała się, że ta tak łatwo nie ulegnie. W końcu nie wiadomo czy ta cała Kminkowa Łapa nie miała niecnych zamiarów wrzucenia jej do rzeki.
Opuściły kociarnię. Uczennica nie odzywała się za wiele, ale młodszej to nie przeszkadzało. Skupiła się na obserwowaniu otoczenia. Tyle ciekawych zapachów, kotów... I z pewnością więcej do robienia niż w żłóbku.
— A co ty w sumie robisz zazwyczaj w ciągu dnia? — zagadnęła, ciekawa przyszłości, jaka ją czeka.
— No wiesz, trenuję z mentorem walkę, chodzę na patrole, podczas których sprawdzamy granice albo polujemy na zwierzynę, którą potem składujemy tu na stosie. — Uniosła łapę, wskazując wspominane miejsce. — Dni jakoś bardzo się od siebie nie różnią.
Zajączek pokiwała głową. Powiedziała o tym, o czym w sumie już wiedziała. Vankę najbardziej ciekawiły na ten moment wojny i to, jaką szansę ma Zdradziecka Rybka na śmierć, jeśli wziąłby w takowej udział.
Zdawała sobie jednak sprawę, że to raczej nie są normalne pytania, szczególnie jak na kota w jej wieku. Przemilczała ten temat, rozkoszując się dalej spacerem. Nie była szczęśliwa, gdy Kminek odstawiła ją do matki, ale gdzieś tam w niewielkiej części była wdzięczna za wyciągnięcie jej, chociaż na moment, z tego miejsca.

***
przed tym, jak dzieci Źródlanego Dzwonka zostały mianowane na uczniów


Posiadanie kociąt okazało się niezwykle uciążliwe. To były głodne, to chciały jej uwagi, a to potem odkrywały coraz to głupsze rzeczy do roboty. Co jakiś czas spoglądała na Źródlany Dzwonek. To czarne maleństwo było ładne, ale na co jej ten czekoladowy? Zając miała wrażenie, że wspomniany Topik, oraz jej nieszczęsny Śledź, wyjątkowo dużo czasu spędzają razem. Nie interesowało ją to co prawda jakoś specjalnie, po prostu rzuciło jej się to w oczy. Najwyraźniej porażki życiowe ciągnęło do siebie.
— Wkrótce już stąd wyjdziesz — podjęła się rozmowy, kierując swój głos w stronę drugiej karmicielki. — Jak... Jak się z tym czujesz? Nic nie będzie cię już trzymać w tym miejscu. A bycie matką jest raczej... — zacięła, starając się, wynaleźć niezbyt wulgarne określenie na tę rolę — wyczerpujące — ujęła. — W końcu sobie odpoczniesz — dodała.
Dlaczego Kminek miała tylko dwójkę kociąt, skoro tolerowała nawet ten czekoladowy podmiot, a ona musiała męczyć się z całą czwórką? Gdzie w tym wszystkim była sprawiedliwość? Co każdy krok i pisk przypominały jej o zdarzeniu, które doprowadziło do ich powstania. Zając nie płakała już więcej. Teraz czuła jedynie obrzydzenie.

<Dzwonek?>

Od Zajęczej Troski CD. Turkucia (Turkuciowego Skrzydła)

Skrzywiła pysk w wyniku ogarniającego ją obrzydzenia. Rozejrzała się, czekając, aż zza pobliskiego krzewu nie wyskoczy Dalia i nie powie, że to wszystko to żart i nie wychowała wcale aż tak źle dzieciaka.
— Jak dorośniesz, to może zmądrzejesz przede wszystkim — charknęła. — Nie mów tak do kotek. Nie mów tak do nikogo. Zajmij się zabawą.
Uśmiechnął się uradowany. Zmrużyła oczy, na co ten wystawił jej język.
— Będę mówić! — parsknął i zaczął ją okrążać. — Pójdziesz z Nastroszonym w krzaki... Bo to rola kotek... Każda tak skończy... — mówił, chichocząc pod nosem.
Dawno nie usłyszała niczego bardziej gorszącego. I to jeszcze z pyska kogoś tak młodego. Głupie kocię miało pojęcie o rzeczach, o których usłyszeć powinno co najwyżej za kilkanaście księżyców.
— Prędzej Klan Nocy przestałby istnieć, nim pozwoliłabym mu kiedykolwiek się do siebie zbliżyć — warknęła, krzywiąc się z niesmakiem. — Nie wyrośniesz na nikogo mądrego, to ci gwarantuję.
Widziała, jak szczerzy te swoje małe zębiska. Już zbyt wiele razy dała mu się użreć, więc gdy tylko dostrzegła jego ruch, mocniejszym — ale nie zabójczo mocnym — uderzeniem, przewróciła go na bok. Niewielka pomarańczowa plama na ziemi wyglądała wręcz żałośnie, ale wyjątkowo nie czuła satysfakcji ze znęcenia się nad dzieckiem. Było jak irytujący komar, na którym niepotrzebnie skupiała swoją uwagę. Nie zamierzała zniżać się do poziomu Nastroszonego, by jej jedynym towarzystwem było nieporadne kocię. Skoro gnojka nie dało się naprostować, to nie będzie tracić na niego ani sił, ani czasu.
— Ty! — wykrztusił, patrząc na nią wrogo. — Powiem mamie! Utopią cię za to! — zagroził.
— Wymarzona śmierć dla Nocniaka, nie będę się sprzeciwiać — westchnęła. Dlaczego w ogóle zdecydowała się drążyć tę rozmowę? To wina Dalii, że nie pilnuje swoich pociech. Przez chwilę rozważała odstawienie go siłą do żłóbka, ale jeśli go tu zostawi, to może szczęście mu dopisze i zeżre go jakiś przerośnięty pstrąg.
Turkuć fuknął.
— To to zrób! Teraz! Utop się!
Westchnęła przeciągle.
— Innym razem, póki co mam ciekawsze zajęcia do zrobienia — odparła spokojnie. — Biegnij do mamusi, bo zejdzie na zawał, jak zauważy, że cię nie ma. Wtedy to jej trupa będziemy musieli wrzucać do rzeki.

<Turkuć?>

13 września 2023

Od Zajęczej Troski CD. Sroczego Lotu

Pierwszy raz od tamtego zdarzenia zdołała na dłużej zasnąć. Nie zbudziła się z powodu wspomnień wciśniętych w najgorszy koszmar czy też pesymistycznych myśli, że niechciana ciąża wiązała się z bolesnym porodem, a w późniejszym czasie opieką nad zgrają kociąt. Po porodzie była na tyle zmęczona, ale i przepełniona ulgą po wyzbyciu się z siebie tego ciężaru, że od razu padła.
Teraz jednak jej zlepione od niewyspania ślepia, ledwo co rozpoznawały malujące się przed nią kształty. Czwórka piszczących istot znajdowała się w pobliżu. Jedno z nich zdołała od siebie odsunąć tylną łapą. Jedyne co, to przykryła je z lekka ogonem, bo jakby padło za szybko z zimna, mogłoby to być podejrzane. Uznała je za najsłabsze z całego miotu, nie chciała nawet próbować się przekonywać do opieki nad nim. To był kocur. Czekoladowy. Przypominał jej kogoś.
Był paskudny jak jej ojciec.
— Ja... — Głos utknął jej w gardle. Zapomniała już, jak to jest z nią rozmawiać. Jak to jest w ogóle przebywać w jej towarzystwie. Była przytłoczona. Tyle dni przemilczała, a jeszcze wcześniej nie raczył jej o czymkolwiek powiedzieć. Nie mogła po prostu. Wydawało jej się, że nie tylko ją tym zraniła, ale i siebie samą. — Nie wiem. Chyba wolę chwilę poczekać, aż zaczną cokolwiek robić, ruszać się. Może wtedy mnie olśni — wypaliła, spuszczając wzrok na przednie łapy. Nie zasługiwała w tym momencie na to, by móc podziwiać oblicze Sroki.
Była piękna. Jak zawsze. Futro w olśniewająco biało-czarnych barwach. Zielone, przecudowne ślepia, w które Zając mogłaby wpatrywać się całą wieczność.
W tym momencie wyglądała przy niej jak jedna, wielka porażka. Ociekała zmęczeniem, miała potarganą sierść, posklejaną wciąż gdzieniegdzie od potu. Nie czuła się ani trochę dobrze ze sobą.
— To... Niegłupie. — Tylko tyle jej powiedziała. Zamilkła, a liliowa kątem oka spoglądała na nią rozpaczliwe. Tak bardzo chciała, by ta do niej mówiła. Jej głos był rozkoszą dla jej uszu. Potrzebowała jej teraz, jak nigdy dotąd. — Nie będę cię dłużej męczyć. Chciałam tylko sprawdzić, czy wszystko u... — urwała, jakby wahała się nad sensem swoich słów — czy wszystko tu w porządku — dokończyła, choć Zając miała wrażenie, że co innego chciała jej powiedzieć.
— Nie męczysz mnie — odparła niemalże natychmiastowo. — Bardzo mnie cieszy... twoje towarzystwo — wypaliła, przełykając zaraz to głośno ślinę. Śpiąca w kącie Źródlany Dzwonek nie pomagała jej pozbierać myśli. Jej obecność ją rozpraszała, nie chciała w razie co jej zbudzić i sprawić, by usłyszała za dużo. — Ja... Ja nie... — wyjąkała, nie potrafiąc pozbierać się w garść. Przeróżne myśli mieszały jej się ze sobą, nie pozwalając się jakkolwiek skupić. — Ja... Chciałabym ci to wszystko wyjaśnić. Jednak nie tutaj. Nie teraz. Nie jestem gotowa. — Prawie że załkała. — Ja... Daj mi czas. Proszę, pozwól mi ze sobą porozmawiać za księżyc, może dwa. Gdy kocięta będą starsze i będę mogła je tu na chwilę zostawić i gdy ja... Gdy ja będę wiedziała, co chcę ci powiedzieć — wybełkotała.
Sroka wydawała się zaskoczona, a jednocześnie jej pysk doskonale skrywał wszelkie emocje. Niemrawo pokiwała głową, zbierając się do wyjścia. Zając tak bardzo chciała na moment zbliżyć się do niej i znów zatopić pysk w jej krótkim futrze, jak to robiła zza czasów, gdy obie spały w legowisku wojowników, a ich posłania leżały blisko siebie.
— D-dobrze — odparła arlekinka, choć zdawała się również zmieszana. — Będę... Będę czekać.
Liliowa przełknęła po raz kolejny ślinę, siląc się na słaby uśmiech. Dopiero gdy został jej odwzajemniony, a Sroka wyszła, mogła pozwolić sobie na cichą rozpacz.

***

Gryzła się w język za każdym razem, gdy próbowała przygotować sobie sensownie brzmiące wyjaśnienie dla Sroki. Nastał dzień, w którym poczuła, że jest gotowa powiedzieć jej wszystko. Zawalczyć o ich znajomość i sprowadzić tę relację na dawne, właściwe tory.
Kocięta dorosły na tyle, by mogła je zostawić. Nie szukała z początku nikogo, kto mógłby je przypilnować, ale Pszczela Duma sama w końcu znalazła się w żłóbku, ku jej ogromnemu zdziwieniu i bez problemu podjęła się zajęcia maluchami.
Zając wychodziła już nie raz z kociarni, ale teraz, gdy chłodny wiatr obejmował jej wychudzone ciało, traciła całą pewność siebie. Czuła się niezwykle mała wobec świata i słaba przy reszcie klanu. Wyczekiwała dnia, gdy jej potomstwo przyjmie role uczniów, a ona powróci do wojowniczych zajęć.
Nienawidziła wzroku innych. Spoglądali na nią z zaciekawieniem. Z pewnością spora część chciała wiedzieć, co się wydarzyło, że kotka, otwarcie krytykująca samców, skończyła z brzuchem. Im jednak nie zamierzała się tłumaczyć.
Tylko Sroczy Lot zasługiwała na wyjaśnienia.
Nie mogła jej znaleźć w obozie, więc dopytała Cedr o przyjaciółkę. Ona jako jedna z nielicznych wydawała się mieć gdzieś całą sytuację i z uprzejmością udzieliła jej odpowiedzi. Zastępczyni była na patrolu, więc liliowa zasiadła na uboczu, oczekując jej powrotu.
Pora Nagich Drzew była wyjątkowo sroga. Marzła, ale nie zamierzała kryć się po kątach. Chciała mieć to z głowy. Nie mogła przegapić momentu, w którym łapy czarnej przekroczą próg obozu.
W końcu nadeszło to, co nieuniknione. Zaraz to za kotką zjawiła się dwójka uczennic. Zajęcza Troska z żalem spoglądała na Piankę, której treningu nie zdążyła dokończyć. Gdyby tylko miała czas i nic złego by jej nie spotkało, doprowadziłaby liliową na sam szczyt. Na szczęście pod okiem arlekinki na pewno dobrze się rozwinęła.
Vanka czekała cierpliwie z boku, aż Sroka sama pochwyci jej wzrok. Zielone ślepia przepełnione były zaskoczeniem. W końcu ich właścicielka zbliżyła się do niej, najwyraźniej rozumiejąc wszystko bez słów.
— Wyszłaś ze żłóbka — zauważyła.
— Tak. Chciałabym z tobą porozmawiać. A raczej prosić cię o wysłuchaniu. Nie musisz nic mówić — zapewniła. — Chcę po prostu, żebyś wiedziała.
W odpowiedzi skinęła jej głową. Zając chciała oddalić się choć trochę od obozu i choć przepłynięcie od niego na ląd po drugiej stronie kosztowało ją sporo wysiłku, szczególnie po takim czasie uwięzienia w kociarni, udało jej się to. Oddech miała ciężki i nierówny, ale uparcie parła do przodu, byleby nikt nie był w stanie ich usłyszeć.
— Pewnie jesteś zmęczona — rzuciła pierwsze, co przyszło jej do głowy, byleby jakkolwiek zacząć tę rozmowę. — Postaram się nie zabrać ci dużo czasu. Zasługujesz jednak, żeby wiedzieć. A ja wiem, że to wszystko zostanie między nami — westchnęła, zamykając powieki. Oczy ją szczypały, a gardło na nowo zaczęło piec. Jakby jakiś mały stworek zamieszkał tam i drapał ją od środka w najmniej dogodnych momentach. — Słyszałam już dużo plotek na mój temat. Że poszłam w krzaki z pierwszym lepszym samotnikiem i mnie zostawił, że ojcem jest ktoś od nas, albo w ogóle jakiś gość z innego klanu — mruknęła. Łapy się pod nią uginały, przez co musiała wbić pazury w mokrą ziemię, aby złapać równowagę. — To stało się podczas ostatniej Pory Nagich Drzew. Byłam na patrolu z... sama już nie pamiętam kim, chyba Przyczajony Drozdoń i... oh, to nie jest zresztą teraz ważne. Chciałam koniecznie sprawdzić Brzozowy Zagajnik, bo tyle razy pałętały się tam jakieś przybłędy, że musiałam się upewnić, czy jest bezpiecznie. Tamtym dupy marzły, to chciały zawrócić, więc polazłam sama. Potem... Nawet go nie zauważyłam. Był biały, wtapiał się w tło. Miał obrzydliwie zielone ślepia i tylko dlatego go w ogóle dostrzegłam — wymamrotała, starając się ani na moment nie zawiesić. Jak raz przestanie, to na pewno nie da rady dalej mówić. — Kiedyś już go spotkałam, jak byłam uczennicą. Chciał mnie wtedy zabić, ale towarzyszył mi akurat Bażancie Futro i go przegonił. On... On pamiętał mnie, a ja pamiętałam go — wykrztusiła, choć głos coraz bardziej jej się łamał. — Byłam już zmęczona po tym patrolu, było mi straszliwie zimno i ja... Ja nawet nie miałam sił. Powiedział, że odwdzięczy mi się za blizny, które zostały mu po tamtym razie. Sądziłam, że umrę, ale on... On... — Próbowała uspokoić oddech. Serce biło jej tak szybko, że czuła się, jakby zaraz miało wyskoczyć z jej piersi. — Myślę, że możesz się już tego domyślić. Minął może księżyc, a ja zaczęłam czuć się tragicznie i wtedy Strzyżykowy Promień przekazała mi, że to ciąża. Nie mogłam wam o tym powiedzieć. To było takie upokarzające i niejasne, nie chciałam, by ktokolwiek wiedział. Myślałam, że... że może coś się do tego czasu stanie i to zniknie. Starałam się jak najmniej jeść, żeby nie doszło w ogóle do narodzin — mamrotała, a ucisk w klatce piersiowej coraz bardziej narastał. — Zrozumiem, że po tym wszystkim możesz nie chcieć mnie znać. Przemilczałam to, bo jest mi za mnie okropnie wstyd, że nie dałam rady się obronić. Źle mi było was unikać, a potem i ty.... I ty nie przychodziłaś do mnie. Jest mi z tym paskudnie, naprawdę. Nie chciałam popsuć naszej relacji. Byłaś mi zawsze bliska i nawet jeśli teraz zechcesz zakończyć naszą znajomość, wiedz, że dalej jesteś dla mnie najwspanialszą kotką, jaką tylko mogłam spotkać w swoim życiu — oświadczyła, czując coś mokrego na policzkach. Nie padało z nieba, za to z kącików jej oczu ciekły drobne łzy.
Zdawało jej się, że mogłaby powiedzieć coś więcej. Takie dwa słowa, które jednak nie potrafiły przejść jej przez gardło. Nie, gdy Sroka znała prawdę.

<Sroczko?>

31 sierpnia 2023

Od Zajęczej Troski do Rozbitka

To wszystko działo się za szybko.
Czuła się, jakby ledwo co usłyszała od Strzyżykowego Promienia swój "wyrok", a chwilę później się wypełnił. Ukarana czwórką piszczących stworków, nie mogła nawet zasnąć, szastana masą negatywnych myśli i emocji.
Może byłaby w stanie znieść bycie matką. Może, gdyby dwójka czarno-białych kociąt i jasnoczekoladowa kotka stanowiły jedyną część jej potomstwa, przełknęłaby ślinę i starałaby się żyć dalej ze spokojną miną.
Jednak kiedy pierwszym, co z niej wyszło, była ta pokraczna i czekoladowa kopia jej ojca, nie mogła nie czuć wstrętu do samej siebie.
Zesztywniała, czując, jak spragnione posiłku dzieci dobijają się do jej boku. To nieprzyjemne uczucie w ogóle nie wzbudzało w niej żadnych rodzicielskich uczuć. Jak kotki mogły to znosić i jeszcze twierdzić, że to najwspanialsze, co w życiu przeżyły? Wiele ją spotkało, odkąd się urodziła, ale nigdy nie uderzyła łbem aż tak dosadnie w ziemię, aby stracić resztki zdrowego rozsądku.
Pomimo że jedno z młodych uznała za następstwo Kruczej, co miało jakkolwiek pocieszyć ją po tej całej tragedii, to i tak... nie potrafiła powiedzieć, że jakkolwiek ich kocha. Póki co chciała je jedynie wykarmić, aby zapewnić Klanu Nocy silnych wojowników, ale z pewnością budowanie jakichkolwiek relacji wolała odstawić na później.
Myśli przerwał jej własny, niekontrolowany, krótki pisk. Zmrużyła oczy, gwałtownie odwracając głowę i wbijając zirytowane spojrzenie w tego bardziej akceptowanego syna. Swoją drogą malec był... specyficzny. Jego ubarwienie miał nietypowe ułożenie, a dwukolorowe ślepia nieraz skłaniały ją do porzucenia tego wszystkiego i powrócenia w pełni do wojowniczych obowiązków.
— Jedz normalnie, to nie walka o przetrwanie, ciebie i tak nakarmię — palnęła, krzywiąc się, gdy w zasięgu jej wzroku przemknął niewielki, czekoladowy kształt.
Zasrana kopia jej ojca.
Zabiła go tylko po to, by teraz się z tym czymś użerać.
Rozbitek nie odpowiedział jej, jedynie mlaskając w przerwie od posiłku.
Westchnęła. Nie znała się na kociętach, ale z tym, choć kolor sierści miał odpowiedni, było coś nie tak. Powinna iść z nim do medyka? Może był chory? Gdyby to był Śledź, pozwoliłaby mu paść, miałaby o jedno utrapienie mniej. Jednak czarno-białego było jej z lekka szkoda stracić.
— Czujesz się... dobrze? — spytała, odwracając wzrok. O ironio, nie chciała, by w jej głosie słychać było jakąkolwiek troskę, jak to sugerowało jej imię. — Może... Może powinniśmy rozprostować łapy i pójść w jedno miejsce. Sami — dodała, dostrzegając zaintrygowane spojrzenia reszty. — Wy zostajecie.
Teraz mieli tylko jednego medyka. Nie wiedziała, na ile ruda była zdolna, ale jej opinia mogła być nieoceniona w tym momencie. Zawlecze tam dzieciaka, upewni się, że nic go nie opętało i będzie dalej udawać, że sama zaraz nie zwariuje od tego wszystkiego.
Rozbitek był dziwny. Na jego widok inni potrafili rzucać jej zmartwione spojrzenia i szeptać do siebie o tym, że "czegoś takiego" jeszcze nie widzieli. Kocię czasami wydawało się koślawe. Chodziło inaczej, wydawało się odcięte od świata, a na dodatek samym spojrzeniem potrafiło budzić lęk.
Zaczerpnęła z trudem powietrze.
Zaciągnie go do medyka, choćby miał znowu zacząć piszczeć jak jakiś opętaniec.

<Rozbitek?>

04 sierpnia 2023

Od Zajęczej Troski CD. Spienionej Łapy

Podążała wzrokiem za ruchem młodszej kotki, a dotychczas błogi spokój wymalowany na jej pysku, rozmył się w powietrzu, ustępując swojego miejsca zmieszaniu. Obiecała sobie wcześniej, że będzie żyć tak, jakby nic się nie stało, ale na samo wspomnienie tamtego dnia strach paraliżował ją wskroś, odbierając jej podstawową zdolność mowy.
W porę jednak zorientowała się, że jej milczenie może wydawać się dziwne, wręcz podejrzane, toteż cicho odchrząknęła, kierując uszy we wskazanym kierunku. Nawet stąd dostrzegała jasne pnie brzóz, które były ledwo co widoczne przez otaczający je puch.
— Z tamtej strony nie mamy żadnych sąsiadów — odpowiedziała w końcu. — Przynajmniej w postaci klanów. Za widocznym stąd Brzozowym Zagajnikiem stoją puste tereny i ciężko stwierdzić, co znajduje się dalej, ale nieraz mieliśmy już sytuację, że w tamtych rejonach kręcili się przeróżni... samotnicy — dodała z trudnością, bo te słowa wręcz grzęzły jej w gardle.
Nie myślała już nawet o tym jednym, przebrzydłym białym kocurze. Gdy tak dłużej się nad tym gdybało, te okolice mogły uchodzić za niezwykle niebezpieczne, bowiem nikt z wojowników nie miał tak naprawdę pojęcia, co kryją dalsze skrawki ziemi.
— Utraciliśmy kiedyś te tereny w wyniku ataku pewnej grupy. Nie wiadomo skąd się wzięli ani skąd o nas usłyszeli, ani jaki też mieli dokładnie cel. Wielu niewinnych zginęło i dopiero po kilku księżycach ruszyliśmy w bój o tę ziemię — mruknęła, zerkając na pełną zainteresowania minę kotki.
Zając nie chciała jej straszyć, ale i zarazem nie zamierzała okraszać jej tej historii słodkimi kłamstwami. Przedstawiała realia, nieraz okrutne, jednak lepiej było zawczasu ostrzec młodą o potworach stąpających tuż przy ich granicach, niż potem znosić konsekwencje niezrobienia tego.
— Brałam w tym udział. Wrogów nie było wielu, my wzięliśmy ich z zaskoczenia, więc udało nam się podołać tej misji z niewielką stratą — przyznała, mając na myśli młodą, świeżo mianowaną wojowniczkę, która tego feralnego dnia straciła życie. — Nie mamy jednak pewności, że nic nie kryje się wśród tamtejszych zarośli. Nie pójdziemy tam dzisiaj, ale podpytam mentorów twoich sióstr i jeśli się uda, to przejdziemy się tam za niedługo w większym gronie, będzie to o wiele bezpieczniejsze i przyjemniejsze. Może akurat zrobi się cieplej? Będzie przynajmniej cokolwiek widać.
Gdy tylko zamknęła pyszczek, skupiła w pełni swój wzrok na liliowej. Biel w interesujący sposób zdobiła jej ciało, a w zielonych ślepiach iskrzyło od zaciekawienia. Z pewnością trening tego szkraba będzie ciekawym przeżyciem. Dawno nie widziała w nikim tyle pokładów chęci do życia i radości.
Miała tylko nadzieję, że nigdy nic ani nikt nie zabije tkwiącej w Spienionej Łapie słodkiej niewinności.
— Czy wojny są czymś częstym? — zapytała z pewną nieśmiałością.
Vanka w zamyśle uniosła w górę pysk.
— Nie. Gdybyśmy się nienawidzili z innymi klanami do takiego stopnia, że dzień w dzień wywoływałoby to walki, Klan Gwiazdy zaingerowałby. Istnienie czterech klanów pozwala na zachowanie pewnej równowagi i ciągłe konflikty wszystko by psuły — stwierdziła, strzygąc uchem. Pomimo swoich wcześniejszych przemyśleń odnośnie szczerości, nie chciała aż tak straszyć Pianki w ich pierwszy wspólnie spędzony dzień. — Nie martw się, mamy też masę wyćwiczonych wojowników, a z tak ambitnymi i pełnymi potencjału uczniami jak ty, nasze szeregi stale będą zasilane przez silne i waleczne koty. Nikt nie odważyłby się nam podskoczyć — mruknęła, puszczając jej oczko.
Wierzyła w kotkę. Była wychowana przez Sroczy Lot, a spod jej łap wychodziły same dobre rzeczy.
— Dziękuję. Jeszcze co prawda nie zdążyłam zbytnio zaprezentować żadnych umiejętności, więc... Po czym tak sądzisz? — zapytała.
— Wydajesz się mocno zaangażowana i widzę, że podchodzisz do treningu na poważnie. Same chęci stanowią już dużą część do sukcesu, a jeśli na twoje szkolenie poświęcimy dużą ilość czasu, to z pewnością wyrośniesz na wspaniałą istotę — zapewniła. — Poczekaj tylko, jak śnieg stopnieje i zaczniemy na poważnie naukę pływania. Według mnie to najfajniejsze, co cię czeka — dodała.
Zajęcza Troska znacznie lepiej czuła się w wodzie. Na lądzie odstawała, chociażby prędkością od reszty, więc gdy w grę wchodziły polowania, starała się atakować takie zwierzęta, które dało się wziąć z zaskoczenia, aniżeli na przykład ganiać nieskutecznie za prędkimi — o ironio — zającami.
— Wszystko brzmi fajnie — stwierdziła po chwili namysłu uczennica. — Czyli… Na dzisiaj to koniec?
Wojowniczka westchnęła tylko, dochodząc do wniosku, że nie bardzo ma ochotę rozstawać się już z młodą. Od koteczki emanowało dobrą energią, przez co ten dobry humor powoli przechodził i na jej mentorkę.
— Przejdźmy się jeszcze w jedno miejsce — rzekła. — Tak w ramach przyzwyczajenia cię bycia w ruchu całymi dniami — mruknęła pogodniej, z ulgą oddalając się od okolic Brzozowego Zagajnika.
Spieniona Łapa dotrzymywała jej cały czas kroku. Żółtooka nie starała się nawet o szybkie tempo, chcąc dać podopiecznej szansę na spokojny spacer. Jako jedyna z czwórki pociech Sroczego Lotu nie miała czarnego futra, a mimo to bez problemu zyskała sympatię Zając. W końcu — miały te samą barwę sierści. Vanka zastanawiała się, czy Mglista Gwiazda brała to pod uwagę przy wybieraniu mentorów.
— Byłyśmy już tu — zauważyła młodsza, rozglądając się po plaży. Piach wciąż był skryty pod grubą warstwą puchu, aczkolwiek nie dla niego tu przyszły.
— Owszem. Widzisz, bystra jesteś, szybko się uczysz — rzuciła, przysiadając bliżej morza. Zimny grunt nie przeszkadzał jej aż tak bardzo. Wierzyła, że dopóki tyłek nie przymarznie jej do tego miejsca, nie ma się czym przejmować. — Spójrz w dal, co widzisz?
— Wodę — odparła niemal natychmiastowo.
Z pyska Zając uciekł krótki śmiech.
— Nie jest to zła odpowiedź, jednak nie o to mi chodziło — oświadczyła, unosząc łapę. — Skup się na tamtej linii. Tam, gdzie teraz widzisz fale, wkrótce będziesz stała — rzekła poważniej, zerkając na kotkę i z rozbawieniem przyglądając się budującej się na jej mordce dezorientacji.
— Na wodzie? — powtórzyła niemrawo, z dozą niedowierzania w głosie.
— Tak. Co pełnię, gdy księżyc góruje w pełnym blasku ponad naszymi głowami, spośród tych fal wyjawia się wyspa. Na niej odbywają się zgromadzenia, o których pewnie już wiele słyszałaś, ale powtórzę ci, na czym polegają. Tak czysto w ramach formalności — mruknęła.
Dźwięki wody i szmer wiatru były wręcz kojącymi dla niej dźwiękami. Zmrużyła oczy, coraz bardziej ignorując kujący chłód. Streściła po swojemu całą ideę tych spotkań, nie omieszkując się napomnieć o tym, jak ich klan znacznie góruje nad resztą w swojej wspaniałości.
To, że byli lepsi, nie było żadnym kłamstwem.
— Chyba wystarczy jak na pierwszy dzień — stwierdziła, gdy mróz zaczął szczypać ją w poduszki łap. — Masz może jeszcze jakieś pytania? Chętnie udzielę ci odpowiedzi na wszystko, co cię trapi, w drodze do obozu — zapewniła z uśmiechem.

[1032 słowa]
<Pianko?>
[Przyznano 10%]

01 sierpnia 2023

Od Zajęczej Troski

Porą Nagich Drzew
Okryte puchem krzewy z trudem przepuszczały ją przez siebie. Parła naprzód, nie zważając na resztę patrolu, która podążała za nią. Nienawidziła Brzozowego Zagajnika, a jak na złość, zawsze tu trafiała. Wciąż miała w głowię wspomnienia przedstawiające dzieło Śnieżnej Gwiazdy, a od tego widoku robiło jej się niedobrze. Nie zamierzała jednak prosić Mgiełki, aby nie posyłała jej więcej w to miejsce. Zajęcza Troska uważała się za odważną wojowniczkę i nie zamierzała dać po sobie poznać, że takie coś ją ruszało.
— Kto normalny kazał nam iść na patrol w taką zimnicę? — prychnęła zza jej pleców złotawa kotka, a liliowa kątem oka dostrzegła, jak ta strzepuje z siebie śnieg.
— Lider, któremu zależy na bezpieczeństwie klanu i tym, aby nie głodował — podsunęła, co spotkało się z niezadowolonym jękiem.
— Gdyby Mgiełka nie była kotką, klnęłabyś teraz gorzej ode mnie — stwierdziła Przyczajony Drozdoń.
— Nie zaprzeczę temu — odparła Zając, spoglądając na otaczające ich z każdej strony drzewa. To w tej okolicy zabiła ojca. Tu raz na zawsze zapewniła własnej duszy spokój i uczyniła siebie ostatnią z rodziny. Rodzice, rodzeństwo — wszyscy prócz niej już nie żyli.
— Możemy już jednak wrócić? — wtrąciła się Pszczela Duma. — Powoli zamarzam — dodała, dygocząc na potwierdzenie swych słów.
Złota ochoczo się z nią zgodziła, a Zając jedynie odwróciła pysk w przeciwną od nich stronę i przewróciła oczami. Wolała się upewnić, że nic podejrzanego nie dzieje się przy granicy, niż potem siedzieć w obozie zmartwiona, że jakaś kolejna nawiedzona banda samotników pędzi ich zabić.
— To wróćcie. Ja jeszcze sprawdzę skrawek dalej. Weźcie tylko zbierzcie to, co upolowałyśmy po drodze — dodała.
Niebieska szylkretka uśmiechnęła się do niej, a Drozdoń wydała z siebie pomruk zirytowania.
— Ale się rządzi. Jej dziewczyny są u władzy i od razu ta się poczuwa — burknęła cicho, co jednak doszło do uszu liliowej. Nie spodziewała się, że ktoś może uważać Mgiełkę i Srokę za jej partnerki, ale nawet ją to rozbawiło.
Choć łapy jej zamarzały, ruszyła w dalszą podróż. Powtarzała sobie, że za swoje poświęcenie i to, iż zaraz przemarznie do szpiku kości, w nocy znajdzie ukojenie i ciepło w pobliżu jej przyjaciółek.
— Chyba cię kiedyś już tu widziałem.
Odskakując w bok od źródła głosu, obróciła się do niego przodem. Nieopodal niej zarysowywał się ledwo widoczny kształt. Białe futro zlewało się z zaśnieżonym krajobrazem, za to jedynym, dzięki czemu widziała przed sobą kocura, był blask zielonych ślepi.
— Słucham? — powtórzyła. — Ciebie nawet nie powinno tu być. To teren Klanu Nocy.
Nieznajomy spojrzał na nią zaskoczony, po czym parsknął rozbawiony śmiechem i rozejrzał się. Dopiero teraz Zając spostrzegła blizny na jego ciele.
— Tak? To gdzie ten klan? — spytał. — Bytuję tu już od dosyć długiego czasu, czyżbyś zapomniała?
Skrzywiła się. Cóż za obrzydliwa jednostka, jakiś kolejny nawiedzony samotnik, tak jak przypuszczała, tylko tacy tu zachodzili.
— Wystarczy króliczy oddech, a zjawią się tu, więc póki masz szansę ujść z tego z życiem, radzę ci uciekać i nigdy więcej tu nie wracać — oświadczyła.
W zielonych ślepiach widziała dumę. Zrozumiała w tym momencie, że tak łatwo go stąd nie przepędzi.
— Nigdzie się nie zamierzam wybrać, a wiesz dlaczego? — mruknął z wyniosłym tonem.
— Bo jesteś głupi?
Kolejna salwa śmiechu uciekła z jego pyska, tym razem zagłuszając jej własne myśli i ten cichy głosik rozsądku, który podpowiadał jej, że szansę ma marne i powinna stąd uciekać.
— Niekoniecznie z tego powodu. Przyszedłem po swoją zemstę — rzekł, na co ona jeszcze bardziej się skrzywiła.
— Nie wiem, o czym mówisz. Jeśli jesteś z tamtej grupy, co tu wcześniej bytowała, to zmartwię cię, ale się spóźniłeś. Oni już nie żyją — rzuciła.
— Teraz to i ja nie wiem, o czym gadasz — odparł zmieszany, a po chwili jego pysk pokrył szeroki uśmiech. — Moja sprawa tyczy się ciebie. Dziwne, że nie pamiętasz, chociaż to, co pokrywa mi teraz mordę, mogło mnie z lekka zmienić. Poza tym byłaś wtedy dużo młodsza, ale jestem pewien, że to byłaś ty — mruknął, postępując o krok bliżej w jej kierunku. — Byłaś tu kiedyś. Towarzyszył ci czekoladowy kocur, ale gdy cię zaatakowałem, uciekł. Zabiłbym cię, ale w porę uratował cię jakiś bury dziad.
Otępiała zawiesiła na nim wzrok.
Uderzyła w nią fala wspomnień. Była uczennicą, ledwo co się tu przeprowadzili, a u władzy był jeszcze Rudzikowy Śpiew. Funkcje jej mentora pełnił Bażancie Futro, a na patrole musieli ciągnąć ze sobą jej ojca, który zachowywał się jak skończony wariat. Na moment została z nim sama i właśnie wtedy zaatakował ich ten sam samotnik, który teraz stał przed nią.
Zdradziecka Rybka uciekł, zostawiając ja na śmieć i gdyby nie nagłe zjawienie się Bażanta, zginęłaby wtedy, w tym miejscu, w którym teraz była, mogłyby co najwyżej leżeć jej szczątki.
— Musisz bardzo nie szanować życia, skoro wróciłeś tu po takim czasie, wiedząc, że znowu spotka cię to sa...
— Oh zamknij się, głupia. Widzę, że jesteś sama. Widzisz to, co zdobi mi pysk? Jesteś temu winna.
Powoli zaczęła cofać się w stronę obozu. Zaczynało się robić znacznie bardziej niebezpiecznie, niż się spodziewała. Wiedziała, że nie da sobie sama rady w starciu z wyższym i masywniejszym kocurem.
— I teraz dopiero uciekasz? — mruknął ze szczerym rozbawieniem.
Nie odpowiedziała mu, tylko odwróciła się i rzuciła pędem. Topiła się w śnieżnych zaspach, ale ani na moment nie myślała o zatrzymaniu się i odwróceniu, aby sprawdzić, jak radzi sobie jej przeciwnik.
Nagle łapy skrzyżowały jej się ze sobą. Poleciała na pysk, a mróz całkowicie przeszył jej ciało. Chciała szybko wstać, ale coś dopchnęło ją do ziemi. Ciężar nad jej grzbietem nie pozwalał jej się ruszyć.
— Ty... Ty szujo! — pisnęła.
— Nie martw się, to zaboli tylko przez chwilę. — Usłyszała nad uchem, nim nie poczuła bólu w okolicach karku.

***

Nie zginęła. Nie zabił jej.
Za to uczynił jej o wiele większą krzywdę. Długo leżała w śniegu, choć kocur porzucił ją spory czas temu. Nie była jednak już tą samą Zajęczą Troską, która wkroczyła na teren Brzozowego Zagajnika. Teraz czuła się okropnie. Obrzydzona własnym ciałem, obrzydzona całym światem.
Zapomniała o bólu fizycznym. Mróz przestał jej przeszkadzać. Za to to, co czuła we wnętrzu, było o wiele gorsze. Upokorzenie. Utrata godności, honoru, szacunku do samej siebie...
Nie miała już nic.

***

W końcu resztki chęci przetrwania zmusiły ją do zebrania sił i powrotu do obozu.
Nikomu nic nie powiedziała. Od razu zaszyła się w legowisku i schowała pysk w łapach. Była żałosna. Nienawidziła siebie coraz bardziej.
Bo z każdą chwilą coraz bardziej uświadamiała siebie, co się stało.

***

Czuła się źle. Z jednej strony była ciągle głodna, a z drugiej każdy posiłek z trudem przechodził jej przez gardło. Musiała się czymś zatruć, bowiem coś zdawało się ciążyć jej na żołądku. Z trudem doczłapała się do leża medyków, gdzie obecnie zastała tylko rudą kotkę, jak zwykle krzątającą się pośród intensywnie pachnących ziół.
Przedstawiła swój problem, pozwalając uzdrowicielce na przebadanie jej. Była wdzięczna losowi, że nie mają kocura na tym stanowisku. Po tym, co przeszła, wolałaby paść wycieńczona chorobą, niż dać mu się wyleczyć.
— Zajęcza Trosko. — Powaga, z jaką wypowiedziała jej imię, zmartwiła ją. — Spodziewasz się kociąt.
Brzmiała na równie zaskoczoną, co liliowa. Choć w tej drugiej momentalnie coś pękło. Jej duma, jej godność, jej honor — to wszystko rozpadło się, tworząc z jej wnętrza ruiny śmiałej wojowniczki, którą do tej pory była.
— Nie. — Tylko tyle była w stanie wyrzucić z siebie, słysząc jej słowa. Czuła się co najmniej, jakby ktoś wydał wyrok na jej życie. I w tym momencie była nawet zdania, że groźba śmierci byłaby lepsza.
Strzyżykowy Promyk zamrugała zmieszana, zerkając na nią.
— Przepraszam, ale co "Nie"? — spytała niepewnie.
— Nie chcę tego — wyszeptała, momentalnie zamykając oczy i blokując chmarze łez możliwość ujścia na wierzch. — Nie chcę ich w sobie. Zabierz to. Zabierz — powtórzyła, czując, jak coraz bardziej szczypie ją pod powiekami. — Nie potrzebuję tego. Klan ma dużo młodych.
Ruda medyczka milczała przez chwilę, najpewniej analizując jej słowa w dosyć wolnym (zdaniem Zając) tempie. Vanka nie dała jej jednak dojść do słowa. Zwyczajnie wstała i bez jakiegokolwiek pożegnania opuściła leże medyków.
Czuła wstręt wobec własnego ciała. Wobec tego, na co pozwoliła, by się z nią stało. Była za mało silna, aby się obronić. Albo inaczej.
Była po prostu słaba.
Nienawidziła siebie. Nienawidziła jeszcze bardziej kocurów. Odkąd w jej życiu zagościła Sroczka, wyrzuciła z głowy myśl, by kiedykolwiek mieć kocięta. A teraz? Teraz jej koszmar uciekł z jej snów i odnalazł szansę na zaistnienie w rzeczywistości.
Świat raz po raz pluł jej prosto w pysk.

25 czerwca 2023

Od Zajęczej Troski Do Makowego Pola

Pozwoliła pojedynczym kroplom deszczu spłynąć po jej już i tak przemokniętym futrze. Otrzepała się z nadmiaru wody, który wsiąkł w jej sierść, kiedy przepływała rzekę w celu dostania się do obozu. Odkąd jej ojciec umarł, o wiele przyjemniej spędzało jej się tu czas. Patrole poszukiwawcze nie przynosiły żadnych skutków, a i większości po prostu nie zależało na odnalezieniu kocura. Uznali go za zmarłego, więc oficjalnie mogła przestać chodzić za nimi i tracić czas.
Zaszła do legowiska, znużona przebiegiem dnia. Miała ochotę tylko wtulić się w mech i poleżeć chwilę w bezruchu, a potem ewentualnie przejść się na drobne polowanie. Ot, zwykły plan na dzień.
Nie przewidziała jednego zamieszania. Chociaż jej oczy zmrużył już sen i zdążyła uznać to za krótką drzemkę, przed sobą ujrzała parę jasnych łap. Nie musiała podnosić wzroku, by poznać ich właściciela.
— Znaleźli ciało twojego ojca. — Słowa Makowego Pola brzmiały niczym wyciągnięte z najgorszego koszmaru. Zawahała się, nim raczyła na nią spojrzeć.
— Co? — wykrztusiła cicho. — Kto? Gdzie? Jak?
— Mój ojciec i Sarni Tupot — rzuciła z lekkim niesmakiem. — Okolice Brzozowego Zagajnika. Jest tak poturbowany, jakby go jakieś dzikie zwierzę próbowało zeżreć — mruknęła, obserwując znajomą z zaciekawieniem.
Liliowa wstała z wielką niechęcią, wymijając srebrną z poirytowaniem wymalowanym na pysku. Uwzględniła w swojej zbrodni, że komuś uda się go odnaleźć, ale nie przewidziała, że zajmie się tym akurat Trzcinowa Sadzawka. Kocur lubił wszystkich, a to było irytujące, bo jego altruistyczne pobudki właśnie zakłócały jej spokój.
— I co, przynieśli go gdzieś tutaj? — spytała, wyglądając z legowiska.
— Jak mieliby to zrobić, skoro podobno była tak rozszarpany, że nie dało się go jakkolwiek pozbierać? — prychnęła.
Zając skinęła głową na znak, że zrozumiała, po czym w ciszy patrząc na teren obozu, starała się wyjaśnić sobie samej to wszystko.
Śnieżna Gwiazda skomentowała całą akcję tym, by w okolice Brzozowego Zagajnika nie chodzić samemu. Jej zaleceniem była grupa składająca się z co najmniej trzech kotów.
Vanka chciała zawrócić do przyjaciółki, ale bure futro, tym razem niesrebrne, stanęła na jej drodze.
— Czy możemy pogadać, Zajęcza Trosko? — Głos Trzcinowej Sadzawki brzmiał dosyć spokojnie.
Kotka skinęła głową, nawet nie zerkając na Mak, tylko od razu ruszyła za jej ojcem. Ziemia była mokra od deszczu, ale w tym momencie nie dbała o unikanie kałuż błota. Futro oczyści łatwiej niż całą swoją osobę z potencjalnych zarzutów.
— Nie wiem, czy słyszałaś, ale znaleźliśmy Zdradziecką Rybkę... — zaczął, a jego mina wpatrująca się w nią w skupieniu w ogóle jej się nie podobała. Czekał na jej skuchę? Na zmianę w mimice? Może zaśmieje mu się niczym psychopatka prosto w pysk i ułatwi robotę?
— Makowe Pole mi przed chwilą powiedziała — przyznała, brzmiąc na zmartwioną. — Ja... Ciężko mi w to wszystko uwierzyć. Tyle razy go szukaliśmy, a on tkwił w tym przeklętym miejscu...
— Rzeczywiście, jest tam dosyć koszmarnie. Szczególnie po tym, co uczyniła Śnieżna Gwiazda — mruknął, wzdychając. — Żal mi twojego ojca. Skończył tak tragicznie... Wyglądał, jakby dopadł go tam jakiś drapieżnik. Tylko nie rozumiem, jakim cudem tam się znalazł...
Zając pokiwała głową, wiedząc, że oczekiwał od niej jakichś słów na swoje usprawiedliwienie.
— Sama nie wiem, pod koniec życia stał się dla mnie... Skomplikowany — rzekła z niepewnością. — Wiem, że już wcześniej miewał różne problemy, ale ostatnimi czasy to się chyba nasiliło. Mówił tylko o tej Zajęczej Gwieździe, który tak go wykończył w Klanie Burzy i do którego tak często mnie porównywał. Zaczynał też wspominać o koszmarach z Kruczą Gwiazdą, ale to akurat w przelocie. Mówił coraz mniej — mruknął, spuszczając wzrok. — Świat mnie chyba nie lubi, wiesz Trzcinowa Sadzawko? Najpierw brat, potem matka i siostra, a teraz ojciec. Dlaczego wszyscy muszą umierać tak tragicznie? Czy to jakaś zasada dla mojej rodziny? Mnie też czeka wkrótce śmierć w okrutny sposób? — gdybała, a ton jej głosu zahaczał o płaczliwy i pozbawiony nadziei na lepsze jutro.
Nie uśmiechnęła się, gdy były zastępca oparł na moment łapę o jej bark. Miała nadzieję, że to mu wystarczy na jakiś czas, aby przestać się jej czepiać.
— Przykro mi z powodu tego, co cię spotyka. To racja, Zdradziecka Rybka dużo wariował pod koniec. Może... Może chciał uciec przed tym, co go męczyło? A skoro tkwiło to w jego głowie, nie miał już dla siebie ratunku? — westchnął. — Nasz Klan od wielu księżyców wydaje się być dręczony masą problemów. Mam nadzieję, że nadejdą dla nas jeszcze lepsze czasy — dodał, wahając się. Najwyraźniej widząc jej rozpacz postanowił się z lekka wycofać. — Dasz radę odpowiedzieć mi na jeszcze jedno pytanie, Zajęcza Trosko? — spytał. — No może na dwa — dodał, gdy skinęła mu głową. — Czy zauważyłaś coś podejrzanego w zachowaniu Śnieżnej Gwiazdy?
Zamrugała. Zmienił temat, ale ona nie mogła zmienić postawy. Dalej musiała udawać zdruzgotanie tym, co stało się z jej "ukochanym" staruszkiem.
— Nie wiem... Staram się jej szczerze unikać, odkąd... Sam widziałeś, co się stało z tamtym samotnikiem na granicy — wybełkotała z obrzydzeniem.
— Tak... — Obejrzał się do tyłu. Zając podążyła dyskretnie za jego wzrokiem i ujrzała, że spoczął on na Sarnim Tupocie. To był dopiero ciekawy duet. — A Gawroni Obłęd? — kontynuował. — Co o nim myślisz?
— Oh... Również jest z lekka dziwny.
Powstrzymała się od skomentowania, że to trzeba mieć naprawdę coś nie tak z głową, aby być dzieckiem Kruczej Gwiazdy i przynosić jej wstyd udawaniem obłąkańca.
— Będąc szczera, to nie zwracam na niego zbytnio uwagi. Pamiętam, co zrobił z Rudzikowym Śpiewem i zdecydowanie nie popieram takiej formy przemocy. — To kłamstwo przyszło jej z taką łatwością, że aż sama na moment w nie uwierzyła. — Trochę mnie przeraża, więc po prostu nie wchodzę mu w drogę. Wiesz, ja mam swoje życie, swoich znajomych i to mnie trzyma w rysach.
Kocur uśmiechnął się słabo, acz współczująco.
— To zrozumiałe. Swoją drogą cieszę się, że moja córka ma tyle przyjaciółek i dobrze się dogadujecie — dodał.
Postali chwilę w ciszy, nim w końcu jej nie zostawił. Przez moment wpatrywała się tępo w ziemię, udając zamyślenie i dalszą rozpacz nad ojcem, a potem zawróciła do legowiska. Dorwała się do Makowego Pola, która w najlepsze wylegiwała się w swoim legowisku.
— Chodź na spacer. Muszę z tobą porozmawiać z dala od nich wszystkich — mruknęła. — Twój ojciec bawi się w jakieś dochodzenie w sprawie tego co stało się z moim ojcem i zrobił mi przesłuchanie — burknęła.
Srebrna popatrzyła na nią zaskoczona, a potem niespiesznie wstała, przytakując głową.
Prawie wyszły z obozu, ale cichy głosik za ich grzbietami zatrzymał je.
— Ooo, gdzie idziecie? — Pszczela Duma wyjątkowo pozbawiona była siły w swoim zazwyczaj przepełnionym entuzjazmem głosem.
— Przejść się — odparła liliowa, spoglądając kątem oka na Trzcinową Sadzawkę. Tym razem rozmawiał z Sarnim Tupotem. To dalej było dla niej dziwne, że akurat ta dwójka zaczęła się ze sobą dogadywać.
— Mogę z wami? — zagadnęła pogodnie.
Zając nie była pewna, czy chciała teraz jej towarzystwa. Kotka była zmieszana ich czynami i też nie było pewne, czy do końca załapała, że to liliowa zabiła Zdradziecka Rybkę.
— Mi to obojętne, a tobie, Mak? — mruknęła do koleżanki, skrycie licząc, że będzie im dane pogadać we dwójkę. Srebrna rozumiała, że okaz słabości, jakim był czekoladowy, zasługiwał tylko i wyłącznie na śmierć. Pszczółce ciężej było to wytłumaczyć. — Chociaż jak mam być szczera, liczyłam na spędzenie odrobiny czasu we dwójkę i rozmowę w cztery oczy — palnęła, licząc, że to odpędzi szylkretkę. 

<Maczek?>

24 czerwca 2023

Od Zajęczej Troski CD. Zdradzieckiej Rybki

Kim był jej ojciec w tym momencie dla klanu?
Niczym. Nic nieznaczącym bytem, który sunął się po obozie niczym cień, przemykał między pełnymi wigoru wojownikami i stanowił jedynie obraz żałości. Zajęczej Trosce nie było go nawet żal, sam skazał się na taki los, odrzucił nawet jej "pomoc". Już dawno mogła ukrócić jego cierpienie, oszczędzić tych przykrych widoków Nocniakom, a mimo to pozwalała mu dalej istnieć.
On już nie miał nikogo, kto byłby dla niego wsparciem. Bliscy mu zdechli, a zresztą — były to zwykłe insekty, skoro okazały mu jakiekolwiek współczucie. Byli słabi, a tacy umierali pierwsi.
Spojrzeniem omiotła swoje otoczenie. Słońce górowało na niebie, a panująca cisza niemalże irytowała ją. Nic ciekawego się nie działo, zero widowisk, zero zabawy. Potrzebowała rozrywki. Wrażeń, przyjemności i krwi. Tej szkarłatnej cieczy, która tak zawsze kusiła ją swym słodkim zapachem.
Oblizała pysk i obejrzała się na mizerną sylwetkę ojca. Kulił się, mdlał niemalże na jej widok — już sama nie wiedziała, czy ze strachu, czy z wycieńczenia. A mimo to wciąż zajmował pozycję wojownika, chociaż wiek spychał go od niedawna do starszyzny.
Zmarszczyła z niesmakiem pysk.
— Nie płaszcz się już tak. Na nic ci to nie pomoże — stwierdziła, odwracając z zażenowania wzrok. — Zrób coś ze sobą. Przynosisz wstyd nie tylko sobie, ale i całemu klanowi — rzuciła oschle, nim nie zdecydowała się zwyczajnie od niego odejść. Nie miała ani sił, ani chęci, na bawienie się w wizerunek "dobrej córki". I tak nikogo to nie interesowało. Liderzy zmieniali się szybciej niż pogoda, a oni, jako ci przeciętni wojownicy, jedynie zgadzali się na to, w oczekiwaniu na lepsze czasy.
Zajęła miejsce pośród grupy kotek, do których towarzystwa zdążyła już porządnie przywyknąć. Stały się nieodłącznym elementem jej dnia, fragmentem rutyny, zarazem tak nużącej, ale i spokojnej.
Była poniekąd zmieszana własnymi myślami. Z jednej strony miała dosyć wojen, walk z samotnikami i ryzykowania własnym życiem dla dobra ogółu. Kiedy jednak nic się nie działo, dopadała ją chęć na zmiany, na władowanie w siebie dużej dawki adrenaliny i parciu przed siebie.
Sroczka znalazła sobie kocięta z wody i choć Zając na przełomie księżyców zdążyła sobie uświadomić, że nie lubi dzieci, tak starała się dla ukochanej przyjaciółki zmienić nastawienie. Na szczęście były to same kotki i żadna z nich nie miała czekoladowego futra, więc była nadzieja, że coś z nich wyrośnie.
Po raz kolejny spojrzała na ojca. Naprawdę, nie nadawał się już do życia. Jak te młode duszyczki miały tu spokojnie dorastać, skoro taki bezwartościowy dziad pałętał się bezkarnie po obozie?
Zadarła w górę pysk i zmrużyła oczy, powoli rozmyślając nad sensowym rozwiązaniem.
Nadeszła pora odciążyć klan z pasożytniczych pysków do wykarmienia.

***

Mijały dni i noce, podczas których cierpliwie wyczekiwała dogodnego momentu. Ojciec jej nie ufał, sam by za nią po tamtym pamiętnym razie drugi raz nigdzie nie wyszedł. Był jak nic najstarszym kotem w klanie, a mimo to wciąż posyłali go na patrole.
Szczęście uśmiechnęło się do niej, gdy imię Zdradzieckiej Rybki padło tuż obok Makowego Pola i Cedrowej Rozwagi. Zaoferowała znajomym, że pójdzie za nie, a swój warunek przedstawi im po powrocie. Nie skomentowały tego w żaden sposób. Po prostu się zgodziły.
Czekoladowy zadrżał na jej widok. Nie chciał się ruszyć i gdyby nie kilka wyszeptanych gróźb nawiązujących do Kruczej Gwiazdy, mogliby stać na obszarach obozu do końca życia.
Choć nie spekulowała, by dla kocura mógł być to długi okres czasu.
— Nie stresuj się tak, naprawdę. Przecież cię nie zjem — mruknęła pobłażliwie, z dumą przemieszczając się coraz to bliżej okolic Brzozowego Zagajnika.
Odkąd widniał tam łeb białego samotnika nabity na pal, Nocniaki unikały tych rejonów. Widok był odrażający, ale zważywszy na jej plany, było to doskonałe miejsce.
— G-gdzie ty idziesz? — wykrztusił, zatrzymując się gwałtownie. — T-tu się kończą nasze tereny. K-koniec patrolu. — Wypowiadanie każdego słowa zdawało się sprawiać mu okropny ból.
Niespiesznie obejrzała się na niego, lekko się uśmiechając.
— Nie tylko nasze tereny się tu kończą — stwierdziła, pozwalając łapom rozluźnić się. Pazury wysunęły się powoli, a ona niespiesznie oblizała językiem pysk.
Kocur skulił się. Cofnął się zaledwie o krok, niemalże sam zdeptując sobie ogon.
— C-co m-masz na myśli? — spytał, a jego wąskie źrenice wprost zdradzały jego strach.
— Coś oczywistego — odparła, uśmiechając się szyderczo. — Twoją śmierć, drogi ojcze.
Pisnął. Kwik bliski dźwiękom myszy wydobył się z niego szybciej, niż zdążyła przejść do akcji. Polała się krew, pojawił się krzyk i odgłos pękających, słabych kości. Była zachwycona swoją własną siłą, która karmiona nienawiścią i wstydem, jaki znosiła, będąc jego dzieckiem, dała radę go powalić. Napędzona tak wieloma negatywnymi uczuciami dała radę dokonać tego, co dotychczas było dla niej niemożliwe.
— Mam nadzieję, że jeśli Gwiezdni się pomylili i zesłali Kruczą w odmęty Mrocznej Puszczy, to dane ci będzie paść u jej łap — zamruczała, na myśl o tym, jak cudownie byłoby spotkać kotkę po śmierć.
— Nie mów o tej wariatce! — wykrztusił, a jego ciało ogarnęło drżenie. — Zostaw mnie! Proszę, po prostu mnie zostaw! — Jego lament dochodził do jej uszu z opóźnieniem. Wpatrywała się w niego, widziała ruch jego pyska, ale słowa słyszała dopiero po dłuższej chwili.
Był słaby. O wiele słabszy od niej.
Przez chwilę jedynie sunęła pazurami po jego ciele. Wbijała je w losowe miejsca, patrząc, jak strumienie krwi ciekły z jego boku.
— Powinieneś być mi wdzięczny. Udajesz się na odpoczynek.
Otworzyła szerzej szczękę i gdy w końcu nasyciła się widokiem jego przerażonego pyska, zacisnęła zęby na jego gardle. Ostatnie krzyki opuścił jego ciało.
I było po wszystkim.
Umarł. To był koniec. Spełniła wolę Kruczej Gwiazdy i dopięła swego celu. Pozbyła się największego pasożyta w klanie.
Otarła łapa pysk, odsuwając się od kocura.
Krew splamiła jej białe futro. To będzie ciężkie do zmycia, ale przesiedzi pół dnia nad rzeką, byleby choć trochę wrócić do swojego koloru.
Została ostatnia z rodziny. Siostra, brat, matka i ojciec nie żyli. Z jej ciotek i wujków, a także kuzynów, niewielu jeszcze krążyło po tym świecie.
Zaciągnęła jego ciało spory kawałek dalej od granicy i skryła go w zaroślach. Może znajdzie go wygłodniałe zwierzę, może któryś patrol omyłkowo ruszy za granicę i dotrze do niego. Możliwości było wiele, o ile ktokolwiek zainteresuje się brakiem wojownika, który i tak był mało widocznym wrakiem. Nie wiadomo zresztą, ile minie dni, nim ktoś się zorientuje o jego zaginięciu. O ile ktokolwiek raczy to zrobić.
Nikt w końcu nie powinien zatęsknić za takim jak on.

***

Przysiadła wieczorem w pobliżu trójki kotek. Sroczy Lot najpewniej siedziała z kociętami, a Mglista Zatoka dopełniała swoich zastępczych obowiązków.
Makowe Pole z wysoko uniesionym pyskiem zawiesiła na niej wzrok. Wydawała się odrażona jej brudnym od błota futrem.
— Gdzieś ty się szlajała? — zagadnęła wesoło Pszczela Dumą, zerkając co jakiś czas ukradkiem na burą kotkę. — Wyglądasz dosyć nieszczęśliwie.
— A, wzięło mnie dzisiaj na spacer — zaśmiała się, prostując przednie łapy. — Możecie mi obiecać, że jakby ktoś kiedyś zainteresował się moimi poczynaniami tego dnia, to zapewnicie, że byłam przez cały czas z wami?
Cedr i Mak wymieniły ze sobą znaczące spojrzenia. To one wymieniły się z nią na patrol. To one mogły domyślić się, co zrobiła.
— Oczywiście. — Srebrna uśmiechnęła się z gracją. — O nic się nie martw.

***

Minęło sporo dni, nim wojownicy zaczęli szeptać o tym, jak dawno nie widzieli Zdradzieckiej Rybki.
Śnieżna Gwiazda z niechęcią wydawała się wysyłać patrole poszukiwawcze, które co rusz wracały z niczym. Liliowa często brała w nich udział, byleby jej postawa "przejętej córki" czyniła ją niewinną.
Spodziewała się, że zabicie ojca będzie czymś niesamowitym. Jak na razie jedyne co czuła, to zwykły spokój, bo dotrzymała obietnicy i pozbyła się kocura, wedle woli byłej mentorki.
Po raz ostatni przeciągnęła się i skinęła głową swoim znajomym. Mak i Cedr wydawały się niewzruszone, a nawet jak najbardziej popierały pozbycie się tego słabego ogniwa. Za to Pszczółka mamrotała momentami, że szkoda jej czekoladowego, ale poza tym nie miała żadnych pretensji. Najpewniej nie chciała odstawać od znajomych, więc dopasowała się do nich.
Zając przemknęła do kociarni, po raz kolejny przyjrzeć się czterem młodym kotkom. Oczyszczała swą zbrodnię zapewnieniami, że zrobiła to poniekąd dla ich dobra. Dzięki niej nie będą musiały znosić tak okropnego widoku słabości.

31 maja 2023

Od Zajęczej Troski

Utkwiła spojrzenie w srebrzysto burej sylwetce ich nowej liderki, wychodzącej z własnego legowiska. Wysoko uniesiony pysk i dumnie napuszona kita sprawiały, że wcale nie przypominała tej, która kilka świtów temu płakała nad losem swojej poprzedniczki, ogłaszając przy tym klanową żałobę.
Zajęcza Troska nie ubolewała aż tak nad tragicznym końcem swej kuzynki. Tyle razy co Dalia ją zirytowała, wystarczyło, by nie czuć wobec niej współczucia. Była zdolna pokusić się o stwierdzenie, iż cieszyło ją cierpienie, jakie szylkretka musiała odczuć, umierając. Miała nadzieję, że ta smaży się teraz w czeluściach Mrocznej Puszczy.
Jedyne, co dobrego się stało, to niedopuszczenie żadnego z kocurów do władzy. Wystarczająco mieli przykładów, że takie działania kończą się tragedią, a dowództwo żeńskiej łapy prowadzi w głównej mierze do sukcesów.
Nie licząc występków jak Dalia, ale to już była przeszłość. Wyjątek jak zwykle potwierdzał regułę.
— Klanie Nocy!
Mimowolnie liliowa położyła uszy po sobie. Ile razy to już nie słyszała tego pełnego determinacji głosu, kiedy to przywódca stawał na najwyższym miejscu w ich obozie i spoglądał z góry na cały klan. Znowu padnie motywacyjna gadka, jak to niesamowici nie są i dadzą radę wyjść z problemów, w których ugrzęźli niczym w kałuży błota. Tym razem to Śnieżna będzie starała się im wmówić, że pod jej łapą dojdą do chwały.
Nie była najgorsza, ale pozostawiała po sobie zbyt wiele pytań, by móc jej ufać. Zwykła przybłęda, która jakimś cudem zaszła do władzy. Cholernie milusia, że aż momentami wydawała się zwyczajnie sztuczna, a dobroć w jej głosie bywała nienaturalna.
— Wiem, że wielu z was pewnie wciąż nie pozbierało się po śmierci Daliowej Gwiazdy — zaczęła, pociągając dla dramaturgii nosem i ocierając łapą pysk. — Mi samej jest ciężko, ale wierzę, że mając siebie, wyjdziemy z tego jako zwycięzcy.
Kącik pyska wojowniczki uniósł się lekko ku górze. Tak jak przewidywała.
— Tej nocy ruszymy odzyskać nasze tereny. Ta grupa samotników jest niczym w porównaniu z potęgą, jaką dzierży nasz klan — rzuciła, uśmiechając się lekko. — Przegonimy te gryzonie raz a dobrze. Z ostatnich obserwacji wynika, iż w nocy obstawiają się jedynie dwójką kotów, których łatwo będzie podejść, jeśli pod osłoną nocy przepłyniemy rzekę i ruszymy na nich znienacka.
Plan był pozornie prosty. Pozbyć się ich straży, a potem zaatakować w sam środek. Choć Śnieżna brzmiała, jakby zabicie kogokolwiek wydawało się dla niej największą tragedią, tak jej drżący ogon i skaczące po zebranych spojrzenie wskazywało sprzeczne myśli z tym, co mówiła.
Zając spięła się, słysząc, że będzie wśród tych, którzy idą na bój. Miała na sobie ciężar odpowiedzialności za swoją wspólnotę, ale wciąż była zmęczona po poprzedniej walce. Wiedziała, że wojna bez trupów po ich stronie jest niemożliwa, więc czyjaś śmierć zbliżała się nieuchronnie. Obejrzała się na rzucającą się w jej oczy czarną kotkę. Jak dobrze, że chociaż Sroczka nie została wybrana. Liliowa nie wiedziała, po którym razie i ona nie wróci do obozu, ginąc gdzieś w „słusznej” sprawie.

***

Wgapiona w niebieską kitę Sarniego Tupotu, powoli skradała się wzdłuż brzegu rzeki. Na polecenie Śnieżnej Gwiazdy skryła się w obficie porastających nabrzeże trzcinach, podczas gdy Pszczela Duma i Cedrowa Rozwaga zostały wysłane na zwiady.
— I pamiętajcie, czekacie na mój znak — zażądała liderka, szepcząc po chwili kilka słów w kierunku Mglistej Zatoki.
Gdy po drugiej stronie wody jasna sylwetka pierwszej z sióstr wychyliła się i zaczęła intensywnie machać w ich kierunku, po kolei ruszyli w ich stronę. Co chwila słychać było cichy plusk zanurzających się w rzece ciał. Zając była ostatnia.
Upewniając się, że za jej plecami nie kryje się żadne niebezpieczeństwo, przyłączyła się do reszty. Po zetknięciu z lądem poczuła, jak mokre futro zaczyna jej ciążyć. Starała się dyskretnie otrzepać, jednak widząc, iż nikt nie ma zamiaru na nią czekać, przycupnęła i powoli przesunęła się do przodu.
Śpiąca zgraja wydawała się niczego nieświadoma. Dwóch strażników zostało chwilę co wcześniej powalonych i sprawnym ruchem zabitych, nim chociaż zdołaliby wydać z siebie jeden pisk.
Liliowa zerknęła dyskretnie na liderkę, w której oczach kryła się nieczęsto widziana dotąd pogarda.
— Atakujcie. Ciężko mi to mówić, ale nie miejsce litości — wyszeptała, po czym sama, z niespotykaną furią, rzuciła się na pierwszego z kocurów.
Zaraz to rozniósł się wrzask, a do nozdrzy kotki doszedł zapach krwi. Nie wiedziała, czy wrogów, czy też jej pobratymców, ale z pewnością ktoś padł już trupem. Pełne agonii jęki rozbrzmiewały dźwięcznie w jej uszach, gdy sama wgryzła się w kark drobnej kotki. Czerwień przyćmieniła jej wzrok, nim ciało nie stało się bezwładne pod naporem uścisku jej zębisk.
— Uciekają! — krzyknęła Żabia Uciecha, widząc trójkę kotów zmykającą w stronę miejsca, gdzie coraz to gęściej ziemie porastały brzozy, a wytropienie przeciwnika zdawało się niemożliwe. Niebieska ruszyła w ich kierunku. — Poczekajcie! Ta walka nie jest konieczna, oszczędzimy was! Dogadamy się! — jej błagalny głos z każdą sekundą ginął wśród szumu wiatru.
Śnieżna skrzywiła się, zatrzymując się na moment w miejscu.
— Co ona ro…
Nie dane było jej dokończyć tej sentencji, bowiem przeraźliwy pisk kotki rozwiał jej wszelkie próby naprawienia konfliktu. Biały kocur, ten sam, który był ostatnimi czasy źródłem ich problemów, ukrócił żywot tej młodej duszy.
— Nie chcę nic więcej od was — zaczął, spoglądając na nich z arogancją. — Odkąd Dalia zdechła, uważam nasz konflikt za zażegnany.
Cichy warkot uciekł z pysków co niektórych. Tu już nawet nie chodziło o ich byłą liderkę. Zginęło znacznie więcej niewinnych i uczynnych wojowników, a odebranie im terenów stanowiło rysę na ich honorze.
W tym momencie zyskali przewagę. Pomimo straty Żabiej Uciechy, ich liczebność była kilkukrotnie większa niż trzyosobowa grupa. Kwestią było dogonienie ich ogonów.
Pościg nie trwał długo. Ci, którzy byli szybsi, dopadli samotników i odgrodzili im drogę ucieczki, dając reszcie czas na dotarcie. Zając ubolewała nad tym, jak wolna była, bo w momencie gdy znalazła się obok nich, cała trójka była już martwa.
— Wrzucić ciała do jeziora. — Głos Śnieżnej zdawał się oziębły, a zarazem spokojny. Wpatrywała się drętwo w zwłoki białego kocura, którego pysk zdobił krzywy uśmiech, a w oczach tkwiła już tylko pustka. — Go zostawcie.
Posłusznie wykonali jej polecenie, choć podczas ciągnięcia trupów do jeziora, pośród wojowników rozchodziły się szepty. Wielu było zaskoczonych tak niepasującą do srebrnej postawą. Wydawała się za delikatna na to wszystko, a w szale wojny, zdawała się przyczynić do największej ilości śmierci.
Wśród nich, prócz Żabiej Uciechy, poległy okazał się Mopkowy Skrzek.
Sarni Tupot nie wydawał się przejmować tym, że ledwo co ryzykował stratą własnego życia. Narzekał, że w takim tempie woda przestanie być zdatna do picia, zbrukana zbyt dużą ilością krwi.
Ciężko było nie przyznać mu racji. Wrócili do obozu, wahając się nad tym, co stało się ze Śnieżną Gwiazdą. Mało kto tej nocy spał, czekając, aż ich liderka wróci i zdradzi powód swojej krótkiej nieobecności.
Zając nie miała problemu z zaśnięciem. Powoli przyzwyczajała się do tego wszystkiego. Wojna za wojną, a tajemnic zjawiało się coraz więcej.
Dyskretnie położyła się w pobliżu Sroczego Lotu i oparła pysk o jej bok, zasypiając szybciej, niż kocię wtulone w bok matki.

***

Rankiem ich wszelkie niepewności zostały rozwiane. Ci, którzy wrócili z pierwszego patrolu w okolicach Brzozowego Zagajnika, poinformowali resztę o nabitym na palu łbie białego kocura. Śnieżnej Gwieździe nie spieszyło się do wyjaśnień. Przelotnie nazwała to ostrzeżeniem dla innych przybyszów, którym wpadnie do głowy głupi pomysł okradania ich z czegokolwiek.
Nikt nie drążył tematu, choć po raz to kolejny, Klan Nocy zaczął powątpiewać w intencje swojego przywódcy.

11 kwietnia 2023

Od Zajęczej Łapy(Zajęczej Troski) CD. Paskudnej Łapy(Błotnistej Plamy)

również bardzo dawne dzieje
Uniosła zaskoczona brwi. Przesłyszała się? Jasne, kotka była czekoladowa, jednak Zając nie pamiętała momentu, w którym gardzenie tym kolorem sierści stało się czymś powszechnym. Na razie musiała ją jakkolwiek do siebie zachęcić i zrozumieć, co zaszło między nią a Nastroszonym, że ta reagowała na wszystko tak przesadnie.
— Paskuda? — parsknęła. — Bardzo nieadekwatne imię, kto cię tak nazwał? Powinniśmy to zmienić — stwierdziła, choć w duszy jej to wisiało, jak ta będzie się nazywać. — Jak zwykle, lider nic nie robi i na nic nie zwraca uwagi. Musimy iść do niego i zażądać czego lepszego. Co powiesz na Słodką Łapa? Pasowałoby — zasugerowała, aczkolwiek to wątłe stworzonko z uroczych imion mogłoby co najwyżej na pierwszy człon otrzymać „Krucha”. Reszta pomysłów, jakie przychodziły do głowy liliowej, nie były już takie ładne.
— N-nie! J-ja się p-przyzwyczaiłam! — zaprotestowała głośno, cicho szlochając. — M-mama m-mnie t-tak n-nazwała, n-nie chcę innego i-imienia!
Mama? Vanka zmarszczyła nos.
— Ale to imię, co masz, jest bardzo brzydkie. Obraża cię. Nie zasłużyłaś na to skarbie — westchnęła.
Czekoladowa zesztywniała, cofając się gwałtownie, a jej oddech stał się płytki. Zając starała się nie pokazywać, że ją to nawet bawiło. W rzeczywistości było to raczej niepokojące. Takie reagowanie musiało wynikać z nieprzyjemnych przeżyć w dzieciństwie.
Albo to również była wina niebieskiego.
— A-ale... N-nie j-jest b-brzydkie i d-do mnie p-pasuje! J-ja n-naprawdę, l-lubię je! — zapierała się, aczkolwiek jej słowa nie brzmiały zbyt wiarygodnie.
— Paskuda to imię jak dla jakiejś ropuchy. A ty jej nie przypominasz, maleńka — wymamrotała, uśmiechając się zalotnie. — No weź, pora trochę się stawić światu. A szczególnie takim kocurom jak Niechciany — dodała ostrzej. Te przesycone słodyczą słowa nie pasowały do niej, ale starała się jakkolwiek zdobyć zaufanie kotki. Potrzebowała w końcu tylko kilku informacji, aby móc dać jej spokój.
Czekoladowa zwiesiła łebek.
— P-przypominam. I n-naprawdę j-jest mi t-tak d-dobrze! Nie muszę się stawiać!
— Niby czemu? Bo Niechciany ci tak powiedział? — prychnęła. — Naprawdę, olej go. To skończony mysi móżdżek, który nic sobą nie reprezentuje. Powinnaś albo postawić na samodzielność, albo oddać się komuś, kto lepiej o ciebie zadba — zaoferowała, niespodziewanie stykając swój nos z jej. — Jesteś silna, ale on blokuje twoje możliwości. Ja pomogę ci rozbudzić wojowniczą stronę.
A ta z wrzaskiem się od niej odsunęła. Zając westchnęła, krzywiąc się z powodu pisków tuż nad uchem. Ona się poświęca, dotyka kogoś o czekoladowym futrze, i co za to ma? Nic. Zero wdzięczności.
— N-nie! N-nie chcę! P-przestań! P-proszę!
Zanim zdążyła jakkolwiek wyjaśnić jej, czego tak naprawdę od niej potrzebuję, zza grzbietu rozległ się znajomy głos. I to taki znienawidzony, którego zdecydowanie nie chciała teraz usłyszeć.
— Ej ty, Obsrana Łapo, zostaw ją! — syknął Nastroszony, wpychając się między nie. Paskudna Łapa cicho łkając, zbliżyła się do kocura.
Zając położyła nisko uszy. Tylko tego tu brakowało.
— Ale ty musisz mieć sprany mózg, skoro lubisz być traktowana jak coś bezwartościowego — prychnęła, patrząc z pogardą na przybysza. — Dobrze się bawisz, niszcząc niczemu winną kotkę, Niechciany? — mruknęła zirytowana.
Najeżył się, mordując ją wzrokiem.
— Nie niszczę. To moja partnerka, kochamy się, czyli coś, czego ty nie potrafisz — syknął, ustawiając się tak, aby ukryć swoim ciałem przerażoną Paskudę. Otulił ją ogonem, pokazując tym sposobem, że kotka należała wyłącznie do niego. — Zazdrosna?
Gdyby liliowej bardziej zależało, splunęłaby na niego.
— A po co mi jedna bezmózga istota, skoro mam znacznie więcej szanujących mnie znajomych, które w przeciwieństwie do waszej dwójki osiągnęły cokolwiek w życiu? — parsknęła, trzepiąc ogonem. — Ty z tego co wiem, jesteś już tak zdesperowany, że szukasz przyjaciół wśród kociąt, bo twoi rówieśnicy mają cię głęboko pod ogonem — zauważyła, uśmiechając się triumfalnie. Opłacało się poświęcić i porozmawiać trochę z Turkuciem.
— Jesteś zazdrosna — Uśmiechnął się szerzej i paskudniej. Zignorował jej komentarz odnośnie znajomych wśród kociąt. Za to przyciągnął bliżej siebie czekoladową kocicę, po czym pocałował ją namiętnie w pyszczek, patrząc potem w stronę vanki. — Po co mi inni, skoro mam kogoś tak cudownego jak ona? Skoro ty masz tylu fałszywych znajomych, to musi być ci ciężko wpasować się do grupki osób, którzy lepiej się znają
Zając nie zareagowała przez chwilę, obserwując zachowanie kotki. Ta zaskomlała cicho, ale nic nie powiedziała.
— Fałszywych? — zaśmiała się. — Śmiesznie słyszeć takie stwierdzenia z twojego pyska. Czy ktoś prócz niej cię lubi? Własna siostra jest tobą załamana, a wśród szanujących się wojowników słyszę same pogardliwe stwierdzenia na twój temat. Zabawne, bo nie sięgasz żadnej do ogona, więc zadawalasz się byle czym. Ale dobrze, taki właśnie jest twój poziom — odparła z zadowoleniem.
Położył po sobie uszy, warcząc.
— Ah, tak? A gdzie twój kochaś? Niby taka starsza i przemądrzała, a wciąż samotna. Pewnie nikt cię nie chcę, bo jesteś zgniła od środka, zeżarta przez pleśń. A Paskudna Łapa nie jest byle czym. Nie doceniasz jej, jest... może nie ideałem, ale zachowuje się jak prawdziwa kotka, a nie jak ty, jej żałosna imitacja.
Czekoladowa skuliła się, co nie umknęło uwadze vanki. Nie zamierzała jednak starać się dłużej jej ratować. Straciła na nią już wyjątkowo wiele czasu.
— Kochaś? A na co mi jakaś przylepa? — parsknęła. — Może wolę kotki? — dodała z uśmiechem.
Zastygł na moment w bezruchu. A to jej się nie podobało.
— Jeszcze zobaczymy... — Uśmiechnął się niepokojąco, po czym ponownie polizał Paskudę, tym razem w policzek. Zając była pewna, że jak jeszcze raz powtórzą którykolwiek z tych czynów, to zwróci wszystko, co ostatnio zjadła. — Nie płacz kochanie, już cię ta zła pleśń nie skrzywdzi.
— Tak, teraz krzywdzić cię będzie tylko Ptasia Kupa — prychnęła. — Jeśli zmądrzejesz i będziesz chciała kiedyś poznać, czym jest wolność, to odezwij się do mnie — mruknęła w stronę Paskudy.
Ta pokiwała delikatnie głową, tylko po to, by zaraz i tak wtulić się w Nastroszonego.
Liliowa zmarszczyła z obrzydzenia nos. Nie mogła patrzeć na tę żałosną scenę. Nikt o zdrowych zmysłach nie powinien dawać tak sobą pomiatać
Wyszła stamtąd, uznając, że skoro czekoladowa jest już doszczętnie zmanipulowana, to nic tu po niej.
 
***
 
dawno temu, świeżo po mianowaniu Zając na wojownika
W końcu. Wojownicze mienie jej służyło, całkowicie odżyła i czuła nagłą siłę, której dotąd nie miała.
Zauważysz, że Nastroszony poszedł ze swoim nowym mentorem na trening, wkradła się do legowiska uczniów i wypatrzyła poszukiwanej uczennicy.
— Paskudna Łapo — zaczęła, starając się zachować przyjazny i spokojny ton. — Jak tam u ciebie?

<Paskudo?>