Sama nie była pewna, co myślała o treningach podczas pory Nagich Drzew. Pomimo ciągłego narzekania, bo nie umiała przestać mielić jęzorem przy uchu mentora, niskie temperatury malowały idealne okoliczności do wymagających i męczących lekcji. Przy których porą Zielonych Liści leżałaby na ziemi i zdychała, stapiając się w jedność z parującą ziemią. Kijanka zabierał ją więc na treningi wytrzymałościowe, biegi – w których szło jej całkiem dobrze – czy długie polowania na konkretne rodzaje zwierzyny. Gdy proponował jej walkę, za każdym razem odmawiała.
Spojrzała z ukosa na wojownika.
— No chyba cię pogięło — prychnęła. — Nie widzi mi się kończyć z pyskiem pełnym śniegu.
Kijanka strzepnął jednym z tych jego wielkich uszu, zmierzył ją wszechwiedzącym spojrzeniem, po czym machnął ogonem w stronę Kolorowej Łąki.
— To zapraszam na polowanie.
Oboje wiedzieli, że puch w pysku wcale by jej nie przeszkadzał. Chociaż, to też byłoby nieprzyjemne! Oszczany śnieg mogą jeść takie przegrywy jak Kasztanek czy bura wywłoka z Klanu Wilka, a nie ona…
— Możemy zapolować, zanim wrócimy do obozu.
Zerknęła na Kijankę.
— Spooooko — zaświergotała, unosząc łeb i węsząc. — Jakieś konkretne zachcianki?
Czarnofutry machnął ogonem. Czyli nie. Oddaliła się więc o parę kroków, strzygąc uszyma, i przeniosła wzrok na linię drzew. Może wśród łysych pniaków nawinie się jej pod łapy jakiś ptak? Ruszyła truchtem w tamtym kierunku. Przyniesie do obozowiska jakąś sikorkę, czy dużego drozda… Wszyscy będą zadowoleni…
Odwróciła się dopiero wtedy, gdy przystanęła parę susów przed lasem. Sylwetka Kijanki stała się nieco rozmazanym kształtem niedaleko brzegu; ruszyłaby dalej, gdyby nie nerwowe ruchy jego ogona i napięte łapy. Pysk wojownika zwrócony był w stronę obozu, a futro na jego grzbiecie stało dęba. Zmrużyła ślipia. Co on tam widział? Czy te jego gigantyczne uszy naprawdę słyszały więcej?
Przestąpiła z łapy na łapę, wyciągając łeb do przodu- halo, halo!
— Narwana Łapo! Wracamy do obozu!
Kijankowe Moczary, nie czekając na nią, rzucił się do przodu.
Naprężyła grzbiet, z rozdziawionym pyskiem spoglądając za czarnofutrym wojownikiem
— Ej- halo! — zawołała, otrząsnąwszy się z zaskoczenia. Dała susa z powrotem w kierunku rzeki, przedzierając się przez warstwy śniegu. — Ale poczekaj na mnie! Ja nie mam gałęzi za łapy, zapadam się tu!
Jej krzyki nie zaskutkowały niczym. Kijanka zniknął za linią brzegu zanim ona zdążyła porządnie oddalić się od drzew. Świetnie. Zatrzymała się, wbijając pazury w zmarzłą ziemię. Mhm. No, to została sama.
↬◦⌑⛯⌑◦↫
TW: krew, śmierć, opisy porodu
Końcowo, zamiast wlec się do domu przez śnieg, postanowiła skorzystać z okazji i zapuściła się głębiej w las. Skoro już ją tak zostawił, to po co ma się fatygować na wyspę… Niech chłop czuje wyrzuty sumienia. Nie zostawia się niższych od siebie w śniegu po pachy!
Wędrowała po terenach, które kiedyś podobno należały do włóczęgów, lawirując pomiędzy łysymi drzewami i wymijając zaspy. Powoli zniżające się do horyzontu słońce przebijało się przez korony, malując złote plamy i linie na białym podłożu. Jej wzrok skakał z prawej na lewą stronę, z ptaków na zacienione zagłębienia w ziemi…
Zatrzymała się przy jednym z takich. Śnieg przed dziurą był częściowo stopiony, wydeptany, a z wewnątrz dochodziły do niej… Głosy?
Teraz… Teraz mogłaby być mądra. Rozsądna. Nie wiedziała przecież, do kogo one należały. Jednak, ciekawość wzięła górę; przysunęła się bliżej urwanego brzegu wgłębienia, pochylając się nad nim, wytężając słuch i mrużąc ślipia. Na dół prowadziła ścieżka wyższych i niższych kamieni i półek skalnych. Zmrużyła oczy. Widziała parę kręcących się w mroku sylwetek. Hm… Zaraz, zaraz-
— Narcyz?
Rzuciła się do przodu. W paru susach pokonała skalne stopnie, o mało nie lądując na pysku, gdy na śliskiej skale podwinęła się jej łapa.
— Narcyz!
— Narwana Łapo!
Przystanęła obok grupy kotów; Narcyza, Ulewnego Szkwału, Morszczynowego Wąsa, Pierzastej Kołysanki i Mandarynkowej Gwiazdy.
— A wy co tu za scenę odstawiacie? — zapytała. — Czemu siedzimy w dziurze?
Szkwał fuknął poirytowany w ich stronę. Uniosła brew na widok liderki, przyciskając się do boku brata, który uśmiechał się do niej głupkowato.
— Jak dobrze, że jesteś!
Ignorując wszystkich, Werwa przechyliła łeb w stronę brata.
— Wiem — wyszczerzyła się — ja zawsze ratuję sytuację.
Zignorowała syki Mandarynkowej Gwiazdy, której najwyraźniej hałas zaczął przeszkadzać, idąc dalej.
— Tylko- No, w sumie, to jaką sytuację ratuję?
— Ulewny Szkwał się panoszy.
Zerknęła na wojownika przez ramię brata.
— A tak z mniej istotnych rzeczy, to szukamy miejsca, w którym zaatakowano Świteziankę — kontynuował Narcyz, unosząc podbródek. — I chyba idziemy w złym kierunku.
Uniosła brwi.
— Aha.
Po chwili zerknęła kątem oka na liderkę i jej córkę.
— Czyli tradycyjnie, nikt nic nie wie, ale i tak pchają się do przodu, bo są lepsi.
Łaciaty przytaknął jej, poruszając się dalej z grupą w głąb jaskini. Po dłuższej chwili ciszy, przerywanej tylko ich krokami i westchnieniami, Ulewny Szkwał uchylił pysk.
— Trzeba zawrócić, tutaj nic nie ma.
Zatrzymali się. Mandarynkowa Gwiazda obrzuciła ich wszystkich wzrokiem i machnęła ogonem.
— Dobrze, zawracamy.
— Mówiłam! — zamiauczała Pierzasta Kołysanka. — Jedyne co tu znaleźliśmy, to nietoperze i ich bobki.
Na słowa ogrodniczki uniosła spojrzenie na sklepienie jaskini. Rzeczywiście, w mroku błyszczały się niezliczone ilości drobnych ślepi, a co jakiś czas słyszała bicie błoniastych skrzydeł. Strzepnęła ogonem i odwróciła się w stronę brata.
— A co się w ogóle stało z tą Świtezianką? Bo chyba mnie coś ominęło.
Narcyz zastrzygł uszyma.
— Borsuk przyniósł ciało Świtezianki do obozu, a potem zaczął… GADAĆ z Żabią Łapą — wyjaśnił, po czym wzruszył ramionami. — Ulewny Szkwał mówi, że to sobie wyobraziłem, a Mandarynkowa Gwiazda mi nie wierzy, ale jeszcze się przekonają... W każdym razie, Świtezianka żyje, tylko nie wiemy, kto ją zaata-
Mandarynkowa Gwiazda przerwała wywody łaciatego.
— Ja pójdę w stronę wodospadu — oznajmiła. — Pójdą ze mną Narcyzowa Łapa i Narwana Łapa… Oraz Morszczynowy Wąs.
Oderwała wzrok od Narcyza, wywróciła oczyma w stronę liderki, po czym niezbyt chętnie za nią podążyła. Mandarynowa Prukwa…
— Gadać? — ponownie zwróciła się do brata. — A od kiedy ona rozumie bo- borsukowy? Borsuczy?
— Nie wiem. Pewnie ma kontakty z Mroczną Puszczą, tak, jak Świtezianka. Mówię ci, nie można im ufać!
Przywódczyni zgromiła ich wzrokiem.
— Nikt nie ma żadnych kontaktów z Mroczną Puszczą. Żabią Łapę po powrocie też przeprosisz. — miauknęła. — A ty, Narwana Łapo, skoro nie potrafisz okazać szacunku mentorowi i uciekasz z treningów, przynajmniej zachowuj się przyzwoicie wobec przywódczyni.
Spojrzała na kocicę z nutą oburzenia. A tak się cieszyła, że Mandaryna nie zwracała na nią uwagi…
— Nie uciekam z treningów! To on mnie zgubił po drodze! Nawet z tymi swoimi wielkimi uszyma nie słyszał, jak się za nim darłam, by poczekał, bo nie posiadam tyczek zamiast łap tak jak on i zakopuję się w śniegu.
Ostatnie słowa wyburczała pod nosem. No, może tylko trochę naciągnęła prawdę...
Narcyz przytaknął jej, po czym zwrócił się do przywódczyni.
— Żabia Łapa też nie żyje.
— Wiem, ja też — prychnęła ta w odpowiedzi, wywracając oczyma.
Werwa uśmiechnęła się pod nosem.
— No to musisz uważać, bo jak nie żyjesz, to ja i Narcyz przejmujemy prowadzenie i wtedy nigdy nie znajdziemy tego, czego szukamy.
Zamilkła na moment.
— Bo czego my tu szukamy? Skoro Świtezianka jest już w obozie? Pozostałości mrocznych mocy, dzięki którym przeżyła?
Łaciaty trącił ją łapą w bark, po czym nerwowo odsunął się o wąs, jakby spodziewał się, że mu odda. Za dobrze ją zna!
— Mówiłem ci już, że musimy znaleźć miejsce, w którym zaatakowano Świteziankę — mruknął. — Może znajdziemy coś potrzebnego.
Oburzone spojrzenie skierowała z brata na liderkę. No, tyle to wiedziała! Uchyliła pysk, jednak przerwała jej Mandarynkowa Gwiazda. Kocica zatrzymała się i machnęła ogonem; uczennica podniosła wzrok, wbijając go w wodospad, przed którym się znaleźli.
— Morszczynowy Wąsie, znajdzcie jakąś kryjówkę.
Zamknęła buzię i zacisnęła zęby. Phi.
Do jej nosa dobiegł zapach… Krwi. Wojownik zawlókł ich za jeden z kamieni, gdzie Narcyz przycisnął się do jej boku; z ukrycia mogli obserwować Mandarynę, która wspięła się na jedno z drzew, wtapiając się pręgami w jego brzozową korę, i wpatrywała się w coś w oddali. Widziała, jak po jej pysku przeszedł cień paniki, po czym liderka odwróciła się i zaczęła wymachiwać łapami. Patrząc właśnie na nią.
Uchyliła pysk i rozejrzała się dookoła. Huh? Nie no, to chyba do niej... Spojrzała na kierunek, w którym latała łapa kocicy. No, stamtąd przyszli. Miała uciekać? Coś tam było? A może jakimś cudem zezłościła Mandarynę ze swojego miejsca u jej łapek i tamta odsyłała ją do obozu?
Wytężyła wzrok i skupiła się na ruchu warg przywódczyni. Wspa.... Bieg. Szy...bko. Co?
Spojrzała na spanikowane oczy liderki. Aha. AHA! Miała biec po pomoc!
Okej. Oczywiście. Nic trudnego.
Dlaczego potrzebowali pomocy? Po jej karku przeszedł dreszcz; chyba wolała… Nie wiedzieć… Wyminęła przyklejonego do niej Narcyza, posyłając mu lekko zdenerwowane spojrzenie.
Ostrożnym ruchem wysunęła się zza skały, za którą wcześniej wepchnął ich Morszczyn. Zastrzygła uszyma. Rzeczywiście, ktoś... Inny przebywał tu poza nimi. Kot? Drapieżnik?
Będąc bardzo, BARDZO, cicho, zaczęła wycofywać się w kierunku, z którego przyszli. Na początku nie do końca przekonana, powoli... Ale gdy kątem oka zobaczyła poruszającą się w oddali kocią sylwetkę, jakakolwiek chęć sprzeciwiania się rozkazowi Mandaryny wyparowała. Przełknęła ślinę, odwróciła się na pięcie, i skradając się zaczęła oddalać się w kierunku dziury, w której zostawili Szkwała i Piórko.
Nie zaszła jednak za daleko, nim nad jej głową, wysoko na niebie, jakieś stworzenie wydało z siebie przeraźliwy skrzek-
Wrzasnęła. Lepiej tego dźwięku nie dało się określić. W przeciągu paru uderzeń serca ostre pazury wbiły się w jej grzbiet, a łapy na moment oderwały się od podłoża. Żołądek podszedł jej do gardła; czuła szpony rwące jej skórę, słyszała zawodzenie ptaka. Warknęła. Ból był okropny. Wszechogarniający, jak nic, czego wcześniej nie-
Coś innego trzasnęło w jej napastnika. Zawyła jeszcze raz, gdy pazury gwałtownie wyrwały się spod jej skóry.
To koniec. To na pewno był jej koniec. Koniec jej marnego, powtórzonego żywota, przypieczętowany przedwcześnie przez ciotkę wyciągającą do niej łapy z Mrocznej Puszczy.
Skrzeki i wściekłe bicie skrzydeł wybrzmiewały tuż nad jej głową, jednak ona mogła skupić się jedynie na pulsującym bólu wzdłuż jej kręgosłupa. Miała wrażenie, że przebiega od jej barków, ciągnąc się w nierównej, pulsującej i krwistej linii, aż do ogona. Każdy oddech równał się kolejnej fali palących iskier; jej żebra łapały za płuca, nie pozwalając jej nabrać wystarczająco powietrza, a po pręgowanych bokach rozchodziły się spazmy napiętych mięśni. Jej gardło zalewał okropny, kwaśny, gorzki smak; porażki, wymiocin, wszystko jedno. Ruchy przed jej oczami zamieniały się w barwne smugi.
Zamiast zebrać pod sobą łapy i dać nogi gdzieś, gdzie ptaszysko już by jej nie dosięgło, zdołała przewrócić się połowicznie na grzbiet i spojrzeć na walczące stworzenia. Duży, szary ptak o wyłysiałym łbie; ścierwnik, oraz mniejszy, skrzeczący na jej napastnika.
Jej łapy drżały, drętwiały, jakby nie były w stanie utrzymać ciężaru jej ciała; czuła, jak jej krew skapuje na śnieg. Trudno było się skupić na czymkolwiek innym. Na parę uderzeń serca oderwała wzrok od ptaków, posyłając spanikowane i wściekłe spojrzenie siedzącej na drzewie Mandarynie, po czym szarpnęła się do tyłu i zaczęła wycofywać, ledwo odzyskując koorydynację w kończynach. Powolnymi ruchami odsuwała się od wrzeszczących na siebie ptaków, pozostawiając na śniegu ślad czerwieni. Pióra leciały na prawo i na lewo; szarpnęła się w bok, gdy jedno ze skrzydeł większego ptaszyska przeleciało nad jej głową.
Z tyłu dobiegało do niej wołanie i krzyki. W kąciku jej oka błysnęła bura smuga, uciekająca od krwawej afery.
Potrząsnęła głową i zamrugała, odganiając łzy. W pewnym momencie musiały zacząć spływać jej po pysku. Sierść na grzbiecie sklejała jej się mieszanką roztopionego śniegu i szkarłatu. Brudząc nieskazitelne futro, nieskazitelną biel dookoła, znacząc jej plecy okropnymi szramami. Jedyne, co słyszała, to szum własnej krwi w uszach i krzyczący na nią głos w głowie; uciekaj. Uchyliła pysk, dysząc. Uciekaj. Słyszysz? Uciekaj, uciekaj zanim cię złapią, ZŁAPIĄ CIĘ tymi brudnymi szponami, ROZSZARPIĄ-
Nieskoordynowanymi ruchami cofnęła się o parę kroków, oddychając ciężko, i cały czas utrzymując ptaki w polu widzenia, zaczęła nieświadomie cofać się. W przeciągu paru uderzeń serca łapy musnęły jej boki. Podskoczyła, szarpiąc się w drugą stronę. Kolejny drapieżnik, kolejne niebezpieczeństwo, kolejne- Chcą rozerwać Twoją skórę, chcą Twojej krwi- Ciepły bok przywarł do jej własnego. Chcą wyrwać Twoje-
Stanęła pysk w pysk z Narcyzową Łapą.
Kocur chwycił ją za nie zranioną część barków, nakierowując w stronę ich ówczesnej kryjówki. Dała się zaprowadzić za skałę, tępo wpatrując się to w jego pysk, to w zaśnieżone podłoże. Z jej brody skapnęło więcej łez.
— Werwa…
Zerknęła bratu w oczy.
— Werwa, nie wygłupiaj się — wyszeptał, utrzymując ją w pionie. Jego głos się załamał. — To tylko zadrapanie…
Ucisk w klatce piersiowej nie pozwalał wziąć jej głębokiego oddechu. Uniosła wysoko głowę, niemal zachłysnąwszy się drżącym haustem powietrza. Tylko zadrapanie… Poruszyła zdrętwiałymi łapami, wysuwając i chowając pazury, które ostro zaryły o skałę.
— Mhm — wydusiła z siebie odgłos, ni to pomruk, ni to jęk. — Tylko...
Zacisnęła ślipia, a jej zęby zazgrzytały. Tylko zadrapanie. Tylko zadrapanie, które niechciane zdobić teraz będzie jej skórę brudną, brzydką szramą, znaczyć jej nieskazitelne do tego czasu, symboliczne ciało, niszczyć wizerunek ciotki, który matka wepchnęła jej między łapy… Co powie Niedźwiedziówkowy Pył?
Futro na jej karku stanęło dęba. Co powie? Jej pierś drgnęła w kolejnym nierównym oddechu. Będzie zawiedziona? Będzie wściekła? Na pewno będzie. Historie, które matka opowiadała o swojej i siostrzanej przeszłości mówiły same za siebie. Postanowi poprawić nieskończoną robotę? Nie wątpiła w siłę i brutalność, na którą matka zdołałaby się zdobyć. Postanowi zatopić swoje pazury głębiej, aby poczuła ból, który chciała zadać jej sama Ballada, z odmętów mrocznych lasów, za naruszenie jej drugiego, nieskazitelnego, młodego ciała? Za naruszenie jej kolejnej szansy na zbyt szybko zakończone życie-
Obok wodospadu nadal miejsce miała krwawa rzeź. Bura sylwetka Morszczynowego Wąsa zataczała się na polance, jego wzrok zaślepiony ściekającą z czoła posoką, a Ulewny Szkwał, który przybiegł wraz z Pierzastą Kołysanką, warczał na ścierwnika, aby po chwili zostać odciągniętym za ucho przez drugiego ptaka. Syki i skrzeki dudniły jej w uszach. Obserwowała pół-obecnym wzrokiem, jak padlinożerca odpuszcza sobie dalszy atak, i wzbija się wyżej w niebo.
Z gałęzi brzozy rozległ się głos Mandarynkowej Gwiazdy.
— Zdolni do walki niech na razie się schowają, i przygotują na możliwą bitwę. Pierzasta Kołysanka i Narwana Łapa niech wracają do obozu po wsparcie i medyków.
Werwa potrząsnęła gwałtownie głową i ponownie wysunęła pazury.
— Nigdzie- nie idę! — zawyła, tłumiąc głos we własnym futrze.
Uchyliła powieki i zamrugała. Narcyz wpatrywał się w nią z paniką; przycisnęła swój bark mocniej do jego boku i odwróciła wzrok.
Zanim przywódczyni zdołała odpowiedzieć na jej protesty, po okolicy rozległ się głos Szkwału.
— Złaź z tego drzewa! Będę Cię osłaniał!
Kto? Kogo osłaniać? Wraz z Narcyzem odruchowo wychyliła głowy zza skały, aby ujrzeć wojownika stojącego pod jednym z pni, wokół którego krążył jeden z ptaków. Szkwał zwrócił uwagę na zwierzę.
— Kekekeke! Chodź tu, dam Ci takie kekeke, że skrzydła se połamiesz-
— Durne ptaszysko!
Wszyscy zamarli na nowy, kobiecy głos, dobiegający właśnie z tamtego drzewa.
— Przeklęta Ibis, brudne ścierwo, nie umie nawet głupiego ptaka wyszkolić! Na chu-
Głos urwał się. Przez chwilę wszyscy wstrzymywali oddech, łącznie z Werwą. Po paru uderzeniach serca rozległ się szum, trzask liści, i ciemna sylwetka kocicy rzuciła się na inne drzewo, przelatując z gałęzi na gałąź. Praktycznie od razu Szkwał ruszył za nią w pogoń, wraz z jeszcze jednym kotem.
Wszystko to widziała i słyszała, jak gdyby jej głowa zanurzona była pod wodą; soczewki oczu niesprawne, nie będące w stanie skupić się na jednym punkcie, a uszy zapchane wodorostami. Każdy ruch wydawał się sztuczny i opóźniony. Przez szum krwi w uszach usłyszała... Coś innego. Przekręciła pysk w bok i rozbieganym wzrokiem przeskanowała otoczenie. Narcyz zesztywniał u jej boku.
— Co…
Dobiegł do nich tupot łap i zmęczone, zdyszane oddechy. Łyse gałęzie, jak i te pokryte zimozieloną roślinnością, zaszeleściły, a spomiędzy nich wychylił się pysk Rysiego Boru.
— Mam was!
Wszyscy wbili wzrok w wojownika.
— Przechodziłem niedaleko z Korz- Mysiomózgą Łapą, gdy usłyszałem hałasy. Kazałem jej się schować na drzewie, musimy zaraz po nią wrócić, ale teraz...
— A od kiedy to Mysiomózga Łapa chodzi na wycieczki?
Kocur podskoczył na głos przywódczyni.
— Mandarynkowa Gwiazdo... To nadal moja wnuczka... Chciałem wziąć ją, by pomogła mi nosić zwierzynę.
Werwa z rozdziawionym pyskiem wpatrywała się przez parę uderzeń serca w rozgrywającą się przed nią scenę.
— A czy można się zająć- no! — zawoła po chwili drżącym głosem, marszcząc brwi, uparcie wskazując łapą w kierunku wodospadu. — Tym teatrzykiem!
Mandarynkowa Gwiazda zmrużyła ślipia, po czym zaczęła zsuwać się z drzewa.
— Bądźcie przygotowani na walkę i patrzcie na niebo. Ptaki też są zagrożeniem.
Ze swojego ukrycia nie widziała, gdzie odbiegła kocica. Jej łapy zadrżały i przycisnęła do nich ogon. Pięknie, pięknie… Do ich kryjówki wparował kolejny kot.
— Ej, Narwańcu! Idziemy do obozu, ktoś musi cię opatrzyć…
Czyiś ogon przylgnął do jej grzbietu. Odskoczyła w bok, podczas gdy Narcyz nastroszył sierść. Obóz? Tam, gdzie matka zobaczy jej zrujnowany grzbiet i na dodatek metaforycznie odgryzie jej uszy? Lub mniej metaforycznie, bardziej swoimi prawdziwymi, ostrymi zębami- Bez Narcyza do pomocy? Bez-
— Słuchaj, nie zjem jej, a ona potrzebuje pomocy!
Szarpnęła się w bok i odwróciła pysk do Morszczynowego Wąsa, spoglądając na niego w miarę już świadomym wzrokiem.
— Bierz ode mnie ten swój kikut, wywłoko! Zaraz Ci dam narwańca! — wrzasnęła, odpychając wojownika łapą. Przysunęła się bliżej Narcyza. — Nie bez niego! Ni- nic mi nie jest!
Narcyz nastroszył się i przesunął się minimalnie pomiędzy nią a wojownika
— Niech Pierzasta Kołysanka przyda się na coś i opatrzy Werwę. Ziół jest wszędzie pełno.
Zioła? Prędzej śnieg. Wychodzi na to, że czasem brat musiał jej przypominać, że jednak wcale nie tak daleko mu do idioty...
Nie skomentowała jednak tego. Próbował ją uratować od powrotu z Morszczynem, więc nie będzie się czepiać! Odwróciła od nich pysk i przejechała językiem po poranionym grzbiecie; po jej karku przebiegł dreszcz, gdy natrafiła na poszarpaną skórę, która ledwo co zaczynała się lepić zasychającą krwią. Wszystkie kończyny miała zdrętwiałe, a jej myśli skupiały się na ostrym pieczeniu ran i czerwieni barwiącej śnieg i skałę pod nią.
Nie mieli szansy kontynuować dyskusji. Zza zakrętu wyłonili się Ulewny Szkwał z towarzyszącym mu jasnym, puchaty kotem, w którym po chwili rozpoznała Siwą Czaplą, ciągnący… Kota. Albo jego zwłoki?
— Wy ścierwa, kupy łajna! Jak tylko się uwolnię powyrywam wam wasze parszywe języki, a potem wepchnę do gardła tak głęboko, aż się nimi zadławicie!
Czyli nie zwłoki.
— Zasrańce, piecuszki żałosne, będziecie łkać i błagać mnie o litość gdy z wami skończę! Z dupą na mózgi się chyba zamieniliście, nie wiecie, co robicie!
Ciało włóczęgi uderzyło o zmarzniętą ziemię. Rzadkie, przemoknięte, czekoladowe futro pokrywało jego powyginaną sylwetkę, a zmrużone ślipia błyskały ostrzegawczo.
— Znaleźliście coś? Lub pokonaliście tego ptaka?
Wszyscy przenieśli wzrok na Ulewnego Szkwała.
— Bo my mamy podejrzaną samotniczkę którą powinniśmy wysłuchać! Usłyszałem od niej tylko skrawek ważnych informacji, które na pewno się przydadzą, zwłaszcza rodowi królewskiemu.
Oczywiście. Ród królewski! Bo dobro paru nadętych kotów jest ważniejsze od reszty! Prychnęła, odrywając język od grzbietu. Nawet w takiej sytuacji nie mogli zapomnieć o tym gównianym podziale?
— Ptak odleciał — rzucił beznamiętnie Narcyz. Popatrzył na rzucającą przekleństwami włóczęgę, deptaną przez dwójkę wojowników. Kąciki jego pyska uniosły się i szturchnął ją niepewnie. — Ale głupia. Patrz Werwa, oni próbują być straszni-
— Fuj! Ulewny Szkwale, ona mnie chyba obsikała!
Po okolicy rozległ się przeraźliwy wrzask.
— Ty zapchlony idioto!
Wszyscy przenieśli wzrok na nieznaną kocicę.
Obok wodospadu nadal miejsce miała krwawa rzeź. Bura sylwetka Morszczynowego Wąsa zataczała się na polance, jego wzrok zaślepiony ściekającą z czoła posoką, a Ulewny Szkwał, który przybiegł wraz z Pierzastą Kołysanką, warczał na ścierwnika, aby po chwili zostać odciągniętym za ucho przez drugiego ptaka. Syki i skrzeki dudniły jej w uszach. Obserwowała pół-obecnym wzrokiem, jak padlinożerca odpuszcza sobie dalszy atak, i wzbija się wyżej w niebo.
Z gałęzi brzozy rozległ się głos Mandarynkowej Gwiazdy.
— Zdolni do walki niech na razie się schowają, i przygotują na możliwą bitwę. Pierzasta Kołysanka i Narwana Łapa niech wracają do obozu po wsparcie i medyków.
Werwa potrząsnęła gwałtownie głową i ponownie wysunęła pazury.
— Nigdzie- nie idę! — zawyła, tłumiąc głos we własnym futrze.
Uchyliła powieki i zamrugała. Narcyz wpatrywał się w nią z paniką; przycisnęła swój bark mocniej do jego boku i odwróciła wzrok.
Zanim przywódczyni zdołała odpowiedzieć na jej protesty, po okolicy rozległ się głos Szkwału.
— Złaź z tego drzewa! Będę Cię osłaniał!
Kto? Kogo osłaniać? Wraz z Narcyzem odruchowo wychyliła głowy zza skały, aby ujrzeć wojownika stojącego pod jednym z pni, wokół którego krążył jeden z ptaków. Szkwał zwrócił uwagę na zwierzę.
— Kekekeke! Chodź tu, dam Ci takie kekeke, że skrzydła se połamiesz-
— Durne ptaszysko!
Wszyscy zamarli na nowy, kobiecy głos, dobiegający właśnie z tamtego drzewa.
— Przeklęta Ibis, brudne ścierwo, nie umie nawet głupiego ptaka wyszkolić! Na chu-
Głos urwał się. Przez chwilę wszyscy wstrzymywali oddech, łącznie z Werwą. Po paru uderzeniach serca rozległ się szum, trzask liści, i ciemna sylwetka kocicy rzuciła się na inne drzewo, przelatując z gałęzi na gałąź. Praktycznie od razu Szkwał ruszył za nią w pogoń, wraz z jeszcze jednym kotem.
Wszystko to widziała i słyszała, jak gdyby jej głowa zanurzona była pod wodą; soczewki oczu niesprawne, nie będące w stanie skupić się na jednym punkcie, a uszy zapchane wodorostami. Każdy ruch wydawał się sztuczny i opóźniony. Przez szum krwi w uszach usłyszała... Coś innego. Przekręciła pysk w bok i rozbieganym wzrokiem przeskanowała otoczenie. Narcyz zesztywniał u jej boku.
— Co…
Dobiegł do nich tupot łap i zmęczone, zdyszane oddechy. Łyse gałęzie, jak i te pokryte zimozieloną roślinnością, zaszeleściły, a spomiędzy nich wychylił się pysk Rysiego Boru.
— Mam was!
Wszyscy wbili wzrok w wojownika.
— Przechodziłem niedaleko z Korz- Mysiomózgą Łapą, gdy usłyszałem hałasy. Kazałem jej się schować na drzewie, musimy zaraz po nią wrócić, ale teraz...
— A od kiedy to Mysiomózga Łapa chodzi na wycieczki?
Kocur podskoczył na głos przywódczyni.
— Mandarynkowa Gwiazdo... To nadal moja wnuczka... Chciałem wziąć ją, by pomogła mi nosić zwierzynę.
Werwa z rozdziawionym pyskiem wpatrywała się przez parę uderzeń serca w rozgrywającą się przed nią scenę.
— A czy można się zająć- no! — zawoła po chwili drżącym głosem, marszcząc brwi, uparcie wskazując łapą w kierunku wodospadu. — Tym teatrzykiem!
Mandarynkowa Gwiazda zmrużyła ślipia, po czym zaczęła zsuwać się z drzewa.
— Bądźcie przygotowani na walkę i patrzcie na niebo. Ptaki też są zagrożeniem.
Ze swojego ukrycia nie widziała, gdzie odbiegła kocica. Jej łapy zadrżały i przycisnęła do nich ogon. Pięknie, pięknie… Do ich kryjówki wparował kolejny kot.
— Ej, Narwańcu! Idziemy do obozu, ktoś musi cię opatrzyć…
Czyiś ogon przylgnął do jej grzbietu. Odskoczyła w bok, podczas gdy Narcyz nastroszył sierść. Obóz? Tam, gdzie matka zobaczy jej zrujnowany grzbiet i na dodatek metaforycznie odgryzie jej uszy? Lub mniej metaforycznie, bardziej swoimi prawdziwymi, ostrymi zębami- Bez Narcyza do pomocy? Bez-
— Słuchaj, nie zjem jej, a ona potrzebuje pomocy!
Szarpnęła się w bok i odwróciła pysk do Morszczynowego Wąsa, spoglądając na niego w miarę już świadomym wzrokiem.
— Bierz ode mnie ten swój kikut, wywłoko! Zaraz Ci dam narwańca! — wrzasnęła, odpychając wojownika łapą. Przysunęła się bliżej Narcyza. — Nie bez niego! Ni- nic mi nie jest!
Narcyz nastroszył się i przesunął się minimalnie pomiędzy nią a wojownika
— Niech Pierzasta Kołysanka przyda się na coś i opatrzy Werwę. Ziół jest wszędzie pełno.
Zioła? Prędzej śnieg. Wychodzi na to, że czasem brat musiał jej przypominać, że jednak wcale nie tak daleko mu do idioty...
Nie skomentowała jednak tego. Próbował ją uratować od powrotu z Morszczynem, więc nie będzie się czepiać! Odwróciła od nich pysk i przejechała językiem po poranionym grzbiecie; po jej karku przebiegł dreszcz, gdy natrafiła na poszarpaną skórę, która ledwo co zaczynała się lepić zasychającą krwią. Wszystkie kończyny miała zdrętwiałe, a jej myśli skupiały się na ostrym pieczeniu ran i czerwieni barwiącej śnieg i skałę pod nią.
Nie mieli szansy kontynuować dyskusji. Zza zakrętu wyłonili się Ulewny Szkwał z towarzyszącym mu jasnym, puchaty kotem, w którym po chwili rozpoznała Siwą Czaplą, ciągnący… Kota. Albo jego zwłoki?
— Wy ścierwa, kupy łajna! Jak tylko się uwolnię powyrywam wam wasze parszywe języki, a potem wepchnę do gardła tak głęboko, aż się nimi zadławicie!
Czyli nie zwłoki.
— Zasrańce, piecuszki żałosne, będziecie łkać i błagać mnie o litość gdy z wami skończę! Z dupą na mózgi się chyba zamieniliście, nie wiecie, co robicie!
Ciało włóczęgi uderzyło o zmarzniętą ziemię. Rzadkie, przemoknięte, czekoladowe futro pokrywało jego powyginaną sylwetkę, a zmrużone ślipia błyskały ostrzegawczo.
— Znaleźliście coś? Lub pokonaliście tego ptaka?
Wszyscy przenieśli wzrok na Ulewnego Szkwała.
— Bo my mamy podejrzaną samotniczkę którą powinniśmy wysłuchać! Usłyszałem od niej tylko skrawek ważnych informacji, które na pewno się przydadzą, zwłaszcza rodowi królewskiemu.
Oczywiście. Ród królewski! Bo dobro paru nadętych kotów jest ważniejsze od reszty! Prychnęła, odrywając język od grzbietu. Nawet w takiej sytuacji nie mogli zapomnieć o tym gównianym podziale?
— Ptak odleciał — rzucił beznamiętnie Narcyz. Popatrzył na rzucającą przekleństwami włóczęgę, deptaną przez dwójkę wojowników. Kąciki jego pyska uniosły się i szturchnął ją niepewnie. — Ale głupia. Patrz Werwa, oni próbują być straszni-
— Fuj! Ulewny Szkwale, ona mnie chyba obsikała!
Po okolicy rozległ się przeraźliwy wrzask.
— Ty zapchlony idioto!
Wszyscy przenieśli wzrok na nieznaną kocicę.
— Czy pająki do reszty zasnuły ci mózg?! Kotki nigdy nie dotykałeś? Nic dziwnego, patrząc na twoją mordę, każda normalna by czmychnęła na drugi kraniec lasu albo i dalej! Z resztą, wy wszyscy wyglądacie, jakbyście co najwyżej na babę spojrzeli z odległości kilku drzew! I samo to już sprawiło, że szczaliście pod siebie z ekscytacji, wy oblechy, wy zboczeńcy!
Czekoladowa wiła się pod dwójką kocurów, warcząc i obnażając zęby.
— Ja RODZĘ, wy ścierwojady! Wiecie co to znaczy? Wiecie? Bo nie wyglądacie jakbyście mieli wiedzieć, skoro wody płodowe mylicie z zasranymi szczynami! Przegrywy życiowe, co sobie mogą najwyżej pośnić o kocicy! Pewnie to pierwszy i ostatni raz jak kładziecie swoje brudne łapy na babskim ciele, ohydy! Wszystko przez was! Teraz jeszcze się gapicie jak cielę na korek, dewianci, zboczeńcy! Miło wam? Miło? Fajnie tak się gapić, co nie?
Wszyscy zaczęli się przekrzykiwać. Ktoś wołał za Pierzastą Kołysanką, ktoś kręcił się spanikowany wokół samotniczki… A sama samotniczka wiła się na ziemi, jęcząc i wbijając pazury w ziemię. Jakiekolwiek ślady uśmiechów zeszły i jej i Narcyzowi z pyska.
— Nawet nie waż się mnie dotykać. Wydłubię Ci oczy jak tkniesz mnie choćby palcem!
Ciałem czekoladowej wstrząsnęły konwulsje.
— To nie jest mój pierwszy poród. Dam radę sama. Wy byście prędzej mi zaszkodzili niż cokolwiek pomogli, głupcy!
No, ona to zdecydowanie nie miała ochoty jej dotykać. Wykrzywiła się, z szeroko otwartymi oczyma wpatrując się w całą sytuację.
— Co się dzieje?
Pierzasta Kołysanka wysunęła głowę zza pobliskiego kamienia.
— Ktoś mi jest to w stanie wytłumaczyć innymi słowami niż nerwowymi westchnieniami jak u speszonego kocięcia?
— Ona rodzi, Księżniczko! Proszę Cię o pomoc! Jej życie jest ważne, posiada informacje które nam się przydadzą, musimy o nią zadbać, przynajmniej na ten moment-
Ogrodniczka uklęknęła przy włóczędze, która z sykiem odsunęła się od niej. Niezrażona Piórko złapała ją za łapę i pochyliła łeb nad jej nabrzmiałym brzuchem.
— Spokojnie! Na mój znak musisz przeć-
Czekoladowa odepchnęła ją od siebie gwałtownym ruchem.
— Wy jesteście głusi? Nie dotykać mówiłam! — wydarła się. — A ty to w ogóle chyba oślepłaś, myślisz, że ja się tak wiję dla zabawy? Bo lubię? Prę, lisie łajno, prę!
— Jeszcze jedno słowo, a to kocię wypierdzisz martwe na ziemię!
Zszokowana przeniosła wzrok na Piórko, która nastroszona warczała na kocicę, uwijając się sprawnie przy jej ogonie.
— Spróbuj jeszcze raz chociażby na mnie podnieść swój cięty język — kontynuowała, zaciskając zęby — a sama zaraz wepchnę to kocię z powrotem do Twojego brzucha!
Z ciała włóczęgi na śnieg wysunął się marny, obrzydliwy, ciemny i oklejony krwistymi żyłkami kształt. Ta niewzruszona parła dalej, nie odwracając nawet głowy w stronę oklejonego mazią i błonami nowonarodzonego.
W przeciągu paru uderzeń serca obok nich znalazła się księżniczka z tym samym kocięciem w zębach. Pochyliła się przed Narcyzem, upuszczając ledwo-koci kształt u jego łap. Uczeń szarpnął się do tyłu i zrobił wielkie oczy.
— A tobie co? Mowę odjęło? Wylizuj!
Kocur uniósł łapę do piersi.
— Nie dotknę tego! — zaprotestował. — Ubrudzę sobie łapy! Niech-
— Nie słyszysz mnie? Wylizuj! Chcesz, żeby ten kociak umarł w twoich ramionach? Wylizuj go!
Z jej gardła odruchowo wydobył się urwany chichot. Wcale nie było jej do śmiechu.
Po polanie rozniosły się kolejne jęki. Na świat przyszło drugie kocię, równie ciemne i obrzydliwe, lepkie od mazi. Boki włóczęgi poruszyły się boleśnie z kolejnym skurczem, jednak zamiast narodzin kolejnego obłego kształtu… Można było usłyszeć rwanie mięsa i pękające tkanki. Pękające jak skóra na jej- Wokół zadu kocicy rozlała się plama czerwieni, a zawodzenie uniosło się ku niebu. Trzecie kocię wysunęło się z jej ciała bez oporu, wraz z kolejną falą krwi.
Widok był okropny. Ochydny. Wrzaski włóczęgi dzwoniły jej w uszach. Czy to zawsze tak wyglądało?
Pod jej łapy podsunięte zostało jedno z kociąt. Wciąż zakrwawione, obślizgłe. Mokre, szylkretowe futerko nadal pokrywał śluz i półprzezroczyste płaty błony, a sam osesek drżał, z przemoczonymi łapami i ogonkiem przyciśniętymi ciasno do ciała. Przełykając żółć zbierającą się jej w pysku, pochyliła się nad nim. Skóra na jej grzbiecie napięła się. Ledwo zasklepione rany ponownie zaiskrzyły bólem, znowu- znowu wszystko pogorszyłaś. Poczuła świeżą strużkę krwi, obrzydliwie ciepłą na jej kręgosłupie. Poczekaj tylko, aż matka Cię zobaczy- Zacisnęła ślipia i wysunęła język, zaczynając oczyszczać pyszczek kocięcia.
To był jakiś koszmar. Tak strasznie się bała. Nie wiedziała do końca, co dzieje się naprawdę, a jakie krwawe detale domalowywał jej nieobecny umysł. Jej ciało drżało, gdy powtarzalnymi ruchami przejeżdżała językiem pod włos po futrze kociaka; nie czuła nawet jakiegokolwiek smaku, co nie spotkało za to krzywiącego się Narcyza. Nie umiała skupić się na powoli nabierającym ciepła ciele pod jej pyskiem, rozbieganym wzrokiem wodząc po krzątających się przed nią kotach. Wszyscy krzyczeli, warczeli, darli się i biegali wokół samotniczki. Sama czekoladowa wiła się w bólu na ziemi, sapiąc i wbijając pazury w ziemię. Wzdłuż jej ciała przeszedł kolejny skurcz i po paru uderzeniach serca, gładkim ruchem, praktycznie bez odstępów, na śnieg wysunęły się ostatnie trzy kocięta; jedno po drugim, każde kolejne mniejsze. Ciało kotki już nie stanowiło dla nich przeszkody, rozerwane; krew spływała po bieli strumieniami w nieodmierzalnych ilościach.
Łeb samotniczki opadł na jej łapy, a pysk uchylił się w syku.
— Zostawcie mnie, dajcie mi chociaż godnie umrzeć, łajna.
Werwa opuściła wzrok na kocię. Małe, okropne, bezbronne-
— Nie oddam wam ich!
Ruch w kąciku oka zwrócił jej uwagę. Szczęki włóczęgi wysunięte były w kierunku leżących u jej zadu pozostałych kociąt. Jej ślipia błyszczały z okropnym pomysłem. Serce podskoczyło jej do gardła. Szarpnęła głową w bok, przesuwając wylizywanego oseska na bok; rzuciła się do przodu, wyciągając łapy w stronę kocicy-
Trzask.
Żółte kły zacisnęły się na szyi młodego. Wrzasnęła, cofając się o krok i zataczając na bok. Zawtórował jej zduszony krzyk Narcyza, zanim włóczęga zastrzasnęła szczęki na karku kolejnego kocięcia. Zaledwie parę uderzeń serca później ten sam los spotkał ostatniego z nich.
Zamarła. Czy obudzi się zaraz, aby przekonać się, że to tylko umysł płata jej figle? To wszystko to był po prostu zasrany koszmar. Musiał być.
Krew nadal rozlewała się pod ich łapami.
Włóczęga wrzasnęła, szarpiąc się na ziemi. Jej pazury przeleciały tuż obok pyska jednego z kotów; Pierzasta Kołysanka w odpowiedzi odepchnęła ją do tyłu, warcząc. Instynktownie ruszyła za nią. Chwyciła za jedno z ramion czekoladowej, wbijając w nie pazury, a za nią z podobnymi ruchami podążyła reszta kotów. Korzystając z odchylonej głowy kocicy, zanurkowała pomiędzy wymachującymi łapami pobratymcami, i zacisnęła szczęki na gardle samotniczki.
Mięso w jej pysku nie stawiało oporu; ugięło się pod jej zębami, plamiąc jej język okropnie słodkawym, metalicznym smakiem. Sama nie była pewna, co robi. Starsza szarpała się w miejscu, charcząc i warcząc. W jej krtani bulgotała krew, cieknąc z ran i kącików jej pyska. Werwa szarpnęła w bok, unikając jej nieskoordynowanych ruchów pazurami-
Ciało włóczęgi zwiotczało.
Rozluźniła szczęki i upuściła je na śnieg. Nie przypominający już białego puchu, a bardziej brudną, czerwoną, na wpół stopioną maź. Zwróciła wzrok na bezwładnego trupa, na jego rozszarpaną krtań, na zwisające z szyi rozerwane tkanki. Co Ty znowu zrobiłaś?
Cofnęła się do tyłu. Krew kapała jej z brody na pierś; cudza, jeszcze ciepła, obrzydliwa. Jej łapy zadrżały. Zatoczyła się, oddychając ciężko, po czym wbiła przerażone spojrzenie w brata. Koszmar, na pewno koszmar.
Pod drzewem, w zbiorowym grobie, leżała trójka kociąt – Misiu, Słoneczko oraz Maluszek.
Wraz z Narcyzem siedziała z boku, ogonami owijając pozostałe potomstwo włóczęgi. Jednym okiem spoglądała na szylkretowe ciałko wylizywanego przez nią wcześniej kocięcia, a drugim na kręcącą się wokół grobu Pierzastą Kołysankę. Mimo uszu puściła jednak narzekania ogrodniczki co do ich imion (według kogo Ciemiernik to lepsze imię od Maluszka?) i pomruki modlitw nad kopcem.
Pod pazurami nadal miała krew samotniczki. Po powrocie Mandarynkowej Gwiazdy do wodospadu wojownicy zdali jej raport z wydarzeń; ona jedynie stała obok brata i łypała na nią oczyma, gdy wzrok przywódczyni się na niej zatrzymał. Wszystko, ku jej przerażeniu, wcale się okazało się być złym snem; swąd krwi był prawdziwy, tak jak strupy na jej grzbiecie i wspomnienie krtani między jej zębami. Prawdziwa pozostała jedynie panika i skręcający się żołądek. Nie wiedziała, co teraz zrobi, jak- jak wytłumaczysz to matce?
— Ciało ich matki zatopimy w rzece — oznajmiła bezceremonialnie Mandarynkowa Gwiazda, po czym podniosła się z ziemi. Machnęła ogonem. — Chodźcie. Nie możemy się ociągać.
Woda spłynęła po jej bokach. Zaczepiła się o grunt i wciągnęła na brzeg, dysząc.
Przycisnęła się ponownie do boku Narcyza. Serce uderzało o jej pierś w szybkim, nierównym rytmie. Nie chciała wracać do obozu. Nie wiedziała, co innego mogłaby zrobić, ale tak bardzo nie chciała. Bała się. Nie chciała stawać przed matką. Nie chciała pokazywać jej ran, szram, które były dowodem na to, że o mało co nie została tam porwana- zabita, zabita! Potrząsnęła głową. Zabita, zabita przedwcześnie jak-
Przecisnęli się jeden po drugim przez szuwary. Gorączkowo rozejrzała się po obozowisku, szukając wzrokiem Niedźwiedziówkowego Pyłu. Stos zwierzyny – pusto, przed legowiskiem wojowników – też pusto….
— Narcyz — syknęła niemal bezgłośnie. — Narcyz!
— Co!
Pochyliła łeb i zgarbiła się.
— Musisz mnie kryć!
Łaciaty spojrzał na nią krzywo. Uchylił pysk, jak gdyby chciał protestować.
— Nie marudź! — wcięła mu się w niewypowiedziane jeszcze zdanie. Starała się nie panikować. — No weź! Nie bądź taki, proszę-
Czyjaś łapa popchnęła ją od tyłu. Zatoczyła się do przodu, warknąwszy z zaskoczeniem, zanim kolejne popchnięcie skierowało ją do legowiska medyka.
— Narcyz! Narcyz, chodź tu ze mną-
— No już!
Usiadła na środku lecznicy, spoglądając niepewnie na medyczkę. Gąbczasta Perła zaczęła obracać się wokół niej, skupiając się na jej grzbiecie i mamrocząc polecenia do swojego asystenta. Odwróciła się do brata, mrugając nerwowo. Nie widziała jej. Napewno? Nie miała jak jej zobaczyć, nie było jej tam przecież-
Znad ramienia Narcyza spojrzała na nią para zmrużonych, brązowych ślipi.
O nie. Mówiłam! Zamarła w miejscu. Widziała, widzi Cię, zaraz zrozumiesz, czemu nie powinnaś była w ogóle-
— Pająki mózg Ci wyżarły?
Uchyliła pysk. To koniec, to Twój koniec. Matka spojrzała na nią ze zmarszczonymi brwiami, westchnęła, po czym odwróciła łeb i machnęła ogonem. Zaraz wyciągnie Cię stąd za ogon, oberwie Ci uszy, zatopi pazury w Twoim-
— W poprzednim życiu byłaś mądrzejsza.
Czekoladowa wiła się pod dwójką kocurów, warcząc i obnażając zęby.
— Ja RODZĘ, wy ścierwojady! Wiecie co to znaczy? Wiecie? Bo nie wyglądacie jakbyście mieli wiedzieć, skoro wody płodowe mylicie z zasranymi szczynami! Przegrywy życiowe, co sobie mogą najwyżej pośnić o kocicy! Pewnie to pierwszy i ostatni raz jak kładziecie swoje brudne łapy na babskim ciele, ohydy! Wszystko przez was! Teraz jeszcze się gapicie jak cielę na korek, dewianci, zboczeńcy! Miło wam? Miło? Fajnie tak się gapić, co nie?
Wszyscy zaczęli się przekrzykiwać. Ktoś wołał za Pierzastą Kołysanką, ktoś kręcił się spanikowany wokół samotniczki… A sama samotniczka wiła się na ziemi, jęcząc i wbijając pazury w ziemię. Jakiekolwiek ślady uśmiechów zeszły i jej i Narcyzowi z pyska.
— Nawet nie waż się mnie dotykać. Wydłubię Ci oczy jak tkniesz mnie choćby palcem!
Ciałem czekoladowej wstrząsnęły konwulsje.
— To nie jest mój pierwszy poród. Dam radę sama. Wy byście prędzej mi zaszkodzili niż cokolwiek pomogli, głupcy!
No, ona to zdecydowanie nie miała ochoty jej dotykać. Wykrzywiła się, z szeroko otwartymi oczyma wpatrując się w całą sytuację.
— Co się dzieje?
Pierzasta Kołysanka wysunęła głowę zza pobliskiego kamienia.
— Ktoś mi jest to w stanie wytłumaczyć innymi słowami niż nerwowymi westchnieniami jak u speszonego kocięcia?
— Ona rodzi, Księżniczko! Proszę Cię o pomoc! Jej życie jest ważne, posiada informacje które nam się przydadzą, musimy o nią zadbać, przynajmniej na ten moment-
Ogrodniczka uklęknęła przy włóczędze, która z sykiem odsunęła się od niej. Niezrażona Piórko złapała ją za łapę i pochyliła łeb nad jej nabrzmiałym brzuchem.
— Spokojnie! Na mój znak musisz przeć-
Czekoladowa odepchnęła ją od siebie gwałtownym ruchem.
— Wy jesteście głusi? Nie dotykać mówiłam! — wydarła się. — A ty to w ogóle chyba oślepłaś, myślisz, że ja się tak wiję dla zabawy? Bo lubię? Prę, lisie łajno, prę!
— Jeszcze jedno słowo, a to kocię wypierdzisz martwe na ziemię!
Zszokowana przeniosła wzrok na Piórko, która nastroszona warczała na kocicę, uwijając się sprawnie przy jej ogonie.
— Spróbuj jeszcze raz chociażby na mnie podnieść swój cięty język — kontynuowała, zaciskając zęby — a sama zaraz wepchnę to kocię z powrotem do Twojego brzucha!
Z ciała włóczęgi na śnieg wysunął się marny, obrzydliwy, ciemny i oklejony krwistymi żyłkami kształt. Ta niewzruszona parła dalej, nie odwracając nawet głowy w stronę oklejonego mazią i błonami nowonarodzonego.
W przeciągu paru uderzeń serca obok nich znalazła się księżniczka z tym samym kocięciem w zębach. Pochyliła się przed Narcyzem, upuszczając ledwo-koci kształt u jego łap. Uczeń szarpnął się do tyłu i zrobił wielkie oczy.
— A tobie co? Mowę odjęło? Wylizuj!
Kocur uniósł łapę do piersi.
— Nie dotknę tego! — zaprotestował. — Ubrudzę sobie łapy! Niech-
— Nie słyszysz mnie? Wylizuj! Chcesz, żeby ten kociak umarł w twoich ramionach? Wylizuj go!
Z jej gardła odruchowo wydobył się urwany chichot. Wcale nie było jej do śmiechu.
Po polanie rozniosły się kolejne jęki. Na świat przyszło drugie kocię, równie ciemne i obrzydliwe, lepkie od mazi. Boki włóczęgi poruszyły się boleśnie z kolejnym skurczem, jednak zamiast narodzin kolejnego obłego kształtu… Można było usłyszeć rwanie mięsa i pękające tkanki. Pękające jak skóra na jej- Wokół zadu kocicy rozlała się plama czerwieni, a zawodzenie uniosło się ku niebu. Trzecie kocię wysunęło się z jej ciała bez oporu, wraz z kolejną falą krwi.
Widok był okropny. Ochydny. Wrzaski włóczęgi dzwoniły jej w uszach. Czy to zawsze tak wyglądało?
Pod jej łapy podsunięte zostało jedno z kociąt. Wciąż zakrwawione, obślizgłe. Mokre, szylkretowe futerko nadal pokrywał śluz i półprzezroczyste płaty błony, a sam osesek drżał, z przemoczonymi łapami i ogonkiem przyciśniętymi ciasno do ciała. Przełykając żółć zbierającą się jej w pysku, pochyliła się nad nim. Skóra na jej grzbiecie napięła się. Ledwo zasklepione rany ponownie zaiskrzyły bólem, znowu- znowu wszystko pogorszyłaś. Poczuła świeżą strużkę krwi, obrzydliwie ciepłą na jej kręgosłupie. Poczekaj tylko, aż matka Cię zobaczy- Zacisnęła ślipia i wysunęła język, zaczynając oczyszczać pyszczek kocięcia.
To był jakiś koszmar. Tak strasznie się bała. Nie wiedziała do końca, co dzieje się naprawdę, a jakie krwawe detale domalowywał jej nieobecny umysł. Jej ciało drżało, gdy powtarzalnymi ruchami przejeżdżała językiem pod włos po futrze kociaka; nie czuła nawet jakiegokolwiek smaku, co nie spotkało za to krzywiącego się Narcyza. Nie umiała skupić się na powoli nabierającym ciepła ciele pod jej pyskiem, rozbieganym wzrokiem wodząc po krzątających się przed nią kotach. Wszyscy krzyczeli, warczeli, darli się i biegali wokół samotniczki. Sama czekoladowa wiła się w bólu na ziemi, sapiąc i wbijając pazury w ziemię. Wzdłuż jej ciała przeszedł kolejny skurcz i po paru uderzeniach serca, gładkim ruchem, praktycznie bez odstępów, na śnieg wysunęły się ostatnie trzy kocięta; jedno po drugim, każde kolejne mniejsze. Ciało kotki już nie stanowiło dla nich przeszkody, rozerwane; krew spływała po bieli strumieniami w nieodmierzalnych ilościach.
Łeb samotniczki opadł na jej łapy, a pysk uchylił się w syku.
— Zostawcie mnie, dajcie mi chociaż godnie umrzeć, łajna.
Werwa opuściła wzrok na kocię. Małe, okropne, bezbronne-
— Nie oddam wam ich!
Ruch w kąciku oka zwrócił jej uwagę. Szczęki włóczęgi wysunięte były w kierunku leżących u jej zadu pozostałych kociąt. Jej ślipia błyszczały z okropnym pomysłem. Serce podskoczyło jej do gardła. Szarpnęła głową w bok, przesuwając wylizywanego oseska na bok; rzuciła się do przodu, wyciągając łapy w stronę kocicy-
Trzask.
Żółte kły zacisnęły się na szyi młodego. Wrzasnęła, cofając się o krok i zataczając na bok. Zawtórował jej zduszony krzyk Narcyza, zanim włóczęga zastrzasnęła szczęki na karku kolejnego kocięcia. Zaledwie parę uderzeń serca później ten sam los spotkał ostatniego z nich.
Zamarła. Czy obudzi się zaraz, aby przekonać się, że to tylko umysł płata jej figle? To wszystko to był po prostu zasrany koszmar. Musiał być.
Krew nadal rozlewała się pod ich łapami.
Włóczęga wrzasnęła, szarpiąc się na ziemi. Jej pazury przeleciały tuż obok pyska jednego z kotów; Pierzasta Kołysanka w odpowiedzi odepchnęła ją do tyłu, warcząc. Instynktownie ruszyła za nią. Chwyciła za jedno z ramion czekoladowej, wbijając w nie pazury, a za nią z podobnymi ruchami podążyła reszta kotów. Korzystając z odchylonej głowy kocicy, zanurkowała pomiędzy wymachującymi łapami pobratymcami, i zacisnęła szczęki na gardle samotniczki.
Mięso w jej pysku nie stawiało oporu; ugięło się pod jej zębami, plamiąc jej język okropnie słodkawym, metalicznym smakiem. Sama nie była pewna, co robi. Starsza szarpała się w miejscu, charcząc i warcząc. W jej krtani bulgotała krew, cieknąc z ran i kącików jej pyska. Werwa szarpnęła w bok, unikając jej nieskoordynowanych ruchów pazurami-
Ciało włóczęgi zwiotczało.
Rozluźniła szczęki i upuściła je na śnieg. Nie przypominający już białego puchu, a bardziej brudną, czerwoną, na wpół stopioną maź. Zwróciła wzrok na bezwładnego trupa, na jego rozszarpaną krtań, na zwisające z szyi rozerwane tkanki. Co Ty znowu zrobiłaś?
Cofnęła się do tyłu. Krew kapała jej z brody na pierś; cudza, jeszcze ciepła, obrzydliwa. Jej łapy zadrżały. Zatoczyła się, oddychając ciężko, po czym wbiła przerażone spojrzenie w brata. Koszmar, na pewno koszmar.
↬◦⌑⛯⌑◦↫
Pod drzewem, w zbiorowym grobie, leżała trójka kociąt – Misiu, Słoneczko oraz Maluszek.
Wraz z Narcyzem siedziała z boku, ogonami owijając pozostałe potomstwo włóczęgi. Jednym okiem spoglądała na szylkretowe ciałko wylizywanego przez nią wcześniej kocięcia, a drugim na kręcącą się wokół grobu Pierzastą Kołysankę. Mimo uszu puściła jednak narzekania ogrodniczki co do ich imion (według kogo Ciemiernik to lepsze imię od Maluszka?) i pomruki modlitw nad kopcem.
Pod pazurami nadal miała krew samotniczki. Po powrocie Mandarynkowej Gwiazdy do wodospadu wojownicy zdali jej raport z wydarzeń; ona jedynie stała obok brata i łypała na nią oczyma, gdy wzrok przywódczyni się na niej zatrzymał. Wszystko, ku jej przerażeniu, wcale się okazało się być złym snem; swąd krwi był prawdziwy, tak jak strupy na jej grzbiecie i wspomnienie krtani między jej zębami. Prawdziwa pozostała jedynie panika i skręcający się żołądek. Nie wiedziała, co teraz zrobi, jak- jak wytłumaczysz to matce?
— Ciało ich matki zatopimy w rzece — oznajmiła bezceremonialnie Mandarynkowa Gwiazda, po czym podniosła się z ziemi. Machnęła ogonem. — Chodźcie. Nie możemy się ociągać.
↬◦⌑⛯⌑◦↫
Przycisnęła się ponownie do boku Narcyza. Serce uderzało o jej pierś w szybkim, nierównym rytmie. Nie chciała wracać do obozu. Nie wiedziała, co innego mogłaby zrobić, ale tak bardzo nie chciała. Bała się. Nie chciała stawać przed matką. Nie chciała pokazywać jej ran, szram, które były dowodem na to, że o mało co nie została tam porwana- zabita, zabita! Potrząsnęła głową. Zabita, zabita przedwcześnie jak-
Przecisnęli się jeden po drugim przez szuwary. Gorączkowo rozejrzała się po obozowisku, szukając wzrokiem Niedźwiedziówkowego Pyłu. Stos zwierzyny – pusto, przed legowiskiem wojowników – też pusto….
— Narcyz — syknęła niemal bezgłośnie. — Narcyz!
— Co!
Pochyliła łeb i zgarbiła się.
— Musisz mnie kryć!
Łaciaty spojrzał na nią krzywo. Uchylił pysk, jak gdyby chciał protestować.
— Nie marudź! — wcięła mu się w niewypowiedziane jeszcze zdanie. Starała się nie panikować. — No weź! Nie bądź taki, proszę-
Czyjaś łapa popchnęła ją od tyłu. Zatoczyła się do przodu, warknąwszy z zaskoczeniem, zanim kolejne popchnięcie skierowało ją do legowiska medyka.
— Narcyz! Narcyz, chodź tu ze mną-
— No już!
Usiadła na środku lecznicy, spoglądając niepewnie na medyczkę. Gąbczasta Perła zaczęła obracać się wokół niej, skupiając się na jej grzbiecie i mamrocząc polecenia do swojego asystenta. Odwróciła się do brata, mrugając nerwowo. Nie widziała jej. Napewno? Nie miała jak jej zobaczyć, nie było jej tam przecież-
Znad ramienia Narcyza spojrzała na nią para zmrużonych, brązowych ślipi.
O nie. Mówiłam! Zamarła w miejscu. Widziała, widzi Cię, zaraz zrozumiesz, czemu nie powinnaś była w ogóle-
— Pająki mózg Ci wyżarły?
Uchyliła pysk. To koniec, to Twój koniec. Matka spojrzała na nią ze zmarszczonymi brwiami, westchnęła, po czym odwróciła łeb i machnęła ogonem. Zaraz wyciągnie Cię stąd za ogon, oberwie Ci uszy, zatopi pazury w Twoim-
— W poprzednim życiu byłaś mądrzejsza.
[4788 słów]
[96%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz