BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 26 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Daglezjowa Igła. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Daglezjowa Igła. Pokaż wszystkie posty

02 stycznia 2025

Od Daglezjowej Igły

Zawsze, gdy spoglądała w stronę Lśniącej Tęczy, nie była w stanie ukryć grymasu obrzydzenia.
Takie było ich przeznaczenie od samego początku. Nienawiść. Dobrze pamiętała zgromadzenie, na którym spotkali się po raz pierwszy – podeszła do samotnego wojownika z prośbą o zaprowadzenie jej do swojego lidera. Nie spodziewała się wtedy, że po krótkiej i nieprzyjemnej wymianie zdań, zostanie nie tyle, co zaprowadzona, co przetargana po twardej ziemi aż przed oblicze Komara. Musiała go błagać o dołączenie do Owocowego Lasu pokryta piachem i kurzem... Gdy została przyjęta, sądziła, że najgorsze było już za nią. W końcu jeden mysi móżdżek w tę czy w tę w klanie nie robił większej różnicy – wszędzie było ich pełno i była w stanie to akceptować tak długo, jak trzymały się od niej z daleka. Jej niedoczekanie… Ten sam kot musiał zostać jej mentorem. Los widocznie uwielbiał robić Daglezjowej Igle w życiu pod górkę.
Treningi? Mordęga. Myślała, że Słoneczna Polana i Wrzosowa Pogoń były kiepskie… Nie była przygotowana na wstawanie jeszcze przed bladym świtem, odbębnianie brudnej roboty oraz bycia traktowanym jak niewyrośnięte kocię. Dzień ukończenia przez nią drugiego treningu był jednym z najpiękniejszych w całym życiu kotki. W końcu miała od tego pchlarza święty spokój.
Jedyne, co od tamtej pory ich łączyło, to rzucane sobie nawzajem nieprzychylne spojrzenia. Chyba że lądowali ze sobą na jednym patrolu. Ach, jakie to wtedy leciały piękne wiązanki i dogryzki! Aż żal było ucha nie nadstawiać. Na tak długo Lśniąca Tęcza odszedł dla Daglezji w niepamięć. Stanowił tylko irytujący strzępek jej życia, który okazjonalnie przypominał jej o swoim istnieniu, wpadając w idealnie wymierzony kadr. W końcu miała wtedy wszystko – partnera, kółeczko przyjaciółek, rosnące uznanie klanu i, w końcu, prawdziwą władzę. Kiedy stała się zastępczynią, Tęcza miał dla niej znaczenie porównywalne do bzyczącej muchy. Był denerwujący, lecz nieszkodliwy. Mogła o nim zapomnieć raz na zawsze… A przynajmniej tak myślała.
Wraz ze śmiercią Fretki został wybrany na zastępcę. Jej współpracownika. Konkurenta o ciepłą posadkę przywódcy, która do tej pory była na wyciągnięcie jej łapy. Nie znała słów, dzięki którym była w stanie opisać gniew, który w niej zawrzał, gotując w żyłach krew. Teraz była zmuszona do przebywania z nim w jednym kręgu i podejmowania wspólnych decyzji. Nie cierpieli się już wcześniej… Wtedy znienawidzili się do szpiku kości. Z każdym kolejnym wschodem słońca jeszcze bardziej.
Dyskusje stały się normą. Pf, dyskusje! Kłótnie i awantury z prawdziwego zdarzenia! Wkrótce nie tylko oni sami mieli się dość, a również wszystkie owocniaki, które były zmuszone do słuchania ich ciągłych zgrzytów. Nie skończyły się one nawet wtedy, gdy została wybrana na przywódczynię. Zagrzmiały jeszcze głośniej, jeśli w ogóle było to możliwe…
Z wybraną przez siebie na zastępczynię Sadzawką przy boku było jej jednak o wiele łatwiej. Oczywiście, była jeszcze Świergot, której zdarzało się stanąć po stronie kocura, lecz była to rzadkość. Bez Agresta został całkiem sam. Otoczony przez dwie przyjaciółki jak hieny, które często nie pozwalały mu nawet dojść do słowa. Co dopiero przepchnąć którąś z jego propozycji dalej… Ten czas był piękny. Po tylu niedogodnościach, w końcu wszystko szło po jej myśli! Miała wrażenie, jakby w końcu pogodziła się z losem. Miała do końca życia zapewnioną władzę, poparcie Owocowego Lasu i przyjaciółkę, która po jej śmierci prowadziłaby klan tak, jak Daglezja by sobie tego życzyła. I było jak w bajce.
Aż to ścierwo nie postanowiło znowu się wtrącić.
Mógł ją przekonywać ile tylko chciał, że śmierć Sadzawki to nie jego wina. Kłamstwa. Obłudne kłamstwa. Daglezjowa Igła wiedziała swoje i nie zamierzała uwierzyć w tłumaczenia jej zastępcy, w którego oczach od dawna widziała płonącą zazdrość. Właśnie tym był – fałszywym, lisim sercem, które tylko czekało na dobry moment, by uderzyć. Zabrać jej wszystko to, na co ciężko zapracowała i wygarnęła własnymi pazurami. Nie udało mu się tylko przewidzieć, że liderka, która była jego głównym celem, przeżyje atak dwunogów. A przeżyła. Nadal przewodziła Owocowym Lasem, choć od tamtej pory już jej to tak nie obchodziło. Pragnęła dwóch rzeczy: zbebeszczenia dobrego imienia tego borsuczego łajna i sprawienia, by wszystkiego pożałował.
Mijały księżyce i wszystko pozornie wracało do normy. Spotykali po drodze nieszczęśliwe wypadki czy babrali się w przysłowiowym bagnie, ale to nic. Jako klan szli do przodu, zapominając stopniowo o dawnych rozterkach. Koty rodziły się i umierały. Przychodziły i odchodziły. Tylko ona stała w miejscu, niezdolna do poradzenia sobie z przeszłością.
Jednak to musiało się skończyć.
Nie mogła stać bezczynnie i czekać na cud.
Nadszedł czas, by rozprawić się z tą wronią strawą raz na zawsze.

***

Przedtem Daglezja nigdy nie rozumiała, jak koty mogą tak przejmować się zmarłymi. Bez względu na to, czy wierzyli w Klan Gwiazdy, Wszechmatkę, czy jeszcze bóg wie co – zawsze było to dla niej durne. Zamiast zająć się czymś pożytecznym, woleli spędzać czas nad mogiłami, rycząc i biadoląc, jakby właśnie doświadczyli końca świata. Patrzyła na nich wtedy z nutką pogardy. Dla niej umrzyki nie miały żadnego większego znaczenia.
Aż do momentu, gdy straciła Sadzawkę.
To znaczy, nadal tego wszystkiego nie zrozumiała. Tych, co przeżywali żałobę, nie traktowała w żaden sposób ulgowo – mieli do wykonania pracę i wymówka w postaci śmierci bliskiego na nią nie działała. Jedyną osobą, która mogła pozwolić sobie na lament, była ona sama. Dlatego też pielęgnowała miejsce, w którym przyszło im zakopać ciało zastępczyni. Jej grób nigdy nie został zapomniany i wyglądał, jakby wykopano go parę wschodów słońca wcześniej. Daglezjowa Igła nie pozwalała na to, by w świeżej ziemi zalęgł się jakikolwiek chwast. Widząc choćby najmniejszy przebijający się pęd, od razu wyrywała go zębami i wypluwała w trawę. Gleba na kurhanie zawsze była miękka i świeża. Nigdy nie pozwalała jej zleżeć i stwardnieć albo pokryć się pyłem czy śniegiem. Kiedy tylko miała do tego okazję, pozostawiała przyjaciółce także drobne podarki. W zależności od pory roku były to kwiaty, pióra, skóry, błyszczące otoczaki czy nawet drobna, złowiona uprzednio przez siebie zwierzyna. Choć prawie zawsze zostawały one zwiewane przez wiatr, bądź ukradzione przez mniejsze drapieżniki, dawało to kocicy jakiś spokój ducha. Nie obchodziło jej zupełnie, czy dusza Sadzawki wciąż gdzieś istniała, czy ta doceniała jej starania, czy przyjmowała sprezentowane jej przedmioty; miała te myśli z tyłu głowy, lecz niewiele więcej. Był to dla niej sposób na zajęcie czasu czymś innym niż bezcelowa szwędaczka czy zaszywanie się w legowisku na długie godziny. A poza tymi rzeczami, właściwie, mało co robiła.
Odejście przyjaciółki sprawiło, że zamknęła się na prawie wszystko, co wcześniej czyniło z niej Daglezjową Igłę. Stroniła od tłumów. Przecież po konfrontacji z Lśniącą Tęczą i tak większość Owocowego Lasu uciekała przed nią wzrokiem w popłochu, bojąc się kolejnego wybuchu przywódczyni. Wszystkie koleżanki, z którymi księżyce temu plotkowała o wszystkim i o niczym, były już dawno martwe. Patrole, polowania, jakiekolwiek wyjścia? Odkąd została przywódczynią zapomniała, że takowe istniały. W końcu nie musiała już na nie chodzić. Po co miała się zmuszać do wypełniania obowiązków, skoro robili to za nią jej wojownicy? Już nie czyniła nic, by przypodobać się innym. Nie obchodziło jej to. Cokolwiek by zrobiła, w oczach jej pobratymców pozostałaby tym samym szaleńcem. Nie miała po co próbować.
Po przeciągającej się porze nagich drzew nareszcie spod śniegu zaczęły wyłaniać się pierwsze rośliny. Daglezjowa Igła w końcu zwlekła się z posłania, by wyruszyć na poszukiwania najpiękniejszych okazów. Sadzawka w końcu za życia miała wielkie zamiłowanie do kwiatów, a w szczególności tych żółtych, które często umieszczała za swoim uchem. W końcu miała okazję podarować jej coś innego, niż zdobycze czy ich resztki.
Leśne łąki pokrywały zbiorowiska subtelnego, jasnego kwiecia, które skutecznie przyciągało do siebie okoliczne owady. Natura w końcu odżywała po mrozach… Jednak to rudą najmniej obchodziło. Nie zamierzała stać i podziwiać kwiatuszków jak jakiś kociak. Cieszyła się tylko z tego, że miała jakiś cel, a słońce przygrzewało trochę mocniej. W końcu jej krótka sierść nie pozostawiała jej pokrzywdzonej i zmarzniętej jak podczas chłodniejszych księżyców. Przechadzała się po okolicach Owocowego Lasku, wypatrując nadającego się prezentu. Żadna z widzianych roślin jej nie odpowiadała. Miała za słaby kolor, była za mała, podgryziona przez gąsienice, brzydko wygięta, niepasująca swoim wyglądem do charakterystycznej zastępczyni. Daglezja na każdy z takich mizernych okazów jedynie kręciła nosem. Jeśli miała już coś przynieść dla przyjaciółki, nie mógł być to jakiś marny chwast. Gorczyczniki, smagliczki, miłki, jaskry… Meh. Wszystkie były jakieś kiepskie. Dopiero gdy jej oczy zatrzymały się na niepozornym, rosnącym nisko ponad zimą kwiecie, coś w nich zalśniło. Daglezja podeszła bliżej.
Łatwo było go przeoczyć, gdy przechodziło się przez polany w poszukiwaniu zwierzyny. Jaskrawe płatki miały sercowaty, podobny do listków koniczyny kształt. Uśmiechnęła się delikatnie i zaczęła zrywać, ostrożnie łapiąc zębami za krótkie łodyżki.

Garść kwiatów opadła na kopiec, z którego kocica przed chwilą starła warstwę przyniesionego przez wiatr piachu. Przyozdobiła nimi miejsce spoczynku swojej przyjaciółki i gdy skończyła, usiadła przy nim w głuchej ciszy. Daglezjowa Igła przyglądała się tak swojemu “dziełu” przez dłuższą chwilę, po czym głęboko westchnęła.
— Wszystko byłoby prostsze, gdybyś nie zginęła — szepnęła, zamykając oczy. — Tyle księżyców minęło już od twojej śmierci, a w Owocowym Lesie wciąż to samo. Lepiej dla ciebie, że nie musisz już tego znosić — zaśmiała się ponuro, po czym wróciła do posępnego wyrazu pyska. — Tylko gorzej dla mnie.
Zamilkła i zniżyła głowę.
— Ten mysi móżdżek nadal tu jest. Wiem, że już długo czekasz… Ale wkrótce ci się to opłaci.
Poczuła pewnego rodzaju… Wstyd. Obiecywała jej to już tyle księżyców temu. Miała się pozbyć tego lisiego dechu od tak dawna. A mimo to ten dalej żył i miał się świetnie. Ba, wciąż był jej zastępcą i Daglezja nie była taka pewna, czy kocur nie zajdzie jeszcze dalej. Sówka może i była lubiana przez społeczność, lecz była zastępczynią o wiele krócej od Lśniącej Tęczy. Zdarzało jej się popełniać pewne błędy – on chodził jak w zegarku, bezbłędnie, ani razu nie zapominając o żadnym ze swoich obowiązków, wiecznie zajęty swoim klanem. Gdyby tylko został przywódcą… Rudą przeszły ciarki. Nie. Nie mogła do tego dopuścić. To byłoby jak spełnienie się jej najgorszych koszmarów.
— Nie mogę już dłużej czekać. — zapewniła ją, otwierając szeroko oczy z determinacją. — Im dłużej zwlekam, tym gorzej dla mnie, gorzej dla ciebie, gorzej dla Owocowego Lasu. To ścierwo nie zasługuje na spokojną śmierć. Zapamiętaj sobie moje słowa! — Wstała i machnęła ogonem. — Kres tego łasiczego serca jest już bliski.

***

Śledziła jego ruchy. Wyglądał tak słabo, tak nieporadnie… Mrużyła oczy w cienkie szparki, przyglądając się Lśniącej Tęczy, gdy jego spojrzenie umykało gdzie indziej. Parę dni wcześniej dorobił się kontuzji biodra – kotka widziała, jak parę razy bywał w legowisku Świergot, wymieniając stare opatrunki na nowe. Choć medyczka kazała mu wypoczywać, ten już następnego dnia wykonywał swoje obowiązki tak, jakby nigdy nic. Z jednej strony, godny pozazdroszczenia upór. Z drugiej była to okropna głupota, ale czego mogła się spodziewać po kocie jego pokroju? Zawsze udawał najlepszego. Właśnie. Udawał. Nie miał sobą do zaoferowania nic poza żałosnymi próbami udawania kogoś mądrego czy nawet troskliwego. Tak bardzo kochał Owocowy Las… Tak, że był gotowy do morderstwa współklanowca, by zaspokoić swoje podłe żądze.
Obserwowała, jak kocur samotnie wychodzi z obozu. Gdy końcówka jego kruczoczarnego ogona zniknęła między drzewami, nagle coś w jej głowie, jakby subtelny głos, dało jej znak. Teraz. To był ten moment. Niewiele myśląc, Daglezjowa Igła zeskoczyła z gałęzi topoli, na której wylegiwała się do tej pory. Intuicja nigdy jej nie zawiodła. Nie miała powodów, by nie zaufać jej i tym razem. W końcu czekała na to tak długo – w końcu miała idealną okazję.
Szła cicho, stawiając kroki delikatnie, jakby chodziła po chmurze. Przynajmniej się starała – jej łapy nie poruszały się już z gracją wojowniczki, czy to akceptowała, czy nie. Tropienie drugiego kota też nie było takie proste. Zapachy zewsząd zdawały się jakby przytłumione, podobnie jak dźwięki. Mimo tego Daglezja sprawnie szpiegowała swojego wroga, którego nie spuszczała teraz z oczu. Musiała być ostrożna. Ku jej uciesze, Lśniąca Tęcza nie zwracał uwagi na to, co było za nim. Pozwalało to kotce zbliżać się tylko bardziej i bardziej do jej celu. Chowała swoją sylwetkę za pniami i krzewami, próbując wtopić się w otoczenie. Nie rozpraszała się pieśniami ptaków czy tupotem stóp nieostrożnych myszy. Nie tylko jej wzrok, ale i cały umysł utkwiony był na idącym przed nią kocie, do którego zbliżała się z każdym kolejnym uderzeniem serca.
Tęcza nagle zastrzygł uchem. W pierwszym impulsie rdzawa próbowała skryć się za wyższą kępką trawy, lecz była wolniejsza od oczu kocura. Zobaczył ją i na chwilę zesztywniał, widocznie zaskoczony jej obecnością.
— Daglezjowa Igło? — uciekło z jego pyska, zanim został przygwożdżony do ziemi przez łapy kocicy. Dostrzegła moment, w którym spokojne spojrzenie zamieniło się w… czyżby to był strach? Czyżby tak opanowany kot jak on spanikował, czując na skórze jej pazury?
Piękny widok.
Nie trzymała go za mocno, dlatego też kocur nie potrzebował dużych pokładów siły do wyślizgnięcia się z jej uścisku. Odskoczył na odległość zająca, jeżąc na karku sierść.
— Zwariowałaś?! — Zrobił parę kroków w tył, a jego spojrzenie z szoku przekształcało się w niedowierzanie i gniew. — Czyli taka właśnie jesteś? Śledzisz, podchodzisz od tyłu i atakujesz jak byle żmija? — syknął w jej stronę.
— Nie jestem żmiją — odparła. Choć serce kołatało głośno w jej piersi, w jakiś dziwny sposób udawało jej się zachować spokój. Przynajmniej na tyle, o ile można było być spokojnym podczas próby dokonania morderstwa. — Jestem sprawiedliwością, która przyszła zabrać to, co się jej należy.
Patrzył na nią pustym wzrokiem. Przywykła do niego przez te wszystkie księżyce, lecz w tamtej chwili było w nim coś… Niezwykłego. Jego zielone oczy przypominały jałową, bezkresną przestrzeń bez najmniejszego listka czy najdrobniejszej kropli wody. Nic.
— Czyli jest tak, jak myślałem — wymamrotał na wpół do siebie, nie spuszczając z przywódczyni wzroku. — Jesteś niczym, tylko szaleńcem. Teraz nawet nie próbujesz udawać, że jest i kiedykolwiek było inaczej.
Pauza.
— Zawsze taka byłaś. Nie chciałaś, by ktokolwiek nieproszony zobaczył cię z tej strony, lecz od początku nie potrafiłaś jej ukryć — kontynuował. — Do tej pory jesteś w tym okropna.
Pauza.
— Wepchnęłaś sobie kiedyś do głowy, że jesteś mądra, piękna, zdolna i najwspanialsza na całym świecie. Ale wiesz co? Nie każde kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą. Bez względu na to, jak bardzo w to wierzysz – nie jesteś tym ideałem, za który się uważasz.
Pauza.
— Chciałbym móc powiedzieć, że kiedykolwiek miałem nadzieję na to, że się zmienisz. Skłamałbym. Odkąd cię poznałem, wiedziałem o tobie wszystko. Wiedziałem, że nie jesteś w stanie zobaczyć nic poza czubkiem własnego nosa; wiedziałem, że będziesz zdolna zrobić wszystko, by dojść do celu; wiedziałem, że sprawnie omamisz wszystkich wokół ciebie tak, by ci ufali. By ci wierzyli. By powierzali swoje życia tobie. Muszę ci przyznać, że w jednym jesteś niezła. Masz chytry, wężowy język.
Pauza.
— To zabawne, że nawet w takiej sytuacji potrafisz znaleźć coś, co ci nie pasuje i rozklekotać swój durny jęzor — prychnęła w końcu w odpowiedzi, marszcząc grzbiet nosa. — Jesteś żałosny. Jedyne, co potrafisz, to mówić pseudo intelektualne bzdury z myślą, że jesteś taki inteligentny. Że widzisz tyle więcej od przeciętnego zjadacza myszy. Łał. To czasem niesamowite, jak bardzo potrafisz wytykać innym ich nieistniejące wady, a na swoje być ślepym jak kret. Jakbyś nagle zapomniał, co zrobiłeś Sadzawce, co usiłowałeś zrobić mi. — Kocica tupnęła łapą, a jej głos stwardniał. — Może gdybyś tak bardzo mnie nie obchodził, byłoby mi cię szkoda. Ale nie jest. Trudno by było żałować tak bezlitosnego i egoistycznego mordercy.
Przez dłuższy czas odpowiadała jej jedynie cisza. Ptaki, które nie spłoszyły się po pierwszych głośniejszych wrzaskach, obserwowały bacznie parę kotów w ciszy. Ich cichy śpiew dobiegał tylko z daleka, dając zastąpić się świstem chłodnego wiatru. Stali nieruchomo. Daglezjowa Igła patrzyła na swojego skulonego zastępcę z pewnym głęboko skrytym rozbawieniem. W porównaniu do niej, stojącej z dumnie podniesioną głową, potęgował tylko wrażenie swojej nędzności. Nie potrafiła wyczytać z jego wyrazu pyska nic poza obrzydzeniem.
Po chwili jednak Lśniąca Tęcza się wyprostował. Wygładził postawione na sztorc futro i zmrużył oczy, nawet przez krótkie uderzenie serca nie spuszczając wzroku z Daglezji.
— To byłby wstyd zginąć z łap takiego kota, jak ty — odpowiedział w końcu, smagając powietrze ogonem jak biczem.
Zmarszczyła brwi, napinając mięśnie do dalszej walki.
— Niech to będzie dla ciebie zaszczyt.
Znów połączyli się w śmiertelnym uścisku. Szarpali nawzajem kłami i pazurami, łapiąc za wszystko, co tylko wpadło im pod łapy lub pysk. W powietrze unosiły się wyrwane kępki czarnobiałej i rudej sierści, lawirując wokół walczących jak opadające, jesienne liście. Małe zadrapania i podgryzania piekły, lecz w podekscytowaniu zupełnie ignorowała ten ból. Wyżywała się tak, jakby całe życie czekała na tę jedną chwilę. Uderzała mocniej, niż robił to Tęcza. Wbijała swoje brudne, kruche pazury głębiej, wygrzebując z ran więcej świeżej krwi. Oboje kopali się boleśnie w brzuchy, przetaczając po trawie, zbierając w świeże rany pył i ziemię. Miała to pod ogonem. Cała jej uwaga skupiała się na zadawaniu jak największej ilości obrażeń swojemu wrogowi.
Odtrącił ją od siebie, dając sobie trochę czasu na przygotowanie następnego uderzenia. Daglezja nie dawała jednak za wygraną tak łatwo. Odbiła się od ziemi i skoczyła na przeciwnika, którego zamiast przygnieść do ziemi, wepchnęła na stojące obok drzewo. Kocur boleśnie obił się o jego pień. Słyszała długi syk, który z siebie wypuścił, próbując zebrać się na równe nogi. Taki nieporadny — pomyślała Daglezjowa Igła, gdy podchodziła do niego bliżej. Kiedy wymierzyła cios, kocur przytulił się do ziemi i przeczołgał dalej. Uniknął także kolejnego.
Trzeciego już nie dał rady. Pchnęła go z zamiarem przewrócenia, a gdy już kocur znalazł się na ziemi, zabrała się za bok jego szyi. Przyssała się jak komar, zatapiając kły we wrażliwej skórze. W końcu jego wierzganie zrzuciło ją, lecz nie bez wyrządzenia szkód. Teraz w dół piersi Tęczy spływała krwista struga.
To był ten jeden z najlepszych wojowników Owocowego Lasu? Chciała się śmiać, gdy widziała, jak niezgrabnie włóczy łapami. Jak z trudem odpychał od siebie przeciwniczkę, a ataków unikał tak ślamazarnie, że tylko cud trzymał go dalej przy życiu. Nawet kiedy próbował samemu uderzyć, kończył z powrotem wgryziony w piach. Z kolejną zadaną raną. Z kolejną czerwoną plamą na skórze, z której na ziemię skapywały krople krwi. Słabł z każdym zadanym ciosem. Wszystkie rany, które udało mu się wymierzyć Daglezjowej Igle, były na tyle powierzchowne, by mogła je ignorować. Były dla niej jak ugryzienie owada.
W końcu znudziła się jej ta szopka. Mogła gryźć i drapać w nieskończoność i walczyliby tu do zmierzchu, a potrzebowała czasu, by zastanowić się, co dalej. Przy następnym skoku już przestała się cackać. Przygwoździła Tęczę do ziemi, podduszając. Wpatrywała się z wyższością w jego durny pysk i tylko wbijała głębiej szpony.
— I co? Jakieś ostatnie słowa? — zapytała ze złośliwym uśmieszkiem, podnosząc dumnie brodę.
I wtedy, gdy przyciskała go do ziemi z triumfalnym okrzykiem w myślach, w jednej chwili zdała sobie sprawę, że… Popełniła błąd. Śmiertelny błąd. Nie zdążyła nawet mrugnąć, a ostre kły wbiły się w jej szyję. Przebiły skórę. Szczęki Lśniącej Tęczy zaciskały się z siłą niedźwiedzia, której nie oczekiwała po kimś, kto uderzenie serca temu wyglądał na umierającego.
Wierzgała pod jego uściskiem. Wymachiwała łapami i pazurami, licząc na to, że chociaż jeden z nich go dosięgnie, lecz było to nadaremne. W tamtej chwili walczyła nie tylko z wrogiem, ale i z oddechem – chociaż rozpaczliwie łapała powietrze, czuła się duszona. A Tęcza nie przestawał. Szarpał za jej ranę, rozrywając jej brzegi, z małego rozdarcia tworząc długą wyrwę. Ostatki powietrza, które udawało jej się złapać, wykasływała z krwią i wykrzykiwała w okropnej agonii… a przynajmniej próbowała.
W górę unosiły się histeryczne wrzaski i dźwięki szamotaniny – z każdą chwilą coraz słabsze i cichsze. Jej ruchy łap stawały się coraz bardziej flegmatyczne, a to, co można było wcześniej nazwać krzykiem, teraz było jedynie drażniącą ucho mieszanką charczenia i bulgotu. Poczucie duszenia zamieniło się w tonięcie. Krew z rozszarpanych żył pokrywała wszystko jak fala, nie tylko spływając strumieniem w dół krtani, ale i wsiąkając we wszystko, co spotykała na swojej drodze. Źrenice w oczach Daglezjowej Igły zwęziły się do cienkich szparek, a panika w jej umyśle piszczała tak, jakby zaraz miała rozsadzić jej głowę.
Nie mogła umrzeć. Nie taki miał być jej los. To to lisie serce powinno być na jej miejscu, to on zasługiwał na śmierć! Nawet gdyby chciała cokolwiek zrobić… Nie była w stanie. Jej ciało odwracało się przeciwko niej, nie wykonując żadnego z nadanych poleceń. Ignorowało ją. Nawet głos, przedtem tak silny i gromki, teraz był tylko cichym skrzekiem, niezdolnym do wypowiedzenia choćby jednego słowa. Jedyne, co jej pozostało, to nienawistny wzrok, który wlepiała w kocura, choć z czasem i go straciła, gdy mimowolnie zamknęły się jej powieki. Jej ciało w końcu bezwładnie opadło. To naprawdę był jej koniec.
Jeszcze przez parę uderzeń serca… słyszała odgłosy. Chwiejne, ciężkie kroki jej wroga, które z perspektywy jej uszu były tak głośne, jakby po ziemi stąpał borsuk. Wkrótce jednak i to ucichło. Pozostawiło ją samą w towarzystwie otchłani, ziąbu i głuchej, martwej ciszy.

Od Daglezjowej Igły CD. Agresta

wiele księżyców temu, przed śmiercią Agresta
— W każdym razie, chciałbym, abyś wiedziała, iż rozumiem, co czujesz. I niezależnie od tego, czy to, co mówią, jest prawdą, jestem po twojej stronie. O to nie musisz się martwić. Lubię i akceptuję cię nieważne co. 
Kocica zamrugała. Przez chwilę nie wiedziała, co mu odpowiedzieć i można było to po niej zauważyć. To było... miłe? Przywykła już do różnych komplementów i uwielbiała słuchać od innych słów podziwu czy pochwał. To, co powiedział właśnie Agrest, było z deka inne. Po chwili zastanowienia uśmiechnęła się ciepło w stronę starszego kocura. Ona nie miała pomysłu na odpowiedź? Chyba w snach.
— Dziękuję. Bardzo miło mi jest to usłyszeć — miauknęła, owijając wokół łap rudy ogon. — To samo mogłabym powiedzieć o tobie. — Na chwilę zamilkła. — Dobrze jest wiedzieć, że jest obok ktoś, kogo nie kręcą takie głupie plotki...
Daglezja skrzywiła pysk na samą myśl. Ech... Jak tylko wyjdzie z tego legowiska, prawdopodobnie znów wyleje się na nią szambo opowiastek na temat jej i Lśniącej Tęczy. Oczywiście, ignorowała je, lecz w duszy miała ochotę rozszarpać wszystkich, którzy mieli czelność cokolwiek mówić. Nakręcać to durne koło.
— Taki już los bycia kimś ważnym — westchnął Agrest, moszcząc się wygodniej na swoim legowisku. — Trzeba zacisnąć zęby i iść dalej, czy się nam to podoba, czy nie. Dobra rzecz jest taka, że w końcu się znudzą. Czas tylko pokaże, ile im to zajmie... — Zaśmiał się lekko, choć Daglezji wcale do śmiechu nie było. Wolała, aby skończyło się to już teraz. Ileż można było wymyślać teorii na temat jej rzekomego związku z takim mysim móżdżkiem?! — Lecz jeśli w międzyczasie znów będziesz miała chwilę zwątpienia w swoich współklanowców, legowisko starszych stoi otworem. 
Uśmiechnęła się.
— I bardzo to doceniam — wymruczała kocurowi w odpowiedzi.

doczekałeś się w końcu pierdoło

10 listopada 2024

Od Daglezjowej Igły

Od pewnego czasu przywódczyni owocniaków była niemożliwa do rozpoznania. Ta piękna, powabna kocica z ogonem wiecznie trzymanym w górze i dumnie podniesioną brodą, powoli znikała. Ustępowała zgarbionej, słabnącej sylwetce, której trudno było przyznać, że nie młodniała. Ruda, lśniąca sierść matowiała, nawet pomimo wzmożonego mycia i higieny. Na pysku ustępowała srebrnym włoskom, które wpierw wypleniała jak najgorsze chwasty – bez skutku, wracały ze wzmożoną siłą. Nie potrafiła już biec tak długo i szybko, jak wcześniej. Zbolałe stawy szybko odzywały się, gdy tylko Daglezja chciała podjąć jakikolwiek wysiłek. Miała wrażenie, że zawodzić zaczęły ją nawet jej zmysły – wizja rozmazywała się, w im dalszą dal spoglądała, a inne koty musiały nieraz powtarzać to, co do niej mówiły, by mogła dobrze je usłyszeć. Starzała się. Jej ciało było niczym w porównaniu do tego, które posiadała długie sezony temu. Mogła tylko wspominać swoje piękno i grację, które uleciały wraz z upływającymi księżycami. 
Nie była w stanie tego zaakceptować. Każdy kolejny dzień tylko przypominał jej o tęsknocie za swoją byłą sylwetką. Swoją idealną, wspaniałą sylwetką. Błyszczącym futrem. Urokliwym pyszczkiem, który sprawiał, że na jego widok kocury padały jak muchy. Już nikt na nią nie patrzył tym samym wzrokiem. Od incydentu ze śmiercią Sadzawki większość kotów uciekała od niej spojrzeniami. Już nie łamała kocich serc. Straciła tę umiejętność już dawno...
— Rumianek — wychrypiała, przekraczając próg lecznicy. Jasna, puszysta sylwetka odwróciła się, by spojrzeć na wchodzącą do legowiska kotkę znad sortowanych ziół. — Co się gapisz? Rumianek, powiedziałam — burknęła, mrużąc oczy.
Świergot wpatrywała się w liderkę intensywnie przez parę długich uderzeń serca, aż w końcu westchnęła głęboko i odwróciła się całym ciałem. Usiadła, owijając ogon wokół przednich łap.
— Macierzanka od biedy też może być — dodała z irytacją.
— Dużo prosisz o zioła ostatnimi czasy — miauknęła Świergot, widocznie starając się brzmieć jak najspokojniej. — Nasze zbiory mogą na to nie pozwolić.
Daglezjowa Igła prychnęła.
— Pogoda jest dla roślin idealna. Ledwo co skończyła się pora zielonych liści, to czego niby im jeszcze trzeba? — mruknęła z niezadowoleniem. — Przyznaj się, że jesteś leniwa i nie chce ci się zbierać.
— Dwie prace to wiele do zrobienia. Szczególnie, że obie muszę wykonywać w pojedynkę.
— Przecież masz do pomocy Pumę i Orzeszka.
— Prawda — odparła Świergot. — Ale choćby i latały jeże, ich dwójka nie zastąpiłaby prawdziwych, wytrenowanych medyków.
Ruda zamachnęła się ogonem. Mysie łajno... Czego ona niby mogła potrzebować? Dwie prace... Wielkie mi rzeczy — pomyślała Daglezja, marszcząc brwi. Robiła to w pełni dobrowolnie, a nadal narzekała. Rozlazły ślimak...
— Nonsens. Szukasz tylko durnych wymówek. Nic byście nie robili, zupełnie nic — mruczała do siebie pod nosem, co jednak nie uszło słuchowi szamanki. Kocica podeszła bliżej do swojej przywódczyni, utrzymując na pysku kamienny wyraz, nienadszarpnięty przez rzucane przez Daglezję wyzwiska.
— Mam dużo pracy. Bardzo dużo pracy. I wiedziałabyś, czym jest ciężka praca, gdybyś uczęszczała na polowania i patrole. Ostatnimi czasy rzadko kiedy opuszczasz obóz, Daglezjowa Igło, a może dobrze by ci to zrobiło.
Rdzawa zmierzyła ją spojrzeniem. Zmarszczyła brwi i już otwierała pysk, by obdarować Świergot ładną wiązanką słów, ale się powstrzymała. Nie miała po co. Nie żeby ta durnowata mysia wywłoka zrozumiała cokolwiek. Nie było warto marnować na nią śliny. 
— Podaj mi ten rumianek — warknęła tylko, nie odrywając wzroku od ciemnych oczu medyczki. Z pyska kocicy uszło westchnięcie, lecz odwróciła się, by podejść do składzika i podać liderce parę sztuk poproszonego przez nią zioła. — Jakbyś nie mogła tak od razu... — rzuciła jeszcze na odchodne, zabierając ze sobą leki. Głupia... Jak zwykle musiała wykłócać się o swoje. Bycie przywódcą było jednak ciężkie... — myślała sobie Daglezja, spożywając na gałęzi zioła, dając swojemu umysłowi chwilę spokoju.

EVENT NPC: Świergot

30 sierpnia 2024

Od Daglezjowej Igły

porą zielonych liści
Przewodzenie Owocowemu Lasowi było prostym zadaniem. Cieszyła się przyjemnym spokojem, który po napadach borsuków zagościł na ich ziemiach. Daglezja mogła także odetchnąć z ulgą, korzystając ze wszelkich wygód, które oferowało jej życie przywódcy. Szczególnie przyjemna i ciepła pora zielonych liści sprawiała, że najchętniej wylegiwałaby się w słońcu przez całe 3 księżyce, unikając wścibskich kociąt, dziwnych plotek i, oczywiście, Lśniącej Tęczy. Tylko nie byłoby w tym żadnej frajdy, gdyby musiała to robić w samotności. Jedna kotka nie odstępowała od niej nawet o krok i choć zwykle byłaby tym zirytowana, Daglezja nie mogła być bardziej wdzięczna losowi, niż teraz.
— Jak tu wygodnie — mruczała Sadzawka, rozpychając się na rześkiej trawie, przybierając fikuśne pozy, a przede wszystkim ciesząc się przenikającym przez listowie drzew słońcem. Tuż przy jej wyciągniętej łapie leżała Daglezjowa Igła, eksponując promykom swój brzuch. Zadrżały jej z rozbawienia wąsy. Zacisnęła zęby i z uśmiechem pochwyciła Sadzawkę, obejmując jej tułów, czego ta się w zupełności nie spodziewała. Udawanie wgryzła się w jej bok, udając groźnego przeciwnika, kiedy ta szamotała się, próbując wykaraskać z uścisku. W końcu odepchnęła przywódczynię silnym kopniakiem.
— Jak kociak — westchnęła z rozbawieniem. I właściwie, była to prawda. Daglezja przy niej faktycznie czuła się jak dzieciak. Mogła poczuć raz jeszcze, jak to jest być uczennicą bez żadnych zmartwień. Z pominięciem durnego mentora, irytujących bachorów i tego klanowego dziwaka…
Sadzawka pacnęła ją po pysku, rozpoczynając kolejną serię chichotów i udawanych ataków.

***

Nowa pora roku powitała ich z przygrzewającym grzbiety słońcem. Była miłym przedłużeniem zielonych liści, więc spędzała ją tak samo. Gdyby nie okazjonalny deszcz i powolnie żółknące korony drzew, nawet nie zauważyłaby, że lato się już skończyło.
Chciała wyjść z obozu w towarzystwie swojej przyjaciółki, jak zwykło jej robić. Zabrała Sadzawkę i już była w progu wyjścia, kiedy nagle drogę przesłonił jej Lśniąca Tęcza, podchodząc sztywnym krokiem, jak trup, co właśnie wypełzł z grobu. Samo zobaczenie jego durnowatego pyska wystarczyło, by wywołąć u kotki skrzywiony grymas.
— Daglezjowa Igło, Sadzawko, gdzie się wybieracie? — zapytał, na co Daglezja podniosła jedną brew. Nie zdążyła odpowiedzieć, bo w przeciągu uderzenia serca pyskiem w pysk stanęła przy Tęczy zastępczyni, prychając:
— A co cię to obchodzi?
— Wczorajszego wieczora umówiliśmy się, by przeanalizować sprawę statystyki dotyczącej ilości wojowników do zwiadowców w Owocowym Lesie — powiedział z powagą. — Nie możecie tak zaniedbywać swoich obowiązków — burknął, brzmiąc jak natrętny, konfidencki uczniak. O czym on w ogóle mówił, myślała Daglezja, przewracając oczami. Czy naprawdę zgodziła się na omawianie takich mysiomózgich spraw? W taką pogodę? Nie zamierzała wymieniać okazji do złapania paru (może ostatnich…) promieni słońca i spędzenia miło czasu na jakieś głupie widzimisię jej zastępcy.
— Jutro — zapewniła Daglezjowa Igła, chcąc jak najszybciej go spławić. Już miała iść dalej, lecz kocur zaczepił ją ponownie.
— Bylebyście nie szły do lasów w okolicach Konającego Buku — mruknął do nich niechętnie.
— Dlaczego niby? — odparła cięto Sadzawka.
— Nadal grasują tam psy, więc bym nie radził robienia tam schadzek. Chyba że nie przeszkadza wam bycie przerobionym na wronią karmę… — Zastrzygł uchem. — Już Owocowy Lasek, czy Upadła Gwiazda byłyby lepszymi wyborami.
— Hmpf! — wydała z siebie już zniecierpliwiona Daglezja. — Dobrze, dobrze, wystarczy. Umiemy sobie poradzić same. I możesz być spokojny, nie zamierzamy skończyć jako posiłek dla psów — mówiła z wyczuwalną irytacją. — Chodźmy już, Sadzawko! W tym tempie to zmierzch nas zastanie, zanim tam dojdziemy — mruknęła, w końcu mogąc opuścić obozowisko. Bura jeszcze rzuciła Lśniącej Tęczy jedno pełne odrazy spojrzenie i prędko dogoniła swoją towarzyszkę.
— Na osty i ciernie, co za wrzód na ogonie! Jakby nie mógł się odczepić, chociaż na moment — narzekała głośno, prawdopodobnie na tyle, by kocur mógł to usłyszeć. — Wystarczy usłyszeć ten jego parszywy głosik, a już dzień robi się gorszy.
— Ciekawi mnie, czy on od początku był taki wnerwiający…
— Och, uwierz mi, był! — zapewniła ją Sadzawka. — Jestem pewna, że zanim się jeszcze urodził, mentalnie był w starszyźnie… — zaśmiała się, drgając wąsami.

Choć zwykle robiła wszystko na przekór Lśniącej Tęczy dla zasady, tym razem (o dziwo) posłuchała się jego zalecenia. Faktycznie, Owocowy Lasek był dobrym równie dobrym miejscem. Położyły się – Daglezja pod gęstym, berberysowym krzewem, a Sadzawka wśród kęp zroszonej trawy. Musiały wykorzystać słońce, zanim się schowa na dobre trzy księżyce za grubą pokrywą chmur. Potrafiły to robić nawet przez kilka godzin, plotkując o wszystkim i o niczym, dementując lub potwierdzając stare pogłoski i obgadując każdego, kto zdążył im się nawinąć pod łapy. Bez względu, czy był to wojownik, stróż, uczniak, czy jakiś kociak – nikt nie był w stanie się przed nimi ukryć.
Jej uwagę przykuł dziwny, pochodzący z zarośli dźwięk. Dziwny szmer przez pierwsze uderzenia serca Daglezja próbowała zwalić na nieostrożną zwierzynę, lecz ten z każdą chwilą zdawał się bliższy i głośniejszy. Zerwała się na równe nogi, otwierając pysk, by skłonić przyjaciółkę do tego samego, ale w tamtej chwili szelest przemienił się w trzask łamanych gałęzi. Widziała tylko wysoką, smukłą postać, która chowała się w cieniu jabłoni i lśniący kij w jej ręku, jakiego koniec wymierzony był prosto w sylwetkę Sadzawki. A później tylko huk, od którego rdzawa miała wrażenie, że pękły jej uszy.
Wszystko było tak prędkie, że Daglezjowa Igła nie wiedziała, co się wokół niej stało. Momentalnie usłyszała głośny lament Sadzawki, która nawet nie zdążyła wstać, a już z powrotem leżała na ziemi. Widziała czerwony rozprysk, który skroplił źdźbła trawy i burą sierść jej towarzyszki. Nienaturalny rechot potwornego stworzenia dzwonił jej w uszach prawie tak samo głośno, co pisk wywołany nagłym rykiem strzelby. Wpatrywała się w to z przeszywającym ją od czubków palców po kępki futra na jej uszach strachem. Niezdolna do wykonania żadnego ruchu. Jak wryta.
Ocudził ją dopiero kolejny rozdzierający powietrze, rozpaczliwy krzyk. Ruda spojrzała raz na stojącą w oddali kreaturę, a raz na Sadzawkę, bojąc się następnego ciosu. Daglezja podbiegła do swojej zastępczyni, która zwijała się z okropnego bólu i po raz pierwszy w życiu zupełnie nie wiedziała, co powiedzieć. Jej morskie oczy, zawsze tak pewne i bystre, były wypełnione głębokim lękiem.
— Durne… dwunogi… — wysyczała przez zaciśnięte zęby Sadzawka, wyprzedzając swoją przyjaciółkę. Nawet teraz kipiała w niej wściekłość. — Lisie serca… bez… krzty… — charczała z wielkim trudem.
— Wstań — przerwała jej Daglezjowa Igła, ocierając się o jej futro. Co uderzenie serca zerkała w stronę kłusowników, lecz ci wydawali się czymś rozproszeni. Mogły uciec. — Wszystko w porządku?
— A wygląda, jakby było? — spytała z warkotem, krzywiąc się od bólu. — Piecze… jak diabli… — mamrotała przez zaciśnięte zęby. Daglezja po raz kolejny trąciła ją nosem, stojąc prosto tak, by bura mogła się o nią oprzeć. Kocica podniosła się na drżące nogi, próbując wylizać ranę. Ruszyły i choć Daglezja najchętniej pobiegłaby przed siebie, jej kompanka uginała łapy, z każdym krokiem prawie pokładając się na ziemi.
— Musimy dojść do obozu. Nie rób tego teraz, Sadzawko — mruczała w zdenerwowaniu, popychając towarzyszkę, by szła szybciej. Ruda nie mogła przestać spoglądać w stronę dwunożnych, którzy ciągle czyhali na ich życia. Miała wrażenie, że celują lufami swych strzelb prosto w jej kark i tylko czekają na odpowiedni moment, by pociągnąć za spust. Śmierć nie nadchodziła, lecz mogła to zrobić w każdej chwili. A Daglezjowa Igła nie chciała jeszcze umierać.
Sadzawka wymamrotała coś niezrozumiale, lecz z sykiem bólu dorównała jej kroku.

***

Daglezja z trudem powstrzymywała się od wygryzania sobie kępek sierści. Wysuwała i wsuwała z powrotem pazury, chociaż przekonywała się, że wszystko będzie dobrze. A przynajmniej próbowała.
Nie była pewna, czy kiedykolwiek czuła o drugiego kota taką troskę. Nawet nie o Aksamitną Chmurkę, gdy patrzyła, jak jej własna siostra zostaje krwawo zbita na kwaśne jabłko. Może dlatego, że wiedziała, że Aksamitka na to wszystko sobie zasłużyła. Choć była jej bliska, była także mysim móżdżkiem, musiała to przyznać. Od dawna można było przewidzieć jej koniec. Sadzawka nie zrobiła nic. Poza tym… potrzebowała jej. Daglezjowa Igła nie wiedziała, komu innemu mogłaby zaufać na tyle, na ile zaufała właśnie swojej zastępczyni. Kto inny mógłby jej towarzyszyć tak długo i niezłomnie, jak ona? Miała już Sadzawkę u swojego boku tak długo, że nie wyobrażała sobie, by teraz zostać samą.
Potrząsnęła głową. Po co w ogóle się zamartwiała? Przecież zajęli się nią medycy. To była w końcu Sadzawka – kocica twarda jak skała, której nic nie mogło złamać. Jej ciało było równie silne, co wola – nie pozwoliłaby sobie teraz zginąć. Wylizała się już z wielu rzeczy. Dlaczego miałaby teraz sobie nie poradzić?
— Daglezjowa Igło? — Poczuła delikatne dotknięcie łapą jej grzbietu, przez co odwróciła łeb. Stała za nią Murmur, widocznie niepewna, co zignorowała przywódczyni. Dopiero odeszła od swojej pacjentki, zostawiając przy niej swojego młodego ucznia. Zresztą, ten dzień był wystarczająco stresujący dla nich wszystkich. Miała prawo wyglądać na poddenerwowaną.
— Tak? Coś w sprawie Sadzawki? Dochodzi do siebie? — pytała gorliwie, przez co medyczka położyła po sobie uszy.
— Sadz… Sadzawka, pomimo naszych prób, niestety… odeszła.
Murmur ucichła, zupełnie tak jak jej zszokowana liderka.
— Że co proszę? — wydukała, otwierając szeroko oczy. Przez chwilę milczała, jakby w oczekiwaniu, aż kotka jej powie, że to tylko żart, głupi, kiepski kawał. Ta jednak uciekła wzrokiem, wbijając go w ziemię. Daglezja wiedziała już, co to znaczyło, ale nie chciała w to wierzyć. Chciała uciec; cofnąć się o parę uderzeń serca wstecz, kiedy była pewna, że Sadzawka żyła.
— Naprawdę mi przykro — mruknęła ze szczerym współczuciem. Daglezjowa Igła poczuła, jak coś roztrzaskuje się w jej piersi, niewyobrażalnie kłuje, jak zęby wbite prosto w ciało. Na chwilę zabrakło jej powietrza – zupełnie tak, gdyby zaciskały się na jej gardle borsucze szczęki. — Jej obrażenia były bardzo ciężkie. Pocisk przebił jedno z jej płuc, być może i nawet trafił w inne organy. Gdyby przeżyła, byłby to cud. A nawet jeśli, byłaby przed nią bardzo długa kuracja…
Daglezjowa Igła nie słuchała jej już po paru pierwszych słowach. Początkowy szok i żal stopniowo zastąpił gniew, rosnący z każdym uderzeniem jej serca. Wcześniej spokojna przywódczyni napięła całe ciało, jak gdyby szykowała się do boju, i zjeżyła futro na swoim grzbiecie.
— Jesteście medykami czy bandą amatorów? — głośno warknęła. — To była wasza robota! Mieliście jedno, jedyne zadanie, a i tak nie mogliście sobie z nim poradzić! — wysyczała, swoim wybuchem przyciągając zaskoczone spojrzenia części znajdującej się w obozie kotów. Murmur odsunęła się od kocicy z odrobiną wymalowanego na jej pysku lęku.
— Zapewniam cię, Daglezjowa Igło, że próbowaliśmy wszystkiego…
— Łżesz! Jakbyście próbowali wszystkiego, Sadzawka nie byłaby martwa! — prychnęła przywódczyni. I ona powierzała takim głupcom swoje zdrowie? Jeszcze parę wschodów słońca temu pozwalała im leczyć swoje zadrapanie, by ci okazywali się bezużyteczni jak zdechłe lisy? — Zaprowadź mnie do jej ciała. Muszę… — Na chwilę przestała mówić, lecz gdy tylko kątem oka zauważyła stojącego w oddali Lśniącą Tęczę, jej turkusowe ślepia zapłonęły. To on odpowiadał za śmierć jej ukochanej przyjaciółki. To po to tak na nie napierał… wskazał im Owocowy Lasek… Nagle w jej głowie kilka rozrzuconych części połączyło się w całość. Taki był jego plan od początku! Zamierzał zabić je obie, przejąć jej stołek… Że też była tak głupia, by mu uwierzyć. To był zamach. Zamach! — Ty! — zawołała, przyciągając jego niewzruszone, kamienne spojrzenie. Nie czuł żadnej skruchy. Niczego nie żałował. Zupełnie, jakby wymienił się sercami z lisem. Podeszła do niego bliżej, odpychając od siebie medyczkę. — To wszystko twoja wina! Próbowałeś zabić nas obie! O wszystkim wiedziałeś! Jak możesz dalej patrzeć sobie w pysk? — ujadała jak rozjuszony pies, zbliżając się do kocura z każdym krokiem.
Lśniąca Tęcza cofał się, aż nie uderzył zadem o pień drzewa, z którego wszystko obserwowali zgromadzeni na nim uczniowie. Już niemal rzuciła się na niego z kłami, lecz w tamtej chwili drogę do niego zagrodziła jej swoim własnym cielskiem Świergot.
— Daglezjowa Igło, proszę, zachowaj spokój — powiedziała spokojnie, lecz dosadnie. — Odejście Sadzawki jest ogromnym ciosem dla całej naszej społeczności. To trudna sytuacja. Nie powinniśmy jednak pozwalać, by nasze emocje…
— Kim ty niby jesteś, by mówić mi, co mam robić?! — przerwała jej z wrzaskiem, powodując u liliowej zaskoczenie. Kocica odsunęła się nieznacznie od pyska Daglezjowej Igły, jakby się bała, że zaraz jej zęby wylądują na jej gardle. — Lśniąca Tęcza to morderca! Ma na swoich pazurach krew Sadzawki!
Większość owocniaków, którzy przyglądali się scenie, milczała. Wlepiali tylko oczy w swoją przywódczynię, bojąc się pisnąć jakiekolwiek słówko. Po jej ostatnim krzyku rozległo się jednak kilka cichych szeptów. Daglezjowa Igła prędko odwróciła głowę w stronę jednego z dźwięków, świdrując grupę kotów wzrokiem.
— A do was wszystkich – zamknijcie się, z łaski swojej! — wywarczała w jej stronę, uciszając każdego owocniaka. Zdawało się jej, że po jej wrzaskach zamilkł nawet i wiatr. — Choć ten jeden raz przestańcie paplać o wszystkim, co wam przyniesie ślina na język! — wysapała. Nie obchodziło jej teraz, jak wyglądała w oczach swoich współklanowców. Ignorowała zawzięcie wszystko, co próbował zasugerować jej w tej chwili zdrowy rozsądek. Gdyby tylko mogła, gdyby nie powstrzymywała ją Świergot, Lśniąca Tęcza byłby już tylko rozwleczoną, bezkształtną kupą sierści i mięsa. Postrzępioną tak, by nikt nie był w stanie dłużej rozpoznać w nim kota.
— Oszalałaś — powiedział cicho Tęcza, marszcząc biały grzbiet nosa. Daglezja na chwilę zamilkła, podnosząc do góry uszy. — Czy to jest właśnie ten przywódca, który ma stać na naszym czele? Ten, którego wybraliście sami? — prychnął, odwracając na chwilę łeb ku gapiom. — Zastrzelili ją dwunodzy! Nawet was nie tknąłem! Po co by mi była jej śmierć?!
— Nie masz nawet tyle honoru, by się przyznać. Możesz okłamać cały Owocowy Las, jeśli tylko sobie życzysz, ale nie mnie! Ja wiem wszystko!
— Masz czelność wypominać mi honor, kiedy na wszystkie koty wokół rzucasz bluzgami? — parsknął, podchodząc kilka kroków bliżej. Patrzyli sobie prosto we wściekłe oczy. — Może lepiej spójrz na swoją godność.
Daglezjowa Igła zasyczała, próbując podejść w jego stronę, lecz szybko złapała ją Świergot, zatrzymując w miejscu. Obróciła głowę, by zwyzywać ją prosto w pysk, lecz zamiast tego wypuściła głośno nosem powietrze. Nie. To nie było tego warte. Rozluźniła nieco spięte ciało, by wyskoczyć z objęć szamanki i stanąć za nią. Czuła na sobie spojrzenie każdego współklanowca, który rył nory w jej grzbiecie. Przez kilka uderzeń serca stała tak w bezruchu, ciężko oddychając, nie odrywając od Lśniącej Tęczy nienawistnego wzroku.
— Przygotujcie ciało Sadzawki do pochówku — mruknęła posępnie ze spuszczoną głową. Po chwili odwróciła się, z zamiarem zniknięcia w gałęziach drzew, w swoim legowisku. — Będę w nocy czuwać przy jej ciele.

***

Z chmur skapywały na jej kark chłodne krople deszczu. Zapadł świt, a ona nadal siedziała wśród traw, zgarbiona, zmokła i zziębnięta. Była sama przy świeżo usypanym grobie – towarzyszyło jej jedynie dudnienie spadających z nieba łez. W uszach Daglezji piszczało od krzyków, zarówno jej własnych, jak i tych zastępczyni, lecz jej umysł był cichszy niż kiedykolwiek. Kocica bezwiednie wpatrywała się w grób Sadzawki.
Nie umiała sobie tego poukładać. Nie minął nawet wschód słońca, a już jej nie było. Dopiero co z nią rozmawiała, patrzyła prosto w oczy, które teraz były zamknięte na wieki. I to wszystko przez jednego, podłego kota. Przez niego. Tak zgorzkniałe stworzenie, na którego choćby zerknięcie napawało ją odrazą. Jak śmiał to zrobić? Od początku wiedziała, że nie był niczym ponad kawałek zapchlonej skóry, lecz nawet ona nie wiedziała, jak ten mógł zrobić coś tak obrzydliwego. Obłudnego. Plugawego.
Zawsze chciał jej skraść władzę. Widziała w jego oczach tą kipiącą zazdrość, którą skrywał, zwykle za warstwą „miłości” do swej ojczyzny i chęci służenia jej aż po kres swych dni, lecz ona wiedziała, co było w nim naprawdę. Wiedziała, że pod tym wszystkim chowała się tylko podła potrzeba kontroli. Byle mógł tylko w końcu poszczycić się tym, że z nią wygrał, nareszcie ją pokonał, wdrapał się za jej kosztem na sam szczyt. Zacisnęła zęby. Pchlarz. Nie zasługiwał nawet, by na niego spojrzeć, a co dopiero na prawo do bycia członkiem jej klanu. A to, że jeszcze był jej zastępcą, przyprawiało ją o wymioty.
Wiedziała dobrze, jak Tęcza omamiał jej współklanowców, mydlił im oczy, byle wierzyli w jego niewinność. Byli ślepi i karmili się tym, co tylko im podawał, nawet jeśli było to wypełnione wijącymi się czerwiami. Nie zauważali ich. Nie chcieli. Ich mysie móżdżki nie były przygotowane na okrutną prawdę – okrutnego, bezdusznego mordercę wśród swoich. Oczywiście, że każdy z nich wolał uznać ją za wariatkę, której pająki wiły w mózgu gniazda… Lecz to ich oczy były zasnute grubą warstwą lepkich pajęczyn.
— Jeszcze cię, Sadzawko, pomszczę — wyszeptała cicho, przymykając oczy. Uniosła do góry podbródek, pozwalając, by woda spływała po jej pysku. Otrząsnęła się jednak po chwili, znów spoglądając na usypany z ziemi kopiec, pod którym skrywały się szczątki jej drogiej zastępczyni. — Nawet niebo płacze. Popiera, że twoja śmierć była błędem. To łasicze serce pożałuje, że kiedykolwiek podniosło na którąkolwiek z nas pazur. Przerobię go jeszcze na wronią karmę — wysunęła z sykiem szpony, zatapiając je w mokrej glebie. Nie mogła tego tak zostawić. Nie mogła pozwolić, by zabójca Sadzawki był bezkarny. By jego życie toczyło się dalej tak, jak gdyby nigdy nic się nie wydarzyło.
Jeszcze nie wiedziała, jak to zrobi, ale była pewna – Lśniąca Tęcza za wszystko słono zapłaci. A ona tego wszystkiego dopilnuje. 

Wyleczeni: Daglezjowa Igła

08 lipca 2024

Od Daglezjowej Igły CD. Czernidłaka

Mianowany? Tak się mu spieszyło do bycia zwiadowcą? Podniosła nieznacznie jedną brew, nieco zdziwiona pytaniem Czernidłaka. Stojący przed nią uczniak był byle podrostkiem, jaki nie ukończył nawet roku. Zdawało się rudej, że Owocowy Las nie potrzebował kociaka na ważnym stanowisku.
A jednak coś się jej obiło faktycznie o uszy... Słyszała co nieco o postępach kocurka w treningach, jakie miały być wyjątkowo szybkie. Ponoć ta patykowata chudzina, która wyglądała, jakby przed chwilą porwała ją powietrzna trąba, miała być wyjątkowo zdolna. Hm. Nawet jeśli, malec musiał sobie na to jeszcze chwilę poczekać.
— Daglezjowa Igło, mój drogi — poprawiła go. Jej imię było dla niej ważne, w końcu nie po to je sobie zostawiła, by było ono przeinaczane. Mogłaby dodać, że nie jest jego koleżanką, by tak się do niej odzywać, ale miała na to zbyt dobry humor. Może innym razem. Może wykorzysta to na Lśniącej Tęczy. — No, przyznam, że muszę się nad tym zastanowić. Jesteś... Naprawdę młodziutkim uczniem, Czernidłaku — przyznała. Co ten dzieciak robił całymi dniami, że tak szybko udało mu się ukończyć trening? Nie spał całymi nocami, walcząc z pniami drzew, czy co?
— Sówka powiedziała mi, że nabyłem już wiele umiejętności i uważa, że to odpowiedni czas — odparł uczeń, przechylając głowę.
Że takie coś wychował Ślimak, pomyślała sobie Daglezja, z pewnym podziwem, nawet nie wiedziała już, dla którego z czarnych. Zwiadowca był czasem tak durny, a jednak... Być może to wpływ Patyczaka sprawił, że jego kociaki nie były kompletnymi mysimi móżdżkami, albo to samotnicza krew płynąca w ich żyłach zrobiła swoje.
— Lepiej jest tak ważnego okresu w życiu nie pospieszać. Nie wątpię, że sporo potrafisz, lecz sądzę, że lepsze dla ciebie by było spędzenie jeszcze czasu na doszlifowaniu swoich zdolności. Wyjdzie ci to na dobre — zapewniła go Daglezjowa Igła. Czernidłak nie wyglądał, jakby to była odpowiedź, jaką chciał usłyszeć, ale jedynie odpowiedział pogodnie:
— Cóż, dziękuję — wymruczał, na co Daglezja odpowiedziała mu uśmiechem. Myślała, że to już koniec rozmowy, lecz kiedy miała już wstać, kocur dodał: — A za ile księżyców mógłbym się spodziewać mianowania?
— Tego nie jestem ci w stanie powiedzieć — kotka pokręciła delikatnie głową. Naprawdę, czy aż tak mu na tym zależało? Niezłe miał ambicje... To była właściwie dobra cecha dla przyszłego zwiadowcy Owocowego Lasu. — Musiałabym zobaczyć cię w akcji — miauknęła półżartem, ale po uderzeniu serca stwierdziła, że właściwie, to nie był taki zły pomysł. Nie chodziła już za często na patrole, jako że nie musiała. Mogłaby rozprostować łapy, a przy tym ocenić, czy Czernidłak przypadkiem nie wyolbrzymiał swoich umiejętności.
— Mogę się zapytać mojej mentorki, czy nie mogłabyś do nas dołączyć — zaproponował. — Jutro wraz ze świtem wyruszymy na patrol.
Czy miała cokolwiek do stracenia? Parę godzin więcej bez towarzystwa jej upierdliwego zastępcy – właściwie bardziej nagroda, aniżeli utrapienie. Jedynym minusem było błoto i wisząca w powietrzu wilgoć, ale mogła się poświęcić. Jak by to wyglądało, gdyby jako liderka wyłącznie siedziała na zadzie w obozowisku do góry brzuchem?
— W takim razie powiedz jej, że z chęcią się przyłączę. Do jutra — powiedziała, zanim oboje rozeszli się do własnych legowisk.

***

Daglezja wylegiwała się na niskiej gałęzi drzewa, korzystając z jednego z rzadkich słonecznych promieni. Brzydziła się dotknąć przesiąkniętej brudną wodą ziemi, podobnie jak jej przyjaciółka. Sadzawka wygodnie usadowiła się na brzózce rosnącej tuż przy olchy liderki.
— Kogo jutro wysyłasz na poranny patrol zwiadowców? — zapytała, przeciągając się.
— Że ty mi takie pytania zadajesz — burknęła bura. — Hm... Traszkę, Gruszkę, Sówkę, Czernidłaka... Tak, chyba o nikim nie zapomniałam — kocica wygrzebała z dna pamięci utworzoną wcześniej listę. — A co cię to interesuje?
— Nikt ciekawy — mruknęła na wpół do siebie. — Nie mogłaś wybrać jakiegoś lepszego towarzystwa?
— A od kiedy cię tak ciekawi, kto na jakie patrole chodzi? — zdziwiła się nieco Sadzawka, mrucząc kąśliwie do przyjaciółki. — Co, planujesz dołączyć?
— Tak się składa, że akurat planuję — wyznała jej. — Muszę sprawdzić tego Czernidłaka. Ledwo co ze żłobka wypełzł, a już mnie pytał dziś o mianowanie.
Sadzawka prychnęła cichym śmiechem.
— Też słyszałam, że zdolne to kocię. Ale i tak go chyba nie mianujesz od razu, nie? — zapytała, wyciągając łapy na gałęzi. — Za młody jest na to.
— No raczej. Nie będę zwiadowcom legowiska zapychać nastolatkami — przewróciła figlarnie oczami. — Ale chcę zobaczyć, jak wyglądają te jego „nadzwyczajne” postępy.
Zastępczyni uśmiechnęła się do niej z dozą złośliwości.
— Obudzisz się w ogóle na wschód słońca? — zapytała z udawaną, wyolbrzymioną podejrzliwością i troską. — A może mam obudzić popielicę?
— Och, zamknij się — mruknęła żartobliwie do Sadzawki, wywołując u kotki śmiech.

***

Grupa zwiadowców już czekała przy na skraju obozowiska, gdy Daglezjowa Igła się w końcu zebrała do wyjścia. Musiała przecież przylizać zmierzwioną po śnie sierść – nawet jeśli miała się ona zaraz przybrudzić, kocica musiała prezentować się godnie jej miana. Nie każdy z czekających na wybycie zwiadowców za to wyglądał, jakby przykuwał do swojego wyglądu, chociaż połowicznie tak dużo uwagi, jak ona. Szczególnie ten Czernidłak... Jego poczochrane futro aż prosiło się, by doprowadzić je do porządku! Kiedy kocurek zauważył, że faktycznie dołącza do nich przywódczyni, ucieszył się i wkrótce wyruszyli w stronę rozwidlenia rzek za Konającym Bukiem, by zapolować. Przydałoby się w obozie nieco świeżej zwierzyny – Daglezja z chęcią wrzuciłaby coś na ząb. Oczekiwała, że patrol nałapie nieco świeżej, dobrej zwierzyny, jaką będzie mogła się delektować przy śniadaniu.

<Czernidłak?>

05 lipca 2024

Od Daglezjowej Igły

przed masakrą
Czuła, że ktoś coś przed nią ukrywał. Kręciła nosem, kiedy widziała oczy co niektórych współklanowców, ciekawsko kierujących się w jej stronę. Kiedy tylko jednak chciała podsłuchać ich szepty, one cichły, jakby nie chcieli podzielić się z nią informacją. Daglezjowa Igła była pewna, że to kolejna durna plotka, z jakich słynął Owocowy Las. Rdzawa miała wrażenie, że co księżyc obóz śmiał się z nowej rzeczy, w czym zwykle chętnie uczestniczyła. Cóż to mogło być teraz, jeśli klan próbował ukryć plotkę przed największą i najgorliwszą z plotkar? Czyżby dotyczyło kogoś z jej bliskiego środowiska? Może nawet jej samej? Cóż też mogli takiego wymyśleć...
Leżała na gałęzi topoli, wpatrując się w wylegujące koty, jakie przyciszonymi głosami żywo rozmawiały o tym, czego nie było jej dane poznać. Słyszała tylko raz po raz swoje imię i zauważała krótkie spojrzenia z (kiepskiego) ukrycia. Musiało jej to dotyczyć w jakiś sposób. Jej końcówka ogona podrygiwała w irytacji. Nie lubiła, kiedy zatajano przed nią prawdę.
Zaczęła przylizywać sierść na swoim barku, by na chwilę zająć się czymś innym niż rozmyślanie.
— Ooo, przygotowania do randki pełną parą, widzę! — usłyszała dezorientujące miauknięcie z dołu, przez które zamarła, z językiem w powietrzu. Huh? Jakiej randki? Chyba się przesłyszała... — Powodzenia życzę! Ten kocur to twardy orzech do zgryzienia... Hi hi! — dodała szybko Brzoskwinia, zmywając się równie szybko, jak się pojawiła, nie dając czasu Daglezjowej Igle na odpowiedź. Czuła się bardzo zagubiona. O tym teraz szemrały owocniaki? O tym, że jakiś byle parobek stwierdził, że spróbuje zdobyć jej serce? Dobrze, że o tym wiedziała! Kto mógł mieć na tyle mały, mysi móżdżek, aby wygadywać takie bzdury?
— Widzisz! Nie zaprzeczyła! 
— Mówiłem ci, że to prawda!
— Ale jakim cudem? Przecież obóz to potrafi grzmieć od ich kłótni!
— Kto się czubi, ten się lubi, mawiają...
Przywódczyni wbiła wilczy wzrok w grupkę kocurów, podchodząc do jednego z nich. Padło na biednego, niewinnego Kamyczka, jaki jedynie podśmiechiwał ze słów kolegów...
— O co chodzi? Co to za pogłoski? — fuknęła do czarnego, jaki prawie podskoczył, kiedy zorientował się, kto do niego mówił. — Ja również się chętnie pośmieję.
— Oj, przepraszam! Nie, nie, ja nie mam nic przeciwko! — tłumaczył się nerwowo stróż, odsuwając od niezadowolonej kocicy. — To może... zajmę się czymś innym... — Kamyczek z uprzejmym uśmiechem i widocznym zdenerwowaniem pomknął w krzewy, również znikając z jej pola widzenia.
Czy ktokolwiek mógł powiedzieć jej, o co chodzi?!
— Ja myślę, że to było tak, że Daglezjowa Igła czuła się nieco samotna po odejściu od Lukrecji. A, że Lśniąca Tęcza był jedynym "bliskim" jej kocurem, prócz Ślimaka oczywiście, to... — odezwał się Orzeszek, nieco za głośno jak na obecność przywódczyni lisią odległość od nich. Zupełnie tak, jakby jej nie zauważył.
Daglezja poczuła, jak w jej oczach pojawiają się dwa wściekłe płomyki. Że co proszę? — chciała wykrzyczeć, lecz w porę się powstrzymała. Kto był w stanie wpaść na taką durnotę? Była w szoku. Ona i Lśniąca Tęcza? To był jakiś żart i to najbardziej suchy i okropny, jaki kiedykolwiek usłyszała.
— Przepraszam bardzo — odezwała się w stronę grupki, starając się utrzymać na pysku pogodny uśmiech. — Nie wiem, skąd wzięły się takie plotki, ale chciałabym je zdementować. Pomiędzy mną, a moim zastępcą, nie ma ŻADNYCH romantycznych uczuć. Prosiłabym o zaprzestanie rozprzestrzeniania takich fałszywych informacji, dziękuję — miauknęła i odeszła. Uff... Czy to tym zajmowała się teraz młodzież Owocowego Lasu? Miała nadzieję, że to tylko taki jednorazowy wybryk. Czym prędzej odeszła, by położyć się w swoim legowisku na drzemkę. Teraz, kiedy obóz ucichł, mogła odpocząć od tych głupstw...

***

Gdy się obudziła, było tylko gorzej. Stukrotnie gorzej. Daglezjowa Igła czuła się jak w jakimś koszmarze, właściwie, żałowała, że w ogóle otworzyła z powrotem oczy. Wolałaby już chyba umrzeć, niż słuchać wszystkich scenariuszy, jakie zakładały owocniaki za jej plecami. Mówili o samotnych schadzkach, czułych słówkach, ostrych flirtach... Ten jeden raz naprawdę nie wiedziała, co robić! Czuła się bezradna. Każda próba wytłumaczenia komukolwiek, że ukryty związek jej i Tęczy był bujdą, kończył się jedynie wybuchem większej ilości plotek. 
Leżała na jednej z polan Owocowego Lasku. Samotnie wylegiwała się na wilgotnej trawie, wsłuchując się w przyjemną ciszę. Ten jeden raz, miała dość kotów, dość rozmów, dość plotkowania. Musiała odsapnąć od tego całego głupiego gadania!
Zdawałoby się, że przynajmniej teraz mogła znaleźć spokój, lecz nie. Zerwała się na równe łapy, słysząc głośny szelest zza drzew. Słońce zdążyło już zajść, a widoczność w cieniach drzew nie była doskonała. Ruda zjeżyła sierść na grzbiecie. Być może teraz, gdy w lasach kryły się borsuki, nie powinna była się w nie zapuszczać...
Zza pnia, zamiast drapieżnika, wyłonił się jednak wyłącznie ciemny zwiadowca. Rozpoznała w nim swojego dobrego znajomego, Ślimaka, i wygładziła sierść na grzbiecie. Usiadła na ziemi, zastanawiając się, dlaczego się tu zjawił. Czyżby jej szukał?
— Witaj, Daglezjowa Igło! — miauknął, wychodząc z mroku. — Nieźle się porobiło w obozie, nieprawdaż?
— Nieźle? Fatalnie! — westchnęła głośno zrezygnowana pointka. 
— Wszystkiego się już dowiedziałem. Wiesz, że mogę ci pomóc — zaproponował, na co uszy Daglezji uniosły się do góry. Niedowierzała, nareszcie znalazł się ktoś, kto nie należał do bandy tych głupców! Spojrzała na niego z nadzieją iskrzącą w jej oczach.
— Na osty i ciernie, nareszcie ktoś to rozumie! — Uniosła wysoko do góry swój ogon. — W końcu ktoś widzi, że to tylko jakaś durna plota! Jakbyś mógł pomóc mi to zdementować...
— Nie, Daglezjo — kocur położył łapę na jej barku, uciszając ją i dezorientując. — Ja wszystko naprawdę rozumiem.
— To znaczy..?
— Musisz pozwolić sobie nieść się swoim uczuciom. Ja wiem, twój poprzedni związek nie był najbardziej udany, lecz ukrywanie swojego następnego nie sprawi, że coś się polepszy. Wiem, że się boisz, lecz to nie ta droga. Im szybciej to zrozumiesz, im szybciej przestaniesz zaprzeczać, tym szybciej dojdzie to do twojego serca.
Kocica wbiła w niego przeszywające spojrzenie, całkowicie milcząc. Dopiero po kilku długich uderzeniach serca wypaliła łapą w jego policzek, a gdy ten się odsunął, wskoczyła między wysokie drzewa.
— Czy wszyscy tu już postradali zmysły?! — lamentowała.

***

Teraz nawet jej już nie obchodziło, co powie Owocowy Las, jaką wymyśli porcję nowych opowieści. Z resztą, pojawiały się z prędkością światła, niezależnie od tego, co zrobiła, w którą stronę nie spojrzała, czego nie powiedziała. Daglezja nawet nie wiedziała, że to możliwe, by w tak szybkim tempie myśleć! Co dopiero tworzyć tak udziwnione historie... 
Pech chciał, że ją i jego towarzysza w lesie zastał deszcz, przez który musieli schronić się pod drzewami, jakie nie rosły zbyt gęsto. Rdzawa nie była jednak fanką pomysłu o powrocie. Wystarczyło, że owocniaki zauważyły, że ich dwójka tajemniczo zniknęła... chociaż starali się opuścić obozowisko ukradkiem i samotnie, nawet nie chciała myśleć o tym, co usłyszy po powrocie. Zaakceptowała nawet to, że jej ułożoną sierść mierzwiły rzadkie, deszczowe krople, spływające po niej i po jej zastępcy, wsiąkające w wilgotną ziemię. 
Kocica głośno sapnęła, patrząc nienawistnie bokiem na swojego "kochasia".
— Nie mogłeś sobie może znaleźć jakiejś baby? — skrzywiła się, fukając w stronę czarno-białego. — W życiu żadnej nie miałeś, to się nie dziwię, że biorą cię za jakiegoś... desperanta... — zmierzyła go wzrokiem.
— Bo ty miałaś — odburknął, kręcąc łbem. — Nikogo nie potrzebuję. Odpowiada mi żywot samotnego wilka. A pragnę ci przypomnieć, że ty sama w tej chwili nie masz partnera.
Brzmiał żałośnie, myślała Daglezjowa Igła. Samotny wilk... mówił, jak gdyby to nie było tak, że żaden kot w lesie by go nie chciał.
— Gdybym tylko kiwnęła palcem, to bym miała, uwierz mi — fuknęła. — Różnica jest taka, że ja lubię mieć swobodę. Ty możesz tylko marzyć o tym, by ktoś na ciebie spojrzał.
— Wygląda na to, że długo jesteś już swobodna... — wymamrotał Lśniąca Tęcza pod nosem, czego liderka nie usłyszała i dodała:
— Z resztą, to i tak ja jestem tą pokrzywdzoną.
— Że niby w jaki sposób?
— Wiesz, zdaje mi się, że większość kotów, gdyby jakimś dziwnym trafem pojawiła się plotka, jakobym się z nimi umawiała, raczej by się ucieszyła — podniosła wysoko brodę. 
— Jeśli tak, to bynajmniej ja do nich nie należę — odwrócił się z wymalowanym wstrętem na pysku. — Mówisz tak, jak gdyby te całe miłosne sprawy mnie obchodziły. Spróbuj czegoś innego, jeśli chcesz mnie urazić.
Ruda zamachnęła się ogonem. To nie było możliwe, by ktoś miał to wszystko w nosie! Daglezjowa Igła przyglądała się czarnemu tak, jak gdyby był kosmitą, długo myśląc nad ripostą, jakiej jednak nie znalazła. Widocznie musiał już księżyce temu zaakceptować fakt, że był zbyt paskudny dla kogokolwiek. Nie współczuła mu. To była prawda.
Wypuściła głośno powietrze.
— Nieważne — Daglezja odwróciła łeb, zupełnie nie patrząc na Tęczę. — Nie po to wyszłam w taką ulewę i to z tobą, aby się kłócić. Czy wiesz cokolwiek na temat tego, jak ta cała katastrofa w ogóle się zaczęła?
— Obawiam się, że wiem tyle co ty — odparł. Kocur wpatrywał się w oddal, pomimo że przed nim roztaczał się jedynie rozmyty przez deszcz, ciemny krajobraz. Nie poruszał się nawet o wąs, pomimo, że krople wody ciurkiem zlatywały z nieba na jego pysk. — Wystarczyło wrócić z patrolu, by te pogłoski zasypały mnie jak śnieżna zaspa.
— Trzeba się tego pozbyć, przecież jak to wygląda — gładziła pazurem swoją brodę Daglezja, w głębokim zamyśleniu. — Przecież to żart. Wyobrażasz sobie, co będzie na następnym zgromadzeniu? Dobrze, że do niego jeszcze dużo czasu. Nikt mnie nie ośmieszy lepiej, niż właśni współklanowcy — syknęła.
— Do tej pory zapomną. Trzeba im na to pozwolić. Przecież obóz świergocze co wschód słońca o czymś innym — mruknął Lśniąca Tęcza, liżąc się po łapie. — Przekonaj tą swoją Sadzawkę, może wymyśli jeszcze większą głupotę i zbajeruje te mysie móżdżki. 
Kotka przymrużyła wrogo oczy.
— Mówisz tak, jak gdyby cię to w ogóle nie obchodziło. 
— Dopiero co nasłuchałem się bluzgów na Przebiśniega i Padlinę. Zanim jeszcze wrócił Agrest, pół Owocowego Lasu gadała o tym, jak jego pozostałe latorośle porwie jeszcze Larwa ze swoją bandą. Zastanów się co ty gadasz — łupnął na nią okiem. — Przecież ja też zaprzeczam, jak ktokolwiek do mnie podejdzie, aby o tym pogadać. Naprawdę myślisz, że to mi się podoba? Już Brzoskwinia chciała mi doradzać w tym, jakie lubisz kwiaty.  — na jego twarzy pojawił się szeroki grymas. — Nie zauważasz, że to nic nie daje? Trzeba im pokazać, że koło ogona ci to lata. Zaciśnij zęby i przestań ryczeć jak kociak.
Kocica odsunęła się od zastępcy z odrazą. 
— Hę? Że ja ryczę? — Daglezjowa Igła fuknęła na niego, marszcząc nos. — Nie, kochany, ja dbam o moje dobre miano! Czy ty zdajesz sobie sprawę, jak mi to umniejsza? Wysoko postawiona, silna przywódczyni wielkiej społeczności... W której wszyscy zamiast się zajmować czymś pożytecznym, tylko plotkują o moim romansie, co nie dość, że nie istnieje, to jeszcze jest z tobą — warknęła ostro. — Tobie to lata koło ogona, a ja? — Jej głos przybrał dramatycznej barwy, a oczy zwróciły się ku niebu. — Istna tragedia. 
Lśniąca Tęcza milczał przez uderzenie serca, zwracając wzrok ku swojej rozmówczyni. Zachichotał pod nosem ze złośliwym uśmiechem.
— Wiesz, czasami zdarza mi się zapomnieć, jakim egoistycznym bucem jesteś — prychnął ze śmiechem, po czym na powrót jego twarz przyjęła kamienny wyraz. 
— Że ja? Ja egoistycznym...
Kocur nagle wstał i otrzepał się z wody, jaka zdążyła na niego skapnąć, ochlapując przy tym zaskoczoną liderkę.
— Hej, ty! Co ty sobie myślisz, co? Czy zdajesz sobie sprawę, jak długo się układa taką sierść? — Wrzeszczała na niego, choć ten zdawał się być tym niewzruszony. Zwyczajnie odszedł w deszcz, stopniowo znikając pomiędzy pniami owocowych drzew. To jedynie spotęgowało gniew Daglezjowej Igły. — Lisia wywłoka! — przeklęła kocura, kręcąc gorliwie łbem. Po kilku chwilach głośno sapnęła. 
Ulewa jedynie przybierała na sile. Jeśli nie wyjdzie teraz, przemoknie do ostatniego suchego kosmyka sierści, pomyślała Daglezja, oglądając już swoje i tak już mokre futro. Wzdychając ciężko, ruda ruszyła się z miejsca, podążając ścieżką wytyczoną przez Tęczę. Nawet nie chciała już myśleć o tym, co zostanie powiedziane na jej temat, kiedy tylko jej łapa przekroczy próg obozu. Teraz nie zaprzątała sobie tym głowy. Mysi móżdżek, przeklinała jedynie idącego parę zajęczych skoków od niego zastępcę owocniaków.

23 czerwca 2024

Od Daglezjowej Igły

Ruda momentalnie zeskoczyła z gałęzi, kiedy tylko zobaczyła, jak wygląda powracający patrol. Skóra większości wojowników przecięta była jarzącymi się na czerwono skaleczeniami, a nawet jeśli nie – żadne z nich nie wyglądało ani na czyste, ani na zadowolone. Osiadły na ich futrze kurz i ubłocone łapy potęgowały tylko wrażenie, że coś było nie tak. Kocica podeszła do przodującego patrolowi Żagnicy, który klął pod nosem. Gdy zauważył przywódczynię, wypalił natychmiast: 
— Dobrze, że jesteś! Widzisz to, Daglezjowa Igło? — wskazał na swoich pobratymców, którzy lizali własne rany dla ukojenia bólu. — Te borsuki na granicach to jakiś nieśmieszny żart!
— Borsuki? — zdziwiła się. Słyszała już w ciągu ostatniego księżyca jeden lub dwa raporty o pozostawionych przez te zwierzęta śladach. Czy to odciśnięte łapy w mule, zalane nory czy zwykłe zapachy... Uprzednio ignorowała je, jako że te stworzenia mieszkały w lesie i były jego częścią, a nie zdążyły nikogo skrzywdzić. Na tamtą chwilę. — Zaatakowały was?
— Jedna borsuczyca wkradła się na nasze terytorium w okolicy Śmietniska. Chciałem ją odegnać na drugą stronę Drogi Grzmotu, ale nie słuchała się nas aż do demonstracji siły — warknął, zlizując ściekającą mu przez grzbiet nosa do pyska krew. — Gnojowy pysk.
— Czy wszyscy są cało? — wypięła się, by zobaczyć resztę zgromadzonych kotów, które wyglądały w porządku, prócz nietypowo mrużącej jedno oko wojowniczki. — Cierń, wszystko w porządku?
— Ta — mruknęła, próbując otworzyć zranione ślepię, lecz tylko zacisnęła mocniej powieki. — Dostałam w nie jakimś piachem. Pójdę z tym do Witki i będzie jak nowe — zapewniła. Ruda tylko po raz ostatni obejrzała wojowników i upewniając się, że już wie wszystko, pospiesznie odesłała ich do legowiska medyka. Durne borsuki. Jakby nie potrafiły zauważyć, że Daglezja chciała nieco odsapnąć po tym wszystkim, co znosiła przez ostatnie parę sezonów. Czy jej też nie należało się trochę odpoczynku? Bycie przywódcą było jednak cięższe, niż się jej zdawało...

***

Musiała poczekać na powrót burej przyjaciółki z patrolu, lecz teraz, nareszcie, mogła przysiąść do rozmowy.
— Co takiego nas tu zbiera? — zapytała Świergot. — Coś poważnego?
— Mam coś do przedyskutowania — odparła tylko rdzawa, zanim wzięła głęboki oddech i zaczęła dzielić się tym, co zaobserwowała: — Już od jakiegoś czasu patrole składają raporty o podwyższonej aktywności borsuków. Na pewno zauważyliście — spojrzała znacząco na parę zastępców. — Na początku nie przykuwało to specjalnej uwagi, lecz dziś do obozu powróciła grupa, która została zaatakowana przez jednego z nich. Wszyscy są cali, ale zdaje się, że sprawa zaczyna być poważna. 
Daglezja zauważyła, jak trójka zamachnęła się ogonami na otrzymane informacje. Lśniąca Tęcza sapnął głośno.
— Gdzie oni poleźli? 
— Znaleźli borsuka na naszych terenach przy Śmietnisku — odparła. 
— Ostatnio czują się coraz pewniej, przekraczając nasze granice. Sama jednego odgoniłam z wojownikami, zanim tu przyszłam. Mnożą się jak króliki — zawarczała druga zastępczyni, poprawiając nałożony na jej bark opatrunek. — Również niedaleko Śmietniska. Być może pochodzą zza Drogi Grzmotu.
— To nie miałoby sensu — wtrącił się Tęcza, w moment przykuwając nieprzychylny wzrok Sadzawki. — Ich tropy były zaobserwowane wszędzie przy granicach. Zdaje mi się, że nawet w okolicach Upadłej Gwiazdy, Szopy Strachu. Może stamtąd też napływają, ale nie tylko. 
— Phi.
— Cóż... co zamierzamy z tym zrobić? — przerwała im Daglezjowa Igła. Podobało się jej, że mogła z boku obserwować, jak ktoś kłóci się z Tęczą (i tym wyjątkowym razem nie była to ona), ale wolała przejść do sedna.
— Sprawa chyba jest prosta, nie? — spytała Sadzawka, jakby była to najoczywistsza rzecz na świecie. — Trzeba wysłać więcej patroli na granice, zwłaszcza te na południu. 
— Odnoszę wrażenie, że jednak skupienie się na patrolach granicznych w środku pory nagich drzew to nie jest najlepszy pomysł — zaoponował czarny, sprawiając, że zastępczyni przewróciła oczami, podobnie jak mentalnie liderka. Czy mu wiecznie musiało coś nie pasować?
— Chyba nie chcesz, aby wdarły się nam borsuki do obozu?
— Chyba nie chcesz, aby Owocowy Las przymarł głodem?
— Hej, hej, spokój. Owocowy Las nie będzie głodował — mruknęła Daglezja, a widząc zdziwione spojrzenie Lśniącej Tęczy, skrzywiła się. Myślał, że go poprze? Niczego się jeszcze nie nauczył? — Zwierzyny jest pełno i nikt na nią nie narzeka. Okrutne mrozy są już za nami, a sama pora chyli się już ku końcowi. Bezpieczeństwo naszego klanu stawiam wyżej od paru piszczek mniej na stosie.
— Racja — poparła ją dodatkowo Świergot, sprawiając, że Lśniąca Tęcza machnął rezygnująco łapą.
— Byle twój żołądek tego nie pożałował.
— Właściwie, Lśniąca Tęczo, masz pewną rację — odezwała się Sadzawka, na którą Daglezja zerknęła dziwnie z ukosa. Co ona mówiła? Pająki zaplotły jej jakąś pajęczynę w mózgu? — Jeśli stracimy kilku wojowników, niewątpliwie dla każdego będzie więcej zwierzyny.
Ach tak. Ruda uśmiechnęła się nieznacznie. Na przyjaciółkę zawsze mogła liczyć.
— Bardzo śmieszne. Masz coś jeszcze do dodania? — fuknął kocur.
— Nie, lecz dziękuję, że zapytałeś — odpowiedziała mu, powodując u przywódczyni zduszony chichot.
— Ja bym chętnie poruszyła jeszcze jeden temat — miauknęła Świergot, na co Daglezja uniosła jedną brew. — Pamiętacie, jaką karę nałożyła Fretka na swoją córkę długie księżyce temu, prawda? Uważam, że powinna zostać już dawno zniesiona i jest na to dobry moment. Owocowemu Lasu przyda się nowy wojownik, szczególnie w obliczu sytuacji z lisami.
Ach, Iskra! Daglezja myślała o tym jakiś czas temu, ale zupełnie wypadło jej to z głowy! Faktycznie, kotka już długi czas spędziła, będąc właściwie najniższą możliwą wersją stróża. Prawda była taka, że okropnie przeciągała swój trening i Daglezja nie sądziła, że jej kara była niezasłużona, lecz minęło już dużo czasu. Jeśli szylkretka miała nauczyć się ważnej lekcji, już to zrobiła. 
— Nie mam nic przeciwko. Każda para łap, jaka może nam pomóc, jest dla mnie mile widziana. Czy komuś to nie odpowiada? — zapytała, patrząc po swoich zastępcach. Oboje przecząco pokręcili głowami, choć Daglezjowa Igła nie była pewna, czy Tęcza zwyczajnie się przy tym grymasił (co było dla niego typowe), czy nie chciało mu się już dalej wykłócać, a twierdził swoje. Cokolwiek to było, pointka była zadowolona, że postanowił zatrzymać to dla siebie.

***

Następnego dnia, gdy wybiło wysokie słońce, a ruda upewniła się, że Iskra znajduje się w obozie i niczym nie zajmuje, kotka wskoczyła na niską gałąź topoli. 
— Niech każdy kot wystarczająco dorosły, by samodzielnie polować, zbierze się na zebranie klanu! — krzyknęła, a jej gromki głos wywabił nieco zaspane po porannych patrolach koty z legowisk, podobnie jak te, które wygrzewały się w kilku ciepłych promieniach zimowego słońca. Owocowy Las zebrał się, czekając niecierpliwie na komunikat ich przywódczyni. Daglezjowa Igła, kiedy tylko w gęstwinie tłumu dojrzała wysoką stróżkę, nareszcie rozpoczęła przemowę: — Wraz ze Świergot oraz moimi zastępcami podjęliśmy decyzję o pewnej zmianie. — Rozniosły się szepty, jedne zainteresowane, drugie zlęknione, lecz uciszyły się tak szybko, jak tylko Daglezja kontynuowała: — Iskro, proszę, wystąp — miauknęła, kładąc wzrok na zszokowanej kotce, która po paru zagubionych mrugnięciach zaczęła cisnąć się przez tabun owocniaków, by stanąć na środku obozowiska, spoglądając prosto w oczy przywódczyni. — Umniejszająca rola, jaka została na tą kotkę nałożona przez byłą zastępczynię, z tym dniem zostaje zniesiona. Uznaję jej karę za wypełnioną. Iskro — raz jeszcze zwróciła się do niej bezpośrednio — Czy przysięgasz pozostać lojalnym naszej społeczności i walczyć za jej dobro?
— Przysięgam — odparła momentalnie.
— W takim razie od tego dnia nie będziesz znana dłużej jako posługaczka, a wojowniczka. Owocowy Las wita cię jako jego prawowitego członka — zakończyła Daglezja, dotykając pyskiem głowy Iskry. Popatrzyła po zgromadzonych, którzy skandowali jej imię. Liliowa wbiegła w tłum, w swojego przyjaciela, z którym odeszła, wesoło rozmawiając.
— Niech ma coś dobrego w życiu — mruknęła Sadzawka, której pojawienia się przy jej boku Daglezjowa Igła nawet nie zauważyła. 
— Niech ma — powtórzyła jedynie z uśmiechem.

Wyleczeni: Cierń

20 czerwca 2024

Od Daglezjowej Igły CD. Agresta

Gdyby zaczęła już jeść, bez wątpienia zadławiłaby się kawałkiem mięsa, słysząc pytania kocura. Pod nieobecność Agresta wszystko było w porządku, a było to widać szczególnie po zdartym od wrzeszczenia gardle Daglezjowej Igły. Wszystko było w porządku, jeżeli uznaje się za porządek monstrualny chaos. Wszystko było w sam raz. Nawet jej samej chciało się od tego śmiać.
— Nie było źle — odparła krótko ruda, prostując się i na chwilę odpychając posiłek na bok. — Choć nie można powiedzieć, że twoje odejście nie namieszało.
— Tak, wiem... — Agrest próbował się usprawiedliwić, lecz zanim to zrobił, zastępczyni odezwała się ponownie:
— Nie musisz się tłumaczyć — przerwała cokolwiek chciał powiedzieć. Jeszcze zanim wyznał wszystkim prawdę, Daglezja domyślała się, że mógł zbiec na poszukiwania córki-uciekinierki, chociaż nie spodziewała się, że naprawdę wróci, i to ze zgubą. Była nawet pod małym wrażeniem. Gdyby istniał Klan Gwiazdy czy Wszechmatka, niewątpliwie uznałaby, że to ich sprawka. W końcu mając na karku prawie sto trzydzieści księżyców, Agrest musiał być dziecinnie łatwym kąskiem dla każdego zła, jakie czaiło się poza granicami Owocowego Lasu. Najpierw, oczywiście, była wściekła, lecz teraz czuła ulgę, że nareszcie jego powrót zakończy ten cały zamęt. — Rozumiem. Wszystko, co musiało być powiedziane, zostało — mruknęła, nie potrzebując słyszeć po raz drugi tej samej gadki. — Właściwie nie wydarzyło się nawet za wiele, gdybyś chciał nadrobić. 
— Kociaki podrosły — zauważył Agrest, kierując wzrok w stronę latorośli Kosodrzewiny, którzy wymieniali się ziołową wiedzą, i na dzieci Patyczaka i Ślimaka, co beztrosko świergotały o treningach, narzekając na uciekające im na błoniach myszy. — Nawet Witka znalazła następnego ucznia. Zawsze przydadzą się jej dodatkowe łapy do pracy.
— Tak, tak — odpowiedziała, mając w myślach tylko gorący skandal, jaki wybuchł nie tak dawno, dotyczący prawdziwego pochodzenia Chmurki i Pumy, a także bariery, jaka wybuchła przez to między medyczką, a kociętami. Czy powinna uświadomić o tym Agresta? Hm... W Owocowym Lesie plotki od zawsze roznosiły się za szybko, a cichły za wolno. Dowie się w swoim czasie, pomyślała.
— A co do głosowania?
— Cóż, to chyba oczywiste, na jaki wynik liczę — parsknęła cichym śmiechem, przechylając głowę. — Mam więcej doświadczenia, klan dobrze mnie zna. Na Lśniącą Tęczę za to tylko narzekają uczniowie, za wpychanie na patrole o świcie — miauknęła niefrasobliwie.
Agrest uśmiechnął się, nieco rozbawiony.
— Niech wygra ten, kogo wybierze głos ludu — odpowiedział, na co Daglezja strzepnęła uchem. Huh? Niech wygra ona, nie ten głupi futrzak. Czy naprawdę Agrest kibicował i jemu? Czyżby zamienił się z myszą na mózgi? — Z obu z was będzie dobry przywódca.
— Oczywiście — miauknęła z udawaną radością. — Najważniejsza jest przecież służba w obronie Owocowego Lasu, prawda?
Od tych słów parzył ją język.

***

Nie wierzyła, że nareszcie to się stało. Patrzyła we własne łapy tak, jakby właśnie stała się zupełnie nowym kotem, jak gdyby z tą chwilą krew w jej żyłach przyjęła błękitną barwę. Daglezjowa Igła mogła usiąść na mównicy i wygłosić przemówienie, a każdy będzie musiał jej posłuchać. Nie była już zmuszona spać w jednym legowisku, jeszcze, fu, naprzeciw tego zapchleńca Tęczy, a miała całą gałąź dla siebie i wyłącznie siebie. Teraz, gdyby tylko chciała, była w stanie zrobić wszystko. Niemal wszystko.
Gdyby tylko mogła, a nic jej nie powstrzymywało, podbiegłaby do Lśniącej Tęczy i napluła mu w pysk. Wyśmiała tak głośno, że ptaki z wrzaskiem odleciałyby z lasu. Powiedziała wszystko, co leżało jej na sercu od chwili, w której go poznała. Już widziała jego zawiedzone, zirytowane spojrzenie po głosowaniu, które było warte tysiąca gwiazd, ale to jej nie wystarczało. Pragnęła go jeszcze bardziej upodlić.
Jedyną przeszkodą, jaka stała jej na drodze była durna, stara zasada, według której nie mogła zdegradować poprzedniego zastępcy ze stanowiska. Teraz jednak przynajmniej miała Sadzawkę, która była jej prawą łapą i popierała ją w każdej kwestii. Wierzyła, że jeszcze znajdzie sposób na pozbycie się tego mysiego móżdżka z jej życia. Najchętniej na zawsze.

Agrest za to odnajdował się w nowym starym obozie, tym razem już nie jako lider, a zwykły starszy, co należało mu się po przebyciu tak długiej drogi i nabiciu tak wielu księżyców na własne konto. Nareszcie mógł odetchnąć z ulgą, wraz z resztą Owocowego Lasu. 
Daglezjowa Igła stała przy stercie ze zwierzyną, czując dziwny nadmiar czasu. Teraz nie potrzebowała chodzić na codzienne patrole ani na wymagane polowania – oczywiście, jakby tylko zachciała mogłaby to zrobić, ale teraz jej głównym zadaniem było sprawowanie nadzoru nad klanem. Nie narzekała na to, że Lśniąca Tęcza nie musiał jej dobudzać o świcie na sprawdzenie granic, choć było ciemno, deszczowo i mroźnie. Mimo wszystko jeszcze nie znalazła sposobu na dogodne zagospodarowanie czasu.
Jej wzrok przeniósł się na stos, na którym znajdowała się spora ilość jadła, szczególnie jak na panującą porę roku. Właściwie, mogłaby złożyć staruszkowi wizytę. Prawdopodobnie on również nie miał żadnego ciekawszego zajęcia. Z resztą, czy istnieje coś ciekawszego niż zaszczyt rozmowy z nią? Właśnie. Trącając nosem te chude, marne sztuki, wygrzebała jeszcze świeżą żołędnicę i poszła do legowiska starszyzny. 
— Cześć, Agreście — powitała wypoczywającego w przyjemnej ciszy kocura, zupełnie zapominając o obecności drugiej starszej. Kiedy tylko ją zobaczyła, dodała: — Och, przepraszam, Jarząb. Powinnam wziąć większą piszczkę. Z chęcią skoczę po kolejną, jeśli tylko życzysz.
— Nie, nie, dziękuję, już jadłam — odparła uprzejmie, poprawiając się na swoim legowisku. — Lecz z chęcią przyjęłabym pomoc w wymianie legowiska. Robi się już suche i wytarte.
— Oczywiście — skinęła jej głową Daglezja. — Zaraz znajdę dla ciebie jakiegoś niesfornego ucznia.
— Niesfornego może lepiej nie — zachichotała starsza. — Wolę spać na czymś wygodnym, nie ciernistym.
Ruda jeszcze raz uśmiechnęła się do kotki i odwróciła w stronę Agresta, który patrzył na nią z dołu, z leżącej pozycji.
— Witaj, Daglezjowa Igło — miauknął, patrząc, jak przywódczyni kładzie przy jego legowisku zdobycz. — Dziękuję, akurat zapomniałem o obiedzie... Przychodzisz z czymś ważnym?
— Skądże. — Rdzawa usiadła przy nim, owijając wokół łap smukły ogon. — Postanowiłam sprawdzić, jak się czujesz, jak tam zdrowie. Dziś mamy wyjątkowo dżdżysty dzień. Słyszałam, że w kiepską pogodę pobolewają stawy. Mam nadzieję, że ciebie to omija.

<Agrest?? porozmawiajmy o pogodzie>

Od Daglezjowej Igły CD. Pumy

Już miała coś odpowiedzieć, lecz kociak widocznie musiał szczególnie upewnić się, że Daglezja mu wybaczy. Spojrzała z niemałym zdziwieniem wymalowanym na jej pysku na Pumę, który padł jej do stóp, mamrocząc kolejne przeprosiny. Nie żeby jej się to nie podobało, ale kociak chyba delikatnie przesadzał. Tak też chyba uważała jego matka, bo posłała mu z tyłu dziwne spojrzenie, ale po Kosodrzewinie nigdy nie było wiadomo, co tak naprawdę jej we łbie siedziało.
— Spokojnie, malcu. Przecież nie odgryzę ci głowy za wywrotkę — zapewniła, śmiejąc się przy tym. Już zapomniała, jakie kocięta potrafią być zabawnie durne. Złapała małego kocurka za kark i odstawiła obok, w normalniejszej pozycji. — Ale następnym razem uważaj trochę, zanim się w kogoś wpakujesz. Spędziłam dzisiaj chwilkę na układaniu tego futerka, wiesz? — mówiąc to sama zerknęła na swój bark, aby podziwiać cudowną, prawie nienaruszoną sierść, która pięknie i zdrowo błyszczała się, podkreślając już i tak cudowną urodę rudej kocicy.
— Tak jest, Wielka Daglezjo — wymruczał jeszcze Puma, powodując u zastępczyni zduszony chichot. Na Klan Gwiazdy, co było nie tak z tym maluszkiem? A bardziej, dlaczego był tak cudowny? Dlaczego każdy dzieciak nie mógł jej tak traktować? Właściwie, nawet nie tylko dzieciak. Rozmarzyła się na moment i wyobraziła piękną scenkę, w której Lśniąca Tęcza musiałby zwracać się do niej w taki sposób. Ach, marzenia... Tak czy inaczej, sama nie wiedziała co mu na to odpowiedzieć.
— A żebyś wiedział — zaśmiała się. Chciała coś dodać, lecz odezwała się w końcu matka czekoladowego, donośnym głosem wołając go:
— Pumo, chodź! Jeszcze się przeziębisz — mruczała, a kociak posłusznie wrócił do niej. — Mówiłam, żebyś tam nie szedł. Ty masz długie futro, do niego śnieg się przyczepia i robi grudki — burczała coś, wylizując swoje dziecko. A Chmurka tak, jak dziwnie się na nią gapiła bez słowa, tak to dalej robiła.  Daglezjowa Igła nie wiedziała, co mogła tu dalej robić. Koniec kontaktu z dzieciarnią na dziś. I być może na jakiś dłuższy czas, choć musiała przyznać, ten cały Puma całkiem jej się już podobał. Będą z niego koty.
— To ja już lepiej sobie pójdę. Do widzenia, Kosodrzewino! Masz dwójkę znakomitych szkrabów! — bąknęła, opuszczając żłobek.
— Do zobaczenia.
— Papa!
— Żegnaj, pani! — powiedział jeszcze Puma, wywołując u zastępczyni rozbawione drżenie wąsów.

***

przed mianowaniem miotu Kosodrzewiny i powrotem Agresta do Owocowego Lasu
— To dowodzi temu, że powinniśmy częściej wypuszczać patrole na naszą wschodnią granicę. — Nareszcie! Daglezjowa Igła czuła się, jakby Lśniąca Tęcza przemawiał o swoim znakomitym pomyśle już wieki. Szczerze, wcale go nie słuchała. Nie pamiętała z jego przemowy nic poza tym, że była ona okropnie nudna.
— To sprawa jeszcze do omówienia — powiedziała, a bardziej powtórzyła, bo ten zbitek słów stał się jedną z najczęściej używanych przez rudą fraz w ostatnim czasie. Zauważyła bowiem, że spotyka się z mniejszym sprzeciwem, niż jakby powiedziała "zmieniając temat" albo "przechodząc do ważniejszych spraw", a i tak mogła sprawnie przekierować rozmowę na wyznaczone przez nią tory. Z resztą, kogo tam obchodziły jakieś lisy i patrole. — Pamiętacie, że zbliża się ceremonia mianowania na uczniów Pumy i Chmurki? Czy już wiadomo, jaką chcą pójść ścieżką?
— O ile się ich nie zapytałaś, to nie. Już ja zajmowałem się Orzeszkiem jakiś czas temu — burknął Lśniąca Tęcza, na co tylko Daglezja przewróciła oczami. Ojoj, wielkie nieba! Królewicz musiał się spytać kociaka, co chce w życiu robić. Niebywałe. Ugh. Czy ten koleś nie potrafił przestać robić wyrzutów wszystkim z wszystkiego co chwilę?
— Tak bardzo cię to boli? — spytała go, wyczuwalnie podirytowana. — Jeśli to TAKI problem, zajmę się tym.
Wtrąciła się Świergot:
— Nie kłóćcie się, to nie czas — mruknęła, uspokajając nieco rudą. — Już to zrobiłam. Proponuję jednak, aby następnym razem być może ustanowić jakąś kolejkę? Albo niech jedno z was po prostu chodzi i rozpytuje. To nie jest nic trudnego — miauknęła. 
— Jeśli Lśniąca Tęcza ma osobistą awersję do kociąt, chętnie to przejmę — mruknęła Daglezja.
— Nie jestem ich największym fanem, ale z pewnością nie mam awersji.
Zdecydowała się nie odzywać, ponieważ już na języku miała "Oj, dobrze, zamknij się już". Zamiast tego zwróciła się w stronę szamanki:
— Więc co te maluchy sobie obrały?
— Z Chmurką prosta sprawa. Chce zostać medyczką — miauknęła z opanowaniem Świergot, poprawiając się na miejscu. — Już od dłuższego czasu można było ją zauważyć przy Witce i Murmur, żadne zaskoczenie.
— Murmur nie skończyła jeszcze swojego treningu — zauważył Tęcza.
— Nie musi. Nawet kiedyś często medyk miał wielu uczniów, spośród których dopiero wybierał swojego następcę. Z resztą, lada chwila zostanie medyczką. Musi się tylko nieco podszkolić.
— W takim razie z górki. A Puma? — zapytała Daglezja. Kwestia medyków ją mało interesowała.
— Puma chce zostać stróżem — oznajmiła jej szamanka. Szczerze, rdzawa zastępczyni poczuła się nieco zawiedziona. Uważała rangę stróża za być może i nawet potrzebną, na pewno dla innych wygodną, ale nieco... ośmieszającą. Nie rozumiała dlaczego tak wiele kotów chciało się szkolić na stróży. Nie chcieli poczuć tego powiewu w sierści, satysfakcji z upolowania zwierzyny po długiej pogoni, przepływu adrenaliny przez całe ciało w walce? Woleli wymienić to na pracę chłopca na posyłki, sprzątacza i opiekunki dla dzieci? Niby o gustach się nie dyskutowało, ale ona dyskutowała. Bycie stróżem było nie dość że okropnie nudne, to jeszcze aż śmieszne. — Czy któreś z was ma jakiś pomysł na jego mentora?
Właściwie, nie widziała zbyt wielu kotów, które by się nadawały na nauczyciela. Jarząb była już zajętą Jarzębinką, Patyczak może i ostatnio trochę spokorniał, ale kto tam wie, co mu tam jeszcze w głowie siedziało. Bławatek był dobrym stróżem, tak samo jak Kamyczek, oni byli najbardziej obiecującymi kandydatami. Z pewnością nie Padlina, mówiła sobie tylko. Ten ćpun nie wzbudzał w niej za wiele zaufania. Szczególnie po tym, jak rzuciła go Sadzawka i nareszcie nie musiała udawać, że choćby minimalnie go lubi. Powierzenie mu dzieciaka było podjęciem całkiem sporego ryzyka. Kocimiętka nie była niczym złym, ba, nigdy by nie pogardziła okazją do zabawy z tym zielem w roli głównej, ale czarny był nią pochłonięty. Nie znał nic innego.
— Biorę pod uwagę Kamyczka, spokojny, pomocny. Co tu potrzeba więcej?
Daglezjowa Igła powstrzymywała się przed prychnięciem. Jak mogła być jednogłośna z Tęczą? Przywykła już do nieustających, codziennych kłótni. To prawda, męczyły ją i innych okropnie, ale jej zmęczenie okazywało się być wszystkiego warte, kiedy słyszała jego wyczerpane, dające za wygraną prychnięcia i kiedy, nareszcie, podporządkowywał się jej woli. Dla tych momentów mogła zrobić wszystko.
— Jesteś tego taki pewien? — zapytała, przechylając łeb. 
— A co? Myślisz, że to kiepski mentor? 
— Cóż... Nie chcę nic mówić złego na temat Kamyczka, ale wszyscy musimy się zgodzić, że to akurat jego uczennica od nas tak po prostu uciekła. Sama słyszałam, jak ponoć mówił, że to była jego wina — zauważając nieprzychylny wzrok Świergotu, natychmiast (w miarę naturalnie) dodała: — ale to nigdy nie wiadomo. Miałabym za to jednak na nim oko i przez jakiś czas nie obdarowywała go uczniem — mówiła Daglezja i widocznie mówiła na tyle przekonująco, że Świergot i Tęcza, po daniu sobie zgodnego spojrzenia, pokiwali wolno głowami w ramach uznania. 
— W takim razie być może Bławatek? — zaproponowała Świergot. Daglezjowa Igła chętnie przystałaby na tą propozycję, jednak pierwszy zabrał głos Lśniąca Tęcza:
— Och, nie, błagam. To znaczy, to dobry kot, dobry dzieciak, ale... no proszę.
— Co masz na myśli? — zapytała Świergot, poprawiając się na miejscu, widocznie zdziwiona jego reakcją. W końcu zastępcy zwykle spierali się między sobą, a nie z nią – szamanka w znaczącej większości przypadków robiła im za mediatora. Przy tym całkiem kiepskiego. Choć, właściwie, przy takiej wybuchowej mieszance nawet najlepszy rozjemca stawał się bezużyteczny.
— Nie ufam kotom, które nie mają w głowie nawet pszczół, tylko zupełną pustkę. Wystarczy na niego spojrzeć. Ten kot wskoczyłby do paszczy borsuka, jakby ten go o to poprosił — wymruczał z brutalną szczerością. — I nie wierzę, że tego nie widzicie.
— Ale ja nic nie mówię... — wtrąciła się Daglezja, urażona, że kocur zwrócił się i do niej, ale została całkiem zignorowana.
— Nie chcę dawać silnemu, rzutującemu na znakomitego i użytecznego członka Owocowego Lasu na mentora, który powinien być jego życiowym nauczycielem, kota, który będzie miał na Pumę kiepski wpływ. Co najwyżej go ogłupi.
— Nie czujesz się źle mówiąc tak o członku swojej społeczności, Lśniąca Tęczo? — Liliowa zakryła łapy ogonem.
— Nie, nie czuję, bo mówię prawdę — odparł krótko, lecz zapytał jeszcze Świergot po chwili: — Wydawało mi się, że panuje tu wolność słowa, choć być może się myliłem.
Szamanka patrzyła się przez chwilę na kocura w ciszy, a po tym głośno westchnęła.
— Widzę w nim pokłady dobra, których nie ma jak spożytkować. Jest nie tak wiele młodszy ode mnie, a w życiu nie trenował żadnego ucznia.
— Najwyraźniej Agrest uważał to samo. — Tęcza wzruszył ramionami.
— W takim razie, jakie masz... macie pomysły? — zapytała więc Świergot, patrząc znacząco raz na czarnego, raz na rudą. Raz na czarnego, raz na rudą, raz na czarnego i raz na kolejnego czarnego... Chwila, mieli nieproszonego gościa!
Daglezjowa Igła, która zamilkła na część rozmowy, teraz prawie krzyknęła, kiedy tylko odwróciła delikatnie głowę, a przy jej boku stał Padlina, pokryty masą liści i gałązek. Niemal przewalił kocicę, kiedy zachwiał się i wylądował na ziemi. Przez chwilę cała trójka wpatrywała się w niego w niemej ciszy i zaskoczeniu. 
— Przepraszam... Przepraszam bardzo — wymamrotał, opierając się o leżący obok głaz, by zdobyć równowagę. Znów zaczął się kiwać, ale tym razem nie zaliczył gleby i usiadł.
— Padlino, prowadzimy teraz ważną rozmowę. Mógłbyś... odejść? — zapytała go grzecznie Świergot, a kocur jedynie zamrugał, jak gdyby zapytała go, czy myszy potrafią latać.
— Wiem o czym rozmawiacie, po to tu jestem — powiedział chwiejnym głosem. Nie było wątpliwości, że stróż w tej chwili nie był trzeźwy (o ile kiedykolwiek był), a właściwie był pod wpływem niejednego zioła. Zastępcy posłali sobie zdziwione spojrzenia wraz z Świergot, ale nic nie powiedzieli. Pozwolili, by kontynuował. — Też bardzo przepraszam za mój wygląd — wyciągnął spomiędzy kępek sierści na barku jeden rzep, jak gdyby to miało zmienić cokolwiek w jego odbiorze — przyszedłem jednak w ważnej sprawie. Bowiem słyszałem, że coś się nie dogadujecie, jeśli chodzi o wybór mentorów, a ja tam co nieco słyszałem... 
Daglezjowa Igła zamrugała parę razy, ale słuchała ze szczerym zainteresowaniem.
— Od dłuższego czasu czekałem na ucznia, lecz się nie doczekałem... Czy moglibyście powierzyć mi to jedno kocię? Naprawdę, to moje marzenie — tłumaczył. — Obiecuję, że postaram się nad jego treningiem jak tylko będę mógł!
Trójka wymieniła znaczące spojrzenia.
— Moglibyśmy się naradzić chwilę i dać ci znać? — spytała Świergot, na co czarny przytaknął jej dziesięciokrotnie.
— Oczywiście. Jak postanowicie, zawołajcie mnie — mruknął, odwrócił się na pięcie i zaczął iść przed siebie, niemal potykając się o własne łapy. Kiedy kocur odszedł na dogodną odległość, szamanka wzięła głęboki oddech, zwracając się do reszty zastępców:
— Jak zamierzamy grzecznie mu odmówić?
— Grzecznie? — uniósł znaczącą jedną brew Tęcza, wpatrując się w Świergot z błagalnym wzrokiem. — Nie wiem jak wy, ja nie chcę wtykać pyska w nieswoje sprawy, ale nie powinniśmy zezwalać na to, by po naszych terenach i obozie szwendał się koleś, który jest wiecznie na haju! To się przecież we łbie nie mieści — warknął pod nosem.
W tej chwili w głowie Daglezjowej Igły pojawił się cudowny pomysł. Gdyby tylko zaproponowałaby klanowego ćpuna na mentora Pumy, Tęcza zwariowałby. I tego jej brakowało. Ta rozmowa do tej pory była zbyt nudna i pokojowa...
— Ma z tym problem, to pewne... — zasmuciła się Świergot, patrząc po raz drugi na oddaloną sylwetkę Padliny. 
— Wydaje mi się, że mówi prawdę — wtrąciła się Daglezja, co momentalnie przykuło zszokowany wzrok zastępcy.
— Jaką prawdę i z której strony?
— O tym, że to jego wielkie marzenie. Skoro nie możemy się zgodzić co do mentora Pumy...
— Naprawdę, Daglezjo, naprawdę? — Kocur wyglądał, jakby właśnie usłyszał taką głupotę, która nawet nie śniła mu się po nocach w najgorszych koszmarach. — Chcesz oddać ucznia w JEGO opiekę?
— Naprawdę, TĘCZO, naprawdę — podkreśliła jego imię. Jeśli on mógł jej umniejszać, ona również. — Prosiłabym jednak, abyś w dyskusji zwracał się do mnie pełnym imieniem, a nie jego skrótem. Mam wrażenie, że należy mi się krzta szacunku. — Kocur przewrócił oczami. — Sam dementujesz resztę kotów, a wpadł nam prosto w łapy chętny. Zdaje mi się, że powinniśmy słuchać woli Owocowego Lasu.
— Mi też nie wygląda to na najlepszy pomysł, wybacz, Daglezjowa Igło — mruknęła Świergot. Ruda tylko machnęła ogonem, maskując to jako przesunięcie go do wygodniejszej pozycji.
— Ja w nim coś widzę. Jakąś chęć do zmiany, może nawet faktycznej pracy nad samym sobą — zaczęła wymyślać na poczekaniu ckliwą historyjkę, która śmieszyła ją bardziej z każdym słowem. — Nie myślicie, że to by mogło skłonić go do rzucenia? Jakby miał ucznia, czułby się za niego odpowiedzialny. To zdecydowanie stanowi motywację – znalazłby osobę, dla której mógłby starać się być jak najlepszą wersją siebie. W końcu każdy kot, jeśli ma ucznia, chce, aby ten wyrósł na klanową chlubę. A nawet, gdyby nie, utworzyłby jakąś rutynę. Wstawania wcześniej, dzielenia się z kimś swoją wiedzą. Mógłby spożytkować produktywnie czas — kiedy skończyła swój wywód, patrzyła po kotach z nadzieją. Czy naprawdę tak uważała? Chyba tylko kociak byłby w stanie ufać takim bzdurom! Padlina nie należał do kotów, jakie mogły się zmienić. Jeśli nie nakłoniła go do tego uparta jak osioł Sadzawka i założenie rodziny, Daglezjowa Igła nie była pewna, czy zmusiłoby stróża do tego cokolwiek.
Lśniąca Tęcza westchnął tak długo, głęboko i donośnie, że Daglezjowa Igła miała wrażenie, jakoby kocur właśnie wypuścił z płuc powietrze gromadzone tam przez parę godzin.
— Wydawało mi się, że jesteśmy w wieku, w którym się już wyrosło z kocięcych opowiastek. Nadal wierzysz w bajki?
— Wierzę w dobre przeczucia.
— Gdybym ja wierzył w złe przeczucia, zgadnij, kto z nas by tu w ogóle nie stał i nie prowadził tej konwersacji — warknął, bijąc jak biczem ogonem o ziemię. — To jakiś absurd. Och, dajcie mi siłę... — wymamrotał pod nosem, kręcąc zrezygnowany głową.
— Jak śmiesz mówić takie... — Daglezja chciała się z nim wykłócać, lecz przerwała jej Świergot:
— Być może... może faktycznie potrzebuje, aby ktoś dał mu szansę. Chyba nigdy Padlina nie miał ucznia, ani szansy na faktyczne wykazanie się — głośno myślała liliowa, przyprawiając Lśniącą Tęczę o upadek szczęki.
— Chyba nie zamierzasz się zgodzić z tymi bredniami?
Ciemne ślepia powędrowały w stronę zbulwersowanego. Zastępczyni była szczerze zaskoczona reakcją cętkowanej, ale nie mówiła nic głośno. Pozwalała, by jej oczy karmiły się widokiem tak komicznie wydętej mordy Tęczy. Jakby tylko mogła uwiecznić ten moment...
— Gdyby stało się cokolwiek złego, co mi się nie wydaje, moglibyśmy zawsze go zamienić. Każdemu należy się przynajmniej spróbować.
— Doprawdy? Ćpunowi należy się spróbować? Tak, a jak coś nie wyjdzie, to taka kolej rzeczy. Trudno, margines błędu, jak się to mówi — mruczał, przedrzeźniając. — Otaczają mnie kretyni... Dobrze, jeśli taka jest wasza wola. Ja się pod tym w życiu nie podpiszę. 
Daglezja uśmiechnęła się o wiele szerzej, niż tego chciała.
— Padlino! — zawołała kocura, by obwieścić mu radosną nowinę.

***

Ta decyzja nie była jedną z najlepszych, czego też się spodziewała. Miejscami nawet współczuła czekoladowemu, że trafił mu się taki los. Daglezjowa Igła zauważała, że ta Padlina ze swoim podopiecznym nie dogadywał się najlepiej. Z resztą, czy mogło być inaczej? Czy Świergot naprawdę w tamtej chwili uwierzyła, że z tego wyjdzie coś dobrego? Nie wiedziała. Mogła być tylko pewna, że warto było  zgotować uczniakowi takiego mentora dla tamtej słodkiej irytacji jej najgorszego wroga. Niczego nie żałowała.
Gdy tak rozmyślała, zauważyła, że wspomniany w jej myślach uczeń siedzi parę zajęczych odległości dalej. Dawno nie otworzyła do nikogo pyska . Dawno oznaczało parę godzin, jednak na nią, były to wieki! Równie dobrze mogła pogadać z całkiem lubianym przez nią dzieciakiem. Sama nie wierzyła, że kiedykolwiek poczuje do kociaka coś innego, niż irytacja i zmęczenie.
— Hej, Pumo — szturchnęła kocura delikatnie w plecy, a gdy ten odwrócił się i zauważył, kto do niego podszedł, zrobił ogromne oczy. Niemal momentalnie schylił głowę na znak oddawanego kocicy szacunku.
— Dz-dzień dobry, najwyższa Daglezjowa Igło! — odparł tonem, jakby właśnie idol zstąpił porozmawiać z jego największym fanem. Drżały jej z rozbawienia wąsy.
— Jak ci mija trening? Podoba ci się droga, którą obrałeś?

<Pumcio?>