BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 8 listopada, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wędrujące Niebo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wędrujące Niebo. Pokaż wszystkie posty

23 lutego 2025

Od Wędrującej Łapy Do Skowroniego Odłamku

w dzień śmierci Obserwującej Gwiazdy

 Odpoczywał przy słabym blasku dnia. Spowite chmurami niebo zwiastowało nadchodzącą ulewę. Ziemia powoli mętniała, marniała, zmieniając się w bagienną grań. Tunele stawały się śliskie i niebezpieczne, coraz to większe kałuże pokrywały lądy, a wody zaś zwiększały swoją objętość, wylewając poza własne koryta. W jego rodzinnym gnieździe mówiono, że pora opadających liści, jak ją tutaj zwano, była czymś w rodzaju zawieszenia między życiem, a śmiercią. Między barwnymi i pięknymi sezonami kwitnięcia i owoców, a chłodnym, lutym sezonem śniegu, podczas którego nawet okryte ciepłą warstwą futra borsuki zapadały w głęboki sen, budząc się dopiero, gdy pokrywa lodowa schodziła ze świata, dając miejsce odwilży. 
Pora opadających liści była więc porą pośrednią. Rodzice opowiadali mu, że to właśnie w czasie jej trwania gwiazdy mówiły najwięcej. Nie tylko gwiazdy, ale wszystko, co obecne w przyrodzie. Drzewa, zwierzęta, niebo w zorzy i w zmierzchu. Ten sezon był jak łącznik między oboma odrębnymi światami. Pozwalał im scalać się w jedność i uzupełniać siebie nawzajem.
To była prorocza pora. Zwiastowała nadchodzące mrozy. Ojciec nauczył go patrzeć w niebo zawsze, gdy tylko liście na gałęziach zaczynały żółknąć.
— Spójrz — mówił Taurus, wskazując malutkiemu kocięciu na szare, mętne sklepienie. — Widzisz te ptaki?
Klucz dzikich gęsi barwił niebo. Przysłonięte przez chmury ptaki ledwo było widać, ale ich przyjemny dźwięk uszy wychwytywały z łatwością.
— Odlatują — miauknął kocur, podążając wzrokiem za trzepoczącymi skrzydłami. — Pora nagich drzew będzie zimna.
— Skąd to wiesz?
— Zamarzają stawy i jeziora. Gęsi będą lecieć tam, gdzie płynie woda.
To wtedy świat na chwilę ustawał. Milczał. Zderzały się ze sobą dwie rzeczywistości, łączyło się to, co żywe z tym, co umarłe. Ten sezon przygotowywał na spotkanie z mrozem, z niebezpieczeństwem, z ryzykiem śmierci. Bo dla kota żyjącego w dziczy każda śnieżna pora oznaczała kolejną walkę. Dopiero, gdy przychodziło ciepło, można było na moment odetchnąć z ulgą.
On ze śmiercią znał się bardzo dobrze. Czyhała na niego w każdym ciemnym kącie, na każdej jasnej polanie, w długich dniach i ciemnych nocach. Zawsze za nim kroczyła. Choć nikt, ani matka, ani ojciec, nie ośmielili się o tym wspominać, zawsze dobrze wiedział, że modlili się o niego każdej pory opadających liści. Dobrze wiedział o łzach, które spływały po policzkach mamy, gdy tego nie widział. A przynajmniej gdy myślała, że nie widział.
Był słaby, chorowity, półślepy. Najsłabsze ogniwo natury. W nadobnym porządku świata powinien umrzeć już dawno. Ale los po raz kolejny bawił się z żywotem podporządkowanych sobie istot. Wciąż żył. Przeszedł ciężką podróż, znalazł przyjaciółkę, a teraz klan, który wziął go pod swoje skrzydła.
Wyrok gwiazd lub zwykły przypadek. Niezależnie od tego, co było przyczyną tego, że się tu znalazł, nie żałował, że tak się stało.
Coś gwałtownie wyprowadziło go z głębokich, być może aż zbyt głębokich, rozważań. Twarde, ciężkie kroki i cierpki oddech. Podniósł głowę znad swoich łap i oczy mimowolnie mu się wytrzeszczyły. Do obozu wparował wojownik. Gradowy Sztorm, ten nieprzyjemny i opryskliwy kocur, który nieraz zadrwił z Wędrującej Łapy. Teraz wyglądał niemniej bezbronnie niż zając w śmiertelnej szamotaninie z wilczą paszczą. 
— Na litość Klanu Gwiazdy, co się dzieje? — szepnął za jego plecami jakiś głos.
Obrócił się tylko na chwilę, by dojrzeć za sobą zaniepokojoną Brzęczkowy Trel.
— Nieczęsto zdarza się taki ambaras o świcie. Gradowy Sztorm jest bardziej niespokojny, niż zwykle. Może ktoś naruszył nasze święte granice? — mruknął pod nosem.
W innych okolicznościach byłby zaintrygowany, ale gdy nie miał żadnego pojęcia o zaistniałej sytuacji, narastało w nim tylko napięcie. Wiedział jednak, że musiał ochłonąć, jeśli nie chciał zwariować. Mętlik w głowie nikomu nie pomoże rozwiązać sprawy.
Dojrzał, jak ze Skruszonego Drzewa wychodzi Obserwująca Gwiazda. W towarzystwie dwóch innych wojowników oba koty opuściły obóz. W ślad za nimi poszły tylko pełne wątpliwości spojrzenia klanowiczów.
— To zły czas na rymy. — Wędrująca Łapa nastroszył się jak jeż, gdy usłyszał głos Króliczego Nosa.
 — Nigdy nie ma złego czasu na rymy. Czasem powiedzą więcej niż zwykłe słowa.
— Przyszedłem powiedzieć, że nie zabiorę cię dziś na trening. Wygląda na to, że lisy zaatakowały jednego z naszych wojowników. Syna przywódczyni. Nie słyszałeś Gradowego Sztormu?
Och.
To dlatego Obserwująca Gwiazda wyglądała na tak przejętą.
— Czy on...
— Ze słów Gradowego Sztormu wynika, że tak — wtrącił Króliczy Nos. Wojownik westchnął głęboko. — A nawet jeśli udało mu się przeżyć starcie z lisami, dobiją go rany. Z tymi stworzeniami nie ma żartów. O Obserwującej Gwieździe można powiedzieć wiele, ale nikt nie zazdrości jej sytuacji, w jakiej się znalazła.
— Oby wrócili w jednym kawałku — powiedziała cicho Brzęczkowy Trel. Przygryzła nerwowo jezyk. — Oby nic im nie było.  Och, Króliczy Nosie, czemu poszli w czwórkę? Powinni zabrać więcej wojowników!
— Poradzą sobie — zapewnił Króliczy Nos. — To w istocie paru wojowników,  ale paru doświadczonych wojowników.  
Porwanie się do walki z lisami brzmiało jak pewna śmierć.  Nieważne,  ile księżyców szkolenia ktoś miał za sobą.  
— Chodź, Wędrująca Łapo. Nie wyprowadzę cię teraz z obozu. To zbyt niebezpieczne. Być może lisów jest więcej,  a ja nie zamierzam patrzeć na śmierć swojego ucznia — zaczął,  odchodząc od grupki towarzyskiej. Wędrująca Łapa natychmiast dotrzymał mu kroku. — Ale nie możemy też siedzieć i obliczać szanse na to, ilu swoich przyjaciół pożegnamy.  Wykorzystam ten czas, by opowiedzieć ci trochę wiecej o naszych zwyczajach.
Przysiadł na gładkiej trawie nieopodal sterty. Schylił się do zwierzyny i rzucił Kompasowi królika,  którego ten złapał w locie.
—  Ostatnio, gdy zwiedzaliśmy tereny, mówiłem ci, że opowiem ci trochę więcej o zgromadzeniach.
— Tak?... 
Króliczy Nos wziął głęboki wdech.
— Zgromadzenia klanów odbywają się każdej pełni na bursztynowej wyspie, znajdującej się daleko poza naszymi granicami.  Raz na okres pełni księżyc dyktuje falom odpływ, a morze otwiera przed nami swoją drogę. Tam zbierają się koty wszystkich klanów, by podsumować ostatnie zdarzenia. Liderzy opowiadają, jak miewają się ich klany. To czas na dyplomatyczne rozmowy. 
— Czemu przywódca miałby zdradzać cokolwiek innym klanom, jeśli sobie nie ufają?
Króliczy Nos uśmiechnął się.  Ten uśmiech pozbawiony był charaterystycznej dla niego werwy i wigoru. Był pusty, ponury. Najwidoczniej, choć nie chciał tego po sobie okazywać, cały czas myślał o wojownikach, którzy opuścili obóz.  
Wędrująca Łapa tego nie skomentował. Nikt nie chciał teraz o tym rozmawiać. Ani niepotrzebnie peszyć.
—  W tym sęk. W prawdzie mówiąc, słowa przywódców na zgromadzeniu to kłamstwa przyozdobione łabędzimi piórkami. Żaden lider nie powie, że w jego klanie dzieje się coś niepożądanego. To dałoby innym przywódcom sygnał, że klan jest słaby. Że można to wykorzystać i zaatakować.  Ale czasem nawet liderom zdarza się chwila szczerości.  Zwykle wtedy, gdy pomoc innych klanów wydaje się jedyną opcją lub gdy problem dotyczy więcej niż jednego klanu.
— Jeśli klany sobie nawzajem nie ufają, czemu miałyby sobie pomagać?
— Dla korzyści — odparł wojownik. Spojrzał w niebo. — I dla Klanu Gwiazdy. W lesie zawsze były klany. Gdybyśmy wybili siebie nawzajem, kto pamiętałby o naszych przodkach? Kto byłby tu, by wierzyć?
To wydawało się dostatecznie logicznie, choć Kompas wciąż nie rozumiał sensu w dziwnym trybie życia, jakie prowadziły klany.
— Klany są głupie.
Króliczy Nos parsknął głucho.
— Z pewnością masz trochę racji.
Na chwilę zapanowała między nimi cisza. Wędrująca Łapa nigdy nie przepadał za towarzystwem, ale Króliczy Nos wydawał się dużo mądrzejszy od swoich pobratymców. Nie narzucał mu swoich poglądów. Wiedział, kiedy przestać mówić. I był świetnym nauczycielem.
Kompas go szanował. Wiedział, że miał ogrom wiedzy i doświadczenia, na których mógł polegać. Wiedział, że mógł się od niego wiele nauczyć.
— Są też spotkania medyków. Uzdrowiciele ze wszystkich klanów spotykają się przy sadzawce naznaczonej Klanem Gwiazdy. Tam przodkowie zsyłają na nich sny.
— Sny?
— Tak. Czasami mają wymiar proroczy. Mówią o tym, co ma się zdarzyć. Ostrzegają koty przed zbliżającymi się wydarzeniami, opowiadają o przeszłych dziejach lub przekazują informację, które Gwiezdni chcą, by wpadły w posiadanie klanów. Zwykle medycy się nimi nie dzielą. To, co dzieje się w grocie, zostaje w grocie; opowiadają o nich tylko wtedy, gdy są pewni swojej interpretacji znaku.
— Sny... — zastanowił się uczeń. — Czasem też miewam sny. Niekiedy głupie, niekiedy mistyczne. To tak ciekawe...  Wierzysz w przeznaczenie, Króliczy Nosie?
Wojownik wydawał się zaskoczony.
— Cóż, nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Skąd takie pytanie?
— Ja nie wierzę. Myślę, że Gwiazdy ostrzegają nas przed zdarzeniami, które mogą mieć miejsce. Ale wszystko zależy od naszych czynów i ich konsekwencji. Los nie jest przesądzony, ale nie jest też zbiegiem okoliczności. Jest czymś, co wynika z innych zdarzeń. Może Klan Gwiazdy przedstawia nam tylko możliwe efekty tych zdarzeń.
Króliczy Nos zaśmiał się cicho.
— Kto wie, co Klan Gwiazdy ma na myśli? Jesteśmy tylko zwykłymi kotami. Nie dla nas jest ich wiedza. Wiemy tyle, ile wiedzieć musimy, by przetrwać.
— To prawda. Nadmierna wiedza jest chyba przekleństwem — przyznał Kompas. — Lubię prostotę. Oddałem swoje życie wszystkiemu, co jest przyziemne. Ale wasza wiara jest fascynująca. Odkąd tylko tu dołączyłem, wiedziałem, że to także i moja wiara. Tak podobna do tej, która była bliska mojej rodzinie...
— Chciałbyś mi o niej opowiedzieć?
Oczy kocurka błysnęły.
— Z chęcią!
Jednak gdy tylko otworzył pysk, przerwały im kroki i nagłe, nierównomierne dyszenie. Kompas natychmiast odwrócił wzrok w stronę, z której dobiegały dzwieki.
Wojownicy wrócili i nie byli sami. Nieśli za sobą ciała, których lisi fetor niósł się w powietrzu jak liście w jesiennym wietrze. Kompas zwrócił spojrzenie na Króliczy Nos, którego zmartwiony pysk skierowany był wyłącznie na ów ciała. Podczas tak spokojnych rozmów łatwo było zapomnieć o tym, co działo się wokół.  Teraz musieli zderzyć się z szarą rzeczywistością.
Wstał, a gdy Wędrująca Łapa uniósł się w ślad za nim, czarny dymny kocur powstrzymał go ogonem.
— Nie ma powodu, żebyś musiał na to patrzeć.
— Widziałem już śmierć — zaoponował uczeń.
Ale za każdym razem była równie przeraźliwa. Cisza, jaką otaczali się zmarli, ta dziwna atmosfera.  Jego ojciec nieustannie powtarzał, że bez pożegnań nikt nie doceniałby powitań. Ale żadne piękne słowa nie wystarczały, by pogodzić się ze swoją bezsilnością wobec natury. Ona i tak znajdzie drogę. 
Przez ciernie, przez zapadliny, dosięgnie tego, kogo ma dosięgnąć. 
Położył uszy. Widział, jak zbierają się koty, jak oczy zbyt zszokowane i zbyt zmęczone, by płakać, kierują się na pozbawione już iskry i duszy ciała. Obserwująca Gwiazda i jej syn. 
Króliczy Nos chwilę trwał w bezruchu, pozwalając, by najbliżsi otrzymali potrzebną im przestrzeń do żałoby. 
— Oby Klan Gwiazdy przyjął ich na swoje wieczne łowy. 
— Co się stanie z ich duszami?
Wojownik nie odrywał wzroku od ciała. Rozmowa z uczniem była teraz sprawą podrzędną. Najważniejsze było okazanie szacunku zmarłym. Wziął głęboki wdech.
— My, Wędrująca Łapo, wierzymy, że wojownicy o dobrych sercach lśnią na nocnym niebie, gdzie widzą wszystko, co pozostawili na świecie. I wierzymy, że dusze tej dwójki bez przeszkód dotrą na Srebrną Skórę. Musimy wierzyć.
— Rozumiem — wyszeptał uczeń. Wpatrzony był w kładzione na gładkiej, wysokiej trawie ciała jak w obrazek. Zadrżały mu łapy. — Mam nadzieję, że tam trafią.
— Chodź, Wędrująca Łapo. Nie byli ci bliscy, ale każdy ciepły oddech przy martwym kocie jest jak kropla wody w parny dzień. Przyda im się wsparcie w podróży na nocne niebo.
I dołączyli do czuwania, a uczeń, czując przed sobą obecność śmierci, na nowo przypomniał sobie wszystkie śnieżne dni i wszystkie noce, gdy jego słabe ciało było tak blisko swojego kresu. Nauczył się szanować życie. A szanować śmierć... starał się, choć patrząc na puste spojrzenie Obserwującej Gwiazdy i opadające na jej oczy powieki, nabierał tylko wątpliwości. 

* * *
ostatnią porą zielonych liści 

Od tamtego czasu minęło wiele dni. Miękką już i tak ziemię spowiły kolejne deszcze i kolejne burze. Nieustanna wilgoć i cierpkie, drażniące duchotą powietrze powoli odbierały wojownikom energię i zwieszały nad każdymi łowami niepewność i frustrację.
Tak więc pora owoców i ciepła przypominała w rzeczywistości bardziej minioną już porę opadających liści. Gdy najlżejszy z sezonów wstąpił w próg, nie przyniósł za sobą obfitych łowów i przyjemnego słońca, a pustki w stosach i nieustanny głód.
Po podwójnej stracie i uroczystej ceremonii pogrzebowej Burzacy niewiele mieli czasu, by wyjść na prostą i powrócić do spokojnego rytmu życia. 
W takich czasach przystało rozpocząć swoje rządy Króliczej Gwieździe. Ostatnie, czego spodziewał się Wędrująca Łapa, to że jego mentor dostąpi zaszczytu otrzymania dziewięciu żywotów. Piaszczysta Zamieć zrzekł się swojej pozycji i ten niezwykły obowiązek zrzucił na barku kocurowi, o którym uczeń mógł z łatwością powiedzieć, że nadawał się do tej roli jak nikt inny.
Był jednak święcie przekonany, że nawet najlepszemu z liderów w tak ciężkiej porze rządzić nie przychodziło łatwo. A niezadowolenie klanowiczów nie pomagało w rozwiązywaniu problemów.
— Wstawaj, Wędrująca Łapo. Żołądek może nam burczeć, a koty ginąć, ale życie dalej trwa i się nad nami nie zlituje. Mamy łapy pełne roboty.
—  Zawsze jesteście tak nastawieni na pracę?
— Z reguły wtedy, gdy nieposłuszni uczniowie komentują polecenia swoich mentorów, zamiast się do nich dostosować.
Wędrująca Łapa podniósł się, by nie dawać mentorowi więcej powodów do sarkastycznych komentarzy. Otrzepał się z kurzu i podążył za przywódcą w ponury świat.
Gdy tylko zostawili daleko za sobą obóz, który wraz z następnymi krokami kurczył się w oczach, ilekroć odwracał się do niego spojrzeniem, Królicza Gwiazda rozpoczął swoje nauki.
— Dzisiaj nauczę cię biegów długodystansowych — miauknął. — W bardziej przyjaznych okolicznościach spędzilibyśmy na tym cały dzień, by dokładnie doszlifować twoje umiejętności.  Ale Klan Gwiazdy zdecydował inaczej. Brakuje zwierzyny, więc będziemy musieli poświęcić więcej czasu na sztukę polowania. 
Kiwnął głową, choć bieg zdawał mu się bardziej atrakcyjny. Nie cieszył się natomiast na myśl o nauce polowania w tak nieprzyjemnych warunkach, gdy ziemia była grząska i przypominała bardziej pasma bagien i rozlewisk niżeli otwarte polany. Oczywiście, był w tym niemały urok, a świat nawet, gdy ponury, był piękny - nie można było jednak tego samego powiedzieć o pustych żołądkach i burczących brzuchach.
— Widzisz tam - w oddali - to wysokie drzewo? — zapytał przywódca, na co tylko uczeń wytężył wzrok i skinął łbem, gdy tylko mu zamajaczyła przed jednym widzącym okiem korona jakiegoś drzewa. Osłaniane przez tarczę słońca przybrało czarny odcień - prawie jak mętna rzeka w mroźny wieczór.
— Świetnie. Tam będziemy się ścigać. Kto pierwszy dotrze do drzewa, ten wygrywa drobną konkurencję. 
Wędrująca Łapa uniósłszy małą głowę ku linii oddzielającej od ziemi sklepienie, gdzie widniały różowawe czubki wrzosów i nierówne pagórki uschniętej trawy, a także wielka czarna wstęga owijająca się jak gadzina wokół świata, po której przejeżdżały co jakiś czas potwory, dostrzegł, jak długa była przepaść między ich obecnym położeniem, a celem. Radził sobie dobrze z krótkimi dystansami, ale nie wiedział, jak poradzi sobie z tak długą drogą.
— Głowa do góry, uczniu - lepiej spektakularnie przegrać niż siedzieć i bezczynnie patrzeć. 
— Hm, mój bieg z całą pewnością będzie spektakularny — przyznał z obawą kocurek. — Nie wiem tylko, czy tak, jak bym tego chciał.
— Jeśli to cię pocieszy, jestem okropny w tego typu biegach - ale!... wytrwaj jeszcze chwilę.  Nie warto pchać się ślepo do przodu bez poznania podstawowej wiedzy. Najpierw trochę teorii — miauknął. — Chcę cię uczyć nie tylko gotowej wiedzy, ale i zachęcić trochę do samodzielnego myślenia. Więc odpowiedz mi: do czego ci się ten bieg w ogóle przyda?
Na pysku młodziaka zajaśniała najpierw dezorientacja - w końcu było to dość nieoczekiwan pytanie - a potem konsternacja. Otworzył pysk, zamknął go znów, a potem kolejny raz otworzył w miarę jak pomysły wpadały i wypadały mu przez uszy. Wreszcie rzekł:
— Przydałaby się w walce, ucieczce i innych okolicznościach. Nie wspominając już o polowaniu. Poza tym, gdy czasu na reakcję jest niewiele, trzeba reagować szybko, prawda? Trzeba umieć pokonywać różne dystanse w odpowiednim tempie. Nie chciałbym paść ofiarą lisa lub nie zdołać kogoś przed nim ochronić...
Wzdrygnął się, najwyraźniej zbyt przerażony własną, przedstawioną przez siebie wizją. Natura pogrywała sobie z nim nad wyraz często, robiąc z niego najsłabsze ogniwo, a śmierć i niebezpieczeństwo goniły go od urodzenia. Jeśli mógł choć jedno zrobić dobrze, zamierzał wziąć się do tego wyjątkowo starannie. Nie chciał zawalić wyścigu.
Zauważył, że na wzmiankę o lisach Królicza Gwiazda wyprostował się, aż kości wydały mu charakterystyczny szczękot. Nie chciał poruszać tego tematu. Najwyraźniej ostatnie wydarzenia wciąż tkwiły mu z tyłu głowy.
Kompas natychmiast zawstydził się, że tak beztrosko wspomniał o czymś, co mogło wzbudzić u mentora nieprzyjemne wspomnienie śmierci Obserwującej Gwiazdy i jej syna. Nie potrafił jednak przeprosić, więc tylko milczał, odwróciwszy łeb, a cisza szybko zaczęła stawać się niezręczna. 
— Tak, bieg przydaje się nam do wielu rzeczy. Choć jako koty polujemy głównie z ukrycia i przy dobrych umiejętnościach nie trzeba się uganiać za zającem, nasze otwarte tereny nie sprzyjają nam zbyt często w tego typu podejściu. Nie mamy osłony, jak w lesie. Jesteśmy doskonale widoczni, więc zwierzyna zobaczy nas z większej odległości. W takim przypadku lepiej umieć biegać szybko i wrócić do obozu z jedzeniem w pysku. Pomaga także w ucieczce i szybkiemu przekazowi informacji, tak, jak wspomniałeś. Musisz jednak wiedzieć, że biegi długodystansowe nie polegają na szybkości, a na utrzymaniu odpowiedniego i stałego tempa. Nie wyrywaj się do przodu jak spłoszone stado koni, a zamiast tego przyspieszaj i zwalniaj miarowo.
Oczy aż mu zabłyszczały. Końcówka ogona drgnęła mu z satysfakcji. Odpowiedział poprawnie. Być może do czegoś się jednak nadawał.
— Teraz — zaczął głośno Królik. — W drogę!
I wystrzelił do przodu, a Wędrująca Łapa potrzebował chwili, by zrozumieć, co się dzieje i zrobić to samo. Zawołał coś tylko pod nosem i użył całej siły w swoich łapach, by osiągnąć maksimum swoich możliwości. Cień uśmiechu mimowolnie wpłynął mu na pysk, gdy majacząca mu przed sprawnym okiem sylwetka mentora rozpłynęła się gdzieś w powietrzu, ostając się w tyle. Udało mu się go przegonić.
Zapał jednak zgasł, gdy kocur uniósł nieco głowę i dostrzegł, że pokonali ledwie malutki odcinek przewidywanej trasy. Drzewo nad drogą wciąż było malutkie i praktycznie bezkształtne. Z każdym kolejnym krokiem rosło i stawało się bardziej widoczne.
— Pamiętaj! — sapnął gdzieś z tyłu Królicza Gwiazda. — W biegu polegasz na swoich łapach. Tam kieruj ciężar swojego ciała! I pochyl głowę!
Podążając za wskazówkami mentora, Kompas pochylił delikatnie głowę do przodu. Starał się, by każdy kolejny krok był odpowiednio wyważony, by ciało zdawało się lekkie - by mógł pokonać wyznaczoną odległość ze stałą prędkością i nie zostać przy tym w tyle.
Uśmiechnął się, gdy zobaczył, że mentor cały czas zostawał w tyle. Oczywiście, wyrywał do przodu wytrenowanymi łapami, a Wędrująca Łapa i tak musiał się starać, żeby go nie dogonił, ale to wciąż był zaskakująco dobry wynik.
— Chyba już się starzejesz, Królicza Gwiazdo!
Mentor robił wszystko, by się nie zaśmiać. To by go tylko spowolniło.
— Jeśli cię dogonię, obedrę cię ze skóry!
Ale nic nie wskazywało na to, by kocurowi udało się przegonić uczniaka.
Przynajmniej dopóki Wędrującej Łapie przed okiem nie zamajaczyły mroczki i dopóki nie naszło go nagłe osłabienie. Zmieniająca się szybko wizja, która łatwo rozmazywała się i mieniła przez prędkość, z jaką się poruszał, przyprawiła go o zawroty głowy. Świat zaczął wirować, a gdy patrzył przed siebie, czuł, jakby miał zaraz upaść.
Zignorował ból w głębi czaszki i przytłumiony słuch, a nawet coraz ciemniejszy obraz. Po prostu biegł dalej, choć łapy robiły się coraz bardziej drżące i wiotkie, chociaż niemal przestał słyszeć jakiekolwiek dźwięki otoczenia. Wzrok skupiony miał tylko na pniu tego wspaniałego drzewa, które wyznaczało zwycięzcę.
Nie był słaby.
Zamiast odpuścić, brnął dalej przed siebie. Zatrzymał się dopiero, gdy dotknął cienkiego pnia.
I upadł.

* * *
Gdy się obudził, przez dłuższą chwilę trwał w jakimś dziwnym zawieszeniu, nie wiedząc co się dzieje. Jakby wrócił do niego wzrok i wszystkie inne zmysły, ale zginęła gdzieś świadomość. Dopiero później uświadomił sobie, że wciąż żyje i przypomniał sobie, co się stało, zanim obraz się urwał.
I mimo tego wciąż było mu ciężko określić miejsce, w którym się znajdował. Gdy podniósł małą głowę, wizja wciąż była rozmyta. Majaczyły przed nim jakieś niewyraźne kształty, ale nie był w stanie stwierdzić, czy był to kot, czy może ciemna, rozwarta paszcza borsuka, który właśnie zamierza skonsumować go na obiad.
Ale chwilę później obraz się wyostrzył, a on rozpoznał w tych ciemnych kamiennych stertach gruzu Skruszone Drzewo. Światło ledwo wpadało do środka, ale w tej chwili raczej go to cieszyło.
Spuścił głowę, nie wiedząc, czy to przez poczucie winy, czy przez wstyd. Oba te uczucia bardzo często ukrywał. Pokazywał tylko dumę, pewność siebie - wszystkie te dobre, wspaniałe i pożądane cechy. Niekiedy zachowywał się, jakby był lepszy od wszystkich w swoim otoczeniu. Bo dużo prościej było sprawić, by inni dostrzegali jego wartość, niż walczyć o nią z własnym ciałem.
Głupim, słabym, bezużytecznym ciałem, które więziło piękną i silną duszę. Natura bawiła się z nim tak, jak niektóre koty bawiły się z myszami. W naturalnym porządku świata powinien już dawno umrzeć, mierny i wiecznie lichawy, a tymczasem żył - jakimś cudem - i musiał patrzeć na porażkę za porażką.
W dzieciństwie chorował niewyobrażalnie często. Zwykły kocięcy katarek, który dla tych wszystkich Burzackich kociąt był co najwyżej irytującą niedogodnością, dla niego był nieomal wyrokiem śmierci. 
Co z niego miałby być za wojownik, jeśli nawet nie potrafi utrzymać się na łapach?
Wtedy nos mu się zmarszczył, a do nozdrzy dotarł intensywny ziołowy zapach. Zobaczył, że przed łapami miał nietknięty kwiat o rozłożystych liściach przypominających paprocie. Jego intensywna żółta barwa z łatwością zwróciła jego uwagę.
Obok leżał kawałek suchej kory wyższej po bokach, przyjmującej kształt naczynia. W środku znajdował się płyn o gęstej konsystencji i barwie bursztynu. Słodki zapach, który się z niego wydobywał poinformował go, że był to miód. Wędrująca Łapa rozejrzał się po legowisku.
 — Och — usłyszał czyjś głos. Należał do kocura. — Zbudziłeś się.
Podszedł do niego asystent medyka. Wędrująca Łapa z łatwością rozpoznał jasne futro upstrzone ciemnymi pręgami. Skowroni Odłamek.
— Co to jest? — śmiał spytać uczeń, skinąwszy na dziwny żółty kwiat.
— To tylko zioło na wzmocnienie — odparł zakłopotany medyk. — Jeśli je zjesz, będziesz czuć się lepiej.
— Nie czuję się źle — zapewnił.
Dobrze wiedział, że tak nie było, ale duma nie pozwalała mu przyznać, że czuł się źle - i to pewnie nawet gorzej, niż mógłby przypuszczać asystent. To było z jego strony nierozsądne i doskonale zdawał sobie z tego sprawę.
— Twój mentor się martwi — dodał medyk.
Nieszczęsny uczeń westchnął głęboko. Dotknął czubkiem nosa kwiat, i nim zdążyło zakręcić mu się w nosie od jego pyłków, połknął go i przeżuł, mimowolnie krzywiąc się, gdy jego gorzki posmak rozpłynął się na jego języku. Zaczął zlizywać z kory miód tak szybko, jak tylko połknął obrzydliwe zioło.
— Możesz zostać tu, dopóki nie nabierzesz sił — mruknął cicho Skowroni Odłamek. — Pajęcza Lilia niedługo wróci z wyprawy po zioła. Zajmie się tobą, jeśli będziesz czegoś potrzebować.
Odwrócił się, jak tylko dokończył ostatnie zdanie. Wydawał się być w ponurym nastroju. Był głęboko zamyślony, a oczy zaszły mu mgłą, jakby zupełnie nie przykładał wagi do tego, co widział, przebywając gdzieś głęboko w odmętach własnych myśli.
Kompas nie wiedział, co go tak zajęło, ale z całą pewnością go to zainteresowało.
— Dziękuję za pomoc — powiedział, a kocur, odwrócony do niego tyłem, zatrzymał się, nim zdążył zrobić kolejny krok. Jego przednia łapa zawisła w powietrzu. Podniósł głowę i zajrzał przez bark w stronę leżącego.
— To mój obowiązek — odparł zmieszany.
— Długo już asystujesz w legowisku medyka? — spytał. — To musi być piękna praca. Kontaktować się z umarłymi i pośredniczyć żywym w sprawach duchowych. Trening musiał być długi i ciężki, prawda? 

<Skowroni Odłamku?>


[3706 słów]
[biegi długodystansowe]

[przyznano 74% + 5%]


02 lutego 2025

Od Kompasu (Wędrującej Łapy)

*jeszcze latem* 

 Nie minął nawet dzień, odkąd stał się członkiem Klanu Burzy, a myśl o nowym życiu wciąż tkwiła w nim z niewyobrażalną siłą. Rzadko kiedy targały nim emocje. Znany był jako kot spokojny we wszystkim, co robi - teraz jednak daleko mu było do zrównoważenia, a tym bardziej spokoju.
Głosowanie zakończyło się niespełna kilka godzin temu, gdy słońce nie zdążyło jeszcze dojść do swojego zenitu. Teraz świeciło wysoko na niebie, wyznaczając południe.
Dziwnie było tak spacerować po tętniącym życiem obozowisku. Przywykł do przebywania w samotności, ewentualnie w niewielkich, zwartych grupach, które po pewnym czasie opuszczał. Tutaj było... Inaczej. Kotów przelewała się cała masa. Niektóre wychodziły właśnie z obozu, inne jadły swój posiłek, a jeszcze inne nad czymś wesoło - lub mniej - rozprawiały.
Całkiem normalna, mogłoby się zdawać, rzeczywistość. Dla niego jednak odrobinę przytłaczająca.
— Jak pierwsze wrażenia? — usłyszał za sobą głos. Obróciwszy się w stronę, skąd dochodził, jego widzące oko ujrzało Króliczy Nos. 
Zaraz znów skierował swoje spojrzenie przed siebie, jak gdyby głęboko nad czymś zamyślony.
— Dużo tu kotów. Zawsze byłem sam.
— Nie jesteś za młody na samotne podróżowanie?
— Marzyciel z krwi i kości sensu, celu i szczęścia, Króliczy Nosie, szuka w samotności — odparł. Pierwszy rym, jaki dziś wypadł mu z pyska, już poprawił mu nastrój.
— W samotności łatwo jest też stracić życie — mruknął wojownik. Dosiadł się do niego. — Nie chcę być zbyt nachalny, Kompasie, ale co z twoją rodziną?
— Zadajesz zbyt dużo pytań.
— Rozumiem — ku zaskoczeniu świeżo upieczonego Burzaka, Królik nie dopytywał ani nie drążył tematu. Wszystkie koty, z jakimi rozmawiał, zachowywały się raczej przeciwnie. — Mam nadzieję, że pamiętasz o dzisiejszej ceremonii.
— A nie wyglądam? — spytał, przyglądając się swoim łapom. — Poświęciłem dużo czasu na czyszczenie swojego futra.
— Czasami wątpię, aby to futro mogło być kiedykolwiek brudne — mruknął z rozbawieniem wojownik. — Wygląda na to, że jest dla ciebie ważne.
— Lubię ładnie wyglądać.
— Obyś lubił też coś poza poezją i wyglądem — rzucił Króliczy Nos. Wąsy mu zadrgały, gdy podniósł się powoli i rzucił mu ostatnie spojrzenie, nim odszedł. 

* * *
Czyste dotąd niebo zasnuły chmury. Powoli robiło się znów jasno, choć pierwsza zorza jeszcze nie zawitała na niebie, wciąż ponurym i szarawym jak na tak ciepły i łagodny sezon. Obserwująca Gwiazda zwołała zebranie. Gdy tylko dotarło do niego wezwanie jej głosu, przerwał rozmowę z Leszczyną.
— Niech wszystkie koty zdolne do samodzielnego polowania zbiorą się pod Skruszoną Wieżą na zebranie klanu — usłyszał wtedy.
— Ceremonia — szepnął. Leszczyna pokiwała głową.
— Najprawdopodobniej,
Wstali i udali się pod wyznaczone miejsce, gdzie czekała już na nich horda kotów, których różnorodne barwy futra mieszały się ze sobą i plątały, zbite w jedną, niewyraźną masę. W tym momencie dostrzegał tylko stojącą najwyżej, spoglądającą na klan z góry przywódczynię.
— Dzisiejszego świtu dołączyły do nas dwa nowe koty. To odpowiednia pora, aby zostały mianowane i stały się pełnoprawnymi członkami naszego klanu. Podejdź tu, Kompasie.
Kompas rozejrzał się po tłumnej przestrzeni otaczającej Skruszoną Wieżę. Wystąpił, wykraczając poza linię tłoczących się kotów, które natychmiast skierowały na niego swoje spojrzenie. Nigdy nie miał problemów z pewnością siebie, a jednak teraz poczuł się dość skołowany. Czy naiwne było myślenie, że tak szybko go zaakceptują? Kogoś z tak daleka? Mimo to, nie okazał po sobie tego, co czuł. Stanął wyprostowany, z dumnie uniesioną brodą i lśniącą, zwichrzoną sierścią. 
— Kompasie, zdecydowałeś stać się częścią Klanu Burzy, a więc i przyjąć wszystkie jego tradycje. Niech ta ceremonia stanie się symbolicznym znakiem porzucenia dawnego życia samotnika i stania się pełnoprawnym Burzakiem. Wraz z nowym imieniem przyjmiesz wszystko to, co dotąd było ci nieznane. Nadszedł czas, abyś został uczniem. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika będziesz zwać się Wędrującą Łapą. Twoim mentorem zostanie Króliczy Nos. Mam nadzieję, że przekaże ci on całą swoją wiedzę.
Kompas zmusił się, by tylko kątem oka - widzącego oka, które, na jego szczęście, usytuowane było po jego lewej stronie, skąd też z tłumu wysunął się kocur o sierści w odcieniu węgla. Króliczy Nos spojrzał na niego subtelnie, choć pokrzepiająco, a Kompas odpowiedział na to wzrokiem pełnym wdzięczności. Rozumieli siebie, choć nikt inny - poza nimi - nie mógłby rozszyfrować tych komunikatów.
— Króliczy Nosie, wyszkoliłeś już Margaretkowy Zmierzch i Szafirkowy Wiatr. Pora, abyś przyjął kolejnego ucznia. Otrzymałeś od swojego mentora, Piaszczystej Zamieci, doskonałe szkolenie i pokazałeś swój rozsądek oraz opanowanie. Będziesz mentorem Wędrującej Łapy. Mam nadzieję, że przekażesz mu całą swoją wiedzę. 
Króliczy Nos zbliżył się do niego. Z początku Kompas był lekko zakłopotany. Nie rozumiał, co miał zrobić; jak postąpić. Czego od niego oczekiwano. Po prostu stał, obejmując go spojrzeniem, które powinno być niepewne, ale kocur starał się jak mógł, by owej niepewności po sobie nie pokazać. Najwyraźniej jego przyszły mentor to wyczuł, bo niezwykle wolno i delikatnie zbliżył swój nos do jego pyska. Wtedy Kompas zrozumiał, o co chodzi, i  uczynił to, co on - wtedy razem zetknęli się ze sobą nosami.
I nagle rozległy się okrzyki.
— Wędrująca Łapa! Wędrująca Łapa!
Kompas zesztywniał. Obejrzał się za siebie tak niezauważalnie, jak tylko był w stanie. Delikatny uśmiech pojawił się na jego pysku mimo tego, jak bardzo próbował go powstrzymać. Koty Klanu Burzy skandowały między sobą jego imię. Każdy głos przedzierał się przez drugi. Napotkał się spojrzeniem z Króliczym Nosem, który także się uśmiechnął.
Nie spodziewał się, że zostanie w ten sposób przyjęty. Ba, nie spodziewał się nawet, że ceremonie są w klanie witane z taką aprobatą, z taką euforią - zwykle sądził, że ceremonie są ciche i poważne. Tutaj każdy chciał uhonorować Młodego Ucznia.
Razem z Króliczym Nosem odsunęli się z powrotem w cień stłoczonych kotów, choć Kompas, prawdopodobnie powinien zwać się już Wędrującą Łapą, zrobił wszystko, by pozostać z przodu i móc doskonale śledzić wzrokiem ceremonię swojej przyjaciółki.
— Leszczyno, wystąp.
Spojrzał na szylkretkę, która wydawała się wyraźnie nerwowa. To znaczy - wyraźnie dla niego. Pierwszy lepszy kot nie spostrzegłby, jak drgają jej uszy, jak końcówka ogona wywija się lekko w tą i drugą stronę, ani nie rozpoznałby jej spojrzenia, na pierwszy rzut oka dumnego, niewzruszonego, być może nawet wyzywającego - ale w którym krył się blask niepewności. On znał ją na tyle, że z tak drobnych szczegółów mógł wyczytać jej emocje. I wiedział, że się martwi, mimo tej pewnej siebie otoczki. Wędrująca Łapa zawsze był dobry w dostrzeganiu szczegółów, które wszyscy inni pomijali; zawsze doskonale rozumiał emocje innych. Choć z ich dwójki to Leszczyna była tą starszą i dorosłą, to właśnie Kompas najczęściej ją uspokajał i najczęściej z nią rozmawiał. Był dla niej jak zioła uspokajające.
A ona, choć rzadziej, była takim wsparciem również dla niego. Wspomniał swoją podróż przez Drogę Grzmotu i to, jak pomogła mu, gdy spanikował. Inaczej pewnie by tam umarł, niezdolny, by się poruszyć. Na samą myśl futro mu się najeżyło.
Gdy Leszczyna wyszła na środek, przywódczyni kontynuowała.
—  Leszczyno, nadszedł czas, abyś została uczennicą. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika będziesz zwać się Leszczynową Łapą. Twoją mentorką zostanie Norniczy Ślad. Mam nadzieję, że przekaże ci ona całą swoją wiedzę.
Uwagę Kompasu przykuła kotka o charakterystycznej burej sierści poprzestrzelanej rudymi, odznaczającymi się zresztą, łatami. Wysunęła się z tłumu, a jej pysk zdradzał, że tę decyzję chciała przyjąć równie godnie, co sama Leszczyna. I on. W końcu zrobił wszystko, by jego futro w dzień ceremonii było lśniące jak sam księżyc.
— Norniczy Śladzie, jesteś gotowa do szkolenia własnego ucznia. Otrzymałaś od swojego mentora, Piaskowej Zamieci, doskonałe szkolenie i pokazałaś swoją pracowitość i sumienność w dążeniu do celu. Będziesz mentorką Leszczynowej Łapy. Mam nadzieję, że przekażesz jej całą swoją wiedzę.
Norniczy Ślad zbliżyła się do Leszczynowej Łapy. Na moment wyglądała na zakłopotaną, ale gdy tylko mentorka zbliżyła się do niej nosem, ta uczyniła to samo, za śladem jego i Króliczego Nosa, choć z wyraźną dozą nieufności. Rozumiał to. Sam nie przepadał za najmniejszym choćby kontaktem z nieznajomymi.
— Leszczynowa Łapa! Leszczynowa Łapa!
Głosy poniosły się w blade niebo, kładąc swoje echo w eter, tam, gdzie nawet najsłabiej świecące gwiazdy, niewidoczne za dnia, mogły je usłyszeć. Tam, gdzie ptaki śpiewały wraz z nimi. 
Widząc, że kotka wciąż jest nerwowa, posłał jej krótkie, uspokajające spojrzenie, by dodać jej otuchy.
— Nie wiem, jak możesz tak łatwo zachowywać spokój — szepnęła do niego, gdy odeszła już w tłum. — Nie znam też sekretu, dlaczego tak łatwo uspokajasz innych... Wędrująca Łapo.
Zaakcentowała jego nowe imię.
— Sam trochę tego nie rozumiem — przyznał. — Ale nie zawsze jestem tak spokojny, na jakiego wyglądam. 
Koty zaczęły się powoli rozchodzić, aż polana stała się całkowicie pusta, za wyjątkiem nowych uczniów i ich mentorów. Leszczyna odeszła gdzieś na bok z Norniczym Śladem, a on pozostał w towarzystwie Króliczego Nosa. 
— Gotowy na pierwszy trening?
— Co? — mruknął uczeń. Trening? Przecież ledwo co otrzymał imię.
— Chyba nie sądziłeś, że cały dzień będziesz leżeć w ciepłym posłaniu, co? Życie w klanie to też obowiązki. Chodź — skinął głową, a mu pozostało podążyć za nim. 
Wyszli z obozowiska, tam, gdzie rozpościerały się rozległe, otwarte terytoria. Pagórki, niewielkie ruczaje przecinające bezleśne pustkowia jak błękitne strzały. 
— Dzisiaj zapoznam cię z naszymi terenami — wytłumaczył. 
Wędrująca Łapa nie mógł się tego doczekać. To, co jego oczy zobaczyły, gdy po raz pierwszy wkroczył na terytoria Klanu Burzy, nie było możliwe do opisania słowami. Nawet dla niego. Dla jego artystycznej duszy, która niemalże żyła poprzez słowa. 
— Na północny wschód od obozu znajduje się Upadły Potwór. Tam udamy się najpierw. Byłeś już w tych okolicach. To niedaleko Drogi Grzmotu i wrzosowisk.
Uczeń mruknął pod nosem.
— Cóż, chyba byłem zbyt zauroczony waszymi wrzosami, bo nic nie widziałem.
Króliczy Nos pokręcił głową z niedowierzaniem. Przyspieszył nieco kroku, a Kompas poszedł w jego ślady. Nie zbaczywszy na dopadające go zmęczenie, zignorował całkowicie sygnały, jakie wysyłało mu ciało, które musiało pragnąć nieco wolniejszego tempa podróży. Przecież nie mógł przyznać się do tego, jaki był słaby. Przecież wojownicy nie mogli być słabi. Przecież zabroniono by mu choćby dnia dłużej spędzić na tych urokliwych terenach. Nie przydałby się. Byłby tylko kolejną bezużyteczną gębą do wykarmienia.
— To prawda, wrzosy mają swój urok — zamruczał łagodnie Króliczy Nos, przyznając mu tym samym rację. — Pomiędzy miejscami będę opowiadał ci trochę o Klanie Burzy i jego tradycjach, a także o innych klanach, które można spotkać w lesie.
Kompas pokiwał głową. Nie powiedział nic, oszczędzając energię na zbędne słowa. Króliczy Nos musiał to zauważyć, bo zmarszczył brwi.
— Możemy zwolnić, jeśli tego potrzebujesz.
— Nie — nieco zbyt gwałtownie wyparował Wędrująca Łapa, usiłując zaoponować. — To znaczy - nie - poradzę sobie. 
— Rozumiem — powiedział w końcu wojownik, choć nie zdawał się specjalnie przekonany. — Dobrze więc — uniósł wyżej głowę i odwrócił spojrzenie od ucznia. — Zacznę od podstaw. Wszystkie otaczające cię tereny, nawet te poza wiekopomnym spojrzeniem wrzosowisk i starej Skruszonej Wieży, są zamieszkiwane przez cztery klany - znaczy się - pięć, jeśli chcemy liczyć Owocowy Las. Klan Wilka zasiedlający las iglasty na północ od naszego obozowiska. Są znani ze swojej krwawej przeszłości. Bądź uważny w kontaktach z nimi — przestrzegł go. — Oczywiście, nie każdy z nich będzie żądnym krwi mordercą, ale zdaje się, że polityka wprowadzona przez Mroczną Gwiazdę jeszcze na długi czas będzie oddziaływała na nasze stosunki. Dawno temu Klan Burzy za jego sprawą omal nie przestał istnieć. Ale to historia na inną okazję...
— ...Opowiedz więcej! — przerwał mu zainteresowany uczeń. 
— Jak mówiłem, to historia na inną okazję — dokończył Królik, karcąc go spojrzeniem. — Na razie wszystko, co musisz wiedzieć o Klanie Wilka to to, że wielu Burzaków, jak i wielu Wilczaków będzie wobec siebie sceptycznych i zdystansowanych. Dawne niesnacki pozostały żywe po dziś dzień i sprawiają, że najpewniej jeszcze długo nie będziemy w stanie sobie zaufać, ani tym bardziej związać się sojuszem. Rozpoznasz Wilczaków po ich sprawnych, często umięśnionych ciałach i po zapachu szyszek i drzew iglastych. Zresztą wkrótce sam go poczujesz. 
Ledwo zdążył dopiąć swoją przemowę do końca, a już zatrzymał się, pobudzając u swojego ucznia czujność. Dopiero teraz Kompas spostrzegł malujący się przed nim zarys czegoś na kształt skały, ale bardziej płaskiej i owalnej,  a dodatkowo o kościanej barwie. Kompas pierwszy raz widział coś takiego na oczy.
— Co to jest? — spytał. — Czy to jakiś wielki kamień? Nie wygląda na kamień.
— Był tu odkąd klany wprowadziły się na te tereny — wyjaśnił wojownik. — Nikt do końca nie wie, skąd się tu wziął ani jak długo już to leży. Mówiono, że to fragment wielkiego Potwora, który upadł właśnie w tym miejscu. 
— Potwory jeżdżą po Drodze Grzmotu — zauważył sceptycznie Wędrująca Łapa. — I nie są tak wielkie.
— Zatem musi to być jakiś specjalny Potwór, prawda? — podsunął z delikatnym uśmiechem Króliczy Nos. — Dość o Potworze. Spójrz tam, gdzie zaczyna się las. Jego mały fragment należy do nas. Reszta wyznacza już terytorium Klanu Wilka. Za mną.
Kompas posłusznie podążył za czarnym, dymnym kocurem, wychylając głowę, gdy zbliżyli się do lasku. Miał już iść dalej, ale Króliczy Nos zatrzymał go jednym ruchem pyska.
— Zatrzymaj się tu. Widzisz dalszą część lasu przed sobą? — skinął mu głową, a gdy Wędrująca Łapa podążył za nim spojrzeniem, kontynuował swoją mowę. — Ta nie należy już do nas. Zamknij oczy. Wciągnij powietrze nozdrzami. Co czujesz?
— Las. Sosny — mruknął, nieprzekonany, czy nie powinien aby czuć nieco więcej. — Przecież wszędzie wokół jest las i sosny.
Widząc jego rezygnację, Króliczy Nos podniósł ogonem jego podbródek, nakierowując go w kierunku, gdzie zapach był silniejszy.
— Nie wierzę, że kot, który przeszedł ziemię, poddaje się tak łatwo. Zauważ, że zapach lasu jest bardziej powszechny, mniej intensywny. Spośród niego wybija się druga, silniejsza woń, która...
— ...Należy do Wilczaków.
— Dokładnie.
— Chyba czuję — stwierdził, wytężając lepiej swoje zmysły, ażeby dotrzeć do zapachu, o którym wspomniał jego mentor. I rzeczywiście czuł: wybijającą się na tle mieszaniny leśnych zapachów woń, która oprócz nuty drzewnych nasion i igieł miała w sobie coś jeszcze, czego nie potrafił jednoznacznie nazwać, a co sprawiało, że dało ją się wyodrębnić spośród wszystkich innych śladów zapachowych.
— Zapach wyznacza granicę. Tam, gdzie nabiera intensywności, kończy się nasze terytorium — wyjaśnił Królik. — Spokojnie, z czasem zaczniesz odróżniać zapachy poszczególnych klanów. Podświadomie znasz już dobrze naszą burzacką woń. Sam ją na sobie nosisz, choć twój nos do niej przywykł. Będziesz potrafił ją określić. Ruszamy dalej.
Minęli wielki odłam tak zwanego Potwora i przetoczyli się wzdłuż wrzosowisk, gdzie dźwięk przejeżdżających przez Drogę Grzmotu maszyn nieustannie im towarzyszył. Kompan podróży.
Nawet Wędrująca Łapa, który brzydził się wszystkim, co nie miało żadnego związku z naturą, zaakceptował dźwięk tych właśnie Potworów. Czasem był nawet przyjemny; gdy sterta złomu jechała na tyle wolno, by nie wydawać ryku, a przyjemniejszy szum ocierających się o twardą powierzchnię kół. Niestety, bywały też i takie momenty, że szybciej pędzące Potwory sprawiały, że zapragnął ogłuchnąć.
— Owocowy Las, o którym wspomniałem wcześniej — kontynuował mentor, gdy szli wzdłuż Drogi Grzmotu, przez wrzosowiska. — Odróżnia się tym, że można nazwać go prędzej grupą towarzyską, niż klanem. Żyją tam, za Drogą Grzmotu — tutaj zawiesił głos, by dać uczniowi chwilę na spojrzenie za połać ciemnego asfaltowego pasma oddzielającego od siebie terytoria dwóch klanów. — Tak, jak mówi nazwa ich zgrupowania, mieszkają w lesie. Stęchły zapach potworów utrudnia wyłapanie śladu zapachowego Owocowego Lasu po drugiej stronie drogi, ale gdy pójdziesz na swoje pierwsze zgromadzenie, z łatwością ich rozpoznasz. Pachną owocami i drzewami owocowymi. Z nimi utrzymujemy całkiem dobre relacje od wielu księżyców. Ich imiona są jednoczłonowe. Nie wierzą w Klan Gwiazdy. Nie stanowią jedności z klanami pod względem kultury i tradycji. Niegdyś nie chadzali na zgromadzenia, a klany ledwo miały o nich jakiekolwiek pojęcie. Założę się, że wiele z nich nie wiedziało nawet o ich istnieniu. Nie pamiętam tych czasów, ale najstarsi wojownicy mogą kojarzyć opowieści bardziej... wiekowych członków swojej rodziny.
— Zgromadzenie?
— Do tego też wrócimy — zapewnił Królik. — Jezioro, które widzisz daleko przed sobą, wyznacza naszą granicę z Klanem Nocy. Zapach słodkiej wody i wilgotnej gleby jest bardzo intensywny. Poczujesz go, gdy podejdziemy bliżej.
I faktycznie, gdy zbliżyli się na tyle, że widział już dobrze spokojny nurt wody, do jego nosa dotarł niezwykle przyjemny zapach wilgotnej ziemi. Uwielbiał to, jak pachniały jeziora. Uwielbiał spokojny szum wody. Tak niedoceniane przez większość kotów.
— Nocniacy jak nikt inny dobrze czują się w wodzie. To jedyne koty w całym lesie, które pływają. Jedzą głównie ryby i okazjonalnie pozostałe morskie stworzonka. Póki co nasze relacje są dość neutralne. 
— Próbowałem kiedyś ryby. Są obrzydliwe.
— Więc nie będziesz miał problemu z odróżnieniem Rybojadów od innych kotów. Pachną wilgocią i rybami. Od razu rozpoznasz.
Taką miał nadzieję.
Zdarzało mu się jeść ryby, głównie wówczas, gdy w czasie tułaczki brakowało im innego rodzaju pożywienia. Wtedy ojciec, razem z siostrą, jako mistrzowie wszelkiego łowiectwa, brali sprawy w swoje łapy. Wyławiali z jezior czy rzek ryby, które rodzina dość niechętnie zjadała.
Ale nie narzekali.
Podróże były wycieńczające, a śmiertelność dzieci w jego niewielkim rodzinnym szczepie niezwykle rosła. Nie mieli czym innym nakarmić swoich brzuchów. Dlatego nieraz musiał przełknąć kawałek słonej, śmierdzącej ryby, czy mu się to podobało, czy też nie.
— Zbliżamy się do Przybrzeżnego Oka. Ten mały staw stanowi świetne miejsce dla węży i żab. Czasem kręcą się tu kaczki i dzikie gęsi. Jeśli masz trochę szczęścia, może zobaczysz nawet klucz żurawi. Niezwykle lubią wrzosowiska i rozlewiska, a tych mamy pod dostatkiem. Ale to raczej wiesz dobrze, jak przystało na podróżnika, prawda?
— Zgadza się.
Wtedy Króliczy Nos zawrócił, a Wędrująca Łapa, nim poszedł za nim, na chwilę tylko obdarował go zaskoczonym spojrzeniem.
— Nie idziemy tam?
— To nie miejsce dla młodych. Nie chcesz chyba, żeby cię pogryzły żmije.
— Żmije nie gryzą.
— Chcesz się przekonać?
Zamilkł tylko, przewróciwszy sprawnym okiem. 
— Tak myślałem. Udamy się teraz do Kamiennych Strażników. To tam znajduje się granica z Klanem Klifu. Więcej o nich wyjaśnię ci na miejscu.
I tak też zrobili, kierując się bezpośrednio na północ, a potem odbijając na zachód. Tam też wysunęły się przed nimi gigantyczne kamienne monolity wyznaczający dziwny krąg. Zanim wszedł do środka tworu wykreowanego przez samotne skały, powąchał ziemię, jak gdyby chciał wyczuć w niej jakąś świętą, ponadziemską cząstkę.
— Co to za miejsce?
— Strażnicy. Legendy głoszą, że daleko pod kamiennymi stopami znajduje się coś niezwykle cennego — powiedział, a na ciemny pysk wpełzł mu zarys uśmiechu. — Można powiedzieć, że kryje się w nich dużo prawdy. Nie wiem tylko, czy odkryliśmy ją całą i ile jeszcze tajemnic skrywa przed nami to miejsce.
— Wygląda na święte. 
— Traktujemy je trochę jak świętość — wyjaśnił. — Spójrz na drugą część plaży.
Podążył spojrzeniem za mentorem i dopiero teraz zauważył wylegujących się na słońcu wojowników. Grupy kotów rozmawiały ze sobą, inne odpoczywały na nagrzanym przez promienie piasku. 
Jakaś kotka o kremowej szacie podniosła na niego rozleniwione spojrzenie. Wyprostowała się jak paw, a Kompas miał przez chwilę wrażenie, że zielone oczy nabrały wyzywającego charakteru, więc odpowiedział jej tym samym.
Króliczy Nos zaśmiał się gardłowo.
— Nie podoba ci się ich obecność, hm? — spytał. — Niestety, musimy nacieszyć się tym małym skrawkiem piasku, który do nas należy. Nie zwracaj uwagi na Klifiaków. Gdy jest ciepło, często spędzają tu czas. Czujesz ich zapach?
— Pachną ptakami.
— Między innymi — przytaknął mentor. — Klifiacy mieszkają... na klifach, jak na to wskazuje sama nazwa ich klanu. Dumni i wierni Klanowi Gwiazdy, oczyścili swoją dawną brudną reputację. Polują głównie na ptaki. Nieraz spotkasz nieprzyjemne spojrzenia na granicach. Wielu wojowników będzie próbowało cię sprowokować.
— Dlaczego?
— Klany mogą żyć razem, ale wprawdzie każdy jest odrębnym bytem i darzy inne dużą dozą nieufności i dystansu. Widziałeś zachowanie Gradowego Sztormu, gdy po raz pierwszy przybyłeś do Klanu Burzy ze swoją towarzyszką. Dużo z nas nie lubi obcych.
— Też nie lubię obcych.
Króliczy Nos parsknął śmiechem.
— Cóż, to jest to coś, co wiele kotów ma ze sobą wspólnego.

[3139 słów]

[przyznano 66%]





09 stycznia 2025

Od Kompasu

*retrospekcja*

 —  Gwiazdy obserwują i słuchają — mówiła matka, unosząc głowę ku nieskończonemu łukowi nieboskłonu, teraz przybierającego odcień ciemnego granatu. — Ale nigdy nie mówią. Zawsze milczą.
Kompas skrył się w jej gęstym futrze i podążył za nią wzrokiem. 
— Bądź jak gwiazdy — rzuciła na niego spojrzenie. — Bo widzisz i słyszysz tylko wtedy, gdy milczysz. 
Przyłożyła na moment pysk do jego ślepego oka. 
— Czy gwiazdy są starsze od świata, mamo? — spytał nagle, po długiej chwili wpatrywania się w milczeniu w niebo i tysiące tych małych, migocących kropek. — Widziały jego narodziny?
Kometa zaśmiała się krótko.
— Żaden kot na świecie tego nie wie — powiedziała. — Dlatego są takie niezwykłe. 
— Chyba masz rację.
— Nie wiemy, czy widziały narodziny świata, ale na pewno zobaczą jego śmierć — kontynuowała Kometa. — Spójrz na nie i powiedz, co ci przypominają. 
Kocurek zmrużył oczy, a po chwili na jego pysku wstąpił uśmiech.
— Te wyglądają jak kot — zauważył, wskazując łapą na jedną z konstelacji. — A księżyc wygląda jak pazur.
— To prawda — pochwaliła go matka. — Każdy w gwiazdach widzi coś innego. Na tym polega ich piękno. 
Kocurek zastanowił się chwilkę, spoglądając w niebo.
— Wczorajszej nocy układ gwiazd był inny — stwierdził nagle. — Czy gwiazdy chodzą po niebie tak jak my tutaj?
Kometa wyglądała na zaskoczoną tym pytaniem.
— Cóż... Nie wiem. Nie zastanawiałam się nad tym.
— Ale ty wiesz wszystko — odparł kocurek. 
— Tak może się wydawać — przyznała. — Ale nikt nie wie wszystkiego.
— Nawet ty?
— Nawet ja.
— A co o tym sądzisz? — dopytywał młody. Wstał, i ignorując nagły przypływ zimna, objął spojrzeniem różnorodne skupiska gwiazd na tle nieba. — Myślisz, że się ruszają?
— Niewykluczone — odparła matka. — Ale ta jedna — wskazała głową na najjaśniejszą ze wszystkich gwiazd. — Ta, która świeci najjaśniej, zawsze jest w tym samym miejscu. Nie rusza się z niego. Zawsze jest, by prowadzić zagubionych.
— Może to niebo wędruje — odgadywał młodziak. — A gwiazdy wraz z nim.
— To dobra uwaga, Kompasie — matka uśmiechnęła się lekko. — Powiedz ojcu o swoich obserwacjach. Na pewno się ucieszy. 
— Tak zrobię — zdecydował natychmiast Kompas i obrócił się, by zaraz tak szybko, jak były w stanie jego liche łapki, pobiec do kryjówki swojej rodziny skrytej pod malutką skarpą, gdzie czekał ojciec i rodzeństwo. 

* * *
Spojrzał na swoje zniekształcone odbicie w rzece oświetlonej słabym blaskiem księżyca. Na niedoskonałości, które rzucały się w oczy przy jednym tylko spojrzeniu - ślepe oko, sflaczałe łapy. Gwiazdy nie obdarowały go zdrowym i silnym ciałem. Ale może taki miał właśnie być. Słaby. 
To fizyczna słabość pozwoliła mu docenić duchową siłę. Dużo ważniejszą od jakichś tam kłów i mięśni. Miał przecież pięknego ducha! Tak mówiła mama, a mama rzadko kiedy się myliła. 
Nachylił się, by wypić trochę wody. Gardło miał suche i zdarte. Cały wczorajszy wieczór spędził nad siedzeniem i ćwiczeniem wygłaszania swoich wierszy. Szkoda tylko, że nikt poza nim samym nie chciał ich słuchać. Nie doceniali tego, co było prawdziwie piękne! Co niby lepszego było w jakimś polowaniu? 
Gdy już się napił, wziął do pyska zerwany wcześniej szkarłatny kwiat maku. 
Zawrócił się i oddalił od rzeki, kierując się tam, gdzie mieściła się norka. Wykopana pod jaworowym drzewem i podtrzymywana przez jego korzenie wystarczała jako schronienie dla dwóch kotów. 
Gdy tylko bez większego problemu przecisnął się do środka, omiotły go spojrzeniem złote oczy.
— Chyba ci się nie spieszyło — powitał go zirytowany, melodyjny głos współlokatorki. Czy głos mógł być jednocześnie tak szorstki i nieskazitelny?
— Spieszyłem się bardzo. Niestety moje serce nie wyrywało się do biegu.
— Czy twoje serce upolowało zająca? — spytała kotka. — Bo nie jedliśmy nic od dwóch dni. 
— To ty tutaj jesteś od polowania — zaoponował. — Ja umilam ci życie miłymi wierszykami! 
— Twoje wiersze nie nakarmią naszych żołądków — upomniała go.  
— Nie? — miauknął kocurek. — A są takie słodkie jak pszczeli miód, jak młody bez kwitnący na szerokich, dzikich łąkach oblanych różanym blaskiem porannej zorzy, jak...
— I teraz powinieneś skończyć mówić — przerwała mu. Zaraz przechyliła głowę i uniosła jedną brew. — Co ty tam trzymasz?
Teraz dopiero spostrzegł, że u łap leżał mu kwiat maku.
— Ach, prawie zapomniałem! — zawołał, drapiąc się po głowie. — To dla ciebie.
Podniósł kwiat o szerokich płatkach i wplótł go delikatnie za ucho Leszczyny. 
— Za to, że się mną opiekujesz — dodał. — Kiepską mam kondycję.
— Kiepską to mało powiedziane — mruknęła, uśmiechając się półgębkiem. — Dziękuję. Zachowam go sobie.
Miał taką nadzieję. On przywiązywał do takich drobnostek dużą wartość. Gdy jedno z jego piórek tylko wydostawało się spod futra i upadało na ziemię, podnosił je szybko i upewniał się, że nic mu się nie stało. Niektórzy nazwaliby to przesadą, ale dla niego było to zwykle przywiązanie.  Mama nauczyła go przykładać dużą wagę do małych rzeczy. Mówiła, że drzemała w nich moc. To, co najbardziej niepozorne, było jednocześnie najbardziej wartościowe. Trzymał się tych słów i powtarzał je sobie jak mantrę. To przypominało mu o domu, który pozostawił daleko za sobą. 
—  Pasuje ci, Leszczynko — odparł z delikatnym uśmiechem.
Kotka była dla niego jak siostra. Dorastał ze starszymi siostrami; wiedział, jakie były. Czasem denerwujące, czasem lubiły się rządzić, ale o swoje rodzeństwo walczyły jak borsuk walczył o własne potomstwo. Tęsknił za Lutnią, która wciąż gdzieś żyła. Był pewien, że by się polubiły. Czasem cieszył się, że byli tylko we dwoje i nie musiał z nikim dzielić się uwagą. Tej uwagi w dzieciństwie nie miał nadto. Jego rodzice, nieszczęśliwie nie doczekali się zdrowego i żywotnego potomstwa. Odkąd pamiętał, poświęcali najwięcej czasu jednej z jego starszych sióstr. Najsłabszej, chorowitej, potrzebującej stałej opieki. On i jego brat nie byli w wiele lepszej sytuacji. Oboje cierpieli na różne przewlekłe dolegliwości. Udało im się przeżyć porę nagich drzew - to był pierwszy sukces.
Ale dla Kompasa każda pora nagich drzew wciąż mogła być rychłym pożegnaniem. Dlatego doceniał każdą szyszkę na drzewie, każdy obłok na różanym niebie, każdy przypływ wiatru i każdą kropelkę deszczu. Każdy połysk rosy w trawie, każdą pajęczynę uplecioną między drzewami, każdego ptaka przelatującego przez wrzosowiska. Wszystko to, co sprawiało, że świat był żywy i piękny. Wszystko, co napawało go radością. 
Ułożył się koło Leszczyny, wtulając w jej futro. Tylko w ten sposób mogli ochronić się w dwójkę przed zimnem. Ciągle w drodze, nie mieli czasu budować wygodnych i ciepłych posłań. Musieli polegać na sobie.
Leszczyna zmrużyła oczy i oparła brodę na swoich łapach. Była zmęczona. Każdego dnia chodziła na polowania, a te ostatnie skończyły się porażką. W ostatnim czasie niewiele jedli.
—  Leszczynko? — spytał cicho, nim kotka zdążyła zasnąć. Spojrzała na niego kątem oczu. — Kocham cię.
— Skąd ci się wzięła taka nagła chęć na czułości?
— Bo wszystko się kiedyś kończy — odparł, zanim głęboko ziewnął. — Tak mówiła mi mama. Być może obudzę się jutro i ciebie nie będzie.  Wolę, żebyś wiedziała, że cię kocham.
Kotka parsknęła cicho.
— Twoja mama była mądrą kotką.
— To prawda.
Upłynęła dłuższa chwila ciszy. Kompas przez chwilę pomyślał sobie, że Leszczyna zasnęła. Ale potem poruszyła lekko głową.
— Opowiedziałabyś mi bajkę?
— Nie jesteś za duży na bajki? — mruknęła. 
— Być może. Ale ja już w nie nie wierzę — odparł. — Po prostu je doceniam. Moja mama zawsze opowiadała mi bajki.
— Nie znam żadnych bajek.
— Możesz stworzyć własną.
— Nie jestem w tym dobra.
— Spróbuj — nalegał.
Szylkretowa samotniczka westchnęła głęboko. Uniosła lekko głowę i spojrzała ku niebu jaśniejącemu głębokimi, czystymi barwami kobaltu.
— Dawno, dawno temu, gdy otaczające nas drzewa nie dorównywały jeszcze najmniejszym z krzewów, żyła sobie młoda kotka i kocurek.
Ledwo kotka zaczęła opowiadać, a ten już jej przerwał.
— Czy byli rodzeństwem? — spytał nagle, a oczy zabłysnęły mu podekscytowaniem.
— A czy to ważne?
— Tak! Szczegóły są bardzo ważne — odparł. — Dzięki temu z historią można się bardziej utożsamić.
Leszczyna przymknęła oczy i wypuściła głęboki, ciężki oddech z płuc.
— Tak, byli rodzeństwem. Mogę kontynuować? — Gdy pokiwał twierdząco głową, kontynuowała. W miarę, jak mówiła, oczy zaszły jej mgłą, jak gdyby opowiadała historię własnego życia, a nie zmyśloną bajkę. Kompas to doceniał. —  Mieszkali na niewielkiej polance. Otwartych, równinnych terenach, zawsze oświetlanych przez promienie słońca i blask księżyca. One nie docierały tylko do jednego miejsca - ciemnego, przerażającego lasu, do którego rodzice zabronili im wchodzić. Mówili, że to dom wilków, które rozszarpią je żywcem, gdy tylko przekroczą próg bezpiecznej przystani.
Kompas wsłuchiwał się w te słowa z zainteresowaniem i zaangażowaniem małego kocięcia - a kocięciem już przecież dawno nie był. Kończył niedługo dziesięć księżyców.
— Co było dalej?
— Często bawili się nieopodal lasku. Był dla nich kuszącą tajemnicą. Pewnego dnia postanowili tam wejść.
Kompas przewrócił oczami.
— Niech zgadnę. Stało się dokładnie to, przed czym ich przestrzegano.
— Nie — zaprzeczyła. Kocurek się zaskoczył. — Gdy weszli do środka, ich oczom ukazał się piękny widok. Sowy przysypiały na drzewach pełnych owoców, których słodki aromat roznosił się w powietrzu. Nie było to miejsce bez wad, ale nie było również tak straszne, jak mówiono. Prawdę mówiąc, nadawało się do życia dużo lepiej niż te piękne, złote wrzosowiska, które przy tym lesie zdawały się jałowe.
— Cóż... Jesteś bardziej kreatywna, niż się spodziewałem — mruknął kocurek, nie zauważając nawet, że oczy miał wytrzeszczone. — Wszyscy dorośli są nudni. Opowiadają bajki o tym, jak to trzeba ich sluchać i jak źle kończy się nieposłuszeństwo.
— Wydaje mi się, że posłuszeństwo jest starszym kotom na rękę — przyznała Leszczyna. — Ale ty zawsze myśl samodzielnie. Nie bój łamać się zasad, gdy są głupie i stworzone wyłącznie po to, by cię ograniczać.
— Postaram się.
— A teraz odpocznij. Rano wyruszymy na polowanie. Zwierzyny jest teraz w bród. Jeśli będziemy wyspani, na pewno coś upolujemy. 
Pokiwał głową. I tak był bardzo zmęczony. Przymknął oczy i ułożył się koło niej w wygodniejszej pozycji. Nie zanotował, kiedy jego umysł powoli przeniósł się w błogi nocny sen.

* * *
*retrospekcja*

Nie wiedział, ile już wędrował ani ile minęło czasu, odkąd opuścił rodzinne gniazdo. Widział jednak, że powietrze stawało się coraz chłodniejsze, ziemia coraz bardziej wyjałowiała, a w końcu, gdy podróżując przez rozległe, otwarte tereny natknął się na biały puch, nie miał wątpliwości, że zaczynała się pora nagich drzew.
Niebo przybrało blady, szary odcień deszczowych chmur. Nie było śladu po czystym błękicie. Ale on uwielbiał zachmurzone sklepienie; było w nim coś niesamowitego. Wcale go nie przygnębiało.
Daleko nad linią horyzontu widział klucz czapli. Nie wiedział, dokąd leciały. Być może tam, gdzie będzie im cieplej. A może tym razem zostawały tu na czas mroźnego sezonu.
Przez cały ten czas, jak podróżował, widział mniej więcej te same obrazy - szerokie otwarte tereny poprzecinane skąpymi pasmami lasów. A jednak, w każdym jednym obszarze, który mijał, potrafił dostrzec coś innego i wyjątkowego. Nigdy się nie nudził.
Jego rodzice nauczyli go, że natura nie była prosta. Nie była wszędzie taka sama. Była skomplikowana, ale miała swój stały porządek, w który żadna istota żywa nie miała prawa ingerować. 
Mijał wiele Dróg Grzmotu. Widział w oddali wiele tych dziwnych siedlisk Dwunożnych, choć nigdy się do nich nie zbliżał. Bał się ich. Bał się, że umrze w takim miejscu.
A nigdy nie bał się śmierci. W pewnym sensie kroczyła za nim, odkąd się urodził. Jego nieodłączna towarzyszka często przypominała mu o jego ślepym oku, o jego wątłym ciałku, o jego słabych nogach, które potrzebowały dużo odpoczynku. O tym, jak podatny był na wszelkie choroby.
Włóczyła się za nim od narodzin, ale jej obecność czuł szczególnie od chwili, gdy tylko opuścił rodzinę i udał się w daleką, samotną podróż. Wtedy po raz pierwszy doświadczył tego, że był zdany tylko na siebie. Nikt, poza nim samym, nie mógł się nim zaopiekować. 
To, czego bał się naprawdę, to sposób, w jaki mógłby umrzeć. A wiedząc, że podróżując samotnie, ryzyko było wielkie, myśli te nie dawały mu spokoju. Trzymał się z dala od miejsc Dwunożnych, z dala od Dróg Grzmotu. Nie przechodził przez te drugie, jeśli nie musiał. 
Te miejsca były chaotyczne. Przerażające i nienaturalne. Nie bał się borsuków w norach. Nie bał się obumarłych, szponiastych drzew o suchych i ostrych gałęziach. Nie bał się ciemnych jaskiń. Nie bał się rwących rzek. Nie bał się krążących wokół kruków ani głodnego jastrzębia.
Bał się za to tych płaskich, ciemnych pasm, po których przejeżdżały Potwory. Nie chciał umrzeć w miejscu z dala od natury. Z dala od Gwiazd. Z dala od tego, w co wierzył. Wtedy byłby prawdziwie sam.
A wówczas, gdy słyszał szum rzeki, śpiew ptaków, nawet rozpaczliwy ryk konającego zwierzęcia, wtedy wiedział, że był z rodziną. Tą żyjącą i tą, którą Gwiazdy już dawno przyjęły do siebie. Tam było jego miejsce. Tam mógł się z nimi spotkać. A co stanie się z nim, z jego ciałem i duszą, gdy pożegna się z życiem na brudnych ulicach, wśród szczurów i stęchłego smrodu Potworów? Pośród czegoś, co zakłóca porządek świata i nie powinno istnieć? Wzdrygnął się i natychmiast przestał o tym myśleć.
Burczało mu w brzuchu. Nie pamiętał, kiedy ostatnio jadł. Kiepski był z niego tropiciel, a jeszcze gorszy łowca. Nie chodziło o to, że był po prostu zły - ale jego ciało nie pozwalało mu nic zrobić, nawet, jeśli posiadał wiedzę. A przynajmniej namiastkę wiedzy, jaka była potrzebna, by przetrwać. Wciąż jednak jego umiejętności nie były na zbyt dużym poziomie. Nie miał nikogo, kto mógłby nauczyć go głębiej i lepiej, niż jego rodzina. Rodzina, która skupiała się przecież głównie na wierze i działalności poetyckiej. Polowali tylko dlatego, że musieli. 
Gdy zobaczył przed sobą wiewiórkę, przyspieszył kroku i już miał ją pochwycić, gdy zakręciło mu się w głowie. Upadł na ziemię i wydał z siebie sfrustrowane sapnięcie. Podniósł się ciężko i pogodzony z porażką, szedł przed siebie tak długo, aż nie dotarł do dużego, rozłożystego jaworu. Nie myśląc wiele, wszedł do norki pod drzewem, zwinął się w kłębek i przymknął oczy, tłamsząc w sobie uczucie głodu. Był gotów na to, że być może z tego snu już się nie wybudzi.

*
— Kim jesteś i co robisz na moim terenie?! — Wybudziło go czyjeś zagniewane syknięcie. Natychmiast otworzył oczy i spotkał się spojrzeniem z kotką najeżoną jak głodny wilk. Była od niego starsza i większa. 
Nie miał siły, by wstać, więc po prostu leżał tak i gapił się na nią nieobecnym, zmąconym jeszcze przez sen spojrzeniem. 
— Ja...
— Nie udawaj słabego. Na pewno coś kombinujesz — przerwała mu pełnym jadu warknięciem. — Gdzie są twoi koledzy? Chcecie zwędzić mi jedzenie? Muszę was rozczarować, bo nie mam nic — rozwścieczyła się. — Głoduję, odkąd spadł pierwszy śnieg. Wybraliście sobie złego kota. Teraz walczcie o swoje paskudne życia.
Zaskoczony kocur nie miał nawet czasu, by odpowiedzieć. Kotka już zbliżała się w jego stronę. Wstał, wysunął pazury i ledwo zdążył podnieść łapę, by przejechać nimi po jej pysku, gdy po prostu stanął jak wryty. Samotniczka też znieruchomiała, gdy dostrzegła, że jej domniemany przeciwnik nic nie robi. Jej łapa zawisła nad jego szyją.
— Jesteś ranna — zauważył. 
Kropelki krwi barwiły biały śnieg na ciemną czerwień. Spływały z jej prawego boku i karku. Na rany samotniczka miała nałożony prowizoryczny okład, który jednak nietrwały i zrobiony wyraźnie przez kogoś, komu brakowało umiejętności i wiedzy, rozerwał się przy pierwszym lepszym ruchu.
— To cię nie powinno interesować — wychrypiała.
Gdy podszedł powoli krok bliżej, aby przyjrzeć się ranom, samotniczka znów miała go zaatakować. Ale nim zdążyła choćby sięgnąć go kłami, upadła na ziemię.
— Pójdę po pomoc — oznajmił natychmiast.
— Jeśli sprowadzisz tu jakiegokolwiek obcego kota, przyrzekam...
— ...Jeśli nie sprowadzę tu nikogo, umrzesz — przerwał jej. Ich spojrzenia zetknęły się na moment. Kotka zamilkła.
A on odwrócił się i ruszył przed siebie.
I szedł długo. Słońce miało już zachodzić, gdy napotkał na woń krwi zmieszanej z ziołami. Gdy poszedł jej śladem, zapach doprowadził go do niewielkiego dębu. Kocur przypadł do ziemi, gdy krzewy się poruszyły. Wówczas zobaczył jakieś ciemne, mysie futro wystające znad liści.
— Kto zawraca mi spokój? — usłyszał czyjś zgryźliwy, szorstki, podirytowany głos.
Wyprostował się i sam dojrzał podstarzałą, szaroburą kocicę. Na ciele miała wiele blizn. Oczy podkrążone i zmęczone. Pachniała ziołami. Być może znała się na medycynie.
Musiał zrobić na niej dobre wrażenie. Tylko wtedy będzie skłonna im pomóc.
— Zwą mnie Kompas — powiedział spokojnie, zdobywając się na lekki, przekonujący uśmiech. Kocica uniosła brew. — Wieczny wędrowca, przyjaciel czasu i przestrzeni, wieszcz zrodzony spod pasma nieśmiertelnego nieba, pieśniarz o złotym sercu, posłannik orędowniczki wszystkich zagubionych - najjaśniejszej z gwiazd...
— Zwą cię też pewnie wariatem — mruknęła samotniczka.
— Tak — odparł. — Pewnie tak. Ale wariactwo to rzecz wyjątkowa. Tylko wrażliwe serce może zwariować.
— Umiesz coś innego niż ładnie gadać? — prychnęła. — Po coś przylazł?
— Moja... znajoma potrzebuje pomocy — jego głos spoważniał. — Mocno krwawi.
— I po co przychodzisz z tym do mnie? — samotniczka uniosła brew.
— Pachniesz ziołami.
I bura westchnęła głęboko.
— W dziupli są moje medykamenty. Weź trochę nagietka i pajęczyny.
Bez wahania dostał się do dziupli, skąd wziął potrzebne medykamenty. Gdy wrócił do uzdrowicielki, ta była już gotowa do drogi.
— Zaprowadź mnie do niej.
Poszedł przodem i doprowadził ją do dużego jaworu, pod którym leżała samotniczka. Spojrzał na uzdrowicielkę, która nachyliła się nad nią.
— Co tak stoisz? Podaj mi nagietek.
Przysunął się bliżej, a ona wzięła od niego liście, które starannie ułożyła na ranie. Szylkretowa samotniczka syknęła z bólu. Położył swoją łapę na jej łapie, mając nadzieję, że to doda jej otuchy.
Potem leśna uzdrowicielka owinęła ciasno rany pajęczyną. Na bok odłożyła stary, przesiąknięty krwią opatrunek. 
— Gwiazdy będą śpiewać o tobie pieśni — wyszeptał wdzięczny Kompas do obcej samotniczki, która zdecydowała się im pomóc. Kotka wydała z siebie głuche parsknięcie.
— Nie myślicie chyba, że pomagam z dobrego serca — mruknęła ponuro. — Ja też muszę z czegoś żyć. Stara jestem, ledwo mogę polować. Przynieście mi coś do jedzenia, a nie będę waszym utrapieniem.
Szylkretowa samotniczka spojrzała na niego, a on na nią. Pokiwał głową. Oboje odwrócili się i ruszyli w las.
— Jak się nazywasz? — spytał, gdy byli w drodze.
— Leszczyna. A ty? Jak cię zwą?
— Kompas — odparł, kierując wzrok ku niebu. 
— Kompas — powtórzyła Leszczyna. — Dziwne imię. Co oznacza?
— To taka... grupa gwiazd — odparł. — Tak ją nazywają Dwunożni. Moi rodzice dobrze się na nich znali. Cała moja grupa rodzinna od wielu pokoleń uczyła się o gwiazdach. Zwykle każdy kot nazywa je inaczej.
Skinął głową w kierunku ciemniejącego nieba. Pojawiły się na nim pierwsze gwiazdy.
— Co ci przypominają te gwiazdy? — powiedział, wskazując pazurem jeden z gwiazdozbiorów.
— Kwiat — odparła po zastanowieniu.
— Dla mnie to lecący ptak — wyznał. — Widzisz? Każdy interpretuje nocne niebo na swój sposób. Dlatego to tak piękne! —  podekscytował się. —  Jeden zbiór gwiazd może mieć tysiąc nazw, w zależności od skojarzeń obserwatora. To słowa mojej mamy.
— Coś... w tym jest.
— Dwunożni pierwsi je nazwali. Niektóre pieszczochy znają nazwy, które im nadali. Mówią, że oni, w przeciwieństwie do nas, stosują jedno nazewnictwo. Co za brak wyobraźni!
Leszczyna wydawała się zbita z tropu.
— Nie lubisz swojego imienia?
— Kocham je — odparł. — Może Dwunożni nie mają wyobraźni i czynią obrzydliwe rzeczy naturze, ale dużo wiedzą. Więcej od nas. Moi przodkowie dużo podróżowali. Poznali więc dużo kotów, które kiedyś żyły z Dwunożnymi. Wiele się od nich dowiedzieli. Przekazali tę wiedzę swoim dzieciom, a ich dzieci swoim i teraz ja mogę się szczycić tym wspaniałym imieniem!
— Teraz bądź cicho — powiedziała nagle samotniczka, przypadając do ziemi. Zrobił to samo, próbując przypomnieć sobie w głowie lekcje swojego ojca i starszej siostry. Średnio ich słuchał. Zawsze wolał obserwować ćmy nad taflą jeziora i układać o nich wiersze.
Nie wiedział nawet, na co polują, dopóki kotka nie wybiegła gwałtownie do przodu. Jej zęby zacisnęły się na karku wiewiórki. Chudej i marnej, ale nawet to był skarb w porze nagich drzew.
— Wracajmy, zanim ta stara raszpla zabierze nam dom — mruknęła szylkretka.
— Nam?
— Chyba nie sądzisz, że zamierzam wyrzucić cię na mróz w środku nocy? — omiotła go spojrzeniem od stóp do głów. — Twoje kości są chyba zbudowane z ptasich piórek. Byle wietrzyk by cię zabił.
Nie spierał się z nią, bo po dłuższym zastanowieniu uznał jej słowa za prawdę. Bywał słaby nawet w pełni swoich sił - a teraz miał za sobą całą wyczerpującą podróż.
Gdy dotarli do jaworu i oddali uzdrowicielce jej zwierzynę, mogli wreszcie ułożyć się do snu. Kompas długo obserwował, czy bura kocica faktycznie odeszła, ale gdy jej zapach rozmył się już w wilgotnym powietrzu, zawrócił i wcisnął się w norę.
Leżeli tak daleko od siebie, jak to tylko możliwe; po obu krańcach nory, aby nie stykać się ze sobą futrem. Kompas sądził, że byłoby im cieplej, gdyby trzymali się blisko siebie. Zwłaszcza, że powietrze było chłodniejsze nocą, a na zewnątrz szalała wichura. Nie nalegał jednak.
— Co cię tak pogryzło? — spytał. — Twoje rany były za małe na lisa czy borsuka. To kot?
Nagle kotka zrobiła się nerwowa. Spiorunowała go spojrzeniem.
— Koniec rozmowy.
— Byłem po prostu ciekaw! — obronił się. 
— Jeśli jeszcze raz się o to spytasz, wyrzucę cię stąd — syknęła po prostu i obróciła się do niego plecami.

* * *
Obudził go zapach świeżego mięsa. Otworzył oczy i zobaczywszy przed sobą świeżo upolowaną mysz, natychmiast wstał i wyszedł z nory, rozglądając się po polance. Wtedy zobaczył Leszczynę, która właśnie kończyła swój posiłek.
— Zwykle to ja wstaję wcześniej — stwierdził, przyglądając się jej.
— Widzisz —  odparła kotka. —  Wzięłam się za siebie.
—  Powinniśmy ruszać dalej — powiedział nagle. — Długo już tkwimy w jednym miejscu.
Leszczyna otworzyła szerzej oczy, spoglądając na niego jak gdyby objawiła się przed nią sama kostucha.
— Żartujesz? Tutaj jest idealnie.
— Ale zawsze może być idealniej — przekonywał ją. — Popatrz na świat. Zaczęła się pora zielonych liści! Nie ma lepszej pory na podróż niż teraz.
Prawda była taka, że Kompas podróżował, odkąd tylko stanął na nogi. Przywyknął do stałej tułaczki, do obserwowania świata spod różnych kątów. Przywyknął do wędrówek. Nie lubił zostawać na dłużej w jednym miejscu. Wciąż szukał swojego celu i nie był on bynajmniej tutaj.
Gdy poznał Leszczynkę, ona także także szukała celu. Opowiedziała jej, że jawor był tylko tymczasowym domem, ale ona wciąż się błąkała. Uciekała od przeszłości. Nigdy nie powiedziała mu, jakiej przeszłości. Co sprawiło, że zmieniła zdanie?
— Mówiłaś, że ty też jesteś w podróży —  zauważył. — Co się zmieniło?
Nie odpowiedziała.
—  No dalej, widzę to w twoich oczach — drążył temat. — Moja mamusia zawsze mi mówiła, że potrafię czytać emocje. O co chodzi?
Leszczyna westchnęła i odwróciła wzrok.
— Za młody jesteś, by słuchać o moich rozterkach.
— Nieprawda. Jestem duży — zaoponował. —  Zawsze wszystko mi mówiłaś.
—  Wiele ci nie powiedziałam.
—  To możesz powiedzieć teraz!
— Uciekałam całe życie — wyznała. Podeszła do niego, dotykając jego czoła czubkiem swojego nosa. — Uciekałabym dalej, gdybyś nie pojawił się ty. Przypomniałeś mi, że wciąż mogę się o kogoś troszczyć — spuściła wzrok. — Chcę być szczęśliwa. Dotychczas podróże prowadziły mnie tylko do nieszczęść.
Zamrugał dwukrotnie. Nie spodziewał się tak nagłej wylewności z pyska przyjaciółki.
— Jedno wyniosłem od swojej rodziny. Dom to niekoniecznie miejsce — miauknął. — Dom budują ci, którymi się otaczasz. Ty znalazłaś to, czego szukałaś. Ale ja wciąż szukam.
Spojrzała na wysokie drzewo i westchnęła głęboko.
— Chyba masz rację.
Wgramoliła się z powrotem do nory i wyciągnęła z niej mysz, którą tam wcześniej zostawił. Rzuciła mu ją pod łapy.
— Ale najpierw powinieneś zjeść.
Parsknął.
— Moja mama nie była tak nadopiekuńcza, jak ty.
— Nie jestem nadopiekuńcza. Po prostu nie chcę, żebyś padł przy pierwszym lepszym spacerku. Nie zamierzam ciągać cię na grzbiecie.
Nachylił się do martwego gryzonia i wziął kęs, pozwalając, by smak mięsa rozpłynął się na podniebieniu. Dawno nie jadł tak tłustej zwierzyny. Zjadł wszystko, łącznie z kośćmi, które przegryzł na wióry. 
— Więc w drogę! — zawołał. 
Ruszył do przodu, a kotce nie pozostawało nic innego, jak tylko podążyć za nim. I tak szli tunelem cieni rzucanych przez drzewa, leśną przełają, kierując się na północ. Bo on wiedział jedno - jeśli nie wiesz, gdzie należy się kierować, idź na północ. Tam znajdziesz to, czego szukasz.
Tak mówił tata. Trzymał się tych słów być może zbyt kurczowo i zbyt dosłownie, ale nie zamierzał bynajmniej rezygnować z wędrówki.
Chciał znaleźć coś, co mógłby nazwać domem. Chciał znaleźć cel ze swoją najbliższą przyjaciółką, która stała się mu droga jak rodzona siostra. Jego rodzice zawsze mawiali, że choć wszyscy byli z ciała i kości, to nie krew miała najwyższą wartość, a doświadczenie i tożsamość.
Podczas gdy wiele grup rodzinnych kierowało się zasadą "wszystko w rodzinie, nic poza rodziną", jego szczep był otwarty na poznawanie różnych kultur, a nawet uważał to za klucz do zdobycia niezbędnego doświadczenia i wiedzy o świecie. Poznawaj, pytaj, opowiadaj o swoich tradycjach i przyjmuj te obce. W miarę, jak jego ród podróżował po świecie, nabywał wiedzę od różnych kotów, jakie mijał. On chciał pogłębiać swoją wiedzę. Nie chciał żyć w zamknięciu, w nieświadomości, we własnej bańce. Nawet, jeśli to miało być bardziej komfortowe.
Chciał mieć coś, z czym mógłby się utożsamić.
A Leszczynka chciała mieć kogoś, z kim mogłaby być.
Oboje mogli być zadowoleni. Nie musieli się wcale rozdzielać.
Gdy tak szli, natrafili wreszcie na rzekę. W nozdrzach poczuł zapach wilgoci i mokrej, błotnistej gleby. Przysunął pysk do ziemi i nagle najeżył się i odskoczył, gdy zobaczył jakieś ciemne, zielonkawe, wijące się stworzenie skryte pod opadłym pniakiem.
Leszczyna zaśmiała się, gdy zobaczyła jego przerażone oko, którego źrenica zmniejszyła się do rozmiarów ziarnka maku.
— To wąż, ty głupku. Nic ci nie zrobi. Jest niejadowity — miauknęła. Obrócił głowę, spoglądając w jej stronę urażony.
— Skąd wiesz?
— Bo byłabym już dawno martwa.
Zdał się na jej słowa, ale i tak ominął kłodę szerokim łukiem. Zbliżył się do tafli wody. W porze zielonych liści była wyjątkowo rwąca, a pasmo rzeki na tyle szerokie, że próba przepłynięcia mogła zakończyć się śmiercią.
— Nie przepłyniemy — stwierdziła Leszczyna. — Musimy iść w innym kierunku.
— Nie — kocurek nie dawał za wygraną. — Coś mi mówi, że to tam powinniśmy właśnie iść.
Leszczyna przewróciła oczami.
— Co ci mówi? Głosy w głowie?
— Intuicja.
— Przykro mi to mówić, Kompasie, ale twoja intuicja prowadzi nas na śmierć.
— Moja intuicja uratowała ci życie — upierał się. Te słowa musiały przekonać kotkę, która jednak wciąż z lekkim powątpiewaniem spoglądała na niespokojną powierzchnię wody.
— Więc prowadź, młody, wszystko-wiedzący podróżniku.
— Powinniśmy odbić na wschód — zaproponował. — Być może tam koryto się zawęża. Chodź!
Prawie zobaczył, jak samotniczka przewraca oczami, gdy wyrwał się do przodu. Dogoniła go i razem szli wzdłuż brzegu rzeki. Gdy słońce spoczęło na szczycie, a on poczuł w gardle nieproszoną suchość, zatrzymał się. Leszczyna natychmiast się zmartwiła.
— Wszystko dobrze?
— Zatrzymajmy się na chwilę. Muszę się napić — odparł.
Zbliżył się do brzegu rzeki, a kotka natychmiast wyrosła przed nim jak dąb, jak gdyby bała się, że prąd mógłby go porwać i ponieść w przestworza. Trzymał się płycizny, małego brodziku. Nie wchodził głębiej, wiedząc, że to niebezpieczne. Mimo to cały czas czuł, jak nurt go popycha. Jedno potknięcie i mógłby wylądować na dnie.
Napił się świeżej wody i delektował jej smakiem, jak gdyby nie pił od całego księżyca. Zauważywszy, że Leszczyna robi to samo, na jego pysku pojawił się drobny uśmiech.
Podskoczył i obserwował, jak pasmo wody oblewa ją od stóp do głów. Nastroszyła się i odskoczyła. Spiorunowała go spojrzeniem, a potem i ona skoczyła, kierując w niego zimną, rzeczną falę. Został przemoczony do suchej nitki, zanim zdążył wyjść na suchy ląd. Gdy oboje odsunęli się już od źródła wody, spojrzał na swoje łapy i jęknął cierpiętniczo.
— Całe w błocie!
— Błoto jeszcze nikogo nie zabiło — prychnęła, choć na jej pysku zawidniał mały uśmiech.
— Ale brud już tak — mruknął nieprzekonany.
Wtedy powietrze przeciął czyjś głośny krzyk. Obaj samotnicy natychmiast przestali się ze sobą droczyć. Luźno zwieszone mięśnie napięły się, a uszy czujnie się podniosły. Oboje zesztywnieli.
Ledwo zdążył spojrzeć przed siebie, a już jakaś ciemna masa wparowała prosto na niego. Potoczył się prosto w krzaki i sądząc po dźwiękach, które słyszał, to samo stało się z Leszczyną. Natychmiast wstał na nogi i otrzepał się z liści, próbując pojąć, co się właśnie wydarzyło. Gdy skierował wzrok na jakiegoś obcego kocura, który go zaatakował, i otworzył już pysk, by coś powiedzieć, ten przytknął mu łapę do ust i skinął na coś głową. Gdy Kompas podążył za nim spojrzeniem, jego oczom ukazało się zwierzę o długim ciałku, które szło przez las, wąchając coś w powietrzu. Kuna. Na moment ustała i zawęszyła, ale gdy usłyszała poruszenie w krzewach, natychmiast spłoszyła się i uciekła.
Dopiero, gdy jej futro zniknęło gdzieś daleko w gąszczu roślin, Kompas wylazł z krzaka i skrzywił się, gdy zobaczył swoje odbicie w wodzie rzeki. Wszędzie w przemoczone i zabłocone już futro powplątywały mu się gałązki, liście i ciernie. Wyglądał okropnie. Szybko zaczął je z siebie wyciągać. 
—  Co to miało być? —  Dopiero oburzone miauknięcie Leszczyny sprowadziło go na ziemię. Obejrzał się za siebie i po raz pierwszy zobaczył dwójkę samotników, która przerwała ich zabawy w wodzie. 
Teraz mógł dokładniej przyjrzeć się kocurowi, który na niego wpadł. Miał gładkie, czarne futro, ozdobione gdzieniegdzie białymi łatami i pachniał krwią. Teraz Kompas zauważył, że na policzku miał małą rankę. Nie była duża ani tym bardziej niebezpieczna. Musiał zadrasnąć się o jakąś ostrą gałąź podczas ucieczki.
Była z nim kotka. Ruda kotka z zielonymi oczami, na którą wpatrywała się teraz oskarżycielsko Leszczyna.
— Kuna. Nie widzieliście? — miauknęła. — Gdyby nie my, pewnie bylibyście już martwi. Nie musicie dziękować.
— Dziękować? — Leszczyna powtórzyła to słowo takim tonem, jak gdyby obca kotka właśnie obraziła jej matkę. — Zwabiliście do nas dzikie zwierzę!
— Skąd mieliśmy wiedzieć, że są tam koty? — odbiła samotniczka. — Pewien młody upaprany podrostek i szylkretowa choleryczka byli zbyt zajęci taplaniem się w wodzie, by zwrócić uwagę na nasze ostrzeżenie. 
Od razu przysunął się do Leszczyny, osłaniając ją swoim ciałem i spiorunował spojrzeniem obcą kotkę.
— Nie pozwolę ci jej obrażać!
W końcu wtrącił się czarny kocur, który dotąd siedział cicho.
— Nie chcieliśmy, by komukolwiek stała się krzywda — wyjaśnił. Spojrzał niezadowolony na rudą kotkę. — Moja siostra czasem nie potrafi utrzymać języka za zębami. Przepraszamy. 
— Co ty... — już miała burzyć się obca, ale kocur uciszył ją tylko ruchem ogona.
— Mam na imię Łowca, a to Czapla — przedstawił się krótko. — Możemy się jakoś zrekompensować?
Leszczyna miała już zaprzeczyć, ale Kompas odezwał się pierwszy.
— Tak. Możecie nam powiedzieć, czy da się jakoś przejść tą rzekę bez maczania w niej ani łapy? — spytał, ignorując niezadowolone spojrzenie towarzyszki. — Albo chociaż czy istnieje jakiś jej... bezpieczniejszy odcinek?
— Próbujemy przedostać się na drugą stronę — dopowiedziała szylkretka. 
— Znamy drogę — miauknęła Czapla. —  Na wschód stąd jest Droga Grzmotu, która przechodzi nad wodą. Jeśli macie wystarczająco odwagi, by na nią wejść, dojdziecie na drugą stronę. My też zmierzamy w tamtym kierunku. Możemy was poprowadzić.
—  Tak! —  zawołał Kompas. Leszczyna była mniej zadowolona.
—  Jeśli będziecie czegokolwiek próbować...
—  Gdybyśmy chcieli zrobić wam krzywdę, już byście nie żyli —  mruknął Łowca. —  Poza tym nie jesteśmy na tyle okrutni, by zabijać kogokolwiek na oczach dziecka. Prawda, młodziaku? Jak ci na imię?
— Jestem Kompas — przedstawił się, wypinając dumnie pierś. 
— Ciekawe masz imię, Kompasie — stwierdził czarny kocur. Obrócił się, by poprowadzić towarzystwo we wskazanym wcześniej kierunku. Kompas bez problemu poszedł za nim, tak samo jak Czapla. Tylko Leszczyna ciągnęła się z tyłu, widocznie speszona ideą podążania za zupełnie obcymi im samotnikami. Jednak Kompas bardzo chciał dotrzeć do celu. Wiedział, po prostu wiedział, że za tą rzeką musi być coś niezwykłego!
Dużo mniej zadowalająca była wizja nie tyle nawet przekraczania Drogi Grzmotu, co chodzenia wzdłuż niej. Czy jego wymarzone miejsce nie stanie się rozczarowaniem, jeśli prowadzi do niego coś tak obrzydliwego i niebezpiecznego? Coś, co przynosi tylko śmierć i odór?
Ciało pod futrem mu zadrżało, więc postarał się przełknąć tą myśl i iść dalej. Tam, za rzeką, musiało czekać na niego piękne, nowe życie. Wierzył w to. Gwiazdy zawsze prowadziły go dobrze. Zaufał intuicji i znalazł Leszczynkę - więc zaufa jej po raz drugi i znajdzie miejsce, które pokocha, które zainspiruje go do dalszych podróży. 
Nie chciał osiadać w nim na stałe. To go martwiło. Nie wiedział, czy Leszczyna chciałaby podróżować z nim po całym świecie. Zwiedzać go. Dla niej podróże były sposobem na ucieczkę od problemów. Nie na poszukiwanie szczęścia i celu, jak u niego. Jeśli miała wędrować, to tylko ze względu na niego. A nie wiedział, czy zależało jej na nim na tyle mocno, by pójść z nim w nieznane.  By zawierzyć mu, że szczęście mogą znaleźć niekoniecznie w miejscu, a w sobie nawzajem.
Postarał się o tym nie myśleć. Zamiast tego skupił się na rdzawym ogonie towarzyszki, która szła przed nim. Wyróżniał się na tle szarego lasu.
— A jak się nazywa twoja towarzyszka? — miauknęła.
— Moje imię nie jest ci do niczego potrzebne.
— Uparta jesteś jak stado osłów — znieważyła ją ruda samotniczka. 
— Czym są osły? — spytała Leszczyna, zbita lekko z tropu.
— To takie małe skrzeczące konie, które żyją z Dwunożnymi — wyjaśnił Kompas. — Paskudne i leniwe.
— Subtelności masz tyle co jeden z nich, Kompasie — zaśmiał się Łowca. — Twoja przyjaciółka zaraz pożre nas wszystkich żywcem,
Spojrzał się na Leszczynę, która faktycznie wyglądała, jakby wewnątrz gotowała się ze złości. Prychnęła, odwracając od nich wzrok.
— Zawsze taka jest? — spytała Czapla.
— Często — przytaknął Kompas. — Czaplo?
— Hm?
— Czemu tak właściwie nazywasz się Czapla? — spytał. — Czaple nie są rude.
— Moja matka lubiła czaple.
Parsknął śmiechem. Rudej nie zdawało się to przeszkadzać.
— A ty, Łowco? Wasz ojciec lubił polować?
— Można tak powiedzieć — odparł kocur, prowadząc ich dalej.
Droga Grzmotu z każdym kolejnym krokiem zdawała się być coraz bliżej. Teraz Kompas widział ją już znad horyzontu. Starał się nie zwracać uwagi na pędzące przez nią potwory, które już stąd było dobrze widać.
Zwolnił kroku, by dotrzymać towarzystwa Leszczynie. Widząc, że jest speszona i zmęczona, próbował ją pocieszyć.
— Patrz — skinął głową w kierunku, do którego zmierzali. — Zbliżamy się do celu.
Jego też bolały nogi. Podróżowali już tak długo, że jego słabe ciałko ledwo było w stanie utrzymać jego własne łapy. Ale napędzał się myślą, że wkrótce już odpoczną. Jeszcze tylko trochę. Musieli dać sobie radę. Zawsze dawali.
— Nie podoba mi się to.
— Hej! Nic nam nie zrobią — zapewnił ją. — Czapla jest fajna! Opowiedziała mi, skąd ma takie imię. 
— Słuchaj młodego — odezwała się z przodu ruda samotniczka. — Dobrze mówi.
Zignorował jej żartobliwy komentarz, całą uwagę skupiając na przybranej siostrze.
— Nie — odpowiedziała cicho Leszczyna. Tak, że tylko on mógł to usłyszeć. — Nie podoba mi się, że zbliżamy się do Drogi Grzmotu.
Położył po sobie uszy, wyraźnie tracąc werwę. Pokiwał głową.
— Mi też. To mnie przeraża — przyznał. — Ale damy sobie radę, jeśli będziemy razem, prawda?
— Oczywiście, Kompasie — zgodziła się Leszczyna. Ale widział po jej spojrzeniu, że mówiła tak tylko po to, żeby go nie przestraszyć.
Przyspieszył kroku. Teraz znów szedł po środku grupy. Co chwila wychylał do przodu głowę, by spojrzeć na zwiększający się wciąż obraz przecinającej rzekę Drogi Grzmotu. Bał się. Gdy Droga była daleko, nie przejmował się tym tak bardzo. Skupiał się na celu, podchodził do tego entuzjastycznie. Ale teraz, gdy byli na tyle blisko, że słychać już było przytłumiony ryk Potworów, coraz bardziej miał ochotę zawrócić i zaszyć się w lesie. Ale nie mógł. Doszli już tak daleko. Nie mogli po prostu zrezygnować.
Nie było innego wyjścia.
Musieli to zrobić. 
W naturze czuł się jak w domu. Ale obecność tworów Dwunożnych budziła w nim dziwną odrazę, obrzydzenie i strach - jakby coś było nie tak. Jakby coś było nie w porządku. Jakby czegoś tutaj nie powinno być. Jakby działo się coś, co nie powinno się dziać. Jakby wszystko było na nie swoim miejscu.
— Co cię tak trapi, młody? — spytała nagle Czapla. 
— Będę musiał się pożegnać z dotykiem miękkiej trawy, gdy wejdziemy na Drogę Grzmotu.
To nie była cała prawda. Ale nie chciał mówić prawdy. Przecież musiał być odważny. Mama zawsze mówiła mu, że musiał być odważny. 
— Boisz się Drogi Grzmotu.
— No nie — jęknął. — Skąd wiedziałaś?
— Bo wszyscy się jej boją — odparła. — Inaczej nie byłaby Drogą Grzmotu.
— Myślałem, że wy się nie boicie.
Parsknęła głucho.
— Możemy tak wyglądać. Ale każdy kot czegoś się boi.
— Moi rodzice mówili mi to samo — podzielił się z nią swoimi wspomnieniami. — Ale mój tata nigdy nie okazywał żadnego lęku. Tak samo, jak mama. Zawsze wiedzieli, co robić.
Dawno temu Lutnia opowiadała mu o tym, co kiedyś zrobił tata. Jego siostrzyczka, chorowita Strzała, czuła się słabiej w nocy. Taurus nie wykazał ani trochę strachu. Żadna łza nie zakręciła się w jego oczach. Stał się opanowany i zimny jak skała. Kazał Lutni przynieść z lasu mech i zamoczyć go w wodzie, by nałożyć go jako okład i napoić leżącą Strzałę. Rozstawiał wszystkich po kątach. W jednym momencie był czułym tatą żartującym z dziećmi, a w drugim już Ojcem, który robił wszystko tak precyzyjnie, dokładnie i profesjonalnie, by zaopiekować się ukochaną rodziną. Gdy mama wróciła ze spaceru, zachowywała się zupełnie tak samo, jak tata. Stała się Matką, zimną i opanowaną, która wiedziała, jak zachować się w podbramkowej sytuacji. 
Strzała zmarła jeszcze tej samej nocy we śnie.
To były ich pierwsze zmagania. Ale dzięki tej straszliwej nocy nabrali doświadczenia przy wychowywaniu jego i jego brata, Atlasa. Nauczyli się wiele podczas opieki nad Strzałą. Wiedzieli, jak zadbać o chorowitego kota. Być może dzięki temu poświęceniu on miał szansę żyć.
— Tak sądzisz? — spytała Czapla. — Nikt nie wie od razu, co robić. Każdy z nas jest targany przez nerwy i emocje. Dlatego popełniamy błędy. Czasem ukrywamy swój lęk, by nie martwić nim tych, których kochamy.
Spojrzał odruchowo na Leszczynę. Zdawała się być w transie. Jakby zupełnie nie wsłuchiwała się w ich słowa.
Kompas przeniósł wzrok na niebo. Dopiero teraz spostrzegł, że słońce już dawno zaszło, a na niebie pojawiły się gwiazdy. 
— Chyba masz rację — miauknął. Zwrócił spojrzenie na Łowcę. Czarne umaszczenie kocura niemal całkowicie zlało się z powszechną ciemnością; na tyle, że Kompas zupełnie zapomniał, że szedł razem z nimi. — Łowco?
— Tak?
— Dlaczego tak mało mówisz?
Zaśmiał się cicho, gardłowo.
— Cóż, nie uważam, abym miał coś ważnego do powiedzenia.
— Rozumiem — stwierdził kocurek. — Ja mówię dużo do siebie. Ale nie lubię mówić dużo do innych. Wolę słuchać. I zadawać pytania.
— Zauważyłem. 
Na moment zapanowała cisza i Kompas myślał, że Łowca nic już nie powie. Wtedy dodał:
— Ale rozmowa też jest ważna. Równie ważna, co milczenie.
— Wiem — Kompas przyznał mu rację. — Dlatego staram się rozmawiać. Nawet, jeśli nie lubię. A nie lubię rozmawiać z kotami. Z naturą rozmawia się przyjemniej.
— Tak?
— Tak. Bo przyroda wysłuchuje. I rozmawia z tobą przez szum wody, szelest liści, pomruk wiatru... — wymieniał. — Gdy układam wiersze, dzielę się nimi z nią. Nie z kotami. Koty nie słuchają.
Łowca wydał z siebie cichy pomruk.
— Chyba cię rozumiem.
— Dziękuję, że nas prowadzicie — odezwała się nagle Leszczyna. Wszyscy jak jeden mąż, zaskoczeni dźwiękiem jej głosu, obrócili się w jej stronę. — I przepraszam za moje słowa... Wtedy. Byłam nieufna.
— Każdy nosi za sobą jakieś rany — powiedział łagodnie Łowca. 
— No proszę. Nie sądziłam, że doczekam się przeprosin — miauknęła Czapla. — Gdybyś powiedziała cokolwiek innego, nazwałabym cię nadętą ropuchą, ale teraz byłoby mi głupio.
—  Zamknij się — parsknęła Leszczyna.
Nagle coś zadźwięczało głośnym, przeszywającym rykiem. Rozbłysły w powłoce nocy światła i coś ogromnego, turkoczącego przejechało im przed nosem. Kompas zesztywniał. Oczy się mu zaszkliły. Cofnął się. Poczuł drapiący swąd Drogi Grzmotu. To tu. 
Gdy Łowca to spostrzegł, zwrócił na niego łagodne spojrzenie.
— Naprawdę chcesz tam iść? — spytał.
Kompas pokiwał głową, choć cały się trząsł. Chciał. Chciał dotrzeć na drugi brzeg rzeki.
— Im dłużej będziesz się zastanawiać nad tym, jak bardzo się boisz, tym większa jest szansa, że tego nie zrobisz — miauknął. — Albo że zrobisz coś źle. Więc po prostu idź przed siebie.
Podniósł wzrok na Leszczynę.
— Opiekuj się nim. To mądry dzieciak. Idźcie skrajem drogi, a nic wam nie będzie.
Leszczyna pokiwała głową. Oczy miała wypełnione determinacją. Choć były zmęczone i podkrążone, zdawały się tak silne, tak ogniste, że sam Kompas nabrał nadziei.
— Tutaj musimy się rozdzielić — miauknęła Czapla. — Dobrze było was poznać. Nawet ciebie, Jarzyna.
— Jestem Leszczyna.
— Wiem, ale lubię widzieć, jak się denerwujesz.
Kompas parsknął. Na moment zapomniał o wszystkich obawach.
— Wspomnę o was w swoich wierszach.
— Oby! —  rzuciła na odchodne ruda samotniczka i oboje, gdy tylko przejechały ostatnie z Potworów, przebiegli Drogę Grzmotu. Samotnicy tylko raz wrócili do nich spojrzeniami, nim zniknęli po drugiej stronie ulicy. Ale Kompas wiedział, że zapamięta to spojrzenie. Spojrzał na Leszczynkę i od razu rozpoznał, że i ona długo będzie je trzymać w swoim sercu.
— W drogę — westchnęła.
Oboje byli już zmęczeni po długiej pieszej wędrówce, ale żadne nie chciało się zatrzymywać. Oboje wiedzieli, że jeśli to zrobią, nie będą już chcieli wracać na Drogę Grzmotu. Im szybciej będą mieli to za sobą, tym lepiej.
Zmusił się do chodu, chociaż nogi go bolały i drżały ze zmęczenia. Od zawsze był słaby i chorowity, a jego organizm nieprzyzwyczajony do długotrwałego wysiłku. Ale nie mógł się zatrzymać. Nie mógł. Byli już tak blisko.
Oczy mu się zaszkliły. Serce biło szybciej. Ślina napłynęła do pyska. Nie chciał tu być. Nie chciał. Poduszki, już i tak zdarte od długiej wędrówki, piekły od naporu twardej, rozgrzanej powierzchni drogi. Miał wrażenie, że krwawiły. 
Nie chcę tu być.
Nie chcę tu być.
Nie chcę tu być.
— Kompas? — usłyszał za sobą uspokajający głos Leszczynki. Nie zauważył, kiedy Leszczynka widząc, że wyczerpany, ledwo za nią nadąża, zwolniła tempa i postanowiła zamykać pochód. — Pamiętasz, jak opowiadałeś mi o gwiazdach? Jaka była twoja pierwsza obserwacja?
Gdyby mógł, posłałby jej wdzięczne spojrzenie. Ale jego ciało było tak sztywne, że ledwo mógł obrócić głowę. Nie chciał patrzeć w tył.
— Zauważyłem... — przełknął głośno ślinę, starając się nie patrzeć na złowrogą szosę i wzrok kierować ku gwiazdom. — Że niebo wędruje. Nieustannie się porusza. Gwiazdy zmieniają swoje położenie. Tylko jedna z nich nigdy nie zmienia swojego miejsca. Ta najjaśniejsza.
—  Jak się nazywa?
—  Dwunożni nazywają ją gwiazdą polarną. Ale gdy podróżowałem z rodziną, spotkałem się z kotami, które nazywały ją na swój własny sposób. Dla jednego z nich ta gwiazda to był Świetlik.
Leszczyna parsknęła. Próbowała się zaśmiać, ale nawet teraz jej głos był suchy. Rozmowa pozwalała myśleć o czymś innym, rozluźnić, ale nie rozładowywała nerwów całkowicie.
—  Czemu świetlik?
—  Bo świeci.
Wtedy z głośnym rykiem przejechał przed nim turkoczący Potwór. Smród zapełnił mu nozdrza, zabierając powietrze do oddychania i wypełniając je stęchłymi, drażniącymi płuca trocinami. Blask zaślepił jego widzące oko. Stos złomu na kołach przejechał z tak zawrotną prędkością tuż przed jego nosem, że poczuł na sobie gwałtowny podmuch wiatru, który sprawił, że stracił równowagę i upadł. Kocur natychmiast spanikował i skulił się. Zaczął drapać gwałtownie twardą, płaską powierzchnię drogi, jakby próbując wykopać dół. Zupełnie zapomniał, że tu jest to niemożliwe. Cały wysiłek Leszczyny włożony w to, by za pomocą rozmowy odwrócić jego uwagę od drogi poszedł w las.
— Kompas! — krzyknęła za nim.
Nie słyszał. Kolejny Potwór przeciął im drogę. Głośne trąbienie zadzwoniło w jego uszach. Znów zakręciło mu się w głowie. Nie mógł złapać powietrza.
Nie zauważył, gdy samotniczka zbliżyła się do niego i skuliła obok. Dopiero, gdy nastała cisza, odezwała się do niego.
— Już dobrze. Przejechały.
—  Chodźmy stąd. Proszę — wydukał.
Podniósł się, ale łapy odmawiały mu posłuszeństwa. Zbolałe i zmęczone, potrzebowały odpoczynku. Zmusił je, by szły dalej.
Leszczyna dotrzymywała mu kroku z tyłu. Nie lubił tego, że nie widział jej przed sobą, ale wiedział, że był słabszy i wolniejszy. Musiał iść przodem.
Szli poboczem. Pod sobą widział połać wody. Widok brzegu go uspokajał. Już niedługo.
Za każdym razem, gdy słyszał nadjeżdżającego Potwora, zmuszał się do szybszego kroku, wspominając słowa Łowcy. Nie mógł o tym myśleć. Nie mógł dać się pożreć strachowi. Strach miał chronić przed niebezpieczeństwem, nie w nie wprowadzać. 
A jednak, im dłużej szedł, tym strach ogarniał go bardziej. Nie tylko przed drogą, ale także przed tym, co znajdzie na drugim brzegu rzeki. Być może nie to, co sobie wyobrażał. Wszystkie jego morale gwałtownie spadły.
Przejechał kolejny Potwór, a podłoga pod nim ponownie zadrżała. Przymknął oczy. Wziął głęboki wdech i ponownie je otworzył. Czasami dziękował, że jedno z jego oczu nie było zdolne widzieć. Wystarczyło, że obrócił się nim w stronę Potworów i nie musiał na nie patrzeć.
— Jak już dojdziemy na drugą stronę, zrobimy sobie wielką ucztę z każdego rodzaju zdobyczy. Ptaki, króliki, myszy, nornice... Co nam się napatoczy pod łapy. Jest pora zielonych liści. Przyroda znów jest szczodra — zaczęła znów mówić Leszczyna.
—  Tak...
— A potem będziemy spać. Tak długo, że na samą myśl o spaniu będziesz miał ochotę wyrzucić z siebie to, co ostatnio zjadłeś.
— Mam nadzieję. Bolą mnie nogi.
—  Już niedługo.
—  Słabo się czuję.
— Ja też. Nie myśl o tym.
Podniósł głowę do góry, w gwiazdy, które oświecały im drogę. Miał nadzieję, że oświecały. Miał nadzieję, że były w stanie dojrzeć go z tego okropnego miejsca, tak dalekiego od tego, co piękne i naturalne. Daleko od tego, co gwiazdy kochały. 
Kolejny Potwór przejechał z rykiem z ich prawej strony. Spuścił głowę, gdy fałda ciężkiego, palącego, gorącego powietrza uderzyła w jego twarz. Zacisnął na moment oczy.
Znów spojrzał w lewo, w dół, a gdy zobaczył, że stoją już nad samym brzegiem, otworzył szerzej oczy ze zdumienia. Przyspieszył kroku, nie bacząc na zaskoczone sapnięcie Leszczyny za swoimi plecami. Wszystko go bolało, nie miał siły się ruszać, ale jednocześnie tak bardzo chciał już stąd odejść, że nie myślał o bólu wcale.
Gdy tylko zszedł z Drogi Grzmotu i dotknął świeżej trawy, pomyślał, że jego nerwy się uspokoją, ale burza myśli wciąż szalała mu w głowie. Zobaczył tylko, jak Leszczyna tuż za nim zeszła z płaskiej, cuchnącej powierzchni na wilgotną trawę.
Wtedy zrobiło mu się słabo. Upadł na ziemię, a kotka natychmiast położyła się koło niego.
— To miejsce jest straszne — zdążył wyszeptać, nim wizja przed nim zupełnie się zamroczyła. Łapy go bolały, oczy były podkrążone; mieli za sobą prawie całą nieprzespaną noc.
— Odpocznij — poleciła kotka. Głos miała zmartwiony. Chciał jej powiedzieć, żeby się o niego nie troszczyła, ale zanim to zrobił, stracił przytomność.
*
Zmrużył widzące oko, gdy jasność nieba dotarła do jego twarzy. Otworzył ślepia i gwałtownie wstrzymał oddech. Niebo powoli się rozjaśniało, rozświetlone przez żółto-różane, opalizujące barwy zorzy porannej.
Wstał. Czuł się lepiej. Podniósł wzrok i rozejrzał się wokół. Nie zwracał uwagi za Drogę Grzmotu za jego plecami. Nie była dłużej przerażająca, gdy cała jego uwaga skupiła się na pięknych, rozległych wrzosowiskach, które wyglądały jak umorusane różanym palcem brzasku. Otwarte, niemalże pozbawione drzew tereny, pagórki i równiny upstrzone niewielkimi skarpami, wystającymi gdzieniegdzie skałami. Był w raju.
Gdy dojrzał Leszczynę, zdziwił się, że była na nogach. Musiała czuwać całą noc. Biedaczka. Gdyby tylko mógł, wziąłby wartę.
— Wiedziałam, że ci się spodoba — miauknęła.
Spojrzał na horyzont. Słońce jeszcze nie pokazało się na jego linii, ale pierwsze z jego promieni już rozjaśniało fioletowawo-szare niebo. 
Bezceremonialnie zaczął biec. Ignorując ból i wszelkie inne niedogodności. Stojąc na wysokim punkcie i widząc rozpościerające się przed nim, zniżające się i podnoszące równiny, zapragnął jak najszybciej znaleźć się w ich głębi. A więc zaczął biec w dół zbocza. I wkrótce usłyszał za sobą kroki Leszczyny. Nocny strach i przygnębienie zostały zastąpione przez poranną euforię. 
Biegli, a wschód słońca patrzył na nich z nieba, a oni patrzyli na niego. Te piękne wrzosowiska, równinne pustkowia przypominały mu dom. Jego rodzina często spała na takich wrzosowiskach i niezalesionych równinach. Pod gołym niebem, obserwując gwiazdy i nadchodzącą poranną zorzę. Wokół roznosił się zapach królików. 
Wszystko tutaj przypominało mu dom. Budziło wspomnienia. Jego rodzina nieustannie podróżowała, a więc często zmieniała swoje miejsca. Ale wszystkie te miejsca łączyło jedno - znajdowały się na otwartych terenach. Otwartych na bezgrań gwiazd i nieba. Bo oni wierzyli, że tym bliżej są gwiazd, im szerszy mają na nie widok. Pod połacią lasu i gęstych krzewów nie dało się dojrzeć pełni nieba. Przysłaniały je drzewne korony i szerokie liście. 
Tutaj mógł widzieć niebo cały czas. Żadne drzewa nie przysłaniały jego widoku. Było tu, nad ich głowami, wieczne i nieugięte. Dawno nie czuł się tak dobrze.
— Gdy byłem mały, pytałem się mamy, czemu nigdy nie zostajemy w lesie — miauknął. — Odparła, że bez dostępu do czystego nieba kot staje się smutny. Wiem, że miała rację. W żadnym lesie nie czułem się tak dobrze, jak czułem się tam, gdzie roztwierało się przede mną szerokie sklepienie. Prawie pomyślałbym, że umarłem. Tutaj jest pięknie, Leszczynko.
Przymknął oczy, pozwalając, by słodki zapach wrzosów pochłonął jego nozdrza. Położył się wśród fioletowo ubarwionych, wysokich kwiatów. Leszczyna położyła się obok niego.
— Więc... zostajemy tu.
— Na razie — przytaknął. Uśmiechnął się lekko, spoglądając w niebo. Trącił nosem przyjaciółkę i skinął głową w jego kierunku. Słońce już prawie wzeszło. — Patrzyłaś kiedyś w niebo o świcie?
— Jesteś szalony, Kompasie. Myślisz o wszystkim, tylko nie o tym, co trzeba — westchnęła głęboko, choć jej pysk także rozpromienił się w uśmiechu. — Kiedy w końcu zajmiesz się czymś pożytecznym?
— Chyba nigdy.
— To dobrze. Nie zniosłabym takiej nudy.
Parsknął śmiechem.
— Wiem. Jesteś jedynym nie-nudnym dorosłym, jakiego miałem okazję poznać w czasie swoich podróży.
— To zaszczyt.
Wtedy jakiś odgłos przerwał im rozmowę. Sielankowy nastrój znikł tak szybko, jak tylko się pojawił. Usłyszeli czyjeś kroki i pojedyncze głosy. Zanim Kompas zdążył wstać na własne nogi, Leszczyna już stała przed nim, przybierając obronną pozycję.
— Nie wychylaj się.
— Co się dzieje? — szepnął do niej, ale nie odpowiedziała.
Wstał i wyjrzał zza jej barku. Wtedy zobaczył coś, co sprawiło, że dech zamarł mu w piersi.
Stała przed nimi grupa kotów. Podobnie, jak on, mieli łapy długie i powłóczyste,  a ciała o atletycznej budowie. Ale coś sprawiało, że się różnili. Ich oczy świeciły blaskiem i dumą. Oni, świetnie wykarmieni, z warstwą mięśni i gładkim, zadbanym futrem, wyglądali jak zupełne przeciwieństwo Leszczyny i Kompasa - brudnych od błota i ziemi, podrapanych przez gałązki i gąszcze roślin, zmęczonych, z przymykającymi się powiekami, z matowym futrem. Obcy przybysze mogliby zabić ich skinięciem pazura.
Mieli intensywny zapach. Czuł króliczą woń przypominającą mu księżyce wczesnego dzieciństwa, wymieszaną z delikatnym zapachem wrzosów i dzikiej trawy. Kimkolwiek byli, wyglądali na kogoś, z kim w walce nie mieli najmniejszych szans. Gdy to dotarło do jego świadomości, otworzył szerzej oczy.
— Wkroczyliście na terytorium Klanu Burzy — odezwał się jeden z kotów. — Musicie stąd odejść. Inaczej będziemy zmuszeni was przegonić.
Stał na czele grupy. Miał czarne futro upstrzone pasmem śnieżnobiałej sierści wokół szyi. 
— Jesteście ślepi? — podniosła głos Leszczyna. W tym tonie rozbrzmiała desperacja i ukłucie niesprawiedliwości i rozgoryczenia. — Swoje słowa możecie wsadzić głęboko pod własne pyszałkowate ogony. Nie widzicie, kto przed wami stoi? Spójrzcie na nas. Jesteśmy brudni, zmęczeni i głodni. Jakim jesteśmy dla was zagrożeniem? Jakim dla was zagrożeniem jest, na lisy i borsuki, on? Dziecko?
Wskazała na niego. Wychylił się lekko zza jej cienia.
Tym razem głos zabrał jakiś inny, biało-bury kot. Wyraźnie starszy i doświadczony, chrząknął głęboko.
— Obcy nie są mile widziani na...
Czarny kocur, który wcześniej zabrał głos jako pierwszy, teraz rzucił spojrzenie towarzyszowi, który natychmiast urwał. Znów skierował spojrzenie na dwójkę samotników. Już miał się odezwać, gdy Kompas wydał z siebie cierpiętnicze westchnięcie, wziął dramatyczny wdech i zrobił coś raczej nieoczekiwanego; zaczął recytować wiersz.
— 
Młody, polny kwiecie
Ledwoś wyrósł na pięknej łące,
A już więdną twe śliczne płaty,
Już wiatr nuci pieśni kojące
By położyć cię do snu na świetlistej łące
I już mrok, śmiercią zwany,
W ciemność szaloną i spokojną przyodziany
Zmierza ku tobie i z wiatrem śpiewa
I na łące została już tylko niema
cisza...

Każde słowo wypowiadał z karykaturalną wręcz emocją, gestykulując łapami i obrzucając koty Klanu Burzy głębokim spojrzeniem. Widział, jak spoglądają po sobie, wyraźnie zdezorientowane.
— To chyba nieodpowiedni moment na poezję — stwierdziła kolejna z nich. Tym razem to była jakaś szylkretowa kotka. 
— Nie, ale z waszych słów wynika, że planujecie nas zabić — odparł Kompas. — A jeśli już mam umierać, to chcę, by moja śmierć była romantyczna. Wyobraźcie sobie. Biedny, młody, wybrany przez gwiazdy kot, który ginie z łap obcych... Układanoby o mnie pieśni, a moja tragiczna historia inspirowałaby podróżnych. 
— Chyba przybyli do nas wariaci — mruknęła pod nosem ta sama kotka, ale ucichła, gdy spojrzeniem omiótł ją stojący na czele, czarny kocur.
Jego spojrzenie złagodniało.
— Wybrany przez gwiazdy?
— Tak. Gwiazdy towarzyszyły mi w mojej wędrówce. A teraz zaprowadziły mnie i moją przyjaciółkę tutaj. Wasze tereny są piękne. Śpicie pod otwartym niebem, nieprzysłoniętym przez żaden las czy skałę. 
— Wiesz, mały — miauknął kocur, spoglądając w niebo. — My też wierzymy w gwiazdy.
— Naprawdę?
—  Tak — przyznał. — Gdybyście chcieli, moglibyście do nas dołączyć. Pod warunkiem, że sercem i duchem stalibyście się Burzakami. Zaakceptowalibyście klan jako swój i wkładali wysiłek, jak wszyscy inni, by stał na nogach.
Szylkretowa kotka, która wcześniej podchodziła do nich najbardziej wrogo, teraz wydała z siebie oburzone sapnięcie. Nie powiedziała nic jednak, cały czas obserwowana przez czarnego kocura.
Kompas zastanowił się na chwilę.
—  Myślę, że byłbym w stanie to zrobić — miauknął. Ale myśl osiadania w jednym miejscu nie dawała mu spokoju. O tym już jednak nie wspomniał, domyślając się, że taka wieść nie spodobałaby się obcym, który pragnęli stałych członków, a nie tylko przelotnych wędrowców. — To nie może być przypadek. Wy też... wierzycie w gwiazdy?
— Klan Gwiazdy — potwierdził kocur. — Nocne niebo nazywamy Srebrną Skórą. Tam odpoczywają wszyscy honorowi, zasłużeni wojownicy. Po śmierci oświetlają sklepienie i prowadzą nas wszystkich przez drogę życia.
— Wojownicy?
— Żyjemy walcząc — wyjaśnił kocur. — Ale na całą wiedzę znajdzie się czas. A teraz, jeśli uważacie, że jesteście gotowi przyjąć naszą wiarę i tradycję, podążcie za nami. Nie będziemy na was czekać.
I ruszyli do przodu. 
Spojrzał na Leszczynę. Wahała się, ale widząc jego spojrzenie, pokiwała głową. Wkrótce dołączyli do oddalającej się grupy. 
Szli tak szybko, że słaby i mierny Kompas ledwo mógł ich dogonić. Ale wraz z Leszczyną trzymali się grupy. Widać było, że owi wojownicy doskonale odnajdywali się na swoim terytorium, w przeciwieństwie do samotników, którzy byli tu po raz pierwszy i polegać mogli wyłącznie na zmysłach.
— Wybaczcie, że się nie przedstawiłem — odezwał się w końcu idący na przodzie wojownik. Nie spojrzał nawet w ich stronę. — Jestem Króliczy Nos. To jest Kukułcze Skrzydło — wskazał na biało-burego wojownika, który przemówił jako drugi. — A to Gradowy Sztorm. Najstarszy z nas — wskazał na wojowniczkę - a bardziej na wojownika, o którym Kompas dotychczas myślał, że był kotką. Tę informację przyjął zupełnie zwyczajnie. On często zapominał o własnej płci - przykładał do niej tak niewielką wagę, że dla niego równie dobrze mogłaby nie istnieć. — A was jak zwą?
— Jestem Leszczyna. A to Kompas — przedstawiła ich jego przyjaciółka.
Teraz Kompas spostrzegł, że Gradowy Sztorm obserwował go i Leszczynę kątem oka. Spośród wszystkich, wydawał się do nich najbardziej nieufnie nastawiony. Nawet Kukułcze Gniazdo, poważny wojownik, trzymający się od nich na dystans, nie zdawał się być aż tak wrogi.
— Uważaj, Kompasie. W klanie będziesz musiał robić coś poza układaniem wierszy. Umiesz polować? Wyglądasz, jakby mały wiatr mógł cię położyć do grobu.
Zignorował uszczypliwy komentarz wojownika.
— Zwykła kuna, mniejsza i lżejsza od kota potrafi z łatwością zabić kogoś takiego jak ty — zauważył.— Więc ocena przez pryzmat pozorów należy do rzeczy bardzo niebezpiecznych. Na twoim miejscu bym uważał, Gradowy Sztormie.
Wojownik prychnął, ale nie odezwał się już więcej. Leszczyna uśmiechnęła się pod nosem i trąciła go w bok, najwyraźniej dumna z tego, że nie pozwolił tak po prostu z siebie szydzić.
— Jesteśmy — oznajmił nagle Króliczy Nos i zatrzymał się na chwilę. — Witajcie w sercu terytoriów Klanu Burzy. 
Wszyscy wojownicy, którzy towarzyszyli im w drodze do obozu, teraz opuścili ich, zaszywając się w obozowisku. Kompas zauważył, jak pojedyncze, zaciekawione spojrzenia kierują się w ich stronę. To, co zobaczył, to była prawdziwa ostoja - ledwo mógł w to uwierzyć. Wszędzie krążyły koty. Niektóre ze sobą rozmawiały, inne czyściły sobie nawzajem futra. Jakaś szylkretowa kotka doglądała biegających wszędzie maluchów. To miejsce tętniło życiem.
Króliczy Nos został z nimi. Odprowadził oczyma swoich towarzyszy, a następnie zwrócił swoje spojrzenie na Leszczynę i Kompas.
— Porozmawiam z Obserwującą Gwiazdą. To nasza przywódczyni. Wy rozgośćcie się w klanie — miauknął. Spojrzał na Leszczynę. — Niektórzy wojownicy mogą być niepotrzebnie zgryźliwi. Chroń go. W końcu was zaakceptują.
Szylkretowa kotka pokiwała krótko głową.
Zapamiętał wspomniane imię. Obserwująca Gwiazda. Ciekawe, czy tutaj nadawano kotom imiona od gwiazd. Czy była to jakaś rozpoznawalna cecha przywódców?
Nie mógł uwierzyć, że to wszystko to był tylko przypadek. Zrządzenie losu. Natrafił na tereny otwarte na gwiaździste niebo zamieszkiwane przez całą hordę kotów, które także interesowały się gwiazdami. Był pewien, że gdyby jego rodzina to zobaczyła... Ach, byliby zachwyceni. Nie mogliby uwierzyć własnym oczom. Po części żałował, że ich tu nie było.
Czuł się jednak źle z tym, że kłamał. A przynajmniej nie powiedział całej prawdy. Nie powiedział, ani Leszczynce, ani Króliczemu Nosowi, że nigdy nie planował zostawać tu na dłużej. Zawsze podróżował. Zawsze zmieniał swoje miejsce. Te tereny były cudowne, ale jego styl życia, jego wiara i przekonania nakazywały mu po pewnym czasie iść dalej. Nie wiedział, czy czułby się szczęśliwy zamknięty na pewnym obszarze, nie móc zwiedzać, nie móc odkrywać i doświadczać.
On nigdy się nie zatrzymywał. Nigdy nie obracał się za siebie. 
Ale gdy Leszczyna zachęcająco popchnęła go do przodu, zmusił się do delikatnego uśmiechu. Nie mógł teraz o tym myśleć. Powinien skupić się na tym, co ważne. Innymi sprawami będzie przejmował się później.
Weszli do środka obozowiska. Nagle wszystkie dźwięki stały się głośniejsze. Kompas nigdy nie przepadał za zgiełkiem. Zawsze wolał ciszę i samotność. To kolejny powód, dla którego wątpił, czy dałby radę prowadzić życie, jakim żyły tutejsze koty. 
Ledwo postawili swoje łapy w obozowisku, a już tysiące spojrzeń skierowało się w ich stronę.
— Kim jesteście? Jak macie na imię? — doszedł do niego jakiś piskliwy, wysoki ton głosu. Obrócił się, próbując ustalić, skąd dobiegał, aż wreszcie dostrzegł malutkiego niebieskiego kociaka, który przyglądał się im z zaciekawieniem. 
— Jestem Kompas, a to Leszczyna.
— Kompas. To ciekawe imię! — miauknęło kocię. — Co to jest? Jakaś jagoda?
— Układ gwiazd na niebie — odparł spokojnie Kompas.
— To niesamowite — zdumiało się kocię. — U nas tylko przywódcy noszą imiona od gwiazd. Teraz rządzi nami Obserwująca Gwiazda! — nagle przyjrzało się bliżej Kompasowi i najwyraźniej coś zaobserwowało. Wzdrygnęło się na moment. — Co się stało z twoim okiem?
Kompas musiał poważnie się zastanowić, by zrozumieć, o co mu chodziło. Jedno z jego oczu niesprawne było od urodzenia; na tyle, że przyzwyczaił się do swojej wady i wcale o niej nie myślał. Nie postrzegał jej nawet jako wady. Speszył się jednak. Czy jedno z jego oczu, pozbawione źrenicy, wyglądało przerażająco? Odstraszało?
— Nic się z nim nie stało. Taki się urodziłem — odparł. — Nie podoba ci się?
— Nie. Jest śliczne. Wygląda jak niebo, gdy jest czyste — zauważył młody kocurek. — Więc... nie widzisz na nie?
— Doceniam twoje słowa — miauknął łagodnie. — Nie, nie widzę. Jestem na nie ślepy, ale zdradzę ci sekret.
Kocię otworzyło szerzej oczy, zainteresowane.
— Oczy nie są potrzebne, by widzieć — dokończył półgłosem. — Powiem nawet więcej. Niejeden ślepy widzi więcej niż zdrowy kot. 
— Jak?
— Widzi ten, kto słucha — wymruczał Kompas. Jego wąsy zadrżały.
— Świerszczyku! — rozległ się nagle głos jakiejś kotki, która wzięła niesforne kocię za kark i zaprowadziła je z powrotem do jakiegoś miejsca, które Kompas uznał za coś w rodzaju żłobka. To pewnie tutaj przebywały kocięta i karmiące je kotki.
— Obserwująca Gwiazda jest gotowa z wami porozmawiać — oznajmił nagle Króliczy Nos. Kompas omal nie wyszedł z siebie, gdy usłyszał głos wojownika. Nie spodziewał się, że wróci tak szybko.
Odprowadził ich do porośniętej bluszczem kamiennej wieży.
— Powodzenia.
— Przyda się — mruknęła Leszczyna. 
Weszli do środka. Do jego nozdrzy dotarł intensywny zapach ziół. Zobaczył krzątającą się w środku kotkę, która rzuciła im tylko długie spojrzenie. Ciężko było mu ukryć zdumienie. Żyjące tu koty musiały być najwyraźniej pod stałą opieką medyczną.
On, chorowity i słaby, zawsze wymagał stałej opieki. Ale jego rodzice nie znali się perfekcyjnie na ziołolecznictwie. Musieli polegać na leśnych uzdrowicielach, którzy niekiedy dużo żądali w zamian za pomoc. Przeżycie w małej grupce było dużo cięższe. Tutaj nie musiałby się o to martwić. Zioła były składowane w jednym miejscu, miejscu bliskim obozowi. Nie musiałby przemierzać nieskończonych grani, by znaleźć kogoś, kto mógłby udzielić mu pomocy. Mu i Leszczynce, którą przecież sam odnalazł ranną.
Wtedy przed oczami jak dąb wyrosła im wysoka kotka. Prezentowała się niezwykle. Obrzucała ich dokładnym spojrzeniem. Wyglądała na przywódczynię.
— Chodźcie za mną.
I podążyli za kotką, po krętych schodach w górę. Budowla była wspaniała, przejęta przez naturę, obrośnięta roślinnością, stara i wiekopomna. Ciekawe, jak długo już tu stała. Jak długo była zamieszkała.
Gdy weszli na wyższą część wieży, kotka skinęła im głową, by usiedli. Tak więc zrobili. 
— Powiedziano mi, że chcielibyście dołączyć do Klanu Burzy — zaczęła. — Jak tu dotarliście?  Skąd przybyliście?
— Z bardzo dalekich stron — odpowiedział szczerze Kompas. — Tak dalekich, że nawet ptaki przelatujące nad waszymi wrzosowiskami nie mogłyby ich ujrzeć.
Przywódczyni kiwnęła głową.
— Nie mam powodu, by wam nie wierzyć. Nie wyglądacie na tutejszych. Czy słyszeliście już wcześniej o klanach?
— Istnieją inne klany? — odezwał się Kompas. Leszczyna odwróciła wzrok, zwracając tym jego uwagę. Ona przebywała tu znacznie dłużej niż on. Coś musiało jej się obić o uszy.
— Tak. Wiele innych — przyznała Obserwująca Gwiazda. — Klan zdecyduje, co z wami zrobić. Odbędzie się głosowanie, które zapięczetuje wasz los.
Spojrzał na Leszczynę. To wydawało się być dość logiczne. Jeśli zdobędą poparcie większości, zostaną przyjęci. Jeśli większość opowie się przeciw nim - będą musieli odejść.
— A jeśli przyjmie was z otwartymi ramionami, zobaczę, jak się sprawujecie i czy można wam ufać — wyjaśniła, podnosząc się. — Gdy udowodnicie swoją wartość jako Burzacy, będziecie traktowani jak Burzacy. Słyszałam, że znasz się na gwiazdach, Kompasie.
Pokiwał głową.
— To dobrze. Być może świetnie się wśród nas odnajdziesz. Jeśli oczywiście taka możliwość będzie ci dana.
Szylkretowa kocica uniosła wyżej głowę.
— Możecie iść — rzekła, a dawni samotnicy wstali w identycznym momencie. Gdy opuszczali legowisko, na odchodne usłyszeli jeszcze jedno zdanie. 
Nie miał zamiaru nikogo zdradzać, nie był też żadnym szpiegiem któregoś z pozostałych klanów. Nie pracował dla nikogo - tylko dla samego siebie. Miał nadzieję szybko zdobyć sympatię i zaufanie swoich możliwych przyszłych pobratymców.
Gdy wyszli na zewnątrz, czekał już tam na nich Króliczy Nos. Wojownik skinął im głową, a następnie zwrócił wzrok w górę. Gdy Kompas podążył za jego spojrzeniem, dostrzegł jedno z okien wieży, przez które mógł dojrzeć niewyraźny obraz miejsca, w którym jeszcze przed chwilą się znajdował. Cień jakiejś sylwetki pojawił się w oknie; rozpoznał w nim Obserwującą Gwiazdę. Zjawiła się na miejscu przemówień, najwyraźniej gotowa zwołać klan.
— Wszystkie koty Klanu Burzy zdolne do samodzielnego polowania niech zbiorą się pod Skruszoną Wieżą na zebranie klanu.
Wszyscy klanowicze, jak jeden mąż zaczynali wychodzić ze swoich legowisk, wysuwać nosy z nor i rozglądać się z zarysowaną na pyskach ciekawością. Na zebranie przyszły nawet niektóre kocięta wraz ze swoją opiekunką; nie mogły wytrzymać w spokoju, cały czas kręcąc się i wiercąc, by zobaczyć coś więcej wśród tłumu.
— Burzacy, oto stoją przed wami Kompas i Leszczyna. Przybysze z daleka, którzy pragnęliby dołączyć w wasze szeregi — miauknęła przywódczyni. — Decyzja należy do was. Czy przyjmiecie ich do klanu?
Wojownicy zamknęli Kompas i Leszczynę w szerokim kręgu. On, stojąc po środku, nie wiedział, co miał powiedzieć ani co zrobić.
— Jestem za — miauknął Króliczy Nos. 
— Chętnie przyjęłabym ich w nasze grono. Potrzebujemy młodej krwi — dodała jakaś kotka, której imienia Kompas nie znał. Pamiętał jednak, że widział ją wcześniej wewnątrz Skruszonej Wieży.
— To Klan Burzy, nie przytułek dla zabłąkanych — prychnął Gradowy Sztorm. — Naprawdę chcecie tak ryzykować po ostatnich zdarzeniach i przyjmować do klanu byle kogo?
— Daleko im od "byle kogo", Gradowy Sztormie — upomniała go delikatnie jakaś kotka. — Podobno znają się na gwiazdach. A takich wojowników właśnie nam potrzeba. Poza tym mamy do czynienia z dzieckiem. 
— Och, naprawdę, Brzęczkowy Trelu? — mruknął wojownik. — Historia pokazuje, że nie wszyscy uczniowie są tak niewinni. Nie umiecie wyciągnąć podstawowych wniosków z minionych zdarzeń. Jeśli narobicie bałaganu, sami go sobie sprzątajcie. Ja się nie podpisuję pod tą decyzją.
Odwrócił się i odszedł, przepchnąwszy przez tłum, który najwyraźniej przyzwyczajony do trudnego charakteru swojego kompana, nie zareagował gwałtownie. Parę kotów jedynie odprowadziło go spojrzeniem.
Swojego głosu udzielili jeszcze pozostali członkowie klanu. Wśród nich nieliczna część zgodziła się ze stanowiskiem Gradowego Sztormu, pozostając niechętnym do przyjęcia do siebie dwóch samotników. Jednak lwia większość nie miała nic przeciwko; sprawa była przegłosowana.
Obserwująca Gwiazda uciszyła wszelkie pomruki i rozmowy. Gdy tylko zaczęła mówić, wszystkie spojrzenia pokierowały się ku niej.
— Na mocy waszych słów przyjmuję do klanu Kompas i Leszczynę. Powołuję się w tej decyzji w pełni na wasz rozum. Pamiętajcie, przybyli, że dołączając do klanu, będziecie sądzeni tak, jak cała reszta. Zdrada będzie dla was oznaczała surową karę.
Był członkiem Klanu Burzy.
Choć słowa Obserwującej Gwiazdy do niego docierały, choć rozumiał ich znaczenie, wcale się nimi nie przejmował. Już wcześniej o tym myślał; nigdy nie miał zamiaru nikogo skrzywdzić ani zdradzić. Przynajmniej nie bez potrzeby i najwyższej konieczności.
— Gdy wzejdzie księżyc, odbędzie się wasze mianowanie. Rozpoczniecie swoje szkolenie.
Jego serce wypełniło dziwne, ciepłe uczucie. Było bardziej subtelne niż radość, ale dużo silniejsze od zwykłej przyjemności. Słowa były jego bronią, a jednak mimo to - nie potrafił go nazwać.