Ruda strzepnęła uchem, próbując pozbyć się natrętnej muchy, która uparcie zataczała kręgi tuż nad jej głową. Może i wraz z odejściem Pory Nagich Drzew pożegnali się z okrutnym mrozem i ponurym krajobrazem, a budząca się do życia roślinność na nowo cieszyła wzrok, tak w ślad za cieplejszymi dniami powróciły również wszelkiego rodzaju latające i pełzające robactwa. Żywica zdecydowanie nie tęskniła za ich towarzystwem. Mogła doceniać miękką trawę pod łapami i rześki, chłodny wiatr, ale nie miała zamiaru z równym entuzjazmem znosić te brzęczące utrapienia.
Wolnym krokiem podążała za towarzyszkami dzisiejszego patrolu, ciesząc się przyjemniejszą pogodą. Śpiewający Raniuszek i Srebrzysta Równonoc należały do kotek, które znała stosunkowo dobrze, choć z żadną nie łączyła jej szczególnie zażyła więź. Raniuszek była jej trochę bliższa, bowiem poznała ją jeszcze będąc kocięciem, kiedy zainteresowanie ze strony starszej uczennicy wydawało jej się czymś wyjątkowym. I zapewne takie właśnie było, skoro po latach wciąż pamiętała tamte chwile. Później ich kontakt nieco osłabł, a rozmowy należały do rzadkości, jednak odkąd Żywica zamieszkała w legowisku wojowników, szylkretowa kotka ponownie zaczęła poświęcać jej więcej uwagi.
Srebrzystą Równonoc poznała właściwie za pośrednictwem Raniuszek. Choć zdarzało im się wcześniej wymienić kilka słów i odbywać wspólne patrole, gdy ruda była jeszcze uczennicą, dopiero dzięki czarnawej kotce miały okazję spędzić ze sobą więcej czasu i lepiej się poznać.
Na dzisiejszy patrol składały się dwa proste zadania. Wypadało upolować coś dla klanu i przy okazji nieco porozmawiać. Tematy zmieniały się co jakiś czas, choć najczęściej krążyły wokół pozostałych wojowników, ich zachowań oraz tego, co aktualnie działo się w obozie.
— Pusto zrobiło się teraz w żłobku — zagadnęła Raniuszek, otrzepując łapę z resztek roztopionego śniegu. — W starszyźnie zresztą też. To znaczy, teraz jest tam Dzwonkowy Świst, ale poza nim również niewiele się tam działo — dodała, a Żywiczna Kropla odruchowo strzygnęła uchem na dźwięk imienia ojca. — Jak myślicie, która kotka w klanie jako pierwsza doczeka się kociąt?
— Obecnie? Mam wrażenie, że żadna nie miałaby na to ochoty — odparła Równonoc. — Aż strach pomyśleć, co może wyrosnąć z takiego kociaka, jeśli spojrzeć na ostatnie przypadki — mruknęła.
Żywica nie zamierzała od razu włączać się do rozmowy. Wolała najpierw wysłuchać ich i dopiero wtedy dorzucić własne zdanie, o ile uzna je za warte wypowiedzenia. Nie zastanawiała się, kto z kim spędza najwięcej czasu i czy w klanie miały w ogóle miejsce jakieś romanse. Właściwie nie zawsze potrafiła nawet powiedzieć, które koty są sobie jakkolwiek bliskie. Jeśli ktoś nie opowiadał jej o tym wprost, nie zaprzątała sobie głowy zgadywaniem.
Gdyby jednak miała oceniać wyłącznie pod względem wieku i kondycji, zarówno Śpiewający Raniuszek, jak i Srebrzysta Równonoc, wydawały jej się w odpowiednim momencie życia, by zostać matkami, gdyby tylko same tego chciały. Nie oznaczało to, że rozumiała, dlaczego ktokolwiek miałby dobrowolnie rezygnować z dotychczasowej swobody na rzecz opieki nad miotem. Kocięta wymagały uwagi, cierpliwości i nieustannej troski, a Żywica nie była pewna, czy sama potrafiłaby znieść kiedykolwiek taką odpowiedzialność. Dopiero co wykaraskała się z roli uczennicy, musiała nacieszyć się rolą wojowniczki, a nie szukać w życiu kolejnych zmian.
— A wyobrażacie sobie taką Skrzydlatą Płomykówkę w roli matki? — podsunęła Równonoc, ostrożniej stawiając łapy na nierównym podłożu. — Hm... Dzieciaki byłyby ustawione.
Żywica przez chwilę zastanawiała się nad odpowiedzią. Trudno było jej jednoznacznie ocenić obecną zastępczynię. Kotka zza młodu szkoliła się pod okiem jej ojca, więc nie mogła być kiepską wojowniczką, a Zawodząca Gwiazda z pewnością nie wybrał jej na zastępczynie bez powodu. Lider musiał dostrzec w niej coś, co uznał za godne zaufania. Mimo to Żywica nie potrafiła całkowicie pozbyć się pewnego ukłucia niezadowolenia na myśl, że na prawą łapę przywódcy nie wybrano Oskrzydlonego Ognika.
Czy miała to za złe Płomykówce tylko dlatego, że sama była przywiązana do swojego mentora? Być może. Nie wykluczała, że jej osąd był przez to nieco wypaczony, zwłaszcza, że zastępczyni była również siostrą Ognika. Ruda wiedziała jednak, że jej mentor angażował się w sprawy klanu i potrafił wziąć na siebie odpowiedzialność, więc stanowiłby równie dobry wybór. Ostatecznie nie miała też powodów, by twierdzić, że Skrzydlata Płomykówka nie zasłużyła na zaufanie Zawodzącej Gwiazdy.
— Pewnie jakoś by sobie poradziła — odezwała się w końcu, uznając, że zbyt długie milczenie mogłoby sprawić, że pozostałe wezmą ją za odludka. — Ale nie sądzę, żeby chciała na dłuższy czas porzucić obowiązki zastępczyni, żeby siedzieć w żłobku i wychowywać kocięta. Zresztą mało komu łatwo byłoby odłożyć na bok codzienne zajęcia na tak długo.
— Przynajmniej inni skaczą wtedy wokół ciebie i dostajesz jedzenie w pierwszej kolejności — zauważyła Równonoc. — A może Mała Bazia? Jest młoda, miła, może ona...
— Tę szkaradę ktoś musiałby najpierw zechcieć — wypaliła Raniuszek.
Żywica natychmiast przystanęła. Słowa kotki wywołały w niej nagły sprzeciw, którego nie potrafiła stłumić, nawet gdyby chciała. Nie należała do szczególnie wybuchowych osobników, ale nie zamierzała również stać bezczynnie, kiedy ktoś obrażał jej kuzynkę, zwłaszcza w tak okrutny i zupełnie niepotrzebny sposób.
— Nie jest szkaradna — rzuciła stanowczo. — To, że jej pysk jest zdeformowany, nie jest nawet jej winą. Poza tym ma piękne futro i jest miła, pracowita... To znacznie ważniejsze niż to, czy może uchodzić za najurodziwszą kotkę w klanie.
Śpiewający Raniuszek zmierzyła ją spojrzeniem pełnym niezrozumienia. Strzepnęła ogonem, a z jej pyska wydobyło się krótkie, niezadowolone prychnięcie.
— Ta, cokolwiek — ucięła. — Nie mam całego dnia na to polowanie. Później muszę jeszcze objąć straż przy więźniach, więc ruszcie się.
Równonoc sprawiała wrażenie nieco zbitej z tropu, ale bez dalszych uwag przyspieszyła kroku, podążając za szylkretową kotką. Żywica nie ruszyła za nimi od razu. Jeszcze przez chwilę przyglądała się Raniuszek, próbując zrozumieć, skąd wzięła się jej reakcja. Czy obraziła się na nią za obronę Bazi? A może chodziło o coś zupełnie innego? Raniuszek nie należała do najmilszych kotek, jakie Żywica znała, ale mimo to potrafiła być przyjemną towarzyszką rozmów. Ruda zasłyszała, że w przeszłości szylkretka bywała kąśliwa wobec jej kuzynki, lecz podobno z czasem wyrosła z podobnych zachowań. Sama Żywica nie była świadkiem niczego, co wskazywałoby na to, że dawna niechęć wciąż się utrzymywała. Może jednak istniał między nimi jakiś głębszy uraz o którym nie miała pojęcia. Trudno było jej to ocenić, skoro nie znała wszystkich szczegółów ich relacji. Zresztą, sama nie była najlepszym przykładem kota, który potrafił zachować obiektywizm, gdy rozmowa schodziła na pewne jednostki. Wystarczyło, że Raniuszek wspominała o swoim uczniu, a Żywica od razu czuła, jak coś nieprzyjemnie zaciska jej się w żołądku. Szylkretka bowiem otrzymała pod opiekę jednego z adoptowanych kociąt Ostatniego Pożaru. Żywiczna Kropla nie miała go o co winić, a jednak słuchanie o nim i jego rodzeństwie wciąż przychodziło jej z wielkim trudem.
Westchnęła cicho, pozbywając się kurzu, który osiadł na jej nosie. Nie miała zamiaru pozwolić, by jedna nieprzyjemna uwaga zepsuła jej cały patrol. W końcu wyszła z obozu po to, by zapolować, a nie roztrząsać cudze animozje. Otrząsnęła futro i ruszyła za towarzyszkami, kierując się ku terenom, które powinny lepiej nadawać się do łowów.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz