Dzień śmierci Przepiórczej Wichury
Im dłużej myślała o tym, że nigdy nie przyjdzie jej wyznać Cichej Łapie swoich uczuć, tym bardziej zastanawiała się nad tym, czy Koszmarna Łapa naprawdę nie mógłby zostać jej nowym obiektem westchnień. Wciąż nie wydawało jej się, by czuła do niego coś nadzwyczajnego, lecz jak trudne mogłoby być wmówienie sobie, że jest inaczej? Wtedy przynajmniej nie musiałaby wpatrywać się w biało-liliowego z bólem i poczuciem, że jedyne, czego pragnie, to jego czułego dotyku na skórze i pokrzepiających słów w uszach.
W ostatnich dniach dużo myślała o kocurze i doszła do wniosku, że… może jednak czuła do niego nieco więcej, niż jej się wydawało. Właściwie było to oczywiste od samego początku, lecz Słonka nie potrafiła się z tym pogodzić, bo oznaczałoby to, że oficjalnie była skazana na porażkę. Wciąż uważała, że tak właśnie było. Wiedziała, że na bliższą relację z kocurem nie miała co liczyć. Ale teraz była gotowa to zaakceptować. Była gotowa przyjąć do wiadomości, że choć jej serce pragnęło nieustannie przebywać w obecności Cichej Łapy, to rozum stanowczo odradzał jej zbliżanie się do niego z obawy przed tym, że Złamana Wola coś zauważy.
Dobra. To raczej było kłamstwem. Nie sądziła, że uda jej się w najbliższym czasie wyzbyć uczuć do Cichej Łapy, o ile nie stłumi ich czymś innym albo nie spróbuje przekonać swojego serca, że to tak naprawdę Koszmarna Łapa jest jej bratnią duszą i wybrankiem. Nie przypominała sobie, by podczas zgromadzenia na widok burasa robiło jej się tak ciepło, jak na widok Cichej Łapy, ale bez wątpienia lubiła jego towarzystwo. I tak musiała go lepiej poznać, by jej “zauroczenie” nim stało się bardziej wiarygodne w oczach Złamanej Woli. Nie chciała w końcu, by zaczął coś podejrzewać. Wtedy pewnie by ją skonfrontował, a ona znowu musiałaby wyjąkać kilka głupich wyjaśnień, w które zapewne i tak by nie uwierzył. Cóż, nie była najbardziej przekonującym kotem na ziemi, a gdy tylko robiła się nerwowa, jej dykcja znacznie się pogarszała. Na dodatek jeszcze bardziej spowalniała się wtedy praca jej mózgu, przez co mówiła raczej wolno, niepewnie i dzieliła wypowiedzi na kilka części. Nie był z niej dobry kłamca.
Po jakimś czasie Tańcująca Słonka zdecydowała się wyjść poza obóz i obejść granicę z Klanem Wilka w poszukiwaniu Koszmarnej Łapy. Choć szanse na to, że uda jej się spotkać go akurat dzisiaj, były raczej marne. No chyba, że udałoby jej się nauczyć przekazywać wiadomości telepatycznie — wtedy może mogłaby powiedzieć kocurowi, by stawił się niedaleko Czarnych Gniazd.
Licząc na szczęście, udała się w stronę wilczackich terenów, wypatrując między drzewami znajomego, burego futra. Obawiała się jednak, że gdyby jej kolega faktycznie był teraz gdzieś między drzewami, mogłaby go nawet nie zauważyć! Musiał się dobrze kamuflować wśród brązowych pni, samemu posiadając futro o podobnym kolorze. Ona z drugiej strony nie wiedziała, czy byłaby w stanie wtopić się w jakiekolwiek otoczenie. Jej kremowe plamy być może mogłyby się zakamuflować na tle nadmorskiego piasku, lecz wtedy wciąż byłoby widać jej niebieskie plamy. Nie była też w stanie skryć się na przykład pośród śniegu, jako że jej szata nie była całkowicie biała. Chyba jedyny sposób na to, by całkowicie zniknęła z czyjegoś pola widzenia, to wytarzanie się w błocie i oblepienie liśćmi!
Słonka szła teraz wzdłuż granicy z głową w chmurach, kompletnie zapominając o tym, że miała szukać w głębi lasu znajomych, niebieskich oczu. Przypomniała sobie o poszukiwaniach dopiero wtedy, gdy stanęła pysk w pysk z obcą kotką. Ta miała czekoladowe, szylkretowe futerko i parę pomarańczowych oczu, którymi obserwowała Słonkę z zaciekawieniem. Wojowniczka wzdrygnęła się na jej widok, zastanawiając się, czy przypadkiem nie wkroczyła na tereny Klanu Wilka. Gdy jednak wciągnęła powietrze do płuc, poczuła silną woń oznaczeń zapachowych. Czyżby zatrzymała się dokładnie na granicy?
— Co tu robisz? — spytała w końcu nieznajoma, po czym na moment odwróciła się do tyłu, stawiając uszy na sztorc. — Ja… jestem teraz na patrolu z kotami, które nie będą wobec ciebie litościwe, jeśli dowiedzą się, że jesteś tak blisko granicy — wyjaśniła po chwili, ponownie spoglądając na Słonkę. — Radziłabym ci się stąd wycofać, zanim cię zobaczą.
Niebieska zmrużyła oczy.
— Nie rozumiem. Przecież nie przekroczyłam jeszcze granicy. Wolno mi tu przebywać — odparła szczerze zdziwiona, przekrzywiając głowę. — A jest z tobą może Koszmarna Łapa? — spytała po chwili. To mogła być jej szansa na spotkanie z kocurem. Tym bardziej że czekoladowa kotka wyglądała na zbliżoną wiekiem do burasa.
— Koszmarna Łapa? — powtórzyła pomarańczowooka, wyraźnie zbita z tropu. — Nie, nie ma go na patrolu. A dlaczego pytasz? — dodała.
Ogon nieznajomej zaczął kołysać się na boki, zapewne z nerwów. To w sumie miłe, że tak się martwiła o Słonkę, nawet jeśli ta nie rozumiała, dlaczego miałaby się czymkolwiek martwić.
— Chciałam się z nim spotkać — mruknęła, uśmiechając się nieznacznie do obcej. — Przekazałabyś mu, żeby przyszedł tu jutro o tej samej porze?
Czekoladowa zamyśliła się na dłuższą chwilę, a końcówka jej ogona przestała drżeć.
— Właściwie to mogłabym. Tylko Koszmarna Łapa wciąż jest uczniem. Wątpię, żeby dał radę przyjść tu akurat o tej porze bez jakiegoś wojownika — miauknęła w końcu, na co Słonce zrzedła mina. To faktycznie mógł być problem.
— A ty? Nie możesz przyjść z nim? — zapytała szylkretka, nie chcąc tracić nadziei na to, że uda jej się spotkać z burym.
— Ja? Niestety nie mogę, bo też jestem uczniem. Ale i tak przekażę tę informację Koszmarnej Łapie. Może uda mu się coś wykombinować, żeby się z tobą spotkać — odparła czekoladowa, po czym uśmiechnęła się do starszej kotki. — W ogóle mam na imię Pyzata Łapa — przedstawiła się po chwili.
Żółtooka odwzajemniła uśmiech, choć w jej wykonaniu wyglądał on trochę niezręcznie.
— Miło mi. Ja nazywam się Tańcująca Słonka, ale możesz mi mówić Słonka. No i jestem wojowniczką w Klanie Klifu — odrzekła, na co Pyza zachichotała cicho pod nosem.
— Tak, zdążyłam się domyślić po twoim imieniu. I po tym, że chyba jesteś tu sama, prawda? — mruknęła, na co niebieskiej zrobiło się głupio.
No przecież, że była wojowniczką! Nie musiała tego doprecyzowywać przed Pyzatą Łapą. Przecież nie uważała, że kotka jest głupia i sama nie potrafiłaby połączyć kropek.
— Ach, tak, sama… Przyszłam, bo tak jak mówiłam, chciałam porozmawiać z Koszmarną Łapą na osobności — wyjaśniła. — Choć teraz, jak o tym myślę, to faktycznie może być ciężko. Mam nadzieję, że ma jakichś starszych znajomych w klanie, którzy mogliby mu pomóc — dodała, przypominając sobie, że bury zapewniał ją, iż w Klanie Wilka ma się do kogo odezwać. Na pewno miał chociaż jednego znajomego wśród wojowników, prawda?
— Właściwie to nie wiem. Nie rozmawiam z nim zbyt często — wyznała Pyzata Łapa. — A skąd znasz Koszmarną Łapę? Spotkaliście się już kiedyś na granicy? — postanowiła dopytać, na co Słonka pokręciła głową.
— Nie! Ale znamy się ze zgromadzenia i fajnie nam się rozmawiało, dlatego… dlatego chcieliśmy spotkać się ponownie i nie musieć czekać na kolejną pełnię — odparła, doskonale wiedząc, że to ona chciała zobaczyć się z burasem. On zapewne już dawno o niej zapomniał, podczas gdy ona w akcie desperacji uznała, że musi spróbować się w nim jakoś… zakochać.
Nim czekoladowa szylkretka zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, zza jej pleców rozległy się czyjeś nawoływania. Słonka szybko zrozumiała, że musiał to być ktoś z patrolu, kto właśnie wykrzykiwał imię Pyzy. Pewnie chcieli już wracać do obozu, a może po prostu przenieść się w inną część terenów.
— Ach! Muszę już iść, Słonko. Sama słyszysz, że inni mnie wołają — mruknęła pomarańczowooka. — Ale nie martw się! Postaram się przekazać Koszmarowi, żeby się tu z tobą spotkał. Mam nadzieję, że mu się uda i nie będziesz musiała przychodzić tu na marne — dodała jeszcze, po czym odwróciła się tyłem do wojowniczki i zniknęła gdzieś między krzewami.
Żółtooka skinęła głową, jakby sama do siebie, i jeszcze przez chwilę wpatrywała się w wilczackie tereny. Czy to, co robiła, na pewno było słuszne? Czy jej plan w ogóle zadziała? Co, jeśli nie zakocha się w Koszmarze, a zamiast tego zda sobie sprawę, że nikt nie mógł równać się z Cichą Łapą?
Potrząsnęła łbem. Wolała się nie zniechęcać i trzymać nadziei, że na widok burasa jej serce faktycznie zabije szybciej. Westchnęła jedynie i powolnym krokiem ruszyła w stronę azylu, podczas gdy serce ściskało jej się z nerwów na myśl o jutrzejszym dniu.
* * *
Tańcująca Słonka wkroczyła do obozu ze zwieszoną głową, kierując się w stronę swojego posłania. Nim jednak zdążyła wspiąć się choćby na najniższą półkę, ktoś zagrodził jej drogę. Podniosła wzrok, a jej oczom ukazał się niebieski, pokryty bliznami pysk — niewątpliwie należący do zastępczyni, Źródlanej Łuny. Szylkretka od razu poczuła, jak po jej ciele rozlewa się niepokój. Starsza nie wyglądała na zadowoloną, a wręcz przeciwnie. Sprawiała wrażenie, jakby coś się stało. Jej brwi były lekko zmarszczone, choć kotka wciąż próbowała zachować poważny wyraz pyska.
— Tańcująca Słonko, czy podczas przebywania poza obozem widziałaś może Przepiórczą Wichurę? — zapytała w końcu.
Młodsza zamarła. Dlaczego Łuna ją o to pytała?
— Ja…? N-nie… Czy coś się z nią stało? — odrzekła po dłuższej chwili milczenia. Wiedziała, że wcale nie chciała znać odpowiedzi na to pytanie, bo skoro zastępczyni pytała o Przepiórkę, to nie mogło to wróżyć niczego dobrego.
— Próbuję to ustalić — odparła niebieska, co wcale nie uspokoiło wojowniczki. — Powiedz mi jeszcze, czy twoja ciotka zachowywała się ostatnio jakoś inaczej? Może była bardziej przygnębiona niż zwykle? — kontynuowała.
Każde kolejne słowo zastępczyni sprawiało, że szylkretka miała ochotę rozpłakać się i uciec. Dlaczego nie chciała jej niczego wyjaśnić? Dlaczego zadawała jej takie dziwne pytania? Czy Przepiórcza Wichura znajdowała się w niebezpieczeństwie?
— Nie… Ja… — zaczęła, lecz gardło jej się zacisnęło. Nie wiedziała nawet, co powinna powiedzieć. Nie zwróciła wcześniej uwagi na to, by zachowanie ciotki było w jakikolwiek sposób nietypowe. Choć może po prostu nie była wystarczająco uważna? — Nie wydaje mi się… — miauknęła w końcu, choć jej głos drżał. — Czy coś się z nią stało…? — powtórzyła po chwili, gdyż nic innego nie przychodziło jej do głowy. Jedyne, czego pragnęła, to dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodzi.
Źródlana Łuna zawahała się na moment.
— Patrol poszukiwawczy przed chwilą odnalazł jej roztrzaskane ciało. Musiała spaść z klifu, a ja próbuję ustalić, w jakich okolicznościach do tego doszło — wyjaśniła.
Tańcująca Słonka zamrugała kilka razy, mając wrażenie, jakby nagle zapomniała znaczenia wszystkich słów. Wpatrywała się w Źródlaną Łunę pustym wzrokiem, wyglądając zapewne jak kamienna rzeźba. Wszystko, co powiedziała do niej zastępczyni, brzmiało teraz niczym bezsensowny bełkot — jedynie zlepek dziwnych, obcych wyrazów. Słonka czuła się nagle tak, jakby rozmawiała z kimś innego gatunku, a nie z kotką, która żyła z nią w tej samej jaskini.
— Dobrze… — wydukała po jakimś czasie, jakby coś w jej wnętrzu zmusiło ją do wypowiedzenia tego słowa, po czym uśmiechnęła się słabo do dymnej kotki. — Przepraszam, ale muszę… iść — dodała jeszcze i ruszyła w stronę swojego posłania. Zabawne, bo wcale nie czuła, jakby miała kontrolę nad własnym ciałem.
Gdy dotarła na docelową półkę, odnalazła wzrokiem swoje przytulne gniazdko i zaczęła się w nim mościć, rozpychając się na boki. Na jej sercu wciąż ciążył ogromny ciężar, a żołądek nieprzyjemnie się zaciskał, lecz jej głowa przypominała czarną dziurę, pochłaniającą każdą myśl, która próbowała się w niej pojawić.
W końcu wojowniczka zmrużyła oczy. Przez moment w jej umyśle zaczął krążyć obraz pyska Przepiórczej Wichury, sprawiając, że ucisk w brzuchu stawał się jeszcze silniejszy. Na szczęście już niedługo później w jej głowie znowu zapanowała pustka i wkrótce szylkretka zapadła w sen.
* * *
Następnego dnia
Obudziła się niezwykle wcześnie rano. Zupełnie tak jak za czasów uczniowskich. Teraz nie musiała już jednak czekać, aż Jenocia Kufa zbierze się z posłania i zabierze ją na trening. Mogła po prostu leżeć albo wybrać się na samotny spacer. Wybór był oczywisty. Po co miałaby siedzieć w posłaniu i wsłuchiwać się w chrapanie pobratymców, skoro mogła przejść się po klifiackich terenach i zaznać trochę morskiej bryzy we własnym futrze? Zdecydowała się podnieść na wszystkie łapy, lecz szybko tego pożałowała. Z niewiadomych przyczyn czuła się nieco zesztywniała. Najwyraźniej musiała spać w niewygodnej pozycji.
Zeszła z półek, na których spali wojownicy, i ruszyła w stronę wyjścia z azylu. Nim jednak udało jej się przedostać na zewnątrz, pojawił się przy niej Cicha Łapa. Gdy kątem oka dostrzegła zarys jego pyska, zatrzymała się w bezruchu, czując, jak momentalnie z nerwów napinają się jej mięśnie. Czy kocur chciał wybrać się z nią na spacer?
— Hej, Słonko… — odezwał się. Na jego pysku malował się wyraz żalu i litości, lecz szylkretka nie potrafiła odgadnąć dlaczego. — Słyszałem o Przepiórczej Wichurze i… chciałem powiedzieć, że niezwykle mi przykro z powodu jej śmierci. Była naprawdę dobrą kotką i potrafiła zarazić innych swoim entuzjazmem — zaczął, a wojowniczka wbiła wzrok w ścianę za nim, nie potrafiąc spojrzeć mu w oczy, gdy wypowiadał się o cynamonowej. — Jeśli potrzebowałabyś czyjegoś wsparcia, to pamiętaj, że możesz na mnie li-
— Dziękuję, Cicha Łapo — przerwała mu, ponownie przybierając ten sam nieobecny wyraz pyska, który miała wczoraj, gdy Źródlana Łuna wyznała jej, że Przepiórka zmarła. — Muszę jednak już iść. Wybierałam się właśnie na spacer — dodała i nim kocur zdążył zareagować, odwróciła się i wyszła z obozu.
Zmierzając w głąb terenów, szła niezbyt szerokim pasem ziemi łączącym obóz z resztą terytorium. Maszerowała niebezpiecznie blisko klifu, ponieważ czuła się tak, jakby coś podświadomie ją do niego ciągnęło. Wzrok miała utkwiony w morzu i brzegu klifu, o który nieustannie rozbijały się morskie fale. Nie potrafiła oderwać oczu od tego widoku, czując się tak, jakby znalazła się w jakimś transie.
Trwało to do momentu, w którym Słonka zamrugała i po ponownym otwarciu oczu na ułamek uderzenia serca dostrzegła gdzieś w oddali szkarłatno-cynamonową plamę. Zatrzymała się gwałtownie, czując, jak jej łapy nagle przywierają do podłoża. Zamrugała ponownie, a wtedy plama zniknęła. Po ciele szylkretki przebiegł dreszcz, a zaraz potem ogarnęła ją fala głębokiego niepokoju, która zmusiła ją do odskoczenia do tyłu. Co ona, na litość Klanu Gwiazdy, wyprawiała? Czy chciała skończyć tak samo, jak Firletkowa Łapa? Szybko się otrząsnęła i, nie chcąc dłużej o tym myśleć, pośpiesznym krokiem ruszyła przed siebie. Wkrótce łapy zaczęły ją piec z powodu wysiłku i szybkiego tempa.
Nie zwolniła jednak, dopóki nie dotarła na granicę z Klanem Wilka. Tam silny zapach obcego klanu uderzył ją w nozdrza, zmuszając do wzięcia się w garść i skupienia na otoczeniu. Tańcująca Słonka przystanęła. Na spotkanie z Koszmarną Łapą było jeszcze zdecydowanie zbyt wcześnie, a jednak nie miała ochoty wracać do obozu. Nie chciała, by kolejne koty podchodziły do niej i mówiły, jak bardzo im przykro. Nie miała ochoty tego wysłuchiwać.
Przysiadła pod jednym z drzew, nieco się garbiąc. Nie miała pojęcia, co ze sobą zrobić. Nie mogła przecież czekać tutaj, aż bury kocur się zjawi. Nie chciała też jednak chodzić po terenach Klanu Klifu ani leżeć we własnym legowisku. Zaczynała myśleć, że może najlepiej byłoby po prostu zniknąć. Wtedy nie musiałaby się martwić tym, co powinna począć ze swoim fizycznym ciałem.
Gdy tak siedziała, nagle usłyszała czyjeś kroki. Szybkie, zapewne należące do kogoś, kto właśnie biegł. Nie miała jednak siły podnieść łba, by rozejrzeć się wokół. Myślała, że kot, który je stawiał, po prostu ją ominie i pobiegnie dalej, lecz nagle przed jej oczami przemknęła mysz. Chwilę później Tańcująca Słonka usłyszała, jak ktoś gwałtownie zatrzymuje się tuż obok niej. Wtedy, choć powoli i ociężale, wreszcie podniosła łeb, by spojrzeć przybyszowi w oczy.
Ku jej zdziwieniu, stał przed nią Koszmarna Łapa.
Szylkretka zamrugała kilkakrotnie, będąc pewna, że buras jest jedynie zwidem, wymysłem jej wyobraźni. Po dłuższej chwili wciąż jednak nie znikał z jej pola widzenia, co trochę ją zaniepokoiło.
— Koszmarna Łapo…? — zapytała cicho, na wypadek, gdyby naprawdę rozmawiała jedynie z powietrzem. — Co ty tu robisz? Kazałam Pyzatej Łapie, by powiedziała ci, byśmy spotkali się niedaleko, ale myślałam, że powiedziała ci też, o jakiej porze — dodała, tym razem już nieco głośniej. Następnie rozejrzała się po wilczackich terenach, wypatrując między zielenią zarysu jakiejś sylwetki. — Masz teraz trening? — spytała nagle.
<Koszmarna Łapo?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz