Jakiś czas później, gdy stan łapy się polepszył
Zranienie, jakie pojawiło się na łapie liliowej szylkretki, zdążyło już się polepszyć, dlatego też mogła normalnie stawiać poduszeczki, chociaż nadal musiała się jako tako oszczędzać, żeby nie pogorszyć na nowo. Miała zakaz biegania na środku obozu. Niekoniecznie ją to cieszyło, ale również nie złościło szczególnie. Dzięki temu zderzeniu mogła sobie jeden dzień z treningów odpuścić.
Koteczka znowu zaczęła się zastanawiać – jacy byli jej dziadkowie? Czy gdyby nadal żyli, miałaby z nimi dobrą relację? Ciekawe, czy byli pochowani pod tym drzewem i czy jej rodzice ich odwiedzali? Nie przypominała sobie nigdy, żeby to robili, ale może nie zwróciła na to uwagi? Może ich odwiedzali, zostawiali prezenty? Pod łapami chrupał jej śnieg, a na wąsach osadzały się malutkie płatki. Może dzisiaj nauczy się czegoś bardziej ekscytującego! Oczywiście, tunele nie były aż takie złe, ale aż tęskniła za morzem. Za donośnym, niosącym się echem klangorem mew zamieszkujących plaże. Za szumem fal obijających się o brzeg, a w szczególności teraz, skoro spadł śnieg. Gdy wreszcie w oddali dostrzegła turkusowe barwy wymieszane z bielą, puściła się biegiem tuż przed mentorem, który jej nie gonił. Jego sylwetka stawała się coraz mniejsza w oddali, a liliowa kotka z napuszoną sierścią podskakiwała po piachu wymieszanym ze śniegiem z ogromną radością. Cała połać pokryła się śnieżnobiałym puchem, który obecnie uginał się pod jej ciężarem, a łapki zapadały delikatnie. Zbite, ciemne bryły rozłożone były po całej plaży, zgarniając ochoczo zaciekawienie Klifiaczki. Nie widziała nigdzie mew ani żadna nie krążyła jej wysoko nad czołem. Srebrny kocur zbliżał się coraz sprawniej, aż finalnie także dotarł. Żółtooka zaczęła grzebać w jednej ze zbitych gór lodu, zastanawiając się, co dzisiaj będą robić. Fale morza obijały się o brzeg mocno, a z każdym najmniejszym poruszeniem sopelki zmrożonej wody migotały, niczym wiele brokatowych drobinek. Mysikrólik poczuła chęć złowienia jednej z nich, aczkolwiek wiedziała, że jeśli tylko spróbuje, to albo mentor sam ją wepchnie do lodowatego morza, albo załamie się pod nią grunt i wpadnie do lodowatej wody, a wtedy z pewnością nabawi się choróbska, którego tak bardzo starała się unikać od początku nieprzychylnej pory.
— Dzisiaj nauczysz się otwierania krabów. Czy już słyszałaś może, jak to robią Klifiacy? — zapytał mentor, gdy ustawił się przed terminatorką i usiadł wygodnie, łapy nakładając na puchaty, czekoladowy ogon. Liliowa pokiwała głową.
— Niektórzy próbują zębami wygryzać skorupę, ale to godne mysiego móżdżka. W ten sposób sobie je tylko połamią. Ja myślę, że najlepiej jest wyrwać im szczypce, żeby nie mogły cię zranić, a potem przygniecenie ich czymś, żeby dostać się do mięsa. Ale mięso sobie będą grzebać głodni, a ja tylko upoluję.
Końcówka ogona wojownika zaczęła podrygiwać to do góry, to do dołu. Kiwnął łbem.
— Kraby teraz są w stanie czegoś w rodzaju hibernacji. Twoim zadaniem jest znalezienie przynajmniej jednego i rozłupanie go, jakkolwiek postanowisz. Musi być większy niż na jednego gryza. Do roboty.
Uczennica zastrzygła wąsami, a potem w paru susach dotarła do miejsca, w którym jeszcze do niedawna widziała odkryte, ciemne skały, wiecznie obmywane przez morze. Zawsze było na nich ślisko i niebezpiecznie. Obecnie kiedy całe pokryły się śniegiem, nie mogła liczyć na lepsze warunki. Starła łapą puch z jednego z nich, wzrokiem szukając jakiegokolwiek zagłębienia. Znalazłszy potencjalną szansę, pazurem spróbowała wygrzebać sobie miejsce. Łapa zaczęła ją boleć z powodu kontaktu z puchem z nieba, aczkolwiek nie przejmowała się teraz tym szczególnie. Stało się to uciążliwe w momencie, w którym czucie w łapach nie chciało jej wracać tak energicznie, jak wcześniej wracało. Dlatego też przystawiła poduszeczki do pyska i zaczęła na nie dmuchać, chcąc, chociaż odrobinę ogrzać zziębnięte palce. Nie była pewna, ile dokładnie czasu jej przydzielono na całe to zadanie, jednak przyjęła z góry, że do wysokiego słońca.
Przez chwilę siedziała w bezruchu, obserwując skały w poszukiwaniu jakiegokolwiek poruszenia. Jedyne, co spotkała, to obmytą powierzchnię przez słoną wodę. Pokręciła łbem, zaglądając do szczelin. Jej ślepka zabłysły, gdy udało jej się dostrzec odstające odnóże. Właśnie o to jej chodziło! Krabia łapka. Wysunęła pazury, a potem wsunęła, ile się dało, paluchy do środka szczeliny i próbowała wygrzebać zdobycz.
Najpierw szło jej mozolnie, a efektów nie było widać. Krab siedział zakotwiczony wewnątrz skały. Ani mu się śniło opuszczać swojego ciepłego domku. Kocica warknęła, marszcząc nos. Musiała nie dość, że go wyskrobać, to w dodatku rozłupać, nie mógł być nawet zbyt mały! Jej szanse na powodzenie nie były szczególnie duże, ale małe również nie. Przecież to był już któryś z kolei trening. Czuła nawet po sobie, że rozumiała coraz to więcej. Nawet pamiętała zasady kodeksu wojownika, z którym od początku miała trudności! Zacisnęła kły i czując piekący ból w łapie, wyrzuciła zimnego kraba ponad swoją głowę. Zwierzątko poruszało się niezwykle powolnie, próbując zakleszczyć szczypce na skórze Klifiaczki. Mysikrólicza Łapa pochwyciła nieopodal leżący kamień i uniósłszy go, rzuciła nim w kraba mocno. Początkowo skorupie nic się nie stało, a zdobycz zdawała się w takim samym stanie osłupienia. Liliowa podniosła kawałek jeszcze parę razy, a potem ciskała nim z całej siły w stronę kraba. Wiele razy chybiła, lecz nie zamierzała się absolutnie poddawać! Wreszcie, ze zirytowaniem pochyliła się nad nim i ujęła w szczeki szczypce, po czym pociągnęła. Poczuła, jak kawałek odchodzi z oporem, a gdy już go wyrwała i wypluła przed siebie, spojrzała raz jeszcze na ciemno zabarwioną skorupkę. Finalnie, usłyszała pęknięcie. Szczękami rozwarła pancerz od góry, ujawniając tym samym różowe mięso. Na pierwszy rzut oka wyglądało na wystarczającą porcję. Rozejrzała się za Bukową Koroną. Nie mogła nigdzie go dostrzec. Zmarszczyła nos, nastawiając czujnie uszu. Próbowała go usłyszeć, jednak ryk morza doskonale zagłuszał mu jakiekolwiek inne dźwięki. Postanowiła więc rozejrzeć się za kolejnym smaczkiem. Może jeśli złapie więcej, to kocur jej uzna trening! W szczelinie zdawało się, nie było więcej pożywienia. Koteczka mimo wszystko wsunęła do środka łapę, czując, jak mokre ścianki pocierały o jej mięśnie, mierzwiąc wielokolorowe futro. Pazurami natrafiła na pewien otwór. Otworzyła szerzej oczy, z zaciekawieniem dłubiąc jeszcze przez chwilę. Wreszcie, postanowiła poszukać patyka i nim wydobyć to, cokolwiek siedziało wewnątrz.
Zeskoczyła z podwyższenia i przybliżyła się do wydm. Wspięła po nich sprawnie, zsuwając kawałki gruntu spod siebie na dół, ale nie robiąc sobie z tego jakoś wiele. Parę uderzeń serca później schyliła łeb, a następnie ujęła w szczękach długi, ale chudy patyk. Wyglądał tak, jakby mniejszy podmuch wiatru mógł go złamać w paru miejscach. Mimo wszystko skoro takiego znalazła, takiego więc zamierzała użyć. Wróciła do swojego miejsca i z westchnieniem ulgi spostrzegła, iż nic nie ukradło jej zdobyczy, co było niesamowitą okazją i niezbyt mądrym ruchem z jej strony. Wetknęła do środka patyk, wypychając zawartość. Kolejny krab pojawił się ponad malutką jamą, a Mysikrólicza Łapa z uradowaniem postanowiła ponowić proces otworzenia go.
Finalnie, wypatrzyła kocura. Siedział pośród śnieżnych zasp, perfekcyjnie kryjąc się za jedną z wysoko pnących się brył lodu. Wcześniej, gdy spoglądała w tym kierunku, mogłaby przysiąc, że go nie było. Całe szczęście jednak odnalazła kocura i zamierzała mu pokazać, że ukończyła przydzielone jej przez niego zadanie. Dlatego też cały zbiór ułożyła w pysku, próbując go nie zaślinić. Radosnym chodem zbliżyła się z powrotem do Klifiaka, patrząc na niego z niecierpliwością.
— Wracamy do obozu — odparł jedynie, a liliowa przechyliła łeb na bok ze swego rodzaju rozczarowaniem. Naprawdę tylko tyle zdołał z siebie wykrzesać, podczas gdy ona tak wiele dzisiaj zrobiła? Czasami żałowała, że nie poprosiła Lśniącej Gwiazdy lub kogokolwiek o zmianę mentora. Obecnie jednak była już w takim wieku, że jej się to najzwyczajniej w świecie nie opłacało. Nie było sensu już zmieniać mentorów, skoro przyzwyczaiła się do sposobu nauczania Bukowej Korony, a w dodatku sporą część wiedzy zdążyła już dawno nabyć, teraz jedynie utrwalając ją sobie na stałe.
Mysikrólicza Łapa zauważyła wśród grupy kotów Ćmią Łapę. Niosła w pysku mały pakunek zrobiony z liści, wewnątrz którego najprawdopodobniej miała zioła. Szylkretka oddzieliła się od mentora, zanosząc swoje podzielone na części zdobycze na stertę. Jak na Porę Nagich Drzew, niezwykle jej się poszczęściło. Gdy spojrzała w kierunku, w którym ostatnim razem widziała siostrzyczkę, szybko uświadomiła sobie, że uczennica zdołała już jej gdzieś zniknąć. Do którego legowiska mogła się kierować? Może do legowiska wojowników, hmm…
Ruszyła zatem w stronę wspomnianej jamy, a gdy wetknęła łeb do środka, spotkała się jedynie z pyskami, których nie szukała. Jej ojciec był na patrolu, a matka odpoczywała, dlatego nie chciała jej zawracać ogona. Może pochwali jej się później, jak najpierw zamieni słowo z siostrzyczką.
Wreszcie, kremowe futerko mignęło jej ponownie. Mysikrólik rzuciła się biegiem w stronę żółtookiej siostrzyczki, ocierając się o nią z zadowoleniem.
— Ćmo! Wszędzie cię szukałam! Nie uciekaj mi tak więcej. — Szturchnęła ją w bark przyjacielsko, posyłając chytry uśmieszek. — Co dzisiaj robiłaś? Bo ja otwierałam kraby! Upolowałam aż dwa. Jeśli jesteś głodna, to sobie weź ze sterty któregoś. Pewnie jeszcze nic dzisiaj nie jadłaś — miauknęła, parokrotnie przejeżdżając językiem po poduszeczce, nie pozwalając pręgusce dojść do słowa.
Ćmia Łapa pokręciła głową.
— Nie, jadłam już dzisiaj! Ale to ekstra, że udało ci się tak wiele załatwić! Jak się ma twoja łapa? Ostatnio chodziłaś jeszcze w pajęczynach — zapytała, patrząc na pyszczek liliowej. Rozmówczyni poruszyła wąsami z zadowoleniem.
— Już mnie nie boli aż tak! Mogę biegać, mimo dyskomfortu. Wiem, że miałam się oszczędzać, ale nie wolno mi pozwolić sobie na to, żeby Bukowa Korona uznał mnie za leniwą teraz — mówiąc to, brew podopiecznej Jagnięcego Ukłonu poszybowała ku górze.
— Mysikróliku! Chcesz, żebym cię siłą posadziła w naszym legowisku? Jeśli nie będziesz słuchała się zaleceń, to nigdy nie wyzdrowiejesz, a przecież nie mamy nieskończonych ilości ziół. Chodź, posmaruję ci łapę, ale już dzisiaj nigdzie nie wychodź. Idź tylko do legowiska uczniów i nigdzie więcej, zrozumiano? — powiedziała stanowczo, a szylkretka pokiwała łbem, nie robiąc sobie z tego za wiele. Poszła jednak za koteczką, pozwalając się opatrzyć. Lubiła być w centrum uwagi rodziny. Zawsze było jakoś tak raźniej, milej.
Po skończonej wizycie pożegnała się z kremową i powędrowała do legowiska uczniów. Słonkowa Łapa odpoczywała na swoim miejscu, a Firletkowa Łapa czyścił sobie futerko na piersi. Uśmiechnęła się przebiegle, już wiedząc, co następnie zrobi. Podeszła szybciutko do kocura, zanim ktokolwiek zdążyłby zareagować i wycelowała kuksańca. Miał trafić prosto w jego ramię, a zamiast tego uderzyła w grunt. Z płuc uleciało jej powietrze z bólu. Łapą zaczęła machać na boki, marszcząc brwi i wykrzywiając pysk w dyskomforcie.
— Czemu to zrobiłeś! Teraz mnie boli, aaach! — obwiniła go, kładąc uszy płasko przy głowie. Niebieski zmarszczył brwi, kręcąc głową.
— To ty mnie chciałaś uderzyć.
— Bo wyglądałeś na smutnego! Co miałam zrobić? Poklepać cię po głowie? — zmarszczyła nos, a jej kikut podrygiwał z podenerwowania. Nie rozumiała, dlaczego brat zachowywał się w ten sposób. Chciała mu sprzedać na pocieszenie szturchnięcie, a zamiast tego ponownie spotkał ją promieniujący ból w okolicach kończyny. Tym razem tej zdrowej. Miała tylko nadzieję, że było to mniej poważne niż jej ostatni wybryk. Wystawiła język do kocura, mrużąc oczy, po czym odwróciła się na pięcie, a potem ruszyła w stronę swojego legowiska. On w ogóle nie rozumiał! Firletka miał puch, zamiast mózgu, odkąd spotkał go wypadek.
Koteczka znowu zaczęła się zastanawiać – jacy byli jej dziadkowie? Czy gdyby nadal żyli, miałaby z nimi dobrą relację? Ciekawe, czy byli pochowani pod tym drzewem i czy jej rodzice ich odwiedzali? Nie przypominała sobie nigdy, żeby to robili, ale może nie zwróciła na to uwagi? Może ich odwiedzali, zostawiali prezenty? Pod łapami chrupał jej śnieg, a na wąsach osadzały się malutkie płatki. Może dzisiaj nauczy się czegoś bardziej ekscytującego! Oczywiście, tunele nie były aż takie złe, ale aż tęskniła za morzem. Za donośnym, niosącym się echem klangorem mew zamieszkujących plaże. Za szumem fal obijających się o brzeg, a w szczególności teraz, skoro spadł śnieg. Gdy wreszcie w oddali dostrzegła turkusowe barwy wymieszane z bielą, puściła się biegiem tuż przed mentorem, który jej nie gonił. Jego sylwetka stawała się coraz mniejsza w oddali, a liliowa kotka z napuszoną sierścią podskakiwała po piachu wymieszanym ze śniegiem z ogromną radością. Cała połać pokryła się śnieżnobiałym puchem, który obecnie uginał się pod jej ciężarem, a łapki zapadały delikatnie. Zbite, ciemne bryły rozłożone były po całej plaży, zgarniając ochoczo zaciekawienie Klifiaczki. Nie widziała nigdzie mew ani żadna nie krążyła jej wysoko nad czołem. Srebrny kocur zbliżał się coraz sprawniej, aż finalnie także dotarł. Żółtooka zaczęła grzebać w jednej ze zbitych gór lodu, zastanawiając się, co dzisiaj będą robić. Fale morza obijały się o brzeg mocno, a z każdym najmniejszym poruszeniem sopelki zmrożonej wody migotały, niczym wiele brokatowych drobinek. Mysikrólik poczuła chęć złowienia jednej z nich, aczkolwiek wiedziała, że jeśli tylko spróbuje, to albo mentor sam ją wepchnie do lodowatego morza, albo załamie się pod nią grunt i wpadnie do lodowatej wody, a wtedy z pewnością nabawi się choróbska, którego tak bardzo starała się unikać od początku nieprzychylnej pory.
— Dzisiaj nauczysz się otwierania krabów. Czy już słyszałaś może, jak to robią Klifiacy? — zapytał mentor, gdy ustawił się przed terminatorką i usiadł wygodnie, łapy nakładając na puchaty, czekoladowy ogon. Liliowa pokiwała głową.
— Niektórzy próbują zębami wygryzać skorupę, ale to godne mysiego móżdżka. W ten sposób sobie je tylko połamią. Ja myślę, że najlepiej jest wyrwać im szczypce, żeby nie mogły cię zranić, a potem przygniecenie ich czymś, żeby dostać się do mięsa. Ale mięso sobie będą grzebać głodni, a ja tylko upoluję.
Końcówka ogona wojownika zaczęła podrygiwać to do góry, to do dołu. Kiwnął łbem.
— Kraby teraz są w stanie czegoś w rodzaju hibernacji. Twoim zadaniem jest znalezienie przynajmniej jednego i rozłupanie go, jakkolwiek postanowisz. Musi być większy niż na jednego gryza. Do roboty.
Uczennica zastrzygła wąsami, a potem w paru susach dotarła do miejsca, w którym jeszcze do niedawna widziała odkryte, ciemne skały, wiecznie obmywane przez morze. Zawsze było na nich ślisko i niebezpiecznie. Obecnie kiedy całe pokryły się śniegiem, nie mogła liczyć na lepsze warunki. Starła łapą puch z jednego z nich, wzrokiem szukając jakiegokolwiek zagłębienia. Znalazłszy potencjalną szansę, pazurem spróbowała wygrzebać sobie miejsce. Łapa zaczęła ją boleć z powodu kontaktu z puchem z nieba, aczkolwiek nie przejmowała się teraz tym szczególnie. Stało się to uciążliwe w momencie, w którym czucie w łapach nie chciało jej wracać tak energicznie, jak wcześniej wracało. Dlatego też przystawiła poduszeczki do pyska i zaczęła na nie dmuchać, chcąc, chociaż odrobinę ogrzać zziębnięte palce. Nie była pewna, ile dokładnie czasu jej przydzielono na całe to zadanie, jednak przyjęła z góry, że do wysokiego słońca.
Przez chwilę siedziała w bezruchu, obserwując skały w poszukiwaniu jakiegokolwiek poruszenia. Jedyne, co spotkała, to obmytą powierzchnię przez słoną wodę. Pokręciła łbem, zaglądając do szczelin. Jej ślepka zabłysły, gdy udało jej się dostrzec odstające odnóże. Właśnie o to jej chodziło! Krabia łapka. Wysunęła pazury, a potem wsunęła, ile się dało, paluchy do środka szczeliny i próbowała wygrzebać zdobycz.
Najpierw szło jej mozolnie, a efektów nie było widać. Krab siedział zakotwiczony wewnątrz skały. Ani mu się śniło opuszczać swojego ciepłego domku. Kocica warknęła, marszcząc nos. Musiała nie dość, że go wyskrobać, to w dodatku rozłupać, nie mógł być nawet zbyt mały! Jej szanse na powodzenie nie były szczególnie duże, ale małe również nie. Przecież to był już któryś z kolei trening. Czuła nawet po sobie, że rozumiała coraz to więcej. Nawet pamiętała zasady kodeksu wojownika, z którym od początku miała trudności! Zacisnęła kły i czując piekący ból w łapie, wyrzuciła zimnego kraba ponad swoją głowę. Zwierzątko poruszało się niezwykle powolnie, próbując zakleszczyć szczypce na skórze Klifiaczki. Mysikrólicza Łapa pochwyciła nieopodal leżący kamień i uniósłszy go, rzuciła nim w kraba mocno. Początkowo skorupie nic się nie stało, a zdobycz zdawała się w takim samym stanie osłupienia. Liliowa podniosła kawałek jeszcze parę razy, a potem ciskała nim z całej siły w stronę kraba. Wiele razy chybiła, lecz nie zamierzała się absolutnie poddawać! Wreszcie, ze zirytowaniem pochyliła się nad nim i ujęła w szczeki szczypce, po czym pociągnęła. Poczuła, jak kawałek odchodzi z oporem, a gdy już go wyrwała i wypluła przed siebie, spojrzała raz jeszcze na ciemno zabarwioną skorupkę. Finalnie, usłyszała pęknięcie. Szczękami rozwarła pancerz od góry, ujawniając tym samym różowe mięso. Na pierwszy rzut oka wyglądało na wystarczającą porcję. Rozejrzała się za Bukową Koroną. Nie mogła nigdzie go dostrzec. Zmarszczyła nos, nastawiając czujnie uszu. Próbowała go usłyszeć, jednak ryk morza doskonale zagłuszał mu jakiekolwiek inne dźwięki. Postanowiła więc rozejrzeć się za kolejnym smaczkiem. Może jeśli złapie więcej, to kocur jej uzna trening! W szczelinie zdawało się, nie było więcej pożywienia. Koteczka mimo wszystko wsunęła do środka łapę, czując, jak mokre ścianki pocierały o jej mięśnie, mierzwiąc wielokolorowe futro. Pazurami natrafiła na pewien otwór. Otworzyła szerzej oczy, z zaciekawieniem dłubiąc jeszcze przez chwilę. Wreszcie, postanowiła poszukać patyka i nim wydobyć to, cokolwiek siedziało wewnątrz.
Zeskoczyła z podwyższenia i przybliżyła się do wydm. Wspięła po nich sprawnie, zsuwając kawałki gruntu spod siebie na dół, ale nie robiąc sobie z tego jakoś wiele. Parę uderzeń serca później schyliła łeb, a następnie ujęła w szczękach długi, ale chudy patyk. Wyglądał tak, jakby mniejszy podmuch wiatru mógł go złamać w paru miejscach. Mimo wszystko skoro takiego znalazła, takiego więc zamierzała użyć. Wróciła do swojego miejsca i z westchnieniem ulgi spostrzegła, iż nic nie ukradło jej zdobyczy, co było niesamowitą okazją i niezbyt mądrym ruchem z jej strony. Wetknęła do środka patyk, wypychając zawartość. Kolejny krab pojawił się ponad malutką jamą, a Mysikrólicza Łapa z uradowaniem postanowiła ponowić proces otworzenia go.
Finalnie, wypatrzyła kocura. Siedział pośród śnieżnych zasp, perfekcyjnie kryjąc się za jedną z wysoko pnących się brył lodu. Wcześniej, gdy spoglądała w tym kierunku, mogłaby przysiąc, że go nie było. Całe szczęście jednak odnalazła kocura i zamierzała mu pokazać, że ukończyła przydzielone jej przez niego zadanie. Dlatego też cały zbiór ułożyła w pysku, próbując go nie zaślinić. Radosnym chodem zbliżyła się z powrotem do Klifiaka, patrząc na niego z niecierpliwością.
— Wracamy do obozu — odparł jedynie, a liliowa przechyliła łeb na bok ze swego rodzaju rozczarowaniem. Naprawdę tylko tyle zdołał z siebie wykrzesać, podczas gdy ona tak wiele dzisiaj zrobiła? Czasami żałowała, że nie poprosiła Lśniącej Gwiazdy lub kogokolwiek o zmianę mentora. Obecnie jednak była już w takim wieku, że jej się to najzwyczajniej w świecie nie opłacało. Nie było sensu już zmieniać mentorów, skoro przyzwyczaiła się do sposobu nauczania Bukowej Korony, a w dodatku sporą część wiedzy zdążyła już dawno nabyć, teraz jedynie utrwalając ją sobie na stałe.
***
Mysikrólicza Łapa zauważyła wśród grupy kotów Ćmią Łapę. Niosła w pysku mały pakunek zrobiony z liści, wewnątrz którego najprawdopodobniej miała zioła. Szylkretka oddzieliła się od mentora, zanosząc swoje podzielone na części zdobycze na stertę. Jak na Porę Nagich Drzew, niezwykle jej się poszczęściło. Gdy spojrzała w kierunku, w którym ostatnim razem widziała siostrzyczkę, szybko uświadomiła sobie, że uczennica zdołała już jej gdzieś zniknąć. Do którego legowiska mogła się kierować? Może do legowiska wojowników, hmm…
Ruszyła zatem w stronę wspomnianej jamy, a gdy wetknęła łeb do środka, spotkała się jedynie z pyskami, których nie szukała. Jej ojciec był na patrolu, a matka odpoczywała, dlatego nie chciała jej zawracać ogona. Może pochwali jej się później, jak najpierw zamieni słowo z siostrzyczką.
Wreszcie, kremowe futerko mignęło jej ponownie. Mysikrólik rzuciła się biegiem w stronę żółtookiej siostrzyczki, ocierając się o nią z zadowoleniem.
— Ćmo! Wszędzie cię szukałam! Nie uciekaj mi tak więcej. — Szturchnęła ją w bark przyjacielsko, posyłając chytry uśmieszek. — Co dzisiaj robiłaś? Bo ja otwierałam kraby! Upolowałam aż dwa. Jeśli jesteś głodna, to sobie weź ze sterty któregoś. Pewnie jeszcze nic dzisiaj nie jadłaś — miauknęła, parokrotnie przejeżdżając językiem po poduszeczce, nie pozwalając pręgusce dojść do słowa.
Ćmia Łapa pokręciła głową.
— Nie, jadłam już dzisiaj! Ale to ekstra, że udało ci się tak wiele załatwić! Jak się ma twoja łapa? Ostatnio chodziłaś jeszcze w pajęczynach — zapytała, patrząc na pyszczek liliowej. Rozmówczyni poruszyła wąsami z zadowoleniem.
— Już mnie nie boli aż tak! Mogę biegać, mimo dyskomfortu. Wiem, że miałam się oszczędzać, ale nie wolno mi pozwolić sobie na to, żeby Bukowa Korona uznał mnie za leniwą teraz — mówiąc to, brew podopiecznej Jagnięcego Ukłonu poszybowała ku górze.
— Mysikróliku! Chcesz, żebym cię siłą posadziła w naszym legowisku? Jeśli nie będziesz słuchała się zaleceń, to nigdy nie wyzdrowiejesz, a przecież nie mamy nieskończonych ilości ziół. Chodź, posmaruję ci łapę, ale już dzisiaj nigdzie nie wychodź. Idź tylko do legowiska uczniów i nigdzie więcej, zrozumiano? — powiedziała stanowczo, a szylkretka pokiwała łbem, nie robiąc sobie z tego za wiele. Poszła jednak za koteczką, pozwalając się opatrzyć. Lubiła być w centrum uwagi rodziny. Zawsze było jakoś tak raźniej, milej.
Po skończonej wizycie pożegnała się z kremową i powędrowała do legowiska uczniów. Słonkowa Łapa odpoczywała na swoim miejscu, a Firletkowa Łapa czyścił sobie futerko na piersi. Uśmiechnęła się przebiegle, już wiedząc, co następnie zrobi. Podeszła szybciutko do kocura, zanim ktokolwiek zdążyłby zareagować i wycelowała kuksańca. Miał trafić prosto w jego ramię, a zamiast tego uderzyła w grunt. Z płuc uleciało jej powietrze z bólu. Łapą zaczęła machać na boki, marszcząc brwi i wykrzywiając pysk w dyskomforcie.
— Czemu to zrobiłeś! Teraz mnie boli, aaach! — obwiniła go, kładąc uszy płasko przy głowie. Niebieski zmarszczył brwi, kręcąc głową.
— To ty mnie chciałaś uderzyć.
— Bo wyglądałeś na smutnego! Co miałam zrobić? Poklepać cię po głowie? — zmarszczyła nos, a jej kikut podrygiwał z podenerwowania. Nie rozumiała, dlaczego brat zachowywał się w ten sposób. Chciała mu sprzedać na pocieszenie szturchnięcie, a zamiast tego ponownie spotkał ją promieniujący ból w okolicach kończyny. Tym razem tej zdrowej. Miała tylko nadzieję, że było to mniej poważne niż jej ostatni wybryk. Wystawiła język do kocura, mrużąc oczy, po czym odwróciła się na pięcie, a potem ruszyła w stronę swojego legowiska. On w ogóle nie rozumiał! Firletka miał puch, zamiast mózgu, odkąd spotkał go wypadek.
[1900 słów + otwieranie krabów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz