BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Klekocząca Łapa x Fląderka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Klekocząca Łapa x Fląderka. Pokaż wszystkie posty

25 maja 2026

Od Fląderki CD. Klekoczącego Bociana

Przeszłość

Wpatrywała się w plecy kocura, starając się stłumić kaszel. Nie odpowiedziała nic na uwagę księcia, obserwując go w ciszy i spijając wodę z mchu. Gdy skończyła, przeniosła spojrzenie na swoje łapki, po czym wsunęła je pod brzuch, starając się wygodnie ułożyć.
Książę miał rację. Znowu na dłuższy czas będzie zmuszona przebywać w lecznicy, aby mieć pewność, że jest zdrowa. I pewnie przez następne dni będzie zmuszona wziąć kolejną dawkę ziół. I to na własne życzenie.
Wtuliła mordkę w posłanie i zmrużyła oczy. Nie mogła się doczekać, aż ból gardła i biały nalot będą historią i będzie mogła ponownie wychodzić poza obóz. Mimo że obiecała Rezedowej Łapie, że już nigdy nie uda się z nimi w teren, miała nadzieję, że jeszcze nadąży się okazja i zostanie zabrana przez Trzcinowy Szmer w piękne nieznane jej miejsca.

~~~

Fląderka starała się stosować do zasad, które usłyszała od medyków, w głównej mierze od Różanej Woni. Udało im się wtłuc do jej łebka kilka zasad, dzięki którym widziała, kiedy powinna udać się do nich o pomoc, aby nie musieli marnować na nią zbyt dużej ilości ziół, a kiedy po prostu nie powinna zawracać im głowy. Dzięki temu stała się rzadką bywalczynią lecznicy. Co prawda czasami, gdy książę Rogata Łapa, jeszcze jako kociak, zażyczył sobie, zabrania go na przejażdżkę po obozie, zaglądała do legowiska medyków na parę uderzeń serca. Wtedy miała okazję nawet przez chwilę popatrzeć czy to na Różaną Woń, Gąbczastą Perłę, a nawet na Klekoczącego Bociana podczas pracy. Nie wiedzieć czemu, lubiła obserwować księcia, gdy zajmuje się chorymi kotami czy przygotuje lekarstwa z ziół. Zauważyła, że jego kącik pyska wygina się jakby w geście grymasu podczas tych czynności, tak jakby fakt pełnienia funkcji medyka do końca mu nie odpowiadał.
Flaming stanął na grzbiecie Fląderki, opierając na jej głowie przednie łapy.
— N-nudy! Zabierz mnie w inne miejsce! — krzyknął jej do ucha
— A-ale przed chwilą mówiłeś, że chcesz odwiedzić...
— Nic takiego sobie nie przypominam. — Mówiąc to, przeniósł spojrzenie na kichającego Rezedową Łapę siedzącego przy wyjściu. Najeżył się cały i dwukrotnie uderzył Fląderkę łapkami po głowie. — Chcesz, żeby się rozchorował? — Łypnął podejrzliwie. — Głupia jesteś? Zabierz mnie do legowiska uczniów, ale już!
Posłusznie wykonała polecenie syna Błękitnej Laguny. Wycofała się i skierowała się w stronę legowiska uczniów. Gdy Flaming zeskoczył z jej grzbietu, została na zewnątrz, nie racząc zakłócić spokoju uczniów, którzy odpoczywali po treningu i najprawdopodobniej nie życzyliby sobie jej obecności.
Rozejrzała się po obozie. Kilka kotów dzieliło języki, korzystając z ostatnich promieni słońca nim zajdzie słońce. Fląderka, idąc za ich przykładem, zdecydowała się przylizać swoje futerko i pozbyć się pyłków, które na nim osiadły. Nie mogła przecież pozwolić, aby Flaming dotykał jej brudnego futerka swoimi śnieżnobiałymi łapkami.
Nie widziała, co takiego Flaming robił wewnątrz legowiska uczniów. Prawdopodobnie rozmawiał ze starszymi uczniami, ponieważ co jakiś czas dochodził do jej uszka jego głos nieco głośniejszy niż pozostałe. Może kocurek chciał poćwiczyć przemawianie do rówieśników? Albo dowiedzieć się obok kogo przyjdzie mu spać, gdy już zostanie mianowany.
Fląderka pochyliła łebek, gdy obok niej przeszła Czyhająca Murena. Mimo że kocica ją jedynie wykarmiła, szanowała ją chyba najbardziej ze wszystkich kotów należących do rodu. Czarno-biała, mimo że wydawać by się mogło, spieszyła się, zdecydowała się zatrzymać i zamienić z Fląderką parę słów. Kotka starała się odpowiadać bez zająknięcia, jednak czasami zawieszała się z powodu stresu samą rozmową z Mureną. W końcu nawet udało się odrzutkowi uśmiechnąć, chcąc upewnić księżniczkę, że wszystko jest w porządku i po prostu oczekuje na Flaminga, który udał się spędzić czas z uczniakami, gdy za sylwetką kocicy dostrzegła postać medyka. Prawdopodobnie książę udał się zanieść zioła starszyźnie, dlatego opuścił lecznicę o tej porze. Zauważyła, że kocur przygląda się swojej matce i jej, co nieco ją rozproszyło.
Na szczęście w tym samym czasie poczuła, jak coś dotyka jej łapy. Flaming wpatrywał się w nią z nadąsaną miną, po czym przeniósł spojrzenie na ciotkę, z którą się przywitał i streścił przebieg swojego dzisiejszego dnia.

<Klekot? Kradnę uwagę twej matki, może mnie uzna za swoją córkę>

12 kwietnia 2026

Od Klekoczącego Bociana CD. Fląderki

— Klekoczący Bocianie! — zawołała do niego Różana Woń. Czuł, jak złość się w nim gotuje, a zdenerwowanie rozpływa się po całym ciele. Jakby tego było mało, dodała: — Zostaw te zioła i czym prędzej tu do mnie chodź!
Był przecież zajęty; czy nie umiała tego dostrzec? Czy nawet w momencie, w którym wykonywał swoje obowiązki (może nie priorytetowe, ale na pewno należące do medyka) nie mógł mieć chwili spokoju i wolności od jednej lub drugiej kotki? Co było aż tak ważne, aż tak niecierpiące zwłoki, że miał rzucić wszystko, czym się wcześniej zajmował, i paść na kolana przed starszą, aby podarować jej siłę obu swoich łap, klarowność całego swojego umysłu i całe zaangażowanie, na które jest w stanie się zmusić mimo parszywego humoru? Aby się dowiedzieć, musiał wynurzyć się zza zakrętu. Lubił siedzieć w ukrytym kącie, gdzie często umykał czujnemu wzroku pozostałych mieszkanek legowiska nawet na całe poranki czy popołudnia. Lubił tę chwilę spokoju, gdzie mógł mątać łapami między ziołami, które w końcu przestały być dla niego takie uporczywe i gryzące w nos. Tylko wtedy nie miał ochoty wiecznie przewracać oczami i uderzać ogonem w posadzkę. Tym razem odchylił się do tyłu i zadarł łeb, a przed oczami ukazała mu się ta mała, wiecznie zasmarkana Fląderka, która niedawno obmazała mu całą pierś w zielonkawych, ciągnących się glutach. Wąsy mu zadrgały na to obleśne wspomnienie. 
— No ile można cię prosić! — pogoniła go ponownie, ignorując głośne westchnięcie, które wydarło mu się z pyska. Na pewno nie przypadkowo. — I jak już masz się tak ślimaczyć, to weź gwiazdnice i nieco wrotyczu. Ale ruszaj tymi patykowatymi łapami!
Zrobił, co mu kazano. Postarał się nawet faktycznie nieco pośpieszyć. Nie z jakiejś ogromnej troski do czekoladowego odrzutka, ale raczej dla swojego świętego spokoju, który od jakiegoś czasu bardziej był narażony na zakłócenia. A o tym, co będzie w Porze Nagich Drzew, nie chciał nawet myśleć. Złapał do pyska długą łodygę z białymi kwiatkami, a następnie sięgnął po tę upstroszoną żółtymi, bardziej okrągłymi. Z nimi wyskoczył do głównej części, gdzie Fląderka zanosiła się kaszlem, a Róża wyglądała na faktycznie przejętą. 
— No nareszcie! Jednopłetwej szprotki byś nie złapał przy takim tempie! I pomyśleć, żeś się na wojownika szkolił, ty guzdrało. — Zmusił się do zachowania kamiennego wyrazu pyska. Zielonooka nie bywała często aż tak drażliwa i uszczypliwa, chociaż wielu uważało ją ogólnie za mniej przyjemną w obyciu z dwóch kotek, które zamieszkiwały lecznice. Klekoczący Bocian ogólnie za nią bardziej przepadał, ale to głównie ze swojej ogromnej niechęci do Gąbczastej Perły, nie do sympatii skierowanego szczególnie do Różanej Woni. Ona zwyczajnie wyrządziła mu mniejszą krzywdę. Przynajmniej w oczach księcia. 
— Potrzebujesz jeszcze czegoś? — zapytał, aby ukryć drgające z zdenerwowania wąsy. Unikał kierowania wzroku na czekoladową mordkę. 
— Już mi chcesz uciekać? Nie ma opcji. Chodź tu — poleciła ponownie. Biały ulegle usiadł obok. Ciemna łapa trzymała zasmarkany pyszczek nieco w górze. — Fląderko, otwórz jeszcze raz.
Ciałko szylkretki drgało, kiedy z całej siły próbowała powstrzymać się przed kasłaniem, kiedy dwójka medyków siedziała zaraz przed nią. W końcu rozwarła szczęki i ponownie pokazała widocznie podrażnione i przebarwione gardło. 
— Przyjrzyj się — zwróciła się do asystenta. Klekotek nachylił się bliżej i zajrzał głęboko do pyska czekotki. Swoją jasną łapą nieco podniósł jej głowę i przytrzymał dolną żuchwę, nakazując, aby rozwarła ją jeszcze nieco bardziej. Błotne ciałko trzęsło się; niewiadomo, czy ze strachu, upokorzenia czy zwyczajnie jako objaw poważnej choroby. — Widzisz, ile plam? Choroba już dawno się rozpoczęła. Co to za kaszel?
— Zielony... Ale jeśli przyszłaby nieco wcześniej, pewnie jeszcze byłby mniej doskwierający — mruknął, puszczając pysk Fląderki. Od razu odwróciła ją od medyków, aby zakaszleć paskudnie. 
— Tak. A co gorsza, jeśli spojrzymy w drugą stronę, to gdyby nie przyszła jeszcze przez kilka wschodów słońca, wynosilibyśmy to małe błotne ciałko z obozu, aby wróciło tam, skąd przyszło — pogroziła Róża, próbując złapać kontakt wzrokowy z przestraszoną koteczką. — Ale na szczęście przyszła. A teraz ty podaj jej zioła. Ja pójdę przejść się po obozie, aby dowiedzieć się, czy ktoś inny jeszcze nie ma problemu z kaszlem. 
Medyczka pozostawiła go samego z chorą. Klekoczący Bocian wgapił się w kępki ziół, które położył na ziemi. Przysunął je łapą bliżej i czekał na jakąś reakcję ze strony szylkretki. Kiedy nie nadeszła ona przez dłuższą chwilę, odchrząknął. W końcu odezwał się.
— Zjedz te kwiaty, przeżuj mocno i połknij wszystko — polecił, przysuwając je wspólnie z wrotyczą. Wstał i już chciał odejść, aby przywlec jakiś mniejszy kawałek mchu. Zioła były paskudne. Wiedział o tym i nawet Fląderce nie życzyłby, aby nie mogła ich nieco popić. 
— A-a... te żółte kwiaty też? — zapytała, a jej głos był szorstki od chrypy i ataków kaszlu.
— Tak — rzucił krótko. 
— Wszystkie..? — dopytała, a wąsy zadrgały mu z irytacji. 
— Jeśli chcesz wrócić do miejsca, o którym mówiła Różana Woń, to tak. Jeśli chcesz zostać w Klanie Nocy, zjedz dwa kwiaty — powiedział, patrząc na nią z góry. Chociaż wrotycz nie była aż tak szkodliwa, najpewniej dla kota tak osłabionego chorobą mogła być nawet zabójcza. Fląderka skuliła się, ale wykonała polecenia. W tym czasie Klekoczący Bocian przyciągnął w jej kierunku mokry mech, który wcześniej przyniosła do legowiska Słodka Łapa. Usiadł nieco dalej, bliżej wejścia, gdzie mógł obserwować, co się dzieje w obozie. Co jakiś czas widział zielonooką medyczkę, która wypytuje wszystkich o ich samopoczucie. W końcu on też zwrócił się do chorej, aby poruszyć ten temat.
— Zaraziłaś kogoś? — Ton był niemal oskarżający.
— N-nie... Nie wydaje mi się... Starałam się unikać innych — wydukała.
— Przynajmniej tyle — burknął i na moment odwrócił się znów w stronę spokojnego, otulonego słońcem obozu. Co jakiś czas za nim rozbrzmiewało pokasływanie. Ignorował je przez dłuższy czas, ale w końcu dodał jeszcze: — Wiesz, że jeśli przyjdziesz tu wcześniej, to zmarnujemy na ciebie mniej ziół? Ledwo co wylazłaś po ataku wydr, a teraz znów spędzisz tu kilkanaście wschodów słońca… — rzucił, nie odwracając się do niej pyskiem. 

<Flądera?>

23 marca 2026

Od Fląderki CD. Klekoczącego Bociana

Za kaszel, jak i cieknący nos na pewno były odpowiedzialne kwiaty i trawy rosnące gęsto na Kolorowej Łące. Przynajmniej tak to sobie tłumaczyła Fląderka, od momentu, gdy do jej nosa podczas powrotu do obozu wpadł pyłek. Rosiczkowa Kropla w obawie o swoje zdrowie odsunęła się od odrzutka, a gdy w końcu Fląderka przestała kichać zaproponowała jej odwiedzenie medyków. W odpowiedzi jednak szylkretowa koteczka powiedziała starszej, że to tylko alergia, może na pyłki traw, drzew lub jakieś grzyby, które zaczęły się rozwijać pomiędzy zbutwiałymi liśćmi, które sprzątała. Nastanie kolejna pora i wszelkie objawy omyłkowo brane przez koty za początek choroby na pewno miną!Nic bardziej mylnego.
Alergia z dnia na dzień była coraz bardziej uciążliwa, uniemożliwiając koteczce wykonywanie poprawnie swoich obowiązków. A tu przerwała pociągnięciem nosa podczas przemowy, by chwilę później wpadać na różne koty przez niewyspanie się z powodu tłumienia kaszlu przez sen. Jednym z nich był Klekoczący Bocian. Jego pytanie sprawiło, że koteczka zachłysnęła się powietrzem. Zakasłała.
— Nie, nie... — wydukała, zasłaniając łapką pyszczek. Zew wojownika? Nigdy w życiu! A jeśli nawet faktycznie by się obudził, zamierzałaby go czym prędzej uśpić. Bo co jeśli ten zew wojownika obudziłby uśpioną klątwę. — To znaczy, to prawda. Spotkałam się ostatnio z księżniczką Algową Strugą, gdy udałam się wykonać zadanie powierzone przez księcia Błękitną Lagunę. Miałam uprzątnąć liście i patyki, aby teren mógł cieszyć oko reszty kotów, które chciałyby spędzić czas ze swoją rodziną przy Kolorowej Łące. Później dołączyłam do patrolu i poinformowałam Rosiczkową Kroplę o samotniku, którego spotkałam... N-nie śmiałabym...
Nie była w stanie powstrzymać kaszlu. Schyliła głowę, nie chcąc przypadkiem opluć kocura lub innego kota, który mógłby znaleźć się w jej zasięgu.
Po kolejnym ataku, który trudniej było ukryć Fląderce, kocur zmarszczył brwi. Zawstydzona, nie była w stanie spojrzeć na młodego asystenta medyka. Wyglądała żałośnie, a w dodatku musiało to wyglądać, jakby liczyła na jego współczucie i uwagę.
— To alergia — skłamała. — J-jestem pewna, że porą opadających liści minie... W-wiem, że miód wystarczy, aby złagodzić podrażnienie gardła...
Nie powinna tego mówić. Odwróciła spojrzenie. Jeszcze nie daj Klanie Gwiazdy, Klekoczący Bocian naprawdę uznałby, że coś knuje. Jednak przez swój długi pobyt w lecznicy chcąc nie chcąc dowiedziała się kilku przydatnych rzeczy na temat medycyny. Widziała, że jeśli bolałby ją brzuszek to, zamiast udawać się do medyków i zabierać cenne lekarstwa, mogłaby zjeść po prostu liść mięty wodnej, której przy rzece i innych zbiornikach wodnych było bardzo dużo. O ile dobrze zapamiętała, wystarczyło je przeżuć i dopiero później zjeść.
"Proszę, idź sobie. Zakończ rozmowę i wejdź do lecznicy."
Czuła się głupio, prosząc w myślach, aby książę po prostu ją zostawił w spokoju. Klan Gwiazdy nie chciał spełnić jej prośby, kocur wyglądał na zdeterminowanego, aby dowiedzieć się, co tak naprawdę dolega Fląderce. Już miał się odezwać, być może chciał ją zganić i siłą zaciągnąć do lecznicy, aby nie rozsiewała po obozie zarazków, gdy wtem rozległ się głos Błękitnej Laguny.
— Miód wystarczy, aby złagodzić podrażnienie gardła... — miauknął, wpatrując się chłodno w odrzutka. Fląderka wystraszyła się nie na żarty. Ile słyszał z ich rozmowy? Nie mówiła nic złego na temat zastępcy, mimo to czuła niepokój. Bez słowa momentalnie wlepiła spojrzenie w ziemię i pochyliła głowę. — Klekoczący Bocianie, chyba nie chcesz mi powiedzieć, że dzieliłeś się tajnikami medycyny z odrzutkiem. Znasz zasady.
— Skąd ten pomysł wuju — miauknął asystent, zerkając ukradkiem na szylkretkę. — Znam zasady. Tylko koty z rodu Sroczej Gwiazdy mają prawo zgłębiać dziedzinę medycyny w Klanie Nocy. Prawdopodobnie musiała podsłuchać mnie, Gąbczastą Perłę lub Różaną Woń, gdy zajmowaliśmy się jakimś pacjentem, któremu podaliśmy miód na ból gardła.
Błękitna Laguna zmarszczył pysk. Odpowiedź asystenta wydawała mu się sensowna, w końcu Fląderka po ataku wydry spędziła kilka wschodów słońca w lecznicy. Widziała, jak medycy zajmowali się chorymi.
— Mimo że nie posiada jednego ucha, jest w stanie wychwycić z rozmowy informację, które nie są przeznaczone dla jej uszu. Uczul Różaną Woń oraz Gąbczastą Perłę, aby uważały na to, co mówią w jej obecności. Ty również, Klekoczący Bocianie. W szczególności, gdy rozmawiacie na temat ziół, których jedynym zastosowaniem nie jest przyniesienie ukojenia choremu — zauważył. — Jak się miewa mój syn? I Wężynowy Kieł? — zmienił temat. Zdając sobie sprawę, że szylkretowa kocica wciąż stała nieopodal nich, machnął w jej stronę łapą, mówiąc: — Fląderko. Możesz odejść. Jeśli nie masz już żadnych zadań do wykonania, pomóż Słodkiej Łapie i Korzennej Łapie w wymianie mchu w legowiskach starszych i wojowników.

~~~

To nie była alergia. Łagodny kaszel, który omyłkowo wzięła za reakcję alergiczną, przybrał na sile, a ból gardła uniemożliwił jej swobodne przełykanie pokarmu. W dodatku miała wrażenie, że jej czółko ostatnio jest jakieś cieplejsze w dotyku. Teraz tym bardziej nie mogła udać się do medyków, a tym bardziej spojrzeć w pysk Klekoczącemu Bocianowi.
Fląderka wyślizgnęła się z kociarni, udając się wraz ze Zmierzchającą Falą, Kropiatkową Skórą, Korzenną Łapą i Słodką Łapą poza obóz. Ile mogła, na tyle tłumiła kaszel, mówiąc, że to tylko alergia i wystarczy, aby znalazła kawałek miodu i go polizała.
Szła na tyle, obawiając się, że mogłaby zarazić swoim kaszlem towarzyszy, z którymi spędzała czas. Skoro to nie była alergia to, co... może po powrocie do obozu uda się do medyków? Musiała tylko upewnić się, że w lecznicy będzie znajdowała się tylko starsza medyczka. Z tymi myślami kroczyła naprzód, nie patrząc, gdzie stawia kroki, aż uderzyła pyskiem w pieniek. Szczęście w nieszczęściu, bo dzięki temu uderzeniu, będącemu jak zimny kubeł wody, zdała sobie sprawę, że w związku z zignorowaniem objawy choroby, mogła zaszkodzić niedawno narodzonemu księciu oraz jego matce. Musiała czym prędzej poinformować medyków o tym, aby zbadali królową oraz księcia! Istniała szansa, że mogła ich czymś zarazić. I tym razem naprawdę!
Ignorując fakt, że razem z pozostałymi kotami udała się w teren, samotnie, bez uprzedzenia ich o powrocie, ile sił w łapkach pędziła do obozu. Myśl, że mały Flaming mógłby również tak okropnie zacząć kaszleć, sprawiła, że z jej oczu zaczęły spływać łzy.
Potykając się o wystający korzeń, przeturlała się po leśnej ściółce i wylądowała na brzuchu tuż przed łapami medyczki o kręcącej się sierści. Gąbczasta Perła przestąpiła do tyłu, nie chcąc, aby jej futro na łapach było dotykane przez nos odrzutka.
Z pyska Fląderki wypłynął bełkot, dotyczący tego, aby czym prędzej starsza udała się do kociarni i upewniła się, że z jego mieszkańcami jest wszystko dobrze. W pierwszej kolejności najważniejsze było zdrowie królewskiego potomka, później jego matki, ale pozostawał przecież jeszcze Złocisty Widlik i inne koty, które do niej wchodziły. Cały klan mógł być na dobrą sprawę zagrożony epidemią kaszlu, który ona przyniosła i rozniosła!
— Powoli... Nie rozumiem, co mówisz — miauknęła Gąbka, z trudem wyłapując informacje, z którymi dzieliła się z nią kotka, gdy nagle jej spojrzenie się zmieniło. Musiała coś pojąć. Ignorując fakt, że pysk Fląderki był obsmarkany i mokry od łez, złapała ją i uniosła do góry. Nakazała jej otworzyć szeroko pyszczek, a gdy Fląderka to uczyniła, medyczka zamarła.
Na całym gardełku szylkretki znajdowały się rozsiane białe plamki. To właśnie dzięki nim, Gąbczasta Perła w zaledwie chwilę była w stanie postawić trafną diagnozę.
— Klekoczący Bocianie! — zawołała medyczka. Na dźwięk imienia kocura Fląderka skuliła uszko. — Zostaw te zioła i czym prędzej tu do mnie chodź!

Wyleczeni: Fląderka (chyba że dopiero w odpisie kolejnym zostanie wyleczona, o ile zostałaby wyleczona)

<Klekot? Aby zapobiec epidemii dżumy lub też apokalipsie zombie, trzeba się pozbyć pacjenta 0>

🐟🐟🐟

19 marca 2026

Od Klekoczącej Łapy (Klekoczącego Bociana) CD. Fląderki

Time skip do teraźniejszości, bo tak...

Kocur przedzierał się między kotami, które z jakiegoś tajemniczego powodu postanowiły zebrać się w środku obozu pod koniec dnia. Z kwaśną miną obijał się o wojowników, którym nie posyłał nawet przepraszających spojrzeń. Parł do przodu niczym taran. Szkoda tylko, że przez swoją dość wiotką posturę często zataczał się nieco po uderzeniu w jakiegoś masywniejszego kota. Nie robił sobie jednak z tego nic. Od razu stawał na równe łapy i wracał na swój poprzedni, naruszony szlak. Chociać głowę nosił wysoko, a pierś dumnie wypinał, wzrok miał niewidzący, przepełniony złością i frustracją; znów on musiał biegać do Wężynowego Kła. 
Jego kuzynostwo się narodziło, a dokładnie mówiąc, jego kuzyn. Flaming był jeszcze mały i obślizgły, kiedy ujrzał go po raz pierwszy poprzedniego dnia. Ciężko było powiedzieć, jakiej jest maści, bo pokryte śluzem futerko wydawało się przerażająco brązowe; wszyscy jednak wiedzieli, że to tylko kwestia osuszenia i kilku pociągnięć językiem. Może i wszyscy o tym wiedzieli, ale Klekoczący Bocian do końca miał nadzieję, że paskudek okaże się być całkowicie pokryty czekoladową sierścią; wtedy wszystko znów wróciłoby do porządku dziennego. Wtedy mógłby odwołać tę całą farsę; w końcu według kodeksu nie jest jeszcze oficjalnie naznaczony znakiem Przodków, nawet jeśli w Klanie Nocy wszyscy zaczęli używać jego nowego imienia. Błękitna Laguna pewnie szukałaby wtedy pocieszenia w swojej prawdziwej rodzinie, a syn Mureny wróciłby do jego łaski. To, co stałoby się z Wężyną w ogóle go nie interesowało, gdyż księżyce, które musiał spędzić na macaniu jej bebecha, uważał za kompletnie zmarnowane i przepełnione całkowitą odrazą. Na każde wspomnienie tego ciepłego, pokrytego delikatnym, przeżedzonym futrem brzucha, miał ochotę wymiotować, zwłaszcza w momencie, kiedy faktycznie mógł wyczuć kociaka, który w nim pływał. 
Nagle poczuł, jak coś uderza go sam środek piersi. Nie było to szturchnięcie, a całkowite wpadnięcie mu pod łapy. Zajrzał na dół, a stamtąd wgapiały się w niego dwa ciemne kamyczki. Podniósł nieco brew. 
— A-a... Książe Klekoczący Bocianie, tak bardzo cię przepraszam, nie chciałam ci się kręcić pod nogami, p-po prostu… — mamrotała Fląderka, kłaniając mu się niemal tak mocno, że zaczęła lizać ziemię pod swoimi łapami. 
— Po prostu to trochę uważaj, bo większy kot całkowicie cię zdepcze i staranuję — mruknął i od razu chciał ją wyminąć, ale zauważył kawałek gluta na swoim białym futerku, a następnie usłyszał ciche pokasływanie; dokładnie takie, jakby ktoś chciał je ukryć. — Nie wyglądasz… zdrowo. Czujesz się źle? — Zapytał, kładąc uszy. Nie wierzył, że to pytanie uciekło z jego pyska. Obiecał sobie, że nie będzie nigdy suszyć łba innym kotom o ich stanie zdrowotnym; pomoże im tylko, jeśli ci przyjdą do niego na własnych łapach i z własnej oceny sytuacji. 
— Nie, nie... Czuje się dobrze — powiedziała pośpiesznie, uciekając wzrokiem, dodała też prędko: — Ale dziękuję za… troskę… To bardzo szlachetne ze strony księcia…
— Skoro tak uważasz. — Wzruszył ramionami i strzepnął ogonem. Nie zauważył, ale był już pod samą lecznicą. 
W środku słyszał pałętanie się Gąbczastej Perły. 
"Na pewno zapyta mnie o dokładny stan robaka, który wił się u boku Wężyny." — pomyślał i na samą myśl skrzywił się niesamowicie. Odwrócił się. Za nim wciąż stała Fląderka. Najpewniej czekała, aż ten wejdzie do środka, aby mogła się ulotnić bez uszczerbiania jego dumy. Jakby już i tak nie została ona całkowicie pogryziona przez korniki. 
— A ty? — odezwał się nagle, odwracając się. Czekoladowa niemal nie skoczyła. — Podobno ostatnio włóczysz się sama? Rozmawiałem z Algową Strugą o tym, że cię spotkała. Knujesz coś czy obudził się w tobie jakiś uśpiony zew wojownika? — zapytał, marszcząc brwi. 

<Flądra?>

08 lutego 2026

Od Fląderki CD. Klekoczącej Łapy

Klekocząca Łapa miał absolutną rację. Mimo że nie chciała sprawiać kłopotów, pragnąc spokojnie żyć w klanie, raz za razem spotykało ją, jej bliskich i koty dookoła niej pasmo nieszczęść.Czy naprawdę chodziło tylko o jej przeklęty kolor sierści? A może jeszcze o coś innego. Chyba tylko przodkowie znali na te pytania odpowiedzi.
– P-przepraszam... – wyszeptała ledwo słyszalnie w odpowiedzi. Wbiła spojrzenie w swoje łapki, zastanawiając się nad słowami kocura, gdy ten kończył opatrywać jej bok. Naprawdę miał rację, w końcu był mądrym kocurem w przeciwieństwie do odrzutka. No i w dodatku był księciem. Mądrym księciem, który posiadał wiele talentów. – P-przepraszam, że sprawiłam wam wszystkim tyle kłopotu, w szczególności tobie książę Klekocząca Łapo. – Zacisnęła oczy, starając się ukryć grymas spowodowany pulsującym bólem z rany, jak i uczuciem swędzenia, gdy kocur skończył wymieniać opatrunek i nieco się cofnął od pacjentki, dając jej przestrzeń. – I... dziękuję. – powiedziawszy to, skłoniła lekko łebek.
Jej cichy głos na pewno dotarł do uszu kocura. Wiedziała, że powinna już wcześniej mu podziękować, jednak wyleciało jej to z głowy, głównie za sprawą różnych innych wydarzeń, które miały miejsce w klanie. Zamierzała wszystko powoli nadrobić i spróbować się jakoś odwdzięczyć młodemu księciu za uratowanie życia. Miała wobec niego dług, który prawdopodobnie do końca swego życia nie uda się jej spłacić.
Klekocząca Łapa przez chwilę wpatrywał się we Fląderkę zastygniętą w miejscu ze schyloną głową. Nie odezwał się, zamiast tego jego pysk opuściło prychnięcie.
Fląderka uniosła spojrzenie na księcia, prostując się. Czyżby źle się pokłoniła? A może powinna okazać w inny sposób swoją wdzięczność za ratunek, jak i sam fakt, że biało-czarny się nią zajmuję. Niepewnie rozejrzała się dookoła, mając nadzieję, że ktoś mógłby jej podpowiedzieć, co zrobiła nie tak i dlaczego Klekocząca Łapa wyglądał na... złego? Niestety oprócz niej i księcia nie było nikogo w legowisku.
– Dlaczego taka jesteś? – padło w końcu z pyska księcia.
Fląderka kolejny raz nie potrafiła zrozumieć sensu kryjącego się za pytaniem Klekotka. O co mu mogło chodzić? Dlaczego była czekoladowa? Dlaczego była wybrakowana? Dlaczego... dlaczego?
Usiadła na ziemi, starając się znaleźć odpowiedź, która byłaby godna uszu księcia.
– Przepraszam, nie rozumiem – miauknęła, kuląc się. Uniosła jedną z łapek, by zaraz położyć ją na drugą, która przez cały czas spoczywała na posadzce.
– No właśnie, nie rozumiesz – mruknął. Jego oczy do tej pory szeroko otwarte, jeszcze chwilę temu skupione na precyzyjnym owinięciu pajęczyny wokół boku Fląderki, zwęziły się w szparki. – Nie przeszkadza ci to, nawet w najmniejszym stopniu, że nie zostałaś mianowana na uczennicę wojownika? – zagaił być może ze zwykłej ciekawości. Czy jego wcześniejsze pytanie dotyczyło właśnie roli, czy też właściwie jej braku?
Uszko Fląderki opadło wzdłuż pyszczka. Czy to był jakiś test, mający sprawdzić, czy nie została dotknięta klątwą, na którą chorowały czekoladowe koty? A może po prostu książę się zgrywał i chciał ten jeden jedyny raz wysłuchać, co odrzutek miał do powiedzenia?
– N-nie... niespecjalnie – wydukała z przestrachem w głosie, tak jakby od jej odpowiedzi zależało jej życie. Być może właśnie tak było? – Uważam, że twoja babcia, Mandarynkowa Gwiazda podjęła bardzo dobrą decyzję, nie decydując się mianować mnie na ucznia i nie wybrała dla mnie mentora. Z-znam swoje miejsce i wiem, że nie byłabym w stanie dorównać pozostałym uczniom. N-nawet z byciem odrzutkiem nie potrafiłam sobie poradzić. – Nawiązała do sytuacji z wydrami, gdy nawet siedzenie z boku na brzegu ją przerosło i sprowadziła na swoją siostrę śmierć. – G-gdybym została uczennicą, pozostali uczniowie mogliby być niezadowoleni moją obecnością w legowisku czy obecnością na wspólnych treningach... P-poza tym koty czekoladowe nie powinny zgłębiać tajników polowania czy walki, a tym bardziej medycyny. T-tak jest bezpieczniej, dla wszystkich.
Przez pysk kocura w zaledwie kilka sekund przewinęły się przeróżne reakcje na jej oczywisty wywód.
Książę otworzył pysk, jednak Fląderce nie było dane usłyszeć tego, co miał do powiedzenia. Do lecznicy wróciła Gąbczasta Perła.
– Klekocząca Łapo! – zawołała niewyraźnie, trzymając w pysku sporą kępkę mchu. – Potrzebuje twojej pomocy! Teraz! – dodała, tak jakby przewidując to, że kocur wymruczał właśnie przez zęby "Zaraz...".

* * *

Większość pory nagich drzew spędziła w ciepłej leczniczy, wychodząc jedynie na zewnątrz za potrzebą. Rana na boku zdążyła już się prawie zagoić dzięki profesjonalnej opiece medycznej. Ślad po wydrzych pazurach był niemalże niezauważalny pośród jej brązowego futerka.
Fląderka obserwowała, jak medycy krzątali się po lecznicy, sugerując medykamenty i zajmując się pozostałymi chorymi kotami.
Fląderka ostrożnie przeciągnęła się na posłaniu, decydując się zbliżyć do Różanej Woni i Klekoczącej Łapy. Po cichu zbliżyła się do medyków, zajmując odpowiednią odległość, aby zbytnio im nie przeszkadzać.
– Jeszcze księżyc i wrócisz do kociarni – miauknęła Różana Woń, nie podnosząc spojrzenia znad ziół. – Miałaś szczęście w nieszczęściu, że zostałaś zraniona pod pory opadających liści, Fląderko. Dzięki temu mogłaś wypoczywać w lecznicy, gdy na zewnątrz panował ziąb.
– W-wiem to i wstydzę się tego – podjęła, obserwując, jak długie białe łapy przerzucały na stosik zioła niedające się do podania im chorym. – Gdy ja wygrzewałam się w lecznicy, pozostałe koty ciężko pracowały. W-wiem, że nie powinnam, ale... czy mogłabym wam jakoś pomóc? – zagadnęła, przenosząc spojrzenie na księcia, który w odpowiedzi wzruszył ramionami. – Zdaję sobie sprawę ile pajęczyny, liści i maści zostało zużytych na moją ranę. Może mogłabym po nią pójść...
– Tylko koty z rodu królewskiego mogą zajmować się medycyną, Fląderko. Przecież powinnaś to wiedzieć. – Pysk Różanej Woni się wykrzywił, jednak po chwili westchnęła. – Jak skończymy segregację, pomożesz mi wynieść stare zioła na zewnątrz. W tym samym czasie ty Klekocząca Łapo powtórzysz nazwy nowo poznanych ziół i ich zastosowanie – zwróciła się do wnuka kuzynki, decydując się wyjawić jego następne zadanie.
Kocur nie wyglądał na zadowolonego, jednak nie wyraził jawnie swej niechęci. W ciszy kontynuował segregację liści, odkładając na kupkę obok liście, które nie wyglądały zachęcająco do spożycia.
Fląderka powróciła na swoje legowisko. Przez ten czas pobytu do medyków rzadko ktokolwiek ją odwiedzał. Raz, a może dwa zajrzał do niej Rezedowa Łapa, jednak w jego spojrzeniu zamiast współczucia widziała coś na kształt żalu. Tak jakby kocur pragnął odnaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego to Centuriowa Łapa odeszła, a Fląderka przeżyła.
Oprócz brata nie miała nikogo w Klanie Nocy. Nikogo z kim mogłabym dłużej porozmawiać. Co prawda w ostatnim czasie zbliżyła się bardziej niż dotychczas do rodziny królewskiej piastującego funkcje medyków, jednak tylko dlatego, że od kilkunastu wschodów słońca przebywała z nimi dzień w dzień, non stop. Rozmawiała z nimi, odpowiadała na pytania, jednak zazwyczaj to któryś z medyków musiał zainicjować rozmowę.
Nawet z księciem udało jej się częściej rozmawiać i koteczka miała wrażenie, że spojrzenie ucznia podczas rozmów z nią nieco się zmieniło. Wydawało się łagodniejsze, jednak może to za sprawą tego, że wyzdrowiała i lada moment opuści lecznice? Tak, to pewnie dlatego na pysku Klekotka kotka częściej dostrzegała uśmiech. Książę na pewno wolał zajmować się wojownikami, królowymi, starszyzną czy innymi uczniami, niż odrzutkiem, który pasożytował przez te kilka wschodów słona, nie dając nic od siebie w zamian.

<Książę Klekotku? Może zechcesz opowiedzieć z nudów odrzutkowi o tym, jak wygląda zgromadzenie i Bursztynowa Wyspa>

01 lutego 2026

Od Klekoczącej Łapy CD. Fląderki

Smród nieznanego mu wcześniej drapieżnika przedzierał się przez nozdrza i mroczył mu głowę. Swąd mokrego futra, krwi i adrenaliny sprawiał, że futro na karku samo stawało dęba, a kły obnażały się w wyrazie pomieszanego strachu i wściekłości. Odgłosy szamotaniny, krzyki Fląderki, a także chlupot rzeki, który tak często wskazywał na rybie bogactwo, teraz był niczym wylęgarnia koszmarów. Widział, jak pyski starszych kotek przybierają wyraz nieopisanego zaskoczenia i przerażenia. Przez chwile stał niczym wryty w mokre podłoże.
"To nie twoje imie wywołano. Stój i się nie narażaj" — próbował sobie wmawiać, próbował przekonać samego siebie do nierzucania się pochopnie za krzaki, które dzieliły ich od dwóch uczennic. Uczennic pozostawionych na pastwę agresywnych drapieżników i ich krwiożerczych zębisk.
Był gotowy faktycznie pozostawić tę bezpieczną odległość między sobą a zagrożeniem, ale kiedy ciało Algowej Strugi wyskoczyło nad szeleszczący tatarak... niemal machinalnie popędził za nią. Od razu zbeształ swoją głupotę w głowie, ale nie odwrócił się. Już było za późno.
"Wojownik nie ucieka przed walką. Książę nie boi się krwi, nie boi się blizn" — rozbrzmiewał głos, a krew szumiała w uszach. Widział kątem oka, jak dwie pozostałe wojowniczki również przybyły na ratunek, nie pozwalając, aby jedynie przedstawiciele rodu brudzili swoje łapy. Dawna zastępczyni jako pierwsza faktycznie rzuciła się na wydrę, które jasny pyszczek ubrudzony był kocią krwią. Śliska postać umknęła przed jej atakiem, pozostawiając nieżywe ciało Centuriowej Łapy. Dymna przeskoczyła nad nim, nie dając zwierzowi chwili wytchnienia. Drapieżnik umykał, obnażając zębiska i warcząc na Księżniczkę. Raz zaatakował, niemal nie gryząc jej w podniesioną nogę. Alga na moment cofnęła się, a wydra wykorzystała to, aby spróbować skoczyć na Fląderkę, która niczym wryta w brzeg siedziała w bezruchu, prawie nie oddychając, zdecydowanie nie będąc całkowicie świadomą swojego aktualnego położenia. Klekocząca Łapa działał pod wpływem czystej adrenaliny. Podbiegł do czekoladowej koteczki i w ostatniej chwili złapał ją za skórę na karku, w zdecydowanie niedelikatny sposób. Potykając się prawie, nie będąc przygotowanym na taki dodatkowy ciężar, przetargał ją nieco w tył. Smak krwi, który wypełnił jego pysk, obudził go nieco. Wszytko nagle nabrało przejrzystości i ostrości. Zobaczył nad sobą bure futro Trzcinowego Szmeru, która zatrzymała wydrę przed natarciem na dwójkę żywych terminatorów. Od tyłu zachodziła ją ponownie Algowa Struga. Zapach szkarłatu gryzł go w nos; czuł, że gdyby sobie pozwolił, zwymiotowałby. Nie wiedział, kiedy puścił kark Fląderki, ale koteczka nie ruszyła się nawet na długość kociego pazura. Siedziała skulona, a raczej została rzucona pod jego łapy, gdzie drżała i oddychała ciężko. Z boku sączyła się czerwona posoka, ledwo widoczna na jej ciemnym futrze.
Drapieżniki wycofywały się, a Czosnkowa Krewetka zdołała wyłowić do końca ciało Centurii. Ciało już całkowicie zimne i pozbawione ducha.

* * *
Aktualnie

"Lawenda na gorączkę... Na smród..." — mruczał w głowie, próbując podzielić zioła w składziku na te, których nie ma sensu już trzymać, a te, które może jeszcze będą jakkolwiek przydatne. Pora Nagich Drzew była niesamowicie zimna i doskwierająca. Kocur trząsł się niemal ciągle, niemal nigdy nie było mu przynajmniej delikatnie ciepło. Zastanawiał się nawet czy nie powinien zacząć przykrywać się drugą warstwą mchu, aby nie budzić się tak często podczas odpoczynku. Miał tego wszystkiego dość. Miał wrażenie, że jeszcze trochę i oszaleje. Wiedział, że Gąbczasta Perła coraz bardziej zauważa jego złe nastawienie. Na początku cieszył się i robił wszystko, aby wzbudzić w niej jakiekolwiek poczucie winy. Chciał, żeby wiedziała, że to z jej powodu, przez jej decyzje jest tak kapryśny i niezadowolony, ale niestety chyba mu to nie wyszło. Z każdym wschodem słońca asystentka zdawała się być coraz bardziej na to obojętna. Tak, zauważała, że Klekotek nie jest oddany swoim obowiązkom z pasji, ale kompletnie machała na to ogonem. Kocur stracił swoją główną taktykę.
— Klekocząca Łapo, zmień opatrunek Fląderki — zawołała Różana Woń z głównej części legowiska. Warknął pod nosem. Obecność poranionej przez wydry kotki również niesamowicie go irytowała. Większość rzeczy, które trzeba było przy niej robić, z jakiegoś powodu spadało na jego barki, jakby fakt, że to on nie pozwolił bestii zacisnąć jej kłów na karku, sprawiał, że powinien dalej ją niańczyć. Wiedział, że czekoladowa niemal cały czas wodzi za nim wzrokiem. Dlatego też tak chętnie wykonywał obowiązki w składziku. Niestety i główna medyczka, i jej asystentka wolały, aby książę zajmował się bardziej praktycznymi stronami medykowania. Leniwie wyślizgnął się do głównego pomieszczenia. Chłód uderzył w niego, a sierść zjeżyła się na grzbiecie. Ciemne oczka od razu go odnalazły. Złapał patyk, na którym już przygotowane miał pajęczyny i bez pośpiech pomaszerował do drobnego odrzutka.
— Wstań — polecił sucho, a Fląderka od razu skoczyła na równe łapki, nieumiejętnie próbując ukryć grymas bólu, który wciąż rozlewał się po boku z każdym większym ruchem. Zębami ściągnął poprzednie bandaże, nie uważając zbytnio na delikatność. — Nie kręć się, bo będzie boleć — mruknął, kiedy przestąpiła z nogi na nogę.
— Klekocząca Łapo ide do Nenufarowego Kielicha, w razie potrzeby poślij po mnie — oznajmiła Różana Woń. Wychodząc, rzuciła jeszcze: — Gąbczasta Perła powinna wrócić za jakiś czas. — Kocur skinął milcząco na pożegnanie.
— Nie musisz... — mruknęła nagle koteczka, kiedy odkładał zabrudzony opatrunek i sięgał po nowy.
— Myślisz, że rzucałem się pod szczęki wydry po to, żebyś teraz zdechła tutaj w obozie, bo zakaziłaś sobie ranę? — Podniósł brew, ale nie spojrzał Fląderce w oczy, nie miał ochoty, nie czuł potrzeby. — Nie mam zamiaru też kłócić się z Różaną Wonią. Ty też nie powinnaś robić rzeczy, które są przeciwne z rozkazami rodu, a zrobiłaś to teraz — powiedział pouczającym tonem. Zajął się owijaniem pajęczyn wokół brzucha czekotki, ściskając ją mocno, aby skóra mogła dalej sprawnie się zrastać.
— Nie chce sprawiać kłopotów — miauknęła, kiedy już kończył.
— Ale to zrobiłaś... — szepnął i posłał Fląderce jedno krótkie spojrzenie. Nie było wrogie, nie było pełne wyrzutów... Cała sytuacja z atakiem wyder była dla Klekoczącej Łapy smutnym wspomnieniem. Nie dlatego, że utracili wtedy Centuriową Łapę... ona go nie interesowała, ale dlatego, że był to ostatni moment, kiedy czuł, że kroczył ścieżką wojownika. To, co wtedy czuł... ta adrenalina, strach i pobudzenie... to już nigdy nie wróci. Książę wiedział o tym, a postać, która od kilkunastu wschodów słońca przebywała u nich w legowisku, jedynie mu o tym przypominała.

<Fląderka?>
[990 słów - trening medyka]

[Przyznano 20%]

17 stycznia 2026

Od Fląderki CD. Klekoczącej Łapy

Fląderka początkowo nie zrozumiała pytania księcia. W końcu nie była sama w lecznicy. Nie licząc medyczki, która wyszła z niej, aby udać się po mokry mech, razem z nią na posłaniach przeznaczonych dla chorych przebywał również Klekocząca Łapa. Zamrugała pomału zdrowym oczkiem, starając się oszczędzić chore.
– Złocisty Widlik musiał wrócić do kociarni, do mojego rodzeństwa. M-moja siostrzyczka nie chciała, aby zostawił ich samych na dłużej... Centurii i Rezedzie nic nie dolega. Są zdrowi. – Położyła mordkę na oparciu. Centuria nie wyglądała ani trochę na zadowoloną, gdy piastun dostrzegł, że z oczkiem Fląderki jest coś nie tak, a tym bardziej, gdy zdecydował się ją zabrać do medyków. Zaczęła robić wszystko, aby kocur nie poświęcał swojej uwagi szylkretce w większej ilości, niż powinien. – Obiecałam być grzeczna, dlatego pozwolono mi zostać samej.
Rozmowa z księciem ją bardzo stresowała, mimo to wysiliła się na grzeczne wyjaśnienie, jak sprawa wygląda. Właśnie dlatego została sama w lecznicy, bez rodzeństwa i piastuna, którzy w czasie jej rekonwalescencji mogli zrobić wiele innych ciekawych rzeczy. A gdyby jednak zdecydowali się jej towarzyszyć, nie mogliby ich zrobić.
– Mhm... – mruknął kocur, prawdopodobnie nieusatysfakcjonowany odpowiedzią koteczki. Czyli źle odpowiedziała na jego pytanie?
Przez resztę czasu milczała, o ile książę Klekocząca Łapa nie zadał jej pytania. Wówczas odpowiadała, nie decydując się zignorować księcia. Nawet jeśli czasami się jąkała, starała się zawsze odpowiedzieć na jego pytanie.
W końcu do lecznicy wróciła Gąbczasta Perła z mchem, którego potrzebowała zarówno Fląderka, jak i książę. Brązowa koteczka z uwagą obserwowała ze swojego legowiska, jak medyczka ostrożnie obchodzi się z książęcą łapą, w której utknęła drzazga. Nie była do końca pewna czy powinna ich obserwować w tej sytuacji, więc po pewnym czasie zmrużyła oczka, decydując się dać im więcej prywatności. Skuliła się w kłębek, mając nadzieję, że uda jej się wtopić we wnętrze lecznicy, a jej szelest czy głośniejsze zaczerpnięcie powietrza nie będą przeszkadzać asystentce podczas badania.
Gąbczasta Perła zajęła się jej chorym oczkiem. Przetarła nagromadzoną ropę w jego kąciku oraz nałożyła leczniczą maść, która z pomocą okładu miała uzdrowić Fląderkę.
Czy cenne zasoby medyczne powinny być na nią przeznaczane? Na pewno powinny być przeznaczane na koty z rodu i dzielnych wojowników. Ktoś bardziej niż ona mógł ich potrzebować. Nie chcąc być darmozjadem, obiecała czy właściwie zaoferowała swoją pomoc asystentce, mówiąc, że gdy skończy sześć księżyców, będzie pomagała nosić zioła pozyskiwane z wypraw medycznych.
~~~
Fląderka skończyła sześć księżyców; jeden z wielu treningów, w których uczestniczyła
Razem z pozostałymi uczniami i ich mentorami opuściła obóz, udając się na polowanie, czy też raczej zgłębienie jego tajników. W trakcie, gdy mentorzy tłumaczyli jej rodzeństwu kolejny raz podstawy, Fląderka zajęła miejsce na jednym z pieńków, z którego miała całkiem dobry widok na całą grupkę. Nie miała zamiaru przeszkadzać im w lekcji, nie chcąc pałętać się pod ich nogami. Nie daj Klanie Gwiazdy, sprawiłaby, że ktoś by się przez nią potknął i zranił w łapę. Jak ostatnim razem...
Mimo że starała się unikać spoglądania na Klekoczącą Łapę, spojrzenie jej brązowych oczu raz za razem spoczywało na kocurze, w szczególności na jego pysku. Dzięki wrodzonemu talentowi, który posiadały koty z rodu, oraz zdobytej wiedzy z łatwością przychodziło mu łapanie ryb. Pozostałym starszym uczniom również szło dobrze, jednak nie jak księciu. A jeśli chodziło o rodzeństwo Fląderki, cóż, czekało ich jeszcze sporo nauki.
Rezeda brodził na płyciźnie, gdy Centuria starała się w międzyczasie pochwycić małą rybkę kryjącą się niedaleko korzeni zanurzonych w wodzie. Bezskutecznie.
– Rezedowa Łapa... Centuriowa Łapa... – wymruczała, decydując się zmienić pozycję na pieńku z siedzącej na leżącą. Była bardzo ciekawa, jakie jej rodzeństwo zyska wojownicze miana.
Przymknęła oczka. W przeciwieństwie do pozostałych kotów nie musiała trenować. Miała jedynie pomóc im w drodze powrotnej, dostarczyć złowione ryby do obozu. To była w stanie zrobić, jednak musiała poczekać, aż trening się skończy.
Promienie słoneczne grzały ją w plecki, a z jej pyszczka wydobywało ciche mruczenie, gdy wtem głos jej siostry wyrwał ją z półsnu.
– Nie powinno cię tutaj być... Twój smlód płoszy nam lyby! – zawołała, patrząc wrogo na Fląderkę. Kotka ostrożnie skinęła głową na znak, że zgadza się z siostrą. Nie powinno jej tutaj być. Nie powinna towarzyszyć podczas treningu księcia ani tym bardziej być brana poza obóz. Mimo tego zgodnie z wolą Algowej Strugi udała się razem z nimi nad rzekę. Nie mogła się przecież sprzeciwić księżniczce, w dodatku byłej zastępczyni.
Mimika pyszczka Centurii była bardzo ekspresyjna, a jej piękne niebieskie oczy jedynie to wzmacniały. Kotka tupnęła łapką, unosząc pyszczek ku górze i łypiąc na Fląderkę z pogardą. Jej postawa jasno mówiła, aby w tej chwili ciemniejsza szylkretka wróciła do obozu. Fląderka zwiesiła łebek i powoli zsunęła się z pieńka.
– N-nie mogę wrócić do obozu... Algowa Struga chciała, abym wam towarzyszyła...
– Księżniczka Algowa Stluga! – poprawiła Fląderkę. Jej kremowa sierść lekko pofalowała na wietrze. – Ugh! Dlaczego muszę być z czymś takim jak ty spoklewniona!
Fląderka nie odpowiedziała na zaczepkę siostry. Prawdopodobnie, gdyby była na jej miejscu, również czułaby złość na rodzeństwo, które nie tyle, co posiadało błotniste umaszczenie, ale również odebrało jej matkę.
– K-księżniczka Algowa Stru... – urwała, gdy do jej uszka dotarł cichy plusk wody. Instynktownie przeniosła spojrzenie na rzekę, przy której obie uczennice się zatrzymały.
Od tafli wody dzieliło je kilka lisich długości. Znajdowały się w bezpiecznej odległości, przynajmniej tak sądziły. Fląderka poruszyła noskiem, gdy na tafli wody spostrzegła kręgi. Jej serduszko przyspieszyło. Centuria, dostrzegając wyraz pyska siostry i jej spojrzenie utkwione w wodzie, przeniosła je również, jednak nic nie dostrzegła. Zmarszczyła brwi.
– Dlaczego ciągle się patlzysz na księcia Klekoczącą Łapę? – spytała, a to pytanie zaskoczyło kotkę. Przecież nie patrzyła się ciągle na biało-czarnego kocura, prawda? – Czy coś takiego jak ty chce wzbudzić w nim litość i współczucie? Słyszałam, że ostatnio z nim lozmawiałaś na tleningu, a nawet się zaśmiałaś, gdy przez ciebie wylądował w wodzie i spłoszyłaś wszystkie lyby... – Jej źrenice zwęziły się w szparki.
– To był wypadek... Przypadkowo wpadłam na księcia... Poślizgnęłam się na błocie i nie byłam w stanie się utrzymać na zboczu... – miauknęła speszona, otulając się swoim ogonkiem. Była pewna, że nikt tego zdarzenia nie widział. Jedynie Błękitna Laguna, lecz czy zastępca rozmawiał na ten temat z Centuriową Łapą? Może po prostu podsłuchała jego rozmowę z kimś. – Przeprosiłam, a on się po chwili zaśmiał i powiedział, że nic się nie stało...
– On? On?! Książę! Naucz się nazywać właściwie koty z lodu, a nie jakbyś mówiła o pielwszym lepszym podlzędnym wojowniku czy uczniu! – zawołała głośniej, zirytowana faktem, że Fląderka niekoniecznie przywiązywała uwagę do formalności. Co innego, gdy rozmawiała z kimś z rodu, wtedy oczywiście zwracała się do kotów z szacunkiem, a przynajmniej starała się pamiętać, aby używać ich tytułów, jednak podczas rozmowy z siostrą zdecydowała się na większy luz. – Pewnie z doblego selca książę nie nakazał swojej babci Mandalynkowej Gwieździe cię wygnać za tę zniewagę, ale może będzie jeszcze do tego okazja!
Kolejny odgłos pluskania, tym razem głośniejszy. Fląderka poruszyła uszkiem i ponownie zerknęła w kierunku zbiornika. Z wody wynurzyła się wydra; mokra, lśniąca, z czujnymi oczami. Z jej pyska wydobył się cichy pomruk ostrzegawczy. W jednej chwili wydra zniknęła w pobliskich szuwarach, które odcinały potencjalną drogę ucieczki młodym uczniom.
Centuria stanęła plecami do swojej siostry, co również uczyniła Fląderka. Obie obserwowały ruch zwierzęcia, które na nie polowało.
– To twoja wina... – syknęła Centuria przez zaciśnięte zęby. Wysunęła pazury. – Na tlzy biegniemy do mentolów, a do tego momentu żadnych gwałtownych luchów, ani klzyków, czy to jas...
– Centuria! – W tym momencie Fląderka skoczyła na siostrę, starając się ją uchronić przed pazurami wydry, która ruszyła bez ostrzeżenia w ich kierunku. Na szczęście pazury zwierzęcia nie drasnęły liliowej kocicy, jedynie przejechały po boku czekoladowej szylkretki.
Na pysku Centurii malowała się furia, gdy Fląderka zignorowała jej plan działania. W dodatku po raz pierwszy tak blisko jej się znajdywała. Nie odrywała spojrzenia od siostry, którą pogardzała, by uderzenie serca później z całej siły uderzyć ją w brzuch tylnymi łapami, odrzucając ją od siebie wprost na kamień.
To był błąd.
Oszołomiona Fląderka dopiero po chwili zrozumiała czym był ten dziwny dźwięk, który dochodził do jej uszka po tym, jak odzyskała przytomność. Bulgot wymieszany z charkotem, a jeszcze wcześniej krzyk Centurii. Przeniosła spojrzenie na siostrę, której szyja spoczywała w pysku wydry i była zabarwiona szkarłatem.
– C-centuria... – wydukała, kuląc się, gdy zrozumiała, co takiego się stało. Sparaliżowana strachem nie była w ciągu pierwszych sekund ruszyć się o milimetr. Gdyby Centuria jej nie odepchnęła, na pewno błękitnooka miałaby szansę na ucieczkę. Z oczu Fląderki spłynęły łzy, gdy pojęła, że dla jej siostry nie ma już ratunku. Jej głowa bezwiednie zwisała z pyska brązowego zwierzęcia, które starało się zaciągnąć ciało uczennicy z powrotem do swojej kryjówki. – Z-zostaw ją... Poczekaj! – zawołała, robiąc krok w stronę wydry. – Oddaj mi siostrę... P-proszę... – jęknęła żałośnie, co tylko rozjuszyło wygłodniałą bestię.
Ciało Centurii opadło na brzegu. Jej piękne futerko, o które tak dbała, dekorując je różnymi błyskotkami, było ubarwione krwią i zmierzwione, a do jego pasm przyklejony był piasek.
– P-pomocy! Algowa Strugo! T-trzcinowy Szmerze! Cz-czosnkowa Krewetko! – zawołała głośno, mając nadzieję, że mentorzy przybędą jej na pomoc, nim pazury wydry przeorają jej małe ciałko.
<Klekocząca Łapo? 👀 wykaż się, to babcia na pewno mianuje cię już teraz na woja i być może na drugiego zastępcę🦸>

27 grudnia 2025

Od Klekoczącej Łapy Do Fląderki

— Oh... Klekocząca Łapo, który to już raz? — zapytała Algowa Struga, przepuszczając go przodem, kiedy wchodzili do obozu. Kocurek utykał delikatnie na tylną łapkę, próbował to jednak zręcznie ukryć, często zmieniając ułożenie swojego ogona, zależnie z której strony przechodził akurat jakiś kot.
— Trzeci... Tak mi się wydaję — mruknął uczeń, unikając wzroku mentorki, która westchnęła jedynie, przymykając ślepia.
— Jak mam cię nauczyć sprawnej wspinaczki, kiedy za każdym razem kończysz z czymś pod pazurem? Za niedługo będzie ci trzeba wyciągać stamtąd całą sosnę! — Chociaż jej ton był o wiele bardziej żartobliwy, tak Klekocząca Łapa czuł prawdziwą nutkę zirytowania. Zwłaszcza że tym razem to faktycznie była jego i tylko jego wina. To jego niedopatrzenie, że rana tak wyglądała, no i tak mu doskwierała. Tylko tego nie wiedziała Księżniczka.
— Algowa Strugo..? — zaczął niepewnie.
— Tak, słucham cię? Nie przejmuj się... nie jestem na ciebie zła, to nie twoja wina, że masz pecha to tych rzeczy. Ostatecznie to tylko zwykłe drzazgi, prawda? — Uśmiechnęła się ciepło, przystając na moment, aby nie popędzać ucznia w jego słowach.
— Tak naprawdę to mam go już tam od ostatniego treningu wspinania... Po prostu jak tam byłem wcześniej, to Różana Woń wydawała się zajęta, a-
— Klekocząca Łapo... — przerwała mu, wpatrując się w niego zrezygnowanym wzrokiem. Pokręciła w końcu głową i westchnęła głośno. — Wiesz, że to jej obowiązek ci pomagać, prawda?
— No tak...
— Wiesz, że nawet ona, kiedy nie ma żadnych... widocznych pacjentów, będzie chciała z kimś porozmawiać, poplotkować?
— Zapewne...
— I myślę, że jesteś świadomy, że kiedy tylko dowiedziałaby się, że potrzebujesz jej medycznego wsparcia i pomocy, to z wielką chęcią by ci jej udzieliła, prawda? — Czuł się, jakby znów był kociakiem, a Kotewkowy Powiew tłumaczyła mu, dlaczego nie może próbować skakać do brodzika, próbując wypędzić żaby z ich mniemanych mulistych kryjówek.
— Może...
— Nie może, tylko na pewno — powiedziała nieco dobitniej. Mentorka uderzyła go w bok swoim ogonem, a następnie wskazała pyskiem na legowisko medyka. — Już. Zmykaj tam i żadnych ucieczek, będę siedzieć przy kłodzie ze zwierzyną i czekać na ciebie ze zwierzyną, bo inaczej aż do jutra będziesz chodzić z warczącym brzuchem, którym straszyłeś dzisiaj wszystkie ryby.
— To nie tak! Potknąłeś się! To dlatego odpłynęły! — wzburzył się, ale dymna położyła mu końcówkę kity na mordce.
— Koniec pogaduszek. Prędko, bo ugniję ci cała łapa. — Skończyła mówić, a następnie faktycznie skierowała się prosto pod kupkę zwierzyny, gdzie prędko odnalazła się przy boku Baśniowej Stokrotki. Wiedział, że nie ma co prowadzić walki z kotką.
Bez większego zapału zaczął iść prosto do lecznicy. Miał wrażenie, że cała droga strasznie mu się dłuży, chociaż tak naprawdę było to tylko kilka lisich długości, zwłaszcza że obóz był jeszcze w dużej mierze dość opustoszały. Nie powinni tak prędko wrócić z treningu, ale jego boląca łapa zaczęła faktycznie niesamowicie mu przeszkadzać. Był pewny, że powodem jej wyjątkowo złego stanu było ich wczorajsze polowanie, gdzie niechcący wszedł w dziwne odpady, które musiały należeć do jakiegoś Dwunożnego. Nie bał się wizyt u medyczek, ale nie chciał im przeszkadzać, zwłaszcza kiedy jego przypadłości nie były jeszcze aż tak problematyczne. Teraz jednak coraz trudniej mu się chodziło, a nie mógł opuszczać treningów, jeśli chciał jak najszybciej uwolnić się od rangi terminatora. Nie, żeby z nim miał jakiś szczególny... zgrzyt, ale... nie mógł już znieść tego całego gadania: "Kiedy będziesz już wojownikiem...". A najprostszym sposobem, aby się go pozbyć, było pozbycie się aktualnego imienia i zdobycie nowego. Nie obawiał się, że nie da sobie rady. Wszyscy sobie dawali, więc czemu nie on? W końcu był podobno jeszcze lepszy od większości kotów w Klanie Nocy. Na co więc niby czekano?
Wślizgnął się elegancko do lecznicy, gdzie panował przyjemny półmrok. Terminator słyszał ciche ruchy i kroki, ale nie do końca wiedział, gdzie miał znaleźć w tym momencie którąś z medyczke. Nie musiał wiedzieć, bo ona sama znalazła go po kilku uderzeniach serca.
— O! Dzień dobry Klekocząca Łapo, całkiem długo cie nie widziałam. Znaczy... Długo, jak na ciebie, jeśli rozumiesz, o co mi chodzi — powiedziała Gąbczasta Perła, pojawiając się obok niego znienacka.
— O-o... No tak, trochę mnie nie było, ale to tak naprawdę dlatego jestem tutaj teraz... — wytłumaczył i na moment umilkł, ale kiedy ciotka wyczekująco wpatrywała się w niego brązowymi ślepiami, dodał niepewnie: — No i... Tobie również dzień dobry, Gąbczasta Perło...
— Tak, tak... Całkiem dobry, a co ci jest? — Zrobiła krok do przodu, chcąc zmusić w końcu krewniaka do współpracy.
— A-a! To, co zwykle, ale... Jest trochę gorzej — mruknął, wyciągając łapkę pod nos asystentki.
— Oho... Faktycznie, zwykle udaję ci się przyjść na tyle prędko, że można tylko złapać w zęby i już jest po sprawie, trochę pokapie krewka, ale nic więcej, a tutaj... jejku no infekcja się wdała. Nie obejdzie się bez mycia i ziółek — wytrajkotała. Przyjrzała się bliżej i podmuchała na nią przez moment. Klekocząca Łapa musiał przyznać, że przyniosła to lekką ulgę, chociaż coraz ciężej było mu utrzymać tylną nogę wyprostowaną w górze. — Dobrze, usiądź sobie tam, a ja wezmę wszystko ze składziku. Dzisiaj to ja będę się tobą zajmować, bo Różana Woń poszła po zioła, ale możesz być spokojny; nosze w sobie mądrości nie tylko rzeki, ale i lasu!
— Mhm... No dobrze, jasne... — mruknął kocurek, raczej nie oddając entuzjazmu krewniaczki. Nie za bardzo obchodziło go to, kto wyjmie mu kawałek łapy z drewna i kto zmyje mu potem z niej ropę, ale nie chciał robić kotce przykrości. Potulnie skierował się tam, gdzie mu pokazała. Dopiero kiedy usiadł i owinął ogon wokół łap, zauważył, że na legowisko obok przygarbiona siedzi lekko drżąca, zdecydowanie niechcąca być zauważoną, a co najważniejsze znajoma postać. Fląderka, teraz już znacznie większa, niż kiedy przyszło im na krótko dzielić kociarnie, a co gorsza mleko Czyhającej Mureny, mleko JEGO mamy, kuliła się nieznacznie, próbując z całych sił nie wydać z siebie żadnego dźwięku. Wyprostowana sylwetka Klekoczącej Łapy, który nie dość, że był zwyczajnie od niej starszy to i znacznie wyższy, posyłał jej nieco zniesmaczone spojrzenie.
Kocurek nie miał nic szczególnie złego do powiedzenia o kotach... jej barwy. Nie rozumiał do końca tego wszystkiego, znaczy... rozumiał to, dlaczego tak to ma być, skąd się to wszystko wzięło, ale gdyby nie fakt, że Fląderka i jej rodzeństwo odebrało mu matkę, kiedy już i tak pozostało im wspólnie mało czasu, nic do niej by nie miał. Nie lubił jej, ale nie przez to, że była czekoladowa. Nie lubił jej, bo widział w niej parszywą złodziejkę mam! A to było jeszcze gorsze! Urodziła się, mając paskudne futerko i nie mogła tego zmienić, ale... mogła, na przykład, pić wodę z brodzika zamiast mleka Mureny. Wtedy nie musiałby jej teraz nienawidzić. Wtedy nie zabrałaby mu mamy. Wpatrywał się z nią coraz dosadniej, widział, jak próbuje nie łapać z nim kontaktu wzrokowego, ale jednak co chwile jej zdrowe oczko wędruję na jego biały pyszczek. Zauważył, że z drugim jest coś nie tak, nawet jeśli siedział po stronie tego sprawnego. Cisza była... dziwna i drżąca, niemal tak samo, jak sama koteczka.
— Co ci jest? Znaczy... Z twoim okiem? — zapytał w końcu, a sam dźwięk jego głosu sprawił, że Fląderka wyprostowała się nagle, dalej jednak bez jakiejkolwiek pewności w swoim ciałku.
— I-infekcja... — mruknęła krótko.
— Aha... — odpowiedział tylko i znów zapadło głuche milczenie. Zaczął nawet w pewnym momencie stukać zębami, ale szybko przestał, czując, że zaczynają go boleć. Odchrząknął wtedy i dodał jeszcze: — U mnie też... Ale nie w oku, wiesz... Wbiłem sobie drzazgę na treningu i potem... w sumie to nie ważne, po co ci to mówię. — Pokręcił łbem i zaczął wyglądać za Gąbczastą Perła. Był głodny. Chciał już wyjść i wziąć z kłody jakiegoś smacznego gryzonia, albo wilgotną rybkę. Zaczynał się mocno niecierpliwość, a obecność koteczki tylko bardziej go stresowała. Chociaż nie obchodziła go ona zbytnio, tak czuł na sobie jej wzrok. Miał wrażenie, że patrzyła na niego w każdej sekundzie, kiedy on akurat nie wpatrywał się w nią. A nie chciał na nią patrzeć, co tylko sprawiało, że irytował się jeszcze bardziej. W końcu ujrzał dymne futerko. Głos asystentki doszedł do nich aż z samego wyjścia z legowiska.
— Przepraszam was, ale muszę iść po mokry mech, dla obu z was, więc poczekajcie jeszcze moment. — No i od razu wybiegła truchtem z lecznicy. Klekocząca Łapa westchnął przeciągle i od niechcenia, lekko spode łba spojrzał na Fląderkę, która teraz wpatrywała się w swoje bielutkie stópki. Odezwał się znów.
— Czemu jesteś tu sama?
<Fląderko?>
[1364 słowa]

[Przyznano 27%]

Wyleczeni: Klekocząca Łapa, Fląderka