– P-przepraszam... – wyszeptała ledwo słyszalnie w odpowiedzi. Wbiła spojrzenie w swoje łapki, zastanawiając się nad słowami kocura, gdy ten kończył opatrywać jej bok. Naprawdę miał rację, w końcu był mądrym kocurem w przeciwieństwie do odrzutka. No i w dodatku był księciem. Mądrym księciem, który posiadał wiele talentów. – P-przepraszam, że sprawiłam wam wszystkim tyle kłopotu, w szczególności tobie książę Klekocząca Łapo. – Zacisnęła oczy, starając się ukryć grymas spowodowany pulsującym bólem z rany, jak i uczuciem swędzenia, gdy kocur skończył wymieniać opatrunek i nieco się cofnął od pacjentki, dając jej przestrzeń. – I... dziękuję. – powiedziawszy to, skłoniła lekko łebek.
Jej cichy głos na pewno dotarł do uszu kocura. Wiedziała, że powinna już wcześniej mu podziękować, jednak wyleciało jej to z głowy, głównie za sprawą różnych innych wydarzeń, które miały miejsce w klanie. Zamierzała wszystko powoli nadrobić i spróbować się jakoś odwdzięczyć młodemu księciu za uratowanie życia. Miała wobec niego dług, który prawdopodobnie do końca swego życia nie uda się jej spłacić.
Klekocząca Łapa przez chwilę wpatrywał się we Fląderkę zastygniętą w miejscu ze schyloną głową. Nie odezwał się, zamiast tego jego pysk opuściło prychnięcie.
Fląderka uniosła spojrzenie na księcia, prostując się. Czyżby źle się pokłoniła? A może powinna okazać w inny sposób swoją wdzięczność za ratunek, jak i sam fakt, że biało-czarny się nią zajmuję. Niepewnie rozejrzała się dookoła, mając nadzieję, że ktoś mógłby jej podpowiedzieć, co zrobiła nie tak i dlaczego Klekocząca Łapa wyglądał na... złego? Niestety oprócz niej i księcia nie było nikogo w legowisku.
– Dlaczego taka jesteś? – padło w końcu z pyska księcia.
Fląderka kolejny raz nie potrafiła zrozumieć sensu kryjącego się za pytaniem Klekotka. O co mu mogło chodzić? Dlaczego była czekoladowa? Dlaczego była wybrakowana? Dlaczego... dlaczego?
Usiadła na ziemi, starając się znaleźć odpowiedź, która byłaby godna uszu księcia.
– Przepraszam, nie rozumiem – miauknęła, kuląc się. Uniosła jedną z łapek, by zaraz położyć ją na drugą, która przez cały czas spoczywała na posadzce.
– No właśnie, nie rozumiesz – mruknął. Jego oczy do tej pory szeroko otwarte, jeszcze chwilę temu skupione na precyzyjnym owinięciu pajęczyny wokół boku Fląderki, zwęziły się w szparki. – Nie przeszkadza ci to, nawet w najmniejszym stopniu, że nie zostałaś mianowana na uczennicę wojownika? – zagaił być może ze zwykłej ciekawości. Czy jego wcześniejsze pytanie dotyczyło właśnie roli, czy też właściwie jej braku?
Uszko Fląderki opadło wzdłuż pyszczka. Czy to był jakiś test, mający sprawdzić, czy nie została dotknięta klątwą, na którą chorowały czekoladowe koty? A może po prostu książę się zgrywał i chciał ten jeden jedyny raz wysłuchać, co odrzutek miał do powiedzenia?
– N-nie... niespecjalnie – wydukała z przestrachem w głosie, tak jakby od jej odpowiedzi zależało jej życie. Być może właśnie tak było? – Uważam, że twoja babcia, Mandarynkowa Gwiazda podjęła bardzo dobrą decyzję, nie decydując się mianować mnie na ucznia i nie wybrała dla mnie mentora. Z-znam swoje miejsce i wiem, że nie byłabym w stanie dorównać pozostałym uczniom. N-nawet z byciem odrzutkiem nie potrafiłam sobie poradzić. – Nawiązała do sytuacji z wydrami, gdy nawet siedzenie z boku na brzegu ją przerosło i sprowadziła na swoją siostrę śmierć. – G-gdybym została uczennicą, pozostali uczniowie mogliby być niezadowoleni moją obecnością w legowisku czy obecnością na wspólnych treningach... P-poza tym koty czekoladowe nie powinny zgłębiać tajników polowania czy walki, a tym bardziej medycyny. T-tak jest bezpieczniej, dla wszystkich.
Przez pysk kocura w zaledwie kilka sekund przewinęły się przeróżne reakcje na jej oczywisty wywód.
Książę otworzył pysk, jednak Fląderce nie było dane usłyszeć tego, co miał do powiedzenia. Do lecznicy wróciła Gąbczasta Perła.
– Klekocząca Łapo! – zawołała niewyraźnie, trzymając w pysku sporą kępkę mchu. – Potrzebuje twojej pomocy! Teraz! – dodała, tak jakby przewidując to, że kocur wymruczał właśnie przez zęby "Zaraz...".
* * *
Fląderka obserwowała, jak medycy krzątali się po lecznicy, sugerując medykamenty i zajmując się pozostałymi chorymi kotami.
Fląderka ostrożnie przeciągnęła się na posłaniu, decydując się zbliżyć do Różanej Woni i Klekoczącej Łapy. Po cichu zbliżyła się do medyków, zajmując odpowiednią odległość, aby zbytnio im nie przeszkadzać.
– Jeszcze księżyc i wrócisz do kociarni – miauknęła Różana Woń, nie podnosząc spojrzenia znad ziół. – Miałaś szczęście w nieszczęściu, że zostałaś zraniona pod pory opadających liści, Fląderko. Dzięki temu mogłaś wypoczywać w lecznicy, gdy na zewnątrz panował ziąb.
– W-wiem to i wstydzę się tego – podjęła, obserwując, jak długie białe łapy przerzucały na stosik zioła niedające się do podania im chorym. – Gdy ja wygrzewałam się w lecznicy, pozostałe koty ciężko pracowały. W-wiem, że nie powinnam, ale... czy mogłabym wam jakoś pomóc? – zagadnęła, przenosząc spojrzenie na księcia, który w odpowiedzi wzruszył ramionami. – Zdaję sobie sprawę ile pajęczyny, liści i maści zostało zużytych na moją ranę. Może mogłabym po nią pójść...
– Tylko koty z rodu królewskiego mogą zajmować się medycyną, Fląderko. Przecież powinnaś to wiedzieć. – Pysk Różanej Woni się wykrzywił, jednak po chwili westchnęła. – Jak skończymy segregację, pomożesz mi wynieść stare zioła na zewnątrz. W tym samym czasie ty Klekocząca Łapo powtórzysz nazwy nowo poznanych ziół i ich zastosowanie – zwróciła się do wnuka kuzynki, decydując się wyjawić jego następne zadanie.
Kocur nie wyglądał na zadowolonego, jednak nie wyraził jawnie swej niechęci. W ciszy kontynuował segregację liści, odkładając na kupkę obok liście, które nie wyglądały zachęcająco do spożycia.
Fląderka powróciła na swoje legowisko. Przez ten czas pobytu do medyków rzadko ktokolwiek ją odwiedzał. Raz, a może dwa zajrzał do niej Rezedowa Łapa, jednak w jego spojrzeniu zamiast współczucia widziała coś na kształt żalu. Tak jakby kocur pragnął odnaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego to Centuriowa Łapa odeszła, a Fląderka przeżyła.
Oprócz brata nie miała nikogo w Klanie Nocy. Nikogo z kim mogłabym dłużej porozmawiać. Co prawda w ostatnim czasie zbliżyła się bardziej niż dotychczas do rodziny królewskiej piastującego funkcje medyków, jednak tylko dlatego, że od kilkunastu wschodów słońca przebywała z nimi dzień w dzień, non stop. Rozmawiała z nimi, odpowiadała na pytania, jednak zazwyczaj to któryś z medyków musiał zainicjować rozmowę.
Nawet z księciem udało jej się częściej rozmawiać i koteczka miała wrażenie, że spojrzenie ucznia podczas rozmów z nią nieco się zmieniło. Wydawało się łagodniejsze, jednak może to za sprawą tego, że wyzdrowiała i lada moment opuści lecznice? Tak, to pewnie dlatego na pysku Klekotka kotka częściej dostrzegała uśmiech. Książę na pewno wolał zajmować się wojownikami, królowymi, starszyzną czy innymi uczniami, niż odrzutkiem, który pasożytował przez te kilka wschodów słona, nie dając nic od siebie w zamian.
<Książę Klekotku? Może zechcesz opowiedzieć z nudów odrzutkowi o tym, jak wygląda zgromadzenie i Bursztynowa Wyspa>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz