— Przebiśniegu! Pomóż mi! Kobczyk nie może być sama! — Wrzasnęła, mając nadzieję, że koteczka ją usłyszy. Nie wiedząc, co ma zrobić, ponownie spróbowała się wyrwać. Dwunożny chwycił ją mocniej i nawet wbijanie pazurów w jego skafander nie pomagało. Mewa, sycząc, plując, wyrywając futro ze swoich łap, szarpała się ile miała sił w łapach. Walczyła całym swoim ciałem. Gdy już z dwunogiem dotarła do domostwa, skrzywiła się na odór karmy dwunożnych, psów oraz ich dziwnych substancji, których używali, aby lepiej pachnieć. Mijała również zapachy kłującego w nozdrza dymu, którego pochodzenia nie znała. Jej uszy zalewała krew, gdy dochodziły do nich wrzaski potworów.
— Chce do lasu... nawet nie wiem, gdzie ja jestem! Gdy mnie puści wyrwę się stąd lada moment... — mruknęła cicho. Dwunożny już otwierał drzwi do swojego “obozu”, przed wejściem szczekał pies. Biała kotka sądziła, że jest wielki po samym jego szczekaniu. Wrzucił Mewę do domu i nawet nie zdążył zamknąć drzwi, gdy ta wywinęła się pod jego nogami do wyjścia, biegnąc na tyle szybko po ciepłym od przejeżdżających potworów asfalcie, że zaczęły jej krwawić łapy. Czując piekielny ból, wbiegła na jakąś ogrodzoną polankę i zaczęła wylizywać popękane poduszki, które pulsowały jej z gorącą. Szkarłatna maź spływała po jej białych łapach, kotka zaczęła prędko to wylizywać i wypluwać wyrwaną sierść pomieszana z krwią.
— Lisie łajno... — burknęła i wyskoczyła za płot ogródka. Nie mając kompletnie pojęcia, gdzie się znajdowała, postanowiła pójść wzdłuż drogi grzmotu. Słodki zapach kocimiętki rosnący przy niektórych płotach kierował ją najwidoczniej do lasu, lub gorszej części miasta gdzie spotkała Izydę. Nagle za jej ogonem poczuła mocne tupnięcie czyjejś łapy. Nie zdążyła nawet zareagować, a ten sam dwunożny porwał ją ponownie. Tym razem stał jednak z psem. Mewa nie potrafiła już nic zrobić oprócz zostawienia błota i krwi na skafandrze dwunoga.
— Jeśli ktoś mnie słyszy, niech mi pomoże! — wrzasnęła na tyle głośno, że aż zabolało ją gardło. Ostatni raz tak mocno wrzasnęła na swojego partnera kilkanaście księżyców temu. Skuliła się z bólu gardła i przycisnęła łbem do dwunoga. Mewa pogodziła się już z porażką i tym, że raczej u dwunoga zostanie… może na kilka księżyców?… a może na zawsze?… od razu odgoniła tę myśl, bo wiedziała, że na pewno Przebiśnieg przyjdzie jej pomóc.
"Odór tego psa chyba przeze mnie przesiąknie! Będę śmierdzieć jakimś zdechlakiem… " — pomyślała i otrzepała jedyną wolną część ciała, która był jej ogon. Dwunożny przeprowadził ją przez czarno-białe pręgi na drodze i dotarli do jego obozu. Wrzucił ją na zimna posadzkę i szybko zamknął drzwi. Mewa od razu pobiegła na najwyższy szczyt — na drewnianą półkę, aby dwunóg nie mógł jej dosięgnąć. Dwunożny zaczął coś do niej mówić, lecz ona wcisnęła się w kąt i skulona siedziała tam przez cały czas z napiętymi mięśniami. Gdy ten ogromny ufolud ściągnął swoje futro oraz kacze łapy, Mewa chciała zbiec z szafki i zdrapać mu całą skórę z łap! Ale jednak wiedziała, że gdy to zrobi, ten pchlarz urwie jej ogon lub uszy.
— Chcę stąd wyjść! Kobczyk sobie sama nie poradzi… — miauknęła sama do siebie pod nosem i położyła się w takiej pozycji, aby nie pokazywać swojego pyska. Powoli zaczęła przysypiać ze zmęczenia, ale nie chciała zasypiać w tym miejscu. Bała się, że Przebiśnieg po nią nie przyjdzie, nie uratuje jej, albo co gorsza, porwie jej córkę! Wycieńczona Mewa już nie miała siły nawet myśleć, położyła w końcu łeb na szafce i zasnęła. Wszystko jednak przemyślała, była na tyle wysoko, że dwunożny na swoich łapach jej nie dosięgnie, gdyby chciała się przed nim schować, to nawet na słońce w tym dziwnym obozie by weszła.
— Chce do lasu... nawet nie wiem, gdzie ja jestem! Gdy mnie puści wyrwę się stąd lada moment... — mruknęła cicho. Dwunożny już otwierał drzwi do swojego “obozu”, przed wejściem szczekał pies. Biała kotka sądziła, że jest wielki po samym jego szczekaniu. Wrzucił Mewę do domu i nawet nie zdążył zamknąć drzwi, gdy ta wywinęła się pod jego nogami do wyjścia, biegnąc na tyle szybko po ciepłym od przejeżdżających potworów asfalcie, że zaczęły jej krwawić łapy. Czując piekielny ból, wbiegła na jakąś ogrodzoną polankę i zaczęła wylizywać popękane poduszki, które pulsowały jej z gorącą. Szkarłatna maź spływała po jej białych łapach, kotka zaczęła prędko to wylizywać i wypluwać wyrwaną sierść pomieszana z krwią.
— Lisie łajno... — burknęła i wyskoczyła za płot ogródka. Nie mając kompletnie pojęcia, gdzie się znajdowała, postanowiła pójść wzdłuż drogi grzmotu. Słodki zapach kocimiętki rosnący przy niektórych płotach kierował ją najwidoczniej do lasu, lub gorszej części miasta gdzie spotkała Izydę. Nagle za jej ogonem poczuła mocne tupnięcie czyjejś łapy. Nie zdążyła nawet zareagować, a ten sam dwunożny porwał ją ponownie. Tym razem stał jednak z psem. Mewa nie potrafiła już nic zrobić oprócz zostawienia błota i krwi na skafandrze dwunoga.
— Jeśli ktoś mnie słyszy, niech mi pomoże! — wrzasnęła na tyle głośno, że aż zabolało ją gardło. Ostatni raz tak mocno wrzasnęła na swojego partnera kilkanaście księżyców temu. Skuliła się z bólu gardła i przycisnęła łbem do dwunoga. Mewa pogodziła się już z porażką i tym, że raczej u dwunoga zostanie… może na kilka księżyców?… a może na zawsze?… od razu odgoniła tę myśl, bo wiedziała, że na pewno Przebiśnieg przyjdzie jej pomóc.
"Odór tego psa chyba przeze mnie przesiąknie! Będę śmierdzieć jakimś zdechlakiem… " — pomyślała i otrzepała jedyną wolną część ciała, która był jej ogon. Dwunożny przeprowadził ją przez czarno-białe pręgi na drodze i dotarli do jego obozu. Wrzucił ją na zimna posadzkę i szybko zamknął drzwi. Mewa od razu pobiegła na najwyższy szczyt — na drewnianą półkę, aby dwunóg nie mógł jej dosięgnąć. Dwunożny zaczął coś do niej mówić, lecz ona wcisnęła się w kąt i skulona siedziała tam przez cały czas z napiętymi mięśniami. Gdy ten ogromny ufolud ściągnął swoje futro oraz kacze łapy, Mewa chciała zbiec z szafki i zdrapać mu całą skórę z łap! Ale jednak wiedziała, że gdy to zrobi, ten pchlarz urwie jej ogon lub uszy.
— Chcę stąd wyjść! Kobczyk sobie sama nie poradzi… — miauknęła sama do siebie pod nosem i położyła się w takiej pozycji, aby nie pokazywać swojego pyska. Powoli zaczęła przysypiać ze zmęczenia, ale nie chciała zasypiać w tym miejscu. Bała się, że Przebiśnieg po nią nie przyjdzie, nie uratuje jej, albo co gorsza, porwie jej córkę! Wycieńczona Mewa już nie miała siły nawet myśleć, położyła w końcu łeb na szafce i zasnęła. Wszystko jednak przemyślała, była na tyle wysoko, że dwunożny na swoich łapach jej nie dosięgnie, gdyby chciała się przed nim schować, to nawet na słońce w tym dziwnym obozie by weszła.
<Przebiśniegu? Pomóż mi…>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz