— Oczywiście, mój mały drapieżniku. Do jutra, słodkich snów! — mruknęłam z czułością, patrząc, jak odchodził.
Po chwili sama także wstałam, początkowo chcąc pójść spać do swojego legowiska, ale zatrzymałam się. Po chwili namysłu, która naprawdę nie trwała zbyt długo, zmieniłam kierunek i pokierowałam się wprost do legowiska liderki, czyli swojej kochanej Pieczarki. Sprawnie wdrapałam się po drzewie, następnie szukając białej wzrokiem.
— Puk, puk? Mogę wejść?
Ślepia w kolorze pierwszej trawiastej łąki Pory Nowych Liści zalśniły w blasku księżyca, który przedzierał się przez gałęzie drzewa.
— Oczywiście, chodź, Orchisiu! — zamruczała liderka, na co od razu ruszyłam w jej stronę.
Na widok mojego liliowo-białego, miękkiego okrycia, w jej oczach zaiskrzyła radość.
Przywitałyśmy się ciepłym przytulasem, a ja wzięłam głęboki oddech, napawając się jej zapachem. Był dla mnie niczym hipnoza, pociągający i uspokajający w sposób, który ciężko opisać jakimikolwiek istniejącymi słowami. Razem ułożyłyśmy się w wygodnych pozycjach, a ona kojąco czyściła mi futro swoim językiem. Zazwyczaj to ja się nią zajmowałam, ale taka zmiana była bardzo przyjemna.
Przeciągnęłam się, wbijając pazury w korę, kiedy zapytałam:
— Czy przeszkadzałoby ci, gdybyśmy dzisiaj spały razem? Wiesz, od kiedy jesteś liderką, śpimy cały czas osobno… Brakuje mi tego…
Długowłosa lekko się uśmiechnęła.
— Z przyjemnością! Wiesz… Mi też tego brakuje i to bardzo…
Odwzajemniłam jej uśmiech, a z mojego pyszczka wyleciało cichutkie mruknięcie zadowolenia. W odpowiedzi kocica przeciągle ziewnęła. Obydwie najwyraźniej byłyśmy zmęczone.
— Dobranoc, stokroteczko — szepnęłam, obserwując z góry powoli cichnący obóz, kiedy moje oczy powoli się zamykały.
— Dobranoc, lilijko — odparła, po czym obydwie zapadłyśmy w głęboki sen.
Czułam się… Dziwnie. Dotychczas praktycznie przez całe moje życie jakby pędziło tornado. Cały czas coś się działo, więc zanim zdążyłam odetchnąć i jakkolwiek wykurować się po jednym zdarzeniu, już działo się drugie! A teraz? Teraz nagle wszystko w Owocowym Lesie było tak jakby prostsze… Łatwiejsze. Spokojniejsze. Mogłabym wręcz rzec…
Stabilniejsze.
Nie, żeby mi to przeszkadzało czy żebym się nudziła. Chodziło bardziej o takie... No właśnie, dziwne uczucie w środku. Taka niepewność pomieszana z nieufnością i nutą strachu. Cały, calutki czas łapałam się na tym, że myślę, co mogłoby pójść nie tak. Miałam wrażenie, że zaraz to wszystko rozsypie się niczym jakiś prowizoryczny domek zbudowany z jesiennych liści, zdmuchnięty jednym niewielkim świstem wiatru.
Było po prostu ZBYT spokojnie!
A może to już przez starość? W końcu spójrzmy prawdzie w ślepia — stara ze mnie już panna! Kiedy te prawie 100 księżyców minęło? Jakby po prostu przeminęło z wiatrem?... Bliżej mi już do gleby niż narodzin i to zdecydowanie o sporo! Ale… cóż, mimo tych wszystkich wzlotów i (w głównej mierze) upadków, nie chciałam się jeszcze wybierać na tamten świat, jeżeli takowy w ogóle istniał. Tu, w Owocowym Lesie, w domu, było mi dobrze. Nawet bardzo dobrze. Miałam przyjaciół takich jak, chociażby Figa, Jeżyna, Poranek, Topola czy Czernidłak. Nie z każdym z nich miałam taki dobry kontakt jak kiedyś, ale jednak! (Jakimś cudem…) Miałam też moją ukochaną stokroteczkę — Pieczarkę — oraz oczywiście Pumę i moje kochane maleństwa, czyli Kostkę Brukową i Drobinkę lub, innymi słowy, Cegiełkę, jak zwał tak zwał. Nawet jeśli miałam na karku niezłą panienkę, to nadal powodziło mi się między Owocniakami, do których bardzo chętnie podchodziłam. Chociażby Iskrzyk i Lisek! Bardzo lubiłam tę dwójkę! Byli słodkimi kociakami, z którymi z przyjemnością spędzałam czas. Nie mówiłam tego nikomu oprócz Pieczarki, ale te malce były dla mnie niczym własne i z przyjemnością (jeśli tylko oni obydwoje też by chcieli) oficjalnie przygarnęłabym ich pod swoje skrzydła razem ze swoją partnerką. Oprócz dwóch mam zyskaliby także starsze rodzeństwo! Uwielbiałam ich po równo, starając się żadnego z nich nie faworyzować, tak jak starałam się nie faworyzować swoich pociech, ale zdecydowanie więcej czasu spędzałam w towarzystwie małego Liska. Kiwaczek chyba też mnie lubi tak jak ja jego, a przynajmniej mam taką nadzieję. Nieraz wtula się w moje łapy, klatkę piersiową czy ogon. Dokładnie tak jak teraz.
— Naprawdę chciałbym móc bawić się tak jak Iskrzyk, zostać wojownikiem, a może nawet kiedyś kimś więcej… — miauknął ze smutkiem w swoim cienkim, jak na kociaka przystało, głosiku.
— Wiem, maluszku… — mruknęłam miękkim tonem, z troską otulając go swoim długim liliowo-białym ogonem.
Kociak położył się w moich objęciach, a ja zaczęłam płynnie sunąć swoim językiem po jego rudo-białej główce, na co odpowiedział mi cichym mruczeniem zadowolenia. Kocurek oparł swój niewielki pyszczek na mojej łapie, strzygąc jednym uchem. Jego małe kończyny, a raczej ich końcówki zawsze były ubłocone, więc jego zapach miał w sobie aromat gleby i deszczu. Nie w takim złym sensie, tylko raczej w takim, że jego zapach był bardzo charakterystyczny, a na myśl od razu przywoływał w mojej głowie obraz lasów, barw złocistego piasku, bursztynów połyskujących w ostatnich promieniach słońca i masy pysznej zwierzyny, szykującej się na Porę Nagich Drzew.
— Lisku, to, że jesteś inny, wcale nie znaczy, że jesteś zły! Kiedy jeszcze nie było cię na tym świecie, w Owocowym Lesie panowała Sówka. Była moją… Hm… myślę, że mogę nazwać ją dobrą koleżanką, ale za to zastępczynią, a po jakimś czasie i liderką. Była moim skromnym zdaniem dobra, ale tak, wracając do sedna, kiedyś rozmawiałyśmy sobie w cztery oczy i wyznałam jej, że czuję się gorsza od innych, wiesz, co mi wtedy odpowiedziała?
Ciekawskie ślepka rudzika powędrowały do moich bursztynowych ślepi, jakby szukając w nich odpowiedzi na zadane przeze mnie pytanie. A może i czegoś więcej, czego na pierwszy rzut oka nie dało się zauważyć?
— Nie… Chyba nie wiem…
Posłałam mu ciepły uśmiech, kontynuując:
— Nie przejmuj się tym, Przepiórko! Wiesz, co o mnie gadali inni? Że mam zeza, przez którego nawet nie umiem chodzić dobrze po drzewach, a teraz? Teraz jestem przywódczynią Owocowego Lasu, a moje wady wcale nie wyparowały! Tak naprawdę to wszystko zawsze zależy od tego, co, gdzie, kiedy, u kogo komu i jak!
Przerwałam na uderzenie serca lub dwa, spoglądając na Liska, który w tamtym momencie układał się wygodnie na plecach, uważnie mnie słuchając.
— Chwila, jednego nie rozumiem… — miauknął, strzepując śnieżnobiałą końcówką ogonka.
— Czego nie rozumiesz, mój mały drapieżniku? — spytałam, z troską i miłością w głosie, patrząc na każdy jego ruch, nawet ten najmniejszy.
— Czemu nazwała cię “Przepiórką”?
— Ach, no tak. Wiesz, nie od zawsze nazywam się Orchidea. Kiedy Kosodrzewina, moja mama urodziła mnie i Pumę, nazwała mnie “Chmurka”. Kiedy zostałam uczennicą medyka, stało się… coś bardzo przykrego, przez co zmieniono moje imię na “Przepiórka”. Nigdy za nim szczególnie nie przepadałam, ale w końcu po prostu się przyzwyczaiłam. W końcu nie będę prosić lidera o zmianę imienia z byle błahego powodu, czyż nie? Jeszcze później, w Owocowym Lesie stało się coś bardzo przykrego dla wszystkich kotów, ponieważ zaatakował nas sęp. Ale spokojnie, to było już dosyć dawno temu, więc nie ma się czego bać.
Maluch wyciągnął swoje ostre pazurki, które zalśniły w popołudniowym słońcu.
— Spokooooojnie, ja bym nas ochronił! W końcu nie bez powodu jestem lisem! O-och, zobacz na moje pazury i zęby! Czyż nie są ostre? Zaraz bym go tak poharatał, że żaden zły ptak ani inne złe coś by nie przyszło nigdy przenigdy więcej!
Kocię pokazało mi swoje jeszcze cienkie niczym igiełki młodych sosen, wyrastających w Porze Nowych Liści pazury, a ja ciepło się zaśmiałam.
— Jestem tego pewna, mój mały bohaterze.
Lisek też się uśmiechnął, po czym przeciągle ziewnął.
— Mogłabyś dokończyć historię? Proooooszę?
Kiwaczek zamrugał do mnie, robiąc tak zwane "słodkie oczka".
— Dobrze wiesz, że nie musisz brać mnie na słodkie oczy, już kończę.
Kociak zapiszczał z radości, mocniej wtulając się w moją liliową klatkę piersiową.
— No, więc wracając, od tamtej pory, raczej mało który Owocniak patrzy przychylnie na ptaki. W związku z tym, Sówka, już przy końcu swojego panowania zmieniła moje imię na Orchidea. No i tak więc jestem! Bardzo lubię moje nowe imię, moim zdaniem brzmi przecudnie!
— Hmm, a co to w sumie jest Orchidea? Nigdy nie słyszałem tego słowa oprócz twojego imienia, oczywiście. To jakiś ptak? Nie, to by było głupie. W końcu nie po to zmieniałaby twoje imię, żeby dać ci imię po ptaku! Raczej… Może to jakaś rzecz?... Tak w sumie to słów kostka brukowa i cegiełka też nigdy nie słyszałem… wiesz co to? Raczej tak, bo ty wiesz chyba wszystko, co nie?
W odpowiedzi na słowa kociaka poruszyłam swoimi cieniutkimi niczym pajęcze nici wąsami, rozbawiona jego wypowiedziami. Był taki przeuroczy!
— Orchidea to taki kwiat, którego dwunożni hodują w przeźroczystych ogrodach, to znaczy, sam ogród nie jest przeźroczysty, ale jest tak jakby osłonięty przeźroczystym… Przeźroczystym czymś. To się chyba nazywało, umm, szkło? Jakoś tak. Moja mama, zanim trafiła jeszcze do Owocowego Lasu, mieszkała niedaleko tego czegoś, jeśli nie u Dwunożnych, Tak szczerze to już średnio pamiętam. Podobno ta Orchidea może mieć różne warianty i bardzo ładnie pachnie. Kostka brukowa to materiał, który jest używany do robienia podłoża w Betonowym Świecie, czyli tam, gdzie żyją właśnie Dwunożni. Cegiełek natomiast używają do robienia ścian swoich gniazd. Mogą mieć nawet różne kolory! Pamiętam, jak na jednym patrolu znaleźliśmy pudełko pełne właśnie tych materiałów. Były twarde i miały jakby konkretny kształt! Wiesz co, mógłbyś podejść kiedyś do Drobinki lub Bruka i spytać, czy coś pamiętają.
— Chwiiilka, chwilunia, momencik, dlaczego mieliby to pamiętać? — wtrącił rudy, zadając kolejne trafne pytanie w moim kierunku.
— Jesteś bardzo dociekliwy, wiesz? To bardzo dobrze!
Lis uśmiechnął się, a ja odpowiedziałam:
— Cóż, Drobinka i Kostka Brukowa nie są ani moimi, ani Pieczarki biologicznymi dziećmi. To, że nie są naszymi biologicznymi dziećmi, oznacza, że żadna z nas ich nie urodziła. Podczas wspólnego spaceru podczas bodajże patrolu granicznego, znalazłyśmy ich na właśnie na granicy i przygarnęłyśmy. Pokochałyśmy i wychowałyśmy wśród Owocniaków, w Owocowym Lesie, ponieważ miłość ci nie wyznacza to, kto z kim jest spokrewniony, ale to, co uznajemy w naszych serduszkach. Dla mnie nie ma żadnego znaczenia czy urodziłam ich, czy nie. Byli, są i zawsze będą moimi dziećmi, tak samo, jak byli, są i zawsze będą dziećmi mojej partnerki, Pieczarki. A tak poza tym to bardzo mi schlebiasz, ale nie wiem wszystkiego i chyba nie ma żadnego kota ani w ogóle żadnej istoty, która wszystko by wiedziała. Nie wiem czy to w ogóle możliwe, wiesz?
— Nawet ty?...
— Nawet ja.
— To zmienia postać rzeczy! Ale chyba nigdy bym nie zgadł, że nie są waszymi biologicznymi dziećmi… przecież są do was tacy podobni!
— Prawda? — zawtórowałam, a kociak znów ziewnął, ugniatając podłoże swoimi malutkimi, ubłoconymi łapkami.
— Mhm… Jestem troszkę zmęczony…
— Chciałbyś iść tutaj na drzemkę? — spytałam, widząc zmęczenie w jego oczkach.
Po chwili sama także wstałam, początkowo chcąc pójść spać do swojego legowiska, ale zatrzymałam się. Po chwili namysłu, która naprawdę nie trwała zbyt długo, zmieniłam kierunek i pokierowałam się wprost do legowiska liderki, czyli swojej kochanej Pieczarki. Sprawnie wdrapałam się po drzewie, następnie szukając białej wzrokiem.
— Puk, puk? Mogę wejść?
Ślepia w kolorze pierwszej trawiastej łąki Pory Nowych Liści zalśniły w blasku księżyca, który przedzierał się przez gałęzie drzewa.
— Oczywiście, chodź, Orchisiu! — zamruczała liderka, na co od razu ruszyłam w jej stronę.
Na widok mojego liliowo-białego, miękkiego okrycia, w jej oczach zaiskrzyła radość.
Przywitałyśmy się ciepłym przytulasem, a ja wzięłam głęboki oddech, napawając się jej zapachem. Był dla mnie niczym hipnoza, pociągający i uspokajający w sposób, który ciężko opisać jakimikolwiek istniejącymi słowami. Razem ułożyłyśmy się w wygodnych pozycjach, a ona kojąco czyściła mi futro swoim językiem. Zazwyczaj to ja się nią zajmowałam, ale taka zmiana była bardzo przyjemna.
Przeciągnęłam się, wbijając pazury w korę, kiedy zapytałam:
— Czy przeszkadzałoby ci, gdybyśmy dzisiaj spały razem? Wiesz, od kiedy jesteś liderką, śpimy cały czas osobno… Brakuje mi tego…
Długowłosa lekko się uśmiechnęła.
— Z przyjemnością! Wiesz… Mi też tego brakuje i to bardzo…
Odwzajemniłam jej uśmiech, a z mojego pyszczka wyleciało cichutkie mruknięcie zadowolenia. W odpowiedzi kocica przeciągle ziewnęła. Obydwie najwyraźniej byłyśmy zmęczone.
— Dobranoc, stokroteczko — szepnęłam, obserwując z góry powoli cichnący obóz, kiedy moje oczy powoli się zamykały.
— Dobranoc, lilijko — odparła, po czym obydwie zapadłyśmy w głęboki sen.
✩ ★ ✩ ★ ✩
Kiedy Iskrzyk i Lisek mieli około 4 księżyców
Czułam się… Dziwnie. Dotychczas praktycznie przez całe moje życie jakby pędziło tornado. Cały czas coś się działo, więc zanim zdążyłam odetchnąć i jakkolwiek wykurować się po jednym zdarzeniu, już działo się drugie! A teraz? Teraz nagle wszystko w Owocowym Lesie było tak jakby prostsze… Łatwiejsze. Spokojniejsze. Mogłabym wręcz rzec…
Stabilniejsze.
Nie, żeby mi to przeszkadzało czy żebym się nudziła. Chodziło bardziej o takie... No właśnie, dziwne uczucie w środku. Taka niepewność pomieszana z nieufnością i nutą strachu. Cały, calutki czas łapałam się na tym, że myślę, co mogłoby pójść nie tak. Miałam wrażenie, że zaraz to wszystko rozsypie się niczym jakiś prowizoryczny domek zbudowany z jesiennych liści, zdmuchnięty jednym niewielkim świstem wiatru.
Było po prostu ZBYT spokojnie!
A może to już przez starość? W końcu spójrzmy prawdzie w ślepia — stara ze mnie już panna! Kiedy te prawie 100 księżyców minęło? Jakby po prostu przeminęło z wiatrem?... Bliżej mi już do gleby niż narodzin i to zdecydowanie o sporo! Ale… cóż, mimo tych wszystkich wzlotów i (w głównej mierze) upadków, nie chciałam się jeszcze wybierać na tamten świat, jeżeli takowy w ogóle istniał. Tu, w Owocowym Lesie, w domu, było mi dobrze. Nawet bardzo dobrze. Miałam przyjaciół takich jak, chociażby Figa, Jeżyna, Poranek, Topola czy Czernidłak. Nie z każdym z nich miałam taki dobry kontakt jak kiedyś, ale jednak! (Jakimś cudem…) Miałam też moją ukochaną stokroteczkę — Pieczarkę — oraz oczywiście Pumę i moje kochane maleństwa, czyli Kostkę Brukową i Drobinkę lub, innymi słowy, Cegiełkę, jak zwał tak zwał. Nawet jeśli miałam na karku niezłą panienkę, to nadal powodziło mi się między Owocniakami, do których bardzo chętnie podchodziłam. Chociażby Iskrzyk i Lisek! Bardzo lubiłam tę dwójkę! Byli słodkimi kociakami, z którymi z przyjemnością spędzałam czas. Nie mówiłam tego nikomu oprócz Pieczarki, ale te malce były dla mnie niczym własne i z przyjemnością (jeśli tylko oni obydwoje też by chcieli) oficjalnie przygarnęłabym ich pod swoje skrzydła razem ze swoją partnerką. Oprócz dwóch mam zyskaliby także starsze rodzeństwo! Uwielbiałam ich po równo, starając się żadnego z nich nie faworyzować, tak jak starałam się nie faworyzować swoich pociech, ale zdecydowanie więcej czasu spędzałam w towarzystwie małego Liska. Kiwaczek chyba też mnie lubi tak jak ja jego, a przynajmniej mam taką nadzieję. Nieraz wtula się w moje łapy, klatkę piersiową czy ogon. Dokładnie tak jak teraz.
— Naprawdę chciałbym móc bawić się tak jak Iskrzyk, zostać wojownikiem, a może nawet kiedyś kimś więcej… — miauknął ze smutkiem w swoim cienkim, jak na kociaka przystało, głosiku.
— Wiem, maluszku… — mruknęłam miękkim tonem, z troską otulając go swoim długim liliowo-białym ogonem.
Kociak położył się w moich objęciach, a ja zaczęłam płynnie sunąć swoim językiem po jego rudo-białej główce, na co odpowiedział mi cichym mruczeniem zadowolenia. Kocurek oparł swój niewielki pyszczek na mojej łapie, strzygąc jednym uchem. Jego małe kończyny, a raczej ich końcówki zawsze były ubłocone, więc jego zapach miał w sobie aromat gleby i deszczu. Nie w takim złym sensie, tylko raczej w takim, że jego zapach był bardzo charakterystyczny, a na myśl od razu przywoływał w mojej głowie obraz lasów, barw złocistego piasku, bursztynów połyskujących w ostatnich promieniach słońca i masy pysznej zwierzyny, szykującej się na Porę Nagich Drzew.
— Lisku, to, że jesteś inny, wcale nie znaczy, że jesteś zły! Kiedy jeszcze nie było cię na tym świecie, w Owocowym Lesie panowała Sówka. Była moją… Hm… myślę, że mogę nazwać ją dobrą koleżanką, ale za to zastępczynią, a po jakimś czasie i liderką. Była moim skromnym zdaniem dobra, ale tak, wracając do sedna, kiedyś rozmawiałyśmy sobie w cztery oczy i wyznałam jej, że czuję się gorsza od innych, wiesz, co mi wtedy odpowiedziała?
Ciekawskie ślepka rudzika powędrowały do moich bursztynowych ślepi, jakby szukając w nich odpowiedzi na zadane przeze mnie pytanie. A może i czegoś więcej, czego na pierwszy rzut oka nie dało się zauważyć?
— Nie… Chyba nie wiem…
Posłałam mu ciepły uśmiech, kontynuując:
— Nie przejmuj się tym, Przepiórko! Wiesz, co o mnie gadali inni? Że mam zeza, przez którego nawet nie umiem chodzić dobrze po drzewach, a teraz? Teraz jestem przywódczynią Owocowego Lasu, a moje wady wcale nie wyparowały! Tak naprawdę to wszystko zawsze zależy od tego, co, gdzie, kiedy, u kogo komu i jak!
Przerwałam na uderzenie serca lub dwa, spoglądając na Liska, który w tamtym momencie układał się wygodnie na plecach, uważnie mnie słuchając.
— Chwila, jednego nie rozumiem… — miauknął, strzepując śnieżnobiałą końcówką ogonka.
— Czego nie rozumiesz, mój mały drapieżniku? — spytałam, z troską i miłością w głosie, patrząc na każdy jego ruch, nawet ten najmniejszy.
— Czemu nazwała cię “Przepiórką”?
— Ach, no tak. Wiesz, nie od zawsze nazywam się Orchidea. Kiedy Kosodrzewina, moja mama urodziła mnie i Pumę, nazwała mnie “Chmurka”. Kiedy zostałam uczennicą medyka, stało się… coś bardzo przykrego, przez co zmieniono moje imię na “Przepiórka”. Nigdy za nim szczególnie nie przepadałam, ale w końcu po prostu się przyzwyczaiłam. W końcu nie będę prosić lidera o zmianę imienia z byle błahego powodu, czyż nie? Jeszcze później, w Owocowym Lesie stało się coś bardzo przykrego dla wszystkich kotów, ponieważ zaatakował nas sęp. Ale spokojnie, to było już dosyć dawno temu, więc nie ma się czego bać.
Maluch wyciągnął swoje ostre pazurki, które zalśniły w popołudniowym słońcu.
— Spokooooojnie, ja bym nas ochronił! W końcu nie bez powodu jestem lisem! O-och, zobacz na moje pazury i zęby! Czyż nie są ostre? Zaraz bym go tak poharatał, że żaden zły ptak ani inne złe coś by nie przyszło nigdy przenigdy więcej!
Kocię pokazało mi swoje jeszcze cienkie niczym igiełki młodych sosen, wyrastających w Porze Nowych Liści pazury, a ja ciepło się zaśmiałam.
— Jestem tego pewna, mój mały bohaterze.
Lisek też się uśmiechnął, po czym przeciągle ziewnął.
— Mogłabyś dokończyć historię? Proooooszę?
Kiwaczek zamrugał do mnie, robiąc tak zwane "słodkie oczka".
— Dobrze wiesz, że nie musisz brać mnie na słodkie oczy, już kończę.
Kociak zapiszczał z radości, mocniej wtulając się w moją liliową klatkę piersiową.
— No, więc wracając, od tamtej pory, raczej mało który Owocniak patrzy przychylnie na ptaki. W związku z tym, Sówka, już przy końcu swojego panowania zmieniła moje imię na Orchidea. No i tak więc jestem! Bardzo lubię moje nowe imię, moim zdaniem brzmi przecudnie!
— Hmm, a co to w sumie jest Orchidea? Nigdy nie słyszałem tego słowa oprócz twojego imienia, oczywiście. To jakiś ptak? Nie, to by było głupie. W końcu nie po to zmieniałaby twoje imię, żeby dać ci imię po ptaku! Raczej… Może to jakaś rzecz?... Tak w sumie to słów kostka brukowa i cegiełka też nigdy nie słyszałem… wiesz co to? Raczej tak, bo ty wiesz chyba wszystko, co nie?
W odpowiedzi na słowa kociaka poruszyłam swoimi cieniutkimi niczym pajęcze nici wąsami, rozbawiona jego wypowiedziami. Był taki przeuroczy!
— Orchidea to taki kwiat, którego dwunożni hodują w przeźroczystych ogrodach, to znaczy, sam ogród nie jest przeźroczysty, ale jest tak jakby osłonięty przeźroczystym… Przeźroczystym czymś. To się chyba nazywało, umm, szkło? Jakoś tak. Moja mama, zanim trafiła jeszcze do Owocowego Lasu, mieszkała niedaleko tego czegoś, jeśli nie u Dwunożnych, Tak szczerze to już średnio pamiętam. Podobno ta Orchidea może mieć różne warianty i bardzo ładnie pachnie. Kostka brukowa to materiał, który jest używany do robienia podłoża w Betonowym Świecie, czyli tam, gdzie żyją właśnie Dwunożni. Cegiełek natomiast używają do robienia ścian swoich gniazd. Mogą mieć nawet różne kolory! Pamiętam, jak na jednym patrolu znaleźliśmy pudełko pełne właśnie tych materiałów. Były twarde i miały jakby konkretny kształt! Wiesz co, mógłbyś podejść kiedyś do Drobinki lub Bruka i spytać, czy coś pamiętają.
— Chwiiilka, chwilunia, momencik, dlaczego mieliby to pamiętać? — wtrącił rudy, zadając kolejne trafne pytanie w moim kierunku.
— Jesteś bardzo dociekliwy, wiesz? To bardzo dobrze!
Lis uśmiechnął się, a ja odpowiedziałam:
— Cóż, Drobinka i Kostka Brukowa nie są ani moimi, ani Pieczarki biologicznymi dziećmi. To, że nie są naszymi biologicznymi dziećmi, oznacza, że żadna z nas ich nie urodziła. Podczas wspólnego spaceru podczas bodajże patrolu granicznego, znalazłyśmy ich na właśnie na granicy i przygarnęłyśmy. Pokochałyśmy i wychowałyśmy wśród Owocniaków, w Owocowym Lesie, ponieważ miłość ci nie wyznacza to, kto z kim jest spokrewniony, ale to, co uznajemy w naszych serduszkach. Dla mnie nie ma żadnego znaczenia czy urodziłam ich, czy nie. Byli, są i zawsze będą moimi dziećmi, tak samo, jak byli, są i zawsze będą dziećmi mojej partnerki, Pieczarki. A tak poza tym to bardzo mi schlebiasz, ale nie wiem wszystkiego i chyba nie ma żadnego kota ani w ogóle żadnej istoty, która wszystko by wiedziała. Nie wiem czy to w ogóle możliwe, wiesz?
— Nawet ty?...
— Nawet ja.
— To zmienia postać rzeczy! Ale chyba nigdy bym nie zgadł, że nie są waszymi biologicznymi dziećmi… przecież są do was tacy podobni!
— Prawda? — zawtórowałam, a kociak znów ziewnął, ugniatając podłoże swoimi malutkimi, ubłoconymi łapkami.
— Mhm… Jestem troszkę zmęczony…
— Chciałbyś iść tutaj na drzemkę? — spytałam, widząc zmęczenie w jego oczkach.
<Mój jeszcze wcale-nie-synku Lisku?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz