Niesamowite było to, jak bardzo ostatnimi czasy ssało jego życie.
Ledwo wyszedł ze swojej dziury w ścianie, w której spędził ostatnie... ile... pół roku? Rok swojego życia? Siorbiąc i wtapiając się w podłogę, a teraz na dzień dobry przywitała go wieść o śmierci Kołysankowej Łapy. Jeśli to wszystko podsumować i opisać konkretnym uczuciem, to można śmiało powiedzieć, że miał dość. To ten parszywy moment, podczas którego kładziesz się na posłaniu, patrzysz w sufit i dociera do siebie, że słowa ,,chcę być martwy" są naprawdę odpowiednie i jakoś tak pasują do wzoru. Jak dopasowanie odpowiedniego kształtu klocka do odpowiednio wyciętej dziury w pudełku z zabawkami na małych dzieci. Ale nie chciał iść do Klanu Gwiazdy. Nie chciał "istnieć" po śmierci. Po prostu chciał zniknąć. Po co komuś śmierć, skoro zaraz po niej wciąż musisz sobie radzić z natłokiem informacji i uczuć? I jeszcze martwić się o żywych i mieć problem do innych martwych? Życie ssało, a życie pośmiertne ssało bardziej, z tym bonusem, że teraz Księżycowa Łapa naprawdę zaczął nienawidzić Gwiezdnych i całego konceptu dookoła którego obracała się wiara klanów. Pierwotnie owszem, uderzył go szok i rozpacz, ale po śmierci mamy już całkowicie się wyprał. Wyciśnięto go jak szmatę, przez co jedyną reakcją na śmierć brata na jaką było go stać, było krótkie, ciche ,,Oh.". Chciał wrócić do swojej dziury i zwyczajnie w niej zgnić do reszty, by potem przekonać kogoś by spróbował go zabić znowu, jak już zamieni się w gwiezdną materię. Bo jeśli tak na to popatrzeć, to wcale nie było to sprawiedliwe, podsumowując wszystko co mu się przytrafiło. Najpierw zginęła mama, potem babcia, potem brat, a na końcu, zwieńczeniem i wisienką na torcie była raczej negatywna relacja z Zawilcem wyrocznia-wanna-be. A jak tak o tym myślał i poświęcał czas na zastanawianie, to jego uczucie pustki, zmęczenia i bólu przeradzało się w cynizm i nienawiść w stronę praktycznie wszystkiego. Żałował, że nie miał okazji porozmawiać z radzeniem sobie ze stratą ze starszymi którzy na pewno przeszli o wiele więcej a którzy już nie zajmowali swojego miejsca w legowisku, które teraz świeciło pustkami. Szepcząca Pustka zawsze pachniał odrobiną maku i kocimiętki ale gdy go o to kiedyś zapytał, dostał odpowiedź, że to na katar czy inny kaszel oraz bezsenność, chociaż dopiero po czasie Księżyc zdał sobie sprawę, że wcale nie chodziło o katar i problemy zdrowotne. Szkoda też, że nie dopytał, skąd kocur to wszystko miał i gdzie trzymał swoje zapasy. Mógłby iść niby do legowiska medyka spytać o dawkę maku, jednak ani Wełnistej Mszycy, ani Wdzięcznej Firletce by się to nie spodobało, patrząc na to, że już dostawał całkiem ciekawą porcję na początku (a Wróżka wolała nie sprowadzać bengala to stanu w jakim był wcześniej, gdzie większość czasu przesypiał nie kontaktując się z innymi), w dodatku wizyta wiązała się z koniecznością przejścia obok Zawilcowej Korony którego starał się unikać. Pozostały więc dwie opcje. Albo porozmawia z Chomik, z którą relacje miał raczej specyficzną, albo iść do Dryfującego Fluorytu, z którą nie rozmawiał już jakiś czas... oczywiście, padło na to drugie, chociaż wizja ponownej rozmowy była raczej niezręczna.
– Hej, Dryfujący Fluorycie? – podszedł, jak wymizerniała zjawa do swojej dawnej bliższej koleżanki. Przynajmniej nie wyglądał już jakby przeszedł przez błotne zarośla, jednak jego wychudzenie i zmizerniała postawa sprawiła, że przez chwilę starsza kotka poczuła nieprzyjemnie uczucie dreptające jej po kręgosłupie. Nie czuł jednak od niej niechęci, a bardziej troskę, może zadowolenie, że w końcu się odezwał.
– Księżycowa Łapo... Wracasz powoli do treningów? – kiwnął krótko głową na potwierdzenie.
– Powoli. Lotosowy Pąk mi pomaga przypomnieć sobie wszystkie informacje, żeby ruszyć do przodu – wyjawił, z lekkim uśmiechem. Miał wrażenie, że przespał sporą ilość wydarzeń i potrzebował nadrobić, jednak wizja ta go niezmiernie męczyła odkąd wyszedł z dziury. Życia innych zwyczajnie go nie interesowały, ale to nie tak, że nienawidził swojej roli... po prostu, biegł z nurtem? – Ale chętnie bym wrócił do nauki o kamieniach, grzybach i wewnętrznej energii... Potrzebuję dodatkowego zajęcia, żeby nie myśleć zbyt wiele.
– Mmm.... Cóż, Ruda Lisówka myślę, że będzie teraz nieco zajęty ale jeśli tylko znajdę czas, to może uda mi się coś... – zatrzymała się na moment, gubiąc myśl – ...Przepraszam, co mówiłam?
– Że twój brat może być zajęty, ale jak znajdziesz czas to coś tam...
– A, no tak, jak znajdę czas to dam ci znać i może uda mi się przekazać ci trochę informacji. Byłoby oczywiście łatwiej, gdybyśmy mieli tu wszystkie kamienie... No i, jesteś pewny?
– Hm?
– Nie będzie to... za dużo? – pokręcił smętnie głową.
– Nah, myślę, że będzie w sam raz – przyznał, nieco cichnąc. Im więcej miał na głowie i im dłużej przebywał z innymi, słuchając historii które były mniej lub bardziej durne, tym mniej koczował we własnej głowie sam na sam z uporczywymi myślami. Było wtedy jakoś lżej. Podobnie jak podczas słuchania śpiewu Wróżki. Niestety jego własne nucenie nie działało w taki sposób, w jaki by chciał.
– Mniej więcej tyle się stało na ostatnim zgromadzeniu. I to chyba tyle z informacji które miałeś do nadrobienia, możesz teraz powiedzieć Wędrującemu Niebu, że wystarczy by ci powtórzył krótko historię którą znamy i poszedł nieco dalej – Lotos posępnie przebierał w piórach w łapkowie, odrzucając te, które do niczego się już nie nadawały, przez długie maltretowanie śliną i pazurami. Niby po to były, jednak z drugiej strony szkoda, że przetrwały nieco dłużej. Skończył swoją krótką opowieść do zgromadzeniu, jednak Księżyc jeszcze nie ruszał się z miejsca, próbując zrozumieć to, co właśnie usłyszał. Cisza jednak nie trwała zbyt długo.
– Wiesz... Twój wyraz pyska jest bardzo ekspresywny. – zauważył kronikarz, na moment odrywając się od swojej pracy.
– Gdybym odstawił taką scenę na zgromadzeniu... musiałbym być niespełna rozumu. A potem umarłbym na miejscu i od razu stopił się ze skałą, żeby nikt mnie nie musiał oglądać. – Przyznał, niemal czując zażenowanie z drugiej ręki, kiedy wyobrażał sobie co się działo. – Z resztą, jak oni się w ogóle dostali na wyspę i czemu nikt ich nie pilnował?
– Aura Brzozy jest raczej słaba, być może dlatego tak łatwo jej umknęły. Chociaż pewnie by im się nie udało, gdyby Klan Gwiazdy zdecydował inaczej – wyjaśnił w swój typowy sposób gwiezdny obywatel, wprawiając tym Księżycową Łapę z większe zdenerwowanie niż czuł do tej pory. Już chciał otworzyć pysk, by powiedzieć, że gdyby mama żyła to do niczego takiego by nie doszło, a Klan Gwiazdy raczej nic nie ma do tego, że jakieś kocięta są pozbawione rozumu, jednak się powstrzymał w połowie wypowiadania pierwszej litery, zaciskając zęby.
– Idę do Wędrującego. Jak coś to wołaj – mruknął niby luźno, zbierając się z miejsca.
,,Nie myśl, przestań myśleć. Ughhhrrrr głupi łeb!"
Może powinien znaleźć jeszcze jedno zajęcie? Może powrócić do pomysłu z założeniem chóru? Jak tylko uda mu się zdobyć trochę kocimiętki od Dryfującego Fluorytu, od razu powinno pójść łatwiej.
<1102 słów>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz