Jak o tym rozmyślała, to miało to w sumie sens. W Porze Lodu drzewa były nagie z liści.
Pamiętała, jak kiedyś przemierzała drogi betonowego królestwa o tej porze roku. Lód pod jej łapami zamieniał się w błoto przez ciepło potworów, a fale znad morza były dalej zimne. Gdy próbowała upolować coś na brzegu, obrywała mroźnymi bryzami, więc to był czas, w którym nie mogła jeść ryb.
Nie opłacało się czekać przy sieciarzach, aby oni ulitowali ich rybką. Sami wszystko zabierali. Najlepszym sposobem wtedy było zapolowanie na zwierzynę pieszczochów lub pójście do domostw, z których zawsze pachniało jedzeniem. Sieciarze wchodzili głodni, a wychodzili najedzeni. Nie można jednak było przychodzić wejściem, którym wchodzili oni, tylko naokoło. Tam co jakiś czas siedział, ubrany na biało, wyprostowany sieciarz, który gdy tylko widział głodne koty w porę lodową, coś sypał. Czasami było to przerobione przez nich mięso, czasami ryba… chociaż rzadko. Głównie dostawała rośliny, które wydawały się dziwnie jadalne, jednak wtedy to mogłaby zjeść nawet pokrzywę, aby tylko coś zjeść.
Przez wspomnienia nie chciała wychodzić od swojego starego sieciarza w tę porę. Gdy silne podmuchy zimy dotknęły las, ona chyba tylko raz czy dwa wyszła z domostwa. Teraz doceniała to ciepło, które jest jej w stanie zaoferować. Nauczyła się unikać wszystkich domowników najbardziej jak umie, a oni chyba się nauczyli, że dopóki ona nie podejdzie, to nie można jej dotknąć. Piesek się tego zdecydowanie nauczył, gdy oberwał jej pazurami! Trochę teraz jej go szkoda, gdy się do niego przyzwyczaiła, ale przynajmniej nie skacze wokół niej niepotrzebnie.
Teraz Pora Lodu minęła i wyszła na dwór. Od razu oberwała zimnym powietrzem, jednak to było to, czego potrzebowała! Teraz czuła, że żyje.
Opuszczając domostwa sieciarzy, ruszyła dalej, aby zobaczyć, co się zmieniło w lesie. Od razu zauważyła jak tu mokro! Jak w jej starym domu, jednak różnica jest taka, że śnieg na ziemi mieszał się z deszczem. Plusem było to, że śnieg był dobrym kamuflażem dla niej, złym. Minusem było to, że pobrudziła sobie łapy. To dało się jednak naprawić później, to lepsze niż bycie zaatakowanym.
Spotkała Mewę, która polowała pewnie dla swoich dzieci. Nie chciała jej przeszkadzać, póki ona nie skoczyła na wygłodzoną mysz, ale niestety jej uciekła!
— Aj, no cóż. Następnym razem może dźwięk błota cię nie zdradzi — rzuciła do niej Przebiśnieg, ujawniając swoją pozycję. Uśmiechnęła się trochę złośliwie.
Mewa spojrzała lekko zawstydzona na nią.
— Ciebie też dobrze widzieć, Przebiśniegu.
Dalej Przebiśnieg była w szoku, że ona i Mewa są takie podobne do siebie. Czarne plamy w tych samych miejscach, jedynie plama na jej głowie jest mniejsza niż Mewy, a ogon odwrotnie — ona miała większą łatę na swoim ogonie niż tamta. Mewa wyhodowała też większą sierść, ale Przebiśnieg się śmiała, że to przez to, że jest większa, a plamy na pysku sama sobie zrobiła. Tak czy siak… było to dosyć imponujące, że wyglądały jak siostry, mimo tego, że wiedziała, że jest to niemożliwe, aby były spokrewnione.
Wtedy jej przenikający wzrok żółtych oczu spotkał się z jej brązowymi, które ukrywały w sobie lekkie zawiedzenie sobą, że nie złapała tej myszy.
Kolejna ich różnica — ich sposób podchodzenia do ludzi. Brązowooka wydawała się wycofana, ale z innego powodu niż żółtooka. Zachowywała się, jakby była mgłą, która ma zaraz zniknąć, za to Przebiśnieg była prędzej ostrym cieniem mgły, który gdy się pojawi, to zostawi po sobie znak.
Łatwo można stwierdzić, że uważała matkę Kobczyka za niegroźną.
— Złapałaś coś dzisiaj, czy ta mysz miała być pierwsza? — dodała, podchodząc bliżej.
— Nornicę.
— To dlatego jesteś cała brązowa? Skubana, nie sądziłam, że po nornice trzeba kopać!
Mewa sprzedała jej pełne wyrzutów spojrzenie.
— Teraz zwierzyna jest wychudzona, ledwo co wychodzi na powierzchnię, ale nie kopałam!
Przebiśnieg przewróciła oczami.
— A jednak wyglądasz, jakbyś zrobiła sobie kąpiel błotną.
Mewa dopiero teraz spojrzała na siebie. No rzeczywiście chyba dopiero zauważyła, jak się ubrudziła.
Przebiśnieg wtedy już chciała wstać i zacząć mówić. Ba! Nawet otworzyła buzię, ale Mewa podstawiła jej nogę i sama się przewróciła w to błoto. Teraz obie były brudne… a już myślała, że będzie miała tylko łapy brązowe.
— To za te żarty — powiedziała Mewa, próbując dorównać jej zadziornością. Nawet jak jej nie wychodziło, to Przebiśnieg szanowała ją za staranie się.
— A kto powiedział, że to żarty? — prychnęła teraz niezadowolona.
— Ty przynajmniej głodna nie jesteś — powiedziała Mewa, przyglądając jej się.
Rzeczywiście, w Porze Lodowej trochę jej się przytyło przez to, że jadła cały czas karmę sieciarzy i nie ruszała się zbyt dużo.
— To jak nie chcesz być głodna, to zapoluj! Nie wiedziałam, że przywołuję zwierzynę do łap.
Teraz to już było widać, że Przebiśnieg specjalnie ją prowokuje. Mewa jednak wydawała się mądrzejsza i ruszyła dalej polować. Co o niej może sądzić? Są w podobnym wieku, więc Przebiśnieg nie ogranicza języka. Pewnie jest denerwująca, ale to nie powinno być jej zmartwieniem. Może to i lepiej? Odstraszy ją od siebie i będzie mogła być sama.
Poszła więc dalej, obserwując, co jeszcze się zmieniło. Deszcz powoli zmywał jej błoto z sierści, więc była przekonana, że Mewę też umyje. Deszcz jednak się nasilał, a gdy tylko to poczuła, to zawróciła gwałtownie.
To nie tak, że się bała deszczu, ale wiedziała, że w silne deszcze sieciarz po nią przychodzi. Wolała sama wrócić, zanim on ją złapie i podniesie wysoko, gdzie nie będzie miała kontroli nad tym, co jest pod jej nogami.
Idąc tak, znów spotkała Mewę.
— Złapałaś coś?
Ta kiwnęła głową, po czym upuściła dwie małe zdobycze, które miała w buzi.
— Coś jest, ale…
Nim zdążyła dokończyć, usłyszały, że ktoś idzie.
Od razu się schowały, w dwóch różnych miejscach. Mewa schowała się między kamieniami, które akurat były obok niej, a Przebiśnieg przeszła trochę dalej i schowała się za leżącą kłodą.
Dopiero wtedy, gdy ich "przeciwnik" był wystarczająco blisko, aby deszcz nie zmywał jego zapachu — go poczuła. Jej sieciarz! Gdy jednak wyjrzała, to zobaczyła, że zabrał Mewę! Pomylił się!
Ruszyła, aby skoczyć na niego, myśląc: "Patrz, złego kota wziąłeś!", ale nie zdążyła. Sieciarz zabrał kotkę w tym swoim antypazurowym futrze, które już wiele razy nie umożliwiało Przebiśnieg wyrwania się. Miał również na sobie te antywodne łapy, które umożliwiały mu chodzenie w błocie szybciej… Czemu on tak prędko po nią przyszedł?!
Potem zobaczy, że zabrał złego kota, a do tego czasu dziecko Mewy może być głodne. Rozejrzała się, aby znaleźć zwierzynę, którą pozostawiła Mewa.
Musi je zanieść do Kobczyka, zanim deszcz zniszczy mięso. Nakarmić tego głodomora, a potem ruszyć w stronę domu, aby pomóc Mewie się wydostać. Będzie w całkiem nowym środowisku dla niej… a co najgorsze… z psem!
Potrząsnęła głową, chwyciła zwierzynę i ruszyła drogą, którą pamiętała, aby dojść do ich gniazda.
Pamiętała, jak kiedyś przemierzała drogi betonowego królestwa o tej porze roku. Lód pod jej łapami zamieniał się w błoto przez ciepło potworów, a fale znad morza były dalej zimne. Gdy próbowała upolować coś na brzegu, obrywała mroźnymi bryzami, więc to był czas, w którym nie mogła jeść ryb.
Nie opłacało się czekać przy sieciarzach, aby oni ulitowali ich rybką. Sami wszystko zabierali. Najlepszym sposobem wtedy było zapolowanie na zwierzynę pieszczochów lub pójście do domostw, z których zawsze pachniało jedzeniem. Sieciarze wchodzili głodni, a wychodzili najedzeni. Nie można jednak było przychodzić wejściem, którym wchodzili oni, tylko naokoło. Tam co jakiś czas siedział, ubrany na biało, wyprostowany sieciarz, który gdy tylko widział głodne koty w porę lodową, coś sypał. Czasami było to przerobione przez nich mięso, czasami ryba… chociaż rzadko. Głównie dostawała rośliny, które wydawały się dziwnie jadalne, jednak wtedy to mogłaby zjeść nawet pokrzywę, aby tylko coś zjeść.
Przez wspomnienia nie chciała wychodzić od swojego starego sieciarza w tę porę. Gdy silne podmuchy zimy dotknęły las, ona chyba tylko raz czy dwa wyszła z domostwa. Teraz doceniała to ciepło, które jest jej w stanie zaoferować. Nauczyła się unikać wszystkich domowników najbardziej jak umie, a oni chyba się nauczyli, że dopóki ona nie podejdzie, to nie można jej dotknąć. Piesek się tego zdecydowanie nauczył, gdy oberwał jej pazurami! Trochę teraz jej go szkoda, gdy się do niego przyzwyczaiła, ale przynajmniej nie skacze wokół niej niepotrzebnie.
Teraz Pora Lodu minęła i wyszła na dwór. Od razu oberwała zimnym powietrzem, jednak to było to, czego potrzebowała! Teraz czuła, że żyje.
Opuszczając domostwa sieciarzy, ruszyła dalej, aby zobaczyć, co się zmieniło w lesie. Od razu zauważyła jak tu mokro! Jak w jej starym domu, jednak różnica jest taka, że śnieg na ziemi mieszał się z deszczem. Plusem było to, że śnieg był dobrym kamuflażem dla niej, złym. Minusem było to, że pobrudziła sobie łapy. To dało się jednak naprawić później, to lepsze niż bycie zaatakowanym.
Spotkała Mewę, która polowała pewnie dla swoich dzieci. Nie chciała jej przeszkadzać, póki ona nie skoczyła na wygłodzoną mysz, ale niestety jej uciekła!
— Aj, no cóż. Następnym razem może dźwięk błota cię nie zdradzi — rzuciła do niej Przebiśnieg, ujawniając swoją pozycję. Uśmiechnęła się trochę złośliwie.
Mewa spojrzała lekko zawstydzona na nią.
— Ciebie też dobrze widzieć, Przebiśniegu.
Dalej Przebiśnieg była w szoku, że ona i Mewa są takie podobne do siebie. Czarne plamy w tych samych miejscach, jedynie plama na jej głowie jest mniejsza niż Mewy, a ogon odwrotnie — ona miała większą łatę na swoim ogonie niż tamta. Mewa wyhodowała też większą sierść, ale Przebiśnieg się śmiała, że to przez to, że jest większa, a plamy na pysku sama sobie zrobiła. Tak czy siak… było to dosyć imponujące, że wyglądały jak siostry, mimo tego, że wiedziała, że jest to niemożliwe, aby były spokrewnione.
Wtedy jej przenikający wzrok żółtych oczu spotkał się z jej brązowymi, które ukrywały w sobie lekkie zawiedzenie sobą, że nie złapała tej myszy.
Kolejna ich różnica — ich sposób podchodzenia do ludzi. Brązowooka wydawała się wycofana, ale z innego powodu niż żółtooka. Zachowywała się, jakby była mgłą, która ma zaraz zniknąć, za to Przebiśnieg była prędzej ostrym cieniem mgły, który gdy się pojawi, to zostawi po sobie znak.
Łatwo można stwierdzić, że uważała matkę Kobczyka za niegroźną.
— Złapałaś coś dzisiaj, czy ta mysz miała być pierwsza? — dodała, podchodząc bliżej.
— Nornicę.
— To dlatego jesteś cała brązowa? Skubana, nie sądziłam, że po nornice trzeba kopać!
Mewa sprzedała jej pełne wyrzutów spojrzenie.
— Teraz zwierzyna jest wychudzona, ledwo co wychodzi na powierzchnię, ale nie kopałam!
Przebiśnieg przewróciła oczami.
— A jednak wyglądasz, jakbyś zrobiła sobie kąpiel błotną.
Mewa dopiero teraz spojrzała na siebie. No rzeczywiście chyba dopiero zauważyła, jak się ubrudziła.
Przebiśnieg wtedy już chciała wstać i zacząć mówić. Ba! Nawet otworzyła buzię, ale Mewa podstawiła jej nogę i sama się przewróciła w to błoto. Teraz obie były brudne… a już myślała, że będzie miała tylko łapy brązowe.
— To za te żarty — powiedziała Mewa, próbując dorównać jej zadziornością. Nawet jak jej nie wychodziło, to Przebiśnieg szanowała ją za staranie się.
— A kto powiedział, że to żarty? — prychnęła teraz niezadowolona.
— Ty przynajmniej głodna nie jesteś — powiedziała Mewa, przyglądając jej się.
Rzeczywiście, w Porze Lodowej trochę jej się przytyło przez to, że jadła cały czas karmę sieciarzy i nie ruszała się zbyt dużo.
— To jak nie chcesz być głodna, to zapoluj! Nie wiedziałam, że przywołuję zwierzynę do łap.
Teraz to już było widać, że Przebiśnieg specjalnie ją prowokuje. Mewa jednak wydawała się mądrzejsza i ruszyła dalej polować. Co o niej może sądzić? Są w podobnym wieku, więc Przebiśnieg nie ogranicza języka. Pewnie jest denerwująca, ale to nie powinno być jej zmartwieniem. Może to i lepiej? Odstraszy ją od siebie i będzie mogła być sama.
Poszła więc dalej, obserwując, co jeszcze się zmieniło. Deszcz powoli zmywał jej błoto z sierści, więc była przekonana, że Mewę też umyje. Deszcz jednak się nasilał, a gdy tylko to poczuła, to zawróciła gwałtownie.
To nie tak, że się bała deszczu, ale wiedziała, że w silne deszcze sieciarz po nią przychodzi. Wolała sama wrócić, zanim on ją złapie i podniesie wysoko, gdzie nie będzie miała kontroli nad tym, co jest pod jej nogami.
Idąc tak, znów spotkała Mewę.
— Złapałaś coś?
Ta kiwnęła głową, po czym upuściła dwie małe zdobycze, które miała w buzi.
— Coś jest, ale…
Nim zdążyła dokończyć, usłyszały, że ktoś idzie.
Od razu się schowały, w dwóch różnych miejscach. Mewa schowała się między kamieniami, które akurat były obok niej, a Przebiśnieg przeszła trochę dalej i schowała się za leżącą kłodą.
Dopiero wtedy, gdy ich "przeciwnik" był wystarczająco blisko, aby deszcz nie zmywał jego zapachu — go poczuła. Jej sieciarz! Gdy jednak wyjrzała, to zobaczyła, że zabrał Mewę! Pomylił się!
Ruszyła, aby skoczyć na niego, myśląc: "Patrz, złego kota wziąłeś!", ale nie zdążyła. Sieciarz zabrał kotkę w tym swoim antypazurowym futrze, które już wiele razy nie umożliwiało Przebiśnieg wyrwania się. Miał również na sobie te antywodne łapy, które umożliwiały mu chodzenie w błocie szybciej… Czemu on tak prędko po nią przyszedł?!
Potem zobaczy, że zabrał złego kota, a do tego czasu dziecko Mewy może być głodne. Rozejrzała się, aby znaleźć zwierzynę, którą pozostawiła Mewa.
Musi je zanieść do Kobczyka, zanim deszcz zniszczy mięso. Nakarmić tego głodomora, a potem ruszyć w stronę domu, aby pomóc Mewie się wydostać. Będzie w całkiem nowym środowisku dla niej… a co najgorsze… z psem!
Potrząsnęła głową, chwyciła zwierzynę i ruszyła drogą, którą pamiętała, aby dojść do ich gniazda.
<Mewo?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz