BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sterletowa Łuska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sterletowa Łuska. Pokaż wszystkie posty

31 lipca 2025

Od Sterletowej Łuski

— Jeszcze… Trochę… I…
W końcu ten piękny, upragniony brzeg. Pływanie było dla niego jakąś żałosną tragedią – Jedna tylna łapa musiała pracować na jakichś nie wiadomo jak zwiększonych obrotach, aby w ogóle dowlec go do lądu. Przeklęte śmieci… Przeklęte szkło… Kamienie… Przeklęte w ogóle wszystko! Nie miał pojęcia, dlaczego w ogóle miał to wynosić – może nie było chętnych, może ci chętni poprzednio utonęli. Ale wiedział jedno – on raczej też nie wróci żywy. Mogli to wynosić w pobliżu obozu, ale oczywiście, że nie! Trzeba było jak głupi przepychać się pod prąd, z brakiem jakiegokolwiek cienia dobrego humoru.

***

To był jakiś przeklęty żart. Jednego dnia szkło, a drugiego co? Badyle? No chyba nie. Ba, nie mógł nawet protestować – odmowa byłaby tchórzostwem bez godności… Tak więc całe popołudnie spędził na przepychaniu się przez wodę, dławieniu się jak opętany i dźwiganiu przy tym wszystkim połamanych patyków. Przydał się? Nie. Chciał się do czegoś przydać? Oczywiście, że nie. Nie w tym zadaniu. Kawałki ciągle mu uciekały, gdy on sam walczył, aby się nie utopić. Dawał jakoś radę… Ledwo, ot co. Woda wspominała mu tylko o głupim, przykrym potopie. Przeklinał to wszystko, przeklinał samego siebie, przeklinał w ogóle całe swoje życie! A dlaczego?
Bo nienawidził pływać bez łapy.

Wykonane zadania:
– Usunięcie niebezpiecznych przedmiotów naniesionych przez fale
– Wyniesienie połamanych krzewów, gałęzi i innych zniszczonych elementów legowisk

Od Sterletowej Łuski

Język zaczynał go powoli piec – odgryzanie twardych łodyg wcale nie było sielanką. Ostre kanty kaleczyły jego pysk, gdy szarpał się z rośliną jak z gibką, upartą rybą. Nie ważne, ile szarpał, trzcina i tak sprzedała mu bezwstydnego plaskacza. Nienawidził tej roboty – była głupia i niewdzięczna.
Gdy w końcu głupia pałka mu uległa, odłożył ją na bok i usiłował znokautować kolejną. Trafił mu się ostry zawodnik – hardy, lecz nie na tyle, aby nie dał z nim rady. Obalił go jednym ruchem szczęki i dorzucił do reszty “trupów”. Całe mięśnie pyska go bolały, a także i kark, którym trzepał jak szalony. Zamrugał oczami raz. Drugi. Ile minęło, że było już ciemno? Czas pędził jak szalony, kopiąc go w zad za każdym razem, kiedy najbardziej go potrzebował. Wcisnął prędko trzciny na swój grzbiet – zadbał, aby nie spadły przypadkiem podczas drogi powrotnej. Przepychał się między roślinami o ostrych kantach, pchając się na skróty ku obozowi, aby zdążyć jeszcze się przespać. Nie miał czasu wchodzić – ułożył je prędko przy wejściu i pobiegł od razu ku tymczasowemu miejscu ich snu, modląc się, aby świt nie nastąpił za szybko. Bo jak powiadał często: są rzeczy ważne i ważniejsze. A sen? No cóż, to rzadki luksus, na który mógł sobie pozwalać…

***

Uff, jakie miał szczęście, że dziś natrafił na zaplatanie legowisk. Jego ulubione, wyciszające zajęcie, do którego nie wszyscy się tak chętnie rzucali… No cóż, więcej przyjemności dla niego. Przekładał, zaplatał, zawijał rośliny, a jego duch nareszcie był wolny. Naprawdę, wszystko, tylko nie nokautowanie tych przeklętych trzcin…

Wykonane zadania:
– Zebranie budulca na nowe legowiska
– Zaplatanie nowych legowisk

Od Sterletowej Łuski

—- Dostawa! — krzyknął, aby oby na pewno każdy go usłyszał. Niósł naprawdę pokaźną ilość trzcin, o którą prosiły koty odbudowujące ściany legowisk – powiedzieli, że nie trzeba im wiele, wystarczy tylko trochę. Ułożył niewielką stertę u wejścia do obozu, upewniając się, że zaraz ktoś po nie przyjdzie. Ba, przecież mógł sam to zrobić – ale miał inne zadanie. Udał się w pobliże legowiska wojowników, schylił się w wejściu i ze zdziwieniem zauważył, że nikogo tam nie ma. Gdzie się podziali w porach szczytu? Wzruszył ramionami i chwycił do pyska grubą, pustą w środku łodygę, zaczynając od niej, by dopleść jeszcze kilka innych. Tak wyglądał proces tworzenia posłań – trzeba było zadbać, aby w przypadku kolejnej powodzi były w stanie unieść się na wodzie. Mimo, że proces był niezwykle wyczerpujący i zabierał dużo czasu, trzeba było też zadbać o szczegóły. Żaden ostry kant nie mógł sterczeć od wewnętrznej strony, żeby nie poranić przypadkiem właściciela legowiska podczas snu. Na początku nie szło mu dobrze – pierwsze próby były tragiczne, lecz robił to już tyle razy, że z łatwością zapamiętał schemat. Praca wyszła zasadniczo niczego sobie, ładna, zgrabna, o gładkich brzegach. No, nawet zaczęło mu się to podobać. Ciekawe, czy coś jeszcze go tak wciągnie. Wynoszenie śmieci? No raczej nie…

Wykonane zadania:
– Zebranie budulca na nowe legowiska
– “Plecenie” Nowych posłań

Od Sterletowej Łuski

— A niech to szlag! — burknął, gdy po raz kolejny upadł na usłaną śmieciami ziemię. Łapy nie chciały już utrzymywać jego ciężaru, a mózg zmieniał się w papkę. Ile już pracował? Za dużo. Zdecydowanie za dużo. Miał ochotę grzmieć, wrzeszczeć na cały głos, ale jednak… Nie robił tego. Kątem oka ujrzał kota, który podał mu łapę.
— Wszystko w porządku? — zapytała Mżący Przelot, gdy otrzepywał się z pyłu. — Jeśli chcesz, to mogę ci pomóc to nieść.
— Jest w porządku, dziękuję — odpowiedział grzecznie, podnosząc patyki, które wypadły mu chwilę temu. — Po prostu jestem już trochę zmęczony tym wszystkim.
Skinęła powoli głową, jakby wyrozumiale.
— Każdy jest zmęczony… Niestety, nic nie możemy z tym zrobić. Każdy pracuje ponad swoje siły.
— Prawda — przytaknął. — Ale później już nie będziemy tego żałować.

***

Kolejny dzień sprzątania. Krzątał się po obozie, dając naprawdę bardzo dużo z siebie – dawno nie paliły go tak mięśnie, gdy po prostu, najzwyczajniej w świecie podnosił dość lekkie rzeczy. Zazwyczaj nosił je na grzbiecie, z idealną równowagą udając się poza obóz, aby nie zaśmiecały ziemi. Było dobrze, a on odzyskiwał wiarę – bo mogli dać radę. Trzeba było tylko dać z siebie wszystko… A nie jedynie marną cząstkę. Nauczył się tego. Czas wzbudzić w sobie nowe starania.

Wykonane zadania:
– Wyniesienie połamanych krzewów, gałęzi i innych zniszczonych elementów legowisk x2

Od Sterletowej Łuski

— I… Koniec — sapnął, z ulgą wypuszczając z pyska owinięte w liście szkło. Było już późno, a pracowali od świtu – bez ani chwili wytchnienia. Zamiast walczyć z wrogami, zostawało im… No właśnie. To. — W końcu możemy iść spać, no nie?
— No tak — skomentowała Murena, ziewając szeroko i spoglądając na czarne jak smoła niebo. — Resztę dokończy się jutro. Praca nie ucieknie, tak powiadają…
— Mhm… Chodźmy do obozu. Musimy się na jutro wyspać.

***

Szło coraz lepiej. Mimo, że mu się nie chciało, coraz usilniej starał się przykładać do wynoszenia śmieci. Praca może nieopłacalna, lecz ktoś musiał ją wykonać – co, jeśli ktoś by się skaleczył? Nie mógł na to pozwolić… Przynajmniej do tego mógł się przydać. Przeszukiwał podłoże w poszukiwaniu ostrych odłamków, szkła i tym podobnych. Potrzebna robota, ot co. Ba, może ktoś później to doceni – niedoczekanie…
Powinien zacząć sam sobie gratulować. Bo kiedy się tego doczeka od innych? To nie poszukiwanie atencji czy uwagi, a raczej dostrzeżenie w społeczeństwie.
Wiedział, że ma myśli jak opętany. I co? Zabawa lepsza niż gadanie z kimś tępym, kto nie zrozumie jego uczuć i słów. Pełno wokół takich kotów, czyż nie?
Powinien przestać ze sobą gadać. Bo zaczynał nienawidzić sam siebie.
To nie było zabawne.
Ani trochę.

Wykonane zadania:
– Usunięcie niebezpiecznych przedmiotów naniesionych przez fale x2

Od Sterletowej Łuski

— Myślisz, że tutaj będzie w porządku? — zapytał się Kuniego Strumyczka, usiłując na nią nie patrzeć. — W końcu gdzieś musimy zostawić te śmieci.
— Myślę, że tak — odpowiedziała, kładąc na ziemi odpadki trzymane w pysku. — W końcu nie musimy odchodzić jakoś daleko od obozu. Nikt się o to raczej nie porani i nie potknie, o ile damy to w bezpieczne miejsce.
Skinął sucho głową i także odłożył patyki, bez słowa kierując się w stronę tunelu. Nie patrzył za siebie – mało go obchodziło, czy kotka za nim idzie. Przyspieszył kroku, gdy usłyszał, że poradzi sobie sama. I dobrze, bo wcale nie zamierzał jej pomagać.

***

— Potrzebujecie czegoś jeszcze? — zapytał, gdy położył wiązkę trzcin obok odbudowywanego legowiska starszyzny. — Nie musicie sobie żałować, materiałów jest pełno.
— Na razie dzięki — Biedronkowe Pole rzuciła mu przepraszający uśmiech. — Chwilę temu Kuni Strumyczek naniosła nam ich dosyć. Poradzimy sobie, ty możesz iść odpocząć – dość dziś zrobiłeś. Nie powinieneś się przemęczać, nieprawdaż?
— Może i dosyć, lecz energia dalej pozwala mi nie powłóczyć łapami — sarknął. — Jest tu na tyle rzeczy do odbudowania, że nie mogę w takiej chwili zostawiać was z tym samych. Pójdę do tunelowców, może tam bardziej się przydam — dodał na odchodne, gdy powoli zaczął się odwracać.

Wykonane zadania:
– Wyniesienie połamanych krzewów, gałęzi i innych zniszczonych elementów legowisk
– Zebranie budulca na nowe legowiska

Od Sterletowej Łuski

— Jak wam idzie? — rzucił przez ramię, samemu starając się utrzymać konstrukcję… Która była dosyć chybotliwa. Ściany ledwo wytrzymywały napór wiatru, a on co chwila musiał wpychać pomiędzy szczeliny kolejne łodygi. Tunel był już prawie ukończony, potrzebował tylko kilka poprawek tu i tam.
— Jakoś idzie — odpowiedział mu z lekkim uśmiechem Dryfująca Bulwa, gdy sam pracował nad inną częścią korytarza. — Myślę, że niedługo tu powrócimy. Obóz powoli nabiera kształtów, jakby nigdy nie zawitała powódź. Jeśli się postaramy, to będzie tu piękniej, niż wcześniej.
— Może i masz rację — odparł, wzruszając ramionami, po raz kolejny przeplatając trzcinę. — Tutaj od zawsze był nasz dom. Nie sądzę, by powódź zdołała nam go odebrać… Mam nadzieję, że się nie mylę.
Bo naprawdę nie chciał stąd musieć odchodzić.

***

Wydawało się, że jest coraz czyściej. Coraz mniej ostrych kamieni zdobiło podłoże, a zniesiona przez wodę ziemia została zebrana w zgrabne kupki. Pracowali już naprawdę długo, a wydawało się, że słońce nigdy nie zamierzało opaść… Przenosił to jedno, to drugie, jednak nie poruszał się nazbyt elegancko (jak na kalekę zresztą przystało). Mimo to z każdym upadkiem się podnosił, a każdy śmieć wyniesiony poza tunel może nie dodawał mu godności, lecz przynajmniej obdarowywał go siłą wyczekiwania do zachodu słońca. Szło dobrze. Czuł to.

Wykonane zadania:
– Odbudowa korytarzy pomiędzy tatarakiem
– Usunięcie niebezpiecznych przedmiotów naniesionych przez fale

Od Sterletowej Łuski

Tymczasowy obóz nie był obfity w wygody. Błoto lepiło im się do łap, woda chlupotała przy każdym kroku i przemoknięte, kruche belki walały się dookoła. Każda noc kończyła się coraz bardziej wyziębniętym ciałem, gdyż cienka warstwa mchu – także wilgotna – w ogóle nie utrzymywała żadnego ciepła. Niektórzy kasłali, a inni borykali się z innymi problemami… Brakiem oka na przykład, dokładnie rzecz biorąc. On sam nie obył się bez uszczerbku. Słona woda straszliwie podrażniła mu ślepia, powodując częściową ślepotę na lewe oko, które lekko zasnuło mu się mgłą. A bezsenność… W snach widział to samo, co kilka dni wcześniej było koszmarem na jawie. Wszelkie wody wystąpiły z brzegów, pochłaniając po drodze obóz i pobratymców, bezpowrotnie połykając część kotów do swoich czeluści – już nigdy więcej nie zobaczy swojego ojca…
Może niedługo ten koszmar się zakończy.

***

Praca szła wre – każda, nawet najmniejsza łapa, oferowała pomoc w trudnych chwilach. Rozpoczynali chwilę przed świtem, kończyli o zmierzchu: wynosili śmieci, znosili potrzebne materiały, chodzili na polowania i usilnie starali się, aby nie tracić nadziei, choćby ulotnej. Tracili siły, ciężko by było, gdyby nie. Pot perlił im się na czołach, gdy walczyli z kolejną falą błota. Jednak… Z czasem powoli odzyskiwali uśmiech na pyskach, gdy jeden pobratymiec szturchnął drugiego w ramach pokrzepienia. Ramię w ramię, mówili. To właśnie się działo – tworzyli nowe wspomnienia, poznawali na nowo koty, z którymi się wychowali. Tworzyli od nowa swój dom. Nieidealny, lecz z nowym fundamentem. Stałym.

***

— Na osty i ciernie!
To, co leżało przed nim… Czym właściwie było? Choć miało uchodzić za legowisko, nie odznaczało się szczególną prezencją. Wyglądało jak kulka z pierwszych lepszych znalezionych rzeczy, którą ktoś gorączkowo ugniatał aż do chwili, w któej wszystkie elementy straciły jakąkolwiek wartość. Prychnął niezadowolony, z impetem rzucając plecionką w kąt legowiska uczniaków. Spojrzenie, które w zamian posłała mu córka, nie było zażenowane, a raczej zainteresowane powodem jego wściekłości.
— Nie idzie ci? — zapytała Ważka, przysuwając mu kolejną stertę trzciny. — Tato, ostatnio w ogóle jesteś podenerwowany. Nie wysypiasz się?
Pokręcił głową, wbijając wzrok w posadzkę.
— Jest w porządku — rzucił zmęczonym tonem. — Po prostu ostatnio pewna sprawa zaprząta mi myśli. Będę próbować pleść dalej. Trudno. Nie przejmuj się.
Jak miał porozmawiać z Pluskiem? Niby był tak blisko, a jednak daleko… Za każdym razem poza zasięgiem łapy. Z każdym słowem coraz bardziej się pogrążał, więc cóż miałaby znaczyć kolejna rozmowa?

***

Kolejny dzień zaplatania legowisk. Z czasem nabierał wprawy, a jego łapy pracowały coraz dokładniej. Zrobił już naprawdę dużo, prawie padał ze zmęczenia – jednak zostawał jeden, niezmienny fakt. Obok niego siedział Pluskający Potok, z którym dotąd nie miał żadnego kontaktu. Może rozmowa pomoże…
— Hej — wykrztusił, przechylając głowę. — E… Mógłbyś mi, proszę, podać trochę łodyg?
Ot co. Łatwe słowa. Rudy odwrócił się po ubłagane rośliny, a on odetchnął w spokoju. Może jednak miał jeszcze jakąś szansę.
Niebieskooki podsunął mu kupkę, mówiąc:
— Proszę. Życzę owocnego dnia.
I odszedł.
Tak po prostu.
Myślał, że jest w stanie znieść wszystko. Nie wiem, krzyki, złość, wybaczenie. Ale nie tę pustkę.
Obojętność.
Jakby był obcy.

Wykonane zadania:
– “Plecenie” nowych posłań x2

07 czerwca 2025

Od Sterletowej Łuski CD. Lulka

— Hej. Na niespodziewany dźwięk Sterletowa Łuska unieśli głowę, natrafiając swoim wzrokiem na Pluskający Potok. Było dość wczesne popołudnie, a oni dalej się nie wyspali… Wszystko ich wiecznie bolało. Dopiero co odliczali do narodzin, a teraz… no cóż. Chcieli tylko stamtąd wyjść… Lubili być samodzielni. Przenieśli swój zaspany wzrok na przyjaciela, odpowiadając zdawkowo:
— Cześć.
Niebieskooki nerwowo zamiótł ogonem ziemię, idąc trzy kroki w przód, jakby ze strachem. Nie wyglądał jak zwykle na rozluźnionego, nastąpiła w nim bardzo wyraźna zmiana w nastawieniu. Unikał kontaktu wzrokowego z Łuską, choć usilnie starał się to ukryć. Odważył się jednak na pierwszy krok, mówiąc:
— Jak się czujesz? — Jego głos porwało powietrze, rozmywając go pośród czterech ścian żłobka. Zaczął tam dość często przychodzić, a Sterletowa Łuska nie narzekali – było to nawet miłe uczucie.
Otworzyli pysk, niepewni, co tak właściwie chcą powiedzieć.
— Gorzej niż wczoraj — stwierdzili zwyczajnie, obojętnie unosząc barki. — To jest… Po prostu ciężkie. Od dziecięctwa nie czuliśmy się tak… No wiesz. To trochę nieprzyjemne uczucie, gdy trzeba spojrzeć prawdzie w oczy i w końcu się sobie przypomina, że dawna płeć dalej pozostaje w tobie, nieważne, jak bardzo będziesz się starał.
Oczywiście poczynili tę aluzję do tak niewielkiej i kruchej wręcz istoty, która spoczywała w niespokojnym śnie przy ich brzuchu, "stworzenia", które… Pochodziło właściwie od nich. Popełnili tę decyzję całkiem świadomie, lecz z czasem mieli coraz więcej wątpliwości… Czy tak powinni postąpić? Czy popełnili błąd?
— Mam jedną prośbę — wtrącili znów po chwili, przenosząc swój wzrok na wymiętoszoną kulkę mchu. Kocięta z pewnością dobrze się bawiły… Tak jak niegdyś jego rodzeństwo. Wspomnienia nadal były żywe, nieważne, im starsi byli. — Nie rozmawiajmy o tym. Przecież… Chyba możemy udawać, że wszystko jest w porządku, prawda?
Plusk uśmiechnął się tylko lekko, czyniąc kilka kroków bliżej nich.
— Jak się zamartwiasz, to twoja morda wygląda komicznie — rzucił lekko, przekrzywiając głowę jak gdyby w zamyśleniu. — Choć w sumie to zawsze wyglądasz trochę głupio.

* * *

Z zamyślenia wyrwał go dźwięk dość niezdarnych łap, które należały do… Kurcze, nie pamiętał jego imienia. Nowych dzieciaków było ostatnio zdecydowanie zbyt dużo, wszystkie imiona nadal mu się mieszały. W każdym razie kociak zmierzał do niego, razem – co bardzo go zdziwiło – z ważką w pysku. Kociak położył szamoczącą się kulkę tuż u jego łap, obrzucając go bardzo niezadowolonym spojrzeniem. No cóż… może nie dopilnował córki, ale nie mógł nic na to poradzić. Chciał to załatwić tak szybko, jak tylko się dało.
— Pani dziecko mnie ugryzło… — mruknął czarno-biały, starając się utrzymać kontakt wzrokowy z Łuską. Nie wyglądał na zbyt zainteresowanego rozmową, nonszalancko go ignorując, z podejrzanie wielkim zaciekawieniem obserwując sklepienie żłobka. Po wypowiedzeniu tych słów uniósł ogon do góry, eksponując oślinione części jako dowód przestępstwa, tym razem z irytacją patrząc na szylkretkę.
— Niech z nią pani coś zrobi, proszę… — dodał po chwili, trochę bardziej potulnie, wzdychając cicho.
To było… jak porażenie prądem. Jeden mały błąd, niewielkie potknięcie. Tyle wystarczyło, by zburzyć barierę, która budował właściwie od kocięctwa… Mgliste wspomnienia, podczas których zalewał się z niewiadomych powodów wstydem – "Chciałabyś się pobawić?", "Usiadłaś mi na ogonie!", "Mogłabyś bardziej się starać" i tak dalej… te wszystkie chwile, podczas których musiał zmuszać się do tak prostych słów… Nie jestem kotką.
Myślał, że już dawno uporał się z tym problemem. Jednak, jak się okazało, wcale tak nie było… Wszystko wróciło, jeszcze większą falą niż zwykle, która dążyła do tego, by utopić jego nieszczęsne ciało w oceanie strachu.
Głośno przełknął ślinę, oczy zwęziły mu się w wąskie szparki, a wzrok niekontrolowanie opadł mu na łapy. Cóż mógł poradzić? Młody nie zamierzał jednak czekać (najwyraźniej zdenerwowany brakiem odzewu drugiej strony) i dźgnął go lekko łapą w podbrzusze.
— Halo! — miauknął wyraźnie zniecierpliwiony, domagając się reakcji. Ewidentnie był w gorącej wodzie kąpany – niecierpliwy niczym borsuk. — Proszę pani!
Wdech, wydech. Wdech, wydech.
— N-nie jestem kotką — wykrztusił cicho, tocząc wewnętrzną walkę z samym sobą. — Nie jestem kotką.
Oceniające spojrzenie, zmiana wyrazu pyska. Młodziak przetwarzał słowa… no, dłuższą chwilę.
— Nie? — wydobyło się zapytanie z jego pyska, symbolizujące dociekliwość młodego mózgu. — Przecież masz córkę.
— To… Skomplikowane — wychrypiał tylko, wbijając swój wzrok w dość nieokreślony punkt. — Klan Gwiazdy miał na mnie inny plan. Nie było mi dane być kotką, w tym, czy też innym życiu. Decyzja nigdy nie leżała po mojej stronie. Nie jestem w stanie nadal określić tego, kim jestem – to wszystko jest strasznie niestałe. Kiedyś nadejdzie moment.
— Ahaa — wybrzmiało pusto. — Czyli?

<Lulek??>

17 maja 2025

Od Sterletowej Łuski

Grzech. Jest to niby znane każdemu pojęcie. Popełnienie świadomego (bądź nieświadomego) błędu, zrobienie czegoś złego, czego powinniśmy się wstydzić i obiecać poprawę.
Jego życie było jednym wielkim, lepkim, zgniatającym go grzechem.
Tylko, że bez chęci poprawy.
Bo nie potrafił się zmienić.
Życie jest pełne metafor i nawiązań, przenośni, a to właśnie wydawało mu się najbardziej szczere w jego przypadku. Wszystko, co robił, kładło mu na barki coraz większy ciężar, którego już nie chciało mu się dźwigać. Upadł na ziemię i nie spojrzał w górę, bo wiedział, że nic lepszego tam go nie czeka. Walczył raz. Drugi. Stracił łapę, zdobył wiele oszpecających go blizn, stoczył nawet już nieraz walkę ze swoimi uczuciami, a jednak nadal wisiał nad nim cień. Bo może i zyskał, ale na pewno stracił ważne rzeczy. Szacunek. Miłość. Nadzieję.
Jednak było jedno światełko w tunelu. Nosiło ono piękne, wodne imię, charakteryzowało się perlistym śmiechem, pogodą ducha, pomocną łapą, a futro miało koloru płomiennego słońca za świtu. Blask ten pokazywał mu granicę, pomagał na nowo wytyczyć już dawno utarte szlaki, śmiał się, gdy tego potrzebował.
I wraz z tym wszystkim zrozumiał.
Matka to nie całe życie.
Powinien być sobą.
Nauczyć się ufać samemu sobie.
Odnalazł coś, czego nie mógł nazwać.
Ostoję w trudach życia.
***
— Jesteś pewien? — dotarło do jego uszu nieśmiałe pytanie, które zawisło w przestrzeni bez konkretnej odpowiedzi.
Westchnął cicho. Tak, długo o tym myślał. Nie była to z pewnością prosta decyzja, jednak już wiedział, czego chce.
Obrócił się z wolna, a jego oczy napotkały błękitne ślepia towarzysza.
— Już ci o tym mówiłem. Dobrze wiesz, że jestem gotów. Od zawsze chciałem mieć dzieci, uczyć je, jak to jest kochać - czyli podarowywać uczucie, którego ja nigdy nie otrzymałem. Chcę wychować kogoś, kto będzie roztaczał ciepło. I jest to idealny moment. Tak myślę.
— Czyli… To pewnego rodzaju pożegnanie, prawda?
Pokręcił głową.
— Ale my się wcale nie żegnamy. Wrócę do ciebie. Po prostu… nie ma innego sposobu. Nieważne, ile razy się zgubię, tyle samo razy będę do ciebie wracał. Nie jestem w stanie cię porzucić.
— Ja… Ja ciebie też.
***
Wszystko pamiętał jak przez mgłę. Był kocur. Poszli. Działo się, choć nie było wtedy miejsca na przemyślenia. Miał zadanie do wykonania, bez względu na ilość ofiar.
***
— Nie mów o tym nikomu dobrze? — poprosił błagalnie. — Niech to będzie… Nasza tajemnica. Pewnie po czasie się dowiedzą, ale mało mnie to obchodzi. Najważniejsza jest moja przyszłość.
“Nasza”, dopowiedział w głowie. “Nasza przyszłość”.
Lecz zamilkł, a żaden dźwięk nie wydobył się już z jego pyska.

15 maja 2025

Od Sterletowej Łuski

Początek pory Opadających Liści
Wiadomo, wszystkie poranki były piękne. Zawsze zaskakiwały czymś nowym, niepowtarzalnym, co zawsze niezwykle cieszyło młodziaka, którego fascynowały elementy tak błahe… Może miał specjalne spojrzenie na świat. Tego dnia zaś słońce nie wychylało się zbyt ponad poszarzałe obłoki, grzało dość nieśmiale, a drzewa kołysały się lekko w rytm delikatnego wietrzyku. Niebo zapożyczyło odcień od intensywnie wonnych hiacyntów rozkwitających Porą Nowych Liści, czasem delikatnie przechodząc w szarość i błękit, gładko mieszając swoje barwy ze sobą i rozświetlając całokształt. Wszystko to wyglądało, jakby miało być zaaranżowane pod scenę jakiegoś romantycznego filmu bądź serialu, a efekt, no cóż… był powalający. Kocur rozciągnął się z wolna, czując mrowienie w łapach, gdyż zdrętwiały mu one podczas snu. Nie obudził się w wygodnej pozycji – jego ciało było wygięte niczym u jakiejś akrobatki, a kawałki paprotki wplątały się w futro. Stęknął raz, drugi, rozciągając konające kończyny i wysunął łeb z legowiska. Dziś akurat miał w miarę wolny dzień, klan był wykarmiony, a on sam mógł udać się gdziekolwiek go łapy poniosą.
Kilkoma długimi krokami podszedł do sterty zdobyczy, przy której już kilka kotów dzieliło języki. Pomiędzy wszystkimi wisiało jakieś takie uczucie beztroski, a ich oczy przymykały się nieraz lekko z rozkoszy, ogony sunęły wolno po pylistej ziemi. Na ten widok uśmiechnął się delikatnie. Wszystko wyglądało tak pięknie… Schylił się i pochwycił w pysk okazałego okonia, a jego zęby błyskawicznie zatopiły się w łuskach zwierzęcia. Był głodny jak wilk, w brzuchu burczało mu z głodu, a umysł zasnuty był mgłą zmęczenia. Już, już miał odejść, gdy podszedł do niego tyłem znajomy kocur. Sterletowa Łuska znacząco uniósł brew, gdy rudy bez oporu po prostu wyrwał mu z pyska kawałek ryby, połykając go w całości. Już dawno się przyzwyczaił do pewnego siebie zachowania Pluska, lecz ten stale go zaskakiwał.
— Smakowało? — zapytał Łuska drwiąco, uprzednio kładąc zwierzynę na ziemię. — Jesteś obleśny.
— Nie mniej niż ty — odbił piłeczkę, nic nie robiąc sobie z słów księcia. — Długo się nie odzywałeś.
Może i była to prawda. Ostatnio zamknął się trochę w sobie, unikając wszelkiego kontaktu z drugim kotem…
— A co cię to obchodzi? — zbył go, udając obojętność. — Obżeraj się szybciej, nie mam całego dnia.
— I kto to mówi… Chłopie, przespałeś całe popołudnie. Było bardziej się ruszać. Bo, jak widać — na chwilę zawiesił głos — to nie ja się lenię w tym przypadku, a ty.
Musiał odpuścić.
— Ty się nigdy nie zmienisz, co? — rzucił z udawanym rozczarowaniem. — Już zawsze będziesz taki głupi…
***
Siedzieli właśnie nad wodą, kontemplując z wolna przyrodę. Jej tafla była niespokojna, wiatr lekko ją wzburzał, a promienie słońca odbijało się na niej żółtymi plamami. Musieli korzystać z pogody, póki była jeszcze ciepła i sprzyjająca spacerom. Zaczęła się Pora Opadających Liści, a wraz z nią przybędą pewnie i mrozy.
Coraz częściej dręczyły go natrętne myśli, które powodowały szereg wątpliwości. Sytuacja z Mandarynkowym Piórem i resztą rodziny była naprawdę ciężka. Coraz bardziej go unikali, stawał się odrzutkiem, a… mu się to nie podobało. No jasne, nie musiało. Więc czemu to wszystko było takie bolesne? Nie chciał nikogo obciążać swoimi problemami, a jednak dalej to robił. Nie wiedząc czemu.
W tym wszystkim najbardziej żal było mu Pluska. Słuchał wszystkich jego zażaleń i narzekań bez słowa, gdy sam nie mówił o niczym nieprzyjemnym i stale poprawiał mu humor. Dla kogoś takiego warto było żyć…
— Wiesz co? Zastanawiam się, czy gdybym urodził dzieci, matka bardziej by mnie pokochała — dało się słyszeć z pyska księcia, który zawstydzony spuścił wzrok na łapy. Wcale nie zamierzał mówić tego na głos. — Jakoś… Tak pomyślałem.
Ruch, który w tamtym momencie wykonał rudy, zdecydowanie sygnalizował niezręczność sytuacji. Mięśnie napięły się pod jego futrem, a źrenice zmieniły się w wąskie szparki, gdy słowa czarno-białego nareszcie do niego dotarły. Łuska modlił się, żeby uznał to za żart. Powiedział coś głupiego. Jak zwykle. Lecz w samym sposobie mowy sugerował, że to nie był czas na komedie.
— To się nie zastanawiaj. Nie jesteś jakimś karaluchem, by robić wszystko pod matkę i ten głupi ród! Nie rób z siebie zabawki dla świętego spokoju, jednak jeśli chcesz wypaść dobrze w ich oczach, w moich na pewno wiele stracisz. Nawet nie próbuj.
— Yhm — wykrztusił, niezdolny do wydobycia z siebie innego dźwięku. Aż tak bardzo denerwował Pluska, tylko nie zdawał sobie sprawy? A co, jeśli ten był z nim tylko dla zasady?
“To nic”, pomyślał sobie. “Nie potrzebuję go. Mam siebie”.
Jednak nie była to prawda.

24 kwietnia 2025

Od Sterletowej Łuski

Kontynuacja poprzedniego opowiadania
°•☆》★-=✧°•÷.•'.⊹ೄྀ˚∘•꧂.•=-★《°•☆

A niech to szlag!
Z całej siły szarpnął łapą, lecz nie dało to zupełnie nic. Utknął na dobre.
Nie miał szans wyrównać się z Czyhającą Mureną - kotka była już z pewnością daleko, gdyż już jakiś czas temu powstała i oddaliła się wzdłuż linii brzegu. Nie mógł więc jej prosić o pomoc w tak niezręcznej sytuacji…
Jego łapa zaplątała się w szuwary, a nieważne, jak ją skręcał i wykręcał, pęta trzymały równie mocno. Głupia sytuacja, czyż nie? Klął, jęczał, narzekał, przewracał oczami, lecz pomoc nie nadchodziła. Z każdym kolejnym szarpnięciem coraz bardziej opadał z sił. Jego mięśnie krzyczały o pomstę do nieba, a on z premedytacją przemęczał je jeszcze bardziej, mimo tego, że wiedział, że nic to nie zmieni. W końcu wycieńczony padł, wzbijając w górę kaskadę kropli. Przecież mógł się spodziewać, że tak się skończą jego głupie wybryki… Mógł pozostać w ciepłym, wygodnym legowisku, spędzając kolejne chwile swojego nudnego życia na spaniu. Nic mu nie było wolno. Kiedyś, słysząc "zrób to, zrób tamto" narzekał, lecz teraz oddałby tak wiele, by móc do czegokolwiek się przydać… Mieli rację. Nie powinni byli go puszczać poza cztery ściany legowiska medyka.
Trzask! W jego okolicy zadźwięczał nagły dźwięk, równie niespodziewanie się urywając, lecz ten dalej obijał się o jego uszy i wprowadzał w osłupienie. Chrupnięcie wydobyło się zza jego pleców, więc…
Prędko się odwrócił, a jego oczom ukazał się ktoś, kogo najmniej się w tamtym momencie właściwie spodziewał; rudy, zadowolony z siebie kocur, na którego pysku tkwił delikatny uśmiech, oczy skrzyły się czystą radością. Bez trudu zrobił dwa, długie susy i znalazł się prędko przy Łusce, zagłębiając łapy w mule, i przesuwając łapą trzciny. Rzucił w stronę księcia lekko rozbawione spojrzenie, majestatycznie odginając głowę i wyzywająco spoglądając mu w oczy. Miały jakąś taką… Głębię. Niczym bajoro zasysające dusze, które zamierzyło się na czarno-białego i oplatało go obślizgłymi mackami. Ciągnęło dalej, nieprzerwanie, wołając do niego grzechotem starej ropuchy i śpiewem słowików. W końcu Pluskający Potok oderwał ślepia od młodszego kocura i uśmiechnął się zawadiacko. Sytuacja go nie krępowała, wydawał się jak najbardziej rozluźniony – a nawet i rozbawiony.
Odchrząknął lekko i machnął zamaszyście ogonem, a chłodny powiew opłynął grzbiet pomarańczowookiego.
— Nie jest to zbyt elegancka postawa jak na księcia — wyrwało mu się ironicznie z pyska, gdy otaksował pospiesznie młodszego, jednak wyższego od niego kocura. Nie wyglądał na zbyt rozgarniętego, jakby znalazł się tam całkiem przypadkiem, gdy się zagubił – jego płomienne futro tkwiło w nieładzie, a były w nie wplątane niewielkie ciernie i okruchy suchych liści. Pochylał się nad nim lekko, a w jego ślepiach iskrzyła prowokacja.
Jak… jak śmiał się tak odzywać do członka królewskiego rodu? No tak – może i w tym momencie wyglądał zdecydowanie na poniżonego, lecz sytuacja pozostawała taka sama. Nie lubił posługiwać się władzą. Nie lubił, lecz dawało mu to ukojenie… Przyjemnie było czasem sobie na kogoś pokrzyczeć. Niezdarnie spróbował się podnieść, lecz i to skończyło się klęską.
— Nie jest to zbyt odpowiednie miejsce dla wojownika pracującego na wyżywienie klanu na polecenie przywódczyni — dorzucił prędko, taksując go wzrokiem. — Zajmij się sobą.
Z pyska Pluska wypłynął piękny, krystaliczny chichot.
— Nie jestem tu, by się z ciebie naśmiewać. Nawet mnie jakoś szczególnie nie obchodzisz! Po prostu przyszedłem tu rozwiązać kota w potrzebie, który nieważne, kim by był, zostałby potraktowany tak samo.
Schylił się, a jego kły z łatwością rozcięły roślinne pęta. Ani razu się nawet nie oglądnął na Łuskę – dla niego był po prostu nieznacznym elementem układanki. Gdy w końcu mógł podeprzeć się na własnych łapach, a nie bezradnie leżeć na płyciźnie, otrzepał się prędko.
— Skąd, na Klan Gwiazdy, się tu wytrząsnąłeś? — zapytał, odwracając się w stronę towarzysza. — Nie spodziewałem się ciebie tutaj. Nie miałeś przypadkiem zająć się czymś pożytecznym?
— Czy to ważne? Najważniejsze jest to, że jestem tutaj. Przecież mogłem cię tu zostawić — odparował, a jego łapa wyryła niewielką bruzdę w mule, lecz cofająca się woda zaraz ją przemyła. — Mógłbym już wrócić do obozu i spędzić resztę czasu na leżeniu i puszczaniu bąków, a nie ratować nieroztropnego księcia w opałach. Szanujmy się, powinieneś bardziej uważać.
Dymny najeżył się lekko, przybierając urażony wyraz pyska i poczynił jeden, duży krok w przód. Naprawdę się nie bał tak do niego mówić? Głupiec.
— Poradziłbym sobie sam — ton naburmuszonego dziecka skutecznie zasugerował, że rzeczywistość była całkowicie odmienna. — Jestem samodzi~
Urwał gwałtownie, gdy z impetem został wepchnięty do morskiej toni, a jego nozdrza i pysk napełniły się słonawą wodą. W górę wzbiła się wielka kaskada kropli, którą oberwał sprawca. Znalazł jedną łapą oparcie pomiędzy skałami i z całej siły się wypchnął, by ujrzeć rozbawiony uśmiech niebieskookiego.
— Idiota!

°•☆》★-=✧°•÷.•'.⊹ೄྀ˚∘•꧂.•=-★《°•☆


— I wiesz, powiedziałem jej wtedy, że cuchnie jej z mordy zgniłym śledziem. Przywaliła mi — poskarżył się. — Śmierdziała tak strasznie, jakby nigdy się nie myła.
— Zasłużyło ci się. — Z pyska Sterletowej Łuski niekontrolowanie uciekły te słowa, choć usilnie próbował utrzymać powagę. — Sam cuchniesz.
Plusk przewrócił oczami, lecz nadal tańczyły w nich radosne iskierki. Trochę się posprzeczali – jak to młodziakom się zdarza – lecz po pewnym czasie znaleźli wspólny język. Obowiązki dawno przeszły na drugi plan, raz na jakiś czas wyciągali jakąś rybę, ale to rozmowa była głównym źródłem ich rozrywki. Poniżali się, naśmiewali się z siebie nawzajem, a w tym wszystkim znajdowali ukojenie i pewną odskocznię od codzienności. Wyrzucali z siebie jedną historię po drugiej, a ich śmiech barwił delikatny szum wiatru, który niósł ich głosy ponad wody, łaskocząc listki i delikatne płatki kwiatów, które kwitły obficie z powodu Pory Zielonych Liści.
Łuska delikatnie przechylił łeb i z ciekawością rzucił niby niedbałe pytanie:
— A tak właściwie, co robisz jutro?
Niebieskooki zastanawiał się przez chwilę nad odpowiedzią.
— Wiesz co? Wracam do pierwotnych planów, które mi zrujnowałeś. Będę siedzieć i zbijać bąki. — Kąciki jego warg uniosły się w delikatny półuśmiech, gdy dosłyszał pytanie księcia. — A co, aż tak bardzo ci zawróciłem w głowie?
— No chyba nie — odparował mu z drwiną. — Po prostu nie mam nic szczególnego do roboty. Rehabilitacja i w ogóle, ale to tylko jedna pierdoła.
— W porządku… — Udawał, że się namyśla. — Musisz tylko uklęknąć przede mną i prosić za przebaczenie za wcześniejsze słowa. Nie ma tak łatwo!
— Nie ma szans! Sam se przepraszaj!
I tak zawiązała się między nimi pewna nić zrozumienia.

29 marca 2025

Od Sterletowej Łuski

Cztery księżyce wcześniej

"Dobra," pomyślał. "Jeszcze raz."
Przednia lewa, tylna prawa. Krok prawą, podskok i znów z przodu. Przednia lewa, tylna prawa… gleba.
Zirytowany parsknął, ze złością smagając powietrze ogonem i spróbował wstać. Ponownie. No cóż, przyzwyczajenie się do utraty kończyny nie było takie proste…
Mimo że od walki minęły już dwa księżyce, nie mógł nadal zapomnieć tamtego dnia i był pewien, że utkwił mu on w pamięci na zawsze. Bo w zasadzie… Był to moment, w którym przecież jego życie znacznie się poplątało i już nic nie było tak proste, jak wcześniej. Nawet zwykłe czynności takie jak chodzenie czy choćby przykucnięcie sprawiały mu wiele trudności, a mimo jego starań wszystko się waliło. Z czasem może i było lepiej… jednak światełko w tunelu nie ujawnia się tak łatwo. Z dnia na dzień coraz bardziej zaczęła doskwierać mu samotność. Tkwił w legowisku przez praktycznie cały czas sam, z zerowym źródłem rozrywki czy bez choćby zajęcia. Na razie próbował pojąć sztukę chodzenia o trzech łapach, jednak za każdym razem kończył cały poobijany…
— Wychodzimy. — Po legowisku medyka poniósł się głos Różanej Woni, która chwilę później gładko wysunęła się z cienia. Wyglądała dziś wyjątkowo ładnie, futro jej lśniło, a pysk zdobił niewielki, lecz szczery uśmiech. — Dziś musisz poradzić sobie sam z ćwiczeniami.
Skinął głową, niepewnie unosząc kącik warg i niezręcznie się podniósł, otrzepując się z mchu. On nie mógł pochwalić się nieskazitelnym wyglądem, ponieważ od licznych upadków jego sierść popadła w nieład, a kurz znalazł pomiędzy jej kępkami dogodne miejsce na spoczynek. Jednak nie była to na tyle istotna sprawa, by teraz zaprzątała jego myśli.
— Poradzę sobie — zapewnił, czyniąc niewielki krok w stronę czarno-białej. Nie chciał okazać pewności siebie, tylko raczej nadzieję, że wkrótce nie będzie musiał być zależnym od innych… Że stanie się nareszcie samodzielny. Takie niedługie momenty spędzone sam na sam sprawiały, że czuł się lepiej.
Księżniczka skinęła głową, dając Zimorodkowemu Życzeniu znak, że na nie już pora. W momencie, w którym w końcu ogon Róży zniknął z jego pola widzenia, odetchnął szczerze i głęboko. Cieszył się ze zniknięcia czujnego wzroku starszej. Zostało mu niby jeszcze kilka ćwiczeń do wykonania… Jednak po cóż się martwić? W niedalekiej przyszłości z pewnością je także ukończy i będzie miał święty spokój. Kilka prostych skłonów i rzutów, ot co. Nic wielkiego.
Lekko napuszył futro i ruszył w stronę prawej części legowiska. W tamtym miejscu ziemia była bardziej wyrównana i dogodna do rozciągania, mimo że potrzebował trochę czasu, by się tam dostać. No cóż, nawet w takich momentach czuł dumę - choć, przyznajmy sobie, pokonanie dwóch długości lisa to nie wyczyn. Zmęczony opadł na ziemię i spróbował opanowanie swój ciężki oddech, na kilka uderzeń serca przymykając oczy. Jeszcze dwa księżyce temu wszystko było tak proste… Lecz było tu i teraz, gdybanie w przeszłości niczego by nie ułatwiło.

°•☆》★-=✧°•÷.•'.⊹ೄྀ☀︎☁︎˚∘•꧂.•=-★《°•☆
Teraźniejszość

— Spieniona Gwiazdo, proszę! — jęknął, znowu siląc się na błagalny ton. — Naprawdę mi zależy.
Kotka machnęła lekko ogonem, wzdychając cicho. Przykro było patrzeć, jak wiele konsekwencji niosła za sobą ranga przywódcy – niegdyś radosna Pianka stała się bardzo przygaszona, a sama wyglądała, jakby przybyło jej wiele księżyców. To już… Nie była ona. Tylko raczej jej pusty wrak.
— Już o tym rozmawialiśmy… Nie pozwolę ci wyjść, a z pewnością nie teraz. Dobrze wiesz, że jesteśmy zagrożeni — odparła zmęczonym głosem i odkaszlnęła, maskując ziewnięcie. — To grozi zbyt wieloma rzeczami. Musiałbyś znaleźć kogokolwiek, by udał się wraz z tobą.
— Ale…
Zanim zdążył cokolwiek dopowiedzieć, do rozmowy dołączył nowy, znajomy głos.
— To nie będzie potrzebne — rzuciła Czyhająca Murena, a książę odwrócił się, by złapać z nią kontakt wzrokowy. Zjawiła się w idealnym wręcz momencie, nie okazując ani trochę zawahania. — Ja, Siwa Czapla, Pluskający Potok i Kunia Łapa udajemy się na patrol. Z chęcią zabierzemy Łuskę ze sobą. Nie wybieramy się daleko, złowimy kilka ryb i od razu wracamy do obozu.
Liliowa rzuciła w jego stronę powątpiewające spojrzenie, idąc małym krokiem w przód.
— Masz pewność, że jesteś już gotowy? Pierwszy raz wyjdziesz poza obóz. Musisz wziąć pod uwagę, że możesz sobie radzić… Powiedzmy, gorzej.
— Jak najbardziej — zapewnił książę, schylając nieśmiało głowę. — Już dość długo jestem ciężarem. Chcę spróbować zrobić coś pożytecznego, na czym mógłby zyskać klan. Ponieważ faktem jest, że nie tylko ja kroczę po tym świecie i nie tylko moje zachcianki będą spełniane.
— No cóż — wyraźnie przeciągnęła wypowiedź. — Nie pozostaje mi nic, tylko się zgodzić…

°•☆》★-=✧°•÷.•'.⊹ೄྀ☀︎☁︎˚∘•꧂.•=-★《°•☆

— Ty paskudo! — parsknął śmiechem, gdy Murena z całej siły ochlapała go wodą. Przycupnęła na mieliźnie i jego także namawiała do wejścia, próbując różnych sposobów - od dłuższej chwili zażywał przymusowej "kąpieli", gdy na jego futrze lądowały z pluskiem kolejne krople wody. Miał też możliwość wejścia do rzecznej toni… Przez cały ten czas skutecznie się jednak opierał - no cóż, nie miał ochoty moczyć się i później marznąć, mimo że słońce zaczęło solidnie przygrzewać.
Spojrzał za siebie i zdał sobie sprawę, że reszta patrolu powoli ich doganiała. Już chwilę temu mieli rozejść się w różne strony, jednak Czyhająca Murena nadal się ociągała, przez co mieli minimalne opóźnienie. Z każdym uderzeniem serca sylwetki zbliżały się coraz bardziej, więc lekko popchnął siostrę.
— Pójdź gdzieś tam, no nie wiem, gdziekolwiek! Już dawno mieliśmy się wziąć za polowanie, a reszta zaraz tu będzie.
Czarno-biała uśmiechnęła się pobłażliwie, widząc wyraz pyska Sterletowej Łuski, powoli zaczynając iść wprzód.
— Czas nie zając, nie ucieknie! No chodźże, choćby na małą kąpiel! — poprosiła, wyciągając do niego łapę. — Jeszcze możemy się trochę zabawić!
Z lekkim wahaniem w końcu zrobił mały krok bliżej wody, zanurzając łapy w mokrym piasku i przymykając oczy, czując, jak woda delikatnie opływa mu łapy, niczym muśnięcia jedwabiu. Uśmiechnął się delikatnie i dał się ponieść tej idyllicznej chwili, aż nagle… Plusk! Nagły dźwięk otrząsnął go z tego transu, jednak nie na tyle, by do końca go wybudzić, przez co nie zauważył momentu, w którym siostra popchnęła go do toni. Z całej siły wybił się od dna, aż jego łeb, z którego obficie lały się strugi wody, nie wyłonił się ponad błękitną taflę. Zaśmiał się głęboko i pomyślał, że mimo tego wszystkiego, co się stało, nadal miał rodzinę. Wsparcie. A przede wszystkim właśnie ją.

°•☆》★-=✧°•÷.•'.⊹ೄྀ☀︎☁︎˚∘•꧂.•=-★《°•☆

W słońcu zalśniły rybie łuski, gdy łowca z niebywałą zręcznością wyrzucił pstrąga na jałowe wybrzeże i wgryzł się w jego szyję, odsłaniając krwisty miąższ. Uśmiechnął się z satysfakcją, a truchło z plaśnięciem opadło na ziemię, brocząc piasek krwią.
Słońce zdążyło już się dość wysoko wznieść, ponieważ było już późne popołudnie. Dotąd Łuska ani razu nie zrobił sobie przerwy - od dawna nie czuł się tak rozeźlony i szczęśliwy, nareszcie czuł, że żyje! Polowanie zawsze dawało mu wiele radości i pogody ducha, lecz dziś było to dla niego szczególnie ważne. Pierwszy raz od utraty łapy zrobił coś całkiem sam, bez pomocy czy zbędnego wsparcia!
W pewnym momencie otrząsnął się jednak i zdezorientowany zdał sobie sprawę, że czegoś mu brakuje. Nie była to pustka duszy czy zgnębienie ducha, a raczej rzecz materialna, która zawsze mu towarzyszyła. Coś się zmieniło, coś zniknęło… Zdezorientowany zaczął obmacywać się łapą z każdej strony, okręcając się wokół własnej osi, poszukując nienazwanego ubytku. Miał trzy kończyny, dwie pary oczu i uszu, wszystkie wąsy. Zatem czego było brak?
Nie był pewien, dopóki nie przypomniał sobie o pewnym (umiarkowanie istotnym) fakcie… a cóż się stało z wieńcem, który pozostawił nad brzegiem? Nie szło go dojrzeć w okolicy, lecz przecież pozostawił go niedaleko! Musiał go zdjąć do kąpieli, a ten… jakby ulotnił się w powietrzu. Był on dla niego ważny (mimo że miał już kilka "odsłon"), ponieważ krył za sobą wiele wspomnień i chwil spędzonych w miłym, rodzinnym gronie. Przecież nie mógł odpłynąć! Lecz… może to siostra go zabrała, by się nie zamoczył - leżał dość blisko wody, więc było możliwe, że zabrała go po drodze. Wiedziony tą myślą powstał zdeterminowany, by odnaleźć zgubę.
Księżniczka polowała dość niedaleko - nie lubiła od niego odchodzić, odkąd sięgał pamięcią. Zdawało mu się, że pragnęła uczucia bliskości tak, jak on… W oddali widział nawet jej niewyraźną sylwetkę, która garbiła się nad spienionym nurtem. Wydawała się dość zamyślona, ze wzrokiem utkwionym w taflę. Postawił jeden krok, drugi, aż w końcu pewien siebie ruszył naprzód. Odcinek nie był szczególnie długi, lecz czekała na niego niespodzianka - drogę przecinało pasmo wody, przez które był zmuszony przepłynąć. Jeszcze ani razu od czasu wypadku nie próbował przypomnieć sobie jakichkolwiek podstaw… Jedyne, co mógł zrobić, to odepchnąć się od dna i mieć nadzieję, że dalej woda poniesie go na drugi brzeg.

13 lutego 2025

Od Sterletowej Łapy (Sterletowej Łuski)

tw - brutalność

Nie pamiętał zbyt wiele. Podobno pod wpływem szoku wspomnienia potrafią ulotnić się w mgnieniu oka - chciałby jednak, by znikły one wszystkie… Nie tylko część.
Hah, mógłby powiedzieć, że pokonanie starszej kotki było pestką, jednak kto by mu uwierzył? Może i w ferworze walki był godnym przeciwnikiem, jednak wygląd jego łapy… No cóż, mówił sam za siebie. 
Po głowie tłukły mu się wrzaski i pojękiwania, które rozbrzmiały na początku walki. To była jedna, wielka, nieopanowana szarża. Szturm siejący spustoszenie. Cóż, wszyscy rozbiegli się w swoje strony, a on pozostał sam na sam z jakąś dzikuską. Prychała, warczała, pluła, obnażała kły, nadskakiwała. Raniła. Jakoś ją powstrzymywał, aż do chwili… Krzyki jeszcze wzmogły się w momencie, w którym cynamonowa szarpnęła za jego kończynę i zostawiła z niej praktycznie ogołoconą kość. Nie ustawały. Trwały w nieskończoność, całkowicie go wyczerpując i wprawiając w otępienie. W końcu jego oprawczyni straciła ostatnie tchnienie, ale za jaką cenę? Kręciło mu się w głowie. Chciał po prostu poczuć, że wszystko jest okej. Że nic mu nie grozi. Bo po cóż miałby zabijać? Dla poklasku? Udusił ją bezlitośnie i bezsilnie padł na ziemię, biorąc gwałtowny haust powietrza. Potem… była tylko ciemność. Otulała go. Zapraszała, by dotarł głębiej. Wiedział jednak, je szydzi sobie z jego losu - chciała jego porażki, odrzucenia woli walki, rezygnacji. Dlatego też trwał. Z całej siły się opierał, pozostając gdzieś na granicy świadomości. Walcząc ze śmiercią, mimo, że go do siebie wzywała. Wiedział to.
I tak też utknął w błędnym kole. Co jakiś czas ciemna okrywa znikała, z powrotem dając mu zdolność spostrzegania kolorów, kształtów, słyszenia czegoś innego niż ten paskudny harmider. Lecz jedynie na kilka chwil… Potem znowu wszystko wracało. Nieustannie.
Podświadomie zdał sobie sprawę, że to już koniec. Ziemia, choćby usłana gorzkimi łzami, nadal należała do nich, do Klanu Nocy. Zrobił to. Dał radę. Jednak czy miało to znaczenie? Może i by miało, ale w innej rzeczywistości. Innym czasie. Teraz jego świat składał się jedynie z bólu, a jego cela w piekielnym więzieniu nie była ani trochę przyjemna.
Widział jedynie rozmazane kształty, ruch wokół niego i słyszał jednostajny szum. Wszystkie słowa zlewały się ze sobą i nie był w stanie wychwycić żadnej z wypowiedzi reszty. Powolnie ktoś zbliżył się do niego i lekko podniósł, a z jego gardła wydobył się niepowstrzymane syknięcie. Na Klan Gwiazdy, po co go ruszali? Niech go zostawią w spokoju! Był jednak zbyt słaby, by się opierać. Wkrótce i z drugiej strony ktoś go podparł, powodując jeszcze większy ból niż ten, który towarzyszył mu dotychczas. “Będzie dobrze” — dosłyszał tylko, a naszła go nieodparta chęć śmiechu w tej chwili żałoby. To były tylko głupie słowa. Zdanie bez zastanowienia rzucone na wiatr, bez szczerych intencji losu. Bo któż to widział, by w balladzie życia codziennego tak często zdarzały się cuda?

***

Było tak… Pusto.
Mogło się zdawać, że przyroda dalej kontynuowała swoje trele, jednak i ona wydawała się dziwnie przygaszona. Słońce ponuro zaglądało zza chmur, a wiatr szumiał między gałęziami i nakłaniał zielone łany do ukłonu. Nieboskłon był zasnuty ciemnymi obłokami, jednak i bez nich nie byłoby czego podziwiać. I to dlatego, że wcale nie był bardziej żywy od reszty otoczenia.
W legowisku medyka i niedaleko jego wejścia zebrała się garstka gapiów, którzy rzucali dyskretne, pełne ciekawości spojrzenia. To patrzyli, jak medycy co chwila od kąta do kąta biegali z ziołami, albo po prostu sterczeli jak słupy i wbijali swoje spojrzenia w poranionych. Ten sztuczny tłum nie był jednak w stanie zatuszować niepewności panującej pośród wszystkich zgromadzonych, która zdecydowanie zagęszczała atmosferę dookoła. I niestety (choć nie chciał tego przyznać przed sobą), większość westchnień była za jego sprawą. Leżał w kącie bezużytecznie jak szmata, próbując ignorować “wesołe” towarzystwo. Niezmiernie go irytowali, co w sumie nie było niczym nowym, ale tym razem chciał przynajmniej dać sobie chwilę ciszy i dowartościować się w myślach, na co oczywiście mu nie pozwalali. Bo czemu by nie.
Po krótkim starciu z własnym sumieniem nareszcie zapadł w płytki półsen, próbując wytrzymać aż do wyjścia reszty, ponieważ choć tego nie okazywał, ból był nadal straszliwy i pragnął chwili odpoczynku. Jednak czego można było się spodziewać? 
Po kilkunastu uderzeniach serca do jego twardej skorupy przebiło się echo słów Różanej Woni, a sam uniósł łeb, zdezorientowany. Co się działo? Jednak to, do czego doszedł, wcale mu się nie spodobało. Wszyscy głupawo na niego patrzyli, jak gdyby w ogóle się nie przejmując, że on tam jest. Co ich interesowało? Odpowiedź uderzyła go jak grom z jasnego nieba. No jasne! Pewnie żartowali sobie z jego nieporadności, naśmiewając się z chwilowej niepełnosprawności ruchowej! Łzy niekontrolowanie popłynęły po jego policzkach, tworząc wyżłobienia w gęstym futrze. A więc to tak się bawili? Tak zamierzali pogrywać? Bawiło ich to? Łzy jeszcze bardziej się nasiliły i odwrócił wzrok, jakby mając nadzieję, że nikt nie dostrzeże tej chwilowej słabości.
— Będzie dobrze… — usłyszał gdzieś szept za głową, który poniósł się wśród ciszy i po chwili ucichł. Dobrze? Naprawdę? Tak gardził tym kłamstwem, brudnymi, paskudnymi słowami. Niby dały mu one zapewnienie, że słowa medyczki raczej nie dotyczyły szyderstw, jednak nie przyniosły ukojenia, które było teraz dla niego najważniejsze. Nieporadnie się posunął, by zrobić miejsce dla Mureny, a jego lico skrzywiło się w bolesnym grymasie.
Nieprzekonany pociągnął nosem i zignorował swoje irytujące myśli, a siostra tylko bezradnie czyściła jego posklejaną i poplamioną krwią sierść. Przynajmniej się go nie wstydziła… Dawała mu poczucie miłości. Matczynego ciepła.
— Jesteś silny… Dasz radę. — Ciągnęła dalej, jakby twierdząc, że ta mantra jest w stanie przełamać prawa wszechświata i wskórać coś w tym nieczułym świecie. Los jednak nie był wobec niego pobłażliwy, zsyłając tragedię i niezmierny ból. Chciał coś odszeptać, wykrztusić z siebie dla niej choć jedno słowo, lecz jego głowę wypełniło znajome mu pulsowanie i po chwili nie było nic więcej, niż po prostu ciemność.

***

Nigdy nie ubrał tego w słowa, ale los był po prostu żałosny.
Bo nieważne, jak bardzo się starał, jak się poświęcał, i tak skończył na dnie.
Bez nadziei.
Bez łapy.
Czy ktoś się go pytał o zdanie? Czy w ogóle kogokolwiek to obchodziło? Oczywiście, że nie. Był tam przez cały czas. Mogli wyjaśnić mu sprawę, spytać o zgodę, przynajmniej udawać, że ich obchodzi. Jednak na co komu żałosne dziecko kaleka? Tak, jak najbardziej zdawał sobie sprawę, że mógł jeszcze wiele osiągnąć. Do tego przecież prowadziła go kręta droga życia, do sukcesu, sławy. 
Jednak dalej pozostawał sam.

***

— Niech wszystkie koty zdolne samodzielnie polować zbiorą się u stóp sumaka! — po legowisku medyka poniósł się głos Sroczej Gwiazdy, która zapewne zmierzała ku wspomnianemu drzewu, aby ogłosić nowiny dla klanu. — Jak większość z was już zapewne słyszała, wczoraj, podczas patrolu łowieckiego przy granicy z terenami niczyimi, nasi wojownicy zostali brutalnie zaatakowani przez grupę barbarzyńskich samotników. Mimo naszej łaski, ich plugawa krew nadal śmie plamić nasze tereny, krzywdzić nasze młode. To jednak nie wszystko. Algowej Strudze udało się pojmać jednego z członków ich grupy. Po przesłuchaniu wyznał, kto był celem ich ataku... — Liderka urwała, nabierając z ciężkością powietrza — Świadomie zaatakowali rodzinę królewską, by osłabić Klan Nocy. Zaatakowali więc nie tylko naszych pobratymców, ale także zamachnęli się na przyszłość całej społeczności! Zachowanie tych włóczęgów jest niegodne i musi spotkać się z odpowiednio wymierzoną karą — Nastąpiła kolejna pauza, podczas której wszystkie głosy ucichły, jak gdyby czekając na surowy werdykt sędziwej kotki. — Klan Nocy nie lęka się byle pchlarzy. Umiemy sięgnąć po swoje. Zbyt długo pozostaliśmy bierni na ich egzystencje. Czas najwyższy udać się po przywłaszczone sobie przez nich tereny i odebrać naszą własność ze zdwojoną siłą! — zapowiedziała gniewnie, rzucając groźbę w tłum, jak gdyby znaleźć miał się w nim ktoś zainteresowany, kogo bezpośrednio dotyczyły jej plany.
— Co z samotnikami, którzy zaatakowali patrol? Czy było ich więcej? Co, jeśli zdecydują się zaatakować także pozostałych członków klanu? — Po chwili ciszy dało się słyszeć Biedronkowe Pole, której pytanie spowodowało kolejne szepty.
-—Właśnie dlatego musimy podjąć działania szybciej niż oni. Ci, którzy ośmielili się zaatakować moją rodzinę, zostali bezwzględnie zgładzeni. I podobny los czeka każdego, kto zdecyduje się podnieść swój pazur na Klan Nocy. Nie powinniśmy się ich jednak zbytnio obawiać. Są jak szczury, skryte pośród odpadów dwunożnych. Silni jedynie w grupie. Po jej rozbiciu stają się słabi, zagubieni, jak kocięta bez matki — zapewniła Sroka.
— Czy to znaczy, że stoi za nimi jeden kot? Działają jako zorganizowana grupa? — miauknęła Syreni Lament.
— To podejrzewamy — potwierdziła liderka po chwili milczenia, jak gdyby ważyła słowa na własnym języku.
— Czy w takim razie powinniśmy unikać odwiedzania tych okolic? — Tym razem rozległ się młodzieńczy głos Lśniącej Ikry.
— Wręcz przeciwnie. Nie możemy okazać, że ich atak na nas wpłynął — odpowiedział Pchli Nos, wyręczając czarno-białą.
— Wszyscy musimy mieć oczy dookoła głowy i zachować ciągłą czujność. Wszelkie niezgodności, niepokojące zapachy, znaki, ślady, wszystko co waszym zdaniem odstaje od normy, należy niezwłocznie zgłaszać do mnie — do dyskusji dołączyła dotąd milcząca zastępczyni.
Gdy pytania do liderki ucichły, a koty zajęły się szeptami między sobą, Srocza Gwiazda ponownie zabrała głos:
— To jednak nie jest wszystko, o czym chciałabym powiedzieć na tym zebraniu. Podczas zamachu wszyscy walczyli nadzwyczaj odważnie, a szczególnie nasi najmłodsi uczniowie, jednak największym poświęceniem wykazała się dwójka terminatorów. Murenowa Łapa i Sterletowa Łapa, który teraz zmaga się z własną walką i nie może być obecny na zebraniu.
Gdy wypowiedziane chwilę wcześniej słowa dotarły do kocura, nie mógł pojąć ich znaczenia w tej wypowiedzi. Co… Jak?
 — Murenowa Łapo, wystąp — poleciła, zwracając się do prawnuczki. — Wczoraj wykazałaś się cechami, których mógłby pozazdrościć ci niejeden wojownik. Obroniłaś własny klan, nie ukazując przy tym choćby krzty lęku, ceniąc go ponad swoje życie. Z tego też względu ja, Srocza Gwiazda, przywódczyni Klanu Nocy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tę oto uczennicę. Trenowała pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam ją wam jako kolejną wojowniczkę. Murenowa Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia?
— Przysięgam.
— Mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Murenowa Łapo, od tej pory będziesz znana jako Czyhająca Murena. Klan Gwiazdy ceni twoją szlachetność, honorowość i drzemiącą w tobie odwagę, oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Nocy!
Sterletowa Łapa nie powstrzymał uśmiechu. Cały ten ból, całe cierpienie było warte szczęścia siostry. Mimo, że w ostatnio stracił tak wiele rzeczy, jedna rzecz pozostawała niezmienna - miał kogoś, kto go kochał. I choć w każdej komórce ciała czuł wycieńczenie, dołączył się do radosnych okrzyków… choć może nie skandował tak głośno, jak pozostali. Miał nadzieję, że gdzieś tam Murena go słyszy, świętuje razem z nim. Jednak gdy głosy ledwo ucichły, liderka kontynuowała:
— Podobnego zaszczytu dostąpi dziś także twój brat, Sterletowa Łapa, który mimo braku dorosłego imienia, w moim sercu już stał się wojownikiem. Klan Gwiazdy również dostrzega jego oddanie, waleczność i mądrość, dlatego w ich imieniu nadaję mu nowe, zasłużone imię. Sterletowa Łapa będzie znany od dziś jako Sterletowa Łuska!
Może… Może jednak warto było czekać.
Zdecydowanie.

[1768 słów]

[przyznano 35%]

10 lutego 2025

Od Sterletowej Łapy

Zanurkował i rozwarł szczęki, zaciskając je na oślizgłym ciele. Gładko wysunął się spod naporu słonej wody i zwycięsko uniósł pysk.
To było jedno jego z pierwszych polowań na ryby. Z czasem szło mu coraz lepiej i był dumny ze swoich osiągnięć, a „formalność” stała się jego wręcz ulubionym zadaniem. Podczas pływania czuł się wolny niczym ptak, jak gdyby czas zwalniał specjalnie dla niego. Mógł tańczyć, wirować, śpiewać, bo i tak nikt by go nie usłyszał. Ten fakt napawał go optymizmem i nieodpartą chęcią robienia głupot…
Łowienie ryb to też był niezły dodatek. Morze obdarowywało ich nagminnie ze swojego skarbca różnymi tajemnicami, które nieraz okazywały się pożywieniem… W zasadzie zazwyczaj. Jego głębie były magiczne i pochłaniające, a z każdym krokiem chciało się dotrzeć głębiej i głębiej. Z czasem odpowiadał więc na te wołania, wskakując z uśmiechem z bezkresną, błękitną toń.
Prędko wyskoczył z wody, gwałtownie się otrzepując, przez co jego futro skleiło się w większe pasma. Zaczął więc je wylizywać w nadziei, że będzie bardziej oklapłe i choć odrobinę mniej wilgotne. Nie miał jednak zbyt wiele czasu, ponieważ było u schyłku dnia i niedługo słońce miało zejść z nieboskłonu, a niebo powoli zaczynało zmieniać barwy. Tak też powstał z ziemi, chwycił w pysk dwie upolowane przez siebie ryby i skierował w stronę obozu. Po drodze miała czekać na niego Spieniony Nurt, która na chwilę go pozostawiła, by trochę powęszyć w okolicy. I może by nie przyznał tego na głos, ale naprawdę brakowało mu jej towarzystwa. Przebywanie samemu było takie… puste? Bezsensowne? Prychnął pod nosem i dalej szedł przed siebie, aż nie dojrzał wojowniczki przy polnej drodze.
— Nic nie znalazłam — stwierdziła, dołączając się do niego i idąc w rytmie jego kroków. — Jak widzę, ty za to nie próżnowałeś. Gratulacje.
Uśmiechnął się na pochwałę i pozwolił rozbrzmieć tym słowom w swojej głowie. “Gratulacje”. Czyli rzeczywiście się na coś przydał…
[396 słów + łowienie ryb]

[przyznano 8% + 5%]

Od Sterletowej Łapy

— Ważne jest to, by sprawdzić, czy drzewo nie jest spróchniałe — tłumaczyła im spokojnie Pianka z kamiennym obliczem, jednak w jej oczach dało się dostrzec iskierki radości. Znali ją na wylot, więc wiedzieli, że dystyngowane zachowanie jest jedną z niewielu masek kotki… Pokiwali jednak głową na znak zrozumienia i delikatnie przysunęli się bliżej liliowej, na znak, że chcieliby dowiedzieć się, jak to zrobić.
Spieniony Nurt skierowała się do najbliższego drzewa, dając im znak ogonem, by podążali za nią. Uderzyła w pień, a wydobył się z niego krótki, pusty odgłos, który chwilę niósł się w okolicy i stanął całkowicie nagle, jak gdyby ktoś gwałtownie go przytłumił. Sterletowa Łapa zaciekawieni przechylili głowę i przenieśli wzrok na zastępczynię, oczekując kontynuacji.
— Gdy drzewo ma taki wydźwięk, to znaczy, że nie należy napoczynać wspinaczki. Jest puste w środku, przez co staje się bardziej kruche i łamliwe — wyjaśniła im, podchodząc do innego pnia, który wydał się całkiem bezpieczny. Prychnęli z irytacji, widząc, jak wysoko mieli się wspiąć. Roślina nie była wcale niska, a wspinaczka to nie był ich żywioł czy też wymarzone zajęcie. Pianka uśmiechnęła się dobrotliwie i z nieobliczalną wręcz cierpliwością rzuciła na koniec:
— Nie patrz w dół. To nigdy nie jest dobre posunięcie, tylko cię zdekoncentruje bądź wystraszy. Najważniejsze jest myśleć, co jest tu i teraz, dołem zajmiesz się później. Ale pamiętaj - jeśli znajdujesz się wysoko, to najlepiej zejść tyłem ze względu na długą przestrzeń i duże ryzyko, że przy okazji spadniesz w dół poprzez napór powietrza.

***

Choć wcześniej podejrzewali, że wspinaczka nie będzie zachwycająca, teraz już mieli co do tego całkowitą pewność. Jakże zamierzali przecież dotrzeć tam z tak wielkim lękiem wysokości? Czuli się całkowicie wyczerpani i jedyną rzeczą, która ich podtrzymywała od padnięcia na ziemię był fakt, że mentorka nadal ich widziała. Musieli robić dobre wrażenie, aby zaimponować, jednak dotąd nie do końca im wychodziło… Westchnęli męczeńsko i zawrócili w drogę powrotną do obozu, mijając się z Lagunowa Łapą i Mandarynkowym Piórem. Powitali ich zdawkowymi słowami i ruszyli dalej, płonąc z wściekłości przez fakt swojego niechlujnego wyglądu. Ich sierść była cała posklejana, a gdzieniegdzie wplątały się w nią kawałki patyków i liści podczas wyczerpującego treningu. W złości tupnęli łapą i przystanęli, aby wreszcie się umyć i dotrzeć do wymarzonego legowiska uczniaków…


[473 słowa + wspinaczka na drzewa]

[przyznano 9% + 5%]

06 lutego 2025

Od Łuski (Sterletowej Łapy) CD. Mureny (Murenowej Łapy)

Sterletowa Łapa dławił się wodą i w myślach przeklinał swoją mentorkę.
— Musisz utrzymywać się na powierzchni! Panuj nad tym! — rzuciła po raz kolejny Spieniony Nurt, przyglądając mu się z brzegu. Pchnął więc silniej swoimi łapami w bezkresną wodę, a prąd wypchnął go ponad fale. Niezdarnie przepłynął jeszcze kilka długości i wręcz wyczołgał się na brzeg, kasłając słoną cieczą.
Podobnie pływanie miało wzmocnić jego mięśnie, lecz nie odczuwał tego - ostatnimi dniami towarzyszyły mu tylko ból i zmęczenie, nie tylko fizyczne, a także psychiczne. Wszystko zlewało mu się w jedną całość, a nieraz nawet zapominał o posiłkach. Tak bardzo chciał dorównać swojemu rodzeństwu i pokazać Mandarynkowemu Pióru, że może być z niego dumna…
Uśmiechnął się delikatnie do zastępczyni.
— Następnym razem dam radę.


* * *

— Cześć — Głos Murenowej Łapy rozbrzmiał delikatnie pośród półmroku legowiska niczym wiosenny wietrzyk.
— Hej — odpowiedział, lekko przechylając głowę i wbijając w nią swój wzrok. Nie podobało mu się to wszystko... Kiedyś sobie obiecali, że na zawsze będą razem, prawda? Tymczasem ich relacja jedynie się burzyła. On miał swoje życie, Murena swoje i choć chciał z nią się podzielić tak wieloma rzeczami, ona nigdy nie znajdowała czasu. Mimo to uśmiechnął się delikatnie i miał nadzieję, że kąciki jego warg nie opadną zbyt prędko. — Jak trening?
Odsunęła na moment pysk od ogona i wyprostowała się. Dopiero gdy nastała dręcząca cisza, zdał sobie sprawę, że kotka także musiała odczuć wiszące między nimi napięcie.
— Hm, dobrze. Dzisiaj razem z Algową Strugą kontynuowałyśmy naukę polowania i udało mi się złapać mysz; to dalej niezbyt wielki sukces, chociaż Alga cały czas jest zadowolona z moich postępów — stwierdziła.
Jego uśmiech delikatnie się powiększył na wyobrażenie treningów Murenowej Łapy z ciotką. Na pewno nawiązały wspaniałą nić przyjaźni, mimo że znacznie różniły się wiekiem.
— Jestem pewien, że świetnie ci poszło. Chciałbym umieć tyle, co ty — rzekł, wcale nie mijając się z prawdą. Jego siostra rzeczywiście była od niego lepsza... Co w sumie nie było nowością. — Spieniony Nurt nie spieszy się zbyt z treningiem. Martwię się, że uważa, że jestem słaby i nie dam sobie rady.
Jej kącik ust delikatnie uniósł się do góry, jednak uderzenie serca później pozostawił po sobie jedynie pogodny wyraz pyska.
— Nie mów tak, Łusko! Jestem przekonana, iż nie to jej chodzi. Wiesz, w końcu jest zastępcą; to wielki zaszczyt, że dostałaś właśnie ją na swojego mentora, ale na pewno ma wiele obowiązków.
— Może i tak — stwierdził niechętnie i pozwolił sobie w końcu usiąść obok czarno-białej. Mimo że mogła mieć rację, nie chciał jej tego przyznać. Spieniony Nurt pewnie i się starała, ale czemu nadal był w treningu wcześniej niż rodzeństwo? Jednak nie to było teraz najważniejsze, a raczej fakt, że tym sposobem raczej Mandarynkowe Pióro nie zacznie go bardziej kochać... — Zacząłem ostatnio więcej biegać. Mam nadzieję, że to mi pomoże stać się lepszym. Może choć odrobinę.
Skinęła głową wesoło.
— Widzisz? To już coś. Poza tym Spieniony Nurt na pewno już cię czegoś nauczyła! Zobaczysz, zanim się obejrzysz, nauczysz się tych wszystkich rzeczy.
W milczeniu przyjął słowa Mureny i w duchu stwierdził, że rzeczywiście, Pianka pokazała mu wiele nowych rzeczy. Delikatnie się schylił i złapał w pysk łodygę śnieżnobiałego kwiecia, wkładając jej za ucho. Uśmiechnął się delikatnie i przekręcił głowę, oceniając efekt końcowy.
— Ślicznie wyglądasz — stwierdził, minimalnie poprawiając roślinkę. — Jak królewna... Którą jesteś. Jak całe nasze rodzeństwo. Ale wiesz, ty jesteś taką... Piękną! Dostojną!
Oblał ją rumieniec, a na jej pyszczku pojawią się nieco zmieszany uśmiech.
— Dziękuję... — odparła cicho. — Ty też jesteś śliczny!
Przez chwilę chciał zaprzeczyć, jednak dobrze wiedział, że to prawda... Nie wiedząc więc, jak dalej pociągnąć rozmowę, rzucił niepewnie:
— Wiesz, chyba będę się już zbierał. Muszę skoczyć na wszelki wypadek do medyka, kaszel mnie trochę bierze i boję się, że się rozchoruję.
Uniosła łeb, uderzając ogonem o ziemię.
— Wszystko w porządku? Jeśli sobie tego życzysz, mogę udać się tam z tobą — oznajmiła, unosząc nieznacznie brew.
— Nie, dzięki — rzucił, nieznacznie posuwając się ku wyjściu. — Sam załatwię to szybciej. Lecz nie martw się, za niedługo znów się spotkamy!


[652 słowa + pływanie]
<Mureno?>

[przyznano 13% + 5%]

Wyleczeni: Sterletowa Łapa

19 grudnia 2024

Od Łuski Do Szałwika

Niewielkie ślepia rozwarły się, a mózg dalej dość młodej persony ze spokojem przyswoił widok wyrwanego z objęć snu obozu. Łuska ziewnęli szeroko i od niechcenia przewrócili się na drugi bok, walcząc z ogarniającą ich sennością. Słońce wspięło się ku górze już dawno temu, a ich nadal nie obudzono. Na niebie wisiało kilka pojedynczych obłoków, a liście szeptały podczas gonitwy z wiatrem. Szczerze mówiąc, nie lubili spać dłużej niż potrzeba - całkowite minimum im wystarczało.
Obóz tętnił życiem. To tu, to tam dało się słyszeć niewinne przekomarzanki czy serdeczny śmiech, ale nie brakowało także gderliwych uwag. Tuptająca Gęś zajęła się organizacją patroli, a medycy szykowali się do zapewne pracowitego dnia, błąkając się w okolicach swego legowiska. Jednak ich uwagę zwrócił poszczególny element tego rozgardiaszu, mianowicie ich ojciec.
Kierował się ku kociarni z uśmiechem błąkającym się na wargach, choć Łuska nie byli pewni, co było powodem tej naiwnej wesołości. Skrzywili lekko pyszczek i z niechęcią próbowali się ukryć w jakimś ciemnym kącie. Sama wizyta ojca szczególnie im nie przeszkadzała, jednak to, co ze sobą przyniósł… Obrzydlistwo. Nauczyli się już doceniać niewielkie mrówki, zawzięte pszczoły, opancerzone chrząszcze i innych przedstawicieli stawonogów. Jednak… pająki? Wzbudzały w nich nieopisaną odrazę. Obleśne, włochate i co najważniejsze małe, nigdy nie uzyskały od nich przychylności. Ich uwagę przykuł jednak Szałwik, który siedział w kącie legowiska robiąc coś, czego w zasadzie nie mogli określić. Z braku większej ilości opcji podbiegli do niego i ukryli tuż za nim.
— Osłaniaj nas przed tym grzesznikiem! — syknęli.

<Bracie?>

09 grudnia 2024

Od Łuski

Najpierw nadeszło zimno. Nagłe, paraliżujące. Pojawiło się czucie w odrętwiałych kończynach, słuch, węch. Oraz… także i pierwsze tchnienie.
Kocię po raz pierwszy napełniło swoje płuca tlenem, najpierw niepewnie, a potem z coraz większą zachłannością. Było to coś, czego podświadomie pragnęło i w końcu mogło się tym nacieszyć, dławiąc się z każdym kolejnym razem, i czując niewysłowioną ulgę. Powietrze przyjemnie łaskotało je w gardło i sprawiało, że lęk powoli znikał w zarodku, a rozluźnienie opanowało jeno ciało. Pozwoliło sobie na jeden, przeciągły pisk, delikatnie rozciągnęło dalej lepkie łapki i uniosło z trudem pyszczek ku górze. Wszystko było mu takie… obce. Po raz kolejny zdecydowało się na żałosny lament i jego prośby zostały wysłuchane. Mokra, szorstka nawierzchnia przejechała mu po plecach, powodując nowe, nieznane mu uczucie, dzięki któremu pozwoliło sobie na rozluźnienie. Po pewnym czasie i to stało się nieprzyjemne, więc niezdarnie potoczyło się na bok w kierunku ciepła. Zasklepiało ono jeno pyszczek, zapełniało pragnienia, ale spowodowało niewyjaśniony głód. Burknęło niezadowolone i bezskutecznie próbowało przecisnąć się poprzez inne ciałka, które szczelnie blokowały dostęp do mleka. Z pomocą nadszedł mu nieznajomy, który przysunął go ku matce, omijając rodzeństwo. Niepewnie chwyciło sutek i niezdarnie połknęło kroplę ciepłego płynu. Chciało coraz więcej… I dostało to.