— Nic nie szkodzi, drogi! Później sobie go ułożę raz jeszcze, a teraz pokaż mi tę łapę, no — powiedział, przysuwając do siebie ciemną kończynę i oglądając ją dokładnie. Nie potrzebował wiele czasu na namysł, ponieważ już uderzenie serca później kiwnął głową jakby na znak, że przyjął i zabrał się za robienie mikstury ziół. Chwycił rozgałęzioną roślinę o grubym, jasnym i porządnie rozgałęzionym korzeniu, delikatnie ubrudzoną w suchej ziemi. Starł ją z niej łapą. Ząbkowe liście kolczaste, kwitnące fioletowe kwiaty zdradziły czekoladowej, iż był to łopian mniejszy. Na ugryzienia szczurów najczęściej używało się sposobu z dzikim czosnkiem, ale łopian działał równie dobrze. Najzwyczajniej w świecie był rzadziej spotykany. Papka pokryła ciemne kłosy starszego, który skrzywił się delikatnie. — Poboli cię chwilę i przestanie, zaufaj mi — próbował go jakoś pocieszyć niebieskooki. Wreszcie zawinął mu łapę w pajęczynie ciasno i sprawnie, żeby papka się nie starła przy ruchu. — Odpoczywaj i nie nakładaj na nią zbyt wielkiego nacisku. Jeśli chcesz, możesz się dzisiaj przespać u mnie, dopóki nie poczujesz się lepiej.
Dryfująca Bulwa pokręcił delikatnie i nieśmiało głową.
— Nie mogę. Czeka na mnie w naszym schronie moja partnerka, rozumiesz — spojrzał na swoje łapy, uśmiechając się delikatnie. Wernyhora pokiwał głową z zapałem.
— W takim razie wróć do mnie, jeśli poczujesz się inaczej lub będziesz chciał najzwyczajniej w świecie spędzić z kimś czas — uśmiechnął się do niego, a brązowooki z wdzięcznością pochylił się lekko, żegnając się z dwójką charakterystycznym ruchem ogona. Kobczyk przewróciła oczami, pazurem wydrążając w ziemi małe kółeczko. Nic ciekawego. Wernyhora na chwilę wyszedł, zostawiając brązowooką samą, chociaż jej to nie przeszkadzało.
Następnym w kolejce okazał się Monarch Pierwszy. Pora Zielonych Liści przyniosła ze sobą masę infekcji, co nie było raczej czymś typowym. Zazwyczaj koty chodziły i pociągały nosem, niżeli martwiły się, czy jutro przestaną mieć czucie w łapach. Kobczyk wyprostowała się lekko, przejeżdżając językiem parokrotnie po swojej piersi, gdy niebieski kocur wszedł do środka i przywitał się z nią skinieniem głowy z tym swoim głupkowatym uśmieszkiem.
— Boli cię ucho, przyjacielu, prawda? Pozwól mi się mu przyjrzeć i już ci pomagam — powiedział mu Wernyhora. Dzisiaj był wyjątkowo mało gadatliwy. Może to przez to, że skupił się bardziej na robocie, niżeli paplaninie? Zamruczał cicho. — Kiedyś przyszedł do mnie pacjent podobny do ciebie. Już następnego dnia nie bolało go nic! Normalnie, jakby jakieś siły wyższe mu użyczyły swojej łaskawej łapy. Był od razu bardziej energiczny, jakby tchnęła w niego nowa, kocięca wręcz energia… — Wycofał się do magazynku z powrotem, nadal coś gadając, trochę do siebie. Kobczyk nie sądziła, by Monarch go słuchał szczególnie długo. Zamiast tego rozglądał się po norze, jakby szukał punktu, na którym mógł zawiesić wzrok. Łaciaty wrócił z ulistnioną, wzniesioną roślinką o intensywnie żółtych kwiatach. Jej aromatyczny zapach rozniósł się po jamie, kręcąc niebieskiemu lekko w nosie. Wernyhora zabrał się za żucie jej na papkę, w smaku była ostra i przez to nieprzyjemna. Szybko się jednak z tym uporał i tego pacjenta potraktował dokładnie tak samo, jak poprzedniego, chociaż w tym przypadku to ucho zostało obandażowane, a nie łapa.
— Dziękuję ci, Wernyhoro. Miłego dnia! — powiedział Monarch Pierwszy, nawiązując chwilowy kontakt wzrokowy z Kobczykiem, zanim nie wyszedł z jamy. Kocica westchnęła, kręcąc głową. Nic tu po niej. Niczego dzisiaj nowego nie zaobserwowała. Czuła się tak, jakby odrobinę zmarnowała swój czas, przesiadując tutaj. Dlatego też podniosła się ze swojego miejsca i gdy już miała wyjść, niebieskooki mruknął do niej jeszcze;
— Cieszę się, że dzisiaj przyszłaś. Nie każdy mentor ma możliwość utrzymywania kontaktu ze swoimi uczniami po zakończeniu nauki. Szerokiej drogi, Kobczyku. I zgłoś się do mnie, w razie, gdybyś potrzebowała. Twoja mama nie czuła się ostatnio za dobrze, prawda? Weź to, to jej pomoże. — Łapą przysunął następną dawkę pięciornika kurzego ziela. Miała ochotę znów przewrócić oczami, nie była już przecież koteczką, która dopiero co się uczyła. Wiedziała, które zioła, do czego służyły. Mimo wszystko nie skomentowała tego i wzięła zioło, a samotnik pożegnał się, strzygąc spokojnie wąsami. Czekoladowa wyszła wreszcie z tunelu. Pod łapami czuła nieco zwilżoną, wysoko pnącą się trawę. Niebo pokryło się gęstymi, śnieżnobiałymi chmurami, przestrzelonymi w paru miejscach przez dużo ciemniejsze, najprawdopodobniej burzowe. Musiała szybko wrócić do swojego domu, w przeciwnym razie zmoknie, bo ulewa była tuż za rogiem.
***
Krople deszczu uderzały o igły drzew iglastych, przepuszczając przez nie ciecz masowo, która potem ze stukotem opadała na poszycie leśne. Kobczyk przysunęła się do Mewy i zachęciła ją do tego, żeby spożyła zioło na infekcję. Jej mama była od jakiegoś czasu chorowita – jak nie infekcja, to kolec w łapie, zawsze coś… Vanka pozwoliła sobie pomóc w postaci nałożenia papki na łapę i obwiązania ją pajęczyną, co Kobczyk zrobiła dość mechanicznie i wręcz odruchowo. Mewa zamruczała, układając kończynę przed siebie ostrożnie, jakby bała się, że każdy ruch mógł jej zetrzeć cenny medykament. Nie było to błędnym spostrzeżeniem; jeśli tylko zaczęłaby nią trzeć po gruncie, pajęczyna bardzo łatwo by się zabrudziła i ześlizgnęła z łapy, a wraz z nią papka z zioła. Musiała się porządnie wchłonąć i zwalczyć infekcję.
— Dziękuję ci, kochanie. — Po tych słowach polizała ją lekko po głowie jak za czasów kocięcych. Kobczyk nie skomentowała tego w żaden konkretny sposób. Dokończyła swoją robotę i miała nadzieję, że teraz czas będzie mogła poświęcić na poszerzanie swojej wiedzy odnośnie do prowizorycznego oka.
Wyleczeni: Dryfująca Bulwa, Monarch Pierwszy, Mewa
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz