BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 26 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poranna Łapa x Jutrzenkowa Łapa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poranna Łapa x Jutrzenkowa Łapa. Pokaż wszystkie posty

26 grudnia 2023

Od Zarannej Zjawy CD Porannego Zewu

*już jakiś czas temu*

— Jutrzenko… — niespodziewanie do skulonych uszu burej doszło sapnięcie jej własnej siostry. Poranny Zew. To ją skrzywdziła. To z nią popsuła relacje, może nawet na zawsze. Poranek nie powinna musieć się nią zajmować. A sama Zaranna Zjawa także nie chciała, by tu była, by patrzyła na pełny obraz jej emocji, smutków i żali. By patrzyła, jak bura sama siebie niszczy, mniej lub bardziej świadomie.
— Idź sobie… — wyszeptała w końcu, próbując uregulować oddech.
— Nie ma takiej opcji. Jesteś ranna, nie zostawię cię tu tak. A poza tym… Ty mnie nie zostawiłaś, kiedy byłam w podobnym stanie, nawet po tym, jak powiedziałam ci te okropne rzeczy — powiedziała spokojnie siostra. Ku jej zaskoczeniu niebieska ułożyła się obok burej, stykając ich boki razem, nie przejmując się tym, że teraz i jej futerko przesiąka krwią. — Poleżę tu z tobą, aż będziesz w stanie wstać. Potem będziemy musiały coś zaradzić na twoje łapy. Mogę się tym zająć, niedaleko stąd rośnie szczaw. Musisz mi tylko na to pozwolić…
Zajęczo pręgowana nie rozumiała.
— Dlaczego to robisz? — spytała starsza z sióstr — Ja… Skrzywdziłam Rozwydrzoną Łapę. Widziałam, jak bardzo cię to dotknęło…
— Dlaczego to robię? Bo jesteś moją siostrą. Bo ty zrobiłabyś dla mnie to samo. Bo wiem, że sama wielokrotnie cię skrzywdziłam, więc tak właściwie powinnam się cieszyć, że chcesz jeszcze ze mną rozmawiać. Bo, choć jestem na ciebie cholernie zła, a być może nawet cię nienawidzę za to, co zrobiłaś Nocce... wciąż cię kocham — wyrzuciła z siebie. Dla potwierdzenia swoich ostatnich słów liznęła ją w ucho. Tak dawno Zaranna nie czuła bliskości drugiego kota. Nie czuła uspokajających liźnięć na swoim futrze, jakiegokolwiek wyrazu czyjejś troski. To było takie kojące, mimo wszystko… — Mogę opatrzyć ci łapy? Znajdę ten szczaw i mogę zaraz wziąć się do roboty. Im później to zrobię, tym gorzej — dorzuciła.
Bura skinęła głową, wbijając spojrzenie we własne łapy.
Po chwili obie wstały, a Zaranna Zjawa podążyła za Poranek, krzywiąc się lekko przy każdym kroku przez ból od poranionych, krwawiących poduszek. Nie potrafiła już tego ukrywać. Przynajmniej nie teraz. Tej słabości, tego, że ją bolało, że była zmęczona i zdruzgotana.
Siostra zerwała szczaw, po czym szybko wycisnęła z niego sok na jej poduszki. Niemiłosierne szczypanie rozniosło się po kończynie burej, ale ta jedynie położyła po sobie uszy. Sama to sobie zrobiła. Poza tym… zasługiwała na ból.
— Gotowe — stwierdziła po chwili Poranek, po czym wzięła pobliską pajęczynę uplecioną między dwoma wyższymi roślinami, a następnie użyła jej by ochronić chociaż trochę łapy Zarannej przed konsekwencjami chodu w takim stanie.
— Dziękuję — miauknęła cicho bura, na chwilę spoglądając prosto w żółte oczy siostry.
— Nie ma za co — niebieska odwróciła spojrzenie. Zaranna znów położyła po sobie uszy, a potem wróciły w niezręcznej ciszy razem do obozu, w którym to starsza z nich ponownie nałożyła maskę chłodu na pysk.
***
*tuż po tym całym ambarasie w KW*

Nie mogła uwierzyć w to, co się stało.
To było jednocześnie niczym koszmar, jak i wybawienie.
Jej matkę postrzelił piorun. Piorun, w biały dzień!
Klan przeżywał żałobę, ona także. Stracili liderkę, ona matkę, z którą tak, relacja jej się posypała, ale mimo wszystko dalej była do niej jakoś przywiązana…
Ale kaskada wydarzeń, która nadeszła później zaskoczyła wszystkich.
Zginął Łabędzia Łapa, który jeszcze niedawno był zwykłym kociakiem w żłobku. Natomiast Gęsi Wrzask, Ostatni Świt, Lawendowa Łapa i Poranny Zew popełniły samobójstwo.
Dwie siostry i uczennica jej matki po śmierci Szakalej Gwiazdy postanowiły odebrać sobie życie i udało im to się, nie wspominając już o Gęsi, którego także coś pchnęło do tego czynu. Natomiast Gryczana Łapa i Pierzasta Czerń zaginęli niedługo potem. A na ostatek Wilcza Łapa zatruła się jedną z trucizn ze składziku.
Jednocześnie była obojętna, smutna, jak i szczęśliwa. Jednocześnie czuła żal, jak i ulgę. Ulgę, że już nie była tą najgorszą z rodzeństwa. Ba, była najlepszą, bo poza nią został jedynie jej brat nieudacznik, który dalej był uczniem! Jej starsza siostra złamała się pod naporem życia jako pierwsza. Ostatni Świt zawsze wydawała się wszystkim najsilniejsza, najgroźniejsza, najsprawniejsza, najsilniejsza psychicznie i najbardziej odporna z nich wszystkich. A popełniła samobójstwo. Przed nią. Poddała się. Przegrała. Spotkała ją kara. Kara wszechświata za to, jak znęcała się nad Zaranną Zjawą za kocięstwa jak i czasów uczniowskich. Kara za bycie tak okrutną wobec własnej, znacznie słabszej i niewinnej siostry, która nigdy jej nic nie zrobiła, nic, co mogłoby logicznie spowodować choćby i u bardzo cholerycznego osobnika taką nienawiść, że aż gdy tylko pojawiała się w jego zasięgu wzroku, dostawała w pysk masą oszczerstw a nie raz nawet i przemocy fizycznej. Do tego nie musiała już się martwić idąc do legowiska medyka, bo nie było tam krzykacza, którego tak bardzo się dawniej bała a do ostatnich jego dni unikała – Gęsiego Wrzasku, kapłana kultu jak i medyko-wojownika i partnera Chłodnego Omenu.
Ale z drugiej strony… nie miała matki. Poranny Zew, jedyna z rodzeństwa, którą jakkolwiek jej los obchodził, jedyna, która się nią przejmowała i w ogóle się z nią zadawała, ta siostra, z którą Zaranna Zjawa tak bardzo pragnęła odbudować relację popełniła samobójstwo. Gryczana Łapa zniknęła. Ananasik nie żył. Biedny kociak zatruł się wilczymi jagodami. I dwa inne koty, na których nie za bardzo jej zależało, ale którym także raczej nie życzyła źle odeszły. Jedno zaginęło, drugie odebrało sobie życie.
To zdecydowanie nie był dobry okres dla Klanu Wilka.
Ale czy był taki również dla Zarannej Zjawy?
Trudno było stwierdzić.
Stała nad grobem swej błękitnej siostry. Pochyliła się nad nim, następnie zaczynając kopać mały dołek tuż obok. Gdy tylko ten był dostatecznie jej zdaniem głęboki, wrzuciła tam jeden z bursztynów, które zebrała na Bursztynowej Wyspie wraz z Malwowym Rozkwitem. Przysypała bursztyn wykopaną ziemią, po czym lekko ją przysypała, by następnie unieść spojrzenie na kupkę ziemi oznaczającą mogiłę jej własnej siostry.
Łzy powoli zaczęły skapywać z jej policzków, gdy patrzyła na ten grób. To właśnie śmierć Porannego Zewu była w tym wszystkim dla niej najgorsza. Mimo tego, jak wiele przeżyła załamań swym życiu, jak wiele razy chciała zniknąć, zginąć, to…
To dalej nie rozumiała.
Dlaczego Poranek tego chciała?
Tak, zginęła jej matka, siostra i dawny mentor. Ale miała kochającą partnerkę, Nocny Kwiat, która teraz została sama. Miała Zaranną Zjawę, która mimo że nie czuła się pewnie w jej towarzystwie i nie spędzała z nią wiele czasu, kochała ją. Tak bardzo. Miała wszystko, czego Zaranna Zjawa tak przez swe całe życie bardzo pragnęła. Szacunek. Kochające ją bezwarunkowo koty. Dobrą relacje z rodziną. Strachliwą, acz nie tak bardzo zawodzącą uczennicę. Stabilną pozycję w klanie.
A ona tak po prostu…
Z gardła kocicy wydobył się głośny lament, gdy owinęła się wokół grobu swej siostry, okrywając go ogonem niczym najdroższy, acz utracony skarb. Dlaczego ją to wszystko spotykało? Dlaczego każdy jej sukces wiązał się z okropnościami, jakie ją spotykały? Dlaczego gdy tylko choć trochę, ociupinkę zaczynało się coś układać, kolejne i kolejne rzeczy w jej życiu zaczynały się sypać?
Dlaczego jej własna siostra jej to zrobiła?
Dlaczego Poranek ją zostawiła?

Żegnaj, Poranek, droga siostrzyczko.
Jutrzenka będzie tęsknić [*]

14 listopada 2023

Od Porannego Zewu CD. Zarannej Zjawy

Poranny Zew przepchnęła się pomiędzy gapiami, którzy już chwilę temu zaczęli się zbierać naokoło dwóch uczennic, które czekały właśnie na sygnał swej liderki. Ktoś syknął coś niecenzuralnego w jej stronę, ktoś inny miauknął coś o tym, że życzy powodzenia jej siostrze. Nie odpowiedziała ani na jedno, ani na drugie, lecz te miłe słowa były dla niej o wiele gorsze niż wyzwiska. Ona sama nie wiedziała bowiem, komu za chwilę miała kibicować. 
W pysku wciąż czuła smak krwi upolowanego przez siebie ptaka. Towarzyszył jej, gdy Szakala Gwiazda dała znak do rozpoczęcia walki — walki pomiędzy jej siostrą a ukochaną. Nie potrafiła już oszukiwać samej siebie i nazywać kotki innymi, mniej odpowiednimi (ale i mniej przerażającymi) określeniami. Myślała o niej na okrągło, dniami i nocami. Nocka była pierwszym kotem, którego Poranek chciała widzieć rano i ostatnim, którego chciała widzieć w nocy. Nie wyobrażała sobie życia bez niej, a jeśli ta przegrałaby tę walkę… byłyby o jeden krok bliżej do rozstania. 
Dlatego nie dała rady już nawet udawać. Całe jej ciało zdradzało to, komu kibicuje. Nie potrafiła powstrzymywać tych głupich uśmieszków w momentach, w których prowadziła Nocka. Nie potrafiła też stłumić westchnień, które opuszczały jej pysk za każdym razem, kiedy to Jutrzenka zdawała się być bliższa zwycięstwa. 
Kochała swoją siostrę, oczywiście, że kochała. Nawet jeśli nie była z nią nigdy tak blisko jak z resztą rodzeństwa, ona również należała do kotów najbliższych jej na świecie. To z jej przewagi powinna się cieszyć. I może nawet gdzieś w głębi duszy się cieszyła, ale strach, że straci Nockę, paraliżował jej ciało i umysł. Zdradzała własną rodzinę. Była bardziej skłonna stracić siostrę niż teoretycznie obcą sobie kotkę. 
Zasługiwała na potępienie, na okropną karę. 
Właśnie wtedy łapa Rozwydrzonej zawadziła o korzeń, a całe jej ciało upadło na ziemię. Wystarczyłoby dopchnąć jej ciało do ziemi i nie dać jej się podnieść, a zwycięstwo należałoby do Jutrzenki. Ta jednak miała inne plany. Drapała bezlitośnie, uderzając w najczulsze części ciała, orząc pazurami brzuch, zębami wyrywając to piękne czarne futerko. Nocka rzucała się, wiła, krzyczała, łkała. A Poranek mogła tylko na to patrzeć, powstrzymując łzy, które napłynęły jej do oczu i dusząc skowyt, który chciał się wyrwać z jej własnej gardzieli. Miała ochotę podbiec tam i zrzucić burą kotkę ze starszej uczennicy, przerwać to cholerne przestawienie. Miała ochotę ją zaatakować, zrewanżować się za każdy cios zadany Nocce — jej Nocce. 
Zamiast tego stała i patrzyła, oddychając ciężko. I właśnie wtedy siostra uniosła głowę, a ich spojrzenia się spotkały. Miała zbyt mało czasu, by ukryć to, co czuje, pod maską zimnej obojętności. 
Jutrzenka przestała atakować czarną kotkę, która skuliła się niczym małe kocię. Przygniotła jej łeb do ziemi i podniosła spojrzenie na matkę, która patrzyła na nią z uśmiechem. 
Zew poczuła, jak żółć podbiega jej do pyska. Nie czekała na mianowanie, nie została, by usłyszeć nowe imię swojej siostry. Po prostu wycofała się z wiwatującego tłumu. Zanim jednak zniknęła wśród licznych głów i ogonów, jej spojrzenie skrzyżowało się z tym należącym do Szakalej Gwiazdy. 
 Nie trzeba było słów, by zrozumieć, że matka wiedziała o jej zdradzie. 
 
Przez kilka kolejnych wschodów słońca unikała Jutrzenki. Nie potrafiła nawet na nią spojrzeć, nie mając od razu przed oczami obrazu jej wyżywającej się na Nocce. Nie potrafiła o niej myśleć, nie przypominając sobie o własnej zdradzie. 
Skrzywdziły się nawzajem — mniej lub bardziej świadomie. A Poranny Zew sama już nie wiedziała, czy potrafią się podnieść po kolejnym ciosie. 
 
Wracała właśnie z patrolu. Powoli kroczyła wśród drzew, licząc na to, że ich szum przyniesie ukojenie zszarganym ostatnio nerwom. Wśród naturalnych odgłosów lasu, cichego protestu świeżej trawy zgniatanej pod jej łapami i treli ptaków, usłyszała jednak coś innego. Coś, co znała bardzo dobrze — krzyk kory, protestującej podczas zdzierania jej z pni drzew, oraz szloch kota. 
Nie byle jakiego kota. 
Instynkt zadziałał, zanim umysł zdążył sformułować choć jedną myśl. Rzuciła się biegiem w stronę źródła dźwięków. Zatrzymała się dopiero tuż przed nią, skuloną w plamie z własnej krwi. 
— Jutrzenko… — sapnęła, trącając ją nosem. 
Wiedziała, że to już nie było jej imię. Wiedziała, że matka nadała jej nowe miano, o ironio, całkiem podobne do imienia młodszej siostry. Poranna i Zaranna… Zew i Zjawa… Tak podobne, a jednocześnie tak różne. 
Szloch nieco przycichł. Pyszczek uniósł się. Dwoje zielonych, załzawionych oczu wbiło się w nią niczym pazury. 
— Idź sobie… — wyszeptała starsza z sióstr, starając się uregulować oddech. 
— Nie ma takiej opcji. Jesteś ranna, nie zostawię cię tu tak. A poza tym… Ty mnie nie zostawiłaś, kiedy byłam w podobnym stanie, nawet po tym, jak powiedziałam ci te okropne rzeczy — wyjaśniła spokojnym tonem. 
Ułożyła się obok niej, stykając ich boki razem, nie przejmując się tym, że teraz i jej futerko przesiąka krwią. 
— Poleżę tu z tobą, aż będziesz w stanie wstać. Potem będziemy musiały coś zaradzić na twoje łapy. Mogę się tym zająć, niedaleko stąd rośnie szczaw. Musisz mi tylko na to pozwolić… 
— Dlaczego to robisz? — usłyszała w odpowiedzi. — Ja… Skrzywdziłam Rozwydrzoną Łapę. Widziałam, jak bardzo cię to dotknęło… 
— Dlaczego to robię? Bo jesteś moją siostrą. Bo ty zrobiłabyś dla mnie to samo. Bo wiem, że sama wielokrotnie cię skrzywdziłam, więc tak właściwie powinnam się cieszyć, że chcesz jeszcze ze mną rozmawiać. Bo, choć jestem na ciebie cholernie zła, a być może nawet cię nienawidzę za to, co zrobiłaś Nocce... wciąż cię kocham — wyrzuciła z siebie. 
Dla potwierdzenia swoich ostatnich słów liznęła ją w ucho. 
— Mogę opatrzyć ci łapy? Znajdę ten szczaw i mogę zaraz wziąć się do roboty. Im później to zrobię, tym gorzej — dorzuciła, chcąc uciąć tę emocjonalną gadkę, na którą nie czuła się gotowa.
 
<Zaranna?>

06 listopada 2023

Od Jutrzenkowej Łapy (Zarannej Zjawy) CD. Porannej Łapy (Porannego Zewu)

*już jakiś czas temu, przed Porą Nagich Drzew chyba, a już na pewno zanim Śmierć wbił pazury w grzbiet Jutrzence*
Szła samotnie przez las na terytorium Klanu Wilka. Nie była jakoś bardzo daleko od obozu. Wyszła na spacer, by spróbować dalej ćwiczyć nie skakanie na każdy pojedynczy szmer. Tak jak mówił Szepcząca Pustka, nie ma się co martwić, kosmiczna energia, tak, energia…
I wrzaski…
Ej zaraz, co?
Mimo strachu, jaki odczuła w pierwszym momencie, który spowodował, że całe jej futro stanęło dęba, ruszyła w stronę, z której dochodził dźwięk, zatapiając się w gąszcz ciasno rozmieszczonych drzew i krzewów.
Bo znała dobrze osobę, która tak krzyczała.
Martwiła się, martwiła, że coś się stało. Że może Poranek ktoś zaatakował. Nawet jeśli była słaba, może chociaż odciągnie przeciwnika, a Poranek zdoła sprowadzić pomoc albo zaatakować rozproszonego samotnika i go pokonać…
Jakie było więc jej zdziwienie, gdy przy niebieskiej nie dostrzegła nikogo innego.
Szara zachowywała się jak obłąkana. Rwała korę, gryzła korzenie drzewa, jakby to zrobiło jej niewyobrażalną krzywdę. Czy drzewo mogło kogoś uderzyć? A jeśli tak, to na tyle mocno, by Poranek tak się wściekła? Nie, to nie było to. Szczególnie, że po pyszczku siostry spływał potok łez, a krzyki zdawały się nieomal płaczem, lamentem, jakby obdzierali ją ze skóry, a ona sama jedocześnie obdzierała ich ze wściekłością dzika.
Chciała podejść, pomóc, uspokoić, ale łapy nie chciały się ruszyć. Nie miała na tyle odwagi, by po prostu podejść i liczyć na to, że zaskoczona jej obecnością kocica nie zada jej potężnego ciosu, a tego na pewno bura nie chciała.
Po dłuższym czasie takiego wyżywania się na niczego winnych roślinach, Poranek opadła na ziemię, wbijając w podłoże swe pazury. Ogon siostry podrygiwał raz w jedną, raz w drugą stronę, niczym bicz. Szare uszy płasko przylegały do czaszki.
Jutrzenka…
Nigdy nie widziała jeszcze siostry w takim stanie.
W końcu przemogła się. Zdobyła się na odwagę. Raczej Poranek ją w końcu już teraz zauważy szybciej, niż zdąży zaatakować biedną burą. Powoli, ostrożnie ruszyła przed siebie, wysuwając się powoli zza drzewa, które do tej pory chroniło ją przed wściekłym, a zarazem smutnym spojrzeniem siostry.
Poranek kiedyś jej pomogła. Może i nie na krótko, ale ich relacja w tamtym czasie była ciut lepsza niż wcześniej. I mimo, że to się rozpadło, a wsparcie tak szybko zniknęło, jak przyszło, Jutrzenka miała zamiar odwdzięczyć się siostrze. Porozmawiać. Pomóc.
— A ty co? — niespodziewanie syknęła jej siostra, podnosząc się, na co od razu bura zatrzymała się w pół kroku. — Od dawna mnie szpiegujesz? Podobał ci się mój pokaz? Sekretnie lubisz oglądać to, jak inni są chwilowo słabi, słabsi od ciebie? — cedziła przez zęby.
Oczy zajęczo pręgowanej rozszerzyły się do wielkości spodków, a ta położyła po sobie uszy, cofając łapę.
Mogła jednak zignorować te krzyki.
Może wtedy żyłaby w głębokiej nieświadomości, jak bardzo dla siostry musiała być obca, iż ta nie wiedziała, że nigdy nie chciałaby dla niej źle, nawet przez chwilę. Bura wbiła spojrzenie w ziemię.
— Jutrzenko, ja… Przepraszam cię, nawet nie wiesz, jak mi okropnie z tym, co właśnie powiedziałam… Nie zrobiłaś nic złego, to ja pierdolę głupoty i… Błagam cię, wybacz mi… — zaczęła miauczeć błękitna gorączkowo, nieco drżącym głosem.
Starsza z sióstr uniosła spojrzenie, po czym zbliżyła się o kilka kroków do młodszej. Delikatnie zbliżyła się po czym przytuliła swą siostrę.
To nie była wina Poranek. Jutrzenka uznała, że powinna była albo się zmyć wcześniej, albo być przygotowaną na coś takiego. Mimo że słowa siostry wbijały się w jej serce niczym igły i dudniły w czaszce niczym echo, wiedziała, że to ona, pierwszy raz chyba od zawsze, potrzebowała więcej wsparcia i była w gorszym stanie, niż ona sama.
— Ni-nie gni-gniewam się. J-ju-już wsz-wszy-wszystko do-dob-dobrze, sio-siostrzyczko — miauknęła, starając się otoczyć niebieską całym ciepłem i miłością, jaką tylko miała w swoim małym, strachliwym sercu.
Dość szybko usłyszała wzmożone siorbanie, a futro burej stało się mchem dla Porannej Łapy.
— C-c-cokolwiek si-się dzi-dzie-dzieje… wi-wiedz ż-że j-je-jestem p-przy t-to-tobie… i z-za-zawsze m-mo-możesz d-d-do m-mnie p-po-podejść a j-ja ci p-po-pomogę j-ja-jak t-ty-tylko u-umiem — zapewniła żółtooką.
Siedziały więc tak w milczeniu, otoczone gąszczem lasu, który chronił je przed ciekawskimi spojrzeniami i pozwolił na to, by Poranek mogła ukoić nerwy.
***
*Pora Nowych Liści*
Zaczęła trenować. Najczęściej jak mogła.
Ostra Kostrzewa dobrze przyjęła jej chęć nauczenia się w końcu, jak prawdziwie walczyć jak wilczak, a także jak miejski rozbójnik.
Pokazała jej, jak oskórować zwierzę. Objaśniła ruchy bitewne. Na każdym treningu zaczynały od walki.
Z każdym dniem Jutrzenka się poprawiała. Zadawała ciosy z precyzją, wykorzystując swoją przewagę w szybkości i unikach. Atakowała, gdy dostrzegała lukę w obronie przeciwnika. Wykorzystywała każdą słabość i każde rozproszenie.
Tak jak powinna była już dawno.
Kostrzewa rzuciła się w jej stronę. Tym razem jednak, coś się zmieniło.
Jutrzenka poczuła ostre pazury na swym boku.
Odskoczyła. Mierząc mentorkę chłodnym spojrzeniem pistacjowych oczu.
Skoro chciała walczyć z pazurami, to niech będzie.
Starsza ponownie rzuciła się w się w jej stronę. Jutrzenka zrobiła unik, po czym nim srebrna zdążyłaby zareagować, uniosła łapę, wysunęła pazury i przejechała jej nimi po pysku.
Zaskoczenie, jakie widziała w niebieskich oczach w tamtym momencie, chyba jeszcze nigdy się w jej obecności w nich nie pojawiło.
Nie czekała na to, aż mentorka się opamięta. To była walka, nie zabawa w ruszam się ja, potem ty i tak dalej.
Rzuciła się na szylkretkę. Uderzyła w jej bok. Ta odskoczyła, ale nie bez draśnięcia.
Stały tak, naprzeciwko siebie. Jutrzenka z kamiennym pyskiem, obserwując uważnie spod przymrużonych oczu swą mentorkę, zaś Ostra Kostrzewa przyglądała jej się z czymś na wzór zdziwienia, wściekłości, jak i dumy.
Srebrna ponownie przypuściła atak. Drasnęła ją, ale lekko, bo młodsza szybko się odsunęła. To był jej atut.
Jutrzenka ponownie skorzystała z okazji i nadepnęła na łapę matki mistrzyni, której równowaga po ataku była zachwiana. Ta wydała z siebie syk, próbowała uderzyć w jej pysk, jednak bura odskoczyła, następnie odbiegając i zwiększając między nimi dystans.
— Moje szkolenie jednak coś dało — stwierdziła starsza, a na jej pysku zagościł lekki uśmiech, nim niespodziewanie nie rzuciła się na nią i nie przyszpiliła jej do ziemi.
Zwód samą sobą.
To uczucie znów wypełniło jej ciało.
Dała się przyszpilić.
Uderzyła z całej siły w brzuch Kostrzewy, nie hamując się. Ani grama litości w walce, tą zasadą kierował się prawdziwy wojownik.
Dawna samotniczka wydała z siebie syknięcie bólu, ale nie ustąpiła.
Czuła taki ogromny wstyd.
Była taka mizerna. Trening wyrobił jej mięśnie, ale wciąż jej siła nie była wystarczająca.
W nagłym przypływie zimnej wściekłości, na siebie samą, na swoje ciało, na swoją dawną naiwność ponownie uderzyła w Kostrzewę. Tym razem efekt był większy, bo ta skrzywiła cały pysk, rozluźniając chwyt. Tak też Jutrzenka nie zostawiając przeciwniczce ani chwili na wytchnienie, ponownie przywaliła z całej siły w jej spodnią część ciała, tym razem prosto w dół klatki piersiowej.
Dzięki temu była w stanie odepchnąć osłabioną wojowniczkę i oswobodzić się, oddalić, a następnie rzucić na srebrną z wysuniętymi pazurami. Ta nie była dość szybka, ani zwinna. Przetoczyły się po ziemi, wzniecając źdźbła trawy w powietrze. Terminatorka drapała w pysk, brzuch, w każde miejsce, w które miała dostęp, uderzała w klatkę piersiową Kostrzewy, by zadać jak największy ból, jak najbardziej otumanić przeciwnika. Starsza nie dawała jednak za wygraną, zaczynając kłapać szczękami, próbować wgryźć się w jej łapy, zatopić w nich kły. I udało jej się.
Jutrzenkowa Łapa poczuła ostry ból, gdy tylko starsza zacisnęła na niej swe szczęki. Córka Szakal tylną łapą kopnęła leżącą przeciwniczkę w brzuch. Ta rozluźniła chwyt, co pozwoliło młodszej wyciągnąć łapę z jej pyska.
— Wystarczy już — warknęła starsza. Zajęczo pręgowana po chwili odsunęła się. Nie mogła być pewna, czy to nie był blef, czy starsza znowu nie zaatakuje by pokazać jej, że ma nie dawać wrogowi szansy. Ostra Kostrzewa nie wyglądała jednak na skłonną do kontynuacji pojedynku. Obie nieźle się poraniły, choć znacząco więcej obrażeń otrzymała starsza. Jej futro było rozczochrane, część kęp leżała jeszcze wokoło gdzieś między roślinnością, a po pysku dalej spływały stróżki krwi.
— Dobrze. Bardzo dobrze. Wzięłaś się w końcu w garść. Już niedługo będziesz mogła zostać mianowana — stwierdziła mentorka.
— Idźmy do Szakalej Gwiazdy — powiedziała chłodno bura z pewnością w głosie.
Jej siostry zostały mianowane. Świt i Poranek zostały Ostatnim Świtem i Porannym Zewem. Z ich miotu poza nią samą stanowisko ucznia dalej zajmował jedynie najstarszy z miotu Brzask. Nie szło mu tak dobrze jak reszcie. Był mocno w tyle. Do tego niedawna kontuzja porą nagich drzew nie pomagała. Chciała to wykorzystać. Nie mogła być ostatnia. Pragnęła im wszystkim pokazać. Pokazać, na co ją stać. Zostać wojowniczką przed Brzaskową Łapą. Utrzeć mu nosa.
Być lepszą niż on i wpędzić go we wstyd i hańbę.
Teraz to on będzie zakałą rodziny, choćby na krótką chwilę, bo najpewniej podniesie się na łapy. Choć nigdy już nie zmaże tego, że Jutrzenka, ta sama Jutrzenka, którą kopał w żebra i smarował śniegiem by się rozchorowała, ta sama Jutrzenka, której dokuczał i nazywał wronią strawą będzie tu wygraną.
— Jesteś tego pewna? — spytała Ostra Kostrzewa, mierzącą ją chłodnym spojrzeniem.
Młodsza skinęła głową.
— Dobrze więc. Jutro porozmawiamy z liderką.
***
Stanęły przed legowiskiem przywódczyni. Obie z powagą, obie z chłodem.
— Szakala Gwiazdo? — zawołała do środka matka Wilczej Tajgi, chcąc sprawdzić, czy liderka jest u siebie i czy je przyjmie.
Gdy tylko dostały pozwolenie, weszły do środka siedziby Szakalej Gwiazdy. Ta spojrzała na nie z błyskiem w ślepiu. Uśmiech na pysku liderki jednak szybko zniknął, kiedy zauważyła, że obie najprawdopodobniej przyszły w dość ważnej sprawie.
— Witaj, Ostra Kostrzewo. — złota skinęła srebrnej głową. — Co cię tu sprowadza? Czyżby Jutrzenkowa Łapa była gotowa na pierwszą walkę?
— Tak. Jest gotowa — rzekła mentorka. Jutrzenka również potwierdziła skinięciem głowy, bez żadnego wyrazu na kamiennym pysku. Obawy kłębiły się gdzieś, ale były tłumione przez panujące od czasu zdrady Białej Śmierci emocje, będące determinacją i chęcią pokazania innym, że jest więcej warta, niż wszyscy myśleli. Przestania być słabą, aby każdy, kto spróbuje zrobić jej krzywdę, pomyślał dwa razy.
Szakal machnęła ogonem na odpowiedź, jak gdyby pragnęła przegonić upierdliwą muchę czającą się wśród mchu.
— Rozumiem, w takim razie niech twoja uczennica stawi się jutro przed pniem lidera o wschodzie słońca. Zawalczy z Rozwydrzoną Łapą, która już miała wystarczająco dużo czasu na opanowanie naszych technik.
W oku Jutrzenki dosłownie na malusieńki moment coś błysnęło.
Wiedziała, że było mało opcji. Poza jej bratem uczniów gotowych do walki o tytuł wojownika, nie będących jakimiś podlotkami, było tylko troje.
A z wszystkich możliwych dostała…
Ją.
Rozwydrzoną Łapę.
Ukaraną za złe zachowanie na zgromadzeniu, za zaatakowanie Stokrotkowej Polany. Kotki pogardzanej przez cały klan. Znanej ze słabości. Będącej hańbą.
Czyli… tak widziała ją matka.
***
Wiedziała, iż ta walka, ze względu na to, między kim miała się odbyć, nie będzie postrzegana jako jej wygrana, jeśli zdoła pokonać przeciwniczkę.
Będzie postrzegana jako minimum.
Dwie zakały klanowe. Rozwydrzona Łapa i Jutrzenkowa Łapa. Jedna, która sprawiła kłopoty i doprowadziła do kompromitacji ich klanu, która miała ledwo jakie prawa, druga, ona sama – uznawana za płaczliwą, nic nie wartą beksę, hańbiącą honor swej rodziny.
Chciała się wykazać. Pokazać, że stała się silna, silniejsza niż kiedykolwiek inni mogliby to sobie wyobrazić. Chciała pokazać, na co ją stać. A zamiast tego… Czuła jeszcze większą presję, jeszcze większą pogardę płynącą od klanu.
Jutrzenka stanęła przed legowiskiem liderki.
W związku z tym wszystkim... Miała do niej jeszcze jedną sprawę.
— Szakala Gwiazdo? — zawołała do środka. Podejrzewała, że matka pewnie już się obudziła, albo właśnie jej ciało do tego dążyło. W końcu musiała być gotowa na ceremonię, jakieś śniadanie, wymycie futra i te sprawy. Miała więc nadzieję, iż kocica przyjmie ją do siebie.
— Tak? — miauknęła lekko. Jej głos wskazujący na niedawny sen rozniósł się po legowisku w postaci echa, docierając do uszu uczennicy. — Masz jakąś... kwestię do omówienia?
Bura na głos matki weszła do środka, po czym skinęła głową, a następnie kontynuowała.
— Tak. Jeśli to nie problem oczywiście — dodała, chyląc głowę z szacunkiem. Musiała okazać liderce wyraźny szacunek. W końcu… nawet nie wiedziała, czy ta uważa ją faktycznie za godną bycia jej córką, czy tylko udaje, albo sama nie zdaje sobie sprawy z tego, jak podświadomie ją widzi.
Szakala Gwiazda zmrużyła oczy i wstała, by podejść do terminatorki.
— Kiedy jesteśmy jeden na jeden, nie ma potrzeby na oficjalne rozmowy. — Wyjęła pazur i przesunęła nim młody liść, który akurat wpadł do nory. — Możesz mówić, co ci na duszy leży.
Wiedziała, że nie może. Śmierć nauczył ją jednego… pokładanie większego zaufania… mogło nie być właściwe. Miała zamiar więc tego unikać.
— Chciałabym, żeby człon Jutrzenka zniknął z mojego imienia. Na dobre — walnęła prosto z mostu, skoro matka chciała szczerej rozmowy.
Szybko dostrzegła, jak mimika dziko pręgowanej zmienia się. Szakal wyglądała chwilowo na zmieszaną, jednakże jej kamienna twarz wstąpiła ponownie na swe miejsce, by przykryć emocje kotłujące się w sercu. Była teraz zła czy zaskoczona - nie dało się stwierdzić. Mimo wszystko z pewnością atmosfera zgęstniała, gdy jej źrenice skurczyły się do szerokości szpilek.
— Dlaczego? — zapytała, górując nad burą — Czy coś z tym członem jest według ciebie nie tak?
Zastanawiała się. Czy kocica potraktowała to jako kwestię dotyczącą jej samej? Tego, że to ona nadała jej imię? Uznała to, iż córka kwestionuje jej wybór imienia za coś niegodnego?
Niezależnie od tego, Jutrzenka miała zamiar kontynuować.
— Zmieniłam się. Jestem inną osobą. To imię... będzie tylko innym przypominało o tym kim byłam. A nie jestem już Jutrzenką — stwierdziła z powagą. Po chwili dodała jeszcze — więc jeśli nie będzie ci to przeszkadzać... to wolałabym coś innego. Coś co... zmieni mój wizerunek w oczach klanu — nie zdążyła przygryźć się w język. Nie chciała podać tak dokładnego motywu. Głupia Jutrzenka... zaraz już nie Jutrzenka, jak się powiedzie.
Złotawa kotka krótko wypuściła powietrze z pyska.
— Rozumiem twoje podejście, jednak to nie imię definiuje daną osobę, a czyny. Powinnaś o tym wiedzieć - wyłącznie głupcy patrzą na koty tak powierzchownie. Ci, co mają umysł, dojrzą twój prawdziwy potencjał. — powiedziała cicho, aby tylko one dwie usłyszały treść rozmowy. — Jeżeli jednak tak bardzo ci na tym zależy, by zostawić symbolicznie przeszłość za sobą, mogę ci zmienić imię. Nie gwarantuję jednak, iż będzie tobie odpowiadać.
Skinęła głową.
— Nawet mądrym słowa potrafią przyćmić umysł — szepnęła cicho, po czym pochyliła łeb. — Dziękuję, mamo — dodała jeszcze nieco mniej poważnym, cichszym, cieplejszym tonem, bardziej przypominającym dawną ją. Dawną ją, którą pragnęła pogrzebać żywcem. Której okropny głos w głowie a także chwasty strachu chciała wyrwać z korzeniami i spalić na popiół.
— Proszę. — Odpowiedziała tylko starsza z kocic i wyszła ze swojej nory, aby zwołać zebranie klanu, gdyż słońce już nieomal wzeszło.
Nadszedł czas.
Koty zebrały się. Jutrzenkowa Łapa stanęła w odpowiednim miejscu, czekając na przybycie Rozwydrzonej Łapy. Musiała szybko wypuścić z siebie emocje. Nie mogła ich odczuwać. Nie mogły na nią wpłynąć takie rzeczy jak analizowanie rozmowy z matką, jak zastanawianie się, czy nie popsuła ich relacji, czy na to, czy da radę.
Już niedługo potem dwie terminatorki stanęły naprzeciw siebie, czekając na sygnał rozpoczęcia walki.
Musiała wygrać. I to wygrać z mocą. By zasłużyć na imię. Zasłużyć na przestanie bycia Jutrzenką. Jeśli jej się nie uda…
To korzenie sięgają głębiej, niż myślała, a sama roślina jest silniejsza, nawet po wyplewieniu zostawiła swe nasiona, które potem kiełkują i znów niszczą zadbaną przestrzeń.
Dość szybko dostrzegła, że oczy starszej uczennicy zdawały się jakby mokre.
Czyżby miała zaraz się rozpłakać?
Dla kogoś takiego nie było przecież miejsca w Klanie Wilka. Jutrzenka przekonała się o tym na własnej skórze. Zastanawiała się w sumie… kim klan bardziej pogardza… nią czy stojącą przed nią córką Lwiej Grzywy.
Przynajmniej dla samej Jutrzenki, odpowiedź zdawała się nie być oczywista.
— Zaczynajcie — donośny głos Szakalej Gwiazdy wypełnił powietrze.
Nim zdążyła cokolwiek zrobić, Rozwydrzona Łapa skoczyła, podcinając ją. Bura nie zdążyła się otrząsnąć z zaskoczenia, nim starsza nie przejechała jej po boku pazurami.
Była szybka.
Szybsza niż przewidywała.
Nim zdążyła by oddać przeciwniczce, ta uciekła ile sił w łapach.
Ostra Kostrzewa uczyła ją, że nie można nadmiernie uciekać. Że trzeba stawiać czoło wrogowi. Jutrzenka więc pomieszała w swej walce techniki, tak, aby nie oddalać się za bardzo, ale jednocześnie dostatecznie.
Najwyraźniej siostry Pierzastej Łapy tego nie nauczono, albo ta miała to gdzieś.
A to…
A to stanowiło wyzwanie, bo z takim przeciwnikiem zajęczo pręgowana jeszcze nie miała do czynienia.
Ledwie zdążyła wstać, nim czarna nie przypuściła kolejnego ataku, tym razem pod nieco innym kątem. Na szczęście dla Jutrzenki jednolita nie zaskoczyła jej na tyle, aby nie zdążyła zrobić uniku.
Odsunęła się na największą odległość, na jaką zdołała, szybko analizując sytuację.
Teraz zrozumiała…
Że z taką taktyką, jakiej używała czarna, szanse na wygraną przez którąkolwiek z nich…
Były podobne.
Musiała.
Musiała dać z siebie wszystko.
Kotka zwana dawniej Nocną Łapą znów zaatakowała. Jutrzenka celowo w ostatniej chwili uchyliła się, by nie dać przeciwniczce dość czasu na reakcję i móc zadać szybki cios. Udało jej się zadrapać bark Rozwydrzonej Łapy, nim ta nie odepchnęła jej i uciekła na drugą stronę pola bitwy.
Jutrzenka ruszyła za nią. Jednak ta szybko odwróciła się, a nim młodsza zdążyłaby zorientować się w sytuacji, dostała mocny cios w szczękę.
A ta wronia strawa znowu zwiała.
Miała ochotę krzyczeć z frustracji, ale zamiast tego po prostu walczyła. Tak, jak umiała, próbowała dorwać uczennicę Gęsiego Wrzasku, raz na jakiś czas starając się doprowadzić do tego, by starsza sama do niej podeszła.
Ale to mało dawało.
Obie otrzymywały podobne ilości ran w podobnym okresie czasowym. Tak więc po jakimś czasie Jutrzenka zorientowała się, że to nie wypali. Będą się męczyć bez końca i o wygranej zadecyduje to, która była bardziej wytrzymała i miała więcej siły. A obie były podobne w tych dwóch kwestiach, przy czym czarna przez dłuższy trening miała lepiej zbudowane mięśnie. A to szło na niekorzyść Jutrzenki.
Cała ta walka de fakto była niczym ruletka.
Ruletka, która ani trochę jej nie sprzyjała.
A starszej tak.
Za którymś razem, zamiast podążać za Rozwydrzoną Łapą, po prostu stanęła w miejscu, wbijając w nią swe pistacjowe ślipia.
Jeśli czarna chciała wygrać, będzie musiała podejść do niej. Jutrzenka nie miała zamiaru dłużej za nią biegać jak głupi kociak podczas zabawy w berka.
Jeśli Nocna sama będzie podchodzić, zużyje więcej energii, będzie bardziej zmęczona, a to przekładało się na większą szansę popełnienia błędu, który w końcu musiał nadejść. A bura, gdy tylko taki się pojawi, miała zamiar go wykorzystać, by obrócić losy walki.
Rozwydrzona Łapa zdawała się być zaskoczona. Wahała się, nim nie rzuciła się w jej stronę.
Spróbowała uderzyć. Zadrasnęła Jutrzenkę, ale tej też udało się zadać cios. Tak więc starsza uczennica uciekła w dalszą część pola bitwy, aby znów móc zaatakować z oddali.
I tak w kółko.
A z każdą kolejną taką sekwencją, czarna była coraz bardziej zmęczona. Bardziej dyszała. Coraz wolniej się poruszała. Mniej precyzyjnie zadawała ciosy.
Mimo to Jutrzenka oberwała w pewnym momencie znów w pysk. I gdy już myślała, że czeka je kolejna rundka…
Rozwydrzona Łapa potknęła się o korzeń.
Jutrzenka nie czekała.
Od razu rzuciła się na czarną. Dopadła ją w swe szpony, i nie zamierzała puszczać.
Musiała pokazać, do czego jest zdolna.
Nie pozwalała czarnej uciec, niczym drapieżnik nie pozwalający na to samo zwierzynie.
Źrenice pistacjowych oczu zmniejszyły się do poziomu ledwo widocznych, czarnych jak noc kresek.
Zaczęła drapać po najczulszych miejscach ciała. Tak jak uczyła Kostrzewa. Waliła w głowę starszej, a potem zaczęła drapać jej brzuch, jednocześnie szczękami chwytając jej kłaki, przyozdobione ziemią po upadku, i rwała. Nie zwracając uwagi na krzyki, próby odepchnięcia, łkanie, niczym bestia, bez opamiętania wyrywała futro, drapała czułe punkty, uderzała w żebra aby zadać jak największy ból.
Czuła na sobie ich spojrzenia. Całego klanu. Niech patrzą, niech patrzą i widzą, że nie jest już słaba. Że potrafi zadawać ból bez mrugnięcia okiem. Że jest prawdziwym Wilczakiem, godnym potomkiem Irgowego Nektaru, materiałem na oddanego kultystę.
Nawet nie była świadoma, że jednocześnie z precyzyjnym zadawaniem ciosu, wyładowuje na swojej przeciwniczce całą frustrację, smutek i żal, jakie kotłowały się w niej przez te wszystkie księżyce.
Nie wiedziała, ile to trwało. Może chwilę, może więcej niż chwilę. Ale w pewnym momencie, pośród tłumu dostrzegła wbite w nią, przerażone ślipia.
Ślipia jej własnej siostry.
Poranek.
Widziała smutek i strach w jej oczach.
Może i większości już nie ufała, ale…
Ale zależało jej na Poranek.
Ona przynajmniej się starała być dla niej oparciem na dłużej.
Zaprzestała maltretowania skulonej kotki pod sobą. Z kamienną miną przybiła czarną do podłoża. Postawiła łapę na łbie Rozwydrzonej Łapy, przybijając ją mocno do ziemi, ale nie robiąc nic więcej. Skierowała spojrzenie chłodnych, przymrużonych, pistacjowych oczu na matkę.
Miała nadzieję, że to wystarczyło, by dać jej tytuł wojownika. Bo mimo wszystko…
Nie miała zamiaru zniszczyć relacji z Poranek.
I o dziwo…
Na pysku matki nie dostrzegła tylko uznania za wygraną walkę…
Ale też lekki, ledwo widoczny, pewnie niezauważalny dla innych, dalej znajdujących się kotów…
Uśmiech?
— Wystarczy — rzekła matka. Jak na zawołanie Jutrzenka odstąpiła od Rozwydrzonej Łapy, podchodząc bliżej do pniaka, z którego to przemawiała liderka — Ja, Szakala Gwiazda, przywódca Klanu Wilka, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tę uczennicę. Trenowała pilnie, by zdobyć doświadczenie niezbędne do ochrony klanu i jego członków. Polecam ją wam jako kolejnego wojownika — z jednej strony… wiedziała, że wygrała. Wiedziała, że pokonała Rozwydrzoną Łapę, dosłownie wbijając ją w ziemię. Ale ta wizja, jej, w takiej sytuacji, w momencie ostatecznej wygranej, zdawała jej się tak nierealna, że nie do końca wierzyła w to, co się właśnie działo — Jutrzenkowa Łapo, czy przysięgasz przestrzegać praw nadanych przez twojego przywódcę i chronić swój klan nawet za cenę życia?
To. To był ten moment.
Moment, w którym powinna wyrzucić resztki tego, co zostało z dawnej jej samej, z Jutrzenki. Zniszczyć. Zgnieść i wyplenić, a na tego miejsce zasadzić nowe, piękne kwiaty sukcesu i siły.
Moment, w którym otrzyma nowe imię.
— Przysięgam — rzekła z powagą, a zarazem pewnością w głosie.
Nie była w stanie się jednak uśmiechnąć, nawet na ułamek uderzenia serca, mimo że spełniła marzenie, że jej się udało.
— Mocą naszych potężnych przodków nadaję ci imię wojownika. Jutrzenkowa Łapo, od tej pory będziesz znana jako Zaranna Zjawa. Klan ceni twoją determinację i spryt, oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Wilka.
Matka dotknęła pyskiem jej głowy, a sama Zaranna Zjawa polizała jej bark, pieczętując swą pozycję.
Wstała, a za nią, o dziwo, czego się nie spodziewała, rozległy się wiwaty.
I mimo, że wiedziała, że na nie zasługuje, że uczucie szczęścia i jakaś namiastka spełnienia były w jej wnętrzu, tak…
Były tłumione przez wdzierające się w jej umysł zawiedzenie, żal do samej siebie, smutek i wstyd, że zraniła w jakiś sposób, choć nie wiedziała do końca jaki, Poranny Zew.
Może też przerażenie samą sobą, że wcześniej nie przestała zadawać ciosów Rozwydrzonej Łapie.
Tak też mimo, iż nocne czuwanie, które następnie nadeszło, uspokoiło jej umysł…
Było istną katorgą.
***
Wyszła z obozu. Teraz mogła korzystać z tego, że nie była już w nim uwiązana z powodu rangi, musząc prosić o pozwolenie na samotny spacer lub polowanie.
Jak bardzo by chciała, nie była w stanie się otrząsnąć. Wyzbyć się uczuć. Wściekłości i żalu do Białej Śmierci, do tak wielu kotów, które ją skrzywdziły, albo biernie patrzyły, jak jest krzywdzona lub tego nawet nie dostrzegały. Do systemu, do tego, jak obojętni wobec cierpienia własnych pobratymców byli inni wilczacy.
I do samej siebie. Do tego, że dawna słabość była dalej przynajmniej przez nią samą odczuwana, choć wypływała już teraz na wierzch kamiennego, chłodnego pyska niezwykle rzadko. Do tego, że nie potrafiła samej siebie zadowolić i dalej czuła się jak zakała, hańba całej rodziny, jakby nie zrobiła dostatecznie dużo, nie wyniosła się ponad własne trudności.
Oraz do tego, że była tak znieczulona, tak okrutna wobec Rozwydrzonej Łapy, która musiała mieć jakieś znaczenie dla Poranek. Tak też wyżywała się na korze, roniąc łzy. Wyżywała, tak jak wtedy na starszej od siebie uczennicy. Tak jak niedługo po dniu, w którym Biała Śmierć nieomal pozwolił jej zginąć. Tak jak za każdym razem, gdy czuła że nie może już dłużej wytrzymać, że ogarnia ją obłęd i chaos i że nie chce, aby ujrzał on światło dzienne w obecności innych kotów.
Jak za każdym razem, gdy czuła się jak najgorsze ścierwo, łajza, a teraz potwór.
W końcu, gdy jej łapy bolały ją niemiłosiernie, a nawet plamiły ziemię czerwoną cieczą, opadła na podłoże, po prostu płacząc i zakrywając swe ślipia, otulając puchatym ogonem, chcąc odciąć się od całego świata, a także od samej siebie.

<Poranek? Jak szybko się sytuacja odwróciła, nie uważasz? Ps. Mam nadzieję że nie przeszkadza ci że połączyłam opko z mianowania z odpisem>

[3687 słów]

16 października 2023

Od Porannej Łapy CD. Jutrzenkowej Łapy

Nieśmiały uśmiech Porannej Łapy został od razu odwzajemniony przez jej siostrę. Nawet jeśli wiedziała, że nie ma szans, że ta by ją wyśmiała, ulżyło jej nieco. Nie do końca wiedziała wcześniej, czego może się spodziewać jako reakcji Jutrzenkowej Łapy. Wielkie poruszenie i rzewny płacz zdawały się być najbardziej prawdopodobne, ale szeroki uśmiech bez cienia łzy był przyjemną niespodzianką. Nie odstawiała cyrku. Było w niej choć trochę porządnego kota. 
— Dziękuję, Poranek — miauknęła z wdzięcznością. 
W jej wykonaniu zawierało to w sobie więcej dukania, ale mózg Poranek postanowił zaoszczędzić sobie słuchania tysiąca dodatkowych głosek i skupić się wyłącznie na końcówkach słów, które nareszcie miały jakiś sens. Gdyby nie to, pewnie by zwariowała, oczekując, aż siostra dojdzie do końca składającej się z dosłownie dwóch słów odpowiedzi. 
A przy monologu, który nastąpił później, prawdopodobnie by po prostu wykitowała. 
— Cieszę się, że tu jesteś — wyjąkała Jutrzenka, przybliżając się do Poranek. 
Mózg kotki wszedł w tryb alarmowy. Co powinna zrobić? Bura kotka delikatnie wtuliła głowę w niebieskie futerko swojej siostry. Ta po chwili zawahania rozluźniła mięśnie, które nagle się spięły pod wpływem dotyku, i wtuliła się w nią nieco bardziej. Lubiła kontakt fizyczny ze swoimi bliskimi. Z Jutrzenką może i nie była najbliżej, ale kotka i tak należała do ważnych dla niej kotów. Nawet jeśli czasem Poranek wolałaby, żeby tak nie było. 
— Jeśli chcesz, to mogę ci coś doradzić na temat strachu — zaproponowała szczuplejsza z sióstr, wciąż potykając się o sylaby. 
Oczy Poranek rozszerzyły się w zdziwieniu, Jutrzenka chciała jej dawać jakiekolwiek rady? I to na temat postępowania w obliczu lęku, który zjadał ją na żywca dzień w dzień? To nie brzmiało jak nic dobrego. 
— Bo Bielik… pokazała mi taką metodę… Ona u mnie rzadko działa, ale podobno u innych jest bardzo skuteczna — wydukała bura kotka, po czym uniosła głowę. — Chodzi w niej o to, że… wyrównujesz na siłę oddech… wypuszczasz powietrze przez cztery uderzenia serca, a potem wypuszczasz przez osiem — wyjaśniła powoli. — Pozwala się trochę wyciszyć i skoncentrować potem na tym, co chcesz zrobić — dodała i przez następne kilkanaście lub kilkadziesiąt uderzeń serca prezentowała w praktyce opisywaną przez siebie metodę. — Pozwala mi nie zejść na zawał — miauknęła, śmiejąc się cichutko, gdy skończyła już wypuszczać powietrze z płuc. 
— To dobra metoda. Cieszę się, że choć czasami pozwala ci się mniej stresować. Ale nie wiem, czy na mnie by działała. I czy mam w sobie dość cierpliwości, by w ważnym momencie po prostu stanąć i wydychać powietrze — mruknęła, również cicho się śmiejąc. 
— Możesz kiedyś spróbować. Jeśli nie pomoże, możesz spytać Bielik, czy zna jeszcze jakieś metody — zaproponowała Jutrzenka. 
Jej chęć pomocy wydała się Poranek całkiem urocza. Uśmiechnęła się więc delikatnie i kiwnęła głową. 
— Spróbuję, dziękuję. 
Chwilę później jej pyszczek rozdziawił duuuży ziew. Zwinęła się więc w kuleczkę, wciąż stykając się kawałkiem ciała z Jutrzenką i zamknęła oczy. 
— Dobranoc, Jutrzenko — szepnęła, znów ziewając. 
Odpowiedzi, jeśli ją otrzymała, już nie usłyszała. Zasnęła w rekordowym tempie. 
Choć rzadko zdarzało jej się śnić czy pamiętać te sny po otworzeniu oczu, tej nocy było inaczej. Gdy obudziła się po kolejnym wschodzie słońca, wiedziała, że obrazy, które widziała w sennych marach, miały zostać w jej pamięci na długo, być może do końca jej życia. 
Śniła o leśnej polanie — piękniejszej od jakiejkolwiek leśnej polany, którą wcześniej znała i odwiedzała. Najwyraźniej w jej sennym widziadle panowała właśnie Pora Nowych Liści, ponieważ zielona trawa aż tonęła pod ogromnymi ilościami wielokolorowych kwiatów, od których słodkiej woni kotce aż kręciło się w głowie. 
Nie to było jednak najpiękniejsze. Na legowisku z leśnych kwiatów leżała bowiem Zmierzch, wpatrując się milcząco w swą niebieską siostrę. Na jej pyszczku malował się delikatny uśmiech, a w oczach lśniła duma. 
Zmierzch była z niej dumna. 
 
~*~
 
Bywały takie dni, kiedy, bez względu na to, ile czasu minęło od tamtego nieszczęśliwego wypadku, ból po utracie siostry uderzał w Poranną Łapę tak nagle, jak grom z jasnego nieba, i z taką siłą, jaką nie władały nawet największe potwory dwunogów. 
Teraz nie pomagał również jej niedawny sen, którego nie potrafiła wyrzucić z głowy. Po tym, jak zobaczyła siostrę w tej pięknej scenerii, uśmiechniętą i szczęśliwą, co chwila łapała się na myślach o tym, co teraz mogłaby robić Zmierzch, gdyby wciąż żyła. Czy byłaby już po mianowaniu na wojownika? Jakie imię nadałaby jej wtedy matka? Które z jej wielu wspaniałych cech wymieniłaby przed wszystkimi zebranymi kotami, witając ją jako nową dumę klanu? 
Jak cicha kotka spędzałaby swoje dni? Czy wciąż byliby ze sobą tak blisko, ich czwórka przeciwko całemu światu? Która z umiejętności wojownika stałaby się jej największym atutem i sprawiałaby jej największą przyjemność, a która przysporzyłaby jej jakieś kłopoty? 
Z kim by się zaprzyjaźniła? Czy jej serce zabiłoby mocniej na widok jakiegoś innego kota? Czy podzieliłaby się wtedy swoimi uczuciami z rodzeństwem? Co by powiedziała, gdyby Poranek zdradziła jej, że sama coraz bardziej lubi spędzać czas z Nocką, a jej serce zaczynało ostatnio bić odrobinę mocniej na jej widok? 
Pytań było wiele. Odpowiedzi na nie miała nigdy nie poznać. 
W takie dni kotka nie miała ochoty na nic, co nie było zwinięciem się w ciasną kulkę na własnym legowisku i przespaniem całego smutku czy ucieczką do lasu i wypuszczeniem własnych emocji poprzez atakowanie wszystkiego, co wpadnie jej w oko. 
Tego dnia żadna z tych opcji nie wchodziła jednak w grę. Nawet jeśli Wroni Trans, zauważywszy jej stan, skrócił jej trening do minimum, Gęsi Wrzask miał jej samopoczucie w dupie. 
Dlatego teraz stała przed nim, z całkowitą obojętnością wysłuchując kolejnego wywodu na temat swojej niekompetencji. 
Gdyby był to inny dzień, nie wahałaby się z odpowiedzeniem mu w kilku, lecz dosadnych słowach, gdzie może sobie wsadzić kompetencję, skoro to on sam nie pokazywał jej jeszcze lekarstw na chorobę, o której chwilę wcześniej coś zrzędził. Teraz jednak czuła się zbyt zobojętniała w stosunku do całej tej sytuacji, by mieć ochotę choć uchylić pyszczek. 
— Czasami naprawdę się zastanawiam, po chuj ja się tu produkuję, skoro ty najwyraźniej nie jesteś w stanie nauczyć się chociaż najprostszych rzeczy — prychnął. 
— A wiesz, nad czym ja się czasami zastanawiam? — rzuciła nagle, sama nie wiedząc, skąd wzięła jad, który nagle ociekał z jej słów. — Na przykład nad tym, skąd wytrzasnąłeś takiego jedynego syna. Syn medyka, a chorowite chuche… — Nie dokończyła. Ból rozlał się po jej łopatce, tej samej, gdzie kiedyś zaatakowała zabita przez nią samotniczka. 
— Myślałem, że po śmierci siostry zależy ci na nauce, ale najwyraźniej się myliłem. Może jeśli twoi ukochani Świt czy Brzask zaczną gryźć piach, nareszcie się ogarniesz i podejdziesz do sprawy właściwie. A teraz spierdalaj, nie chcę cię tu widzieć. 
Nie krzyczał. Nie toczył piany z pyska. Po prostu mówił, tonem pozornie spokojnym jak nigdy, ale było to gorsze niż najgłośniejszy wrzask, niż najgłębsza rana. Słowa potrafiły ranić bardziej niż pazury czy kły, a ona zaatakowała go jako pierwsza. Zacisnęła kły i odwróciła pyszczek, starając się ukryć przed nim łzy, które błyszczały w jej oczach. 
— Gęsi Wrzasku, ja… — zaczęła cichutko, głosem jeszcze bardziej ochrypniętym niż zazwyczaj. 
— Powiedziałem: spierdalaj. 
Nie widziała innego wyboru, więc po prostu odeszła, uciekła, choć nie chciała nawet w myślach wypowiadać tego słowa. Nie zaszła daleko. Oddaliła się od legowiska medyka i całego obozu jedynie na tyle, by znaleźć ustronną kryjówkę wśród gęsto rosnących drzew. 
To właśnie drzewa stały się jej ofiarami. Zaczęło się od nerwowego ostrzenia sobie pazurów, ale gdy po kolejnym zbyt nieuważnym pociągnięciu prawie uszkodziła sobie jeden z nich, ból rozsadzający jej łapę wywołał w niej jeszcze większą wściekłość. Rzuciła się więc na kolejny pniak, zaciekle tnąc korę, podgryzając wystające z ziemi korzenie i po prostu uderzając, raz za razem, ignorując to, że ból przenikał teraz większość jej ciała, a łzy spływały jej z oczu niczym ulewny deszcz. 
Myśli kłębiły się jej w głowie tak bardzo, że zatraciła poczucie tego, na kogo jest bardziej zła — na siebie („Czy ci już kompletnie odbiło, kupo lisich bobków, że mówisz takie rzeczy do swojego mentora? Do kogoś, kogo, chuj wie jakim sposobem, polubiłaś i zaczęłaś bardzo cenić? Przecież to się prosiło o jebaną katastrofę!”) czy na Gęsiego („Durny stary dziad, wiedział, gdzie uderzyć, żeby zabolało najbardziej! Nawet jeśli ja mu wytknęłam to, jakim chuchrem jest ten cholerny kociak, mógł utrzymać jęzor za zębami! Nie ma pojęcia, jak się czuję, nie ma pojęcia, co się dzieje, i tylko wali na oślep, byle zadać ból. Nie jest tu lepszy ode mnie ani trochę, jebany staruch z mózgiem wściekłego uczniaka”). A może na jeszcze kogoś innego? Na Zmierzch, bo umarła? Na matkę, bo była liderką? Na swojego przodka sprzed mnóstwa pokoleń, przez którego jedną decyzję teraz miotała się od drzewa do drzewa, wyglądając zapewne jak obłąkana? 
W końcu zabrakło jej tchu. Zadawszy ostatni, krzywy i słaby cios, osunęła się na ziemię, przyciskając do niej pyszczek, wbijając w nią pazury. Ogon energicznie podrygiwał raz w jedną, raz w drugą stronę, sierść była zjeżona, uszy płasko przylegały do czaszki, a wszystkie mięśnie napięły się w oczekiwaniu na atak na kolejnego urojonego przeciwnika. 
Coś jednak zaszeleściło cicho z jej lewej strony, wynurzając ją nieco z gniewnego transu. Dopiero wtedy dostrzegła czającą się za drzewem Jutrzenkę. 
Po swojej szczerej pogadance od serca, przez kilka wschodów słońca spędzały ze sobą więcej czasu. Częściej rozmawiały, dzieliły się posiłkami, udzielały sobie wskazówek na tematy związane i niezwiązane z treningami. Potem jednak coś się zmieniło. Znowu się od siebie oddaliły, dały się pochłonąć swoim codziennym obowiązkom w dzień, a nocą kładły się do snu coraz dalej i dalej od siebie. Tak jakby nigdy nie miała być im pisana pełna bliskość, bliskość tak silna, jak pomiędzy Poranną a Świtającą i Brzaskową Łapą. Bliskość tak silna, jak ta, która istniała kiedyś pomiędzy Poranną a Zmierzchową Łapą… 
— A ty co? — syknęła, podnosząc się. Kolejną falą agresji próbowała ukryć zawstydzenie tym, że siostra widziała ją w takim stanie. — Od dawna mnie szpiegujesz? Podobał ci się mój pokaz? Sekretnie lubisz oglądać to, jak inni są chwilowo słabi, słabsi od ciebie? — cedziła przez zęby. 
Dopiero gdy zauważyła rozszerzające się w lęku i smutku oczy Jutrzenki, zrozumiała, że znowu to robi — zadaje ciosy na oślep, raniąc nimi bliskie sobie koty, które nie zawiniły w żaden sposób. Jeśli dzisiejszy dzień był wyzwaniem „nie zraź do siebie wszystkich swoich bliskich do następnego wschodu słońca”, Poranek właśnie zdecydowanie przegrywała. 
Skuliła się i powoli ruszyła w stronę siostry. 
— Jutrzenko, ja… Przepraszam cię, nawet nie wiesz, jak mi okropnie z tym, co właśnie powiedziałam… Nie zrobiłaś nic złego, to ja pierdolę głupoty i… Błagam cię, wybacz mi… — mówiła gorączkowo, czując, jak łzy ponownie napływają jej do oczu. 
Nie mogła stracić kolejnej siostry przez swoją głupotę. Nie przeżyłaby tego. 
 
<Jutrzenko?>
[trening medyka; 1726 słów]
[Przyznano 35%]

04 września 2023

Od Jutrzenkowej Łapy CD Porannej Łapy

*zanim Zmierzch spadła z drzewa i rozwaliła se łeb*
Trenowała już jakiś czas, a jej mentorka mimo ciągłego załamywania się nad strachliwością uczennicy dalej ją szkoliła i zapewniała, że jej nie odpuści. I mimo tego, że te słowa komuś mogłyby się wydawać groźne, jakoby Ostra Kostrzewa miała ją zajechać na śmierć, ale Jutrzenka cieszyła się, że srebrna będzie ją szkolić. Że się nie podda mimo licznych niepowodzeń i postara się ją porządnie naprostować, nie ważne co się stanie ani jak długo jej na tym zejdzie.
Tego dnia ćwiczyły wspinanie na drzewa. Jej mentorka uznając, że Jutrzenka za bardzo boi się treningu walki, a także skupić się nie może na polowaniu, bo co rusz przerażona umyka w bok, gdy tylko mysz zrobi krok w jej stronę, postanowiła, że drzewa jej uczennica może będzie bała się ociupinkę mniej i będzie to dobry start na początek. W końcu drzewo cię nie zabije celowo, nawet Jutrzenka wiedziała, że to absurdalne.
Do tego jeszcze nie tak dawno temu odbył się wspólny trening całej piątki rodzeństwa, podczas którego Brzask wypchnął ją przed szereg na ochotnika do pierwszej wspinaczki, co skończyło się niezadowoleniem mentorki burej, bo ta wiedziała, co nadejdzie. Nie protestowała jednak a Jutrzenkowa Łapa wymiękła od razu. Może też dlatego szylkretowa postanowiła poćwiczyć właśnie to? Bo to właśnie uznawała za zbłaźnienie jej przed innymi mentorami i chciała pokazać im, że jest lepszą nauczycielką niż oni, pokonując strach tej łamagi?
Obecnie Jutrzenka wgapiała się w drzewo, do którego dotarły chwilę wcześniej. Obserwowała konary, które wydawały jej się same w sobie nie straszne… ale co jeśli tam będzie…
Szelest między liśćmi sprawił, że nieomal wyskoczyła z własnej skóry, od razu kryjąc się za Ostrą Kostrzewą. Ta westchnęła, nieźle zirytowana.
— Co znowu? — burknęła nieprzyjaźnie.
— B-b-b-bo t-ta-tam co-coś sze-sze-szeleści-szeleściło! T-t-t-to ch-chy-chy-chyba s-s-s-so-sow-sowa! Ch-ch-chc-chce m-m-m-mni-mnie z-z-z-z-jeść! — wyskrzeczała przerażona, kuląc się za mentorką.
— Jak tak będziesz się bać pierdolonego szelestu liści, to nigdy nie wespniesz się nawet na to drzewo, bo na upolowanie czegoś już nawet nie liczę – warknęła Ostra Kostrzewa. — Właź.
— S-sp-spra-spraw…
— Sprawdzę, sprawdzę, czy jej tam nie ma, mysi móżdżku — mentorka przewróciła oczyma, po czym podeszła do drzewa, następnie wspinając się na nie i przechodząc po każdej gałęzi, dokładnie otaksowując je spojrzeniem. Po niedługim czasie czarna skinęła swej uczennicy łbem, nakazując świdrującym spojrzeniem wzięcie się do pracy.
Kotka podeszła do drzewa, kładąc po sobie uszy. Chwilę znowu się przypatrywała, a pogoniona przez mentorkę w końcu uniosła łapy i wysunęła pazury, wczepiając się w chropowatą korę. Zaczęła się podciągać, stawiając łapy w różne zagłębienia w powierzchni, starając się dzięki temu zapewnić sobie przyczepność, jakby szabelki na łapach nie wystarczyły. Wspinała się powoli, z największą precyzją, na jaką ją było stać. O dziwo, mimo możliwości upadku, nie bała się tak strasznie jak na przykład, gdy wojownik spojrzał na nią krzywym okiem, co oczywiście miało znacznie mniejsze konsekwencje niż spadnięcie z drzewa. Kotka po jakimś czasie doszła do gałęzi, na której siedziała jej mentorka – konar wyadawał się solidny, więc bura powoli weszła na niego, następnie podchodząc bliżej mentorki i chyląc głowę.
— J-j-jak m-m-mi po-p-p-poszło? — spytała, spodziewając się niezadowolenia i karcącej odpowiedzi. Usłyszała zamyślony pomruk mentorki, nim ta rzekła:
— O dziwo nawet nieźle. Czemu ostatnim razem poszło ci tak źle, skoro teraz wspinasz się porządnie?
— B-b-b-b-b-bo… — próbowała się wysłowić piskliwym głosikiem — B-b-b-bo…
— Bo co? Czekam. Wysłów się. — pogoniła ją szylkretka.
— B-b-b-bo w-w-wsz-wszyscy n-n-n-na m-m-mnimnie pa-patrzyli… a-a-a wie-wie-wiedzi-wiedziałam… ż-ż-ż-że Ś-Ś-Św-Świ-Świt je-jeś-jeśli n-na-naw-nawet s-sam-sama ni-ni-nie sp-spa-spadne… m-mni-mnie… z-z-zrzu-zrzuci… j-j-ja-jak t-t-ty-tylko zn-znaj-znajdzie si-się n-na d-d-drze-drzewie…
Mentorka chwilę milczała, po czym położyła sobie łapę na łbie w geście załamania.
— Miałaś się chyba jej postawić, pamiętasz?
— N-ni-nie p-po-pot-potra-potrafię… — wychlipiała zaraz Jutrzenka, zalewając się łzami.
— Nie płacz, bo będziesz miała zamglone widzenie i potem naprawdę spadniesz z drzewa, jak będziesz schodzić.
Jutrzenka w odpowiedzi tylko przybliżyła się, po czym wtuliła w Ostrą Kostrzewę, smarkając w jej futro. Ta obrzydzona chciała się odsunąć, ale wczepiona w nią bura była niczym rzep na ogonie – nie dawało się jej ściągnąć. Starsza westchnęła z irytacją, klepiąc dzieciaka lekko po głowie, licząc najpewniej na to że ten może się ciut uspokoi, na tyle, by go od siebie odepchnąć bez trudu.
***
Wróciła z treningu zmęczona, ale w sumie nawet szczęśliwa? Chyba tak mogła to nazwać? No, popłakała się, to fakt, ale dzień bez płaczącej Jutrzenki to dzień stracony.
A za to coś jej poszło dobrze i mentorka zgodziła się na skupienie się na jedynej umiejętności, która jako tako szła Jutrzence.
Kotka obecnie siedziała na swoim legowisku – najbardziej oddalonym od tych jej rodzeństwa ze wszystkich, położonego dosłownie w zacienionym kącie, niczym wyrzucony, brudny mech albo zgniła piszczka. Najbliżej znajdowała się Poranek – jedyna siostra, która nie podkładała jej łapy na każdym kroku i nawet się z nią czasem w żłobku bawiła. Mimo tego, iż młodsza siostra ani razu nie broniła jej przed resztą rodzeństwa, nawet, gdy ta ją biła, Jutrzenkowa Łapa bardzo doceniała choć tą niewielką tolerancję swej obecności ze strony niebieskiej. Naprawdę. Poranek jako jedynej z rodzeństwa się nie bała. Bardzo kochała siostrę, bardzo. I chciała za wszelką cenę być dla niej dobrą siostrą, choć uważała, że tylko hańbi bliską jej uczennicę swoją nieużytecznością i płaczliwością. Jakie więc było jej zdziwienie, gdy pierwszy raz od dłuższego czasu Poranna Łapa podeszła do niej i, na duchy Mrocznej Puszczy, ułożyła się przy burej?
W oczętach dziko pręgowanej od razu pojawiło się zaskoczenie, ale także szczęście. Siostra chciała być przy niej. To ociepliło jej zestresowane, zmęczone ciągłym szybkim biciem serce.
— Cześć… — szepnęła niepewnie niebieska. — Jakkolwiek głupio by to nie brzmiało, myślę, że trochę zrozumiałam dziś, jak musisz się czuć, kiedy wszystko naokoło jest duże i straszne — mówiła cichutko — Ale mnie dzisiaj udało się przynajmniej częściowo poskromić mój lęk. Chciałam więc powiedzieć, że… Mam nadzieję, że tobie też to się uda. A gdybyś potrzebowała jakiejś pomocy, albo po prostu wsparcia, to możesz się do mnie zwrócić — zaoferowała z nieśmiałym uśmiechem.
Jutrzenka od razu uśmiechnęła się.
— Dzi-dzię-dzięku-dziękuję, P-po-pora-poranek… — miauknęła z wdzięcznością — Ci-ciesz-cieszę si-się… ż-że t-tu je-jest-jesteś — powiedziała, delikatnie przybliżając się, po czym lekko, dając siostrze jeszcze szansę na wycofanie, wtuliła głowę w jej futerko. — J-je-jeś-jeśli ch-chce-chcesz… t-to… m-mog-mogę… ci c-co-coś do-doradzić n-na t-tem-temat st-strachu… — dostrzegła zdziwienie w oczach Porannej Łapy — B-bo Bi-bieli-bielik… p-po-pokazała m-mi t-ta-taką me-meto-metodę… o-ona u-u m-mnie rzad-rzadko dzi-działa… a-al-ale p-pod-podobno u i-innych j-jest b-bar-bardzo sk-skuteczna… — uniosła głowę — ch-chodzi w ni-niej o t-to… że… wy-wyró-wyrównujesz n-na si-siłę od-oddech… wy-wypuszczasz po-pow-powietrze p-prze-przez czt-czt-cztery ud-ude-uderzenia se-serca, a p-po-potem wy-wpu-wpuszczasz p-prz-przez o-osi-osiem. P-p-poz-pozwala si-się tr-trochę wy-wyciszyć… i sko-skon-skoncen-skoncentrować p-potem n-n-na t-tym, c-co chc-chesz zro-zrobić… — powiedziała, po czym rozpoczęła demonstrację trwającą kilka powtórzeń. — P-pozwala m-mi ni-nie z-zej-zejść na za-zawał. — dodała z lekkim śmiechem.
Poranna Łapo?

[1072 słowa; wspinaczka na drzewa]
[Przyznano 26%]

31 sierpnia 2023

Od Porannej Łapy do Jutrzenkowej Łapy

 Drzewa. Drzewa bywały różne. Mniejsze lub większe, o pniach chudziutkich jak jej ogon lub grubych tak, że ich obejście byłoby całkiem okazałą wędrówką. Były drzewa z liśćmi o przeróżnych kształtach i takie, których gałęzie pokrywały igiełki, które potrafiły boleśnie wbić się w łapkę po tym, jak, ususzone, opadły na ziemię. 
Podczas szkolenia uczniów i ich mentorów obchodziły oczywiście głównie te drzewa, które były wysokie, o grubych pniach i rozłożystych, mocnych gałęziach. Te drzewa, od których Porannej Łapie kręciło się w głowie, gdy tylko zmuszona była ją wysoko zadrzeć, by ogarnąć je wzrokiem. Te, w które mógł uderzyć piorun podczas burzy.
Były to też drzewa, na które Poranek, jako uczennica z Klanu Wilka, musiała nauczyć się wchodzić. A to zdecydowanie jej nie cieszyło. Gdy tylko o tym myślała, jej łapki zachowywały się jak cztery osobne byty, miękkie, trzęsące się i rozjeżdżające każdy w swoją stronę. W głowie myśli kłębiły się coraz bardziej, wizje spadania z drzewa i łamania sobie karku niczym kruchej gałązki przeplatały się z pogardą względem samej siebie. 
Była członkinią Klanu Wilka, a także przyszłą członkinią Kultu. Była córką samej liderki. Była uczennicą na drodze do zostania dzielną wojowniczką. I jednocześnie była też tchórzem, który bał się wspiąć na drzewo.
Strach nie był obcą emocją. Czuła go za każdym razem, gdy gdzieś w okolicy rozlegał się grzmot i gdy niebo przecinała błyskawica. Ale do tej pory lęk przed burzami uważała za swą jedyną słabość, małą przeszkodę na jej drodze ku świetności. 
A teraz stała przed kolejną, znacznie większą przeszkodą. Taką, której nie potrafiła ominąć. Umiejętność wspinaczki na drzewa w Klanie Wilka uznawana była za kluczową. Bez tego Poranna Łapa mogła już po prostu zabrać to ładne piórko, które znalazła dwa wschody słońca temu i opuścić tereny klanu, by już nigdy nie pokazać się na oczy matce. 
Jednocześnie wiedziała, że prędzej odgryzłaby sobie po kolei własny ogon i wszystkie cztery łapy, niż zawiodła matkę i rodzeństwo. Dlatego też stała teraz przed tym durnym pniakiem i próbowała zmusić swoje ciało do wykonania jakiegokolwiek ruchu. 
Próbowała już kilka razy. Za jednym nawet weszła na wysokość kilku kocięcych kroków, lecz po chwili spanikowała i zeskoczyła, by przekoziołkować przez kilka króliczych skoków po brudnej ziemi. Teraz jednak wiedziała, że musi zrobić to dobrze. Inaczej mogła się w ogóle już nie kłopotać i po prostu dać się zjeść jakiemuś leśnemu drapieżnikowi.
— To przecież proste jak połknięcie płotki — szepnęła tak, by jej słowa nie dotarły do uszu mentora, próbując dodać sobie choć trochę odwagi,
A potem odsunęła się nieco od pnia i wysunęła pazurki. Starając się nie myśleć za bardzo o tym, jak wielkie jest to drzewo, przyjrzała mu się, by, tak jak radził jej mentor, znaleźć odpowiedni punkt, w którym najłatwiej będzie jej się zaczepić. Wzięła głęboki wdech, po czym wypuściła powietrze w nieco świszczącym wydechu i, zamknąwszy oczy, odbiła się od ziemi. 
Przez chwilę myślała, że nie uda jej się zahaczyć pazurami o chropowatą korę i jedynie obije sobie łapki i pyszczek o pień. Ku swojemu zdziwieniu nie poczuła jednak bolesnego uderzenia. Gdy otworzyła oczy, spostrzegła, że znajduje się jakąś mysią długość od ziemi. Nieźle, ale to był dopiero początek.
Oderwała nieco drżącą łapkę od kory. Zaraz za nią kolejną. Chwiejąc się nieco, wyciągnęła obie przednie kończyny wyżej i wbiła je znowu w korę. Potem podciągnęła się, by wyżej mogły się znaleźć również jej tylne łapy. 
Wzrok utkwiła w jednej z najniższych gałęzi. Nie była szczególnie gruba, lecz wyglądała na wystarczająco silną, by utrzymać ciężar ciała młodej uczennicy. Stanowiła jej cel, Święty Graal wspinaczki na drzewa. Jeśli uda jej się tam za chwilę dotrzeć i zejść bez skręcenia karku, będzie mogła kontynuować swój trening. Dopiero wtedy będzie godna tytułu ucznia wojownika Klanu Wilka.
Podciągnęła się więc znowu. I znowu. I tak aż do gałęzi, do której przywarła całym ciałem. 
Dopiero wtedy spojrzała w dół, choć od razu pożałowała swojej decyzji. Znajdowała się wyżej, niż się spodziewała, zdecydowanie za wysoko jak na swój gust. 
Już miała się poddać, miauknąć rozpaczliwie, błagając Wroni Trans o to, by ją ściągnął, gdy na niego spojrzała. Kulił się nieco, jak to miał w zwyczaju, ale na jego pyszczku widniał delikatny uśmiech. 
— Jest dobrze! Teraz musisz jeszcze tylko zejść! — oznajmił, gdy ich spojrzenia się spotkały.
Jego też nie mogła zawieźć. Nie ważne, jak bardzo gardziła nim jako rozdygotanym tchórzem, Wroni był jej mentorem. Był wojownikiem, któremu jej matka postanowiła dać szansę wykazania się, któremu powierzyła swoją własną córkę. 
Znowu odetchnęła więc głęboko — wdech i wydech — po czym znowu wbiła pazurki w gruby pień i wyruszyła w drogę powrotną. Każdy kolejny jej krok dodawał jej coraz więcej pewności siebie. Przy ostatnich dwóch pociągnięciach łap, nie trzęsły się one już prawie w ogóle. 
Gdy jej łapy dotknęły już płaskiego, poziomego podłoża, poczuła ogromną ulgę. Miała ochotę paść na ziemię i łasić się do niej, czcząc cud bezpiecznego chodzenia. Wiedziała jednak, że to jeszcze nie koniec jej zmagań na ten dzień. Nie tracąc ani chwili, Wroni Trans wybrał kolejne drzewo, położone o kilka lisich długości od tego pierwszego, i poprosił swą uczennicę, by teraz wspięła się na nie.
Gdy słońce zachodziło, Poranna Łapa mogła pochwalić się już kilkoma “zaliczonymi” drzewami. Za każdym razem wchodziła odrobinę wyżej i za każdym razem robiła to odrobinę pewniej. I choć wysokość wciąż przyprawiała ją o zawroty głowy, po skończonym treningu wymieniła delikatne uśmiechy ze swoim mentorem. Tak jak jego nauka, jej wspinaczka nie była idealna, ale była przynajmniej zadowalająca.

Tego wieczora nie ułożyła się przy Świcie, Brzasku i Zmierzchu, jak to miała w zwyczaju, lecz nieco bliżej Jutrzenki. Zarobiła za to nieco zdziwione, ale wciąż całkiem zadowolone spojrzenie.
Pomimo upływu księżyców Poranna Łapa wciąż nie potrafiła definitywnie określić swojej relacji z Jutrzenkową Łapą. Wiedziała, że nie jest z nią tak blisko, jak z resztą rodzeństwa. Wiedziała również, że nie potrafiła jednak całkowicie się od niej odciąć czy drwić z niej tak bardzo, jak robiła to Świtająca Łapa. 
— Cześć… — szepnęła więc niepewnie. — Jakkolwiek głupio by to nie brzmiało, myślę, że trochę zrozumiałam dziś, jak musisz się czuć, kiedy wszystko naokoło jest duże i straszne — mówiła cichutko, bojąc się, że reszta rodzeństwa lub jakikolwiek inny kot. — Ale mnie dzisiaj udało się przynajmniej częściowo poskromić mój lęk. Chciałam więc powiedzieć, że… Mam nadzieję, że tobie też to się uda. A gdybyś potrzebowała jakiejś pomocy, albo po prostu wsparcia, to możesz się do mnie zwrócić — zaoferowała z nieśmiałym uśmiechem.

<Jutrzenkowa Łapo?>

[1048 słów; wspinaczka na drzewa]
[Przyznano 26%]