BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szepcząca Hipnoza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szepcząca Hipnoza. Pokaż wszystkie posty

21 maja 2026

Od Szepczącej Łapy (Szepczącej Hipnozy) CD. Gąbczastej Łapy (Gąbczastej Perły)

Tego dnia bardzo bolała mnie głowa, a wszystko dookoła wydawało się rozmazane i zamglone. Każdy głośniejszy lub wyższy tonacją dźwięk dosłownie przynosił mi ból, jak gdyby ktoś wbijał mi pazury głęboko w uszy. Słabym krokiem skierowałem się więc do lecznicy, gdzie ujrzałem panią Gąbczastą Łapę, sprzątającą uschnięte zioła z podłoża legowiska. Już miałem się odezwać, kiedy dymna nagle zamarła, wpatrując się we mnie niczym w najgorsze zło tego kociego świata. Po mniej niż uderzeniu serca futro na jej karku gwałtownie się podniosło, tak jakby księżniczka próbowała zmienić się w jeża, a jej pazury wbiły się w ziemię, raz po raz połyskując w niewielkich promieniach słońca, jakie dały radę dostać się do lecznicy. Instynktownie spłaszczyłem uszy, jednocześnie podkulając ogon. To nie wyglądało najlepiej. W tamtym momencie pani Różana Woń także zauważyła moją obecność, jednak nie zdążyła zrobić nawet pół kroku w moją stronę, ponieważ jej uczennica ją wyprzedziła.
— Czego chcesz?! — warknęła w moją stronę, trochę się przybliżając.
Choć próbowałem wydusić z siebie chodźby pół słowa, albo jakikolwiek dźwięk, nic z mojego pyszczka nie wylatywało.
— Głuchy jesteś czy co? — szepnęła księżniczka, przybliżając się jeszcze bardziej.
Teraz między nami dystansu było mniej niż dwa mysie ogony, co trochę mnie przerażało. Grało we mnie wiele emocji, ale w większości było to zakłopotanie pomieszane ze strachem. Najwyraźniej Gąbczasta jeszcze bardziej się zdenerwowała. Jej postura zmieniła się z skulonej na wyraźnie wyprostowaną, a oczy zwęziły się w dwie, niewielkie szparki.
— Nie pamiętasz, co ci mówiłam?! — syknęła, na co ja tylko jeszcze bardziej się zakłopotałem.
Próbowałem odszukać w odmętach pamięci jakieś słowa uczennicy na temat wchodzenia z nią w jakieś interakcje czy cokolwiek takiego, czyli tak naprawdę w ogóle jakiegokolwiek jej słowa, ale nic sobie nie przypominałem.
— Tss… mewi szpieg. Mówiłam ci, żebyś więcej się tu nie pokazywał! Nie chcę cię na oczy widzieć, zdrajco!
Kilkukrotnie zamrugałem, nie wiedząc, co zrobić.
— Gąbczasta Łapo, co Ci na wszechwiedzący Klan Gwiazdy odbiło? — spytała pani Różana Woń, o której istnieniu obok na chwilę zapomniałem.
— Mówiłam temu lisiemu ścierwie, żeby mi się na ślepia nie pokazał! — syknęła dymna, odwracając głowę w stronę starszej.
— Ale ty przecież nic takiego nie mówiłaś, a przynajmniej na pewno nie przy mnie? Chyba pamiętałabym…
Rozejrzałem się po swoim otoczeniu, zastanawiając się co zrobić w tej sytuacji. Po uderzeniu serca stwierdziłem, że mogę wykorzystać rozmowę kotek i wycofać się z potrzasku, w jakim się znalazłem.
Powoli wycofałem się z lecznicy, podczas gdy medyczki nadal rozmawiały, jeśli taką wymianę zdań można było mianem rozmowy określić.

Aktualnie (tw. Krew)
⋆˚。⋆୨✧୧˚ ★ ✩ ★ ˚୨✧୧⋆。˚⋆

Przez następne dni od tamtego… Incydentu, nie mogłam przestać o tym wszystkim myśleć. Miałam od tego jeszcze większy mętlik w głowie niż zwykle. Szczególnie, że nie mogłam sobie przypomnieć sytuacji, w której pani Gąbka przekazałaby mi takie słowa. Właśnie pracowałam w ogrodzie przy grządce, którą wiele księżyców temu sama zasadziłam (oczywiście z pomocą pani Pierzastej Kołysanki). Nie powiem, że nie — byłam z tego trochę dumna.
W pewnym momencie usłyszałam ciche “bzzz” tuż przy swoim uchu, wręcz niemal w nim.
— Ugh, głupi komar… — mruknęłam, potrząsając lekko głową, aby go jakoś odstraszyć, czy coś.
Mimo to poczułam swędzenie i po chwili po części przypadkowo przycisnęłam go łapą do ziemi, kończąc jego żywot. Próbowałam wrócić do pracy i o tym nie myśleć, jednak zaczynałam czuć takie nieznośne swędzenie, którego nie mogłam powstrzymać. Nie do końca tego świadoma, raz na jakiś czas drapałam się tam, gdzie komar zostawił na mnie swój ślad. W pewnym momencie poczułam na łapie płyn, który okazał się być moją osoką.
— Na ciernie i osty — przełknęłam pod nosem, strzepując swoim pręgowanym ogonem.
Przez chwilę zastanawiałam się, czy zrobić coś z tym fantem, a mianowicie czy nie próbować tego odkazić czy coś takiego, jednak końcowo po prostu to zbagatelizowałam, po prostu wracając do swojej pracy. Z dnia na dzień rana coraz to bardziej piekła i swędziała. Dopiero kiedy zorientowałam się, że przestałam słyszeć na lewe ucho, udałam się do ogrodu, szybko lokalizując niewielki żółto-pomarańczowy kwiatek, który miał mi pomóc. Złapałam dwa płatki, sprawnie przeżuwając je na papkę. Zaraz później przygotowana mikstura wylądowała na rance. Przez pierwsze uderzenia serca trochę piekło, ale na szczęście dość szybko pieczenie minęło. Właśnie skończyłam swój posiłek, kiedy wpadłam na pomysł przyniesienia jakiegoś dobrego kąska różnym Nocniakom. Na początek jako cel obrałam sobie żłobek, do którego wniosłam dwie wiewiórki. Piastun, który akurat tam przebywał, spał, więc nie mógł dowiedzieć się, że to ode mnie. Następnie dorwałam ze sterty srokę, która wylądowała przed moją byłą mentorką. Później pognałam do pani Różanej Woni z dwoma myszami. Ta wymamrotała jakieś liche podziękowania, a kiedy już myślałam, że to tyle, bo reszta już jadła, przypomniałam sobie o istnieniu pani Gąbczastej Perły. Z jednej strony bardzo nie chciałam tam iść i nie daj Klanie Gwiazdy spotkać się z nią oko w oko, jednak jakieś poczucie obowiązku kazało mi tam iść. Skoro nosiłam zwierzynę każdemu, dlaczego miałabym ją ominąć? To byłoby w końcu bardzo aroganckie. Złapałam więc w zęby dwie dorodne rybki, chcąc po prostu niezauważenie podarować jej kąski, a następnie wrócić do swoich zajęć. Niepewnym krokiem weszłam do środka, kładąc jedzenie i szybko odwracając się za siebie, aby wyjść, jednak to ostatnie mi się nie udało, ponieważ usłyszałam za sobą głos medyczki, przez co lekko spłaszczyłam uszy, a mój puls podskoczył.
— Czego ode mnie chcesz mewi szpiegu, nie chcę cię na oczy widzieć!
— Chciałam tylko przynieść ci coś do jedzenia…
Czarna spojrzała na ryby, a później znów na mnie.
— Chciałeś mnie otruć?! — syknęła, na co ja myślałam, że zwymiotuje ze stresu.
— Ni-nie! Po prostu próbowałam być miła… Skąd ten pomysł! Co ja ci takiego zrobiłam, że mnie nienawidzisz! Już nic nie rozumiem! — powiedziałam drżącym głosem, powoli mając dość jej dziwnego i niezrozumiałego dla mnie zachowania.

< Głąbka? Czego ty w ogóle ode mnie chcesz? >


Wyleczeni ~ Szepcząca Hipnoza

03 kwietnia 2026

Od Szepczącej Hipnozy CD. Ćmiego Mżenia

Znów nie mogłem spać.
Wpatrywałem się więc w rzekę, w której odbijały się gwiazdy tańcujące wraz z księżycem na czystym nieboskłonie z nieodgadnionym wyrazem pyszczka. Mój mózg zasnuwały tysiące myśli, będących dla mnie niczym uporczywe, lepkie pajęcze nici. Od dawien dawna gnębiło mnie wiele kwestii, jednak były takie dwie szczególne, które nie dawały mi spać po nocach. Kwestia pierwsza. Za każdym razem, kiedy mówiłem o sobie (nieważne czy w myślach, czy na serio, wśród innych Nocniaków) w zasadzie cokolwiek, coś głęboko w środku mnie jakby kłuło. Przez wiele księżyców dochodziłem do tego, co to uczucie mogło oznaczać. Może chodziło o jakąś konkretną część mojego lub nawet nie tylko mojego postrzegania... samego siebie? Może tu chodziło o jakąś konkretną część mojego bytu? Podniosłem spojrzenie błękitnych ślepi na powoli ulatniającą się mgłę. Gdyby nie to, że liście zaczęły zmieniać swoje barwy, myślałbym, że cały ten czas mamy nieco wydłużoną Porę Zielonych Liści, która na koniec swego panowania postanowiłaby zelżeć. W legowisku przeznaczonym dla mnie i mojej byłej mentorki było spokojnie. Pani Pierzasta Kołysanka spokojnie drzemała w środku, odpoczywając po męczącym dniu. Jako iż pogoda dopisywała, cały czas dawało się zebrać nasiona wszelakich ziół oraz kwiatów leczniczych. Owinąłem łapy smukłym, acz w miarę ciepłym ogonem, próbując znaleźć jakieś rozwiązanie, które mogłoby mi pomóc. Czułem, że moje myśli szły w dobrym kierunku. Może.... Może mógłbym poprosić kogoś o pomoc? Pytanie tylko, czy mam kota na tyle zaufanego, żeby mu to zdradzić, ale też... jakkolwiek to brzmi, na tyle, eeee... niezbyt cennego? Przecież nie chciałbym ryzykować wystawienia przez kogoś, na kim zależałoby mi najbardziej na całym kocim świecie! Problem tylko w tym, czy miałem takiego kota?... W sumie to nie miałem jakoś bardzo dużo przyjaciół lub jakichkolwiek bliskich kotów. Miałem Słodką Łapę (a w zasadzie Słodką), ale ostatnio ciężko było nam się złapać. Była też Kropiatkowa Skórka, jednak jej... Nie czułem się przy niej w stu procentach dobrze. To znaczy, tak, lubiłem ją, ale... nie jakoś mega, mega bardzo. Tak, żeby móc siedzieć z nią cały czas. Kiedyś byłem bliżej z Niezapominajkową Nadzieją i Trzcinowym Szmerem. Jednak od kiedy zbliżyły się do siebie, nasz wspólny czas po prostu się... ulotnił. Gdzieś zanikł w czasoprzestrzeni. To znaczy, życzyłem kotkom jak najlepiej, ale nie powiem, było mi troszkę przykro, że straciłem z nimi bliższy kontakt. Większość mojego czasu spędzałem z-...
— A-... — ciche westchnienie zaskoczenia wyrwało się z mojego pyszczka, kiedy poczułem czyjś dotyk.
Odwróciłem głowę, aby ujrzeć pogodny i jak zawsze entuzjastyczny pyszczek mojej najbliższej przyjaciółki, którą była Ćmie Mżenie. W zasadzie byliśmy ze sobą tak blisko, że zaczęliśmy nazywać się zdrobnieniami swoich imion.
— Cze-cześć, wystraszyłaś mnie, Ciemko — szepnąłem z delikatnym uśmiechem na pyszczku, wtulając się w klatkę piersiową kotki z cichym pomrukiem zadowolenia. Jednak po nie więcej niż uderzeniu serca jakby gwałtownie się odsunąłem. — Y-yyh, przepraszam... Chyba nie powinienem tak robić...
Czułem, jak robi mi się głupio, kiedy uporczywie wpatrywałem się w swoje łapy.
— Jest w porządku, lubię się przytulać! — przesunęła się w moim kierunku.
Przez chwilę milczałem. W głowie cały czas grał mi chaos, a puls chyba umówił się z moimi myślami na wyścigi, bo też nie zwalniał tempa. Czułem, jak robi mi się gorąco. To było jednocześnie przyjemne i nieprzyjemne. Mimo to nie było to jakieś bardzo niezręczne. A w zasadzie to wcale. Bardziej… Próbowałem dojść do tego, czemu za każdym razem tak bardzo plątał mi się język, a świat wirował, gdy ONA była blisko. Najwyraźniej była dla mnie bardzo ważna. Moim pytaniem do samego siebie było jak bardzo. Nad tym próbowałem się porządnie zastanowić. Może chciałem… Może chciałem czegoś… czegoś więcej? Spłaszczyłem uszy na samą tą myśl, będąc pewnym, że wyglądałem jak płatek maku – że byłem cały czerwony dokładnie tak, jak te kwiaty. Nie, nie… Przecież to głupie! Ciemka mnie lubiła, ale na pewno nie tak, jak ja teraz myślałem. A ja pewnie też tak tylko głupio o tym... Głupio o tym pomyślałem! To wydawało się takie nierealne. Jak taka istota jak ona, mogłaby polubić takiego fałszywego kłamcę, jak… ja?
— Szepcie... mogę ci się z czegoś zwierzyć? Znaczy... to trochę głupie, bo to nie jest jakoś bardzo nieakceptowalne czy coś... ale chcę o tym komuś powiedzieć... — przerwała i spojrzała w księżyc, wyrywając mnie z wewnętrznej argumentacji, dlaczego to absolutnie nie miałoby sensu. — No bo... ja chyba lubię kotki. Jakby tylko kotki.
Przez może dwa uderzenia serca zapanowała cisza, którą szylkretka jednak szybko i skutecznie przerwała.
— To strasznie głupie, dosłownie byłam wychowywana przez parę kotek — zaśmiała się i zarzuciła swój puszysty ogon na łapy. — Dobra, to było głupie, wybacz.
Spojrzałem na kotkę z innym uśmiechem.
Takim, który miał wypisane słowa “wiem o tym, głuptasie". Po chwili jednak zastąpił go oczywiście łagodny uśmiech, taki podobny do tego, który teraz miała Ćma.
— Bardzo się cieszę, że postanowiłaś mi się zwierzyć. Jeśli miałbym być szczery, od kiedy jesteśmy bliżej, jestem w stanie to zauważyć. Myślisz, że nie zauważyłem, jakim wzrokiem patrzyłaś na Wężynowy Splot? Czasem to aż sam się dziwiłem, że ona tego nie dostrzegała...
Znów spojrzałem na taflę wody, która spokojnie biegła gdzieś dalej, gdzie mój wzrok z tej pozycji już nie sięgał.
— Ja też chciałbym Ci coś wyznać, ale... Nie wiem, czy chcę to mówić tutaj.
— Oh... tak, ma to sens... Klanie Gwiazdy! Czemu ty jesteś taki spostrzegawczy? — kocica żartobliwie mnie szturchnęła, na co ja zachichotałem. — Wiesz, że możesz mi powiedzieć absolutnie wszystko? Nie zacznę cię nagle nienawidzić, nie po tym wszystkim… możemy wyjść z obozu, jeśli nie chcesz mówić o tym tutaj — wymruczała z uśmiechem. Jej słowa brzmiały jak poemato-dramat. Zapewne nie miała takiego zamiaru.
— Chciałbym, żeby było tak, jak mówisz...
Przez dwa uderzenia serca posmutniałem, jednak szybko wróciłem do normalnego stanu. Pewnie to dlatego, że uważałem samego siebie za kota bardzo głupiego i fałszywego. Takiego, który chciał jedynie swoich korzyści, nawet kosztem innych kotów. Nawet kosztem kotów najważniejszych spośród wszystkich. Zazwyczaj moje myśli były Mroczne, jednak kiedy liliowa była blisko, wszystko wydawało się prostsze i szczęśliwsze, a w jej uścisku czułem się zaopiekowany i spokojny. Spojrzałem w pomarańczowe ślepia kotki.
— Bardzo chętnie! — szepnąłem, jednak nie ruszyłem się ani o mysi wąs.
Chciałem jeszcze przez chwilę tam zostać i wpatrywać się w ślepia przyjaciółki.
— Wiesz, masz bardzo ładne oczy... Ich kolor przywodzi mi na myśl wczesne liście Pory Opadających Liści i bursztyny lśniące od ciepłych promieni słonecznych, które dosięgają ich nawet pod otchłanią wody...
Kiedy zdałem sobie sprawę z tego, że powiedziałem to na głos, znów zaczęło być mi strasznie głupio przed kocicą.
— U-uh przepraszam, t-to nie miało sensu... Nie, ja... Znaczy, nie uważam, że twoje oczy są brzydkie, bo są ładne, są bardzo ładne, ale nie mówię tego tak, że... Eee, że cię jakoś lubię lubię czy coś, TO ZNACZY, lubię cię i to bardzo trochę nawet, bo to nie tak, że cię nie lubię, ale po prostu nie chcę nic sugerować- C-czy coś... Ugh, czemu nie mogę się normalnie wypowiedzieć! Przepraszam...
Schowałem pyszczek w łapach, nie wiedząc co powiedzieć. A co jeśli kotka uzna mnie za dziwnego i porzuci, jak starą zabawkę? Nie, przecież... Przecież Ciemka by taka nie była! Nie mogła być...
Bałem się każdego aspektu tych wszystkich rzeczy, które chciałem jej powiedzieć i przeanalizować razem z nią, ale jeśli nie powiem tego tej nocy, to chyba to wszystko zje mnie od środka, albo sam już nie wiem co się ze mną stanie.
— Liście Pory Opadających Liści są piękne! Lubię ich kolor... Twoje oczy wyglądają jak czysta woda lśniąca na słońcu... pasują do koloru twoich pręg... o ile ma to sens — zachichotała i przysunęła się bliżej.
Delikatnie wysunąłem swój pyszczek spomiędzy łap, czując, jak wojowniczka się przybliża.
— Dziękuję, Ciemko... — wymruczałem, przymykając oczy podczas wtulania się w jej mięciutkie, szylkretowe futerko. — Dla mnie każde słowo wypowiedziane przez ciebie ma sens... — dodałem jeszcze, kiedy kotka owijała mnie swoim długim ogonem.
Przez czas bliżej nieokreślony leżeliśmy tak razem w przyjemnej ciszy, którą przerwałem pytaniem.
— Co powiemy kotu, który pilnuje tej nocy obozu? — zapytałem, nie mogąc sobie przypomnieć, kto tego dnia miał stać na warcie.
— Powiedzmy po prostu, że chcemy wyjść na spacer. Dzisiaj na warcie stoi... Kropiatkowa Skórka? O ile dobrze pamiętam. Nie powinna mieć problemu.
Cóż, ta odpowiedź najwyraźniej mnie usatysfakcjonowała, ponieważ jeszcze przez jakiś czas leżeliśmy tak wtuleni w siebie nawzajem, jakbyśmy nie mieli ani wąsa zmartwień na calutkim świecie. Po prostu jak byśmy liczyli się tylko my. Tylko ona. W końcu oboje wstaliśmy, starając się nie generować żadnych odgłosów, jakbyśmy nie chcieli zaburzyć tej wszechobecnej nocnej atmosfery i ciszy. W końcu był środek nocy. Oprócz Kropiatki i nas, raczej każdy Nociak był pogrążony w słodkim śnie. Zazwyczaj przesiadywałem w obozie, kiedy nie mogłem spać, więc dla mnie nie było to nic nowego. To znaczy, teoretycznie pierwszy raz robiłem to z kimś innym niż z moją kochaną mamusią, Nenufarowym Kielichem. Kiedy w mgnieniu oka znaleźliśmy się naprzeciw strażniczki, jej mimika wyrażała zaskoczenie. Po uderzeniu serca chyba zobaczyła jednak, że to tylko my, bo szeroko się uśmiechnęła, a puchate i gęste futro na jej policzkach zatrzepotało.
— Cześć, Szepcząca Hipnozo — przywitała się i zwróciła się do liliowej szylkretki.
— Witaj, Ćmie Mżenie, gdzie się wybieracie o tak późnej porze? — zagadała znajdka, owijając ogonem łapy.
— Idziemy na spacer — odparła jak gdyby nigdy nic wojowniczka. — Możemy iść?
— Jasne, tylko wróćcie szybko, miłego spaceru! — mruknęła, prostując się.
Kiedy mieliśmy strażniczkę już trochę za sobą, przyjaciółka odezwała się.
— Możemy pójść nad brzeg morza albo gdzieś gdzie nie jest tak chłodno. Gdzie chcesz iść? — zapytała, na co też zacząłem się zastanawiać.
— Pójście nad morze byłoby fajne, ale trochę boję się tych mew... Przecież jedna z nich zaatakowała medyczkę Klanu Klifu... Biedna... Współczuję Nocniakom, które ją znalazły. Czy w tym patrolu nie uczestniczyła przypadkiem Mżący Przelot?
Wzdrygnąłem się na samo jej wspomnienie. Wydawała się taka miła… Było mi jej żal. Szkoda, że się z nią bliżej nie poznałem.
— No, ale nie myślmy o tym... Może przeszlibyśmy się na jakąś łąkę? Znasz jakąś dobrą miejscówkę?
Kotka zastanowiła się chwilę.
— Nie, ale gdziekolwiek pójdziemy, będzie dobrze!
— Wiem! — miauknąłem w końcu. — Chodź za mną.
Dotarliśmy w miejsce na łące, gdzie jeszcze ostały się kwiaty.
— Oh, spójrz, jakie piękne fiołki! Nie wiem czemu, ale mam wrażenie, że do nas pasują... nie uważasz? Musimy je sobie kiedyś wpleść w futro!
Byłem nieco spięty. Czułem się tak, jakby wszystko mówiło mi, że nie będzie lepszego momentu, aby szczerze porozmawiać z obiektem mojego nieświadomego zauroczenia o trzech ważnych dla mnie kwestiach. Pierwszą było to dziwne uczucie. Czy ono coś oznaczało? Czy Ciemka wiedziała co? A może to po prostu ze mną było coś nie tak? A może ja po prostu znów udawałem nawet przed samym sobą, że nie czułem się tak, jak chyba każdy kocur się czuł. Dwa, wyznać jej, że mój świat wirował wokół jej kociej osoby. Nie. Że ona jest moim światem i… I… I że nie wyobrażam sobie życia bez niej! Ale… Czy to był dobry pomysł…? W mojej głowie to brzmiało tak… głupio. Bezsensownie. Potrząsnąłem głową, chcąc skupić się na najważniejszym. Na punkcie trzecim. Tym najgorszym. Tym, w którym wyznałbym, że tak naprawdę jestem głupim mewim szpiegiem, fałszywym lisim łajnem, które udaje i nie jest warte pchły w futrze. Kiedy tak wewnętrzne panikowałem, wojowniczka wpatrywała się we mnie z nieodgadnionym wyrazem pyszczka. Myślałem, że zaraz przybije sobie samemu łapę (piątkę) z czołem. Głupi ja jej nie odpowiedziałem!
— Tak, też uważam, że są śliczne... Moglibyśmy zrobić to nawet teraz! Je-jeśli tylko byś chciała. A-ale to zaraz, bo... No, mam dwie rzeczy, które chciałbym z tobą omówić. Tą lepszą i tą... Gor-rszą... Tak więc... J-ja nie wiem... Nie wiem, od czego zacząć…
— Hm... Może zacznij od tej gorszej, to później będziesz miał z górki! — miauknęła, zrywając fiołki, najwyraźniej, aby przygotować je do wplecenia w moje parszywe futro. — Wiesz, nie ma dobrych i złych wiadomości, są tylko bardziej i mniej emocjonalne, wiesz?
— Co masz na myśli? — spytałem nieco zdziwiony jej nieoczywistą odpowiedzią.
Lubiłem to, jak nieoczywista była sama jej istota. Potrafiła zaskoczyć mnie chyba w każdym aspekcie. Choć musiałem przyznać, że czasami to wydawało się przerażające. Ale tylko czasami.
— No wiesz, nasze szczęście może być dla kogoś nieszczęściem i odwrotnie. Każda emocja może być negatywna lub pozytywna, tak samo jest z dobrem czy złem. Zabijanie jest złe, ale sami zabijamy zwierzynę, aby mieć co jeść — przerwała, aby zainspektować fiołka. — Co nie znaczy oczywiście, że nagle zacznę zabijać każdego, kogo zobaczę. Po prostu nie warto wszystkiego widzieć jedynie w czerni i bieli. W mojej perspektywie zawsze będziesz dobry, tak samo twoje słowa i zachowania — zamruczała.
Na słowa kotki smutno się uśmiechnąłem. W sumie to tak jakby smutno i wesoło jednocześnie.
— Dzi-dziękuje, Ciemko... Tw-twoje słowa... One bardzo wiele dla mnie znaczą. Wiesz, Ciemko... Jesteś najbliższą mi kotką, nie, najbliższym kotem, jakiego kiedykolwiek miałam. T-to znaczy… Chociaż… Eh, nieważne… Tak czy siak, kontynuując… Mam nadzieję, że tak pozostanie już zawsze.
Znów się uśmiechałem, ale po chwili mój uśmiech osłabł. Słyszałem krew płynącą przez całe moje ciało, dudniącą mi w uszach.
No dajesz, jesteś przy głosie, ona jest spokojna… Nie będzie lepiej! No po prostu lepiej naprawdę nie będzie! Przysięgam na Klan Gwiazdy, że jeśli to teraz skiepszczę, to chyba… Chyba… Chyba nie wiem, co zrobię… A-ale na pewno nic dobrego! Wdech, wydech, wdech, wydech…
— N-no dobrze… no bo wiesz… ostatnio zacząłem się trochę czuć nieswojo, kiedy mówię o sobie… — zacząłem drżącym głosem, starając się opanować wszelakie tiki nerwowe.
— To znaczy?
— No bo... Wiesz, czasem mnie mylono z kotką i… — nie dokończyłem, zacinając się. Na szczęście, kotka w tym samym czasie się odezwała.
— Oh, czy to zawsze sprawiało, że czułeś się nieswój? — zagadnęła, zrywając kolejne pąki kwiatowe.
Cisza.
Wbiłem wzrok w swoje łapy. Serce chyba nigdy nie waliło mi tak mocno.
Trzy punkty. Trzy punkty. Trzy punkty…
— W-wręcz przeciwnie… wiesz, zastanawiałem się, czy to tak nie powinno być...?
Zamilkłem. Nie, nie, nie, to zabrzmiałoby tak głupio!
Po dziesięciu uderzeniach serca znów mój cienki głosik.
— Czy to przypadkiem nie pasuje do mnie…?
Znów cisza.
Znów milczenie.
Starałem się patrzeć w ślepia rozmówczyni, jednak stres zżerał mnie zbyt bardzo, abym był w ogóle w stanie.
— Czy nie jestem może…
— Jesteś może? — zachęciła mnie delikatnie, kiedy moja frustracja rosła. Nie wiedziałem, od czego zacząć. “Czy nie jestem może inny? Czy nie jestem może taki jak ty? Czy nie jestem zdrajcą...? Czy nie jestem parszywą wronią strawą? Czy nie jestem w tobie zakochany po uszy, ale nie umiem tego przyznać, bo za bardzo boję się stracić taką fantastyczną kotkę, jaką jesteś?
— …kotką… — wyszeptałem w końcu ledwo słyszalnie. Ten szept zlał się z delikatnym powiewem wiatru, w taki stopniu, że byłem pewien, iż ona go nie usłyszała.
— Kotką? — zapytała się, aby się upewnić.
Moje niedoczekanie.
Albo i doczekanie?
Klan Gwiazdy wie co…
— Tak… M-mam nadzieję, że… Ż-że nadal chcesz, no… Że chcesz ze mną rozmawiać… I mnie znać… I… I w ogóle… I no…
Kolejny raz cisza. Ta głupia cisza. Cisza trwająca miliony lat i mgnienie oka na raz. Już myślałem, że wstanę i ucieknę, ale Ćmie Mżenie zabrała głos.
— Oh, rzeczywiście… Zawsze Czułeś… Czułaś? Się nieswojo, kiedy o tobie mówiłam jako o kocurze… przepraszam cię… — mówiąc to, wtuliła się w moje krótkie, acz miękkie futerko.
— Ja… nic się nie stało… — zamruczałe- nie… Zamruczałam? Chyba tak. Ale tak czy siak, była to moja odpowiedź na wtulenie się kotki
— Mam pytanie.
— T-tak...? — wyszeptałam, patrząc w pomarańczowe ślepia kotki, na której widok zawsze się cieszyłam, a moje serce trzepotało z radości.
— Czy mogę na ciebie nadal mówić Szept…?
Zamyśliłam się. Z jednej strony było to okej, jednak z drugiej… Wcześniej każdy tak do mnie mówił. Wcześniej z to znaczy nawet tego samego dnia, lecz rano, ale pomijając ten fakt… Czy jeśli chcę zacząć nowy rozdział w życiu, nie przydałoby się robić tego z czystą kartą?
— Myślę... Myślę, że lepiej będzie do mnie pasować “Hipnozka”... co o tym sądzisz?
— Oh... to piękne imię! Znaczy… Zdrobnienie… A-ale wiesz…
Z lekkim uśmiechem na pyszczku kiwnęłam do niej porozumiewawczo głową. Siedziałyśmy przez chwilę w ciszy. — Czym… czym była ta druga rzecz…? — przerwała ciszę lilijka.
Jeszcze nie zdążyłam pozbierać się po jednej, już miałam mówić o drugiej, a czekała mnie jeszcze trzecia… Oh, Klanie Gwiazdy, daj mi odwagę i siłę… Bez podniebnej pomocy chyba w życiu, a nawet i po życiu mi się nie uda.
— Oh…
— Wiesz, po tym, co udało ci się mi wyznać, na pewno dasz sobie radę!
W odpowiedzi wzięłam gwałtowny wdech.
— Wiesz… Bo ja… — zaczęłam, ale słowa znów uwięzły mi w gardle.
Nawet nie wiedziałam który wątek poruszyć teraz. Miałam psuć tą (w moim odczuciu) niebiańską atmosferę takim czymś? Nie, to by było chyba najgłupsze na świecie…
— B-bo ja cię bardzo lubię… — kontynuowałam, niepewna swoich własnych słów.
A co jeśli tylko mi się wydawało?
Co, jeśli ona nie czuła tego samego?
Co, jeśli to był największy błąd mojego życia?...
— Ja też cię lubię! — odparła szylkretowa wojowniczka, oczywiście ciepło się uśmiechając.
— A-ale… Tak… Tak bardziej… Wiesz jakby… uhh…
Spojrzałam na kotkę jakby w nadziei, że zrozumie, co mam na myśli, ale ta zamiast tego wpatrywała się wprost we mnie, czekając na moją końcową odpowiedź.
— Silne… Silne Emocje? Takie pozytywne emocje… Ba-bardzo… Wiesz…
Ugh, czemu to jest takie ciężkie!
— … Miłość…? — spytała niepewnie wojowniczka.
Świat zawirował mi przed oczami. Spojrzałam na kocicę z nieopisywalnym szczęściem, jednak nie mogąc pisnąć ani pół słówka. Grało we mnie tyle emocji na raz! Po chwili jednak się zlękłam. A co jeśli ona… Ona… Ona nie czuje tego samego? Już miałam się załamywać, kiedy Ciemka uratowała sytuację, odzywając się.
— Oh… ja... Ja chyba też to czuję… znaczy… — przerwała i wzięła oddech. — Też cię kocham. Miałam na myśli, że chyba już wcześniej to czułam, ale po prostu to ignorowałam… Jeśli ma to sens…
— Oczywiście, że ma! — pisnęłam, mając ochotę skakać z radości pierwszy raz w życiu. Dosłownie ledwo siedziałam w miejscu, czując, jak robi mi się gorąco jak jeszcze nigdy dotąd.
— Chcesz wpleść te fiołki? — spytała nagle, a ja spróbowałam powrócić na ziemię.
— …Tak — szepnęłam, pozwalając sobie na głębokie mruczenie, kiedy moja partnerka liznęła mnie po uchu.
W końcu… Teraz chyba mogłam sobie na to pozwolić… Nie?...
— J-ja… Nie mogę w to uwierzyć!… To wydawało się takie…
— Nierealne? Surrealistyczne? Niemożliwe? — Mżawka próbowała zgadywać.
— Tak! Oh, jak Ty mnie rozumiesz, Ciemko… Czasami mam wrażenie, że nawet Nenufarowy Kielich nie rozumie mnie w takim stopniu, jak Ty…

< Ciemko? Możesz oficjalnie mnie podrywać i zabierać na randki! ⁽⁠⁽⁠ଘ⁠(⁠ ⁠ˊ⁠ᵕ⁠ˋ⁠ ⁠)⁠ଓ⁠⁾⁠⁾ >

08 grudnia 2025

Od Szepczącej Łapy (Szepczącej Hipnozy) CD. Trzcinowego Szmeru

W głowie odbijały mi się słowa Trzcinowego Szmeru, przypominając echo wybrzmiewające w jaskini, która nigdy nie zobaczyła światła.
“Musisz pozwolić spłynąć tym wszystkim niemiłym rzeczom po tobie jak po kaczce.”
Mój wzrok był wbity w łapy, podczas gdy żołądek ściskał mi się z nerwów.
“Chciałbym umieć…” — pomyślałem, a w tym samym czasie Trzcinka delikatnie mną potrząsnęła, jednocześnie przywracając mnie do rzeczywistości, jakby oblała mnie całym strumieniem lodowatej rzecznej wody.
— Hej! Nie zastanawiaj się nad tym zbyt mocno! Uwierz mi, a zobaczysz, że poczujesz się lepiej — powiedziała, sprawnie biorąc kolejny kęs swojej uklejki po to, aby następnie ułożyć się na pozycję ala koci chlebek. — Możesz może mi zdradzić, jak ci idzie szkolenie. Czy mam się spodziewać, że za niedługi czas będę do ciebie mówić imieniem ogrodnika?
Na moim pyszczku zawitał nieśmiały uśmiech.
— No… Aż tak dobrze raczej mi nie idzie… Ale myślę, że przed 20 księżycem będę już ogrodnikiem tak jak pan Lulkowe Ziele i pani Pierzasta Kołysanka. To znaczy, taką mam nadzieję…
Szylkretka podzieliła mój uśmiech, kładąc swój ogon na moich plecach.
— Na pewno ci się uda, wierzę w ciebie! I takich myśli masz się trzymać, okej?
— Okej… — mruknąłem, jednak w moim głosie tliła się nuta niepewności.
Czaiła się niczym lis skradający się do swojej ofiary, chcąc jednym kłapnięciem swojej szczęki zakończyć jej kruchy żywot. Często nawiedzała mnie myśl, że każdy kot jest swego rodzaju roślinką. Nawet jeśli niektóre są tej samej czy podobnej maści, mają swoje własne cechy charakterystyczne. Oczywiście mniej lub bardziej charakterystyczne, ale nadal na pewno takowe posiadają. Mimo to jednak główną ideą samej myśli było to, że niektóre z tych kwiatów czy ziół szybko rozkwitają, tętniąc pełnią życia, nie mając większego trudu z przeżyciem na powierzchni, ciesząc się ciepłymi promieniami słonecznymi, otulającymi je w serdecznym uścisku, zachęcając do dalszego rozwijania. Inne natomiast mogły być zwykłymi chwastami istniejącymi tylko po to, aby wadzić innym samym swoim istnieniem, a ich egzystencja nie trwa zbyt długo, ponieważ inni sprawnie się ich pozbywają, ponieważ sprawiają problemy. Nie sposób było utrzymać się na powierzchni, a dłuższy żywot graniczył z cudem. Wciąż, zawsze może znaleźć się ktoś lub coś, co wyrwie ten piękniejszy okaz, pozbawiając go dalszej możliwości egzystowania, bezlitośnie pozbywając się go wraz z korzeniami. I właśnie o to chodziło. Tak samo mogło być z kotami. Niektóre toczyły prostszy żywot, inne cięższy, niektóre nie grzeszyły inteligencją, a inne? Aż strach się bać! Teoretycznie każdy trzyma łapy na sterze, kierując swoim życiem samemu, jednak nikt nigdy nie może być w 100% pewny, kiedy nadejdzie jego koniec. Czasem był naturalny, a świat pozwalał odejść ci w spokoju, więdnąc w swoim tempie, aby później móc wniknąć głęboko w glebę. Nie każdy miał jednak taką możliwość. Możliwość odejścia w spokoju, kiedy nadejdzie odpowiedni czas. Niektórzy odchodzili przez brak wody — inni przez jej nawał, a jeszcze inni… Kto to wie? Można by tak wymieniać przez nieskończoną ilość czasu!
— Heeeeej, trochę wiary w siebie! Odwagi! — szepnęła przyjaciółka, trącając mnie w bok.
Wziąłem lekko drżący oddech, otwierając oczy.
— Okej! — powtórzyłem, tym razem bez cienia jakiejkolwiek wątpliwości.
— No i to ja rozumiem! — Zaśmiała się kotka, tym samym kończąc swój posiłek.
— No dobrze, ja już będę zmykać, a ty zjedz tę uklejkę i odpocznij za nas oboje, dobra? — rzuciła wojowniczka, podnosząc się, aby strzepać drobinki piasku z futra.
— Dobra, do zobaczenia Trzcinowy Szmerze! I… Dziękuję za rozmowę. Potrzebowałem jej.
— Nie ma za co, do jutra Szepcząca Łapo — pożegnała się, następnie odchodząc w inną stronę po to, by zostawić mnie sam na sam z natłokiem myśli i uczuciem ciepła rozprowadzającym się po ciele dzięki jej słowom pocieszenia.

Już jakiś czas po zniknięciu Lulka (czyli jak Szepcik jakieś +/- 15 księżyców)
✩ ★ ✩ ★ ✩

TV! Występują poważne halucynacje, krew, oraz mówione jest o bardzo niskiej samoocenie!

Czułem, jak głowa pulsuje mi z bólu, kiedy próbowałem skupić się na słowach swojej mentorki, tłumaczącej mi przebieg rośnięcia korzenia łopianu. Zamknąłem na chwilę oczy, biorąc głęboki wdech. Ciężko mi było cokolwiek zrozumieć, ponieważ od dawna porządnie się nie wyspałem. Oprócz tego przez krótkie momenty zdawało mi się, że mam jakieś zwidy, prawdopodobnie właśnie tym spowodowane. Nagle roślina, którą Piórko trzymała w łapie, wyskoczyła z jej uścisku, podbiegając w moją stronę z kłami błyszczącymi w promieniach popołudniowego słońca. Źrenice zwęziły mi się do wielkości ziarnek piachu, kiedy krzyknąłem, odsuwając się o dwa kroki.
— Pani Pierzasta Kołysanko, pomocy, ten korzeń ma zęby! — pisnąłem, czując dreszcz przechodzący wzdłuż kręgosłupa.
Kocica wytrzeszczyła na mnie zdziwione spojrzenie, ze zdenerwowaniem strzepując ogonem.
— Szepcząca Łapo, o czym ty do mnie paplasz? — spytała, zbliżając się o mysi ogon w moją stronę.
W tym samym czasie krwiożerczy wytwór rzucił się na moją przednią łapę, wbijając w nią te swoje kiełki, przypominające jakieś niebywale długie igły. Pisnąłem z bólu, który zaczął promieniować z głowy na łapę.
— Niech pani coś zrobi, to coś właśnie mnie ugryzło, co to jest na najjaśniejszy Klanie Gwiazdy?! — zawyłem, zaczynając potrząsać kończyną, w ten sposób próbując zrzucić swojego oprawcę.
Księżniczka podeszła do mnie i przyłożyła swoją łapę od zewnętrznej strony do mojego czoła.
— Masz gorączkę? Zjadłeś jakieś trujące zioła albo coś nieświeżego w ciągu dzisiejszego lub wczorajszego dnia czy co? Wiesz, co może lepiej skończmy dziś trening szybciej, choć do legowiska…
Na chwilę skierowałem swoje przerażone ślepia w jej kierunku, wsłuchując się w jej głos, starając się jakoś uspokoić. Po uderzeniu serca wróciłem do swojej łapy, jednak nic tam nie było.
— C-co? Gdzie to coś się podziało?! Jeszcze uderzenie serca...
— Tak tak, chodź tu, już nic nie mów — przerwała mi ogrodniczka, prowadząc do miejsca, w którym odpoczywaliśmy. — To pamiętasz coś dziwnego lub dziwnie smakującego? — spytała, na co przecząco podkręciłem głową.
— Nie nie, po prostu słabo sypiam od… Nie wiem w sumie, od kiedy… Ale jak pa—, to znaczy, Lulkowe Ziele zniknął… Sam nie wiem… Przepraszam pani Pierzasta Kołysanko… A-ale to od niedawna mam te problemy, naprawdę wszytko jest okej.
— Jasne, a jeże latają. Na Klan Gwiazdy, to ty chyba już się nie wysypiasz od paru ładnych księżyców Szepcząca Łapo… Dobra, połóż się, a ja zaraz przyniosę ci ziarenko ma— Albo wiesz co, dwa i pół ziarenka maku. Musisz się dobrze wyspać…
— Do-dobrze… — mruknąłem, patrząc, jak kocica odchodzi.
"Może rzeczywiście to trwa już trochę dłużej?... Sam nie wiem…” — pomyślałem, wygodnie się układając.
Po niedługim czasie mentorka wróciła z zawiniątkiem przygotowanym specjalnie dla mnie.
— Zjedz je, musisz się porządnie wyspać Szepcząca Łapo, potrzebuję w pełni zdrowego i żywego ucznia, szczególnie teraz… — szepnęła, kładąc przede mną ziarna, które od razu bez słowa zlizałem.
Nawet nie do końca zdałem sobie sprawę z tego, że kiedy nareszcie upragnione uczucie zaczęło owijać mnie niczym koc, pani Pierzasta Kołysanka nie spuszczała mnie z oczu, mimo iż w tym samym czasie zaczęła robić coś innego.
— Wie pani, ostatnio coraz częściej mam wrażenie, że to przeze mnie Lulkowe Ziele gdzieś zaginął. Wydaje mi się, że mnie nie lubił… Nie wiem do końca czemu, ale po prostu… Czy zrobiłem coś nie tak? Może jakimś swoim zachowaniem go uraziłem? Sam nie wiem, naprawdę… Czuję się, jakbym był nic niewartym śmieciem, który tylko kradnie powietrze innym kotom… Nawet nie wiem, dlaczego moi przyjaciele mnie lubią… Jeśli w ogóle mnie lubią, pewnie po prostu nie mają serca powiedzieć mi, że nie. Jestem fałszywym kotem niewartym czyjejkolwiek empatii… Tamta mewa powinna mnie wtedy zabić lub pan Szałwiowe Serce powinien po prostu zostawić mnie tam na pastwę losu, a raczej na śmierć… Ale mimo to…
Na chwilę urwałem. Nawet nie zdawałem sobie sprawy z tego, że mówię to wszystko na głos, a starsza mogła to usłyszeć. Zdecydowanie byłem już pod wpływem medykamentu, który mi podała.
— Dziękuję pani Pierzasta Kołysanko… Jest pani dobrą mentorką… — mruknąłem, w końcu oddając się w objęcia krainy snów, odpływając po to, aby nie pamiętać całej tej sytuacji i mojego niezawodowego wyznania.

Jakiś księżyc później
✩ ★ ✩ ★ ✩

Przechadzałem się bez celu po sercu wyspy, obserwując tętniący życiem obóz wypełniony kotami. Nagle poczułem na swoich plecach czyjeś łapy, sprawiając, że o mało nie podskoczyłem, a moje futerko stanęło dęba.
— Hejka Szepciak, jak się trzymasz? — powiedział głos, który od razu dopasowałem do swojej przyjaciółki, którą była Kropiatkowa Skórka.
— Na Klan Gwiazdy, o mało nie wyskoczyłem z futra! — mruknąłem, na co starsza z niecnym uśmieszkiem ze mnie “zeszła”.
— Oj tam, oj tam, no bo ty zawsze jesteś taki strachliwy! — miauknęła, zaczynając chichotać. — No ale tak, przyszłam, żeby zaproponować ci zasmakowania życia wojownika! Mogłabym nauczyć cię tego i owego… Na przykład najlepszych technik pływania czy łowienia ryb! Co ty na to???
Rzuciłem kocicy niepewne spojrzenie.
— Sam nie wiem… — powiedziałem, przestępując z łapy na łapę.
— No zgódź się! Będziemy się super bawić! — Kropiatka urwała na kilka uderzeń serca, strzepując uchem. — Proooooooszę? — dodała, a w jej oczach błysnęła figlarna iskierka.
Wpatrywałem się w nią przez kilka chwil, w końcu wypuszczając z siebie ciche westchnienie.
— Niech ci będzie… W sumie zastanawiałem się nad tym, jak to jest być wojownikiem… Tylko, muszę iść powiedzieć pani Pierzastej Kołysance, że chcę gdzieś wyjść…
— Pytałam się już i zgodziła się pod warunkiem, że po drodze rozejrzysz się za jakimiś tam ziołami… Niby je wymieniła, ale już nie pamiętam większości… Ale ty wiesz, o które chodzi.
— Tak, wiem za jakimiś się oglądać! — W tym samym czasie podążałem za pomarańczowooką, która już gnała w stronę wyjścia.
— W takim razie komu w drogę temu czas! — pisnęła z ekscytacją, raz po raz oglądając się za siebie, aby upewnić się o mojej stałej obecności obok.
Rzuciłem jej promienny uśmiech, podczas gdy ona zaczęła wesoło nucić pod nosem.
— Pora nowych liści tuż tuż! Ach, już nie mogę się jej doczekać, a ty? A właśnie, tak swoją… Może podoba ci się ktoś z klanu?
Rzuciłem Kropiatce pytające spojrzenie, z jedną brwią podniesioną do góry.
— A co to za totalnie randomowe pytanie, hm? — spytałem, podczas gdy ona jedynie zachichotała, przyspieszając.
— A takie tam zwykłe — wydusiła w końcu, zatrzymując się. — Dotarłeś do miejsca docelowego, dziękujemy za wybranie naszej przewodniczki — powiedziała wojowniczka tonem, który ciężko było mi opisać. Zaczęliśmy śmiać się z jej nietypowej wypowiedzi aż do łez i bólu brzucha. Przez nasze wygłupy w sumie, zanim się obejrzeliśmy, to zrobiło się późno i trzeba było już wracać.
— No, ale się dużo nauczyłeś! — mruknęła sarkastycznie, otrzepując się z drobinek piasku.
— Tja, może innym razem… — odparłem, na co ona się uśmiechnęła.
— No to chodźmy, zanim zaczną nas szukać! — zaćwierkotała, znów dając gaz do dechy.
Wydałem z siebie zrezygnowane westchnienie i popędziłem za nią z nadzieją, że nie zabijemy się po drodze.

Dzień po zgromadzeniu
✩ ★ ✩ ★ ✩

Słońce co dopiero budziło obóz do życia, wypełniając go typową poranną krzątaniną. Wszystko byłoby normalnie, gdyby nie fakt, że w pewnym momencie sylwetka pani Mandarynkowej Gwiazdy wyłoniła się na miejscu przemówień.
— Niech wszystkie koty zdolne łowić samodzielnie zwierzynę zbiorą się na zebranie klanu! — Jej głos roznosił się niczym melodia prowadzona wraz z wiatrem, odrywając wszystkich od swoich obowiązków, w tym mnie.
Czułem się lepiej niż ostatnio, nareszcie mając szansę na wyspanie się dzięki kuracji pod okiem swojej mentorki. Niespodziewanie, liderka sprowadziła swoje uważne spojrzenie wprost na mnie.
— Szepcząca Łapo, wystąp. — Usłyszałem, jak wywołuje moje imię, a w tym samym czasie poczułem, jakby żołądek podszedł mi do gardła, po drodze robiąc trzy fikołki.
Starając się ukryć nerwowe drżenie łap, nieśmiało podszedłem przed jej oblicze, nie wierząc w to, co się dzieje.
— Ja, Mandarynkowa Gwiazda, przywódca Klanu Nocy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam go wam jako kolejnego ogrodnika.
Dosłownie dostałem jakieś zacinki, kiedy pani Mandarynka recytowała formułę do mianowania, robiąc na chwilę przerwę. Ogłuszająca cisza objęła cały obóz, obejmując mnie napięciem.
— Szepcząca Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu i chronić swój klan jako ogrodnik?
Srebrna rzuciła mi pytające spojrzenie, a ja przez chwilę nie zdawałem sobie nawet sprawy z tego, że zadała mi pytanie. Na szczęście po uderzeniu serca uderzyło mnie to niczym grom pośrodku burzy. Czułem jak kiedy próbuję coś wydukać, głos drży mi ze stresu, a przecież nie chciałem wyjść na nie wiadomo kogo! Wziąłem więc głęboki wdech i bez zająknięcia odpowiedziałem.
— Przysięgam.
— Tak więc mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię ogrodnika. Szepcząca Łapo, od tej pory będziesz znany jako Szepcząca Hipnoza. Klan Gwiazdy ceni twoją pomysłowość i subtelność, oraz wita cię jako nowego ogrodnika Klanu Nocy!
Pani Mandarynkowa Gwiazda zeskoczyła z miejsca przemówień, podchodząc do mnie lekkim krokiem z nutą elegancji, aby dotknąć pyszczkiem mojej głowy. Delikatnie musnąłem jej bark, czując się nieco niezręcznie, a kiedy już się podniosła, poczułem eksplozje radości! Rozejrzałem się po kotach dookoła z nieśmiałym, promiennym uśmiechem, wśród nich dostrzegając Trzcinkę.

<Siostra?! Nie mogę uwierzyć, że to się dzieje!!!>
[2022 słowa, trening wojownika]

[przyznano 40%]

Wyleczeni: Szepcząca Łapa (Szepcząca Hipnoza)


03 października 2025

Od Szepczącej Łapy CD. Lulkowego Ziela

Niepewnie spojrzałem na Lulka, nie nawiązując z nim kontaktu wzrokowego. Od kiedy pamiętałem, ogrodnik przy każdym kontakcie ze mną był chłodny. O ile w ogóle ten kontakt był. Widziałem, jak bardzo unika przebywania gdziekolwiek ze mną. Poza tym zauważyłem, że przestał nagle rozmawiać z panią Pierzastą Kołysanką, a jeśli już, to były to rozmowy krótkie, chłodne i oschłe.
— Czy…
"Czy ja jestem problemem? Czy pan mnie w ogóle lubi? Czy lepiej by było, gdybym obrał zwykłą ścieżkę wojownika? Czy może mi pan powiedzieć, dlaczego tak bardzo mnie unika, nawet jeśli ja staram się być dobrym uczniem? Czy pan w ogóle cokolwiek do mnie czuje pozytywnego? Czy zdaje sobie pan sprawę, że czasami, ale tylko czasami, chciałbym powiedzieć do pana, że jest pan kimś mi… Tak jakby… Bliskim?..."
— Czy wie pan może, kiedy mniej więcej zakończy się odnowa obozu? I czy chciałby pan może zabrać mnie ze sobą do pani Różanej Woni? Chciałbym móc jakoś pomóc, skoro nie ma pani Gąbczastej Łapy…
Jak się okazuje, moja maska miała w sobie kilka dziur. Dziur na tyle dużych, że mogłem ją zdjąć i pokazać naprawdę siebie. Głównie dla Nenufary, jednak… Przy Lulku moja maska całkowicie opadała. Byłem po prostu sobą. Starałem się nawiązać z nim jakikolwiek kontakt. Wiele razy. Naprawdę się starałem! Tylko że… On chyba nie chciał. Nie chciał i to bardzo.
— Niedługo i nie mogę, mam kilka spraw do zrobienia i omówienia z Różaną Wonią — rzucił chłodno kot, wstając.
— Mhm… — mruknąłem ledwosłyszalne, czując rosnącą złość i flustrację.
Miałem ochotę płakać. Czułem, jak wszystko niszczę, próbując coś naprawić. Lub nawet nic nie robiąc! Po prostu egzystując w Klanie Nocy.
— Cz-czy je-estem prob-proble-emem? Le-lepiej by-y b-było, gdy-ybym… Gdy-gdybym po prostu… Nie istniał?
— Mówiłeś coś? — powiedział bez emocji ogrodnik, odwracając na chwilę głowę, jednak nie patrząc na mnie.
— Nie — odpowiedziałem, chyba pierwszy raz w życiu…
Kłamiąc.
Tak po prostu. Bez żadnego sztucznego uśmiechu, bez udawania kogoś innego. Po prostu skłamałem. Poczułem, jak dosłowne żołądek wykręca mi się na drugą stronę. Myślałem, że zaraz zwymiotuje. Lulkowe Ziele, nie mówiąc już nic więcej, po prostu poszedł przed siebie. Ja zostałem tam, gdzie byłem, czując jednocześnie każdą możliwą negatywną emocję i… Pustkę. Moje ciało trzęsło się, kiedy wchodziłem nierównym krokiem do legowiska, aby następnie byle jak walnąć się na swoje posłanie. Zwinąłem się w malusieńki kłębuszek, zasłaniając swój pyszczek łapkami oraz swoim puchatym ogonkiem. To było za dużo. Po prostu za dużo. Za dużo wszystkiego i niczego. Emocje szarpały mną, jak dwa wygłodniałe lisy, rozrywające wychudły kawałek padliny. Cały się trząsłem, jakbym co dopiero wyszedł z lodowatej wody w środku Pory Nagich Drzew, a łzy powoli nawilżały mech pode mną. Zostałem w takim stanie przez dłuższy czas, jednak w końcu byłem taki wyczerpany, że… Zasnąłem. Bez niczego. Bez ziaren maku. Bez uspokajania się. Bez ogarniania siebie czy swojego otoczenia. Po prostu zasnąłem z wyczerpania, zostając w ten sposób do samego rana.
Następnego dnia w obozie
✩ ★ ✩ ★ ✩
Dla nikogo nie powinno być wielkim zaskoczeniem, że się nie wyspałem i nadal byłem zmęczony. Może nie tak bardzo, ale nadal. Mój uśmiech tego dnia nie dochodził do oczu. Nikt jednak tego nie zauważył.
"I bardzo dobrze, oby tak zostało…" — pomyślałem, przymykając na kilka chwil swoje błękitne oczy.
Obserwowałem, jak kilkoro wojowników powoli dopycha kłodę, która miała posłużyć za nowe miejsce na składanie zwierzyny. To był już ostatni element. Patrzenie na ostatni wysiłek, jaki wszystkie Nocniaki wkładały w odbudowę swojego domu. Kłoda z dziuplą w środku była coraz bliżej miejsca w którym miała się znajdować, a inne koty również zaczęły się zbierać, aby, po pierwsze, po prostu to zobaczyć i poczuć na własnym futrze, a po drugie, aby wspólnie wrzucić zwierzynę do środka. Poprzedniego dnia pani Pierzasta Kołysanka wymieniła wodę w źródełku na czystą, w pełni zdatną do picia. I w końcu — po czasie, który jednocześnie zdawał się niemiłosiernie ciągnąć i przelecieć jak ułamek uderzenia serca…
— Koniec! Obóz Klanu Nocy został oficjalnie odnowiony!
Usłyszałem krzyki szczęśliwych kotów jednocześnie obserwując, jak zaczynają brać przygotowaną już wcześniej przez uczniów (w tym mnie) zwierzynę do dziupli. Sam również złapałem dwie myszy, wrzucając je do środka. Wszyscy zaczynali świętować, jednak ja… Nie świętowałem razem z nimi. Oczywiście, cieszyłem się, nie że nie! Mój umysł zajmowało jednak jedno pytanie, skierowane do ogrodnika, który stał na uboczu, obserwując całą akcję z daleka. Wziąłem kilka głębokich, powolnych oddechów, następnie cofając się do niego. Stanąłem przed nim, jednak znów nie patrzyłem w jego ślepka.
— Czy… Czy jes-stem probleme-mem? — wydusiłem w końcu cicho, jednak na tyle głośno, żeby pan Lulek usłyszał.
— Dla-dlaczego mnie pan… Tak unika? Ni-nie rozumiem tego… Z… Zrobiłem coś? N-nie tak?
< Luluś?... >
[ 769 słów, trening ogrodnika ]

[przyznano 15%]


Wykonane zadania:
Wniesienie na wyspę kłody na zwierzynę

Od Szepczącej Łapy do Latającej Ryby

Przeszłość, kiedy Szepcik był dopiero kilka dni po mianowaniu
✩ ★ ✩ ★ ✩
— Jak ci się podoba bycie uczniem ogrodnika, skarbie? — spytała łagodnie Nenufara, otulając mnie swoim puchatym ogonem.
— Jest bardzo fajnie, pani Pierzasta Kołysanka, zdążyła nauczyć mnie już nawet kilku ziół, które mamy w ogrodzie zielnym! — mruknąłem entuzjastycznie, wtulając się w Nenę. — Tylko… Pan Lulkowe Ziele chyba mnie nie lubi, bo trochę mnie unika… — dodałem po chwili namysłu. — A najgorsze jest to, że nie wiem dlaczego! Mamo, zrobiłem coś nie tak? Na początku nawet się troszeczkę smuciłem, że nie będzie mnie uczył, bo pani Pierzasta Kołysanka wydawała mi się zbyt zajęta na uczenie takiego kota, jak ja… W końcu jest księżniczką! Trochę się jej bałem na początku, pierwszego dnia treningu… Ale teraz już się nie boję!
Nenufarowy Kielich delikatnie przesunęła mnie bliżej siebie, odpowiadając mi.
— Pewnie ci się wydaje. Może Lulkowe Ziele chce cię najpierw poobserwować, a potem do ciebie podejdzie? Nie wiemy tego, ale to nie jest ważne, nie zawracaj sobie tym głowy, muszelko. A czego już zdążyłeś się nauczyć?
Moje oczka rozbłysły na pytanie arlekinki.
— Na przykład maliny! To była pierwsza rzecz, jakiej się nauczyłem! Jest dobra na bóle oraz pomaga zatrzymać krwawienie podczas porodu! Ma takie postrzępione listki i różowiutkie, słodko-kwaśne owocki!
— Ojejku! To naprawdę wspaniale, rybko! Pamiętasz może coś jeszcze?
Uśmiechnąłem się, w głowie przytaczając wszystkie lekcje, jakie już miałem.
— Pamiętam jeszcze dziką różę, która w małej ilości pomaga z układem moczowym, jednak jeśli zje się jej za dużo, to może zaszkodzić zamiast pomóc. Oprócz tego, pamiętam jeszcze korzeń łopianu mniejszego, po którego przeżuciu na papkę, a następnym nałożenie na ranę, następuje leczenie infekcji i uśmierzanie bólu, głównie ugryzień szczurów, ale również innych ran i ich infekcji. Jeśli zje się go za dużo, to może rozboleć cię brzuch, ale poza tym nic więcej ci się nie stanie.
— Jejciu, to naprawdę przydatna wiedza dla ogrodnika! Jestem z ciebie bardzo dumna Szepcząca Łapo, świetnie sobie radzisz!
Kiedy mama skończyła mówić, podeszła do nas pani Algowa Struga.
— Hej, Nenufarowy Kielichu, pomożesz nam przenieść tę kłodę? Trzeba ją zacząć transportować na swoje miejsce, a ty chyba jako jedyna jesteś aktualnie wolna.
Pani Alga ogonem wskazała na panią Czyhającą Murenę, Latającą Rybę oraz Mżący Przelot, które już czekały przy pniu.
— Jasne, że pomogę! — miauknęła Nenufara.
Przelotnie liznęła mnie po głowie, po czym wraz z zastępczynią u boku, podeszła do reszty czekających już wojowniczek. Kotki w piątkę rzeczywiście dużo łatwiej podniosły wielką kłodę, zaczynając ją nieść.
Kiedy one pracowały, ja przyglądałem się Latającej Rybie, która szczególnie przykuła moją uwagę swoim unikatowym wyglądem. Miała czarno-białe, śliczne futerko, które układało się w coś na kształt spirali. Jedna jej tęczówka miała w sobie jednocześnie dwa kolory — niebieski i brązowy!
Podczas moich rozmyślań o tym, czy taki rodzaj kolorystki oczu może występować na przykład z odcieniem zielonym, panie skończyły i już chciały zacząć się rozchodzić! Szybko podbiegłem do Nocniaczki, która aktualnie swoim wyglądem skupiała ABSOLUTNIE całą moją uwagę.
— Masz bardzo piękne futerko, wygląda jak takie jakby kółka, które pojawiają się na powierzchni wody, kiedy wrzuci się do niej kamyk! Te oczy też są bardzo ładne! I imię w sumie też mi się podoba! Latająca Ryba… Czy istnieją latające ryby?
< Rybka? Odpowiesz na nurtujące mnie pytanie? >
[ 535 słów, trening ogrodnika ]

[przyznano 11%]

Wykonane zadania:
Wniesienie na wyspę kłody na zwierzynę

Od Szepczącej Łapy do Niezapominajkowej Łapy

Podszedłem do sterty zwierzyny, biorąc z niej wiewiórkę. Właśnie skończyłem dzisiejszy trening z panią Pierzastą Kołysanką, więc stwierdziłem, że w sumie, to mogę coś przekąsić. Powoli zacząłem zjadać stworzonko, zanurzając się w rozmyślaniu o milionie rzeczy na raz.
"Czy oszukuję Trzcinowy Szmer, Ćmią Łapę, Niezapominajkową Łapę i Kropiatkową Łapę? Czy to znaczy, że jestem dwulicowy, fałszywy i niegodny zaufania czy znajomości, już nie mówiąc o przyjaźni? Dlaczego nie mogę być normalny? Czemu muszę być taką ciapą, która boi się za głośno oddychać i podskakuje na widok własnego cienia? Dlaczego nie mogę być taki jak inni? Dlaczego mam takie nakreślające imię? Szept. Czy to znaczy, że muszę być taki już zawsze i nigdy nie pozbędę się łatki cichego, dziwnego kocięcia, nawet jako dorosły ogrodnik? Czemu nie mogłem nazywać się na przykład Nimfa? To takie piękne imię… Takie majestatyczne… Nienakreślające niczego, początkując na płci, a kończąc na charakterze. Czemu pan Lulkowe Ziele tak mnie nie lubi? Dlaczego czuję się, jakby był moim starszym bratem? Dlaczego czasami chcę, aby tak było? Dlaczego pan Szałwiowe Serce wydaje mi się zarazem tak bliski i tak daleki, choć znam go tylko trochę i jest taki dobry? Czemu na jego wygląd przez ułamek uderzenia serca mam ochotę krzyczeć i uciekać? Czy zrobiłem coś nie tak? Czy jestem niewystarczający? A może jestem po prostu błędem, który nigdy nie miał przyjść na ten świat? Dlaczego muszę czuć taką pustkę. Czemu muszę być taki, a nie inny? Co to za postacie, które co noc odgrywają krwawe sceny. Kim są? Czemu tak bardzo nie mogę o nich zapomnieć? Może to moja rodzina biologiczna? A może to tylko moja wyobraźnia? Skąd ja w ogóle pochodzę? Może z jakiegoś innego klanu? A może raczej jestem tworem pieszczochów, lub samotników? Albo w ogóle nie wiadomo czego? A co jeśli któryś kot z Klanu Nocy po prostu wstydził się mnie i się do mnie nie przyznaje? Czy Nenufarowy Kielich naprawdę mnie kocha? Jeśli tak naprawdę po prostu nie ma serca mnie skrzywdzić i wyznać mi prawdę?"
Moje rozmyślenia przerwał widok znajomego futerka, należącego do nikogo innego, niż do Niezki! W kilku szybkich kęsach dokończyłem wiewiórkę, aby następnie przez kilka długich chwil obserwować, jak Kuni Strumyczek, Porywisty Sztorm, Baśniowa Stokrotka, — oraz oczywiście dymna uczennica, — przenoszą kłodę, mającą służyć ulepszonej wersji sterty na upolowaną zwierzynę Nocniaków. Podniosłem się, szybko podchodząc do pracujących kotek, a tak konkretniej — do Niezapominajki.
— Hejka, Niezapominajkowa Łapo! Czy nie potrzebujecie może pomocy? Jestem już po treningu i chętnie podam pomocną łapę!
Uśmiechnąłem się do przyjaciółki, a do mojego łaciatego noska doleciał delikatny aromat niezapominajek, wplecionych w futro koteczki stojącej przede mną.
< Niezkaaa? >
[ 428 słów, trening ogrodnika ]

[przyznano 9%]

Wykonane zadania:
Wniesienie na wyspę kłody na zwierzynę

Od Szepczącej Łapy do Widlika

✩ ★ ✩ ★ ✩
Spacerowałem sobie spokojnie między różnymi roślinami w ogrodzie zielnym, kiedy przypomniałem sobie o bransoletce dla pani Pierzastej Kołysanki. Piórko wybierała się aktualnie na poszukiwania ostatnich nasion tego sezonu, więc stwierdziłem, że mogę pójść razem z nią. Radosnym krokiem podszedłem do swojej mentorki.
— Dzień dobry pani Pierzasta Kołysanko! Czy mogę pójść poszukać nasion razem z panią?
Księżniczka skierowała na mnie swój pyszczek, z którego nie mogłem w zasadzie wyczytać żadnych większych emocji.
— Myślę, że możesz — mruknęła obojętnie, następnie kierując wzrok na drugiego ogrodnika. —
— Lulkowe Ziele, miałam się ciebie spytać już wcześniej. Idziesz z nami? 
Pan Lulek przez kilkanaście uderzeń serca przeskakiwał wzrokiem z ogrodniczki na mnie i z powrotem, w końcu jedynie sztywnie kiwając głową na “tak”.
Ucieszyłem się, że możemy pójść we trójkę. Będzie fajniej!
— W takim razie za niedługo wyruszamy, Szepcząca Łapo, przyjdę po ciebie, ale najpierw coś zjem — stwierdziła córka pani Mandarynki, co uznałem za koniec rozmowy.
Młodszy kocur — z niewiadomych mi przyczyn cały spięty — odwrócił się od nas, idąc w głąb zielnika.
Ja oraz pani Piórko, po niedługiej chwili, nie wymieniając już ani słowa, zgrabnie przepłynęliśmy na wyspę, na której mentorka skierowała się wprost do sterty zwierzyny.
Rozejrzałem się w poszukiwaniu jakiegoś zajęcia, dostrzegając z oddali panią Kotewkę, na której widok wpadłem na pomysł odwiedzenia jej oraz kociąt, przebywających aktualnie w żłobku.
Wesoło podreptałem w jej stronę, delikatnie bujając ogonem na lewo i prawo z radości. Akurat tego dnia miałem całkiem dobry humor!
— Dzień dobry pani Kotewkowy Powiewie! Pomóc z czymś pani? Może chciałaby pani ze mną chwilkę porozmawiać?
Piastunka chyba zaskoczyła się moją obecnością oraz chęcią rozmowy i to w dodatku z nią. Strzepnęła jednym uchem, jakby zastanawiając się nad tym, co mi odpowiedzieć.
— Dziękuję Szepcząca Łapo, ale jestem zajęta. Jeśli chcesz, możesz iść odwiedzić kocięta w żłobku. Myślę, że polubiłbyś się z Widlikiem.
Pokierowałem do księżniczki delikatny uśmiech, obserwując ją swoimi błękitnymi ślepiami.
— Dobrze, to do widzenia! Na pewno jeszcze panią odwiedzę!
Nie czekając na odpowiedź kocicy, po prostu wszedłem do żłobka, gdzie zastałem dwójkę kociąt. Obydwie puszyste kuleczki były tej samej płci co ja. Przyjrzałem się im nieco dokładniej. Jeden z nich miał biały tułów, jednak jego łapki były ciemne, dodatkowo pokryte pręgami. Cicho pochrapywał, delikatnie machając swoimi niewielkimi łapkami.
"Pewnie coś mu się śni. Słodko to wygląda!"
Tuż obok niego spało drugie kocię. Ono również miało na sobie swojego rodzaju białą pokrywę, niemal identycznie wyglądającą, jak ta jego brata obok. Zanim jednak zdążyłem stwierdzić coś więcej, usłyszałem za sobą cichy, spokojny głosik, przez który o mało nie wyskoczyłem z futra.
— Dzień dobry. Mogę w czymś pomóc?
Szybko się odwróciłem i zobaczyłem przed sobą małego kocurka z dużymi, zielonymi oczkami.
— Jak masz na imię? — spytałem malucha, który usiadł.
— Widlik — miauknął zwięźle, zaczynając lizać sobie przednią łapkę. — A ty? — dodał po chwili, nie spuszczając ze mnie wzroku ani na ułamek uderzenia serca.
— Jestem Szepcząca Łapa, uczeń ogrodnika. Ładne imię, Widlik… Chcesz może się pobawić? Mam w sumie chwilę i chętnie ją ci poświęcę.
Kremowy prześwietlił mnie kolejny raz od góry do dołu, po czym zamiast mi odpowiedzieć, wzruszył ramionami. Myślałem, że to koniec jego gestu, jednak po chwili dodał jeszcze:
— Chętnie. Możemy wyjść ze żłobka?
Na jego pytanie na chwilkę zastygłem. Nie mogłem wziąć go sam, a pani Kotewka musiała zostać w pobliżu pozostałej dwójki. Wtedy jednak usłyszałem głos Nenufary oraz księżniczki, wchodzących do żłobka.
— Cześć mamo! Czy mogłabyś pójść razem ze mną i Widlikiem do centrum obozu? Chciałbym się z nim pobawić, ale pani Kotewkowy Powiew musi zostać z jego rodzeństwem.
Nenufarowy Kielich uśmiechnęła się, obejmując mnie swoim puszystym ogonem.
— Jasne synku, mogę z wami pójść!
— W takim razie chodźmy — mruknął kociak, wychodząc z ciepłego legowiska.
Wraz z kotką oraz kocurkiem, szybko znaleźliśmy się w sercu obozu, niedaleko kotów, które powoli wnosiły kłodę, mającą posłużyć jako kłoda na zwierzynę.
Widlik jednak zbytnio się tym nie przejął. Moja mama usiadła gdzieś niedaleko, aby mieć na nas oko, a ja ciepło uśmiechnąłem się do Widlika, który rozglądał się za jakimś zajęciem.
— A może porysujemy w piasku? Lubię to robić.
Nie odpowiedziałem kociakowi, ponieważ usłyszałem za sobą koty, które powoli zbliżały się do nas z pniem, który nasunął mi lepszy pomysł.
— Hej, a co jeśli by tak porysować na tym kamieniu? — zaproponowałem, ogonem wskazując na głaz trochę wyższy od kociaka.
— Jeśli weźmiemy troszeczkę wody, to może uda nam się coś w nim narysować! Zostawimy pamiątkę dla przyszłych Nocniaków!
Oczy kocurka rozbłysły niczym dwa malutkie świetliki, skrywające się w koronach drzew, kolorem podobnych do jego oczek.
— Okej! — pisnął, lekko się uśmiechając.
Był bardzo spokojny jak na kociaka. Spokojnie podszedł do skały i już chciał zamoczyć łapki w wodzie, kiedy zatrzymał je w pół ruchu.
— Możemy nawilżyć w tym źródełku swoje łapy? — spytał, wpatrując się w przeźroczysty płyn.
— Tak, jeszcze nikt nie pije tej wody. Jest brudna od ziemi, więc i niezdatna do picia. Nikt nie powinien się na nas zdenerwować, spokojnie.
Kiedy zapewniłem kocię, że nie robimy nic złego, szybko zanurzyło dwie łapki w wodzie. Następnie zaczął jednym pazurkiem rysować rybkę. Podszedłem i również włożyłem na chwilę swoje łapy do wody. Zamiast jednak coś rysować, mocno przycisnąłem je do skały. Po dłuższej chwili, kiedy je zdjąłem, został odcisk! Widlik obserwował mój ruch, niewiele później również odciskając poduszki łap na skale. Na chwilę odwróciłem głowę, patrząc na Rosiczkową Kroplę oraz Krewetkową Łapę, która była tam wraz ze swoją mentorką — Biedronkowym Polem — przemieszczające się sprawnie wraz z ową kłodą. Naprawdę wydawała mi się bardzo ciężka. Kotki szły powoli, patrząc pod nogi. Kierował nimi Rysi Bór, który raz na jakiś czas odchodził i zostawiał je we trójkę, aby móc powiedzieć, gdzie mają iść. Potem wracał z powrotem do nich, dźwigając ją razem z nimi. Serce robiło mi się większe, gdy patrzyłem na współpracujące koty. W tym czasie Widlik zdążył namalować więcej różnych rzeczy na skale, jednak jak się okazało, te rozmywały się pod jego dotykiem. Odciski naszych łap oraz rybka trzymały się, co było dla mnie zagadką. Podszedłem do niego i zacząłem znów zostawiać swoje łapy, tym razem lekko je wykrzywiając. Kremowy narysował znak Klanu Gwiazdy, następnie odchodząc od swojego dzieła, aby zobaczyć je w całości. Niewiele później dołączyłem do niego.
— Pięknie wygląda, dobrze sobie poradziłeś! — mruknąłem do niego z uśmiechem.
< Widlik??? >
[ 1026 słów, trening ogrodnika ]

[przyznano 21%]

Wykonane zadania:
Wniesienie na wyspę kłody na zwierzynę

30 września 2025

Od Szeptu (Szepczącej Łapy) CD. Trzcinowej Łapy (Trzcinowego Szmeru)

W przeszłości

— D-dobzie, pa pa! — mruknąłem cicho, kiedy Trzcinka miała już wychodzić. — Trzci-Trzcinowa Ła-apo! — pisnąłem, podchodząc do samego brzegu legowiska.
Chciałem z niego zejść z jakąkolwiek gracją, jednak coś poszło nie tak i zrobiłem fikołka w przód. Szybko się podniosłem i podtuptałem do szylkretki, która ciepło się do mnie uśmiechnęła.
— Od-odwiedzi-dzis mnie jes-sce? — szepnąłem, niepewnie spoglądając na Trzcinową Łapę.
— Oczywiście, że tak, maleńki — miauknęła, delikatnie kładąc łapkę na mojej głowie.
Odwróciłem główkę i przyłapałem panią Gąbkę na wpatrywaniu się we mnie zimnym wzrokiem.
Dymna jednak odwróciła się i żwawym krokiem weszła do składziku medycznego. Przez chwilę wpatrywałem się w ścianę, po prostu myśląc o tym, co się dzieje, oraz starając się coś sobie przypomnieć, ale po chwili stwierdziłem, że nie ma to większego sensu. Tak poza tym, byłem zmęczony. W kilka chwil ułożyłem się w miarę wygodnie na legowisku, wyrównując swój oddech. Po niedługim czasie udało mi się w końcu odpłynąć w sen, który był w miarę spokojny.

Nadal jeszcze przed mianowaniem Trzcinki, ale kiedy Szept, został już uczniem
✩ ★ ✩ ★ ✩

Noc była pozornie spokojna. Szum wiatru kołysał trzciną zarastającą naokoło wyspy, tworząc coś na kształt melodii, kiedy ja wpatrywałem się w gwiazdy. Pani Pierzasta Kołysanka już dawno spała. Pan Lulkowe Ziele tak w zasadzie też, więc nie spałem jako jedyny. Podejrzewałem, że w obozie również wszyscy byli pogrążeni we śnie. Lekko niczym poranny wietrzyk przechadzałem się między roślinami.
Spojrzałem na krzewy, które biły mój łaciaty nosek ostrym zapachem, oraz charakterystycznych ząbkowanych listeczkach.
— Jeżyna krzewiasta, łatwo dostępna, występuje wszędzie, najczęściej jednak ujrzeć ją można w lasach, ale i również przy skarpach czy wybrzeżach rzek. Aby pomogła złagodzić obrzęk po urządzeniu pszczelim, należy przeżuć liście na papkę, a następnie nałożyć w bolące miejsce, oznaczone przez pszczołę.
Za jeżynami znajdowały się silnie rozgałęzione rośliny, o wyjątkowym, jasnym i nadzwyczaj trudnym do połamania przez swoją grubość korzeniu z liśćmi, wyglądającymi jakby przeszła przez nie wygłodniała apokalipsa gąsienic, oraz fioletowych kwiatkach.
— Łopian mniejszy. Zazwyczaj można ujrzeć go przy wybrzeżach rzek i strumieni czy czasami jezior. Po opłukaniu, przeżuć na papkę i nałożyć na ranę z infekcją, oraz niwelować ból po ugryzieniu szczurów, jednak nie tylko. Jeśli zjesz go za dużo, to rozboli cię brzuch.
Moje błękitne ślepka padły na delikatne, szerokie listki, których sam zapach sprawiał, że na języku czyli się ten rześki smak, jaki przynosiły te liście.
— Macierzanka tymianek. Zazwyczaj jest w słonecznych miejscach z jednak przy odpowiedniej trosce, da wychować się ją chociażby tutaj. Po przeżuciu liści tymianku, nerwowość, niepokój czy szok oraz inne tego typu emocje obniżają się do praktycznie minimum lub całkowicie się niwelują.
Niewiele dalej była roślinka z miękkimi liśćmi o poszarpanych brzegach oraz różowiutkich owockach.
— Malina kamionka, lokalizuje się w lasach liściastych bądź mieszanych, jednak przy odpowiednim przygotowaniu gleby, da się wyhodować ją na przykład w ogrodzie zielnym. Zatrzymuje krwawienie podczas porodów, oraz pomaga złagodzić ból.
Duże, mięciutkie liście z różowym kwiatem oraz słodkim, unoszącym się w powietrzu zapachem przykuły moją uwagę.
— Tutaj jest malwa dzika, występuje w zaroślach bądź przy wybrzeżach rzek, czasami można ją ujrzeć przy siedliskach dwunożnych. Jeśli się ją zje, pomaga złagodzić ból brzucha w krótkim czasie. Mniej popularną nazwą jest ślaz dziki.
Zatrzymałem się tuż przy ostatniej roślinie w tym rzędzie.
— A ciebie nie znam…
Miała ciemnozielone liście, a gdzieniegdzie można było zobaczyć jej kwiaty, kwitnące na fioletowo kwiaty.
— Hmmm….
Zbliżyłem się do liści, chcąc zobaczyć, czy nie są może ząbkowane, jednak zamiast poszarpanych brzegów, na całej powierzchni liścia, któremu się przyjrzałem, były jasne plamki.
— No tak! To miodunka plamista, występuje zwykle w pobliżu rzecz jezior czy potoków, ale można ją również dojrzeć w lasach bądź zaroślach. Jeśli zjesz jej liście, wyleczą one żółty kaszel.
Zatrzymałem się przy miodunce, spoglądając znów w niebo, pełne migających punkcików.
Migotały tak, jakby chciały mi coś powiedzieć, jednak ja nie znałem ich języka, ani one mojego. Przez chwilę wiatr przestał w ogóle poruszać czymkolwiek. Słyszałem każdy, najmniejszy dźwięk nocy. Akompaniament szumu rzekii, która leniwie płynęła sobie naokoło wyspy. W powietrzu unosił się jej aromat, a gdzieś w oddali kumkała żaba. Nagle, nad moją głową przeleciał świetlik, który przyniósł mi na myśl ślub Sterletkowej Łuski oraz Pluskajacego Potoku.

✩ ★ ✩ ★ ✩ 
Dzień ślubu Sterletowej Łuski i Pluskającego Potoku

Rozejrzałem się czujnie, a końcówki moich uszu zadrżały.
"Coś tu się święci..." — pomyślałem, wpatrując się w koty, które zaczynały się zbierać do wyjścia, oraz nasłuchując o czym rozmawiają.
Spojrzałem na kotkę, która niedawno została oficjalnie mianowana na uczennicę. Nie wydawała się jakaś... Sam w sumie nie wiem jaka. Ale jeśli już, to raczej nie wykazywała żadnych złych emocji. Chyba... Obejrzałem się, a zaraz później wszedłem do żłobka i dostrzegłem, że mama Nenu zasnęła. Odwróciłem się i cichutko podtuptałem do kotki.
— Cze-cześć... C-co się dzie-eje? — szepnąłem, z niepewnością, strachem, ale i nutką ekscytacji pomieszanej z kocięcią ciekawością.
— Będzie ślub! Wszyscy zbierają się, aby na niego wyruszyć! Mam zamiar się wkraść. — powiedziała, machając ogonkiem. Spojrzała to na grupę kotów, to na mnie. — A czemu pytasz? Też masz ochotę się przejść? No chodź, będzie super!
— Y... Ta-tak chy-chyba. Ja... Ja chc-chciałbym zł-łapać żabke... — przyznałem cicho, błekitnymi niczym lód ślepiami wpatrując się w Niezapominajką Łapę. — Ma-masz bar-rdzo ł-ładne fute-terko... I... I imię też... Ja... Ja ch-chciałbym się n-nazywać N-nimfa... To imię je-jest podobne do im-imienia mamusi... I jest ład-ładniejsze i ba-bardziej ko-kotkowe...
Ostatnie dwa słowa powiedziałem tak, że nawet dymna raczej ich nie usłyszała. A przynajmniej miałem taką nadzieję…
Niezka uśmiechnęła się do mnie. Lekko speszyła się jednak moimi późniejszymi słowami. Spuściła swoje piękne, długie uszka do tyłu, patrząc gdzieś w bok.
— Bardzo… Miło mi to słyszeć! A no i cieszę się, że chcesz iść! To teraz słuchaj… — objeła mnie jedną łapą, przysuwając bliżej do siebie. Ogonem wskazała na grupę kotów. — Jak wyjdą, to musimy się zakraść za nimi! Ale nie jakoś blisko, zauważą nas w tłumie… Czaisz? Jakieś pytania?
— O-oj, ja-ja nie ch-chciałem... — jęknąłem, kiedy kotka skuliła swoje bardzo ładne uszka.
Zaraz później zastanowiłem się nad jej pytaniem.
— T-twój py-pyszczek i-i u-uszka s-są bar-rdzo ł-ładne! I... I-i chy-chyba ro-ozum-miem...
Spuściłem wzrok i zacząłem grzebać pazurkiem w ziemi.
— N-napr-rawdę prze-przepra-aszam...
Dziś rano mama Nenu bardzo ładnie mnie wystroiła. Czemu? Nie wiem. Ale w futerku miałem kwiatki, muszelki oraz piórka. Wyjąłem po jednym kruczym i wronim piórko, a następnie dodałem najładniejszą muszelkę, którą znalazłem w jakimś zakamarku obozu, zapewne przyniesioną przez fale.
Ostatnie koty zaczęły wychodzić.
— Ch-chyba mu-musiły j-juś iść-ć, b-bo cał-ły ślu-ślubik na-as omi-mini-ie…
— Hej, nic się nie stało! No i wiesz, miło mi… Niewiele osób komplementuje mój wygląd. Zazwyczaj jest na odwrót… No to idziemy!
Leciutko się uśmiechnąłem, najpierw na jej podziękowanie, a potem na to, że mi też zrobiło się cieplutko na serduszku.
Kiedy dotarliśmy na miejsce, zahipnotyzowany wpatrywałem się w małe migające cosie (których nazwy nie znałem...), wypuszczone przez Rozpromienionego Skowronka, na którego pyszczku również gościł ciepły uśmiech.
— Co ty na to, że zrobimy zawody? Kto złapie więcej, hm? — Niezapominajka trąciła mnie delikatnie łokciem, z psotnym uśmieszkiem.
— Do-dobzie! A... A J-jak to s-sie naz-zywa? T-te co-cosie?
Niezka miała mi odpowiedzieć, ale wtedy jeden ze świetlików usiadł mi na nosku. Zachichotałem, a on odleciał. Potem obok moich oczu przeleciał drugi, a ja już nie czekałem, próbując na niego skoczyć i go złapać! Otworzyłem łapki, jednak tam go nie było... Mimo to jednak się nie poddałem i zaraz wypatrzyłem swą ofiarę. Nagle jednak stanąłem. Poczułem na sobie czyiś wzrok. Nieśmiało odwróciłem głowę i spotkałem się ze spojrzeniem... Trzcinowej Łapy! Kotki, z którą raz rozmawiałem. Była bardzo miła, ale nie wiedziałem, jak będzie teraz...
W tym samym czasie, Spieniona Gwiazda rozpoczęła przemowę. Tłum zamilkł, podczas gdy zakochani wsłuchali się w słowa liderki. Każde z nich zgodnie przytaknęło. Gdy tylko z ich pysków padły zgodne słowa przysięgi, goście zaczęli wiwatować radośnie, rzucając płatkami kwiatów i zebranymi wcześniej baziami.
Niezapominajkowa Łapa stanęła obok mnie, patrząc na uczennicę, która teraz przeskakiwała wzrokiem między naszą dwójką. Nagle obok Trzcinki, pojawiła się dodatkowo pani Mandarynkowe Pióro!
– Co wy tu robicie? Nie byliście zaproszeni. To niebywałe psuć wielki dzień mojego syna! Kociaki powinny być w kociarni! A jeśli o ciebie chodzi, Niezapominajkowa Łapo… Kuni Strumyczek się o tym dowie!
Wspomniana kotka spojrzała zjeżona na Mandarynkowe Pióro. Uśmiechnęła się speszona.
— Chwilka, chwilka! To nieporozumienie! Ja nie chciałam nic psuć… Po prostu chciałam przyjść, nie wiedziałam, że nie mogę łapać świetlików… Uwielbiam patrzeć na dwa kochające się koty. Miłość jest piękna! No i… przyszłam też pogratulować. Przepraszam, nie chciałam nic zepsuć… Nie mów nic Kuniemu Strumyczkowi, proszę..?
– Dopiero przyszłaś do tego Klanu a już pakujesz się w kłopoty. I to na ślubie mojego syna! Niedopuszczalne! Kuni Strumyczek i tak się o tym dowie. To moje ostatnie słowo, muszę pogratulować parze młodej!
Zastępczyni fuknęła kilka razy, po czym odwróciła się i z gracją podeszła do nowożeńców.
– Jak tam, Szepciku? Podobają ci się świetliki? – spytała pogodnie patrząc na mnie.
Przeskakiwalem PRZERAŻONYM wzrokiem z Trzcinowej Lapy na Niezapominajką Łapę po panią Mandarynkowe Pióro, nie wiedząc, czy mogę się odezwać. Byłem ABSOLUTNIE pewien, że Trzcinka zaraz mnie skarci, że stracę taką fajną przyjaciółkę, a ona... Spytała się mnie, czy lubię te ładne, świecące cosie, które nazwała "świetlikami"!
— T-ta-ak, s-są bar-rdzo ł-ładne! — szepnąłem, wpatrując się w kotkę z którą jednak przestała się mną interesować.
— A-a to-obie si-się podo-podobają? — zadałem pytanie, jednak kotka mi nie odpowiedziała.
Rozejrzałem się, czując na sobie wzrok innych kotów. W tym Pani Zastępczyni. Zacząłem się stresować. Ani Niezapominajka, ani Trzcinka, ani Pani Mandarynkowe Pióro mi nie odpowiadały. Czułem się tak, jakby każdy nagle ucichł i zaczął się we mnie wpatrywać. Futerko zaczęło mnie piec. Nerwowo zacząłem rozglądać się po pyskach zgromadzonych wokół mnie, szukając Mamy Nenu. Jednak jej nie było. Zacząłem cicho popiskiwac, a po pyszczku zaczęły lecieć mi łezki. Z jednej strony nikt nie odpowiadał na moje pytania, a z drugiej czułem jak wzrok innych wypała dziury w moim futerku. Serduszko waliło mi w piersi, a ja zamknąłem oczka.
Zakrylem uszka łapkami i zacząłem coraz bardziej się stresować. Chciałem, żeby ktoś mnie przytulił. Czułem się sam i do tego nie wiedziałem już, co się dzieje. Chciałem podejść do nowożeńców i dać im prezenciki, jakie miałem w futerku, zostawione właśnie dla nich, jednak teraz nawet nie do końca wiedziałem, co mam zrobić. Nagle poczułem przy sobie czyiś ogon. Otworzyłem oczka i ujrzałem zmartwiony pyszczek Trzcinowej Łapy. Wtuliłem się w nią, korzystając z sytuacji.
– Co się stało, Szepciku? Chcesz wrócić do obozu?
Pytania zadane przez uczennicę Mandarynkowego Pióra dotarły do mnie dopiero po chwili.
Nieśmiało podkręciłem przecząco głową.
— N-nie-e... Ch-chciałby-ym da-dać pre-ezen-nty i-u by-być pr-rzy rz-rzucie ż-żabką. A-al-le n-ni-nie sa-sam... Mo-mogę z-z To-tobą? — wychlipiałem, błagalnie wpatrując się w oczy szylkretki, na co ona ochoczo pokiwała głową.
– Mogę wziąć cię na borsuka, byś widział coś więcej niż łapy innych kotów. – mówiąc to, nachyliła się – Pójdziemy do pary młodej i będziemy przy rzucie żaby.
— Ta-tak! — mruknąłem półgłosem, delikatnie wchodząc na barki starszej uczennicy. Uśmiechnąłem się z ocierając łapką łezki, już było fajnie!
Para młoda rzuciła w końcu żabą. Zobaczyłem, jak żaba wystrzela w powietrze i ląduje w łapach pani zastępczyni. Potem jednak nagle, żaba poleciała... W moim kierunku! Uderzyła prosto we mnie, strącając mnie z barków Trzcinowej Łapy. Bardzo mnie to zaskoczyło, a żaba okazała się bardzo ciężka. Zanim mnie straciła, próbowałem ją złapać, jednak zamiast tego, przygniotła mnie na ziemi. Pisnąłem przestraszony, zaczynając się szamotać i skamlec, kiedy brzuszek zaczął mnie boleć. Podniosłem się i wtedy żaba znowu się wzbiła, lądując u… Pani Pierzastej Kołysanki!
Podniosłem się i znowu się rozpłakalem. Nie wiedziałem co się właśnie stało.
— J-ja chci-chciałem ty-tyl-lko poła-apać l-lat-atając-ące co-cosie i-i zł-złapać z-zlap-apac z-zab-abke — załkałem, wijąc się z bólu i znów bardzo chcąc się przytulić.
Niezapominajka uśmiechnęła się do mnie, podchodząc.
— Hej, już, już… Zobacz, złapałeś ją przez chwilę! Super sobie poradziłeś! Nic ci nie jest, prawda..? Nic nie boli, albo coś..?
Przeskakiwałem wzrokiem z Trzcinowej Łapy na Niezapominajkową Łapę, kiedy słone kropelki cieczy spływały po moim białym pyszczku.
— B-b-boli — jęknąłem, zaczynając coraz bardziej płakać i ze stresu i z bólu. — T-tul-li…
Niezapominajkowa Łapa od razu podeszła bliżej, sprawdzając mój stan. Po niedługiej chwili uśmiechnęła się delikatnie.
— Hej, spokojnie. Ja i Trzcinowa Łapa jesteśmy tu, więc nic ci się już nie stanie, a teraz musisz tylko złapać kilka mocnych wdechów, dobrze? Jesteś dzielnym kociakiem! — dotknęła swoim noskiem mojego czółka, oraz zlizała łezkę z jego policzka. — No widzisz, już mniej łezek! A teraz w dodatku przytulimy cię!
— D-dob-bdzie... — załkałem, przytulając się do Niezki.
Trzcinka początkowo nie ruszyła się ani o centymetr, jednak po chwili ze zrezygnowanym westchnięciem podeszła do nas i owinęła ogon wokół mnie, jednocześnie całym swoim bokiem przyklejając się do dymnej.
Uspokoiłem się, czując się bezpieczniej wśród dwóch uczennic. Zanim ktoś zdążył się obejrzeć, w tym ja, zasnąłem pomiędzy nimi.
✩ ★ ✩ ★ ✩
Teraźniejszość

Uśmiechnąłem się pod nosem. Ślub Sterleta i Pluska był dla mnie wspomnieniem jednocześnie przyjemnym, jak i nieprzyjemnym. Mimo to jednak, kiedy patrzyłem na nich, wspólnie spędzających czas… Zdecydowanie jednak było bardziej dobre niż złe. Następnego dnia po ślubie, poszedłem do nich i dałem im przygotowane przez siebie prezenty. I oświeciło mnie.
“Właśnie, prezent dla pani Pierzastej Kołysanki!!!“
Podniosłem się i szybkim krokiem wszedłem bezszelestnie do miejsca, w którym leżały już początki “korony”. Moje błękitne ślepka skierowały się na trzcinę szumiacą nad moimi uszami. Zerwałem jedną z nich, następnie wyłuskując ją, aby wydobyć z niej nić na tyle grubą, aby mogła utrzymać bransoletkę w całości. Na piasku ułożyłem sobie po kolei muszelki, aby wiedzieć, w jakiej kolejności wyglądają najładniej, a obok szeregu muszelek, leżały trzy piórka. Wtedy zorientowałem się, że potrzebuję jeszcze żywicy, aby móc zamontować je na sznurku.
— Na Klan Gwiazdy… Przecież nie wyjdę sobie teraz, od tak, po żywicę! Co ja powiem Krabowym Paluszkom?
Krab akurat dziś wypełniała swoją nocną wartę. Widziałem, jak sama pani Algowa Struga ją do tego wyznacza. Nie znałem za dobrze kotki, więc raczej by mnie nie puściła. A już szczególnie samego w środku nocy. Ze zrezygnowaniem przeciąłem ogonem powietrze, chowając spowrotem wszystkie potrzebne mi rzeczy.
“Jak tylko będziemy wychodzić po jakieś zioła, to poszukam trochę żywicy i wymieszam ją z miodem, wtedy wszystko powinno się dobrze trzymać…“ — postanowiłem, układając się na swoim posłanku.
Niewiele później, udało mi się zasnąć, słysząc gdzieś z oddali cichutkie pochrapywanie któregoś z ogrodników.

✩ ★ ✩ ★ ✩

Podczas swoich jakto codziennych rozmyślań, sprawie przepłynąłem z ogrodu zielonego do obozu. Byłem już po szkoleniu pani Piórka i nudziło mi się niezmierne. Rozejrzałem się po kotach, które tam były. Nie widziałem nigdzie żadnej ze swoich koleżanek. Niezki, Ćmy, Kropiatki, ani Trzcinki. W pewnym momencie jednak zobaczyłem koty, wnoszące razem kłodę na zwierzynę do serca obozu. Pośród nich dostrzegłem Trzcinowy Szmer! Podbiegłem radośnie do grupy kotów, rozpoznając wśród nich również swoją mamę.
— Cześć, mamo, pomóc wam? — mruknąłem, wchodząc pod kłodę, przyjmując trochę jej ciężaru na swoje plecy.
— Nie masz żadnego treningu, rybko? — spytała Nena, uśmiechając się.
— Nie, właśnie niedawno skończyłem z panią Pierzastą Kołysanką lekcję!
— To świetnie! — miauknęła Nenufara, a jej ogon musnął mój.
— Stójcie! — usłyszałem nagle głos Dryfującej Bulwy, który kierował nas gdzie iść.
— Tak jest dobrze, dobra robota, Nocniaki! — stwierdził Bulwa, uśmiechając się.
Kłoda była już prawie na swoim miejscu.
Była naprawdę ciężka, więc koty po przeniesieniu jej kawałek dalej, za każdym razem musiały się przegrupować. Obejrzałem się i zobaczyłem Spienioną Falę, który kierował kotami zajmującymi się pniem dla starszyzny. Porównałem ze sobą kłodę i pień, który właśnie był powoli przemieszczany przez obóz, próbując zgadnąć, która z tych dwóch rzeczy jest cięższa. Podszedłem do Trzcinowego Szmeru.
— Cześć, Trzcinowy Szmerze, jak myślisz, co jest cięższe? Kłoda na zwierzynę czy pień dla legowiska starszyzny?
— Hmm… — mruknęła kocica pod nosem, przyglądając się o jednemu i drugiemu.
— A ty jak uważasz? — spytała w końcu, zamiast mi odpowiedzieć.
Mi to jednak nie przeszkadzało.
— Pień na zwierzynę. Co prawda jest mniejszy, ale jest pełny w środku i przez to jego ciężaru nie można rozłożyć po kilkunastu kotach, tak jak to robią tamci.
Trzcinka uśmiechnęła się.
— Też tak uważam.
— A tak swoją drogą, gratuluję awansu! Masz piękne nowe imię, które NA PEWNO skandowałem najgłośniej ze wszystkich!

< Trzcina??? >
[2651 słów]

[przyznano 53%]
Wykonane zadania:
– Wtoczenie na wyspę pnia, mającego stanowić część nowego legowiska starszyzny
– Wniesienie na wyspę kłody na zwierzynę

27 września 2025

Od Szepczącej Łapy CD. Ćmiej Łapy

Jeszcze zanim Kropiatka została przyjaciółką Szeptu

Nie mogłem zasnąć przez natłok myśli. Byłem zły na siebie. Zły, że tego popołudnia zostałem mianowany na ucznia, a nadal byłem sam. To znaczy, może i miałem moją mamę, Nenufarowy Kielich, ale oprócz niej tak w zasadzie, to nie miałem żadnych przyjaciół, ani kogoś, z kim czułbym się swobodnie. Rozmawiałem z Tojadową Kryzą, jednak on jest ode mnie starszy, a tak poza tym, więcej nie rozmawialiśmy. Wkradniecie się na ślub razem z Niezką też było… Średnie. W sumie to wpakowaliśmy się w kłopoty, a potem też już nie rozmawialiśmy. Trzcinowa Lapa też ze mną rozmawiała, ale raz, podczas wizyty u medyczki. Czyli znowu przelotem. Przy okazji. Nie miałem żadnej znajomości, której mógłbym być pewny. Próbowałem podejść kilka razy do Kropiatki, Ćmy, Niezapominajki czy Trzcinki, jednak… Moja nieśmiałość wygrywała. Za. Każdym. Razem. To było takie frustrujące! Przewróciłem się na drugi bok, a końcówka mojego ogona niebezpieczne drżała ze stresu i złości. Dużo rzeczy dręczyło mój umysł. Te dziwne koszmary, które miałem praktycznie co noc. To, jak za każdym razem coś kuło mnie w środku, kiedy ktoś do mnie mówił, mimo iż wcale nie chciałem, żeby przestawał. To nieprzyjemnie uczucie na początku było niewyczuwalne, ale teraz jest odczuwalne. Może nie jakoś bardzo, ale czułem, że z każdym następnym razem narasta i kiedyś może stać się nie do zniesienia. Serce skakało mi do gardła za każdym razem, kiedy usłyszałem skrzek jakiegoś ptaka. Nenufar opowiadała mi, że jakaś niedobra wielka mewa mnie zabrała, ale na szczęście pani Wężynowy Splot i pan Szałwiowe Serce ją zabili, a potem uratowali mnie. Zanieśli mnie prosto do obozu, gdzie zaopiekowała się mną moja mama. Ja, dozgonnie im wdzięczny, często podrzucałem im różne podatki, następnie po prostu uciekając, zanim któreś z nich mnie zauważy. Tylko… Jedna rzecz nadal nie dawała mu spokoju. Ta mewa… Zabrała mnie od kogo? Kiedy czasem patrzyłem na pana Szałwia, przez ułamek uderzenia serca bałem się, jednak potem ten strach znikał. Lubiłem księcia. Wydawał się być naprawdę miły! Jednak jego imię również czymś mi się kojarzyło. Brzmiało tak… Tak jakby było mi bliskie? Znajome? To raczej nie było codzienne. Oprócz tego plotki na temat mnie i wojownika rozeszły się po obozie. Że niby jest moim tatą. Nie wydawało mi się, ale co ja mogłem gadać. Prawie nic nie pamiętałem. Ale nawet jeśli… Przecież mamy inne kolory oczu? Znowu się odwróciłem. Przecież on jest KSIĘCIEM, a ja nie. Nie mam krwistego znaku lotosu na czole, tak jak on i na przykład pani Mandarynkowe Pióro, pani Pierzasta Kołysanka czy pani Algowa Struga. Coś mi się tu nie zgadzało. Dlaczego więc każdy tak myślał?
— Na Klan Gwiazdy, Szept—to znaczy Szepcząca Łapo, nie wierć się tak… — wymamrotała moja mentorka, po czym znów odpłynęła w sen.
— Do-dobrze, przepraszam… — mruknąłem cicho, wygodnie się układając, aby więcej już nie zmieniać pozycji.
A przynajmniej na dłuższą chwilę.
Kolejną rzeczą było moje imię. Szept. Było takie… Jakby nakreślające. Jaki mam być. Albo może jaki jestem? Cichy, nieprzydatny? Bojący się własnego cienia? Mówiący tak cicho, że nawet moja mama przez jakiś czas, dopóki się z nią nie oswoiłem, musiała się przysłuchiwać, aby zrozumieć moje słówka, które było czasami tak ciche, jak szmer nocnego wiatru. Przy niej zachowywałem się inaczej niż przy innych kotach. Byłem ciekawski, zadawałem pytania, uśmiechałem się i śmiałem. Jak każde normalne kocię. Normalne.
A może ja po prostu byłem inny? Nienormalny? Byłem anomalią wśród tych wszystkich Nocniaków? Może byłem po prostu błędem? Czymś, co nigdy nie powinno przyjść na ten świat? Podczas tych gorączkowych przemyśleń mój oddech zaczynał robić się coraz bardziej nierówny i szybki. Przednie łapy trzęsły się, a ogon raz na jakiś czas głucho uderzał o podłoże mojego legowiska. Zacisnąłem powieki, próbując wyrównać niereguralny oddech, aby się uspokoić. W myślach próbowałem przytoczyć słowa Neny, które zawsze mnie uspokajały. Pozwoliły mi wracać do normalnego stanu.
"Srebrne rybki w górę się pną,
Bursztyny świecą i w słońcu lśnią.
Bąbelki tańczą, płyną w dal,
Do krainy rybek, gdzie nie ma zła.
Rzeka puszcza cię w sen,
Biały piasek, co na dnie,
Cicho śpiewa, na cię czeka,
Śpij mój kotku, tak cicho, jak rzeka.
I niechaj cię niesie w dal mój głos.
Niechaj cię prowadzi szczęśliwy los.''
Oddech zaczął mi powoli zwalniać, a ja przez kilka uderzeń serca szeptałem melodie pod nosem, w głowie odtwarzając kołysankę wymyśloną przez Nenufarowy Kielich. W końcu, po niedługim czasie odpłynąlem, pierwszy raz od dawna nie bojąc się, że wybudzi mnie koszmar.

✩ ★ ✩ ★ ✩
Dzień zapoznania się z Kropiatką, wieczorem

Podczas kiedy czekałem, aż pani Pierzasta Kołysanka znajdzie zioła, jakie zebrała ostatnim razem, aby pokazać mi, jak dobrze je zebrać, aby zarodek mógł jeszcze raz puścić plony, w mojej głowie narastał dylemat.
“Jeśli chcę mieć więcej przyjaciół i sam nawiązywać kontakty, muszę coś zmienić. Jednak czy to nie byłoby oszukiwanie innych na temat mnie i mojej osobowości? Com jeśli kiedyś odkryją, że nie jestem taki naprawdę i mnie znienawidzą? Albo wyrzucą z Klanu Nocy? Albo zrobią mi coś? Co wtedy zrobię? Nie chcę być sam do końca życia! Czemu nie mogłem być po prostu taki jak inny, tylko muszę być taki inny? Och, na Klan Gwiazdy, dlaczego?!… “
W tym czasie, kiedy ja miałem milion zagwozdek na raz, Piórko wróciła do mnie, a jej głos wyrwał mnie z moich rozmyślań.
— Nie mam kilku ziół, które chcę ci pokazać, więc pójdziemy do Różnej Woni. Na pewno będą w jej składziku zielnym.
— Dobrze — powiedziałem, na co księżniczka zgrabnie się odwróciła, zaczynając iść w kierunku obozu.
Kiedy już do niego weszliśmy, Kołysanka powiedziała coś, że idzie do pani Różanej Woni i żebym tu został. Bez słowa usiadłem po prostu tam gdzie stałem, zaczynając rysować jakieś wzorki w piasku. Nagle usłyszałem jakiś dźwięk. Spojrzałem w tamtym kierunku i ujrzałem Ćmią Łapę, która chwilę później przeciągnęła się aby następnie podejść do mnie.
— Hej, jestem Ćmia Łapa — przedstawiła się z uśmiechem na pyszczku.
— Och... hej, jestem Szepcząca Łapa.. — odmruknąłem jej, karcąc siebie w myślach za taki ton. Miałem być inny niż zawsze!!! Miałem być jak każdy normalny uczeń. Radosny, nie bojący się zapytać… W tym czasie, kiedy ja przeżywałem wewnętrzne załamanie samym sobą, uczennica usiadła obok mnie i obserwowała chwilę moje nerwowe ruchy.
— Co robisz? — zapytała po chwili ciszy.
— Właściwie to nic… Po prostu tak sobie układam piasek.
— Hm... — mruknęła, po czym poszła sobie.
Tak po prostu. Byłem pewny, że już nie wróci i że nie chce zadawać się z kimś takim jak ja.
“Brawo, mysia strawo, właśnie straciłeś możliwość posiadania przyjaciółki i pokazania się z nowej, lepszej strony! “
Kocica jednak po dłuższej chwili wróciła, w pysku trzymając pięknego otoczaka z różowym paseczkiem. Położyła go przedemną.
— Proszę, przypomina mi ciebie. W dodatku to mój jedyny kamień, który nie jest pręgowany… No może poza tym jednym paskiem, ale jeden pasek to nie pręgi!
Wziąłem haust powietrza, od razu przykuwając swoje spojrzenie do kamyczka. Takiego jeszcze nigdy nie miałem! Był gładki i kiedy przejechało się swoim noskiem po jego powierzchni, jednak kiedy mój łaciaty nos spotkał się z linią o pięknym, pudrowym odcieniu, okazało się, że jest tam wypukły.
— Dziękuję... Jest wspaniały! — powiedziałem uradowany, następnie kładąc go obok tak, aby go przypadkiem nie zgubić.
— Cieszę się, że ci się podoba! Ładnie ułożyłeś ten piasek — powiedziała, patrząc na wzorki. — Co jeszcze lubisz zbierać? Widziałam, jak dajesz podarunki Wężynowemu Splotowi.
— Hm… W sumie to wszystko, co popadnie… Piórka, ciekawe kamyczki, błyskotki… — odparłem, uśmiechając się
— Oh! Ja zbieram głównie kamyczki, owady i roślinki… Uwielbiam owady! A zwłaszcza trzmiele... Są takie puchate i mają piękne pręgi! I tak majestatycznie latają, po prostu są idealne…
Moje błękitne oczka błysnęły niczym muszelka mieniąca się pod powierzchnią wody, kiedy pada na nią promień księżyca.
— Ja też je lubię! I lubię też pszczółki! Są przydatne dla ogrodników, ponieważ zapylają nasze plony! A tak poza tym są takie ładne i zgrabne… Czasem poruszają się tak, jakby tańczyły! Może w ten sposób się porozumiewają?
Ślepia uczennicy stały się troszkę większe.
— Też to zauważyłeś?!
— N-no, no tak! — bąknąłem, przez uderzenie serca się wachając, czy nie jest mnie po prostu za dużo dla Ćmiej Łapy.
— Chyba pierwszy raz spotykam kogoś, kto to zauważył! Nie wiedziałam że jesteś taki doedukowany, Szepcząca Łapo!
— Poczekasz tu na mnie chwilę? — spytałem, rozglądając się, czy przypadkiem moja mentorka już nie wraca.
Ona jednak rozmawiała z panem Lulkowym Zielem oraz medyczką naszego klanu. Perfekcyjnie.
— Pewnie!
Uśmiechałem się i wstałem, następnie sprawnie przemieszczając się do żłobka, gdzie nadal znajdowała się część mojej kolekcji. Po drodze w głowie rozmyślałem, co mogę powiedzieć jeszcze Ćmiej Łapie, aby wypaść jak najlepiej! Nasza cała rozmowa była szczera, nie, że ją symulowałem, czy coś takiego, ależ skąd! Po prostu nie chciałem spalić pierwszego dobrego wrażenia, jakie miałem nadzieję, że jestem w stanie osiągnąć. Cały czas paliło mnie w środku, że jest mnie zbyt dużo, jednak z drugiej strony podobała mi się ta odmiana codzienność. Tego, że czasami podskakiwałem na jakiś głośniejszy dźwięki. Miła odmiana. Naprawdę. Nawet mi się podobało, nawet jeśli ciężko było nie kulić się przed starszą odemne uczennicą.
“Oby tylko tak dalej!“ — pomyślałem, w pyszczek łapiąc bursztyn, w którego środku tkwiły motylek oraz ćma, oraz czarny kamyczek, który miał wyłamanie z boku, dzięki któremu można było ujrzeć, że jego środek jest błękitno-biały.
Bardzo lubiłem te kamyczki, jednak radość z dawania takich perełek innym kotom była dużo większa, niż trzymanie ich samemu sobie. Wróciłem do Ćmiej Łapy i położyłem dwie cząstki mojej kolekcji przed nią.
— Proszę, dla ciebie! — pisnąłem, szeroko się uśmiechając.
Zanim zdążyłem wyłapać reakcję Ćmy, usłyszałem zbliżającą się ogrodnicze.
— Muszę już iść, miło było cię poznać, Ćmia Łapo, do zobaczenia! — mruknąłem, następnie podnosząc się i podchodząc do swojej mentorki.
— Szepcząca Łapo, uznałam, że jednak nie pokaże ci tego, co chciałam. Innym razem, kiedy będziesz już bardziej doedukowany ogrodniczo. Dziś pokażę ci które owoce są trujące, a potem pokażę ci cechy charakterystyczne różnych roślin. Moje oczy znów rozbłysły. Tyle nauki!
— Dobrze, pani Pierzasta Kołysanko! — miauknąłem entuzjastycznie, wesoło machając ogonem.
Zacząłem iść za moją mentorką, kiedy nasunęło mi się na myśl pytanie. Na początku po prostu powstrzymywałem się od zadania go, jednak po chwili przypomniałem sobie o swoim postanowieniu uczniowskim.
— Pani Pierzasta Kołysanko?
— Słucham.
— A kto był pierwszym ogrodnikiem? Czy ta rola została wymyślona tak dawno jak lider zastępca medyk i takie tam, no i czy jest w innych klanach, czy tylko u nas w Klanie Nocy?
Kocica na początku była chyba nieco zaskoczona natłokiem pytań z mojej strony, jednak po chwili uśmiechnęła się, odpowiadając.
— Ja jestem pierwszą ogrodniczką, nikogo nigdy nie było przede mną. Rola ogrodników została rozpoczęta w zasadzie dosyć niedawno, natomiast istnieje tylko u nas, tak samo jak ród. Coś tam kiedyś słyszałam, że Burzaki mają jakichś, eee, kronikarzy czy coś takiego, Klifiaki protektorów, Wilczaki mistrzów a Owocniaki to w ogóle mają mnóstwo tych innych ról i przy okazji też dwóch zastępców… I imiona mają inne… No, dużo tego jest.
— A to w takim razie jak to wygląda na zgromadzeniach? Jakoś się te role odróżnia? I czy my mamy tylko wojowników i medyków, skoro oni mają inne role?
— Nie, oni też je mają. Każdy klan ma lidera, zastępcę, medyka, wojowników, starszych, królowe oraz uczniów. Po prostu oprócz tego mają też rolę dodatkowe, tak jak my mamy piastunkę czy ogrodnika. Nie jestem pewna jak to wygląda w Owocowym Lesie, ale tam jest tego całkiem sporo… Oni to bardziej taka, jakby to nazwać… Społeczność, niż klan. Nawet nazwę mają inną niż wszyscy.
— Aha… — mruknąłem cicho, pozytywnie zadziwiony różnorodnością, jaka występowała między nami wszystkimi. — Każde ugrupowanie czy Klan jest wyjątkowe na swój własny sposób… Cieszę się, że mogę być tego częścią!
Kocica jedynie delikatnie się uśmiechnęła, muskając mnie przez uderzenie serca swoim gęstym ogonem.
— Ma pani bardzo ładny ogon! Ta grzywka też, dodaje pani uroku. W ogóle pani jest taka ładna! Szkoda że ja nie mogę tak wyglądać… Chciałabym.
— Naprawdę tak sądzisz? — spytała, odwracając na chwilę na mnie swoje zielone oczy.
— Tak — odparłem szczerze, posyłając jej uśmiech.
— Dziękuję, Szepcząca Łapo, miło mi to słyszeć! — mruknęła Pierzasta Kołysanka, następnie stając obok miejsca, w którym roiło się od różnorodnych kolorów.
— Ta część naszego ogrodu zielonego jest poświęcona owocom — powiedziała, następnie łapą wskazując cały teren przed nami.
Chwilę później podeszła do czterech małych krzaczków. Ogonem wskazała pierwsze dwa.
— To są borówki, przyjrzyj się na czym rosną, czym się charakteryzują, jak pachną, jak wygląda gleba na której rosną.
Przykucnąłem i przyjrzałem się dokładnie owockom. Były niewielkie, ciemnogranatowe. Kiedy moje błękitne spojrzenie przeszło na glebę, dotknąłem jej łapą. Była miękka, lekko wilgotna. Pachniała wrzosowiskiem. Nienufar opowiadała mi, jak ono pachnie oraz dodała, że taki aromat często noszą na sobie koty z Klanu Burzy.
— Ten krzak ma na sobie małe ciemne kuleczki i pachnie łąką. Czy to jest jadalne?
— A i owszem! — powiedziała, następnie biorąc do pyszczka dwie lub trzy borówki. — Spróbuj! — dodała po chwili, kiedy już przełknęła przekąskę.
Wziąłem dwie wręcz czarne, aromatyczne owocki do pyska. Smakowały jednocześnie słodko i kwaśno. Były smaczne! A nawet bardzo!
— Mmm… Dobre.
— A te pozostałe dwa krzaki? — spytała ogrodniczka, na co ja przesunąłem nie do nich.
Wyglądały podobnie, jednak te bardziej można było nazwać krzewinkami niż krzewami. Ich owoce były czerwone, a nie czarne. Oprócz tego pachniały inaczej. Nie tak słodko jak borówki.
— To nie to samo, ale wygląda podobnie… — stwierdziłem.
— To jest inna odmiana borówek, zwana borówką brusznicą. Je też możesz zjeść.
Wziąłem jeden owoc i przegryzłem.
— Jest bardziej cierpki, ale nadal kwaskowaty. Podłoże pachnie bardziej lasem i widzę w nim trochę igieł. Czy pani razem z panem Lulkowym Zielem zbieraliście je, aby miały tutaj lepiej?
— Dokładnie. Dlatego między nimi jest odstęp. Dobrze im, kiedy rosną niedaleko siebie, ale nie tuż obok, ponieważ wolą różne rodzaje ziemi. Chodźmy dalej. Tutaj masz poziomki. Mają małe, czerwone owocki, które w środku posiadają multum nasionek. W smaku są słodkie, natomiast sam posmak zostaje na języku na jakiś czas. Zazwyczaj występują w lasach, tuż przy ziemi, więc trzeba patrzeć pod łapy.
— A rosną w jakiś konkretnych lasach, na przykład bardziej takich z sosnami, czy bardziej z dębami lub brzozami?
— Tak w zasadzie, to chyba w każdym możliwym rodzaju lasów, ale nie jesteśmy w stanie wiedzieć na sto procent. Musielibyśmy poszukać na terytoriach wszystkich klanów i Owocowego Lasu, a raczej nie mamy takich możliwości. No ale tak czy siak, tam dalej mamy rokitnik. Rośnie najczęściej przy rzekach, dlatego posadzony jest tuż obok wody dla naszego zielnika, natomiast ma on małe, pomarańczowo-żółte owoce, o wyraźnym, intensywnym, kwaśnym smaku. Jego krzaki wyglądają bardzo charakterystyczne. Rozpoznasz je z daleka, nawet do nich nie podchodząc. Nie można jednak zjeść go za dużo, ponieważ ich większa porcja może spowodować problemy żołądkowe. Dlatego jeśli już podaje się komuś rokitnik, to w bardzo małej porcji.
— Okej, zapamiętam! — powiedziałem, przypatrując się zdeformowanym krzakom.
— Chodź, teraz pokażę ci trujące owoce, jakie tu mamy — rzuciła, po prostu idąc dalej, nie patrząc czy idę za nią, jednak ja oczywiście od razu do niej podbiegłem.
Tutaj mamy niewielki pęd winogron. Zazwyczaj występują jedynie w lesie, dlatego jest jej tak mało u nas w ogrodzie. Ciężko tu o nią zadbać, ale dajemy radę. Nawet w malutkiej dawce ich spożycia, w najlepszym wypadku skończysz wymiotując. Mogą jednak one zabić kota, dlatego nie stosuje się ich w medycynie do prowokowania wymiotów. Do tego służy chociażby korzeń łopianu, który co prawda jest opcją zdecydowanie mniej smaczną niż taki winogron, jednak na pewno bezpieczniejszą. No ale idąc dalej, tutaj widzisz krzew czarnego bzu. Kwitnie na biało, jednak jego owoce są czarne i drobne. Są one silnie trujące, jednak nie zabiją, a przynajmniej nie powinny. Mogą wywołać wymioty, biegunkę, bądź zawroty głowy.
— A te jasnoróżowe kwiaty obok? — spytałem, zerkając na krzew.
— To jest dzika róża, czasami nazywana jest psią różą, ale końcowo to jedno i to samo. Ma czerwone owoce, zakończone charakterystyczną, małą koronką. Jej krzewy są kolczaste, z resztą łodygi też. Jeśli podasz ją w małej ilości, może pomóc kotu z układem moczowym, ale w większej dawce jej zastosowanie jest szkodliwe.
— Mhm… — mruknąłem cicho, przypatrując się owockom o kwaskowatym zapachu
— Tyle z nauki ziół na ten moment. Może później jeszcze cie czegoś nauczę, ale teraz masz wolne.
— Dobrze, to w takim razie do zobaczenia! — mruknąłem, następnie odwracając się od księżniczki.
“To była całkiem spora dawka nauki, mam nadzieję, że uda mi się to wszystko zapamiętać za jedym zamachem!“ — zaśmiałem się jeszcze w myślach, słysząc, jak Piórko odwraca się i idzie w inną stronę.
Odwróciłem na chwilę głowę i ujrzałem ją, rozmawiającą z panem Lulkowym Zielem. Uśmiechnąłem się do nich, pomachałem ogonem, a następnie szybkim, radosnym krokiem odszedłem od nich, chcąc przejść się i pogadać z Kropiatką. Oby chciała słuchać wywodów o ziołach, bo właśnie dostanie jeden i to całkiem spory!

✩ ★ ✩ ★ ✩
Aktualnie, południe

— Teraz możemy iść do obozu, zobaczyć, jak się mają inne koty — powiedziała Pierzasta Kołysanka, po kolejnej sesji treningowej.
Dzisiejsza sesja była wyjątkowa. Miała trochę kształt podsumowania wszystkiego, czego się nauczyłem przez ostatnie dwa księżyce mojego szkolenia ogrodniczego.
Piórko opisywała mi wygląd bądź zastosowanie razem z miejscem występowania danego medykamentu, a ja miałem podać jego nazwę i to, czego ona nie powiedziała (lub nie zdążyła powiedzieć). Potem zrobiła na odwrót i podawała mi nazwę, a ja mówiłem gdzie można podaną przez księżniczkę roślinkę znaleźć, jakie ma zastosowania, ewentualnie podawałem jej inne nazwy i cechy charakterystyczne.
— Jeśli spotkamy koty potrzebujące pomocy, to nie będziemy ich leczyć w razie co. To zadanie zostawiamy raczej Różanej Woni, ale będziesz miał za zadanie opisać mi objawy i podać medykamenty, które mogą pomóc poszkodowanemu. Jeśli nie znajdziemy żadnego pochowanego kota, wymyślę ci jakieś objawy.
— Dobrze, pani Pierzasta Kołysanko!
Piórko z neutralnym wyrazem pyska odwróciła się i sprawnie przedostała się przez wodę, aby znaleźć się w obozie.
Podążyłem za nią, nie odstępując jej na krok.
Kiedy weszliśmy, pierwsze co ujrzałem, to szylkretową koteczkę, która z grymasem bólu na pysku próbowała położyć swoją tylną łapę na podłożu.
Podszedłem do niej, czując na sobie czujne spojrzenie mentorki.
— Dzień Dobry, pani Rozpędzona Ważko, wszystko okej? Wygląda pani, jakby ta łapa panią bolała…
Księżniczka podniosła na mnie spojrzenie, w którym tliły się iskierki bólu. Przez długi czas nie odzywała się, zżerając mnie spojrzeniem, pod którym miałem ochotę się ugiąć. W końcu jednak odpuściła, głośno wypuszczając z pyska powietrze, chyba nie mając siły zaprzeczać.
— Nie mogę stanąć na łapę — burknęła w końcu, podnosząc kończynę do góry. — Może coś mnie udziabało podczas treningu? W końcu mianowana byłam nie tak dawno. Chociaż, to mogło się również stać podczas jakiegoś patrolu łowczego albo granicznego?... Nie jestem pewna, ale strasznie to wkurzające.
Przypucnąłem przy wojowniczce, dokładnie oglądając problem. W pewnym momencie dostrzegłem ślad po ugryzieniu.
— Pani Pierzasta Kołysanko, wydaje mi się, że to ugryzienie szczura. Chyba wdała się już infekcja, która zaczęła powodować niemożność stania na łapie. Ja posmarowałbym miejsce zakażenia maścią z łopianu mniejszego oraz podał coś na uśmierzenie bólu. Może ziarenko lub dwa maku? A jeśli nie mak, to można by zastosować troszkę dzikiego czosnku w połączeniu z łopianem, albo po prostu go nim zastąpić w całości. A pani co uważa?
Na moje słowa o możliwym wdaniu się jakiś bakterii do ugryzienia, Kołysanka od razu znalazła się obok mnie przypatrując się córce Sterletkowej Łuski.
— Masz rację, Szepcząca Łapo. Rozpędzona Ważko, chodź do Różanej Woni. Powinna to obejrzeć medyczka.
Zielonooka po prostu rzuciła mi spojrzenie, którego intencji nie byłem w stanie rozczytać, ale po chwili odwróciła się i kulejąc, udała się wprost do Róży.
Uśmiechnąłem się i chciałem się rozejrzeć, jednak nie musiałem szukać następnego Nocniaka potrzebującego pomocy. Dymny kocur wszedł we mnie od tyłu, a ja usłyszałem, jak uderzenie serca później, cofa się o dwa kroki.
— Jejku, Szepcząca Łapo, przepraszam, nie chciałem w ciebie wejść.
— To nic takiego — powiedziałem, patrząc w jego pomarańczowe ślepia.
Później spojrzałem na jego łapy. Jeden staw wydawał się znajdować w nienaturalnej dla siebie pozycji. Jakby za dosłownie chwilę ktoś miał by go wybić. Albo jakby sam się wybijał. Zmierzch był sztywny, a jego kończyna była odrętwiała.
— Wszystko okej? Ten staw wygląda na conajmniej bolesny.
Fala przez chwilę jakby wachał się, czy odpowiedzieć.
— Jeśli nie chcesz mi mówić, zrozumiem, ale proszę, porozmawiaj chociaż z panią Pierzastą Kołysanką, albo panią Różaną Wonią, one ci pomogą — mruknąlem, czekając na jego odpowiedź.
Jego ogon przeciął powietrze, kiedy się odezwał.
— Nie no, luz, mogę ci powiedzieć, nie będę robił problemu z tego, że jesteś młody, chociaż w sumie już trochę się szkolisz. No, ale tak czy siak. Od jakiegoś czasu trudno mi się poruszać, a staw wydaje się być odrętwiały…
— Mogę go obejrzeć? — szepnąłem łagodnie, na co wojownik kiwnął jedynie głową na “tak”.
I rzeczywiście. Staw był sztywny, a jego chód, który mi zaprezentował, był spięty i wyglądał na minimum nieprzyjemny, oraz zdecydowanie ograniczony.
— Wygląda to jak najzwyklejszy w świecie ból stawu, który po prostu wzrósł przez brak leczenia na wyższe stadium, czyli odrętwienie kończyny, a następnie zniekształcenie chodu i ogólne trudności z poruszaniem się. Proponuję użyć kopru włoskiego czy tam fenkułu, no jedno i to samo, lub aksamitki rozpierzchłej. Obie te rośliny przyniosą taki sam pożądany efekt, czyli pozbycie się bólu.
— Zmierzchająca Falo, udaj się z tym do Różanej Woni. Poda ci zapewne któreś z ziół wymienionych przez Szepczącą Łapę — odezwała się Piórko.
— Dobrze, dzięki, Szepcząca Łapo, dziękuję, Pierzasta Kołysanko — pożegnał się kocur, następnie udając się tam, gdzie niewiele wcześniej udała się pani Ważka.
Już miałem iść szukać dalej, kiedy mentorka mnie zatrzymała.
— Nie zdążyłam nauczyć cię jeszcze ani o koprze, ani o aksamitce. Skąd wiesz, że są dobre na bóle stawów? Zgadywałeś czy co?
— Ach, kiedy kurowałem się w lecznicy zaraz po tym, jak pan Szałwiowe Serce i pani Wężynowy Splot mnie znaleźli, słuchałem, jak pani medyczka uczy panią Gąbczastą Łapę i niektóre z tych rzeczy nadal pamiętam, na przykład najlepsze zioła na bóle stawów — rzuciłem, zamykając oczka aby w głowie zobaczyć obraz kocicy uczącej dymną o różnych medykamentach.
— Mhm… Masz teraz przerwę na odpoczynek, zjedzenie czy co tam chcesz. Trochę po wysokim słońcu przyjdź do mnie, nauczę cię, jak najlepiej zwabić motyle i pszczoły, aby zapylały nam rośliny w ogrodzie zielnym.
— Czy mogę iść pozbierać przy brzegu kamienie do źródełka? — spytałem, a w moich oczkach zaiskrzyło.
— Eee, tja — mruknęła, chwilę pózniej odwróciła się i skierowała do sterty zwierzyny, następnie łapiąc w pysk dorodną ryjówkę oraz mniejszą rybę. Prawdopodobnie jedno z tych dwóch dań było dla Lulka/
Ucieszyłem się aprobatą mentorki, a następnie już miałem udać się w miejsce, przez które trzeba było przepłynąć, aby przedostać się na wyspę, jednak zatrzymałem się i odwróciłem w stronę żłobka.
Przy wejściu do legowiska pani Piastunki, stała właśnie ona oraz moja mama — Nenufara.
Radośnie podbiegłem do kocicy, wtulając się w nią.
— Dzień dobry, pani Kotewkowy Powiewie, hej mamo! — mruknąłem z uśmiechem, wdychając słodki zapach kotki.
— Och, cześć kochanie, coś się stało? — spytała mama z troską, kiedy ja się do niej odklejałem.
— Nie, nic się nie stało! Chciałbyś może pójść ze mną pozbierać kamyczki oraz muszelki w kąciku zabaw lub przy brzegu wyspy?
— Jasne, że chcęm synku!
— Jeśli pani chce, pani też może iść — dodałem po chwili, patrząc na księżniczkę.
Piastunka wyglądała na szczerze zaskoczoną moją propozycją, jednak szybko zmieniła wyraz pyska na obojętny.
— Nie, dzięki, Szepcząca Łapo.
— A będę mógł jutro panią odwiedzić? Może pomogę ze sprzątaniem żłobka albo kąciku zabaw? Lub po prostu panią odwiedzę i z panią porozmawiam?
Kolejne zdziwienie ze strony Kotewki.
— Eee, jasne, możesz mnie odwiedzić, będzie mi miło jeśli to zrobisz. — odpowiedziała mi w końcu, po chwili uśmiechając się na dosłownie trzy uderzenia serca.
Odwzajemniłem jej uśmiech.
— To w takim razie do zobaczenia, pani Kotewkowy Powiewie — pożegnałem się grzecznie, następnie wraz z Nenufarą zmierzając prosto do kąciku zabaw.
— Czy oprócz kamieni i muszelek będziesz chciał zbierać jeszcze coś? Może szukasz jakiś nowych łupów do swojej kolekcji?
— Mmm, jeśli będzie coś naprawdę ładnego, to to zgarnę.
— W takim razie będę bacznie obserwować! — powiedziała kocica, liżąc mnie po policzku.
— Chcę poszukać muszelek na prezent dla pani Pierzastej Kołysanki! — przyznałem, wyobrażając sobie co mam zamiar dla niej kiedyś stworzyć.
— To będzie taka ozdoba albo wianek z muszelek z przyczepionymi dwoma lub trzema piórkami z boku!
— Na pewno jej się spodoba, jesteś fantastycznym kotem i uczniem! Taki uczeń to skarb normalnie!
— Dziękuję, mamo — powiedziałem jej, ciesząc się z wspólnej rozmowy.
— Chyba zacznę być zazdrosna o mojego małego Szepcika! — zaśmiała się Nenufarowy Kielich, następnie obejmując mnie ogonem.
Usiedliśmy przed wodą, która obmyła mi jedną z przednich łapek. Była chłodna. Idealna do ukojenia tego gorąca, jakie panowało podczas Pory Nowych Liści. Nagle coś błysnęło pod powierzchnią wody. Sięgnąłem lapą po błyskotkę, jaka okazała się być piękną, dużą muszelką.
— Oho, ładny łup synku! Wojownicy polują na ryby, Szept poluje na muszle, haha!
Zaśmiałem się, następnie kładąc swoją głowę na ramieniu mamy.
Nena śmiała się jeszcze przez chwilę, ale potem też sama położyła swój łeb na moim.
— Kocham cię, Szepcząca Łapo, pamiętaj o tym. Cokolwiek ma się kiedyś stać, nigdy cię nie opuszczę. Choćby świat miał się wywrócić do góry nogami, a niebo miałoby na nas spaść. Choćby koty zaczęły latać, kwiaty gadać, a ryby chodzić. Choćby nie wiem co.
Nie odpowiadałem jej przez dłuższy czas, po prostu trwając w tej idealnej chwili. Prawie idealnej.
— Dlaczego? — spytałem, patrząc na słońce, leniwie pnące się ku górze.
— Co dlaczego?
— Dlaczego akurat ja. Dlaczego mnie przyjęłaś, wychowałaś, kochałaś i kochasz. Nie jestem twoim biologicznym potomkiem. Nikt cię o to nie prosił. Nikt ci nie kazał. A ty i tak się mną zajęłaś. Tuliłaś mnie przy piersi, śpiewając kołysanki. Otulałaś ogonem, podczas zimnych nocy. Ocierałaś każdą moją łzę. Dbałaś o mnie. Troszczyłaś się. Po prostu kochalaś. Nie… Nie żałujesz tego całego czasu, jaki na mnie zmarnowałaś?
Nenufarowy Kielich podniosła się, biorąc gwałtowny wdech.
— Szepciku… — mruknęła, podnosząc moją głowę swoją przednią łapą.
— Nigdy. Nigdy przenigdy nie myśl, że to, że nie ja cię urodziłam, COKOLWIEK zmienia. Jesteś wyjątkowy, jedyny w swoim rodzaju. Jesteś mój, mój i tylko mój. Kocham cię najbardziej na świecie i nie obchodzi mnie, że nie łączy nas krew. Nas łączy coś więcej. Więź. Miłość. Miłość matki do swojego kocięcia, jakiekolwiek ono by nie było. Wychowałam cię, bo od razu mnie w sobie rozkochałeś. Przez ani ułamek uderzenia serca nie żałowałam tej decyzji i nigdy nie będę jej żałować. Nigdy, rozumiesz? Tak działa miłość. Najczystsza, bezwarunkowa miłość.
— Nawet jeśl—
Nenufara nie dała mi dokończyć, przerywając mi.
— Nawet.
Wpatrywałem się w jej oczy przez długi czas. Czułem przy sobie ciepło jej ciała. Wszystkie jej emocje. Wszystkie co do jednej.
Wojowniczka lapą zaczęła głaskać mnie po głowie, tak jak robiła to, kiedy trafiłem do Klanu Nocy. Przylgnęła do mnie po nawet nie chwili, jakby chciała ochronić mnie przed całym światem.
— Srebrne rybki w górę się pną — zaczęła, a ja się do niej przyłączyłem.
— Bursztyny świecą i w słońcu lśnią.
Bąbelki tańczą, płyną w dal,
Do krainy rybek, gdzie nie ma zła.
Rzeka puszcza cię w sen,
Biały piasek, co na dnie,
Cicho śpiewa, na cię czeka,
Śpij, mój kotku, tak cicho, jak rzeka.
I niechaj cię niesie w dal mój głos.
Niechaj cię prowadzi szczęśliwy los.
Ja skończyłem śpiewać, jednak Nena nadal kontynuowała.
— I nawet jeśli świat do góry stanie. Nawet jeśli kiedyś coś mi się stanie. Pamiętaj ty, małe kocię me, że ja zawsze kocham cię.
— Tego nie znałem — szepnąłem w końcu, uśmiechając się pod nosem.
— Bo właśnie to dodałam — odpowiedziała mama, wyjmując z wody parenaście pięknych kamyków.
— Sama wymyśliłaś tę kołysankę? — spytałem, znajdując kolejną muszelkę, tym razem jednak pośród piasku.
— No jasne!
— Myślałem że to jakaś kołysanka, która krąży między kociakami Nocniaków. Może jakaś karmicielka albo piastunka ją kiedyś wymyśliły i po prostu ktoś ją zapamiętał, a ona poszła dalej aż do mnie.
— Nie. Ja ją wymyśliłam, kiedy tutaj trafiłeś. Prosto w moje łapy. Łapy, które się zakleszczyły.
Kotka uśmiechnęła się i wstała.
— Chodź, pójdziemy poukładać te kamienie, zanim twoja mentorka po ciebie wróci, hm? — zaproponowała, nie zmywając szczęśliwego wyrazu pyska ani na chwilę.
— Jasne, mamo — odparłem, również wstając.
Razem przeszliśmy sprawie przez obóz, znajdując się w jego sercu. Z tego miejsca było wydać wszystkie koty. Każdego pojedynczego Nocniaka, który właśnie znajdował się w obozie. Zobaczyłem Kropiatkową Łapę, która po niedługim okresie też mnie dostrzegła i do mnie pomachała. Odpowiedziałem jej tym samym, następnie zaczynając układać nowo znalezione kamienie razem z Nenufarą u boku. Jeden — zupełnie przezroczysty, leżał na większym od ciebie, bardzo jasnym kamyku, który jak się okazywało, prześwitywał, kiedy światło słońca na niego padało. Byłem ciekaw jak to wygląda z promieniem księżyca.
“Może dziś w nocy przyjdę to zobaczyć... albo po prostu zabiorę te dwie sztuki i wyjdę na chwilę ze swojego legowiska na wyspie?“ — pomyślałem, kładąc obok ich dwójki czarny kamień, który błyszczał się tak, jakby ktoś posypał go brokatem lub potłuczonym szkłem w maleńkich, nie szkodliwych kawałeczkach.
Nenufarowy Kielich zaraz później umieściła nieco dalej jeden z większych kamieni, który miał na samym środku wgłębienie, jakby płyneła po nim woda, która mogłaby je wyrzeźbić. Przejście było płynne. Kiedy mama wzięła trochę wody i polała ją na kamyk, ciecz jakby od razu odnalazła właściwą drogę i zaczęła delikatnie spływać po wgnieceniu, końcowo lądując w źródełku.
— Pięknie — rzuciła kocica, spoglądając na naszą pracę.
Zanim coś jej odpowiedziałem, podeszła do nas zastępczyni.
— Nenufarowy Kielichu, pomożesz nam? Potrzebujemy każdej pary łap, aby pomóc Różanej Woni w odbudowie jej legowiska.
Zanim ona zdobyła chodźby się poruszyć, ja wstałem.
— Czy ja też mogę pomóc? — spytałem, na co Alga z uśmiechem kiwnęła głową na zgodę.
Tak więc chwilę później ja, Nenufara, pani Algowa Struga, oraz Świteziankowe Jezioro i Krabowe Paluszki, wspólnie naprawialiśmy ściany lecznicy. Niektórzy w szpary wpychali kamienie lub gałązki, inni pletli różne warkocze bądź sznury z tego, co było pod łapą. Złapałem trochę trzciny, następnie Nena razem z Krabem umieściły je solidnje na górze po to, abym ja uplótł z nich zatrzymujące ciepło więzły. Przy okazji ładnie to wyglądało! Świtezianka też podłapała moją taktykę, samej również między rośliny wsadzając kawałki trzciny. Pracowaliśmy tak przez dłuższy czas, a ja wyglądałem jak po kwiatowej apokalipsie.
W futrze miałem patyki, trzcinę, listki a gdzieniegdzie nawet płatki kwiatów! Najwyraźniej ktoś wplątał tam również kwiatki! Szybko się otrzepałem, a następnie wyjąłem te wszystkie “ozdoby” z futra. Pożegnałem się z panią Algą, oraz resztą kotek, w tym z mamą.
Rozejrzałem się za jakimś zajęciem lub kotem, z krórym mógłbym pogadać, po czym ujrzałem Ćmią Łapę, siedzącą samotnie i obserwującą trzmiela, który akurat przeleciał obok niej. Podszedłem bliżej szylkretki.
— Hejka, Ćmia Łapo! Jak ci mija dzień? No i jak ci się podobają prezenty ode mnie, hm?
Uśmiechnąłem się do niej i czekałem, aż odpowie. Przez zarówno mój, jak i jej ciągle trwający trening, prawie w ogóle nie było okazji porozmawiać. Było mi z tego powodu smutno. Nie chciałem stracić swojej koleżanki! A może nawet przyjaciółki?

< Ciemka? >
[ 5034 słów ]

[przyznano 101%]

Wykonane zadania: Wniesienie na wyspę kamieni, mających otaczać źródełko wody i wzmacniać jego ścianki, odbudowa ścian lecznicy
Wyleczeni: Rozpędzona Ważka, Zmierzchająca Fala