— Czego chcesz?! — warknęła w moją stronę, trochę się przybliżając.
Choć próbowałem wydusić z siebie chodźby pół słowa, albo jakikolwiek dźwięk, nic z mojego pyszczka nie wylatywało.
— Głuchy jesteś czy co? — szepnęła księżniczka, przybliżając się jeszcze bardziej.
Teraz między nami dystansu było mniej niż dwa mysie ogony, co trochę mnie przerażało. Grało we mnie wiele emocji, ale w większości było to zakłopotanie pomieszane ze strachem. Najwyraźniej Gąbczasta jeszcze bardziej się zdenerwowała. Jej postura zmieniła się z skulonej na wyraźnie wyprostowaną, a oczy zwęziły się w dwie, niewielkie szparki.
— Nie pamiętasz, co ci mówiłam?! — syknęła, na co ja tylko jeszcze bardziej się zakłopotałem.
Próbowałem odszukać w odmętach pamięci jakieś słowa uczennicy na temat wchodzenia z nią w jakieś interakcje czy cokolwiek takiego, czyli tak naprawdę w ogóle jakiegokolwiek jej słowa, ale nic sobie nie przypominałem.
— Tss… mewi szpieg. Mówiłam ci, żebyś więcej się tu nie pokazywał! Nie chcę cię na oczy widzieć, zdrajco!
Kilkukrotnie zamrugałem, nie wiedząc, co zrobić.
— Gąbczasta Łapo, co Ci na wszechwiedzący Klan Gwiazdy odbiło? — spytała pani Różana Woń, o której istnieniu obok na chwilę zapomniałem.
— Mówiłam temu lisiemu ścierwie, żeby mi się na ślepia nie pokazał! — syknęła dymna, odwracając głowę w stronę starszej.
— Ale ty przecież nic takiego nie mówiłaś, a przynajmniej na pewno nie przy mnie? Chyba pamiętałabym…
Rozejrzałem się po swoim otoczeniu, zastanawiając się co zrobić w tej sytuacji. Po uderzeniu serca stwierdziłem, że mogę wykorzystać rozmowę kotek i wycofać się z potrzasku, w jakim się znalazłem.
Powoli wycofałem się z lecznicy, podczas gdy medyczki nadal rozmawiały, jeśli taką wymianę zdań można było mianem rozmowy określić.
Aktualnie (tw. Krew)
⋆˚。⋆୨✧୧˚ ★ ✩ ★ ˚୨✧୧⋆。˚⋆
Przez następne dni od tamtego… Incydentu, nie mogłam przestać o tym wszystkim myśleć. Miałam od tego jeszcze większy mętlik w głowie niż zwykle. Szczególnie, że nie mogłam sobie przypomnieć sytuacji, w której pani Gąbka przekazałaby mi takie słowa. Właśnie pracowałam w ogrodzie przy grządce, którą wiele księżyców temu sama zasadziłam (oczywiście z pomocą pani Pierzastej Kołysanki). Nie powiem, że nie — byłam z tego trochę dumna.
W pewnym momencie usłyszałam ciche “bzzz” tuż przy swoim uchu, wręcz niemal w nim.
— Ugh, głupi komar… — mruknęłam, potrząsając lekko głową, aby go jakoś odstraszyć, czy coś.
Mimo to poczułam swędzenie i po chwili po części przypadkowo przycisnęłam go łapą do ziemi, kończąc jego żywot. Próbowałam wrócić do pracy i o tym nie myśleć, jednak zaczynałam czuć takie nieznośne swędzenie, którego nie mogłam powstrzymać. Nie do końca tego świadoma, raz na jakiś czas drapałam się tam, gdzie komar zostawił na mnie swój ślad. W pewnym momencie poczułam na łapie płyn, który okazał się być moją osoką.
— Na ciernie i osty — przełknęłam pod nosem, strzepując swoim pręgowanym ogonem.
Przez chwilę zastanawiałam się, czy zrobić coś z tym fantem, a mianowicie czy nie próbować tego odkazić czy coś takiego, jednak końcowo po prostu to zbagatelizowałam, po prostu wracając do swojej pracy. Z dnia na dzień rana coraz to bardziej piekła i swędziała. Dopiero kiedy zorientowałam się, że przestałam słyszeć na lewe ucho, udałam się do ogrodu, szybko lokalizując niewielki żółto-pomarańczowy kwiatek, który miał mi pomóc. Złapałam dwa płatki, sprawnie przeżuwając je na papkę. Zaraz później przygotowana mikstura wylądowała na rance. Przez pierwsze uderzenia serca trochę piekło, ale na szczęście dość szybko pieczenie minęło. Właśnie skończyłam swój posiłek, kiedy wpadłam na pomysł przyniesienia jakiegoś dobrego kąska różnym Nocniakom. Na początek jako cel obrałam sobie żłobek, do którego wniosłam dwie wiewiórki. Piastun, który akurat tam przebywał, spał, więc nie mógł dowiedzieć się, że to ode mnie. Następnie dorwałam ze sterty srokę, która wylądowała przed moją byłą mentorką. Później pognałam do pani Różanej Woni z dwoma myszami. Ta wymamrotała jakieś liche podziękowania, a kiedy już myślałam, że to tyle, bo reszta już jadła, przypomniałam sobie o istnieniu pani Gąbczastej Perły. Z jednej strony bardzo nie chciałam tam iść i nie daj Klanie Gwiazdy spotkać się z nią oko w oko, jednak jakieś poczucie obowiązku kazało mi tam iść. Skoro nosiłam zwierzynę każdemu, dlaczego miałabym ją ominąć? To byłoby w końcu bardzo aroganckie. Złapałam więc w zęby dwie dorodne rybki, chcąc po prostu niezauważenie podarować jej kąski, a następnie wrócić do swoich zajęć. Niepewnym krokiem weszłam do środka, kładąc jedzenie i szybko odwracając się za siebie, aby wyjść, jednak to ostatnie mi się nie udało, ponieważ usłyszałam za sobą głos medyczki, przez co lekko spłaszczyłam uszy, a mój puls podskoczył.
— Czego ode mnie chcesz mewi szpiegu, nie chcę cię na oczy widzieć!
— Chciałam tylko przynieść ci coś do jedzenia…
Czarna spojrzała na ryby, a później znów na mnie.
— Chciałeś mnie otruć?! — syknęła, na co ja myślałam, że zwymiotuje ze stresu.
— Ni-nie! Po prostu próbowałam być miła… Skąd ten pomysł! Co ja ci takiego zrobiłam, że mnie nienawidzisz! Już nic nie rozumiem! — powiedziałam drżącym głosem, powoli mając dość jej dziwnego i niezrozumiałego dla mnie zachowania.
< Głąbka? Czego ty w ogóle ode mnie chcesz? >
Wyleczeni ~ Szepcząca Hipnoza
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz