Wieczór
Dryfująca Gałęzatka musiał w końcu przyznać, że jego życie w Klanie Nocy nie było zbyt bogate w przeżycia. Ani w przyjaciół. Miała paru znajomych, ale nie dogadywała się z nimi zbyt dobrze. Jedynym kto był mu rzeczywiście bliski w tym klanie, był jego brat Widlik. No i może minimalnie brat Morszczyn. Nic go tu nie trzymało, a nawet gorzej. W rzeczywistości nienawidziła całej tej hierarchii w klanie, szczególnie istnienia głupiego rodu królewskiego i nienawiści w stronę kotów czekoladowych. Do tego sposób, w jaki niektórzy wydawali się go traktować. I do tego samo w ogóle ich istnienie. Gałęzatka zdecydowanie wolałby spędzić resztę życia sam niż przy tych rybojadach. Z tą właśnie myślą dojadł zwierzynę i skierował się w stronę żłobka.
— Widliku. Musimy porozmawiać — miauknęła, podchodząc do kocura. — Tylko raczej...sami — dodało z lekko skwaszoną miną.
Kremowy kocur przeniósł wzrok na Dryfującą Gałęzatkę.
— Spokojnie, to tylko kociak — mruknął spokojnie, spoglądając na Rzekotkę. Jej matki akurat nie było w pobliżu.
— Kociak... Córka Kropiatki, prawda? — mruknął tylko, ale za chwilę pokręciło głową. — Nie nadaję się tu. Wiesz, do Klanu Nocy. Jaa myślę, że... wkrótce stąd zniknę. Wolałam, żebyś wiedział. Jeśli będą o mnie pytać, możesz powiedzieć, co wiesz. Odchodzę prawdopodobnie dziś w nocy — mruknęło, usiłując robić wszystko, aby z jego oczu nie wydostały się łezki. — Będę tęsknić.
— Tak, córka Kropiatkowej Skórki — mruknął w odpowiedzi. Przeniósł wzrok na kociaka. Milczał, gdy jego rodzeństwo mówiło.
— Co? Odchodzisz? — spytał, przenosząc na niego wzrok. Położył po sobie uszka. Łapką przetarł zielone oczy, pozbywając się łez.
— A masz gdzie się podziać? Znasz kogoś, kto w razie czego będzie mógł ci pomóc? — spytał cicho. Zdecydowanie był smutny i zrozpaczony z myśli o utracie kolejnego mu bliskiego kota. Gałęzatka kiwnął głową w odpowiedzi, a widząc szklane oczy Widlika, sam zaczął ryczeć.
— Dam sobie radę. Naprawdę — miauknęła po chwili. — Nie chcę tu być. I-I-I nie wrócę — szepnął. — Będę na terenach niczyich, niedaleko Klanu Klifu. A przynajmniej przez pewien czas. Będzie dobrze — mruknęła cicho przez łzy.
Złocisty Widlik wbił pazury w posłanie.
— Czyli...nigdy się już nie zobaczymy? — spytał cicho. Odkąd został piastunem, wyszedł poza obóz tylko raz. W pamiętną noc, kiedy to zmarła Kotewkowy Powiew.
— Niewykluczone — odparło. — Ale możliwe też, że odwiedzę was kiedyś po cichu na jakimś zgromadzeniu. Z-Znajdę cię wtedy, obiecuję — dodał.
Widlik drgnął. Skulił się na posłaniu.
— Wątpię, by była okazja. Odkąd jestem piastunem, poza obozem byłem tylko raz — przyznał cicho i załkał.
Gałęzatka wyraźnie posmutniał, ale nabrał powietrza w pierś i przybrał zdeterminowany wyraz twarzy.
— W każdym razie... Będę o tobie pamiętać. Trzymaj się. I dbaj o kocięta Klanu Nocy, jesteś w tym świetny — kiwnął głową. — P-Przepraszam — mruknął jeszcze, przytulając lekko brata, aby następnie odsunąć się kawałek dalej.
— Ja o tobie też — wyszeptał cicho zielonooki piastun. Po raz kolejny tracił ważnego dla niego kota. Pokręcił lekko łebkiem. Wymusił na sobie uśmiech. Gałęzatka mogłaby stwierdzić, że rozumiał sytuację brata, ale to nie byłoby prawdą. Wszyscy zdawali się szeptać coś za jeno ogonem.
— Uważaj na siebie. Zawsze będziesz w moim sercu — wyszeptał.
Gałęzatka kiwnęła głową.
— Ty na siebie też. Jesteś wspaniałym bratem — miauknął jeszcze i wyszedł ze żłobka.
Aktualnie
Klan Nocy nareszcie spowiła tak upragniona przez Gałęzatkę cisza. Wciągnęła powietrze w płuca i powoli je wypuściła, ostatni raz rozważając swoją decyzję odejścia z terenów klanu. Takie życie nigdy nie było dla niej. Jeśli to jeno rodzice mu to zrobili, to zdecydowanie miało im to za złe. Nie myśląc zbyt wiele, podniosła się z legowiska i jak najcichszym krokiem opuściła legowisko wojowników. Gdy tylko jego łapy przekroczyły progi obozu, wiatr, który dmuchnął mu w pysk, był co najmniej orzeźwiający. W tamtej chwili czuł, że była to jedna z jej lepszych decyzji życiowych. Przepłynął fragment zbiornika wodnego i trafił do lasu obok Zrujnowanego Mostu, przez który później przeszedł. Oddalony już wystarczająco od obozu zaczęło biec, co oczywiście powodowało u niego duże zmęczenie i brak tchu, ale wiedział przynajmniej, że teraz był wolny. W ten właśnie sposób opuścił ostatecznie tereny byłego klanu. Przeszła przez las, a następnie trafiła na Drogę Grzmotu. Usiadło przy niej, żeby odpocząć, czując, jak lekko burczy jeno w brzuchu. Po chwili zobaczyła Potwora jadącego wprost na nią. Zjeżyło futro i odskoczyła przerażona.
— Wybacz. Nie chciałam cię wystraszyć — miauknęła dwunożna, a Gałęzatka gwałtownie cofnął się, jeżąc futro.
— Zostaw mnie! Po co mówisz, jak i tak nic nie rozumiem! — zawył, sycząc zaciekle.
Gdy tylko kobieta wyszła do tej przerażającej puszki, chciało wziąć łapy za pas i więcej się tu nie pokazywać, jednak zapach, który poczuł był wyjątkowo przyjemny.
“Jedzonko!” pomyślał, widząc, jak dwunożna stawia to między nimi, następnie się oddalając.
— Tak po prostu mi to dajesz? — zapytała dla pewności, przechylając głowę.
Ostrożnie zrobiło kilka kroczków do przodu i zaczęło pałaszować jedzenie. Szkoda, że nie smakowało jak zwierzyna. Następnie poczuła rękę na swoim grzbiecie. Pierwszą reakcją było ponowne zjeżenie futra, jednak po chwili uznała…że to nie było aż takie złe. Ostatecznie kobieta wciągnęła go do paszczy Potwora, ale Gałęzatka nie miał już ochoty walczyć.
***
Nie zorientowało się, kiedy zasnęło, lecz obudziło jeno głosy. Głosy zwierząt. Leżał w małym ciasnym pudełku. Nagle zaczęła panikować, w końcu nigdy nie lubiła zamkniętych przestrzeni. Wręcz się ich bała. Zaczęła miauczeć, a widząc przed sobą zza kratek twarz dwunożnej, chciał wyciągnąć łapę, aby dać jej w twarz. Niestety to się nie udało. Kobieta mówiła spokojnym głosem. Zbyt spokojnym. Gałęzatka zwinął się w ciasną kulkę, jak najbliżej kąta i zaczął cicho chlipać. Poczuł, jak coś to podnosi, a następnie wylądował w tym surowym, dziwnym pomieszczeniu.
“Czy to właśnie są legowiska dwunożnych?” pomyślała.
Znowu przekonana smaczkiem pozwoliła na to, aby dziwny, obcy dwunożny zrobił jej wszystkie potrzebne badania. Oprócz tego podał jej również coś dzięki czemu ustał ból głowy niebieskiego.
***
Wylądował na podłodze. Przestronny pokój. Dwunożna otworzyła drzwiczki od transportera i odsunęła się na bezpieczną odległość, aby pozwolić wyjść kocurowi. Przeszkodził jej w tym jednak tupot czterech łapek. Sądząc po odgłosach, musiał być to mały kot. Może kociak? Dryfująca Gałęzatka mogła zaraz ujrzeć jego pyszczek wyglądający zza jednej ze ścian strasznego pudła. Kociak był puchaty, zielone oczy i kremowo-białe futerko. Z zainteresowaniem przyglądał się nowemu towarzyszowi.
— Kim jesteś? — miauknął, podchodząc nieco bliżej.
Gałęzatka, widząc tego malucha, odrobinę się rozluźnił.
— Dryfująca Gałęzatka. Dawny wojownik Klanu Nocy — odparła, ostrożnie wychodząc z malutkiego pomieszczenia.
Rozejrzało się dookoła, ostatecznie wracając wzrokiem na kremowego.
— Czyli dzikus! — miauknął, śmiejąc się cicho.
— Zgadza się. Jak masz na imię pieszczoszku? — zapytała, liżąc się po łapce.
— Frezja. Trochę jak dla kotki, ale jest git. Ty jesteś Nerina. Trafiłeś nawet gorzej, ale sądząc po twojej minie, podoba ci się. Jesteś inny? Pani nazywa się Ewa, ale możesz mówić jej Szafirek. Wyrabiasz? — mruknął, wskazując kolejno na siebie, niebieskiego i dwunożną.
— Ledwo, ale za dużo gadasz. Ucisz się. Frezja. Nerina. Ewa, czy raczej Szafirek. Dobra — miauknął, kodując wszystko w głowie. — Długo tu nie zabawię, więc nie przyzwyczajaj się do mnie. Muszę…kogoś odwiedzać — miauknął.
“Nawet jeśli życie pieszczocha jest znacznie łatwiejsze” pomyślała nieco zdenerwowana.
Koniec/wstrzymanie sesji
Wyleczeni: Dryfująca Gałęzatka (Nerina)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz