Liliowa Łapa starannie wylizywała ranę po walce z sokołem ćwierć księżyca temu. Różna Woń opatrzyła jej ranę, a Gąbczasta Perła codziennie sprawdzała. Na szczęście ptak zaatakował w mało wrażliwym miejscu, a zakażenie się nie wdało. Rozmyślała cały czas o Sośnie, bracie, śmierci matki, a jednocześnie o chęci wysłuchania opowieści Nenufarowego Kielichu, których słucha przy sprzątaniu legowiska starszej, chęć zostania wojownikiem i wspólnego polowania z przyjaciółmi. Miała wrażenie, że między tymi dwoma światami była wąska, lecz głęboka przepaść gdzie spadnięcie skutkowało śmiercią. Z jednej strony czuła się, jakby zdradzała swój ukochany klan, za którego może oddać życie, a z drugiej strony nie chciała traktować Mroka jak obcego kota. W dodatku, gdy usłyszała o możliwości szpiegostwa dla samej liderki, chciała bardzo udowodnić, że się do tego nadaje, choć Szkwał w nią nie wierzył. Na szczęście po rozmowie z Urodziwą Łapą poczuła się lepiej i postanowiła żyć jak zawsze. Nagle z zamyślenia wyrwał ją głos Czosnkowej Krewetki.
— Witaj Liliowa Łapo! Jak rana? Gąbczasta Perła powiedziała, że możesz wracać do treningu, ale żebym najpierw sprawdziła, czy na pewno.
Liliowa wystrzeliła z posłania jak proca.
— Tak! Jestem gotowa! Jak będę tu siedzieć jeszcze jeden dzień, to czuję, że rozniosę to legowiska.
U mentorki w oczach ukazał się błysk rozbawienia i czegoś jeszcze jakby dumy.
— W takim razie chodźmy temu zapobiec. — Machnęła ogonem w stronę wyjścia, a uczennica podreptała do szylkretki i po zetknięciu się nosami skierowały się do wyjścia z obozu. Kiedy przepłynęły rzekę, koteczka myślała, że się tu zatrzymają lub skręcą w głąb terytorium, ale zamiast tego nadal kierowały się w stronę morza. Zanim uczennica zdążyła zauważyć, znaleźli się na wybrzeżu. Fale zmywały piasek, a kolorowe muszelki ozdabiały jego całą powierzchnię.
— Czosnkowa Krewetko, czemu mnie tu przyprowadziłaś?
— Twoim zadaniem będzie złapać morską rybę. Musisz zejść w głąb morza, jeśli chcesz to zrobić, a piana morska i wiatr mogą ci to utrudniać. Ja będę na brzegu i będę patrzyła na twoje postępy.
Liliowa Łapa otworzyła szerzej oczy, nigdy nie łowiła w morzu, a kotki nie będzie blisko niej, jednak skoro mentorka myśli, że da radę, to da radę.
Wsunęła łapę pod wodę. Czuła, jak obmywa ona całą jej nogę. Weszła głębiej, aż po brzuch. Kiedy tak szła, zauważyła małe rybki odpływające od niej, ale i tak one były tylko na przełknięcie. Musiała złapać normalnej wielkości rybę, nic więcej. Stanęła nieruchomo, lekko uginając tylne nogi do wyskoku i czekała na swoją ofiarę. Jednak czekanie trochę trwało. Znudzona Liliowa Łapa w końcu zauważyła dorsza szukającego pożywienia w piasku. Niestety, zanim kotka zdążyła położyć swoje łapy na zwierzęciu, ten odpłynął w głąb morza. Zdenerwowana uczennica uderzyła łapą, rozpryskując wodę na boki.
"Spokojnie Liliowa Łapo, jeszcze raz" — powiedziała do siebie i zdeterminowana znowu przystąpiła do obserwacji.
Tym razem stała nieruchomo jak głaz, jedynie wiatr i morskie fale mierzwił jej futro. Musi to zrobić! Nie może zawieść swojej mentorki! Nagle kątem oka zauważyła jakiś błysk. Uczennica zmrużyła oczy i przyjrzała się bliżej. To rybie łuski! Okazało się, że należą one do łososia rozglądającego się na boki, jakby czegoś szukał. Albo się zgubił. Lilijka wyczuła moment i skoczyła na rybę. Przestraszony próbował uciec, lecz kotka była szybsza i przygniotła go łapami. Łosoś wił się, starając wymknąć się spod kończyn, ale Lilia mu na to nie pozwoliła. Szybko wzięła go w szczękę i zabiła go, zaciskając na nim swe zęby. Udało jej się! Zadowolona pobiegła w stronę mentorki, a woda spowalniała jej ruchy.
— Ciosnkowa Krefetko! — zawołała, sepleniąc przez trzymaną w szczęce zdobycz. — Złapałam łososia!
Mentorka chyba ją zrozumiała (albo odczytała to po jej wyrazie pyska i po tym, co w nim miała) i uniosła z dumy ogon do góry, podchodząc kilka kroków do spienionego morza.
— Jestem bardzo z ciebie dumna, Liliowa Łapo.
Uczennica położyła rybę koło jej łap i zamruczała w podziękowaniu za te słowa.
— Chyba to najwyższy czas, aby ci to powiedzieć — rzekła szylkretka. Kotka nie wiedziała, co o tym sądzić — czy Czosnkowa Krewetka nie będzie jej już szkolić? Czy widziała Mroka walczącego razem z nią z sokołem?
— Liliowa Łapo — zaczęła. — Bardzo szybko się uczysz. Walkę opanowałaś prawie do perfekcji, co widać przy akcji z drapieżnym ptakiem.
Kotka się speszyła
— Ale... On był bardzo poharatany...
— Lecz w twoim wieku to i tak duże osiągnięcie. Na polowaniu jesteś precyzyjna w tym, co robisz i szybka. Nauczyłam cię wszystkiego, co umiem. Według mnie jesteś gotowa, aby zostać wojowniczką.
Liliowa Łapa nie spodziewała się tego. Myślała, że wojowniczka żartuje.
— Naprawdę?
— Naprawdę. Mandarynkowa Gwiazda też się zgadza.
Uczennica myślała, że odleci ze szczęścia. Fajnie jest być uczniem, ale perspektywa mianowania bardzo ją przekonywała.
— Chodź, zanieśmy to wszystko! — rzekła mentorka, idąc w stronę obozu.
Przed napadem borsuków
Liliowa Łapa leżała w swoim legowisku, ziewając z nudów. Księżyc w pełni świecił wysoko, był czas zgromadzenia, jednak ona nie została wybrana, aby na niego pójść. Z nią byli też Rezedowa Łapa, który powoli zasypiał na swoim posłaniu, oraz Narwana Łapa, który bawił się liśćmi. Wszystko wskazywało na to, że ten wieczór będzie spokojny. Kątem oka zobaczyła Senną Łzę idącą w stronę legowiska medyka. Czy ona nie miała być na zgromadzeniu? Kotka postanowiła to sprawdzić
— Cześć, Senną Łzo! Czemu nie jesteś na zgromadzeniu?
— O, cześć, Liliowa Łapo, Różana Woń mnie odesłała, mówi, że mam duży katar i lepiej, żeby ktoś mnie zobaczył.
— Jeśli chcesz, chętnie cię odprowadzę. I tak nie mam co robić!
— Dziękuję, Lilio. Chodźmy.
Plotkując, dotarły do legowiska medyka. Tam Gąbczasta Perła zbadała ją i dała kupkę ziół.
— Proszę — powiedziała do szylkretka. — Zjedz to.
Kotka przeżuwała spokojnie liście, a następnie położyła się spać.
Nagle lilijka usłyszała jakiś krzyk.
— Borsku!
Hmm, może powinna zobaczyć, o co chodzi? Wydawało się jej, że to głos mentorki, więc może ją woła.
Jednak później okazało się, że to nie było przywołanie. To było wołanie na pomoc. Przed jej oczami Czosnkowa Krewetka próbowała się uwolnić od wielkich łap... Borsuka!
Już chciała ruszyć na pomoc, ale Świteziankowe Jezioro zagrodził jej drogę.
— Ty, Rezedowa Łapa i Narcyzowa Łapa pilnujcie żłobka, my się tym zajmiemy — potem zaatakował borsuka.
Z legowiska wojowników na przodzie z Niezapominajkową Nadzieją koty wyszli z legowiska,
atakując zwierzę. Ze strony wyspy dla więźniów wyszedł Lśniąca Ikra ze Stroczkową Nadzieją, wydał mu rozkazy i sam wskoczył do wrzawy bitwy. Z tunelu wydał się wrzask drugiego borsuka, mrożący krew w żyłach, okazało się, że Pierzasta Kołysanka wczepiła się w zad, a dymny ruszył na pomoc. Rozpromieniony Skowronek w tym czasie bohatersko rzucił się na borsuka przygniatającego Czosnkową Krewetkę.
— Klanie Gwiazdy, pomóż! — pomodliła się w myślach i przybliżyła się do Flaminga i jego matki, aby ich chronić. Słyszał, jak czarny point się irytował, ale próbowała to zignorować
Tyle się tu działo! Liliowa Łapa oddychała ciężko, próbując nie zemdleć. Borsuk, próbujący zrzucić z siebie kremowego, zmienił taktykę i przewrócił się na bok, przygniatając kocura, który wydał z siebie wrzask, a potem w powietrzu rozległo się głośne chrupnięcie. Czy on ... zmarł? Popatrzyła na Narcyzową Łapę, chyba on też tak uważał. Borsuk, który wcześniej blokował wejście do obozu, zniknął. Gdzie on jest?! Wątpiła, żeby tak sobie po prostu poszedł. Pierzasta Kołysanka i Lśniąca Ikra łapali oddech, a z pyska księżniczki wydobył się ledwo słyszalny stęk bólu. Nagle podskoczyła, słysząc krzyk, a następnie widząc borsuka wychodzącego z legowiska starszyzny.
"Nenufarowy Kielich!" — krzyknęła w myślach. Nie darowałaby, gdyby starsza umarła. Już miała lecieć w tę stronę, ale wtedy wyleciał Żmijowcowa Wić, a za nim Trzcinowy Szmer i rzucili się na napastnika. To nie będzie zbyt mądre, jakby poleciałaby tak za borsukiem, więc nadal stała na swoim miejscu, chroniąc żłobka. Wtedy zobaczyła Wężynowy Splot, przeszukującej obóz.
— Hej, Narcyzową Łapo! Leć do legowiska starszyzny.
Kocurek zamrugał do niej oszołomiony.
— Co się tak ociągasz?! No nie stój tak! — krzyknęła do Narcyzowej Łapy, który zakłopotany poszedł na borsuka.
— NIE DAJ MU UCIEC! BIEGNIJ! — krzyknęła, aż kotkę rozbolały uszy. Nagle Wężynowy Splot najeżyła futro na karku i ruszyła w stronę legowiska wojowników. Borsuk próbuje się tam przedostać! Trzcinowy Szmer i Żmijowcowa Wić zauważając to, skoczyli na borsuka, jednak zwierzę ją złapało i kotka nie mogła się ruszać.
— Puszczaj, ty kupo futra! — warknęła.
Wężynowy Splot z Narcyzową Łapą w tym czasie walczyli z drugim napastnikiem. Borsuk próbował zrzucić kocicę, lecz ona mocno trzymała się jego grzbietu. Zza trzcin rozniosło się cichy, niemal niesłyszalny pisk. Borsuki znieruchomiały, nie zwracając uwagi na koty. W tym momencie z ciemności wyłoniła się Senną Łza, która skoczyła i złapała zwierzę za pachę, aby uratować walczącą. Borsuk obudził się z transu, ryknął i rzucił o ścianę Wężynowy Splot oraz Senną Łzę. Przerażona, przypatrująca się Gąbczasta Perła ruszyła do przodu.
Czarno-biały napastnik w tym czasie złapał za nogę szylkretki, która zaryczała z bólu, jak wróg przyszpilił ją do ziemi. Liliowa Łapa postanowiła pomóc, skoczyła na niego i ugryzła go w ucho. Borsuk zrzucił ją, ale ona się tak prędko nie poddawała. Skoczyła i zatopiła pazury w zad zwierzęcia. Przerażone miauknięcia uniosły się, gdy borsuk, do którego przyczepiony był Żmijowcowa Wić, dotarł do celu. Zdeptał trzciny, a ich oczom ukazała się Korzenna Łapa z czymś piszczącym. To piszczące coś od razu wypełzło w jego stronę, ocierając się węgielkowym nosem. Czy to młode borsuka? Wężynowy Splot wstała, a drugi borsuk teraz tylko harczał gdy zauważył, że młode jest bezpieczne.
— Ty głupia uczennico! Prosisz się o śmierć? Puszczaj go! — wrzasnął zirytowany Żmijowcowa Wić i szczerze, liliowa wcale mu się nie dziwiła.
— Korzenna Łapo, puszczaj go, bo wszyscy zginiemy! — zawtórowała Trzcinowy Blask.
— Ale on był sam, w lesie! Miałam go tak zostawić? — zapiszczała, bliżej przytulając młode ku zdenerwowaniu borsuczycy. Wiedziałam, że mnie nie zrozumiecie, więc go schowałam!
— Tak, miałaś go tam zostawić! Wiedziałem, że czekoladowe koty przynoszą pecha! — powiedział zezłoszczony Złocisty Widlik.
— I co? Wtedy ktoś z was by przyszedł i by go zabił!
— Na wszystkie ryby w rzece! — wycedził Żmij. — Za chwilę ja rzucę tym bachorem o matkę jeśli go nie oddasz!
Zła Gąbczasta Perła odciągnęła swoją córkę na bok, a Liliowa Łapa wylizywała jej rany.
— Dziękuję — szepnęła Gąbczasta Perła. Lilijka zamruczała w odpowiedzi.
Korzenna Łapa postawiła łapę przed małym, sprawiając, że borsuk zwiększył swe rozmiary
— Nie! Nie oddam go tej ... Tej nieodpowiedzialnej głupiej matce! Pewnie sama go tak zostawiła!
Ktoś krzyknął: niech ktoś ją złapię, niech się opamięta!
— Oszaleje zaraz! Ty egoistyczna, głupia wypluwko! — Zeskoczył z samicy borsuka i obracając się w skoku, poleciał na siostrzenicę, odrzucając ją do tyłu. Złapał ją za pierwszą lepszą część ciała i odciągnął na tyle, na ile umiał, aby borsuczyca nie rzuciła się na nich.
Gdy tylko jej szczenię znalazło się z dala od reszty kotów, przyciągnęła je do siebie dużą, czułą łapą, intensywnie obwąchując je swoim mokrym nosem, po którym ściekała świeża posoka. Szczenię pisnęło w stronę matki, wyciągając do niej swój maleńki pyszczek i szukając znajomego ciepła. Paroma liźnięciami udało jej się uspokoić młode, które wtuliło się w jej pokaźnych rozmiarów łapę. Samica zadarła łeb ku górze, mierząc wszystkich wokół niej swymi maleńkimi ślepkami.
— Wyhrr... Koty... Głupie! Jahrr dzieci! Łase na cudzhrre małe... — wycharczała.
— Co ona mówi? — spytała Liliowa samą siebie.
— Co tak siedzisz jak bezbronny kociak! Zrób coś! Może przeproś, że zabrałaś jej dziecko? - warknął zezłoszczony Żmijowcowa Wić.
— Mam przepraszać... borsuka? — splunęła, wprowadzając większe niezadowolenie.
— Sprowadziłaś problemy? To teraz się z tym mierz mysi móżdżku — syknął Złocisty Widlik na Korzeń.
— Ja przynajmniej go mam, a teraz milcz! — odpowiedział Żmijowcowa Wić.
— Wargi nohrr was nie dothnie. Nihdy. Tahi sam. Karhhdy! Tamhi terr. Potwohrr i wy i oni — powiedziała borsuczyca.
— My nie jesteśmy potworami! To wy właśnie wtargnęliście do nas i zabiliście nam koty! Kto niby jest jeszcze tak okropny niby? Jakie wargi? - odpowiedziała Trzcinowy Szmer.
— Koty. Potwohrr. Od pothworr lud wasz wyhredl i potwohrr jest. Kahry kot. Jah wy tah i oni. Rah jur zabrhali — mówiąc to, borsuczyca bliżej przyciągnęła do siebie szczenię, pokazując na nie nosem. — Nie da druhi rah kot zabrah.
Niezapominajkową Nadzieją lekko schyliła łeb, aby ta nie widziała jej już może jako zagrożenie. Na młode nawet nie spojrzała.
— Co chcesz przez to powiedzieć? Co masz na myśli..? Nie chcieliśmy problemów, na prawdę, przepraszamy…
— Czy mieliście drugie dziecko i ktoś go wam zabrał? — miauknął piastun.
Fuknęła. Przez chwilę wpatrywała się oczkami jak guziczki w Złocistego Widlika, jakby próbując skupić się na zrozumieniu jego słów. W końcu zdało się, że dotarło do niej znaczenie zdania wypowiedzianego przez piastuna, na co wskazywały położone uszka.
— Inni. Jah wy. Wiohen tehru wiele. Zabrrhli wyhtko. Bóhr, nohry, dzierrhi. Tyho Warga zostah. Zostaho nih prarhie— Rozłożyła łapy, pokazując pustkę między nimi.
Złocisty Widlik odwzajemnił spojrzenie borsuczycy ze spokojem w zielonych oczach.
— Koty zabrały wam teren? — miauknął.
— I ilu was było? — dopytał po chwili.
— Ale co to Warga? — dopytała Trzcinowy Szmer, która nie dostała odpowiedzi.
Wskazała na niebo. Liliowej ukazała się konstelacja gwiazd, przypominającej niedźwiedzia, albo borsuka
— Warga.
— To wasza wiara? Znaczy przodek lub coś tego typu? — mruknął piastun. Może to taki ich Klan Gwiazdy.
Przytaknęła.
— Nie pohie. Koty. Niehorne zauhania. Rahnią. Obiecują. Khramcy.
— Po co te pogaduchy? Zabierzcie malucha i idźcie z tąd — miauknął zirytowany Żmijowcowa Wić
Przekręciła głowę. Nie do końca rozumiała niektórych słów kocura.
— Warga czuha. Wargi nohrr dobhry. Jak mahtka. Warhi bhak — Borsuczyca ponownie pokazała pustkę między łapami, nieco je rozkładając, w geście zrezygnowania.
— Do widzenia! — miauknęła Niezapominajkowa Nadzieja.
Liliowa Łapa zrozumiała czyny borsuczyca. Chroniła to, co jej pozostało. Rodzina nawet dla nich była ważna. Tak bardzo tęskniła za matką i za Mrokiem... czemu on zawsze musi nawiedzać jej myśli? Ale, czy to jej tak przeszkadzało?
— Żegnajcie! — krzyknęła za nimi. Borsuczyca odwróciła głowę i mrugnęła. Czy ona chciała jej coś przez to powiedzieć? Odwzajemniła gest i machnęła ogonem na pożegnanie.
Koty w obozie sprawdzały swoje rany. Złocisty Widlik rozmawiał ze Stroczkową Nadzieją, który miał w pysku zioła, a Niezapominajkową Nadzieja pomagała Trzcinowemu Szmerowi.
Liliowa weszła do legowiska medycznego. Popatrzyła na nieprzytomną mentorkę. Czemu jednak nie ruszyła jej na pomoc? Może by nie była w takim złym stanie. Obok niej krzątała się Gąbczasta Perła.
— Gąbczasta Perło, czy ona... przeżyje?
Kotka popatrzyła na nią ze współczuciem.
— Nie mogę ci tego obiecać. Ale zrobię co w mojej mocy, obiecuje.
Popatrzyła na poturbowaną Senną Łzę.
— Może zostanę przy niej? Masz dużo pracy, a ja będę ją oglądać
Medyczna zamrugała z wdzięcznością.
Nagle do legowiska wpadł przerażony Rezedowa Łapa.
— Gąbczasta Perło! Nenufarowy Kielich nie żyje!
Kotkę wmurowało, a lodowaty dreszcz przeszył jej ciało. Dlaczego akurat teraz! Była emocjonalnie przywiązana do niej
— Jak zginęła? — zapytała z drżącym głosem.
— Nie miała żadnych ran na ciele, ale była zwinięta w głąb legowiska. Chyba dostała obrażeń wewnętrznych.
Kotka była bardziej wściekła na Korzenną Łapę. To wszystko przez nią! Chętnie ucięłaby jej uszy. Za dużo straciła. Z obozu dobiegł hałas. To były wracające koty ze zgromadzenia. Wyszła, zauważając, że automatycznie idzie do Ulewnego Szkwału. Zobaczyła fińskiego kocura, rozmawiającego z Przypaloną Łapą.
Podbiegła do niego, chcąc opowiedzieć o wydarzeniach.
<Ulewny Szkwale>
[2412 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz