Przeszłość, przed wypuszczeniem rodziny Tojada z wyspy
Śnieg otulał cały las niczym mocno dziurawe sitko. Gdzieniegdzie było pełno mrozowego puchu, a indziej tylko małe kupki. Panowała szarobura atmosfera, spowodowana strukturą nieba składającą się ze ściany zimowych chmur. Z nieba spadała mżawka deszczu, która nie zapowiadała większej ulewy bądź burzy. Każda kropla z nieba przedzierała się przez chmury, by otrzeć się o gałęzie drzew i spaść na mocno nasycony wodą grunt. Dzień ten nie różnił się od innych zbytnio.
Tojadowa Kryza wyszedł z legowiska przeznaczonego dla wojowników Klanu Nocy, by odprawić się na polowanie i możliwy wskazany dla niego patrol granic klanu. Jak przystało na tę porę, klanowi potrzeba było więcej zdobyczy, by wszystkich wykarmić. Idąc tym tokiem rozumowania, rudzielec udał się na samotne szukanie zwierzyny w lesie. Nie ukrywając, zielonookiemu spodobało się to rozwiązanie, gdyż nabrał on ostatnio jakiejś wrogości do klanu, przez ostatnie wydarzenia. Tojadowa Kryza był już od młodziaka przepełniony dumą związaną z przynależnością do większego grona kotów spowilonych kodeksem, lecz przez ostatnie dla niego niesłuszne zamykanie kotów w więzieniu, musiał sobie wszystko poukładać w myślach.
Rudzielec wraz z przedzieraniem się przez las używał swojego węchu do wykrycia zapachu jakiejkolwiek zwierzyny. Musiało minąć parę chwil, zanim Tojad poczuł woń myszy. Rudy przełączył swoje ciało momentalnie na tryb myśliwy i zaczął kierować się w stronę odgłosów zwierzęcia, które umiejscowione były za krzewami pokrytymi szronem. Tojad skoczył bez zastanawiania się dłuższego i to był błąd. Zwierzyna miała czas, by wyczuć niebezpieczeństwo i zdążyła zbiec do swojej norki, skąd niemożliwym było jej ponowne wyciągnięcie.
— Mysie łajno! — wrzasnął zdenerwowany Tojad.
Parę razy się podobna akcja powtarzała, gdzie zielonooki był blisko zdobycia pokarmu, gdy popełniał jakiś głupi błąd przez swoją nieuwagę i tracił okazję. Po trzecim razie rudzielec zrozumiał, że bez dokładnego skupienia się nic nie zdziała, więc postanowił się trochę przejść. Przemierzał skrawki lasu, starając się omijać możliwe patrole.
Jakiś czas później
Mimo przemierzenia dużego już obszaru w tę i we w tę rudzielcowi nic to nie dało, więc kocur powrócił do polowania, lecz tym razem kompletnie odłączył się od życia klanowego.
“Wszytko, by nie wrócić z pustymi łapami i nie zrobić z siebie pośmiewiska” — myślał.
Tyle wystarczyło, by do południa zebrać trzy średnio pulchne szarawe myszy. Tojadowa Kryza wziął swoją jeszcze ciepłą zdobycz w pysk i ruszył w stronę zakopanych innych, przez niego dwóch mysz, by je też zanieść do obozu.
Pogoda znacznie się pogorszyła. Jeszcze rano lekko kropiło, nie zapowiadając większej ulewy. Teraz wiatry się nasiliły, a niebo jeszcze mocniej pociemniało, choć minęła dopiero połowa dnia. Sam Tojad był nawet już zniesmaczony, takim długim swoim pobytem poza klanem. Jego wielka kryza była przesiąknięta zbiorem kropelek deszczu, a łapy obłożone były losowymi resztkami błota z kałuż.
Po czasie gdy zielonooki odkopał wszystkie zdobycze, mocny deszcz zaczął spowijać las. Gdyż to nie była burza z piorunami, Tojad przeczekał chwile pod szczelnym od wody drzewem i gdy się na chwilę uspokoiło, to rudzielec bezpiecznie wrócił do obozu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz