Przed wypuszczeniem rodziny Tojada z wyspy
Słońce spowija się za jasnymi zimowymi chmurami. Grunt jest pokryty składniami zimnego śniegu. Pozostałości po letniej kolorowej trawie są spowite lodowatym szronem. Wszędzie było szaro, chociaż był czas południowy. Zimny wiatr muskał rude futro wojownika Klanu Nocy. Nocniak wyłonił swoje kły, obserwując zdobycz z ukrycia osłonięty krzewami. Mysz niczego nieświadoma grzebała coś w ziemi, jakby z upragnieniem szukała jakiegoś pożywienia na marne. Na zielonej powierzchni oka źrenice kocura się rozszerzyły, pazury wysunęły, sierść nastroszyła, a on sam po dosłownej sekundzie obserwowania pokarmu skoczył na nią i zabił. Jak na warunki pory nagich drzew mysz nie była taka chuda, jak inne które występowały w tym owym lesie na terytorium Klanu Nocy. Nocniak lekko się podniecił zdobyczą, lecz nie na tyle by poprawiło mu to jego samopoczucie.
Owym kotem był Tojadowa Kryza, dumny wojownik. Zielonooki znany jest ze swojego optymizmu i może trochę pogłębionego ego, lecz ostatnie wydarzenia w klanie nim wstrząsnęły. Nocniak pałał gniewem i tęsknotą za swoimi najbliższymi, gdyż stary mentor Rysi Bór, Borówkowa Słodycz, jego ukochana, jak i pierwotny syn Konwaliowa Mielizna byli zamknięci w obozowym więzieniu. Tojad starał się buntować i ciągle się dopytywał, czemu klan skazał ich bez twardych dowodów.
Zielonooki był w pełni przekonany, że jego rodzina została niesłusznie zamknięta, a każdy księżyc bez nich był jak mieszkanie we wrogim klanie. Tojad starał się to tłumaczyć jakoś każdego dnia, bezskutecznie. Nie dało się usprawiedliwić tego, gdyż to jasne, że inni członkowie tego klanu to mysie móżdżki, a jego wybitna rodzina cierpi rozłąką. Rudy myślał o nich dniami i nocami, aż zaczął się odizolowywać od innych, gdyż nikt go nie rozumiał. Inni myśleli, że są zdrajcami klanu, a gdy ktoś zaczynał przy kocurze ten temat, to najczęściej kończyło się kłótnią, a czasem dochodziło do łapoczynów. Mandarynkowa Gwiazda dalej żyła swoim życiem, a czasem nawet znajdowała czas na przechadzki i spacery, co niesamowicie gniewało Nocniaka, gdy widział, że wychodzi z obozu, to często w myślach jej życzył, by wpadła do kałuży błota. Zielonooki nigdy nie pałał do niej dobrymi uczuciami, a bardziej irytacją, samo poczucie nienawiści zrodziło się dosyć niedawno. Nie polepszało sytuacji to, że nawet nie mógł ich odwiedzać.
Chwila później
Tojadowa Kryza wszedł do obozu z wcześniej upolowanymi trzema myszami w pysku, ułożył je na kupce pokarmu dla klanu i ruszył w stronę swojego nowego ulubionego kąta do przesiadywania przy bluszczu. Miał tam widok na większą część klanu. Tojadowa Kryza zazwyczaj starał się w tych momentach wyłączyć jakoś swoje myśli, które doprowadzały go do szału. Wcześniej był duszą towarzystwa, a teraz samo przebywanie innych kotów wokół niego go irytowało. Przez ciągły gniew i tęsknotę Tojad zauważył, że zaczął ostatnio zaniedbywać swoje futro. Dlatego zgrabnie zmienił pozę i zaczął wylizywać swoją kryzę, wyciągał z niej zaczepione małe patyki lub inne śmieci. Przypomniało mu się, że gdy był młodszy, to często miał z tym problemy, bo wtedy o wiele mniej dbał o futro, ale nie miało to teraz zbytniego znaczenia.
Pogoda w jednej chwili z szarej i burej znacznie się pogorszyła. Lodowaty wiatr nabrał na sile i z nieba zaczęły zlatywać lekkie opady śniegu, które symbolizowały, że zaraz się jeszcze bardziej pogorszy. Tojadowa Kryza przestał wylizywać futro, tylko wstał, przeciągnął się i ruszył w stronę legowiska wojowników. Pogoda zmieniła plany kocura, gdyż Tojad planował znowu pójść na polowanie. W tym okresie klanowi brakowało pożywienia, a to był też łatwy sposób na zmianę otoczenia i zajęcia czymś głowy. Będąc już prawie przy legowisku, Tojad zauważył kątem oka swego brata, młodego Flaminga. Widział, jak ich wspólna matka Wężynowy Kieł kazała mu wracać do żłobka. Jak rudzielec dowiedział się, że matka zaszła znowu w ciążę to szczerze, był on nie lekko, ale bardzo zdziwiony. Gdyż nooo… matka Tojadowej Kryzy nie była taka młoda i na karku miała już kiedyś piątkę kociąt, go i jego rodzeństwo. Lecz nawet i tak wojownik się ucieszył, że miał szansę być starszym bratem. Obiecał sobie, że w przyszłości nawiąże z kocurkiem jakieś nici znajomości. Chciał mieć jakiś wpływ na jego życie jako członek rodziny.
Tojadowa Kryza znajdował się już w legowisku wojowników. Nie obchodzili go inni, miał ochotę wygodnie się usadowić na swoim legowisku i tak też uczynił. Przez chwilę znużony obserwował inne Nocniaki, lecz zmęczenie go dobiło.
Sen
Wojownikowi przyśniło się, jak był niegdyś młodziakiem w żłobku, budzącym się codziennie koło swojej matki Wężynowego Kła i pełnego rodzeństwa. Tojad o posturze kociaka obserwował otaczające go rodzeństwo. Widział, jak Wężynka juniorka myła swoje futro po raz setny, bo wydawało jej się, że to coś zmieni lub jak Lulek Rosiczce pokazywał swoją kolekcję, kocurek nie pamiętał czego. Promienie słoneczne wpadały do żłobka i oświetlały rosę na trawie, która w wyniku czego wyglądała jak małe świecące się z daleka kryształy. Ciepłe powietrze było owiewane, przez lekko zimnawe podmuchy wiatru co tylko jeszcze bardziej koiło koty znajdujące się w środku. Tojad zauważył listek na ziemi, który poruszał się wraz z podmuchami, więc młodziak zaczął ganiać listek. Końcowo, gdy liść, wyleciał poza żłobek a Tojad wraz z nim, to otoczenie się zmieniło. Wraz z wyjściem Tojad wcielił się w lekko starszego siebie za czasów bycia uczniem. Tojadowa Łapa był lekko zdezorientowany, więc odwrócił się w stronę żłobka, lecz zamiast żłobka zastał las. Wydawało się, jakby Tojadowa Łapa był w lesie zupełnie sam. Ku jego uldze z bluszczów, przy porośniętym mchem drzewie wyłonił się Rysi Bór, dawny mentor Nocniaka.
— Możemy iść dalej. — powiedział biały wojownik i zaczął iść w stronę jasnego słońca.
Tojadowa Łapa zaczął wojownikowi dotrzymywać kroku. Totalną ciszę zagłuszały ćwierki ptaków, szelesty liści ocierających się o siebie.
Rudzielec obserwował bacznie wojownika, lecz ten nie wydawał się zachowywać inaczej niż zwykle, jedyne co to wydawał się młodszy, co zdziwiło ucznia.
Tojad chciał żartobliwie zapytać się białasa o jego tajemnicę młodszego wyglądu, lecz coś innego zwróciło większą uwagę zielonookiego.
Pogoda ze słonecznej momentalnie zmieniła się w pochmurną. Z jasności wszystko zrobiło się szaro-bure, ptaki przestały ćwierkać, a pobliskie mniejsze zwierzęta się pochowały. Z zapachu powietrza można było wywnioskować, że zapowiada się na dużą burzę.
Futro rudzielca się nastroszyło, gdyż przeczuwał, jakby coś podobnego kiedyś się wydarzyło. Jakby brał już w czymś takim udział. Uczeń znów zwrócił się pyszczkiem w stronę białasa. Rysi Bór dalej szedł przed siebie, omijał drzewo za drzewem, bluszcz za bluszczem, jakby w ogóle nie zwrócił uwagi na drastyczną zmianę pogody i otoczenia.
"Co za mysi móżdżek, nawet ja zauważyłem coś takiego, a on WOJOWNIK to co" — pomyślał Tojadowa Łapa.
Gdy uczeń miał już na głos uznać, że obaj powinni wracać do obozu, bo jak taka ulewa się zbliża, to tam bardziej się przydadzą, to nagle białas zniknął.
"Eeee… co się dzieje, gdzie on jest?!" — zapytał się podświadomie rudzielec.
Chmury na niebie nie tylko zepsuły wygląd otoczenia Nocniaka, ale też zaczęły grzmieć. Krople zimnego deszczu rozpoczęły swoja inwazje na teren Klanu Nocy. Zielonooki przestraszony tym, że jeszcze futro mu się pobrudzi, zaczął biec i krzyczeć wniebogłosy. Biegł na tyle szybko, że nie zauważył głębokiej kałuży błota znajdującej się przed nim. Wpadając do niej, ostatnimi świadomymi myślami Nocniaka było przeklinanie klanu Gwiazdy za to, co go miało zaraz spotkać…
Chwila później
Przymrużone oczy rudzielca zaczęły się otwierać, gdy kocur zauważył, że już nie znajdował się w lesie tylko w obozie. Obóz wyglądał jak papka, dosłownie papka. NO I OCZYWIŚCIE Tojadowa łapa idealnie stanął w kałuży błota. Cały ten sen wydawał się zamachem na jego piękną sierść. Kocur dzięki tej kałuży, właśnie zrozumiał, że to wszystko, co się dzieje, to nie jest prawdziwe i zaraz się obudzi na swoim wygodnym legowisku.
Rudzielec zaczął się rozglądać w poszukiwaniu wyjścia ze snu. Gdy chodził po całym pustym rozwalonym obozie bez ani jednej żywej duszy to podziękował losowi, że to tylko wytwór jego wyobraźni lub wspomnienia.
— Zaraz! Przecież to dzieje się w mojej głowie. Wystarczy, że sobie wyobrażę, jak się budzę czy coś… To nie może być takie trudne — powiedział na głos zielonooki.
Cały pysk rudego się zmarszczył, a jego futro najeżyło od tego, jak przestał w jednej sekundzie oddychać i się tarzać po ziemi.
— Jak to jest, że mój własny sen męczy mnie bardziej niż trzy patrole w jednym dniu! Mysi móżdżek ze mnie! Dobrze, że tego nikt nie słyszy, jak się wyzywam.
Tojad odwracając się, pojawił się w pustym, oświetlonym przez zimne słońce, więzieniu obozowym otoczonym śniegiem. Tojadowa Kryza był już w swoim obecnym wieku. Rudzielec przestał sprawiać wrażenie napompowanego energią. Jego ogon oklapł, a na pyszczku pobladł z nagłego zastrzyku smutku.
Tojadowa Kryza, nawet gdy znajdował się w krainie snów, to tęsknił za synkiem i ukochaną. Tęsknił za ich zapachami, towarzystwem lub za samym uczuciem przebywania w bliskich sobie miejscach. Miał nadzieje, że jakoś sobie tam dają radę.
Koniec snu
Tojadowa Kryza obudził się z otwartym pyszczkiem, odwodniony i cały obolały, jakby ciągle się wiercił. Na niebie słońce dawno już zaszło, a księżyc był na szczycie nieboskłonu. Legowisko było przepełnione śpiącymi już od dawna Nocniakami. Rudzielec postanowił bezszelestnie wydostać się na świeże powietrze. Z dusznego miejsca kocur przeszedł na zimne, lecz dzięki jego kryzie i ogólnie długiemu futerku zielonooki nie czuł się źle na takim mrozie. Kocur nie pamiętał swojego snu, zbyt bardzo tęsknił, by pamiętać… no i był bardzo odwodniony! Jakby nie pił od księżyców.
Chwila później
Kocur pił wodę z kałuży, widział w niej odbicie mocno świecącego księżyca. Widok był nieziemski, zapierający dech w płucach. Zielonooki już rozmyślał nad kolejnym dniem, czy pójdzie na poranny patrol, chyba że zostaną mu przydzielone inne obowiązki.
Tojadowa Kryza jeszcze przez chwilę stał nad kałużą, jakby próbował poukładać myśli, które rozpływały się szybciej niż kręgi na wodzie. W końcu westchnął cicho i oblizał pysk z resztek wilgoci.
— No… przynajmniej pić mi się już tak nie chce — mruknął sam do siebie.
Odwrócił się powoli i rozejrzał po obozie. Wszystko było na swoim miejscu. Znajome zarysy legowisk, lekko poruszone przez nocny wiatr trawy, cienie rozciągnięte pod blaskiem księżyca. Nic niezwykłego, nic, co wymagałoby jego uwagi. I może właśnie tego było mu trzeba. Zwyczajności, poczucia bezpieczeństwa, bez wrogich spojrzeń od innych kotów, poczucia, że jak wróci do legowiska, to zastanie tam Borówkową Słodycz kojąco dla niego spokojnie śpiącą. Ta nienormalność, jaka go witała każdego poranka, była jak ciernisty pazur w łapie, którego nie dało się w żaden sposób wyjąć.
"Przestań ciągle czuć tę emocję!" — pomyślał Tojadowa Kryza, gdyż wojownik był już zmęczony od ciągłego smutku.
Rudzielec popatrzył się na martwą mysz leżącą na stercie z jedzeniem i przypomniało mu to dawne wspomnienie, które dzielił z uczniem.
“Wspomnienie”
Dzień niemłody, niebo pochmurne, trawa pełna kropel mieniących się z daleka, niczym małe kryształy pogrzebane w zieleni. Rudy kocur o jasnej kryzie szedł przez las, wraz ze swoim żółtookim uczniem długość lisa dalej. Wojownik, jak i młodziak w pysku trzymali zdobycze, które zaraz mieli ofiarować na rzecz Klanu Nocy. Idąc naprzód, omijając drzewo za drzewem, rudy nucił coś pod kocim nosem. Żółtookiego na tyle to irytowało, że postanowił stanąć w miejscu i zwrócić się do mentora:
— Mógłbyś, proszę przestać.
— Coś dzisiaj jakiś spięty jesteś, bardziej niż zwykle Morszczynowa Łapo — odpowiedział Tojadowa Kryza. — STRES PIĘKNOŚCI SZKODZI, wiedziałeś? — dodał.
Morszczyn słysząc żartobliwy ton starszego od niego kota, wzdrygnął się ze złości.
— Mógłbyś być czasem bardziej poważny.
— Co masz na myśli? — zapytał zielonooki z mało zainteresowanym wyrazem pyska, jakby żadne słowa nie mogły mu zepsuć udanego dnia.
— Widz… — rozpoczął zdanie uczeń, lecz mentor mu przerwał krzykiem:
— OJ OJ OJ! Czyżby ktoś ci do oka wpadł?!
— Co…? NIE! — odpowiedział speszony Morszczynowa Łapa przez słowa mentora.
— Skąd w ogóle taki pomysł? — dodał pytająco.
— A wiesz, nigdy normalnie nie gadamy na takie tematy, a ty ogólnie chyba nie masz z kim o takich rzeczach porozmawiać, no to ja cię wysłucham. Poza tym i tak dzisiaj cię coś trapi. Wiesz Morszczyn, z kobietami trzeba lekko, jeden zły ruch, bądź zły gest na początku relacji i wszystko może się zapaść, ale ważne, by być sobą…
Morszczynowa Łapa zapewne czuł, jakby monolog Tojadowej Kryzy ciągnął się wiekami. Był zmuszony słuchać o życiowej miłości mentora, jego dzieciach, ich postępach, zasadach moralnych i ogólnie rzeczach nie ze świata ucznia. Znudzony żółtooki w jednej chwili znów wziął do pyszczka zdobycze i bez mentora ruszył dalej. Tojadowa Kryza rozbawiony od razu dogonił ucznia.
— Przyznaj, że jednak miło jest mieć kogoś do pogadania z!
— Czasem może… — odpowiedział Morszczyn.
— To, czemu nie nawiązujesz żadnych głębszych relacji z rówieśnikami? — zapytał Tojad.
— Jakby, próbowałem na początku, ale czasem mam wrażenie, że ja i oni z innych światów jesteśmy. Nie muszę z nimi rozmawiać, by to wiedzieć. Posiadamy inne priorytety w życiu.
— Odpowiedział żółtooki, jakby jednak samotność go czasem dobijała.
Tojadowa Kryza, idąc obok ucznia, szturchnął go w bok z uśmiechem na pysku.
— To dobrze, że masz mnie hehe.
“Koniec wspomnienia”
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz