BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Iskra (OL). Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Iskra (OL). Pokaż wszystkie posty

31 sierpnia 2023

Od Iskry CD. Skrzypu

Przed buntem Larwy i jego kotów

Wyżłobiony przez pazur kremowej otwór w brunatnym truchle w zaledwie pojedyncze uderzenie serca zalał się szkarłatną cieczą. Spojrzenie kotki miażdżyło je ciężarem swojej nędzy i żałości, przepływając po nim z wolna. Obrzydliwy smród kotłował się w nozdrzach uczennicy, niemalże doprowadzając ją do zwrócenia swojego poprzedniego, równie lichego posiłku. Regularne jedzenie sprawiało jej niebywały kłopot. Tym bardziej, że nikt nie zamierzał nawet zadać sobie trudu dopilnowania jej, toteż całymi dniami plątała się po obozowisku z pustym żołądkiem. Ba, nie sądziła, by ktokolwiek świadomy był jej przykrych trudności. Skoro na wszelką wymierzaną w jej postać krzywdę byli ślepi, dlaczego też mieliby przejąć się tak nieznaczącą drobnostką? Może robili to umyślnie? Cicha śmierć kolejnego pasożyta, którego krwią nikt nie musiałby się brudzić, bez wątpienia byłaby im na rękę. A zwłaszcza starej liliowej gliście, niecierpliwie czekającej na nią całymi dniami i nocami.
— Iskra? Masz obok lepsze jedzenie! Ślepa jesteś? 
Usłyszawszy zbliżające się w jej stronę kroki, uniosła spojrzenie zmęczonych oczu znad mysiego truchła. Ziemia zadrżała nieznacznie pod ich naciskiem, a zduszony stukot kilkukrotnie odbił się w jej uszach głuchym echem. Zza sterty wyłoniła się smukła postać liliowego kocura o ciemnych ślipiach. Neutralność malującą się na jej pysku natychmiast zastąpił gorzki żal i przykry wstręt. Łzy cisnęły się do jej błękitnych oczu na sam jego widok. Biała, niczym śnieg parszywa, paskudna morda. Obrzydliwy chichot nieustannie wydający się z pyska Skrzypu dudnił w umyśle uczennicy, pogrążając ją w rozpaczy. Pierdolony ulubieniec starej prukwy przyszedł tu jedynie, by doszczętnie zniszczyć jej jakkolwiek jeszcze stabilne samopoczucie. Teraz z pewnością odpuści sobie wszelkie próby spożycia posiłku. Uczucie skrętu w okolicach żołądka boleśnie rozniosło się po calutkim jej organizmie. Posłała mu nienawistne spojrzenie, wściekle zamiatając ogonem zakurzone podłoże. Wszystko zniszczył. Ubolewała nad faktem jego pieprzonych narodzin. Zarówno jego, jak i swoich. Ich przyjście na świat było błędem i absolutną pomyłką. Może tak podłe postępowanie Fretki w stosunku do nich było słuszne i zasłużone? Niewątpliwie. Nikt nie wmówi jej przecież, że ktokolwiek ich oczekiwał, czy o nich marzył. Z całym miotem Fretki i kocura o nieznanej jej tożsamości, było coś nie tak. Gdyby byli owocem szczęśliwej miłości, wszyscy wokół otaczaliby ich ciepłem i troską. Coś złego musi być powodem okrucieństwa wymierzanego w ich stronę na każdym kroku. Coś, o czym prawdę zataja przed nimi każda osoba. Zmowa milczenia. Nic przecież, nie dzieje się bez przyczyny.
— No nie módl się tak nad tym jedzeniem! — zaniósł się śmiechem, krocząc dumnie w jej stronę. — No co ci jest, niejadku? Mam cię nakarmić? A może zawołać Fretkę? No błagam cię!
Podłym śmiechom kocura nie było końca. Pragnęła siłą ściągnąć mu ten wstrętny uśmiech z jego świńskiego ryja i sprawić, by nigdy więcej już nie wydał z siebie żadnego dźwięku. Pałała do niego ognistą, nieustannie żarzącą się nienawiścią. Marzyła o uciszeniu go na wieczność. Sprawieniu, by znikł. O wsiąknięciu jego chuderlawego ciała w oblicze mokrego gruntu. W jego przypadku, nie oszukiwała już samej siebie. Nie wmawiała sobie głupstw i mijających się z prawdą emocji. Nie zatajała tego przed sobą i nie usprawiedliwiała. Nie lękała się własnych uczuć. Świadom była nienawiści, którą do niego czuła. Nie obawiała się jego mizernej postaci. Zniszczy go tak samo, jak on niszczył ją każdego dnia. Zarówno on, jak i Fretka, poznają gorzki smak żalu i rozpaczy.
— Modlić to będziesz się za chwilę ty, ale o swój własny, marny żywot.
Kremowa łapa kotki zmiażdżyła spoczywające tuż obok niej wątłe, podgniłe już ciało niewielkiego gryzonia. Bordowa ciecz prysnęła na wszystkie strony, plamiąc spód jej kończyny na czerwono. Blask krwistych, wysuniętych szponów niewątpliwie zamigotał kocurowi przed oczami. 

[583 słów]


< Skrzypie? >
[Przyznano 12%]

07 sierpnia 2023

Od Iskry CD. Miodunki

 "Dzisiaj trening będziesz miała ze mną."
Uchyliła pysk w znacznym zdumieniu. Obróciwszy łeb jednym, dynamicznym ruchem, objęła spojrzeniem postać odchodzącej ku dalszym terenom dość niskiej, liliowej wojowniczki. Pokaźnych rozmiarów kremowe uszy, wzruszone nagłym ruchem opadły na błękitne ślipia uczennicy, zakrywając całą jej widoczność. Kosmyki kręconej grzywki na podzieliły ich los, wpadając prosto do środka jej oczu. Prychając z irytacji, z powrotem ułożyła je w należytej pozycji pojedynczym machnięciem łapy. To było jakieś nieporozumienie. Kim była ta kocica? Nie miała pojęcia nawet, jak się nazywała. Owszem, kojarzyła ją, ale nic ponadto. Zwykle nie obchodziłoby ją to, jakie imię nosi przypadkowa jednostka, której pryszło krzątać się po ich obozie, albowiem miała o wiele więcej ważniejszych rzeczy na głowie i nie szukała sobie towarzystwa. W chwili jednak, gdy jej postać odznaczała się tak łudzącym podobieństwem do Fretki i w dodatku jeszcze starała się wyciągnąć ją na trening? Coś jej tu nie grało. N-ty już raz Przebiśnieg nie uprzedził ją o zmianie, nie pisnął ani słowa, pogrążając się jeszcze bardziej w swojej zatrważającej już niekompetencji. Cóż za porządny i przykładny mentor, mający głęboko w zadzie trening własnej uczennicy. Zapewne podlizywał się teraz jej matce jak skończony kretyn. Kto wie, może to on był jej spłodzicielem? Straszliwie kleił się do Fretki, według mniemania Iskry, wystarczająco na tyle, by wzbudzać pewne podejrzenia. Tak jak szylkretka, był posiadaczem srebrnego futra i ślip w niebieskawym odcieniu, których nie miała zastępczyni. Oprócz tego jednak, nie łączyło ją z kocurem zbyt wiele wspólnych cech wyglądu. Tożsamość ojca wciąż pozostawała dla niej tajemnicą, a jedyne co mogła robić, to dumać i snuć teorie bez końca. Wątpiła w to, iż kiedykolwiek pozna prawdę, chociażby niesłychanie przykrą, gorzką i rozczarowującą. Matka zawzięcie zatajała przed nią realia jej przyjścia na świat, milczeniem odpowiadając na wszelkie pytania związane z postacią nieznanego jej ojca. 
Bolesne westchnienie uszło z jej pyska. Wielgachne uszy młodej kotki przywarły płasko do jej jaskrawego łba. Obolałe kości, niezadowolone z nagłego ruchu, wydawały z siebie przykre odgłosy, na których sam dźwięk robiło się nieprzyjemnie. Zamiatając puszystym ogonem zaśnieżone podłoże, stanęła na cztery równe łapy. Zawodząc jak stare, wyliniałe, ledwo żywe i doświadczone przez życie kocisko, zakrobała pazurem w podłożu, rozglądając się w zakłopotaniu za wojowniczką.
— Ty jesteś moją ciotką albo coś? — mruknęła smętnie, wodząc wzrokiem po śniegu.

[376 słów]

< Miodunko? >
[Przyznano 8%]

05 sierpnia 2023

Od Iskry

 Przed atakiem obecnych wygnańców, zima

Opowiadanie zawiera wulgaryzmy, opis przemocy fizycznej i psychicznej, krew

Błądziła w czeluści drzew, tonąc w mroku nocy. Uginając się pod ciężarem tysiąca mrocznych spojrzeń ukrytych w osiadłych wszędzie cieniach, przemykała w ciemności, nieopanowanie uciekając przed wrogą sylwetką. Zanurzając łapy w mroźnym błocku, pryskała nim dookoła. Drażniący chlupot rozbrzmiewał w jej uszach, nie ułatwiając ucieczki. Modliła się o to, by przyszłość okazała się dla niej łaskawa. Błagała, by nie zostać dostrzeżoną przez pewne czujne oko o kasztanowej barwie. Gorączkowo przedzierała się przez liczne drzewa, pragnąc wtopić się w nocną czerń. Zapalczywie obrzucała ich kory drażliwymi spojrzeniami. Świdrowała wzrokiem każde po kolei, szukając wsparcia w ich martwym obliczu. Gardło kotki poruszało się miarowo. Gorący oddech drżał, a para ulatywała z jej pyska, nieznacznie ocieplając lodowate powietrze. Ostre krańce wystających gałęzi boleśnie przecinały jej skórę, a drobne szpary w równie niewielkich wgłębieniach zalewały się bordowym płynem. Mimo wstrętnego bólu, łapy kremowej nie przestawały prowadzić jej dalej w ciemną i zaśnieżoną otchłań ich terytorii w srogiej panice.
— Stój!
Chrapliwy wrzask pozbawił ją wszelkich zdolności do dalszego pędu. Jej kończyny natychmiast zastygły w bezruchu, a cały horyzont przed nią zniknął w odmętach bezdennej przepaści. Przygwożdżona do podłoża nieznaną siłą, zacisnęła szczękę, pochłaniając się w frustracji i żalu. Potworna gorycz ścisnęła jej gardło. Jej wątłe ciało wpadło prosto w szpony bezwzględnego oprawcy. Niczym żałosna mysz, utonęła w zalanych własną krwią ostrzem pazurów. Los szylkretowej został przesądzony.  Wbiła szpony w głąb ośnieżonej ziemi, docierając nimi do twardego gruntu. Bezsilny jazgot, tlący się w jej klatce piersiowej buzował, rozpalając jej czoło do gorąca. Ściana ciasno zaciśniętych kłów uniemożliwiała mu wydostanie się na zewnątrz. Piekące uczucie rozbiegało się po jej calutkiej, wątłej postaci. Nieznaczącej absolutnie nic w bezwzględnym i brutalnym obliczu otaczającego ją świata. Rozwścieczona bestia, uwięziona w jej zmiezerniałym, naznaczonym tysiącem szram ciele, miotała się pioruńsko. Tak cholernie pragnęła znaleźć wyjście z tej paskudnej, podle obrzydliwej wręcz rzeczywistości. Łaknęła zniszczenia, brutalnego zakończenia jej nieustającego cierpienia. Ogień furii płonął w czeluściach jej wnętrza. Wtem, natychmiast zgasł. Gardło kotki zacisnęło się w cichym warkocie. Ślina z trudem przepłynęła przez przełyk, wydając z siebie żałosny dźwięk. Do ślip kotki w lodowatym odcieniu, nieopanowanie napłynęły łzy. Błysnęły w świetle księżyca, spływając po piegowatym, kremowym policzku. Łkając niemal niesłyszalnie, skrobała pazurami w ziemi. Dygotające kończyny zgieły się pod ciężarem jej ciała, usadzając ją na mroźnej, białej pokrywie podłoża. Pochłaniając się w bezsilności, świdrowała pustym wzrokiem przypadkowy obszar. Jedyne, co była w stanie w tym momencie zrobić, to obrzucanie ciemnego horyzontu spragnionymi pomocy spojrzeniami. Im smukła sylwetka wrogiej jej postaci była bliżej, tym bardziej panikowała. Serce łomotało jej niemiłosiernie. Chciała je uciszyć i nie pozwolić ani chwili dłużej mu tak brzydko, prowokacyjnie bębnić i hałasować. Gdy tylko Fretka usłyszy dźwięk jego tłuczenia się, z pewnością na nią nasyczy. Biło zbyt nierówno, nędznie, głośno, nieodpowiednio... Przegryzła wargę, karcąc się w myślach. To nie było jej głównym zmartwieniem. Odgłos miarowych uderzeń masywnych i ciężkich łap o grunt odbijał się echem w jej uszach. Ziemia drżała zarówno pod ciężarem ich masy, jak i ciężarem piekielnej wrogości, jaką dzierżyły w sobie. Ciarki przerażenia przebiegły jej po grzbiecie, strosząc sierść. Mrugała zalepionymi od łez ślipiami, z wolna godząc się z wolą losu. Rozgoryczona własnym stanem i bezsilnością, w której coraz bardziej się pogrążała, smętnie pociągnęła nosem. Dobrze wiedziała, co za chwilę nastąpi. Przegrała walkę. Bezpowrotnie. 
— Czy tobie coś padło na mózg?! — przeraźliwy, zachrypiony i przydługi krzyk wdarł się do jej uszu, boleśnie raniąc ich wnętrze.
Czuła, jak ślipia kocicy wierciły dziurę w jej karku. Rozdzierały go na strzępy. Diabelsko gardziły postacią, do którego należał. Nienawistnym spojrzeniem mordowały jej wątłe, liche i żałosne ciałko. Gorący, parzący do czerwoności oddech drżał na jej szyi, świszcząc wrogo. Serce tłukło się jej w piersi. Źrenice drżały bojaźliwie, a załzawione ślipia gorączkowo świdrowały wzrokiem kory drzew, bezradnie błagając o pomoc. Ich martwe oblicza jednak zdawały się jednak być absolutnie przyzwyczajone do podobnych zjawisk, toteż nie trudziły się zagadnieniem ratowania jej z opresji. Chybotając w popłochu, z trudem nabierała do płuc powietrza, by za moment znów dać mu uleciec z pyska. Jak nędzna mysz, której jedynym zadaniem w ich świecie jest zginąć, dygotała w sidłach oprawcy, oczekując wyroku, którego i tak była już świadoma.
— Słyszysz?! — zastępczyni wrzasnęła jej prosto do ucha, przysuwając się bliżej. — Sądzisz, że jesteś taka mądra i przebiegła? Oj, kurwa, mylisz się. Srogo się mylisz — warczała przeraźliwie, dysząc miarowo. — Myślałaś, że ciebie nie zauważę? Ten przykurczony grzbiet, niezdarność, nieporadność i nędzę dostrzegę wszędzie, pokrako. Czas najwyższy, żebyś przejrzała na oczy. Myślisz, że możesz sobie tak przede mną uciekać? Nie pozwolę sobie na coś takiego. Nie ze mną takie numery, dziewucho — zakończyła, sycząc rozwścieczona.
Każde słowo kocicy było niepojęcie bolesnym ciosem wymierzonym prosto w serce mizernej, szylkretowej postaci. Z każdym warknięciem uchodzącym z pyska liliowej, iskra życia we wnętrzu niebieskookiej gasła coraz to bardziej. Nikły płomień wirował wokół własnej osi, nie będąc w stanie rozniecić pożaru. Nie była w stanie się jej przeciwstawić. Była uosobieniem bezsilności i niemocy. Paskudnym, obrzydliwym, żałosnym. Takim, którym należy gardzić. Koszmary, nieustępliwie i zacięcie dręczące ją w snach, właśnie ziściły się w rzeczywistości. Tonęła w mrocznej, leśnej czeluści, obserwowana przez tysiące spojrzeń wrogich, nieokreślonych istnień, czychających na nią każdym kroku. Pogrążona w straszliwej i nieokiełznanej panice, ledwo była w stanie oddychać. Osaczona przez wrogą osobistość, będącą bezpośrednim źródłem każdej jej boleści i rozpaczy, nie będąc w stanie jej uciec. Stała przed obliczem śmierci. Na granicy dwóch światów. Dawno już nie odczuwała takiego przerażenia.
— Opanuj się, przestań tak dyszeć bo sama ci gardło zatkam — zagroziła, parząc ją swoim gorącym, drżącym oddechem. — Zachowujesz się jakby cię coś opętało! Po raz ostatni mówię, opamiętaj się do jasnej cholery. Mam serdecznie dosyć twoich durnym wybryków. Jebana gówniara, myślała, że może tak sobie ze mną pogrywać — rzuciła pod nosem, ale na tyle ostro i głośno, by Iskra była w stanie to usłyszeć. — I do kurwy nędzy, patrz na mnie kiedy do ciebie mówię!
Nim zdążyła przetworzyć informacje, nie wspominając nawet o otwarciu szczęki, masywna łapa kotki znalazła się na tyle jej łba. Szpiczaste sztorce jej szponów dźgnęły skórę srebrnej, a drobne wgłębienia które wyżłobiły, wypełniły się szkarłatną cieczą. Brudnawe, kręcone futro okalające świeże rozcięcia zostało raptownie i kurczowo szarpnięte w tył. Szylkretka natychmiast straciła równowagę w łapach. Z trzaskiem grzmotnęła o ziemię, padając prosto pod krępe kończyny wrogiej jej postaci liliowej zastępczyni. Ból rozbiegł się po calutkim jej ciele. Zgrzyt jej własnych kości rozbrzmiewał w uszach, odbijając się w nich echem. Przymknęła ślipia i zacisnęła szczękę w strapieniu, starając się za wszelką cenę nie zawyć cierpiętniczo. Czuła, jakby każda, pojedyncza kość w jej ciele właśnie rozkruszyła się na małe kawałeczki. I proszę bardzo, miała efekt swojego cholernego niejedzenia całymi dniami. Jeśli tylko jej sierść byłaby króciutka, gładka i przyległa do rys jej sylwetki, wyglądałaby jak szkielet, na którego zarzucono lichą płachtę skóry. Za kilka uderzeń serca, zamrugała swoimi zalepionymi od zaschniętych łez oczyma. Postać pochłoniętej w nocnym mroku, sterczącej nad nią kocicy lśniła w świetle księżyca. Jej straszliwy cień padał prosto na twarz kremowej, przyprawiając ją o dreszcze. W kasztanowej głębi ślip zwiadowczyni płonął potworny gniew. Czarne jak smoła źrenice w szktałcie dwóch, cieniusieńkich kreseczek trząsły się wściekle. Wszystkie mięśnie, które zdołały objąć spojrzeniem oczy Iskry, drżały szaleńczo. Liliowa sierść mająca w zwyczaju przylegać do mocnych rys jej sylwetki, stanęła dęba i zakołysała się po wpływem hulającego wiatru. Srebrna nie była w stanie dłużej wpatrywać się w oczy swej matki, mimo przerażenia, jakiego odczuwała i machinalnego posłuszeństwa, jakiego mimowolnie podjęła się niemal od razu, kiedy tylko Fretka odcięła jej dalszą drogę ucieczki jednym, przeciągłym wrzaskiem. Płomienie furii nieustannie wirujące w jej spojrzeniu, jak i całym ciele, sprawiały, iż postać kotki niewiele różniła się od oblicz przerażających istnień ukazujących się jedynie w najgorszych koszmarach. Całe to wrażenie potęgował jeszcze fakt, iż liliowa była absolutnie największym lękiem młodej szylkretki. Słabym punktem, skazą. Defektem, na którego naprawienie nie istniał żaden sposób. To przez nią życie kotki z dnia na dzień popadało w coraz to większą ruinę.
— Zaraz to ty kurwa wylecisz z klanu na zbity pysk! Wtedy to ty dopiero będziesz miała powód do wycia w niebogłosy! Nikt ci nie już wtedy pomoże. Nikt! — podkreśliła, zanosząc się jeszcze głośniejszym krzykiem. — Sądzisz, że możesz tak sobie ze mną pogrywać? Twoje wycie nie robi na mnie żadnego wrażenia, skończ już, bo zaraz dam ci prawdziwy powód do takiego skowyczenia — spiorunowała ją wzrokiem, zaciskając szczękę w pogardzie na zaledwie jedno, krótkie uderzenie serca. —  Wstyd mi być matką takiej pyskatej, krnąbrnej gówniary. Jeszcze w dodatku będącej takim pierdolonym beztalenciem, że aż się rzygać chce na jej widok — rozjuszona, przysunęła się jeszcze bliżej. Błysk ponownie wysuwających się pazurów zamigotał w lodowatych, zalanych łzami oczach kremowej. — Mniszek został mianowany wcześniej. Skrzyp nieustannie jest poza obozem i trenuje. A ty? Ty lenisz się jak pieprzony piecuch, pyszczysz i masz głęboko w dupie każdą moją prośbę! — przeciągły syk wybrzmiał w pokaźnych, przylegających teraz płasko to łba uszach szylkretki. — Mam stały kontakt z twoim mentorem, który na bieżąco składa mi raporty o tym, co robisz na treningach i tylko utwierdza mnie w moich przekonaniach — prychnęła gorzko, a jej wysunięta na przód kończyna zawisła w powietrzu tuż nad szyją niebieskookiej. — Byłaś, jesteś i zawsze będziesz tylko głupim i nędznym popychadłem. Przyszłaś na świat jako nikt i zdechniesz jako nikt. Nie robisz nic w kierunku poprawy swojej obrzydliwej już sytuacji, pokrako. Masz pretensje do całego świata, wyjesz całymi dniami i nocami, jak wszyscy cię źle traktują i użalasz się nad sobą jak skończona idiotka i oczekujesz, że będę traktować cię poważnie? Może warto rozejrzeć się i zrozumieć, że problem leży tylko i wyłącznie w TOBIE?
Tęga łapa kocicy spoczęła na wiotkiej szyi srebrnej szylkretki, ułożonej tuż pod parą kończyn Fretki. Po kilku chwilach ciągłego świdrowania jej wzrokiem, spojrzenie kasztanowych oczu zastępczyni utkwione zostało w ciemnym podłożu, które otaczało znajdujące się na nim dwie kocie sylwetki. Muskularna łapa parła na chudą, kremową gardziel z niezmiernym zapałem i siłą. Ciche łkanie zduszone nagle, natychmiast ucichło,  przeobrażając się w przykre dławienie. Nie będąc w stanie zaczerpnąć oddechu, wiła się pod ciężarem jej kończyny, miotając w panice na wszystkie strony. Przyszpilana do podłoża z uderzenia serca na uderzenie serca coraz mocniej, posyłała kotce błagalne spojrzenia. Czy to właśnie teraz nadszedł ten moment, w którym jej historia miała się zakończyć? Zawyła dojmująco jednym tchem, do reszty już tracąc zmysły. 
— Ktoś cię pokory musi nauczyć — chłodny, zlodowaciały wręcz pomruk wydał się z pyska zastępczyni. — Życie nie jest kolorowe. Im szybciej to zrozumiesz, tym mniej będziesz się rozczarowywać — wyznała, miarowo bujając swoim grubym, oplecionym ciemnymi pręgami ogonem na prawo i lewo. — A wiesz, co jest moim największym rozczarowaniem życiowym? Posiadaniem takiej plugawej istoty jako córki! — wyryczała, ze zdwojoną siłą naskakując na szyję kotki objętej uściskiem jej łap. Momentalny chłód znów zastąpiony został rozszalałym amokiem. — Od urodzenia wszystko podsuwam ci pod ten zasmarkany, szkaradny i chuj wie jeszcze jaki nos. Masz w dupie wszystko, co dla ciebie robię. Skoro jestem tak paskudną matką, zawsze może zająć się tobą ojciec. A z nim, to ci przyszłości żadnej nie wróżę. Żadnej — podkreśliła przeciągłym sykiem przez zęby. — Czy do twojego pustego łba dotarło w końcu, że masz nadrobić ten zasrany trening? Nie ma, że zmienia się mentor i ty nie możesz się przyzwyczaić. Nie ma, że się źle czujesz. Nie ma żadnych jebanych wymówek, zrozumiano? Masz zapierdalać — przeliterowała, nachylając do niej głowę. — Czy chcesz tego, czy nie. Mnie to kurwa nie obchodzi, porażko.
Serce łomotało jej w piersi z zawrotną prędkością. Tłukło się strasznie, boleśnie obijając o ściany otaczających je organów. Z każdym uderzeniem serca, kruszyło się coraz bardziej. Jego odłamki zawirowały wokół własnej osi, z wolna ulatniając się w czeluść wnętrza jej organizmu. Nie mogła przyjąć tego do wiadomości. Nie była w stanie zdzierżyć jej słów. Nie dawała wiary, w to, że słowa, które teraz wdzierały się do jej uszu były rzeczywistymi słowami zastępczyni, a nie mową przerażających, nieokreślonych bytów i zmór z sennych koszmarów, dręczących jej niemal każdej nocy. Wpajane do jej głowy brednie, wpychane w pysk kłamstwa, których nigdy nie przyszło jej wypowiedzieć, bujdy, którymi stale była osaczana... Nie była w stanie pojąć, dlaczego matka pałała do niej tak piekielnie zaciętą i szaleńczą nienawiścią. Furia i amok płonący w kasztanowych ślipiach kocicy był niepojęcie przerażający. Nieokiełznana dzikość, zdolna do sprowokowania jej do najgorszych, haniebnych i niemoralnych czynów, tliła się w nich lśniąc oślepiającym, bolesnym wręcz dla ślip obejmujących je spojrzeniem jaskrawym światłem. Wypalającym je, odbierającym dech, mordującym duszę. To przez nią życie Iskry było jedynie wielką, nędzną tułaczką pełną udręki, boleści i zabójczego cierpienia. Pogrążona wiecznie w plątanine emocji i uczuć, których za żadne skarby i mimo wielkich starań nie potrafiła zrozumieć, przeżywała katusze. Wychowywana w obliczu krzywego spojrzenia na świat, obrzydliwych poglądów i przekonań matki, nieustannie i zawzięcie przez nią pielęgnowanych, uznała cierpienie za swoją absolutną i niezmienną codzienność, nie widząc dla siebie żadnego innego sposobu na życiową wędrówkę. Tkwiła bezradnie w tragicznej sytuacji, z zawiścią mordując wzrokiem i umysłem wszystkich, cieszących się swoją jakże znakomitą i pozytywną sytuacją rodzinną. W mgnieniu oka kończyła jednak smarkając w posłanie, wyrywając sobie futro i tonąc w bezkresnym morzu rozpaczy. Nienawidziła jej, cholernie. Czym sobie zasłużyła? Dlaczego los pokarał jej marną i kruchą postać w tak bestialski i bezwzględny sposób? Czemu do kurwy nędzy, nie mogła urodzić się w normalnej, zdrowej rodzinie? Pełnej, takiej, której nie trzeba się wstydzić, kochającej i ciepłej? 
Nawet na sekundę nie wyrwała wzroku z objęcia spojrzenia rozjuszonej zwiadowczyni, mimo bycia świadomą zagrożenia i szargającej jej furiacką postacią nieokiełznanym szaleństwem i histerią. Kremowa paliła ją nienawistnym spojrzeniem, z sekundy na sekundę coraz bardziej natarczywym, nachalnym i rozdrażnionym. Wywdzięczała się jej teraz za każdy żal, każdą chwilę, w której miała ochotę zniknąć, każdą łzę i wyrwany kłębek sierści. Za wszystko, co wbrew niej uczyniła. Za jej poczęcie. Za przemoc zarówno umysłową, jak i fizyczną. Za nieustające krzyki. Za bolesne słowa. Za gardzenie nią w każdy możliwy sposób. 
— Nie kłam — zawarczała z wyrzutem, krztusząc się własną śliną, pod ciężarem umięśnionej łapy zastępczyni, którą spoczywała się na jej gardzieli. — Nie kłam! 
Rozpalona nowym płomieniem furii roszalałej w jej ciele, szarpnęła głową ku górze, miotając zaciekle całym swym wątłym ciałem. Wciąż przyduszana przez wielkie łapsko matki, kłapała szczęką na prawo i lewo, miażdżąc nią jednak jedynie otaczające je, wszędobylskie mroźne powietrze. Mocnym wymachom jej tylnych, wysmukłych i wychudłych kończyn w kremowym odcieniu towarzyszyło smętne rzężenie. Zaraz ta stara gnida pozna jej prawdziwe, rzeczywiście iskrzące się oblicze. Jednym, błyskawicznym i trafionym ruchem szczęk zamachnęła na łapę kocicy. Zatapiając w niej kły, zawyła gromko, nie przestając się ciskać. Ciepła struga krwi spłynęła po brązowawym futrze Fretki, plamiąc śnieżnobiałą ziemię na bordowy, krwisty odcień. Język szylkretowej zalał się charakterystycznym, dla takowych okoliczności, metalicznym posmakiem. Zwiadowczyni zawyła boleśnie, natychmiast przyciągając do siebie zranioną kończynę z powrotem, tym samym, wyswobadzając srebrną z zabójczego uścisku. Ta zaś, posiłkując się jej chwilą nieuwagi, poderwała się z lodowatego podłoża na cztery, równe łapy. Jak w okamgnieniu rozprostowała swoje zdrętwiałe, obolałe kończyny i czym prędzej rzuciła się do ucieczki. 
Łapa za łapą, sus za susem. Sunęła pędem przez leśne przestworza, rozrzucając śnieg na wszystkie strony świata. Łzy sączyły się z jej błękitnych ślip drobnymi strugami, mocząc znacząco jej puszyste, obsypane piegami poliki. Z zaciśniętą boleśnie szczęką, przemierzała ośnieżony teren tonący w tysiącu skrzywionych spojrzeń wysokich cieni łysych teraz drzew. Przeraźliwy jazgot pozostawionej w głębi boru kocicy odbił się echem po niemal każdym leśnym zakamarku, niewątpliwie płosząc z niego calutką zamieszkującą tam ptasią populację (cóż za przykładna zastępczyni!). Obraz wirował kremowej przed oczami z niesłychaną prędkością. Wszystko otaczające jej przerażoną postać znikało w szaroburym wirze, a jedyną rzeczą, jaka zachowała swą dawną ostrość, był widok obozowiska. Punktu docelowego jej pogoni, tymczasowego schronienia. Miejsca, do którego pragnęła teraz dotrzeć najbardziej na świecie. 
Gorący oddech uczennicy drżał w zlęknieniu, z trudem przedzierając się z płuc do jej ust. Drażniące rzężenie nie ustępowało nawet na chwilę, przez cały czas żarliwie katując i tak już cherlawe i zmasakrowane gardło kotki. Umęczone ciągłą i niekończącą się gonitwą wychudłe kończyny nagminnie informowały ją o swoim przykrym stanie. Ta jednak, nie przywiązywała wagi do ich żałosnych próśb i zawzięcie je ignorowała, nie mając ani chwili do stracenia. Nie miała nawet czasu, by skupiać się na ich marginalnym dyskomforcie. Miarowe uderzenia łap obu kotek o grunt dudniły we wnętrzu jej uszu, sprawiając, iż plątała się we własnych myślach. Nie miała pojęcia już, czy to wszystko miało miejsce w rzeczywistości, czy może jedynie w mrocznych odmętach jej snów. Halucynacje, zwidy? Traciła zarówno zmysły, jak i zdolność do dalszego biegu. Pozostało jej już tak niewiele! Jeszcze tylko moment. Kilka uderzeń serca. Obóz był na wyciągnięcie łapy. Nie mogła się już poddać, ani wycofać. Musi tam dotrzeć. Nieważne, za jaką cenę. Zrobi wszystko, byle tylko osiągnąć cel. Ujdzie z życiem. Wyplącze się z sideł śmierci. 
Z hukiem wpadła do obozu. Lecąc na oślep, pragnęła już tylko zatopienia się w mroku i chłodzie uczniowskiego legowiska. Zlania się z nocną czernią w jeden byt. Zaślepiona nieokiełznanymi pokładami paniki, dławiła się własnym oddechem, dusząc wstrętnie. Mglista ściana łez spowiła jej całą widoczność. W szaleńczym pędzie grzmotnęła o coś twardego barkiem. Napuszyła się, cała w nerwach, po ostatnim razie, kiedy miała styczność z dotkiem kociej jednostki. Nieprzyjemne uczucie rozbiegło się po całej jej chuderlawej sylwetce, od łap po sam czubek głowy. To jednak, nie powstrzymało jej od dalszego biegu. Po dzisiejszych wydarzeniach, zdążyła już przywyknąć do fizycznych katuszy.
— Uważaj trochę! 
Nie zważając na wszelkie dźwięki dobiegające z głębi obozu, ostatnimi siłami, jakimi dysponowały jej wychudłe i notorycznie obolałe kończyny, przeskoczyła zaśnieżoną powierzchnie obozowiska na wkroś. Serce tłukło się jej w piersi zawzięcie, tętniąc z przeraźliwą szybkością. Ból rozpalonego do czerwoności czoła pulsował przeokropnie, przyprawiając ją o zawroty głowy, zaś bolesne uczucie w głębi kurczącego się żołądka piekło ją straszliwie. 
— Patrz jak łazisz smarkulo! 
Zduszony pisk ulotnił się z jej jaskrawego pyska. Przygniecona niespodziewanie ciężarem, którego pędząc nawet nie spostrzegła, sprawiło, że niemal natychmiast, kiedy tylko poczuła go  na swojej skórze, upadła płasko na ziemię. Nos szylkretowej wkopany niespodziewanie w twardy grunt, momentalnie zalał się szkarłatną cieczą. Podejmując się nieudolnej próby wpuszczenia do niego powietrza, smarknęła, bryzgając ciepłą krwią dookoła. Skowyt srebrnej stłumiony został przez płachtę sylwetki wysokiej, burej postaci, którą została mimowolnie przyszpilona do lodowatego podłoża. Miotając się zawzięcie, wysunęła się spod niej. Nie reagowała na piski, jakie rozbrzmiewały za nią, kiedy odchodziła. Z pasją zaczerpnęła powietrza do płuc, natychmiast jednak tego żałując. Zaniosła się gromkim kaszlem, o mało włos się nie dusząc. Wkrótce, dotarła do celu swojej gonitwy, nie będąc w stanie już racjonalnie myśleć. Tonąc w mroku pustego, oziębiałego pustką legowiska uczniów, rzuciła się na swoje posłanie, a nim zdążyła się obejrzeć, jej widok sam zalał się czernią. 

[3059 słów]
[Przyznano 40%]

21 lipca 2023

Od Iskry Do Miodunki

Zduszony trzask zmiażdżonych przez kły kotki drobnych organów. Chrzęst zębów, przedzierających się przez jej gładkie ciało. Brunatny grzbiet myszy z wolna zalewał się bordową barwą. W powietrzu wybrzmiał jej ostatni, żałosny pisk. Zatopione wcześniej w należącym do jej karku kły rozsunęły się nieznacznie. Ze zrobionych przez kocie zębiska szczerb, płynęły krwiste strugi. Wpierw pędziły rozłącznymi strumykami, by zaraz połączyć się w jeden ciek. Krople miarowo spływały po delikatnym tułowiu, bezustanku plamiąc śnieżnobiałe wcześniej podłoże na czerwono. Szczęka uczennicy rozchyliła się dobitnie, a niepokaźne ciałko myszy opadło bezwładnie tuż pod jej łapy, zatapiając się we własnej krwi i śnieżnym okryciu ziemi. Metaliczny posmak płynu wypełnił calutki pysk szylkretki, rozpoczynając od koniuszka różowego języka, a kończąc na nierównej powłoce podniebienia. Kotka przejechała językiem po splamionej cieczą mordce i nosie. Wnet splunęła mieszanką krwi i własnej śliny na bok, próbując pozbyć się jej specyficznego, metalicznego smaku z buzi. 
— Całkiem elegancko — zacmokał sadowiący się u jej boku point. — Możemy już wracać do obozowiska. Nieźle sobie poradziłaś, choć są jeszcze rzeczy, które wymagają doszlifowania. Na następny trening pójdziemy wieczorem, zanim jeszcze wyruszy ostatni patrol. A teraz chodźmy już, bo łapy mi zaraz zamarzną — miauknął z wyraźnym niecierpliwieniem w głosie, podnosząc się żwawo i zaraz już przebierając z łapy na łapę. 
Wzrok umęczonych, lodowatych oczu kremowej spoczął na ruszających się w iście żałosny sposób kończynach pointa. Gdzie podziała się ta gracja, o której wiecznie biadolił? Gdyby ględzenie nie było jego jedynym zajęciem na ich treningu i łaskawie zechciałby ruszyć swój zapchlony zad, nie podskakiwałby teraz jak postrzelony kojot. Jedyne co potrafił, to tylko smętnie mielić jęzorem na lewo i prawo i trzepotać rzęsami. Z nauczaniem wiele wspólnego to on nie miał. Kotka posłała mu poirytowane spojrzenie i zaraz przeniosła je na własne kończyny. Zlustrowała je obojętnie, nie męcząc się przy tym szczególnie. Błocko zlepiło jej jasną, kremową sierść, nadając jej zupełnie nowy, kasztanowy odcień. Ciemne okrycie ciągnęło się po calusieńkich jej łapach. Drobne, śnieżne kuleczki wplątały się w jej kręconą sierść, ciągnąc się od stawów łokciowych po sam czubkek łap. Loki na nich skołtuniły się znacznie, dając wszelkim gałązkom i liściom wiele idealnych miejsc, w które mogłyby się wplątać. Bordowa ciecz splamiła ostre zakończenia szponów kotki, sprawiając, że cały ten widok zdawał się być jeszcze bardziej przykry i niepokojący. 
Chrobot ruszonych nagle kości wiecznie obolałego karku szylkretki wdarł się do jej własnych uszu. Zdrętwiałe kończyny z ogromną nieprzychylnością przyjęły wiadomość o jej zamiarach. Kotka pochyliła się nieco, by sięgnąć po upolowaną wcześniej zdobycz. Łapiąc zębami jej utytłany we krwi grzbiet, posępnie wyprostowała się i wstała na cztery, równe łapy niechętnie łapiąc równowagę. Pośpiesznie rzuciła towarzyszącemu jej kocurowi porozumiewawcze spojrzenie i zwróciła się w kierunku obozowiska, mając nadzieję, że ich dłużący się w nieskończoność trening w końcu dobiega końca.

***

Niezgrabnie rzuciła ciężkim ciałem na ziemię. Przysiadła przy obsypanym śniegiem stosie ze zwierzyną, z niebywałym trudem łapiąc oddech. Bolesne rzężenie wydobywało się z jej pyska nieustannie, burząc względną ciszę i spokój panujący w obozie. Walcząc o zaczerpnięcie powietrza do płuc, zdzierała własne gardło w brzydkim charkocie, nie dostając w zamian upragnionego rezultatu. Po nietrwającym szczególnie długo podłym uczuciu rozrywanego przez tysiące szponów gardła, kremowy grzbiet kotki uniósł się z dawną gracją i z lekkością powrócił do poprzedniej pozycji. Szylkretka odetchnęła z ulgą i zaraz zniemal oczywistą drażliwością obrzuciła otoczenie kilkoma spojrzeniami. Tuż przed nią, usadowiła się liliowa kocica o zielonych oczach i skórze pokrytej wieloma bliznami. Kły wojowniczki chyżo rozrywały bok pokaźnej, rudej wiewiórki. Iskra objęła postać kotki chwilowym, beznamiętnym spojrzeniem, by za kilka uderzeń serca, z powrotem utkwić je gdzieś w głębi zaśnieżonego obozowiska. Pochylając się nieznacznie, odłożyła na stos szczątki myszy, którą upolowała przed paroma chwilami. Bure ciało niewielkiego zwierzątka poturlało się nędznie po stercie innych, jak i zarazem takich samych ciał, pozbawionych żyć i dusz z łap kotów. Srebrna dostrzegała w tym marnym i nieznaczącym absolutnie nic truchle w świecie tysiąca splątanych istnień samą siebie. Była tak samo żałosna i smętna, podle beznadziejna i nielicząca się dla żadnej żywej, czy martwej duszy. Z dnia nadzień mizerniała coraz bardziej w nieustającym lęku, w obawie przed kocim gniewem. Stała się bezsilną ofiarą duszonej przez wieki furii, podłości i niemoralności otaczającego ją świata. To właśnie jej marne istnienie otrzymało tak okropny wyrok. Nie jest w stanie się mu postawić i nie jest w stanie od niego uciec. Jest w stanie jedynie tonąć w morzu bezdennej bezsilności i rozpaczy, tracąc wszelką nadzieję na to, iż kiedykolwiek los podaruje jej drugą szansę. Czyż nie brzmi znajomo? 
— Iskro?
Miauknięcie momentalnie wyrwało ją z kotłowiska przygnębiających przemyśleń. O mały włos nie podskoczyła. Obróciła łeb dynamicznym i stanowczym ruchem. Jej oczom ukazała się szczupła postać srebrnego pointa o morskim spojrzeniu. Bezgłośne sapnięcie wypadło z jej pyska. Poirytowana zatrzepała ogonem, tym samym podrzucając leżący na ziemi puch. Zawiesiła swój lodowaty wzrok w ślipiach kocura, z niechęcią i wyczuwalnym zniecierpliwieniem oczekując tej niesamowicie ważnej i niecierpiącej zwłoki wypowiedzi.
— Rozmawiałem z Fretką — poinformował, stojąc obok i bujając końcówką szarego ogona. — Plany się zmieniły. Na kolejny trening pójdziemy już zaraz. Zjedz coś i odpocznij chwilę, bo niedługo wyruszamy — odparł, po czym jak gdyby nigdy nic, odwrócił się na pięcie i zawrócił w stronę głębi obozowiska.
 "Rozmawiałem z Fretką."
Słysząc zaledwie początek wypowiedzi niebieskiego, wszystko co zjadła w ostatnich dniach, cofało się jej z powrotem do gardła. Natychmiast przyciągnęła wyciągniętą w kierunku sterty łapę z powrotem do siebie, tracąc jakiekolwiek chęci na spożycie czegoś. Po raz kolejny rozczarowywała swój żołądek i zaniedbywała organizm. Rzadko kiedy dostarczała mu czegoś innego, niż najokropniejsze resztki, których nie tknąłby nawet najbardziej wygłodniały kot w niewoli. Gniewnie wysunęła szpony i wbiła je w ziemię tak głęboko, jak tylko pozwoliła jej siła. Jebany przygłup, cholerny sługus, robił wszystko, czego zażyczy sobie ta gnida. Jak wszyscy w tym absurdalnym miejscu, pełnym półgłówków i pomylonych idiotów. Nikt tu nie miał własnego zdania. Wszyscy z nich ślepo podążali za tłumem, byli na każde nędzne tupnięcie nóżką "wyższych" od siebie, nie zastanawiając się nawet, czy to korzystne, moralne, właściwe i normalne. Zaciskając pysk w obrzydliwym gniewie, starała się nie poddać władczym i destrukcyjnym myślom, które ochoczo robiły rundki po jej umyśle. Trzepotała wściekle ogonem, jeżąc futro na karku. Całe otoczenie zacięcie obrzucała spojrzeniami spod byka, dopóki jej spojrzenie nie spotkało się ze wzrokiem siedzącej naprzeciw niej wojowniczki. Speszona nieco niebieskooka zarzuciła uszami do tyłu, a wzrok utkwiła na pierwszym lepszym obiekcie leżącym w przeciwnym kierunku.

< Miodunko? >
[Przyznano 5%]

14 lipca 2023

Od Iskry

Idea zgromadzeń była jej zupełnie niezrozumiała. Spotkanie z całą kocią społecznością w środku nocy na pierwszym lepszym polu, tkwienie pod ogromnym głazem i słuchanie nędznej gadaniny kilku samozwańczych, "wielkich" przywódców. Nie była w stanie pojąć, co na celu miały owe spotkania. Dodatkowe uprzykrzanie kocich żyć? Kara za niewłaściwe zachowanie? Jakby jej żywot już nie był kompletną beznadzieją i bagnem bez wyjścia. Westchnęła cicho i ociężałym krokiem skierowała się za tłumem. Tak bardzo nie chciała brać w nim udziału. Nie lubiła przyznawać tego przed sobą, ale niezwykle stresowała się przebywaniem w tak tłocznych miejscach. Zwłaszcza, że Fretka będzie wszystko obserwować z góry. A przed jej okiem nie ukryje się żadna pomyłka kremowej. Chociażby nie wiadomo jak mocno próbowała ukryć się w tłumie, to ta i tak ją dostrzeże. A kiedy tylko powrócą do obozu, przetrzepie jej skórę. Kto wie, może zacznie wygłaszać coś o niej przed całym zbiorowiskiem? Ciarki przeszły jej po grzbiecie. Próbując pozbyć się przytłaczającej myśli, wytrzepała się i kontynuowała wleczenie się za resztą wybranych na zgromadzenie kotów. Gdyby nagle się zatrzymała i powróciła do obozowiska, nikt by nie zauważył... Nikt, z wyjątkiem Fretki. Mimo iż kotka szła na samym przodzie i wraz z Agrestem, Ważką i Jaskółką prowadziła grupę i nie miała bezpośredniego wglądu na tył, głowę Iskry dalej męczyła myśl, iż jakimś cudem ją obserwuje. Szylkretka zarzuciła uszami do tyłu, a z jej pyska wydało się ciche, bezsilne sapnięcie. Nie była w stanie nic zrobić.
Gdy tylko doszli do celu, jej oczom ukazało się całe kocie zgromadzenie. Wszystkie, kolorowe  futra zlewały się w jedną, wielką plamę w rozmaitych odcieniach. Z każdym krokiem traciła pewność siebie. Czuła na sobie wzrok wszystkich zebranych tu jednostek. Fala kocich spojrzeń zalewała jej bujną sierść i ukazywała przed wszystkimi jej kruche i mizerne wnętrze. Pragnęła zapaść się pod ziemię, dać porwać się hulającemu wiatrowi lub zatopić się w czeluści morskich fal i odpłynąć gdzieś, gdzie nikt nie będzie jej szukać. Jedyne, na co w tym momencie było ją stać, to nieustające próby zatopienia się w kocim tłumie. Niestety, zadania nie ułatwiał jej wysoki wzrost ani jasne, kremowe futro, które nie zlewało się z mrokiem nocy. Próby, mimo wszelkich starań, nie przyniosły jej upragnionego rezultatu. Chcąc jak najszybciej przestać rzucać się w oczy, tak jak reszta kotów, szybko zajęła miejsce w tłumie. Ociężale, bez gracji, rzuciła ciałem na ziemię. Pośpiesznie i nerwowo zlustrowała otoczenie, by upewnić się, czy nikt jej nie obserwuje. Fretka, wraz z resztą przywódców i ich zastępców przysiadła na skale. Mierzyła wszystko dookoła swym charakterystycznym, pogardliwym spojrzeniem. Przez jego wrogość więdły kwiaty, nie wspominając już nawet o kocich duszach. Miało w sobie pokłady nieokiełznanej i duszonej przez wieki piekielnej podłości i furii. Na jego widok futro na karku samo stawało dęba. Nagłe piśnięcie i ciężkie uczucie na ogonie oderwało Iskrę od plątaniny przemyśleń. Odwróciła utkwiony wcześniej w liliowe futro zastępczyni wzrok, a jej oczom ukazała się sylwetka czarnej pointki. Kotka złapała ogon Iskry i pouczyła ją o tym, by ta uważała na to, gdzie siada, wyrażając się według kremowej nieco prostacko i nie wystarczająco dobrze. Szylkretka prychnęła natychmiast, stwierdzając, że nie może mówić jej, gdzie ma siadać. Wkrótce między kotkami wywiązała się słowna szarpanina. Iskra nieszczególnie by się tym przejęła, gdyby nie fakt, iż słowa Traszki trafiły ją w najbardziej czuły punkt. Uderzyły tam, gdzie bolało najmocniej. Pointka podkreśliła fakt pokrewieństwa kremowej z zastępczynią. Niebawem kotki zakończyły burzliwą konwersacje. Czarna odeszła, niemal doprowadzając szylkretkę do płaczu i pozostawiając ją samą z kotłującymi się, krzywdzącymi myślami. Dla własnego komfortu, Iskra również zmieniła miejsce.
Pogrążona w ciężkich emocjach, dopiero po kilku chwilach zdała sobie sprawę, iż usiadła tuż obok Mniszka. Tego jeszcze brakowało. Kocur niemrawo do niej zagadywał, jednak ta nie miała ochoty na rozmowę, wciąż będąc rozemocjonowana po wcześniejszej sprzeczce z Traszką. Nie bardzo przejmowała się tym, co mówił, dopóki nie rozpoczął tematu Fretki. Ku jej ogromnym zdziwieniu, niebieski nie obsypywał jej pochwałami. Wręcz przeciwnie, wyrażał się o niej z wyraźną pogardą. Mimo że brzmiał szczerze, nie dała się zwieźć i ponieść emocjom. W głowie kłębiło się jej tysiące myśli. To Fretka mogła go do niej przysłać. Tej właśnie wersji się trzymała i na każdą jego wypowiedź związaną z zastępczynią odpowiadała neutralnie. Do końca była w lekkim szoku po jego słowach. Zawsze sądziła, że kocur uznawał ją za bóstwo i wzór do naśladowania. Gubiła się we własnych myślach. Nie wiedziała już, kogo słuchać.
Zgromadzenie niezwykle się jej dłużyło. Mniszek przestał ją zagadywać, a wokół nie działo się nic, w czym chociażby na moment można byłoby utkwić wzrok. Powieki same zakrywały jej umęczone ślipia, a łapy nieustannie dawały znać o swoim zdrętwieniu i niezadowoleniu z obecnej pozycji. Z zniecierpliwieniem oczekiwała końca. Po zakończeniu zebrania wróciła w ciszy u boku towarzyszącego jej Mniszka.

 [Zgromadzenie] 
[przyznano 20%]

05 lipca 2023

Od Iskry Do Kruchej

 Przed kolejną zmianą mentora i mianowaniem Mniszka

Wścieklizna, masowe śmierci i nowe koty. Przede wszystkim, zmiany. Wszystko wokół się zmieniało. Momentalnie stawało się zupełnym przeciwieństwem tego, czym było wczesniej. Jedynym elementem, który wciąż, mimo tak licznych zmian, pozostawał w takim samym stanie, było życie Iskry. Tak samo mizerne, paskudne i bolesne, jak zawsze. Tonęła w jego monotonii. Tkwiła w nim bez celu. Błądziła, gubiąc wszelką nadzieję, jaka się w niej tliła. Nie była w stanie odnaleźć się w tej plątaninie. Nim zdążyła się obejrzeć, jej mentor zniknął w skutek zamieszania związanego z wścieklizną. Nie rozumiała swoich uczuć. Całą tą sytuację odczuwała z lekką obojętnością, obserwowała z boku. Nie miała nikogo, o kogo stan w dobie choroby mogłaby się obawiać. Czy było jej przykro? Ciężko stwierdzić. Nie darzyła go szczególnymi uczuciami, on również zdawał się do niej takimi nie pałać. Nie zdążyli do końca się poznać. Zastąpili go jedną z wojowniczek. Nie pamiętała nawet dokładnie jej imienia, wiedziała tylko, że było idiotyczne. Kotka sama w sobie była specyficzna i nie sprawiła dobrego wrażenia. Czego po niej oczekiwała? Sama nie była w stanie dokładnie tego określić. W głębi serca tliło jej się pewne uczucie. Nadzieja, że w końcu trafi na kogoś, z kim znajdzie wspólny język? Kogoś, kto obdarzy ją miłością, której nigdy nie było dane jej zaznać? Wstydziła się tego żałosnego uczucia. Nie była w stanie się go jednak wyprzeć. Musiała radzić sobie sama. Nie wolno było jej się oglądać na innych. Zawiodła, jak wszyscy wokół. 
— Iskra.
Warkot wdarł się do jej uszu. Jej chude łapy natychmiast zastygły w bezruchu. Dreszcz przebiegł jej po grzbiecie i zjeżył sierść na karku. Nieprzyjemne uczucie gorąca rozbiegło się po calutkim jej ciele. Dobrze wiedziała, do kogo należał ten głos. Wbiła wzrok w rozgrzane przez słońce podłoże skąpane w pomarańczowej barwie. Szykowała się do kolejnych słownych tortur. Przeżywała je praktycznie każdego dnia, a mimo tego, niemal drżała ze strachu. 
— Gdzie podziewałaś się przez ten cały czas? Wszędzie cię szukałam — gniewne syknięcie wydało się z pyska Fretki. — Mało to kotów ostatnio zginęło? Chcesz być następna? Proszę bardzo, droga wolna — zaczęła wygłaszać ironicznie.
Zarzuciła uszami do tyłu. Z pewnością tego pragnęła. Marzyło jej się, by dopadła ją wścieklizna. Ba, sama jeszcze podałaby jej truciznę z paskudnym uśmiechem na pysku. Nie odpowiadając ani słowem, kontynuowała nerwowe badanie wzrokiem ziemi. 
— Zamierzasz się odezwać? — prychnęła pogardliwie, zaczynając ją okrążać. — Przyszłam zapytać cię o to, jak idzie ci trening. Wiesz zapewne, że od tego zależy, czy wciąż będziesz nosić przy swoim imieniu łatkę nieudaniczka i pokraki, czy staniesz się kimś, kto będzie się liczyć. 
Nieudacznik. Pokraka. Z takimi właśnie określeniami uosabiała ją matka. Nie miała siły dłużej walczyć. Pozwalała jej słowom wpadać do swoich uszu i brutalnie je ranić. Musiała liczyć się z tą cholerną świadomością. Fretka jej nienawidziła. Własna matka, tak bardzo nią gardziła. Nie mogła pojąć, czemu była tak piekielnie źle nastawiona akurat na nią. Była najbardziej problematyczna? Miała najtrudniejszy charakter? Przełknęła głośno ślinę. W tej sytuacji żadna odpowiedź nie zdawała się być odpowiednia. Błądziła wśród tysiąca myśli, nie będąc w stanie znaleźć tej, która podsunie jej odpowiednią odpowiedź. Powinna była powiedzieć prawdę? Rzuci się jej do gardła. Skłamać? Żmija się dowie. Zdeterminowana, przetrzepie wszystkich i się dowie, nieważne jaka przeszkoda stanie jej na drodze. Kłamstwo z ziarnem prawdy? Prawdę z ziarnem kłamstwa? Niemal drżała. 
— Wiesz, że miałam przerwę w treningu przez całe zamieszanie ze wścieklizną — wydukała, uciekając wzrokiem w bok, tak, aby ich spojrzenia się nie spotkały. — Wiesz także, że zmieniono mi mentora. 
Ogon Iskry znalazł się tuż pod jej kremowym brzuchem. Dygotał nerwowo, pusząc się. Smukłe i kościste kończyny kotki stały nieruchomo i sztywno, wbijając się w rozgrzane podłoże. Jej oczy gorączkowo rozglądały się, szukając ratunku. Zaczepienia. Czegokolwiek, co mogłoby umozliwić jej nie branie udziału w tej dyskusji.
— I? — kocica zatrzymała się natychmiast, stając tuż obok barku córki. — Przerwa była już dawno. A to, że zmieniono ci mentora, to żadna wymówka. Mam przez to rozumieć, że opuściłaś się w nauce, a postęp w twoim treningu jest znikomy?
Jej źrenice się zwężyły. W oczach kremowej zgasł nerwowy płomień, dając zastąpić się przeźroczystym płynem, niemal niewidocznym, zlewającym się z kolorem jej oczu. Powieki opadły bardziej na należące do niej wymęczone trudem codzienności ślipia. Ogon przywarł do jej chudych łap, kończąc drżeć pod brzuchem. 
— Poprawię się, obiecuję — apatyczne mruknięcie wydało się z jej pyska — Przysięgam.
— Wiesz, ile razy już to słyszałam i wiesz jak bardzo mam tego po dziurki w nosie? Nie chce przysięg. Chcę, by twoje słowa przeniosly się na rzeczywistość. Wymagam tego od ciebie — liliowa wydała z siebie nieprzyjemny dla uszu warkot, jednocześnie obnażając kły. — Wiesz, jak bardzo jest mi za ciebie wstyd? Mazgaisz się na każdym kroku. Wstydze się faktu, iż wychowuję taką beznadziejną beksę. Skończ robić z siebie ofiarę losu. Nie przykładasz się do absolutnie niczego. Nawet twoje rodzeństwo prezentuje się lepiej — zarzuciła gniewnie, wrogo trzepiąc ogonem na boki. — Jeszcze dziś wyślę cię na patrol i załatwię pewną sprawę z twoją mentorką. Przygotuj się na podwojoną ilość patroli, treningów i aktywności w ciągu dnia — poinformowała, prostując się i przyjmując charakterystyczny, pogardliwy wyraz pyska. — Czas dorosnąć, Iskro.
Dorosnąć? Czy w tym momencie właśnie zakończyło się jej dzieciństwo? Dreszcz rozbiegał się właśnie po jej grzbiecie. Panika stopniowo, coraz bardziej ogarniała całe jej ciało. Jej serce biło szybciej. Coś, jak ostry pazur kuło je nieustannie swoim ostrzem. Nieprzyjemne, gorące uczucie pulsowało jej w głowie. Kotka machnęła ogonem, ponownie pusząc go i jeżąc, tym samym zmuszając go do ponownego przywarcia do brzucha. Panika gwałtownie targnęła jej powiekami i źrenicami. Nastroszyła futro na karku. Zacisnęła szczękę. Potrząsnęła łapami i wymusiła na nich gwałtownie drżenie. Niszczące uczucie zawiści przejmowało nad nią kontrolę. Przed oczami migał jej widok uśmiechniętych pysków. Szczęśliwych, pełnych rodzin. Kotów, mających motywację do ciągnięcia dalej swych żyć. Dlaczego los tak ją ukarał? Do jej jasnobłękitnych oczu napłynęły łzy. Okropne uczucie ścisnęło krtań młodej kotki i nie pozwoliło jej na wydanie z siebie jakiegokolwiek dźwięku. 
Kremowa skinęła łbem twierdząco. Ruszyła swoimi ociężałymi, zdrętwiałymi łapami i skierowała się do przodu, pragnąć powrócić do obozowiska. Tak cholernie jej nie rozumiała. Nie potrafiła jej dogodzić. Robiła wszystko co w jej mocy. We wszystkim potrafiła doszukać się czegoś złego. Z każdym krokiem w kierunku obozu czuła się coraz mniej pewnie. Miała wrażenie, że matka idzie tuż za nią. Czuła na sobie ten gorący, parzący wręcz oddech. Bała obejrzeć się w tył. Kto wie, czy nie dostałaby po oczach pazurami, zakładając, iż Fretka rzeczywiście za nią szła? Każde oderwanie i postawienie łap z powrotem na ziemi sprawiało jej ból. Czuła na sobie spojrzenia wszystkich kotów. Były jak ogromna fala. Oblewała jej puchate futro i ujawniała na oczach wszystkich jej kruche i słabe wnętrze. Starając się nie nawiązywać z nikim kontaktu wzrokowego, pośpiesznie skierowała się w stronę uczniowskiego legowiska. Tonąc w ogromnej fali spojrzeń, lustrowała wzrokiem własne łapy, próbując powstrzymać się od wybuchnięcia płaczem. Na jej poduszkach jej łap znalazły się kropelki potu. Cała ta sytuacja z każdym uderzeniem serca męczyła ją coraz mocniej. Z trudem wypuściła powietrze z pyska. Kolejne podjęcie się próby zaczerpnięcia oddechu przerwało jej gwałtownie uderzenie w bok. Zdezorientowana, niemal straciła równowagę. Natychmiast się zjeżyła. Z jej pyska wydał się głośny warkot. Leżąca tuż przy jej łapach kremowa kotka podniosła się od razu i wytrzepała.
— Wybacz, nie chciałam na ciebie wpaść! — miauknęła donośnie, doskakując do jej boku i poprawiła wpadającą do oczu grzywkę. — To był wypadek, naprawdę — zapewniała.
Szylkretka wbiła szpony w podłoże. Zatrzepała gniewnie ogonem i utkwiła wzrok w brązowych ślilpiach kotki. Coś w niej pękło. Z pyska momentalnie spadła jej maska chłodu i pogardy, odsłaniając żałosny wyraz twarzy i łzy. Przytłoczona rozmaitą plątaniną emocji, potrząsnęła głową i wyminęła kotkę w panice.

< Krucha? > 

[Przyznano 5%]

28 maja 2023

Od Iskry

 Przed ostatnimi wydarzeniami, jeszcze kiedy była kocięciem

Machnięcie uchem. Każdy ruch pyska. Mrugnięcie okiem. Każda pojedyncza zmiana. Nic nie było w stanie jej umknąć. Mierzyła ją nienawistnym spojrzeniem. Wyrażała w ten sposób wszystkie tlące się w jej wnętrzu uczucia. Ból, wzgarda i piekielna bezsilność. Przykucie stalowym, nieoderwanym łańcuchem. Nie mogła się od niej uwolnić. I nie uwolni. Ostatnia nadzieja zdechła żałośnie, odbierając młodej kotce jakiekolwiek chęci do dalszego żywotu. Jak bardzo naiwna była, wierząc, że po tym jak zostanie uczniem wszystko się naprawi? Zacznie żyć jak inni, bez zmartwień? Uciekła wzrokiem w bok. Prześledziła łapy. Zacisnęła zęby boleśnie, nie dając łzom zebrać się w oczach. Zamiotła ogonem podłoże. Uniosła łeb i wróciła do poprzedniego zajęcia. Nie była w stanie objąć słowami uczucia które ją wypełniało. Ten cholerny, piekący w serce żal. Drący je na milion kawałeczków. Niszczący w proch. Nie była w stanie odnaleźć się w tej plątaninie. Błądziła bezkreśnie w kolczastym labiryncie. Na każdym kroku nadziewała się na któregoś z nich. Nie pojmowała tego. Dlaczego pałała do niej takim uczuciem? Zawiniła samą swoją egzystencją? Dlaczego nie mogła urodzić się gdzieś indziej, w lepszej sytuacji? Widok uśmiechniętych pysków, pełnych i szczęśliwych rodzin budził w niej furię. Zawiść, której nie była w stanie okiełznać. Uczucie, nad którym nie było w stanie władać kocię jak ona. Westchnęła niemal niesłyszalne, tonąc w morzu przytłaczających emocji.
 — Teraz powiem coś, co powinien usłyszeć każdy z was — oznajmujące miauknięcie wdarło się do uszu kremowej.
Dreszcz przebiegł jej po grzbiecie. Sam jej głos był dla niej powodem do paniki. Był czymś, co budziło w niej chorobliwy niepokój. Dobrze wiedziała, co usłyszy za chwilę. Każde słowo, które wypadało z pyska liliowej było dla niej jak atak ostrych szponów. Nigdy jeszcze nie powiedziała niczego pozytywnego na jej temat. Za to zawsze mówiła coś, przez co wątłe ciało kremowej zatapiało się w morzu bólu jeszcze głębiej. 
— Macie świadomość, że już niedługo będziecie w odpowiednim wieku, by zacząć trening wojownika, prawda? — nieprzyjemny pomruk wydał się z liliowego pyska karmicielki. 
Pogarda bijąca z jej pyska, oczu i uniesionej głowy przeszywała wszystkich. A zwłaszcza Iskrę. Wiedziała, że to ona była jej głównym powodem. Czuła, że była mierzona prosto w nią. Obserwowała ją kątem oka, a czuła się, jakby stała bezpośrednio naprzeciwko niej. Jakby stała tuż przed paszczą ogromnego drapieżnika, mogącego zniszczyć ją jednym kłapnięciem zębów. 
— A-a jeśli ktoś ch-chciałby zostać medykiem? — ciche piśnięcie niebieskiego kociaka przerwało wypowiedź Fretki.
— To niech jak najszybciej o tym zapomni. Wstyd byłoby mi się później przyznawać do czegoś takiego i nie dopuszczę do takiej sytuacji. Marnowanie życia na zbieranie kwiatków to nic dla was, ani dla żadnego innego normalnego kota. Nawet sobie nie żartuj — warknęła kpiąco, odpowiadając na zadane przez Mniszka pytanie. — I nie wchodź mi w słowo. Mówię o ważnych rzeczach. Ważnych to mało powiedziane. O kluczowych, najważniejszych. Bez tego, będziecie nikim. Zerem — syknęła przeciągle, unosząc łeb z wyższością.
Dreszcz przebiegł jej po grzbiecie. Szarpnął futrem, uniósł je do góry. Gruchnął w ziemię, zmuszając łapy kremowej do drżenia. Ukuł w serce, wymuszając na nim przyspieszenie bicia. Nie mogła dłużej tego słuchać. Na pysk cisnęły się jej okropne słowa. Była tak blisko i jednocześnie tak daleko od powiedzenia jej ich prosto w twarz. Konsekwencje i lęk przed jej gniewem boleśnie zaciskały jej pysk. 
— Niedługo zacznie się wasz trening i zostaną wam przydzieleni mentorzy. Nie chcę być matką życiowych pokrak i niedołęg. Oczekuje od was, wymagam, żebyście się temu całkowicie poświęcili. Od was zależy, czy na dźwięk waszych imion koty wciąż będą myśleć o nędznych wronich strawach, czy może o prawdziwych wojownikach budzących respekt. O takich, na których widok łapy same się uginają. Rozumiecie, prawda? — kończąc zdanie ściągnęła ze swojego pyska ironiczny, paskudny uśmiech i wróciła do dawnego, pogardliwego i chłodnego wyrazu pyska.
— Rozumiemy, tak — skinął głową Mniszek. 
— Tak — potwierdził Skrzyp.
Strzepnęła ogonem gniewnie, podrzucając do góry kurz ostały na podłodze. Ich ślepota, w parze z głupotą budziła w niej paskudne emocje. Nie byli w stanie przejrzeć na oczy. Nie zdawali sobie sprawy z tego, co się działo. Wciąż widzieli we Fretce kogoś dobrego. Kogoś, za kim warto było iść. Kogoś, kogo warto było słuchać. Traciła już wszelką nadzieję. Nie potrafiła otworzyć im oczu. Obnażyła kły w srogim gniewie, starając się nie dać łzom napłynąć do oczu. Uwięziona, błądząc w w bezkresnym lesie, poddawając się bezsilności.
— A ty, Iskro? Zamierasz się odezwać, czy może wciąż nosić przy swoim imieniu łatkę wroniej strawy i życiowej pokraki? — warkot wdarł się do jej uszu.
Wzrok liliowej był dla niej jedną z najgorszych kar. Nie była w stanie zdefiniować dokładnie tego, co czuła, gdy znajdował się on na jej futrze, pysku czy oczach. Lęk, gniew i ból mieszały się ze sobą, nie dając jej żadnej szansy na okiełznanie uczuć. Były zbyt silne. Okropne, paskudne i niszczące. Za wielkie na jej możliwości. Coś ciężkiego ciągnęło za jej szczękę i otwierało ją, zmuszając do powiedzenia czegoś, co w zwyczajnej sytuacji nie przeszłoby jej przez gardło. Szpony lęku zawładnęły jej pyskiem.
— Tak — jej własne miauknięcie sprawiło jej niewyobrażalny ból.
Nie chciała tego mówić. Nie chciała się jej poddawać. To uczucie jednak brało nad nią górę. Bardzo obawiała się gniewu matki. Panicznie się go bała. Drżała na samą myśl o kolejnym drapnięciu, krzyknięciu i niszczących słowach. Zarzucając uszami do tyłu, zwróciła łeb w kierunku ściany. Nie mogła teraz płakać. Nie w tym momencie. 

25 kwietnia 2023

Od Iskry

 — Mamo, opowiesz nam bajkę? 
Ciche piśnięcie wdarło się do uszu małej szylkretki. Natychmiast wywróciła oczami. Wszystko, tylko nie bajki tej zrzędliwej gnidy. To nawet nie były bajki, tylko okropnie nudne twierdzenia o jej obrzydliwych racjach. Nikogo o zdrowych zmysłach to nie interesowało. Ale oczywiście jej nędzne rodzeństwo było wpatrzone w nią jak obrazek i słuchało jej gadaniny jak boskiej pieśni. Nie cierpiała ich. W każdym momencie życia pragnęła trzasnąć pazurami prosto w ich przesiąknięte wykładami Fretki łby. Stara raszpla. Tak bardzo pragnęła się od niej odciąć. Nie mając innego wyjścia, uczyła się samodzielności od pierwszych chwili życia. Ale oczywiście nie pozwalali jej z niej korzystać. Była jedynie głupim kocięciem, przywiązanym w matki łańcuchem. Ostatnio nawet upolowała jakiegoś robaka, który zabłądził do kociarni. Nie miała jednak okazji go skosztować — został rozkruszony przez wielkie łapsko liliowej zrzędy. Wszystko jej niszczyła! Nie szło jej dogodzić. Każda rzecz, którą robiła, była zła. Działa na własną łapę? Źle. Prosiła o pomoc? Jeszcze gorzej! I tak bez przerwy. Zrezygnowała więc z prób uszczęśliwiania jej. 
— Mogę opowiedzieć — wydał się pomruk. — Pod warunkiem, że wasza postawa nie będzie lekceważąca. Nie zamierzam tracić czasu na coś tak głupiego i jeszcze nie otrzymać niczego w zamian.
Prześmiewczo naśladowała ruchy jej pyska, by zaraz potem ponownie położyć głowę na chłodnej ziemi. Zatkała łapkami uszy. Nie chciała słuchać tych bzdur. Jęknęła pogardliwie i skuliła się mocniej, odwracając od reszty kotów. Jeszcze czego. Nie dość, że musi tego słuchać, to jeszcze musiałaby gapić się na te żałosne małe pyski, tak głupie, by nie zrozumieć, że ich matka jest paskudnym rodzicem. Kremowa przymknęła oczy, podejmując się próby zaśnięcia.
— Skoro już opowiadam, może ty Iskro, łaskawie byś się podniosła i posłuchała? Później tylko narzekasz, jak źle i tragicznie ciebie traktuje — z pyska liliowej karmicielki wydał się warkot. 
Natychmiast otworzyła oczy. W życiu! Jeszcze znowu ją skopie, tak jak zrobiła, kiedy jako malutkie kocie przyczołgała się do niej i poprosiła płaczem o jedzenie... Wciąż miała siniaka. Nie była jej potrzebna jej żadna idiotyczna gadanina. Jedyne, czego potrzebowała, to cisza i spokój, a najbardziej — odcięcia się od Fretki.
— Nie chce — mruknęła z dosadną obojętnością, nie ruszając się z miejsca. 
— Myślisz, że mnie to interesuje? Masz przyjść i koniec dyskusji. Nie obchodzi mnie to, czy chcesz, czy nie. Nie mam zamiaru później wysłuchiwać żali. Staram się wystarczająco, a ty to lekceważysz. Dziwisz się później, że nie zwracam na ciebie uwagi, smarku — syknęła, drażniąc uszy szylkretowej koteczki.
"Staram się wystarczająco"
Zjeżyła sierść na karku. Warknęła cicho i gniewnie zacisnęła zęby. Dłużej tego nie zniesie. Tych obrzydliwych, chorych kłamstw. Nazywania jej smarkiem. Serce zabiło jej szybciej. Poderwawszy się z ziemi, strzepnęła ogonem. Wściekłym tupotem zniszczyła swoją bezpieczną bańkę, w której ukrywała się przed wrzaskiem matki. Wyszczerzyła kły, podkreślając swoją złość. Żłobek zadrżał. Kremowy kociak stanął na samym środku, tuż po łapami karmicielki. 
— Ty się starasz? Słyszysz, co mówisz? — rzuciła głośno, wbijając malutkie pazury w podłoże. — Mam dość nazywania mnie smarkiem i trakotwania mnie jak najgorszą istotę na świecie. Przestań przekłamywać rzeczywistość. Nigdy ci nie narzekam. Być może teraz jestem dla ciebie jedynie głupim kocięciem, lecz wiedz, że mimo tego i tak nigdy ze mną nie wygrasz — zakończyła syknięciem.
Zrobiła to. Powiedziała jej to prosto w twarz. Dreszcz przebiegł po całym jej ciele. Udało jej się. Zebrała się na odwagę. Mimo, iż była świadoma możliwych konsekwencji, nie zawahała się nawet na chwilę. Wbiła wzrok w ciemne oczy kotki. Widziała, jak tlił i kotłował się w nich gniew. Nawet nie drgnęła. Ktoś w końcu musiał jej to powiedzieć. Drażniła swoją obecnością jej ślipia. Dręczyła je. Drapała. Wydrapywała. Niszczyła ją. Grała w paskudną grę z jej samokontrolą. Uśmiechnęła się lekko, podle i triumfalnie. Wygra.
Wtem, cała jej pewność siebie runęła jak domek z kart. Blask jej długich pazurów to jedyne, co w tym momencie zobaczyła. W brutalny sposób, jej odwaga zawaliła się pod pazurami Fretki. Kremowa gwałtownie uderzyła w podłoże z piskiem. Wiła się, kręciła, próbowała uwolnić — wszystko na nic. Liliowa łapa gniotła jej mizerna szyję. Nie była w stanie złapać oddechu. Serce biło jej ze zdwojoną siłą. Pragnęło wyskoczyć z ciała na zewnątrz. Zduszony krzyk wypełnił kociarnię. Po raz kolejny przegrała. Nienawidziła jej. 

07 kwietnia 2023

Od Iskry

Niedługo po tym, jak przyszła na świat

Znikome promienie słońca wdarły się do żłobka. Jasna, słoneczna plama zalała podłoże, drażniąc oczy malutkiej szylkretki, która dokładała wszelkich starań, by dotrzeć do liliowego futra królowej. Brzuszek niemiłosiernie burczał jej z głodu. Czołgała się i wiła — wszystkie jej starania były na nic. Pozornie krótka droga dłużyła się w nieskończoność, sprawiając jej drobniutkim łapkom ból. Umęczona wędrówką koteczka zaskomlała cichutko, wciąż dzielnie próbując dotrzeć do celu. Niewyraźny, jasny kształt będący karmicielką był już coraz bliżej. Mimo okropnego zmęczenia nie zamierzała się poddać. Tułała się jeszcze przez moment, używając całej mocy ukrytej w swych wątłych łapkach. Wkrótce o jej jaskrawe futerko otarło się coś miękkiego, a głośne kwilenie przestało uchodzić z jej pyszczka. W żłobku nastała cisza. Koteczka przysunęła się do puchatego brzucha matki, marząc już tylko o pełnym brzuszku. 
Jej marzenie się jednak nie ziściło.
Masywna łapa karmicielki uderzyła w chucherkowate ciałko kocięcia. Malutka koteczka straciła równowagę i poturlała się kawałek dalej, przeraźliwie skowycząc. Chwilowa cisza została przerwana łkaniem. Piekące uczucie rozlało się po całym jej ciele, a w jej małych, jasnych ślipiach zebrały się łezki. Piszczała, próbując wyzbyć się okropnego uczucia. Ból jednak nie ustępował. Kontynuowała zdzieranie krtani, nie mogąc od niego uciec. Trzepotała kończynami, nieumiejętnie próbując wstać. Licząc się z niepowodzeniem, skuliła się i zapłakała cicho. Straciła już nadzieję. Uczucie głodu przestało być dla niej ważne. Jedyne, czego w tej chwili pragnęła, to ustąpienie bólu. Nie było dane jej wiedzieć, dlaczego kocica postąpiła tak, a nie inaczej. Nie była w stanie tego pojąć. Zrobiła coś nie tak? Czym sobie zasłużyła?