— P-pomału, Wesoła Łapo — miauknęła, siląc się na słaby uśmiech. — Jeszcze do mnie to nie dotarło, że zostanę mamą. To wszystko jest... dziwne...
Wesoła Łapa oparła się przednimi łapkami o posłanie Fląderki, nachylając się w jej stronę.
— To nie jest dziwne! To jest powód do radości! Kociarnię wypełni śmiech i tupot małych łapek. A ja będę się z nimi bawić! Obiecuję! Tą kulką mchu! A jak ją zepsują, to przyniosę im inną! Z kociętami Łezki również będę się bawić, żeby im smutno nie było!
Fląderka nie była pewna, czy koteczce uda się spełnić składaną obietnicę. Nie miałaby nic przeciwko temu, aby Rzekotka bawiła się z jej kociętami, ale nie była pewna, czy Zmierzchająca Fala nie będzie miał nic przeciwko temu. Nie chciała, aby relacja kotki między ojcem uległa pogorszeniu z jej powodu.
— Będziesz się mogła bawić z nimi, kiedy tylko chcesz, jak już się urodzą. Ale musisz obiecać, że nie będziesz się z ich powodu rozpraszać i zaniedbywać trening, dobrze? — Uśmiechnęła się. Wesoła Łapa była przecież uczennicą księcia, więc musiała szybko się mianować, aby nie rozczarować zarówno swego mentora, jak i lidera. Ale może właśnie tego Fląderka potrzebowała w tym momencie? Kota, który cieszył się z istnienia czwórki kociąt, których matką był odrzutek? — Dzisiaj ćwiczyłaś wspinaczkę na drzewa, tak? — spytała, na co Wesoła Łapa energicznie pokiwała głową. — Ja nigdy się nie wspinałam. Nie próbowałam, bo tego nie potrzebowałam jako odrzutek. Jakie to uczucie?
Gdyby Fląderka miała dokładniejszą wiedzę na temat przebiegu porodu, nigdy przenigdy nie pisałaby się na kocięta.
Pierwsze skurcze zaczęły się tuż po wschodzie słońca, dokładnie dzień po ślubie Urodziwego Szafirka i Przypalonego Kasztana. Odrzutek nie potrafił znaleźć sobie miejsca, kręcąc się niespokojne wokół swojego posłania. Wchodziła na nie, by po chwili ponownie stanąć na twardym podłożu. Bijący chłód od ziemi pomagał jej poradzić sobie z nasilającym się bólem, jednak koniec końców musiała użyć patyka do odwrócenia uwagi od bólu, na którym zacisnęła swoje zęby.
Gąbczasta Perła powiedziała jej, że każdy poród wygląda inaczej, a jego czas w głównej mierze będzie zależał od tego, czy jest to pierwszy, czy któryś z kolei poród kocicy, od jej wieku, jak i od ilości oraz wielkości kociąt, których się spodziewa. A czekoladowa szylkretka przecież spodziewała się czwórki kociąt, najprawdopodobniej normalnej wielkości, jednak miała wrażenie, że jej poród trwał nie dzień, nie kwadrę, a wieczność. Do jej ucha docierały z opóźnieniem głosy medyków, jak i piastuna.
Pierwsze kocię, które pojawiało się na świecie, było malutką koteczką o biało-rudawym zabarwieniu futerka. Jej końcówki rudych uszu były pokryte delikatnym meszkiem, który w przyszłości zamieni się w pełnoprawne pędzelki. Właśnie uszy, posiadała ich komplet. Z tego, co udało się Fląderce zaobserwować, nim kolejny skurcz dał o sobie znać, niczego nie brakowało jej małej córeczce. W oczach odrzutka była idealna.
Kolejna na świecie pojawiła się czarno-biała koteczka o dymnej odmianie futerka. Księżniczka, można by rzec! Fląderka była za bardzo skupiona na tej maleńkiej równie, a nawet może i trochę bardziej idealnej co wcześniejsze kocię istotce, której nie miała prawa urodzić. Była przecież kotem zrodzonym z błota, więc nie miała prawa urodzić kocięcia utkanego z gwiazd oraz z nocnego nieba. Nerwowo poruszyła pyskiem, nieco rozluźniając uścisk szczęki na patyku. Kociak marszczył nosek w ten sam charakterystyczny sposób, co Centuriowa Łapa, podczas czyszczenia jego futerka przez medyka.
Odrzutek ukradkiem przeniósł spojrzenie z córki na Gąbczastą Perłę, na której pysku była jawna konsternacja.
— Jeszcze dwa... Klekoczący Bocianie, jak skończysz wylizywać kocię, podaj mi liście maliny. Złocisty Widliku... — Tym razem medyczka zwróciła się do piastuna, który gładził językiem grzbiet biało-rudej koteczki. Fląderka nie zdołała usłyszeć słów, które opuściły pysk księżniczki; narastający ból odebrał jej chwilowo zmysł słuchu. Mocniej zacisnęła szczękę na patyku, który po pięciu uderzeniach serca pękł pod siłą nacisku szczęki odrzutka.
Przedostatnim kociakiem był tym razem kocurek, którego futerko było zabarwione na buro. Półdługie futerko jej syna były poprzecinane przez czarne pręgi, a jego maleńkie ciałko ozdobione było białymi znaczeniami. W szczególności uwagę przyciągała plama w postaci rombu znajdująca się na jego mordce. Również jak swoje dwie siostry posiadał zakończone pędzelkami małe uszka, chociaż aktualnie wyglądały po prostu jak rzadkie długie kępki śmiesznie sterczącego futerka. Być może, gdyby jego futerko w większości zajmował rdzawy kolor, zdecydowałaby się nazwać go po swoim wygnanym bracie, aby mogła go mieć przy sobie, jak swoją siostrę.
Czwarty kociak okazał się srebrzysto brązowo-biały i również był kocurkiem. Podobnie, jak i sama Fląderka pojawił się na świecie jako ostatnie kocię z miotu. Odrzutek pomimo zmęczenia, ostrożnie sięgnął po kocurka i tym razem samemu zaczął czyścić jego jasne futerko. Ostrożnie i delikatnie posuwała językiem po brązowym grzbiecie, powstrzymując napływające do oczu łzy. Tym razem nie z bólu, a z poczucia winy, że to przez nią jej mały synek posiada taki, a nie inny kolor futerka. Co prawda nie był to brąz w ciemnym odcieniu, a jaśniejszy, nawet od odcienia futerka Pyzy, wchodzący nieco w ton lilii, lecz ciemniejsze pręgi zdradzały prawdziwe umaszczenie kocurka.
Nie potrafiła zrozumieć, dlaczego barwa futerek jej kociąt była aż tak różnorodna, od głębokiej czerni, przez śnieżnobiałą biel, pospolity bury, aż po srebrzysty błotnisty odcień. Kocur, który był ich ojcem, był w większości biały, co wyjaśniało wygląd w większości białej koteczki, ale jego szarawe łaty były poprzecinane przez czarne pręgi. Oprócz rudzinki żadne z kociąt go nie przypominało, przynajmniej na ten moment. Może w przyszłości, gdy już otworzą oczka i niebieski kolor zaniknie, któreś z nich będzie miało kolor oczu po nim? Kontynuując pielęgnację syna, ostrożnie okryła ogonem pozostałe kocięta, aby zapewnić im ciepło.
— C-czy Centuria będzie miała możliwość zostania wojowniczką? — spytała Klekoczącego Bociana, który spojrzenie miał utkwione w wyjściu ze żłobka. W pierwszej chwili zmarszczył pysk, obrzucając Fląderkę zirytowanym spojrzeniem. W końcu jednak nieco go rozluźnił i przeniósł spojrzenie na kocięta, a dokładniej to, którego futerko było czarne.
— Centuria? — powtórzył dla pewności. Wybór imienia dla czarno-białej córki musiał być nieco mylący, zważywszy na fakt, że Centuriowa Łapa była liliową szylkretką. — Nie wiem. Ta decyzja będzie zależeć od Mandarynkowej Gwiazdy, a nie ode mnie.
Fląderka skinęła głową i przeniosła spojrzenie na pozostałe kocięta znajdujące się u jej boku. Wiedziała, że z powodu roli, jaką pełniła w klanie, maluchy będą miały nikłą szansę na rozpoczęcie treningu. Jednak jeśli istniał cień szansy na to, aby mogły do niego przystąpić i w przyszłości zostać wojownikami, chciała, aby to właśnie Centuria oraz jej dwójka rodzeństwa mogły dostąpić zaszczytu ceremonii uczniów. Aby mogły mieć w miarę normalne życie, bo w pełni nie będą mogły się nim cieszyć z powodu, że ktoś taki jak ona jest ich mamą.
— Centuria... Wełnianka... — zamruczała, nadając imiona swoim córeczkom. Spojrzenie zatrzymała na kocurku spokojnie pijącego jej mleko. — Lipieniek.
Przeniosła spojrzenie na synka, którego nadal trzymała pomiędzy swymi przednimi łapkami. Nachyliła się do niego i delikatnie dotknęła pyskiem jego policzka. Widziała, że kocurek najpewniej nie będzie miał możliwości przystąpienia do treningu, tym bardziej po sytuacji z udziałem Mysiomózgiej Łapy i borsuków, jak i przez fakt, że jego futerko w większości było pokryte brązem oraz przez fakt bycia synem odrzutka. Zbyt dużo rzeczy były przeciwko temu, aby to maleństwo mogło samo obrać ścieżkę, którą by chciało. Było pewne, że tak jak i ona, zostanie w przyszłości odrzutkiem. Teraz tylko Fląderce pozostało przygotować synka na nadejście przyszłości i zadbać o to, aby zaakceptował swój los, który sama mu zgotowała.
— Przepraszam, Komarze. To moja wina. — Mówiąc to, złapała kociaka za fałdę skóry i ostrożnie odstawiła go bliżej swojego boku, aby mógł zacząć ssać mleko jak jego rodzeństwo. Uspokajająco polizała go po ogonku. — D-dziękuję Gąbczasta Perło za pom... — urwała, dostrzegając spojrzenie medyczki, którym była przez nią obdarowywana, czy właściwie kociak, który pojawił się na świecie jako ostatni. Po skupieniu oraz konsternacji na jej czarnej mordce nie było śladu. Została zastąpiona przez nowe oblicze, które do tej pory najczęściej widziała na pysku Różanej Woni. Odrazą, ale również coś jeszcze. Fląderka wręcz instynktownie skryła kocięta przed spojrzeniem brązowych oczu medyczki, niepewnie przenosząc spojrzenie na Złocistego Widlika i Klekoczącego Bociana. W przeciwieństwie do kocicy, wyglądali, jakby pragnęli wrócić czym prędzej do swoich zadań, które zostały przerwane przez poród odrzutka, tracąc najzwyczajniej w świecie zainteresowanie Fląderką oraz jej młodymi.
Kilka kotów ukradkiem decydowało się zajrzeć do żłobka, aby na własne oczy zobaczyć czarną-białą córkę Fląderki. Jednym z tych kotów był Siwa Czapla, który nie dowierzał temu, co usłyszał od innych wojowników. Kocur był nieco podobny do odrzutka, nie ze względu na kolor futra, a mianowicie jeśli chodzi o braki części ciała — nie posiadał jednego oka. Fląderka nie kojarzyła, czy wojownik miał tak od urodzenia, czy może stoczył z kimś potyczkę, podczas której stracił oko. Jedno było pewne, jego obecność w kociarni w najmniejszym stopniu nie odpowiadała Fląderce, a tym bardziej uszczypliwe komentarze, którymi dzielił się z Senną Łzą oraz Złocistym Widlikiem. Kocur doszukiwał się udziału Mrocznej Puszczy przez fakt, że Fląderka będąca czekoladowym szylkretem i w dodatku odrzutkiem urodziła czarną koteczkę. I o dziwo Fląderka po raz pierwszy nie chciała słyszeć takich bluźnierstw! Ją mógł obrażać, ale nie Centurię, która porównał do pomyłki!
— M-mylisz się, Siwa Czaplo — miauknęła. Wpatrywała się w wojownika pełnym żalu spojrzeniem. Takich uwag spodziewała się po medykach, którzy mogliby doszukiwać się jakiegoś znaku, ale nie po niebieskim kocurze. Tym bardziej że Siwa Czapla wydawał się blisko z księciem, jak i wierzył w nieomylność Klanu Gwiazdy. Przynajmniej tak sądziła. Doszukiwania się złych omenów powinien zostawić Gąbczastej Perle oraz Klekoczącemu Bocianowi. Bo skoro nie przejęli się jej wyglądem, wychodziło na to, że jest to coś, co może się po prostu zdarzyć. Chociaż z tego, co udało jej się zauważyć, większym zainteresowaniem medyczka darzyła jej brązowego synka niż czarną córeczkę, co, szczerze mówiąc, zaczynało ją martwić. — Nad Klanem Nocy czuwa Klan Gwiazdy oraz rodzina królewska. Wspólnie sprawują pieczę nad nami. D-dla mnie Centuria jest darem od Srebrzystej Skóry. B-być może przodkowie chcieli, abym to ja ją urodziła... nie wiem czemu, ale skoro jest tutaj, oddycha, a jej małe serduszko bije, to znaczy, że taka wola była Klanu Gwiazdy... — Spojrzała się z czułością na ślepe kocie, jednak w głębi serca czuła również gorycz. Martwiła się o przyszłość swoich kociąt. Nie mogły przecież wybrać swojej matki, a jednak Przodkowie zdecydowali, aby to ona, a nie kto inny, został ich mamą. — Inaczej nie pozwoliliby się jej narodzić.
Kocur miał coś odpowiedzieć, gdy w wejściu żłobka pojawił się bardzo dobrze znany Fląderce niebieski pysk. Wesoła Łapa trzymała średnich rozmiarów rybę i z zaciekawieniem rozglądała się po kociarni. Gdy jej spojrzenie spoczęło na Fląderce, w paru podskokach zbliżyła się do niej. Z uśmiechem na pysku odłożyła zdobycz przed posłaniem i bez większego skrępowania nachyliła się w stronę kociąt znajdujących się u boku Fląderki.
— Raz... dwa... trzy... — urwała, wpatrując się jak zaklęta w Centurię. — Cztery! Mały odrzutek i mała księżniczka! W jednym miocie! Widzisz to, Siwa Czaplo? Widzisz? Niesłychane!
— Centuria nie jest księżniczką... — szepnęła Fląderka. Może i do złudzenia koteczka wyglądała jak królewski potomek, jednak nie miała w sobie ani grama książęcej krwi. Ani tym bardziej krwi wnuka Wężynowego Kła. — Centuria jest Centurią. Moją córeczką...
— A ten kociak ma kolorowe uszy i ogonek, podobnie jak ma Klekoczący Bocian! Widzisz to, Siwa Czaplo?
— Widzę, Wesoła Łapo.
Fląderka nachyliła się do Wełnianki, zaintrygowana uwagą Wesołej Łapy. Gdyby jej futerko było czarne, a nie rude, byłaby do niego jeszcze bardziej podobna.
— A ten jest chudy jak patyk! I się dziwnie kołysze... Widzisz to...
— Widzę. Widzę to, Wesoła Łapo.
Zmarszczyła nosek, niezadowolona, że starszy kocur jej przerwał i o mało nie sprawił, że jej radość zgasła.
— To jest Centuria, tak? — wskazała na czarną kotkę — A jak reszta ma na imię?
— Wełnianka, Lipieniek oraz Komar. Lipieniek to ten kocurek o burej barwie futerka, a Komar ma jasnobrązowe futerko.
— I pięć... — mruknął Złocisty Widlik, zerkając na niebieską kotkę, podsuwając do boku Fląderki Pyzę, a już po chwili również i Bzyczek znalazł się koło czwórki jej biologicznych nowonarodzonych dzieci. — I sześć. Milczek będzie karmiony przez Senną Łzę.
Czyli jednak jej mleko nie służyło kremowemu kocurkowi. Skinęła głową, dając znać, że rozumie.
— Czy z tym kocięciem jest wszystko w porządku? — podjął Siwa Czapla, wskazując pyskiem na Wełniankę, na której od dłuższego czasu skupiał spojrzenie. Do tej pory kotka leżała spokojnie, a od dwóch uderzeń serca coś się zmieniło w jej zachowaniu. Wszystkie pary oczu spoczęły na malutkiej kotce. — Pójdę po medyka... A nie mówiłem? — zwrócił się do Sennej Łzy, siląc się na szept. — Zaraz się okaże, że wszystkie są przeklęte, chore lub jest z nimi coś jeszcze nie tak, bo są kociętami odrzutka.
Wesoła Łapa oparła się przednimi łapkami o posłanie Fląderki, nachylając się w jej stronę.
— To nie jest dziwne! To jest powód do radości! Kociarnię wypełni śmiech i tupot małych łapek. A ja będę się z nimi bawić! Obiecuję! Tą kulką mchu! A jak ją zepsują, to przyniosę im inną! Z kociętami Łezki również będę się bawić, żeby im smutno nie było!
Fląderka nie była pewna, czy koteczce uda się spełnić składaną obietnicę. Nie miałaby nic przeciwko temu, aby Rzekotka bawiła się z jej kociętami, ale nie była pewna, czy Zmierzchająca Fala nie będzie miał nic przeciwko temu. Nie chciała, aby relacja kotki między ojcem uległa pogorszeniu z jej powodu.
— Będziesz się mogła bawić z nimi, kiedy tylko chcesz, jak już się urodzą. Ale musisz obiecać, że nie będziesz się z ich powodu rozpraszać i zaniedbywać trening, dobrze? — Uśmiechnęła się. Wesoła Łapa była przecież uczennicą księcia, więc musiała szybko się mianować, aby nie rozczarować zarówno swego mentora, jak i lidera. Ale może właśnie tego Fląderka potrzebowała w tym momencie? Kota, który cieszył się z istnienia czwórki kociąt, których matką był odrzutek? — Dzisiaj ćwiczyłaś wspinaczkę na drzewa, tak? — spytała, na co Wesoła Łapa energicznie pokiwała głową. — Ja nigdy się nie wspinałam. Nie próbowałam, bo tego nie potrzebowałam jako odrzutek. Jakie to uczucie?
~~~
Pierwsze skurcze zaczęły się tuż po wschodzie słońca, dokładnie dzień po ślubie Urodziwego Szafirka i Przypalonego Kasztana. Odrzutek nie potrafił znaleźć sobie miejsca, kręcąc się niespokojne wokół swojego posłania. Wchodziła na nie, by po chwili ponownie stanąć na twardym podłożu. Bijący chłód od ziemi pomagał jej poradzić sobie z nasilającym się bólem, jednak koniec końców musiała użyć patyka do odwrócenia uwagi od bólu, na którym zacisnęła swoje zęby.
Gąbczasta Perła powiedziała jej, że każdy poród wygląda inaczej, a jego czas w głównej mierze będzie zależał od tego, czy jest to pierwszy, czy któryś z kolei poród kocicy, od jej wieku, jak i od ilości oraz wielkości kociąt, których się spodziewa. A czekoladowa szylkretka przecież spodziewała się czwórki kociąt, najprawdopodobniej normalnej wielkości, jednak miała wrażenie, że jej poród trwał nie dzień, nie kwadrę, a wieczność. Do jej ucha docierały z opóźnieniem głosy medyków, jak i piastuna.
Pierwsze kocię, które pojawiało się na świecie, było malutką koteczką o biało-rudawym zabarwieniu futerka. Jej końcówki rudych uszu były pokryte delikatnym meszkiem, który w przyszłości zamieni się w pełnoprawne pędzelki. Właśnie uszy, posiadała ich komplet. Z tego, co udało się Fląderce zaobserwować, nim kolejny skurcz dał o sobie znać, niczego nie brakowało jej małej córeczce. W oczach odrzutka była idealna.
Kolejna na świecie pojawiła się czarno-biała koteczka o dymnej odmianie futerka. Księżniczka, można by rzec! Fląderka była za bardzo skupiona na tej maleńkiej równie, a nawet może i trochę bardziej idealnej co wcześniejsze kocię istotce, której nie miała prawa urodzić. Była przecież kotem zrodzonym z błota, więc nie miała prawa urodzić kocięcia utkanego z gwiazd oraz z nocnego nieba. Nerwowo poruszyła pyskiem, nieco rozluźniając uścisk szczęki na patyku. Kociak marszczył nosek w ten sam charakterystyczny sposób, co Centuriowa Łapa, podczas czyszczenia jego futerka przez medyka.
Odrzutek ukradkiem przeniósł spojrzenie z córki na Gąbczastą Perłę, na której pysku była jawna konsternacja.
— Jeszcze dwa... Klekoczący Bocianie, jak skończysz wylizywać kocię, podaj mi liście maliny. Złocisty Widliku... — Tym razem medyczka zwróciła się do piastuna, który gładził językiem grzbiet biało-rudej koteczki. Fląderka nie zdołała usłyszeć słów, które opuściły pysk księżniczki; narastający ból odebrał jej chwilowo zmysł słuchu. Mocniej zacisnęła szczękę na patyku, który po pięciu uderzeniach serca pękł pod siłą nacisku szczęki odrzutka.
Przedostatnim kociakiem był tym razem kocurek, którego futerko było zabarwione na buro. Półdługie futerko jej syna były poprzecinane przez czarne pręgi, a jego maleńkie ciałko ozdobione było białymi znaczeniami. W szczególności uwagę przyciągała plama w postaci rombu znajdująca się na jego mordce. Również jak swoje dwie siostry posiadał zakończone pędzelkami małe uszka, chociaż aktualnie wyglądały po prostu jak rzadkie długie kępki śmiesznie sterczącego futerka. Być może, gdyby jego futerko w większości zajmował rdzawy kolor, zdecydowałaby się nazwać go po swoim wygnanym bracie, aby mogła go mieć przy sobie, jak swoją siostrę.
Czwarty kociak okazał się srebrzysto brązowo-biały i również był kocurkiem. Podobnie, jak i sama Fląderka pojawił się na świecie jako ostatnie kocię z miotu. Odrzutek pomimo zmęczenia, ostrożnie sięgnął po kocurka i tym razem samemu zaczął czyścić jego jasne futerko. Ostrożnie i delikatnie posuwała językiem po brązowym grzbiecie, powstrzymując napływające do oczu łzy. Tym razem nie z bólu, a z poczucia winy, że to przez nią jej mały synek posiada taki, a nie inny kolor futerka. Co prawda nie był to brąz w ciemnym odcieniu, a jaśniejszy, nawet od odcienia futerka Pyzy, wchodzący nieco w ton lilii, lecz ciemniejsze pręgi zdradzały prawdziwe umaszczenie kocurka.
Nie potrafiła zrozumieć, dlaczego barwa futerek jej kociąt była aż tak różnorodna, od głębokiej czerni, przez śnieżnobiałą biel, pospolity bury, aż po srebrzysty błotnisty odcień. Kocur, który był ich ojcem, był w większości biały, co wyjaśniało wygląd w większości białej koteczki, ale jego szarawe łaty były poprzecinane przez czarne pręgi. Oprócz rudzinki żadne z kociąt go nie przypominało, przynajmniej na ten moment. Może w przyszłości, gdy już otworzą oczka i niebieski kolor zaniknie, któreś z nich będzie miało kolor oczu po nim? Kontynuując pielęgnację syna, ostrożnie okryła ogonem pozostałe kocięta, aby zapewnić im ciepło.
— C-czy Centuria będzie miała możliwość zostania wojowniczką? — spytała Klekoczącego Bociana, który spojrzenie miał utkwione w wyjściu ze żłobka. W pierwszej chwili zmarszczył pysk, obrzucając Fląderkę zirytowanym spojrzeniem. W końcu jednak nieco go rozluźnił i przeniósł spojrzenie na kocięta, a dokładniej to, którego futerko było czarne.
— Centuria? — powtórzył dla pewności. Wybór imienia dla czarno-białej córki musiał być nieco mylący, zważywszy na fakt, że Centuriowa Łapa była liliową szylkretką. — Nie wiem. Ta decyzja będzie zależeć od Mandarynkowej Gwiazdy, a nie ode mnie.
Fląderka skinęła głową i przeniosła spojrzenie na pozostałe kocięta znajdujące się u jej boku. Wiedziała, że z powodu roli, jaką pełniła w klanie, maluchy będą miały nikłą szansę na rozpoczęcie treningu. Jednak jeśli istniał cień szansy na to, aby mogły do niego przystąpić i w przyszłości zostać wojownikami, chciała, aby to właśnie Centuria oraz jej dwójka rodzeństwa mogły dostąpić zaszczytu ceremonii uczniów. Aby mogły mieć w miarę normalne życie, bo w pełni nie będą mogły się nim cieszyć z powodu, że ktoś taki jak ona jest ich mamą.
— Centuria... Wełnianka... — zamruczała, nadając imiona swoim córeczkom. Spojrzenie zatrzymała na kocurku spokojnie pijącego jej mleko. — Lipieniek.
Przeniosła spojrzenie na synka, którego nadal trzymała pomiędzy swymi przednimi łapkami. Nachyliła się do niego i delikatnie dotknęła pyskiem jego policzka. Widziała, że kocurek najpewniej nie będzie miał możliwości przystąpienia do treningu, tym bardziej po sytuacji z udziałem Mysiomózgiej Łapy i borsuków, jak i przez fakt, że jego futerko w większości było pokryte brązem oraz przez fakt bycia synem odrzutka. Zbyt dużo rzeczy były przeciwko temu, aby to maleństwo mogło samo obrać ścieżkę, którą by chciało. Było pewne, że tak jak i ona, zostanie w przyszłości odrzutkiem. Teraz tylko Fląderce pozostało przygotować synka na nadejście przyszłości i zadbać o to, aby zaakceptował swój los, który sama mu zgotowała.
— Przepraszam, Komarze. To moja wina. — Mówiąc to, złapała kociaka za fałdę skóry i ostrożnie odstawiła go bliżej swojego boku, aby mógł zacząć ssać mleko jak jego rodzeństwo. Uspokajająco polizała go po ogonku. — D-dziękuję Gąbczasta Perło za pom... — urwała, dostrzegając spojrzenie medyczki, którym była przez nią obdarowywana, czy właściwie kociak, który pojawił się na świecie jako ostatni. Po skupieniu oraz konsternacji na jej czarnej mordce nie było śladu. Została zastąpiona przez nowe oblicze, które do tej pory najczęściej widziała na pysku Różanej Woni. Odrazą, ale również coś jeszcze. Fląderka wręcz instynktownie skryła kocięta przed spojrzeniem brązowych oczu medyczki, niepewnie przenosząc spojrzenie na Złocistego Widlika i Klekoczącego Bociana. W przeciwieństwie do kocicy, wyglądali, jakby pragnęli wrócić czym prędzej do swoich zadań, które zostały przerwane przez poród odrzutka, tracąc najzwyczajniej w świecie zainteresowanie Fląderką oraz jej młodymi.
~~~
— M-mylisz się, Siwa Czaplo — miauknęła. Wpatrywała się w wojownika pełnym żalu spojrzeniem. Takich uwag spodziewała się po medykach, którzy mogliby doszukiwać się jakiegoś znaku, ale nie po niebieskim kocurze. Tym bardziej że Siwa Czapla wydawał się blisko z księciem, jak i wierzył w nieomylność Klanu Gwiazdy. Przynajmniej tak sądziła. Doszukiwania się złych omenów powinien zostawić Gąbczastej Perle oraz Klekoczącemu Bocianowi. Bo skoro nie przejęli się jej wyglądem, wychodziło na to, że jest to coś, co może się po prostu zdarzyć. Chociaż z tego, co udało jej się zauważyć, większym zainteresowaniem medyczka darzyła jej brązowego synka niż czarną córeczkę, co, szczerze mówiąc, zaczynało ją martwić. — Nad Klanem Nocy czuwa Klan Gwiazdy oraz rodzina królewska. Wspólnie sprawują pieczę nad nami. D-dla mnie Centuria jest darem od Srebrzystej Skóry. B-być może przodkowie chcieli, abym to ja ją urodziła... nie wiem czemu, ale skoro jest tutaj, oddycha, a jej małe serduszko bije, to znaczy, że taka wola była Klanu Gwiazdy... — Spojrzała się z czułością na ślepe kocie, jednak w głębi serca czuła również gorycz. Martwiła się o przyszłość swoich kociąt. Nie mogły przecież wybrać swojej matki, a jednak Przodkowie zdecydowali, aby to ona, a nie kto inny, został ich mamą. — Inaczej nie pozwoliliby się jej narodzić.
Kocur miał coś odpowiedzieć, gdy w wejściu żłobka pojawił się bardzo dobrze znany Fląderce niebieski pysk. Wesoła Łapa trzymała średnich rozmiarów rybę i z zaciekawieniem rozglądała się po kociarni. Gdy jej spojrzenie spoczęło na Fląderce, w paru podskokach zbliżyła się do niej. Z uśmiechem na pysku odłożyła zdobycz przed posłaniem i bez większego skrępowania nachyliła się w stronę kociąt znajdujących się u boku Fląderki.
— Raz... dwa... trzy... — urwała, wpatrując się jak zaklęta w Centurię. — Cztery! Mały odrzutek i mała księżniczka! W jednym miocie! Widzisz to, Siwa Czaplo? Widzisz? Niesłychane!
— Centuria nie jest księżniczką... — szepnęła Fląderka. Może i do złudzenia koteczka wyglądała jak królewski potomek, jednak nie miała w sobie ani grama książęcej krwi. Ani tym bardziej krwi wnuka Wężynowego Kła. — Centuria jest Centurią. Moją córeczką...
— A ten kociak ma kolorowe uszy i ogonek, podobnie jak ma Klekoczący Bocian! Widzisz to, Siwa Czaplo?
— Widzę, Wesoła Łapo.
Fląderka nachyliła się do Wełnianki, zaintrygowana uwagą Wesołej Łapy. Gdyby jej futerko było czarne, a nie rude, byłaby do niego jeszcze bardziej podobna.
— A ten jest chudy jak patyk! I się dziwnie kołysze... Widzisz to...
— Widzę. Widzę to, Wesoła Łapo.
Zmarszczyła nosek, niezadowolona, że starszy kocur jej przerwał i o mało nie sprawił, że jej radość zgasła.
— To jest Centuria, tak? — wskazała na czarną kotkę — A jak reszta ma na imię?
— Wełnianka, Lipieniek oraz Komar. Lipieniek to ten kocurek o burej barwie futerka, a Komar ma jasnobrązowe futerko.
— I pięć... — mruknął Złocisty Widlik, zerkając na niebieską kotkę, podsuwając do boku Fląderki Pyzę, a już po chwili również i Bzyczek znalazł się koło czwórki jej biologicznych nowonarodzonych dzieci. — I sześć. Milczek będzie karmiony przez Senną Łzę.
Czyli jednak jej mleko nie służyło kremowemu kocurkowi. Skinęła głową, dając znać, że rozumie.
— Czy z tym kocięciem jest wszystko w porządku? — podjął Siwa Czapla, wskazując pyskiem na Wełniankę, na której od dłuższego czasu skupiał spojrzenie. Do tej pory kotka leżała spokojnie, a od dwóch uderzeń serca coś się zmieniło w jej zachowaniu. Wszystkie pary oczu spoczęły na malutkiej kotce. — Pójdę po medyka... A nie mówiłem? — zwrócił się do Sennej Łzy, siląc się na szept. — Zaraz się okaże, że wszystkie są przeklęte, chore lub jest z nimi coś jeszcze nie tak, bo są kociętami odrzutka.
<Wesoła? Kocięta urodzone, możesz się nimi zajmować>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz