BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niedźwiedzia Siła x Aksamitna Chmurka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niedźwiedzia Siła x Aksamitna Chmurka. Pokaż wszystkie posty

26 kwietnia 2024

Od Niedźwiedziej Siły CD. Aksamitnej Chmurki

Nie spodziewał się, że uzdrowicielka nie zechcę zapłaty. Naprawdę Aksamitka działała aż tak irytująco na inne koty? Jakoś tego na co dzień nie odczuwał. Może to kwestia przyzwyczajenia? Tak czy siak... Był bardzo z tego zadowolony! Darmowa opieka medyczna była w końcu w tych stronach rzadkością. Gorzej sprawa się miała z tym, że jeśli kotka znów zachoruje, będzie musiał szukać kogoś innego do pomocy, a w tych stronach... mało który samotnik znał się na schorzeniach. 
— Ale miła koleżanka, skąd ją znasz? — zagadnęła go pointka. — Wrócimy do niej jeszcze kiedyś? Proooszę! Bardzo ją polubiłam, a ona mnie chyba też! — stwierdziła z fascynacją.
Ah i co miał jej powiedzieć? Nie chciał burzyć jej idealnego świata, ale... to było miasto. Tutaj mało który kot był ze sobą tak blisko jak w klanie. Jeżeli chcieli przeżyć, Aksamitka musiała w końcu zrozumieć, że nie każdy ją lubił. 
— Popytałem trochę w okolicy i tak ją znalazłem. A co do kolejnego z nią spotkania... Mam nadzieję, że nie będzie konieczne — nie rozwodził się bardziej nad tą kwestią, co oczywiście nie zniechęciło kotki do pytań. Truła mu głowę aż do samej piwnicy, że powinni się spotkać, że to tak nieładnie poprosić o pomoc, a potem zerwać kontakt zwłaszcza, że uzdrowicielka podobno ją polubiła. Ah... Gdyby to było takie proste. Ale niestety... nic co mówił nie docierało do łebka szylkretki. Taka już po prostu była. 

***

Zbliżał się dzień, w który mieli wyruszać z powrotem na granicę z Klanem Klifu. Nareszcie przyszły roztopy, a ziemia przestała być zlodowaciałą pułapką. Ciężko było namówić Aksamitkę, aby przeczekali Porę Nagich Drzew, bo podróż mogłaby być niebezpieczna, ale się udało, chociaż kocica kręciła nosem. Jednak czegoś się od niej nauczył przez te księżyce wspólnego życia. A była to upartość spowodowana troską o jej życie. 
— Misiu... Jestem jakaś taka zmęczona po tym dzisiejszym dniu — Aksamitka ziewnęła. 
Sam też to poczuł. Czyżby starość tak szybko dała o sobie znać? Znał mało kotów w sędziwym wieku, ot jedynie te, które poznał w Klanie Klifu. Widział jednak, że często oddawali się krótkim popołudniowym drzemkom, aby nabrać sił. On... cóż... miał już ze sto księżyców! Tu w Betonowym Świecie to był niesamowity wiek. Takie koty uznawano za ekspertów w kwestii przetrwania, jednakże mało który staruszek chętnie dzielił się zdobytą przez księżyce wiedzą z obcymi. Może to przez wrodzoną ostrożność i nieufność? W końcu... gdy ciało przestaje się słuchać, droga do śmierci jest szybsza. Nie upoluje zwierzyny, nie da po mordzie napastnikom. Tak działał ten świat. 
Widząc, że ukochana się kładzie, również spoczął tuż obok niej. Przytulił ją swoimi łapami, pozwalając kotce wtulić swój nos w jego pierś. Ah, jak on ją kochał. Dał jej całusa w nosek, a ona uśmiechnęła się uroczo. Znów poczuł tą dziwną senność. Sklejała mu oczy, przez co nawet już nie widział szylkretki. Było mu tak przyjemnie i błogo. Czuł zapach jak i dotyk sierści kogoś kogo kochał. A kochał ją najmocniej na świecie. Gdy widział ten jej niewinny pyszczek, na którym jaśniał za każdym razem uśmiech, gdy go dostrzegła, był w stanie skoczyć za nią w ogień. Chciał ją uratować przed całym złem tego świata. Okryć swym ogonem, aby nikt nigdy jej nie skrzywdził. Prawie ją stracił, gdy Srokoszowa Gwiazda rozkazał mu ją zabić. Wtedy... wtedy pierwszy raz pomyślał o sobie. Nie zrobił tego. Uciekli. Uciekli, aby móc dalej żyć, by móc cieszyć się swoją bliskością już na zawsze. Był jej Misiem, a ona jego Aksamitką. Nawet jeśli miała głupie pomysły i zachowywała się nierozważnie jak na swój wiek, to miłość ich przy sobie trzymała. W końcu... To ona pokazała mu, że miał serce. Roztopiła w nim coś, o czym nie miał pojęcia, że istnieje. I chociaż skończyli na samym dnie, w tej obskurnej piwnicy w Betonowym Świecie, bez rodziny i znajomych, to żyli szczęśliwie. Bo mieli siebie. 
Żadne z nich nie spodziewało się, że to była ostatnia chwila na tym świecie. Mieli plany, mieli marzenia. Śmierć była jednak litościwa. Zabrała ich wspólnie, wtulonych w siebie niczym połączone kawałki dwóch przełamanych serc. Śnili wspólny sen, w którym zawsze byli razem. Bowiem nawet śmierć, która zapukała do ich drzwi, nie była w stanie rozdzielić tych dwóch dusz, nawet jeśli powędrowały w całkiem inne zaświaty. 
Bo mieli siebie w pamięci... na zawsze. 

Rip [*]

31 marca 2024

Od Aksamitnej Chmurki CD. Niedźwiedziej Siły

Żadne z jego słów jej szczerze nie przekonywało. Uparcie trzymała się swych racji, jednak postanowiła ich otwarcie dalej nie okazywać. Niestety, chociaż ona uważała, że powrót do Klanu Klifu był najbardziej genialnym pomysłem, na jaki mogła wpaść, tak on nie wiadomo czemu starał się ją od tego odwieść. Nie tęsknił za ich dziećmi? Albo za Pluskającą Krewetką? Oddałaby wiele, by znowu móc ujrzeć brązowe futerko przyjaciółki i jej roześmiany pysk, gdy raz po raz pacały się po grzbietach, wykrzykując przy tym "Berek!". Ciekawiło ją, czy Klifiacy dalej urządzali treningi w ten sposób. Srokoszowa Gwiazda bywał sztywny, ale na pewno nie mógł pozbawić członków własnego klanu tak wspaniałego i rozwijającego przeróżne umiejętności zajęcia.
— Aksamitko, proszę cię. — Usłyszała nagle zmęczony głos partnera, tuż nad swoim uchem. — Nie.
Zmrużyła oczy, spoglądając na niego z wyraźnym brakiem zrozumienia, o co tym razem może mu chodzić, skoro siedzi grzecznie i cicho.
— Ale co "nie"? — zapytała z lekkim bulwersem. Bardzo nie lubiła tego słowa. Kojarzyło jej się z odmową, a ona nienawidziła, gdy ktoś próbował jej czegoś zabronić. Po to było życie, by spróbować zrobić wszystko, na co ma się tylko ochotę.
— Nie kombinuj nic. Widzę, że nad czymś intensywnie rozmyślasz — westchnął, uśmiechając się słabo. — Znam cię. Zawsze, jak coś planujesz, to wysuwasz język — dodał ku jej zdziwieniu.
Nawet nie wiedziała, że tak robi. Z drugiej strony, bardzo rozczulało ją, że zwraca uwagę na takie drobnostki w jej zachowaniu. Dopóki nie będzie odciągał ją od spełnienia jej pomysłów, nie będzie jej to przeszkadzało.

***

Miała tendencje do wściubiania nosa tam, gdzie nie powinna. Odkąd tylko odzyskała siły, zaczęła zwiedzać okolice ich aktualnego miejsca pobytu. Nadmiar kurzu co chwilę drażnił jej nozdrza, przez co towarzyszącym jej w spacerach nieodłącznie dźwiękiem, było jej własne kichanie.
I przez swoje krótkie podróże, powpadało jej coś do lewego oka. Przez kilka dni dzielnie znosiła szczypanie, drapanie i wszelkie inne bóle, jakie dotykały jej ślepia. Oczywiście nie przyznała się Niedźwiedziej Sile. Starała się nie mrużyć paczałek, a jak już, to oba, by nie dostrzegł, że jedno z nich ma w sobie jakąś zarazę. Nie znała się na chorobach, ale cokolwiek się działo, nie mogło być aż tak źle.
Tak też myślała do dnia, w którym po przebudzeniu obraz zaczął jej się robić zamglony. Naprzemiennie przymykała oczy, do momentu, w którym nie załapała, że połowicznie oślepła.
— O rety, Misiu! — wykrztusiła, kładąc łapy na grzbiecie burego i trzęsąc nim na boki. — Pomocy! Ja nie widzę!
— Słucham? — wymamrotał zaspanym głosem, leniwie podnosząc głowę. — Aksamitko, ale masz zaczerwienione lewe oko... — zauważył ze zmartwieniem.
Zamrugała zaskoczona tymi słowami.
— O nie — wyjęczała. — I ono mnie właśnie boli od kilku dni! A teraz nic na nie nie widzę! O rajusiu, myślisz, że zmieniam się w Lśniącego Księżyca? On chyba nie był ślepy... — przypomniała sobie, choć strach narastający w jej sercu nie pozwalał jej pozbierać myśli. — Boję się... — przyznała.
Niedźwiedź wstał, przypatrując jej się z bliska.
— Jak to od kilku dni? Dlaczego nic nie powiedziałaś? — spytał z politowaniem.
Uśmiechnęła się niewinnie, drapiąc się łapą po łapie.
— Zapomniałam... — rzuciła z zawstydzeniem. — Ale dalej boli. I nie widzę. Co teraz? Co ja mam zrobić? Misiu, ratuj! — Wręcz zawołała, bo skoro ona ślepła, to on mógł głuchnąć, więc musiała się upewnić, że na pewno ją usłyszy.
Bury z westchnięciem objął ją ogonem i wyprowadził z ich schronienia. Od razu poczuła, jak chłód przenika jej ciało, więc przyległa mocniej do boku partnera, kryjąc pysk w jego futrze. Nie mogła mieć w życiu lepszego wsparcia, niż go. Był ciepły, ogromny i samoprzenośny, więc idealnie nadawał się na Porę Nagich Drzew.
Weszli przez dziwną dziurę w wysokiej ścianie, która przypominała wnętrze jaskiń z obozu Klanu Klifu. Pomimo ciągłego bólu, przyglądała się otoczeniu z zafascynowaniem. Było tu tyle dziwnych przedmiotów, których nawet nie potrafiła nazwać! Szczególnie podobały jej się rzeczy, które swoją strukturą przypominały legowisko wykonane z mchu, tylko o innych barwach. Skąd te miastowe koty brały kolorowy mech? Miała ochotę przetestować wygodę tego czegoś, co Niedźwiedzia Siła nazwał przy niej niegdyś "kocem", ale buras doprowadził ją do podstarzałej, jasnokremowej kotki, która miała na pysku wymalowane niezadowolenie.
— Dzień dobry! Jestem Aksamitna Chmurka! — przedstawiła się ze swym standardowym optymizmem, zadowolona, że przy okazji pozna kogoś nowego. Na pewno się zaprzyjaźnią i będą co kilka wschodów księżyca spotykać się na ploteczki.
Nieznajoma skrzywiła się i spojrzała pytająco na Niedźwiedzia, wręcz ignorując ją.
— Lewe oko ją boli i nie widzi na nie. Dasz radę jej pomóc? — spytał.
— Da radę, ale będzie cię to sporo kosztować — rzuciła, uderzając ogonem o ziemię. Bury jedynie przytaknął głową, a szylkretka mając dalej uśmiech przyklejony do pyska, czekała, jak uzdrowicielka się nią zajmie.
Kotka kręciła się dookoła niej, przeżuwając liście jakiejś śmierdzącej rośliny, a następnie robiąc z niej okład na oko. Aksamitka nieustannie starała się ją zagadać, jednak ta zbywała ją milczeniem. Nie zniechęcało to niebieskiej, jednak kremowa miała jej wyraźnie dosyć po pewnym czasie.
— Dobra, skończyłam — oświadczyła. — Wiesz co? Nie musisz mi niczym płacić. Po prostu obiecaj, że nie przyprowadzisz nigdy więcej tej męczydupy do mnie — burknęła, na co Aksamitka roześmiała się. Jakie urocze słowo! To było o niej?
Niedźwiedź znowu kiwnął głową i wyprowadził partnerkę z tego miejsca, a ta zaraz to zaczęła wesoło podskakiwać, czując, jak robi jej się lepiej.
— Ale miła koleżanka, skąd ją znasz? — zagadnęła. — Wrócimy do niej jeszcze kiedyś? Proooszę! Bardzo ją polubiłam, a ona mnie chyba też! — stwierdziła z fascynacją.

<Misiu?>
Wyleczeni: Aksamitna Chmurka

01 marca 2024

Od Niedźwiedziej Siły CD. Aksamitnej Chmurki

 Raczej wątpił, aby ten psychol porzucił swoje mordercze zamiary. Naiwność partnerki jednak go zadziwiała. Po tym wszystkim co przeszła i co ujrzała na własne oczy, wciąż nie wierzyła w to, że Srokoszowa Gwiazda mógł okazać się tym złym. 
Najwidoczniej był fałszywym przyjacielem. Zwodził cię, aby w odpowiednim momencie się ciebie pozbyć — zdradził jej swoje przypuszczenia co do jego osoby. Były na pewno dla kotki brutalne, ale na pewno prawdziwe. Jeżeli mu na niej zależało, nie pomyślałby nawet o tym, aby "zażartować" w taki sposób. On ją obalił! Zamknął w ciemnej jaskini bez pokarmu i czekał aż zimne skały wyssają z niej życie. I to miał być przyjaciel?! — Przypomnij sobie co ci zrobił. Jak uwięził. Jak cię głodował... — na wzmiankę o ich córkach, ból przeszedł przez jego pysk. Zostawili ich. Wiedział, że mogły cierpieć, ale ponad wszystko w tamtej chwili pragnął, aby Aksamitka była bezpieczna. Zresztą... ich dzieci były już dorosłe. Nie musieli skakać nad nimi jak przy młodych kociętach. Sama jednak myśl o tym, że mogło coś im się przez nich stać... była nie do pomyślenia. Nie chciał nawet dopuścić tego do siebie. 
— Spróbuje... Spróbuje się z nimi skontaktować. Ale nie możemy tam wrócić kochanie. To dla naszego dobra. Jeżeli wrócimy... być może tam zakończy się nasza historia. Pewnie już jesteśmy uznani tam za zdrajców — westchnął ciężko.
Aksamitna Chmurka wbiła w niego wielkie, smutne oczy, a po chwili ciszy, wstała i z pełną determinacją ogłosiła. 
— Idziemy misiu. Nie zamierzam stać w miejscu i się ukrywać. Tak nie może być. — Pokręciła głową. 
— Wiem, że ci się to nie podoba, ale proszę. Daj mi jeszcze parę dni. Musisz wrócić do formy. Wtedy... Wtedy wrócimy... — próbował ją namówić. 
— Obiecujesz? 
Czy mógł jej na to odpowiedzieć szczerze? Bał się, bał się tego co może się stać. Nie potrafił jednak jej odmówić. Wystarczyło jedno jego spojrzenie w jej piękne oczy, aby się w nich zatracić. I chociaż serce go bolało na myśl, że ją straci... Nie pozwoli, aby odeszła z tego świata jako pierwsza. To on był jej tarczą i zamierzał się poświęcić, gdyby wymagała tego sytuacja. 
— Tak. Obiecuję. 
Przytulił ją, a następnie pocałował w pyszczek. Obawy nie chciały go opuścić nawet przez chwilę. 

<Aksamitko?>

27 grudnia 2023

Od Aksamitnej Chmurki CD. Niedźwiedziej Siły

Obserwowała z wyraźnym obrzydzeniem przyniesionego przez kocura szczura. Szczerze doceniała jego poświęcenie, ale to stworzenie od samego początku było dla niej niezwykle odpychające. Zdawała sobie sprawę, że nie powinna wybrzydzać, jednak nie potrafiła tego jeść z uśmiechem na pysku. Nawet, jak próbowała jeść z zamkniętymi oczami, to robiło jej się niedobrze od samego zapachu.
— Masz na myśli Dwunożnych? — mruknęła, bardziej przyzwyczajona do tego określenia. — Nie Misiu, nie chciałabym. Chciałabym zostać z tobą — oświadczyła bez zawahania, kąsając niewielką część swojego dzisiejszego posiłku. Żuła to mięso tak, jakby miała je zaraz wypluć wprost pod łapy ukochanego.
— Przecież zamieszkałbym tam z tobą — zapewnił. — Aksamitko, jesteś niezwykle... urocza. Ktoś na pewno by cię przygarnął i zapewniłby tobie takie warunki, o jakich inne koty mogą tylko śnić.
Westchnęła, uciekając wzrokiem w bok. Spędzanie tu czasu nie było przyjemne. Szary, czy tam "Betonowy Świat", jak to Niedźwiedzia Siła miał w zwyczaju określać, nie był dla niej. Jedyne zapachy, jakie tu czuła, to krwi i stęchlizny, co nieraz przyprawiało ją o porządne bóle głowy.
Życie w klanach bywało trudne, szczególnie gdy w lasach ubywało zwierzyny w okolicy Pór Nagich Drzew, ale miało to swój urok. Byli wszyscy razem, w jednym miejscu, każdy się do niej uśmiechał (przynajmniej w jej mniemaniu wszelkie posyłane w jej stronę grymasy były oznakami radości), a kolory, które ją otaczały, były bardziej żywe. Zielone trawy, brązowe kory drzew, złociste piaski, pięknie błękitny nieboskłon...
Tu nawet niebo było inne. Brzydsze. Szarawe, przysłonięte chmurami. Słońca prawie że w ogóle nie widziała. A tak kochała jego żółtą barwę i ciepłe promienie, które czule opatulały jej ciało. Zmrużyła oczy, wyobrażając sobie, że znowu jest tą młodziutką koteczką, zwykłą wojowniczką, która jeszcze nie została wyznaczona na zastępcę. Ma swoją rodzinę u boku, oprócz zaginionego Wilczka, ale nadzieja, że się odnajdą, nie opuszcza jej ani na moment. Ma Daglezje, jeszcze nieuprowadzoną i doszczętnie zmanipulowaną przez Owocowy Las. Ma Lisi Ognik, która nie knuje obalenia jej i nie szemra o niej złych słów za plecami. Ma Urdzika, nieraz dziwacznego brata, którego jednak kochała. Może i Igłę, niezabraną jeszcze w objęcia Klanu Gwiazdy przez okropną i niepotrzebną zupełnie nikomu wojnę.
I ma mamę. Ukochaną mamusię, która zawsze wesprze ją dobrym słowem i nie powie niczego złego.
Z wszystkiego, co kochała, został jej tylko Niedźwiedź. Nie miała przy sobie ani rodziny, ani pięknych barw świata, które każdego dnia radowały jej oczy i ocieplały serce.
— Tęsknię za Klanem Klifu — oświadczyła, unikając kontynuacji tematu życia z Dwunożnymi.
Bury sprawiał wrażenie zmieszanego, jakby długo się wahał, jak odpowiedzieć jej na te słowa.
— Rozumiem, jednak nie było tam już dla ciebie bezpiecznie i musieliśmy opuścić te tereny — przypomniał jej delikatnie, zerkając na leżącego przy niej szczura, do którego jedzenia nie było jej spieszno. — Jedz Aksamitko, póki świeże.
— Nie jestem już głodna, dziękuję, możesz sobie go dojeść — odparła, podsuwając mu łapą posiłek pod nos. — Ale może teraz byłoby już bezpiecznie? Może trzeba tam wrócić i to zobaczyć? — palnęła, co spotkało się z gwałtowną zmianą wyrazu pyska kocura.
— Z całym szacunkiem Aksamitko, ale nie. Nie jest to ani trochę dobry pomysł — mruknął. — Zjedz może jeszcze trochę, prawie że nic nie ruszyłaś, a musisz wrócić do si...
— Skąd wiesz? — przerwała mu, zrywając się na równe łapy. Nagła nadzieja rozbudziła jej wnętrze. Poczuła przypływ energii, który niegdyś był nieodłączną częścią jej życia. — Może Srokoszek już zmądrzał i nie ma teraz takich głupich pomysłów, jak... mordowanie mnie? — zagadnęła. — Na pewno nie chciał mnie wtedy tak naprawdę zabić, kazałby ci przerwać w którymś momencie i powiedział, że to niewinny żarcik i już więcej tak nie zrobi. Byliśmy przyjaciółmi, to niemożliwe, by chciał mi zrobić krzywdę! — upierała się, tupiąc łapą ze złości. — I co z naszymi córkami? Może płaczą za nami z tęsknoty po nocy? Czują się niekochane? Powinniśmy iść i zobaczyć, czy wszystko z nimi w porządku — stwierdziła, unosząc wzrok na wyjście z ich schronienia. 

<Niedźwiedź?>

20 grudnia 2023

Od Niedźwiedziej Siły CD. Aksamitnej Chmurki

 Byli dogadani. Rybitwa wyglądał na wielce zadowolonego. A on? Cóż... Na ten moment postarał się nie martwić tym co przyniesie przyszłość. Liczyło się teraz dobro Aksamitki. Musiała dojść do siebie. 
Tak jak jego dawny mistrz obiecał, tak dostali schronienie. Jeden z samotników zaprowadził ich do opuszczonej piwnicy, niedaleko złomowiska. Znał to miejsce. Domostwo było zamieszkane przez Wyprostowanych, którzy pracowali nad blaszanymi rzeczami, które piętrzyły się na Poligonie. Patrząc jednak po wybitej szybie jak i masie pajęczyn, które powitały ich od progu, do tego miejsca nikt nie zaglądał. Znajdowało się tu pełno pudeł i jedna kanapa. Pomieszczenie nie było zbyt duże. Wyprostowany na pewno by tu nie zajrzał z własnej woli, więc mogli się ugościć w spokoju, że ktoś będzie zawracał im głowę. 
— Wybacz, że zostałaś wciągnięta w mój świat. Nie tego chciałem — mruknął, kiedy zostali już sami. Leżeli obok siebie na miękkiej kanapie, wtuleni w swoją sierść jak za dawnych czasów. 
— Jest dobrze, Misiu. Nie martw się — zapewniła go, chociaż słyszał po jej głosie, że była zmęczona. 
Potrzebowała pokarmu. Musiała powrócić do swojej radosnej strony, którą tak kochał. Dlatego też obiecał sobie, że tym razem sprawi, że jej świat na powrót nabierze kolorów. 

***

Chodził na akcje, o których zapomniał już przez to, że zasiedział się w Klanie Klifu. Nieważne czy padał deszcz, musiał stawić się na wezwanie i zlikwidować cele, które wskazał mu Rybitwa. Zawsze, gdy go widział, dostrzegał to zadowolenie, które błyskało w jego oczach. Na pewno musiał walczyć o niego z Entelodonem. Pamiętał, że pan miasta pragnął go dla siebie. To, że Rybitwie udało się dorwać go pierwszego, powodowało, że był nad nim górą. Chociaż wątpił, aby to się długo utrzymało. Samotnik był już na tyle podstarzały, że kiedyś odbierze go śmierć, a wtedy kto inny się o niego upomni.
Teraz jednak dostał gorączki. Jego ciało odzwyczaiło się od smrodu potworów i zaczęło go coś łapać. Na szczęście było coś pozytywnego w tym, że był cenny. Zioła dostał bez szemrania. Nie mógł w końcu być chory, gdy musiał wykonywać swoje obowiązki. Kto karmiłby Aksamitną Chmurkę, gdyby nie mógł polować? Zjadł je szybko, nawet nie krzywiąc się na ich obrzydliwy smak. Teraz wracał do domu z sporawym szczurem. Upolowanie go było ciężkie, ale nie był sam. Trzy koty dały radę powalić gryzonia, a mu trafiła się możliwość zabrania truchła - był w końcu sprawniejszy od swoich towarzyszy, więc dał z nim nogę nim ci się zorientowali, że ich podle wykorzystał. To było dużo mięsa, nie mogło się zmarnować. Powoli zaczynał myśleć jak samotnik. Liczyło się tylko własne przeżycie, a inni byli narzędziami do osiągnięcia celu. 
Otrzepał się ze strug deszczu, czując jak temperatura gwałtownie spadła. Najpewniej w nocy sypnie śniegiem. Na szczęście przytargał do piwnicy koce, które znalazł na śmietniku, a które służyły im za ciepłe gniazda. Akurat sztukę przetrwania miał nieźle obcykaną. Przeżyją Porę Nagich Drzew, wierzył w to. 
— Mam dla ciebie posiłek kochanie — zwrócił się do kotki, położywszy przed nią jeszcze ciepłe mięso. — Czy przemyślałaś to o czym mówiłem? — zapytał, przypominając jej ostatnią rozmowę, związaną z ich przeprowadzką w lepsze miejsce. — Nie chciałabyś zamieszkać z Wyprostowanymi? Daliby ci więcej niż jestem w stanie ci podarować. Mają zabawki, które tak uwielbiasz, pokarm, który się nie kończy i jest ciepło. 

<Aksamitko?>

Wyleczony: Niedźwiedzia Siła

08 listopada 2023

Od Aksamitnej Chmurki CD. Niedźwiedziej Siły

Wciąż nie mogła wyjść z szoku, jaki świat był dziwny poza terenami, na których dotychczas żyli. Na świeżo po opuszczeniu granic, było jeszcze kolorowo i pięknie. Nie dała rady przywyknąć do ciemności panującej wśród jaskiń, nieustannie tęskniła za naturalną światłem, jakie dawało jej słońce. Za świeżym powietrzem, wiatrem przenikającym przez futro i miękkim gruntem pod łapami.
W ich aktualnym miejscu pobytu dominowała brzydka i nudna szarość. Skrzywiła się nieznacznie, ale postanowiła być miła dla gospodarzy i nie chwalić się głośno swoją opinią. Najwyżej pomarudzi później Miśkowi do ucha, jak już będą sam na sam. Im dłużej przyglądała się buremu, tym bardziej przekonywała się, że przy jego stanie to wydarzenie będzie raczej odległe. Wyglądał jej zdaniem na straumatyzowanego, co miałoby sens, patrząc na to, jak spinał zawsze mięśnie, gdy opowiadał o swojej przeszłości.
Nie mogła zrozumieć tego wszystkiego. I to od samego początku. Ufała Srokoszowi, a ten po takim czasie i wielu, mile spędzonych chwilach, uczynił jej coś okropnego. Przez cały czas niewoli powtarzała sobie, że kocur się po prostu pogubił w życiu, że źle czynił z tęsknoty za Wilczym Zewem. Wyjście na zewnątrz, ten cały spacer, dały jej złudną nadzieję, iż ich spór został zakończony. Wszystko wróci do normy i będą szczęśliwi.
A niebieski okazał się jeszcze gorszy. Chciał ją zabić, jednak nie samodzielnie, a z łap jej własnego partnera. Delikatne mrowienie przeszło wzdłuż jej grzbietu, powodując, że lekko się skuliła. Naprawdę nie była w stanie tego pojąć. Ot tak porzucili życie w klanie, zostawili tam swoje córki, a ona swoje całe dotychczasowe życie.
Zerknęła po raz kolejny na Niedźwiedzia. Nie wiedziała, że przy jego trybie życia, sprzeciw wobec władzy był czymś niemalże niesamowitym. Nie pojmowała, jak bardzo się dla niej poświęcił.
Trudno było jej się przyznać przed samą sobą, że czuła się zmęczona. Odkąd Srokosz omal nie przerzucił jej na drugą stronę rzeczywistości, jedzenie w pysku miewała tak rzadko, że zdążyła zapomnieć smaków poszczególnej zwierzyny. Tak długie tkwienie w bezruchu również jej nie sprzyjało, bo teraz, po tym całym marszu, od klanu aż do miasta, łapy odmawiały jej posłuszeństwa i ciężko było jej nawet siedzieć.
Nie chciała jednak narobić partnerowi wstydu przed jego drugim ojcem. Wypadało godnie się zaprezentować, nawet jeśli ledwo co kontaktowała. Starała się utrzymać wzrok na poziomie pyska starszego, jednak łeb nieustannie ściągał ją do dołu.
Czemu tak naprawdę tu przyszli? Bury nic jej nie powiedział, a ona przez całą drogę nie miała sił pytać.
— Bardzo tu ładnie — wypaliła w końcu, nie chcąc, by ta dobijająca ją cisza trwała dłużej. — Zdecydowanie ma pan gust, wybierając takie miejsce na dom — dodała, najuprzejmiej jak tylko potrafiła.
— Dziękuję. A więc... Przejdźmy do ważniejszych spraw. Aksamitko... Rozumiem, że poszukujesz azylu, gdzie ci, co pragną twej śmierci, nie będą cię niepokoić, czyż nie? — zadał jej pytanie niebieski samotnik.
Zawahała się, niepewnie w końcu przytakując głową. Ona dalej nie pojmowała tego całego zajścia, więc zdecydowała się udzielać prostych odpowiedzi. A gdy kocur mówił o tym w taki sposób, brzmiało to jeszcze okropniej.
— No powiedzmy, że tak — odparła, chociaż miała wrażenie, że Srokosza nie interesował za bardzo jej los i nie pędziłby teraz w ślad za nimi, by dobić ją na środku jednej z tych przerażających dróg, po których jeździły potwory dwunożnych. — Mi i Niedźwiedziowi po prostu przyda się chwila pobytu w stałym miejscu — mruknęła, powstrzymując się z trudem od ziewnięcia. To byłoby niegrzeczna, rozszerzać tak paszczę przed dopiero co poznanym kotem.
— Możemy użyczyć wam schronienia, tam, gdzie nikt nie będzie was niepokoił, jednakże... — Tu przerwał i przeniósł wzrok na burego. — Wszystko ma swoją cenę. Będziecie pod moją ochroną tylko pod warunkiem, że użyczysz mi zdolności Niedźwiedzia. Raz w tygodniu będzie coś dla mnie załatwiał. Ot zwykła praca, która zapewni wam spokój.
— A — wykrztusiła, zerkając na partnera, który przez cały ten czas dziwnie się kulił. Nie wyglądał, jakby chciał się odezwać, a ona nie była pewna, co o tym sądzi. — Um, to chyba nie będzie dla ciebie problem, prawda Misiu? Ty lubisz wykonywać polecenia innych — zauważyła.
— Jeżeli taka twa wola, uczynię co w mojej mocy, by zapłacić tę cenę — odpowiedział pokornie. Rybitwa przez ten czas obserwował ich obu uważnie, w milczeniu przysłuchując się tej wymianie zdań.
— Czyli mam rozumieć, że jesteśmy dogadani? — Spojrzał na Aksamitkę, uśmiechając się lekko.
Szylkretka podkuliła bliżej siebie łapy. Jej pewność siebie została zabita przez księżyce spędzone w zamknięciu i nie potrafiła bez większego namysłu powiedzieć mu "tak". Skoro jednak bury nie robił większych problemów, uznała, że swoje zaufanie może oprzeć o jego zachowanie.
— Tak sądzę. 
Tylko tyle była w stanie powiedzieć. Nawet jej głupi móżdżek przeczuwał, że nie wyjdzie z tego nic dobrego. 

<Misiu?>

22 października 2023

Od Puszystego Niedźwiadka (Niedźwiedziej Siły) CD. Aksamitnej Gwiazdeczki (Aksamitnej Chmurki)

Słysząc pytanie, nie potrafił ukryć zmieszanego spojrzenia. Raczej wątpił, aby nadanie takiego imienia jakoś pomogło. Bardziej pogorszyłoby to sytuację. Lisiaczkowy Puszeczek już była zła, zwłaszcza jak musiała swoje odstać w kącie. Naprawdę nie wierzył, że ktoś taki jak Aksamitna Gwiazdeczka przejął władzę i jeszcze się trzymał. Każdego dnia partnerka zaskakiwała go swoją infantylnością coraz bardziej. 
— Kochanie... Wątpię. Raczej ją tym bardziej rozgniewasz — starał przemówić jej do rozsądku, co zresztą nie wychodziło. Kocica miała swoje rację, do których musiał się dostosować. Chociaż nie popierał tych wymyślnych imion i zabaw w berka, to musiał ją w tym wspierać. Nie potrafił przełamać blokady, która kazała mu bezgranicznie oddać swój umysł jak i ciało w łapy lidera.
 — No to trafi do żłobka skoro nie umie zachować się dojrzale — stwierdziła. — Dziękuję, misiu. A twoje imię ci się podoba? — dopytała jakby próbując go podejść, co byłoby dość sprytnym zagraniem, gdyby nie fakt, że wiedział co w takiej sytuacji odpowiedzieć. 
— Tak. Jest wspaniałe — odparł całkiem szczerze, liżąc ją czule po policzku. 
Może i był wariatem, że się na to godził, ale był zakochany w tej małej istocie po uszy. I chociaż wiedział, że ta utopia nie będzie trwać wiecznie, żył tą chwilą każdego dnia, póki mógł. 

***

Aksamitna Gwiazdeczka trafiła do jaskini, odcięta od światła, przyjaciół, rodziny i ukochanych. Serce łamało mu się za każdym razem, kiedy próbował ją odwiedzić. Czasami był odganiany przez strażników, lecz nie poddawał się i wciąż przychodził. Musiał wiedzieć czy było z nią wszystko w porządku. Zdawał sobie sprawę, że cierpiała. Nagle najbliższa jej osoba okazała się zdrajcą i brutalnie pobiła, odbierając władzę. A na dodatek jej ukochany stanął po jego stronie, ponieważ został liderem, a co za tym szło, umysł kazał słuchać jego rozkazów. 
Ale i tak przychodził. Nie dostał zakazu, a po ostatnim zgromadzeniu dostał pozwolenie, aby przynieść dawnej liderce muszle. Zrobił to, korzystając z możliwości ujrzenia jej po księżycu rozłąki. 
Kiedy zanurzył się w ciemność, to co wziął za kamień, okazało się Aksamitką. Leżała skulona, samotna, porzucona przez cały świat, odstawiona w zapomnienie. 
Ułożył się tuż przy niej, otulając swym ciałem, ponieważ nie widział tu żadnego mchu, który mógłby ogrzać zziębniętą pointkę. Ta zdawała się spać, ale gdy tylko poczuła miękkie futro przy swoim pysku, westchnęła jakby z ulgą, mocniej do niego przylegając. 
Nie potrafił powstrzymać łez. Sunęły po jego pysku coraz bardziej i bardziej, mocząc ucho ukochanej. To był obraz tego jak ją mocno zawiódł. Nie potrafił odwrócić wzroku, nasycał się tym, ponieważ wiedział, że zasłużył na to cierpienie. Po tym ile zła wyrządził, świat musiał się na nim brutalnie zemścić. 
— Misiu nie odchodź — usłyszał jej cichy szept. 
Nie chciał odchodzić, nie chciał, ale musiał. Musiał, ponieważ nie pozwoliliby mu tu zostać. Musiał, bo nie posiadał swojej woli. Musiał, bo nie należał już tylko i wyłącznie do niej. 
I ta świadomość go bolała. Za każdym razem, kiedy ich wzrok się spotykał. Za każdym razem, gdy ich ciała pragnęły bliskości. Ale on odchodził. Za każdym razem. Pozostawiając ją w ciemności. 

***

To go tak męczyło. Musiał brać rośliny, które pozwalały mu w spokoju przespać noc. Czuł się niczym wrak kota. Był pusty, a każdy dzień był dla niego udręką. Cierpiał tak przeraźliwie, że nie potrafił już tego kryć przed światem. Srokoszowa Gwiazda nasycał się tym widokiem za każdym razem, kiedy tylko wracał od ukochanej. Widywali się raz na księżyc, przez kolejny czas cierpiąc tylko bardziej i bardziej. Nie potrafił jej ochronić ani uratować. Jego łapy same podejmowały decyzję o odwrocie, chociaż umysł łaknął czegoś innego. 
Zdawał sobie sprawę, że był potworem. To zostało mu wryte w podświadomość na długo przed tym jak został klifiakiem. Jego celem było niszczenie i służba. To co go spotkało nie było w planach. Nie powinien odzyskać uczuć, nie powinien tak cierpieć za zwykłą kotką. Aksamitna Chmurka zniszczyła pracę jego mistrza, który postarał się, aby na zawsze już pozostał zwykłą maszyną. 
Leżał w legowisku wojowników, kiedy nagle padł na niego czyjś cień. Uniósł łeb i spotkał się spojrzeniem ze Srokoszową Gwiazdą. 
— Idziemy — tylko to powiedział, odchodząc w kierunku wojowników, którzy wyciągali osłabioną Aksamitkę z jaskini. 
Pełen złych przeczuć, udał się za nim. 

***

— Wiedziałam, że mi wybaczysz Srokoszku — Aksamitna Chmurka ćwierkała im obu nad uchem, wędrując znanymi szlakami. Nareszcie widziała świat. Czuła zapach świeżego powietrza. Uśmiech na powrót pojawił się na jej pysku. Nie potrafił oderwać od niej wzroku. To była ta kotka, którą znał. Ta słodka, niewinna istota, która nie skrzywdziłaby nawet muchy. Teraz była wolna. Nasycała się widokiem, tak zapomnianego świata. I chociaż była wychudzona i osłabiona, to wyjście zdawało się dodawać jej sił. 
Srokoszowa Gwiazda nic nie powiedział, jedynie się skrzywił. Wyglądał na bardzo niezadowolonego z rozgadanej i szczęśliwej pointki. Miał złe przeczucia. Chociaż czuł niepokój i na wszelki wypadek zachował czujność, tak nie dostrzegł nic podejrzanego. Byli tu we trójkę. Sami. Zbliżali się powoli do Złotych Kłosów, które po Porze Nagich Drzew były jedynie zwykłą, pustą przestrzenią. 
Aksamitna Chmurka z zatroskaną miną przyglądała się temu wymarłemu krajobrazowi, a oni zwolnili. A raczej zwolnił lider, a on machinalnie zrównał z nim krok. 
Schylił głowę widząc, że ten próbuje mu coś powiedzieć, a zaraz potem w uchu zabrzmiały słowa, które uniosły mu sierść na karku. 
— Zabij ją. Brutalnie — to był rozkaz. 
Taki sam jaki prześladował go nocami, gdy mordował Morskie Oko. Wtedy też byli we trójkę. Odprowadzali dawną medyczkę na granicę. Historia miała zatoczyć koło. 
To co poczuł w sobie, kłóciło się ze wszystkim w co wierzył, a także do czego go szkolono. Jego ciało ruszyło posłusznie w stronę nieświadomej partnerki, która uśmiechała się od ucha do ucha, nie wiedząc, że była w niebezpieczeństwie. 
Chciał się zatrzymać, ale nie mógł. Chciał się odwrócić i wbić zęby we własne ciało, ale wciąż nie miał nad tym kontroli. Miotał się wewnętrznie, próbując zaprzestać nim będzie za późno. Nie chciał gasić życia w tych pełnych radości oczach. 
— Misiu! Tak się cieszę, że możemy znów być tu razem. Będziemy musieli częściej wychodzić na spacery... — miauczała, zaraz dostrzegając, że coś z nim było nie tak. — Misiu? Coś się stało? 
Tak. Chciał krzyknąć. Uciekaj. Błagam uciekaj, póki jeszcze to się nie wydarzyło. Ale z jego pyska nie wydobyło się żadne słowo. To były uderzenia serca, które dla niego trwały godzinami. Czas jakby zwolnił. Szarpał się we własnym ciele, próbując zerwać z siebie łańcuchy, które go spętały. 
Skoczył na nią, przyciskając do ziemi, a kły zawisły nad jej gardłem. 
NIE! Jego dusza wyła z rozpaczy. NIE! Nie wybaczy sobie tego! Nigdy! 
— M-mi-misiu? — wyjąkała zaskoczona, a niepokój w jej głosie spowodował, że zakuło go w piersi. 
Spojrzał w jej morskie ślepia, w których dojrzał strach. 
— Przepraszam — w końcu z siebie wydusił, a z oczu pociekły mu łzy. — On mi kazał. Nie potrafię tego przerwać. 
— Co ci kazał? Srokoszek, tak? — spytała zmieszana, powoli mrugając. Choć jej oddech był niespokojny, niespiesznie wyciągnęła łapę w jego stronę, ociekając mokre futro w okolicach polika burego. — Nie n-nie rozumiem. Nie podoba mi się ta zabawa. Idźmy dalej na spacer, proszę — wykrztusiła, wciąż nieświadoma wszystkiego. — Następnym razem może powinniśmy wziąć nasze córki? Ucieszą się. Ja teraz na przykład cieszę się, bo jestem z tobą — rzekła, uśmiechając się słabo.
Jej dotyk rozczulił jego serce. Zatrzymał go przed rozerwaniem jej gardła. Była taka niewinna, nieświadoma, że śmierć stała tuż obok. Że chuchała jej w twarz. Uważała to za zabawę, nie rzeczywistość. Była niczym kocię, które pragnęło tylko szczęścia i miłości. A Srokoszowa Gwiazda chciał zgasić tą iskrę. Zadeptać i wymazać z istnienia tego świata. Dlaczego? Czemu pragnął aż tak jej śmierci? Przecież Aksamitka nie robiła nic złego. Była niczym delikatna chmurka. Promyczek radości. 
Rozkleił się bardziej, wydobywając z gardła głuchy szloch. Córki go znienawidzą, on nie da rady żyć z tym brzemieniem. To było dla niego za wiele. 
Usłyszał za sobą niecierpliwe poruszenie. Ta farsa trwała już za długo. Lider się niecierpliwił. Sądził, że zrobi to tak szybko jak ostatnim razem? Przecież to było niewykonalne! Nie, bo ją kochał. 
Przypomniał sobie wszystko co czuł, gdy byli razem. To jego zażenowanie jej zachowaniem, irytację, która przemieniła się w coś pięknego, czego nigdy dotychczas nie czuł. A teraz miał to wszystko zniszczyć... Gardził sobą. Tym kim był. Nawet teraz wyglądał żałośnie, mocząc swymi łzami futro ofiary. 
— Przepraszam — powtórzył raz jeszcze, czując jak miękną mu łapy, jak odzyskuje w nich pełną kontrole. Zetknął się z nią pyskiem, składając być może ostatni pocałunek, a następnie odwrócił się w kierunku niebieskiego. — Nie. Nie zrobię tego — te słowa opuściły jego pysk z widocznym trudem. 
Jednak, gdy niebo nie zaczęło się rozpadać, a dalej wszystko wyglądało tak, jakby świat się nie zawalił, powoli ogarniała go pewność siebie. Był gotów zginąć za złamanie kodeksu. Dla niej. Dla tego światła ukochanej, która nigdy nie widziała w nim potwora. Nawet jeśli go znajdą, jeśli przyjdzie mu zginąć w najgorszych męczarniach, nie żałował swojego wyboru. 
Zrobił krok naprzód, ukrywając kocicę za sobą. Był gotów ją bronić. To ona była jego liderką. Liderką jego ciała, duszy i serca. 
— Co? Naprawdę? — niebieski parsknął śmiechem. — Mogłem się domyślić, że wymiękniesz. 
— Jesteś sam. Poddaj się. Wróć do swoich i daj nam nareszcie spokój — wycedził, strosząc sierść. 
— A co z twoimi dziećmi? 
Zawahał się słysząc te słowa. Rzeczywiście. Jeżeli teraz odejdą, pozostawią córki na pastwę losu szaleńca, ale czy mieli jakiś wybór? 
— Niech i one zadecydują. Jeżeli wybiorą klan nie będę miał im tego za złe. — Zrobił krok w tył, wciąż wpatrując się w cętkowanego i jego wyraz pyska. Nareszcie pokazał po sobie pogardę do ich osoby. Nie wyglądał jednak na głupca, który by ich zaatakował. 
Podszedł do Aksamitki, która już wstała na łapy i niespokojnie wodziła po nich wzrokiem. 
— Misiu... Co ty robisz? — zapytała. 
— Ratuje ci życie. Chodźmy. — Ostatni raz spojrzał na lidera klifiaków, po czym przerzucił sobie partnerkę przez grzbiet. Łapy lekko mu się ugięły, ale zaraz wyprostował je, czując jak pointka wtula się w jego sierść. Słyszał jej pytania, ale zbywał je milczeniem. 
Właśnie okazał się zdrajcą. 
A teraz wracał niczym syn marnotrawny do swojego prawdziwego domu.

***

Przemykał ostrożnie po mieście, jeżąc się na każdy możliwy dźwięk. Szli powoli, ponieważ Aksamitka wciąż była w zbyt wielkim szoku, że oto właśnie porzucili cały swój świat. Nie był na to przygotowany. Sama decyzja Srokosza o egzekucji była dla niego szokiem. A teraz wrócili w miejsce, które stanowiło kolejne niebezpieczeństwo na ich drodze do szczęścia. Był tym wszystkim powoli zmęczony. Musieli znaleźć jakiś spokojny kąt. Jedynym wyjściem było znaleźć Wyprostowanego, który ich przygarnie. Może i życie pieszczocha było haniebne, ale ukochana miałaby zapewnione pożywienie, wygodę i spokój. Traktował ją wszak jak duże kocię. Nie przeżyje z nim na ulicy. Zaraz ktoś jej poderżnie gardło w ciemnym zaułku. Żyła przecież z dala od brutalnego świata, a teraz zagłębiali się w najgorsze piekło, jakie istniało na ziemi. 
— Misiu dokąd idziemy? Wracajmy. Nie podoba mi się ta przygoda — usłyszał za sobą jej głos. 
Rzucił jej zatroskane spojrzenie. 
— Nie możemy już wrócić. Srokosz chciał cię zabić. Jeżeli ja nie dałem rady tego zrobić, zleciłby do tego kogoś innego, kto by naprawdę odebrał ci życie. Nie pozwolę ci umrzeć, dlatego musimy iść dalej. Obiecuję, że niedługo to się skończy — westchnął mając nadzieję, że rzeczywiście tak będzie. 
Mijały uderzenia serca, a oni szli wciąż w nieznane. Czuł, że był obserwowany. Betonowy Świat nigdy nie był tak pusty. 
Zatrzymał się nagle wiedziony dziwnym uczuciem niepokoju. Poczuł jak zmęczona Aksamitka opiera się o jego bok, łapiąc oddech. I wtedy to usłyszał. Kroki. 
Rybitwa wynurzył się zza rogu, strzepując swoim uchem. Postarzał się... Widział na jego niebieskiej sierści pasma siwizny. To naprawdę cud, że tyle dożył. Doświadczony samotnik nawet u kresu młodości potrafił znaleźć drogę do zachowania życia. To budziło w nim szacunek, ponieważ niewielu było takich co tego dokonali. 
Jednak jego widok nie przyniósł ukojenia, a przeogromny strach. To było tak, jakby wiedział. Wiedział, że złamał kodeks, że zakpił z obyczaju. A on karał tych, którzy się tego dopuszczali. 
Zadygotał, co zwróciło uwagę partnerki. Wszak on się nie bał zwykłych samotników... Owszem, ale ten oto kocur, zrobił z niego potwora. A ostatnie ich spotkanie skończyło się na powolnym wykrwawianiu i ratunku z niespodziewanej strony. Entelodon ulitował się nad nim i uleczył jego rany. Tym razem mógł nie mieć tyle szczęścia, zważywszy na to, że nie przyszedł do niego, gdy Szaman przekazał mu wieść o tym, że Rybitwa chciał z nim o czymś porozmawiać. 
— Kto to misiu? — No tak! Zapomniał o Aksamitce! Ona zawsze pchała się tam gdzie nie powinna, a widok obcego włączał w niej kocięcą naiwność, że oto nadchodziła pomoc. 
— Więc to ona... — Rybitwa odezwał się, mierząc wzrokiem pointkę. Zasłonił ją swoim ciałem, czując się niczym uczniak, który znów w jakiś sposób zawiódł mistrza. 
— To mój lider... Tknij ją, a... — nie dokończył, ponieważ rozległ się jego śmiech. 
Zdumiony nie wiedział jak zareagować. 
— Rzucasz groźby, pomimo tego co zaszło. Zachowanie godne głupca — prychnął, a następnie skrócił pomiędzy nimi dystans tak nagle, że aż zmroziło mu krew w żyłach. Poczuł uderzenie, które zachwiało nim i odtrąciło na bok, gdzie wpadł na płot, pozostawiając Aksamitkę odsłoniętą. Stanęła z nim oko w oko. Sama. Zdana na jego łaskę. 
— Kim pan jest? — usłyszał jej pytanie. 
— Nie, błagam — wycharczał, zbierając się na łapy. — Nie zabijaj jej! 
Rybitwa nie zwrócił na niego uwagi, wciąż wpatrując się w wychudzoną klifiaczkę. 
— Tym, który wychował to duże kocię — odpowiedział jej, rzucając zaraz do niego. — Żałosne. Nawet własnego szefostwa nie jesteś w stanie wykarmić... Kulisz się ze strachu niczym dziecko we mgle. Nie poznaje cię. Nie takim cię stworzyłem. 
To prawda. Odbiegał znacząco od swojego pierwowzoru. Położył po sobie uszy, kuląc się pod naporem jego spojrzenia. Był niczym sędzia, który właśnie decydował na powrót o jego losie. 
Kotka po wszystkim, co przeszła, nie potrafiła myśleć rozsądnie. Jej łapy same wykonały solidny krok w stronę nieznajomego. W wyczerpanych od zamknięcia ślepiach zaiskrzyło zaciekawieniem. 
— Czyli pan jest jego drugim tatusiem? — wykrztusiła zaskoczona.
— Można tak rzec. Co robi ktoś taki jak ty, tak daleko od swojego terytorium? Czyż lider z leśnego klanu nie powinien być przy swoich? Czyżby coś się stało? — zapytał ot niewinne pytanie, które miało zedrzeć kłamstwo, jakoby ta istota stojąca przed nim, nie była tym, za kogo podawał ją jego dawny uczeń. 
— No to jest ogólnie skomplikowana sprawa — odparła zgodnie z prawdą, choć mina na sam temat jej zrzedła. — I w sumie to sama nie wiem co tu robię. Misiu mnie tu zaprowadził, to przyszłam — dodała, zerkając na partnera. W takim stanie to go jeszcze nie widziała, a to ona miała brudną sierść od życia w zamknięciu i wystające żebra od zagłodzenia. — Ale bardzo miło mi pana poznać! Już jednego ojczulka Misiunia poznałam, a teraz jeszcze pan do kolekcji, to ekscytujące! — odchrząknęła, uznając, że wypada zachować kulturę. — Jestem Aksamitna Chm... Albo nie. Niech mówi mi pan po prostu Aksamitka.
Przypatrywał się tej dziwnej scenie, aż nie poczuł, że braknie mu tchu. Zapomniał o oddychaniu. Tak właśnie na niego ten nieduży osobnik działał. Nie zapomniał wszak tego jak wyglądało życie pod jego łapą. Było stokroć gorsze niż to co przeżył w klanie, ale z dwojga złego wolał umrzeć z jego łap, niż z łap Szamana, który zrobiłby sobie z niego ucztę. 
Rybitwa rzucił znów na niego okiem i znów poczuł jak ziemia go bardziej wsysa, nie dając nawet szansy na uniesienie łba. 
— Nierozważnie przyprowadzać obcego na tutejsze tereny. Powód musiał być więc znaczący... — powiedział świdrując go wzrokiem. 
— Chcieli ją zabić. Uratowałem jej życie — sapnął. — Wierny do końca... Tak każe obyczaj. 
— Wierny do końca... — parsknął staruszek, kpiąc z jego słów. Miał wszak powód. W końcu już raz zdradził i uciekł jak tchórz za co dostał karę. Betonowy Świat jednak mu wybaczył. Przeżył katorgę i zmazał swoje grzechy. Rybitwa nie mógł chować nadal urazy. — Chodźcie więc... Porozmawiamy. — Odwrócił się i zaczął iść przed siebie. Aksamitka od razu ruszyła za nim, zainteresowana tą tajemniczą personą. Od razu poderwał się na łapy, widząc że kotka znów pakuje się w kłopoty. Czemu tak lgnęła do kotów, z którymi nie miał zbyt przyjaznych stosunków? Bał się, że ją skrzywdzą. 
A teraz wracali do domu. Do jego dawnego domu. Na poligon. Do piekła, gdzie śmierć czaiła się na każdym kroku. Mógł ją zatrzymać i odmówić Rybitwie rozmowy, ale nie potrafił wydobyć z siebie ani miauknięcia. Nie, gdy dawni pobratymcy siedzieli na dachach i płotach, obserwując go z niemą groźbą, że jeśli choćby czegoś spróbuje, drugiej szansy mieć nie będzie. 

***

Przecisnęli się przez ogrodzenie na drugą stronę, a dreszcz przeszedł mu przez grzbiet, gdy wyczuł charakterystyczny zapach metalu. Poligon, nazywany przez Wyprostowanych złomowiskiem, wydawał się najgorszym miejscem na ziemi. Wszędzie gdzie nie spojrzeć leżały martwe potwory. Góry złomu, które kaleczyły nieuważnym łapy, wznosiły się w górę, tworząc przedziwny krajobraz. Nie rosło tu nic. Wszystko było pokryte srebrnym połyskiem lub rdzą. Raz po raz rozlegały się zwodzące jęki i skrzypnięcia martwych maszyn, a wielki potwór z dziwnym pyskiem, w oddali przerzucał kolejne stosy ostrych obiektów. 
Nie potrafił ukryć strachu. Wspomnienia na powrót odżyły. To tu pierwszy raz przekonał się czym jest ból i krew, to tu zrobiono z niego maszynę, która miała za zadanie tylko mordować. Idąc po twardej powierzchni, przypominał sobie jak należało stawiać łapy, aby nie przebić ich sobie przez śmieci. 
Rybitwa wskoczył do potwora, przez rozbitą szybę, a on zamarł. To miejsce kojarzyło mu się źle. To tu zawsze kajał się przed mistrzem, tłumacząc ze swych porażek. 
Askamitka z zaciekawieniem ruszyła śladem niebieskiego, a on się zawahał. Spojrzał za siebie, a widząc wrogie spojrzenia tutejszych kotów, wiedział że ucieczka będzie niemożliwa. Nikt z poligonu nie był w stanie się wydostać. Ogrodzenie było z siatki, na której szczycie znajdował się ostry twór, który rozcinał skórę do mięsa. Było jedno wyjście. To przez które przyszli. 
W końcu pokornie wszedł do maszyny, wskakując na przednie siedzenie. Brakowało mu oparcia, jedynie tył wydawał się w całkiem dobrym stanie. Widział jak Aksamitka już siedziała naprzeciw mistrza. Spuścił pokornie wzrok na własne łapy. Nie mógł się odezwać nie wywołany. Zasad panujących w tym miejscu, nigdy nie zapomniał.

<Aksamitko?>

15 września 2023

Od Aksamitnej Gwiazdeczki(Aksamitnej Chmurki) CD. Puszystego Niedźwiadka (Niedźwiedziej Siły)

Dalej nucąc, wesoło kołysała się z boku na bok, zerkając spod zmrużonych powiek na partnera.
— Aj tam, przejmujesz się bzdetami — zbyła wspominany problem machnięciem łapy. — Nikt mi nic nie zrobi. Wszystkim się tak naprawdę podoba, tylko niektórzy nie potrafią tego pokazać.
Nie do końca pojmowała całą tę sytuację. Jej ukochany braciszek Wilczek okazał się mordercą Kwiatuszek, a na dodatek w tym całym zamieszaniu zginął Grzybowa Ścieżka. Pomimo jego gburowatości, lubiła go i widok jego śmierci był bolesny. Zresztą, zbyt wielu ostatnio traciło życie i to jak na złość z jej najbliższego otoczenia. Czy los testował jej optymizm?
Nie była przyzwyczajona do tylu nieszczęść w tak krótkim czasie. Nie tak to powinno wyglądać! Starała się wprowadzić uśmiech na pyski innych, a nic z tego jej nie wychodziło. Nie przepadała za porażkami.
— Nie byłbym tego taki pewien — odezwał się. — Wiesz, Kwiatuszek nikomu nie zawiniła, a zosta...
— No peszek — wypaliła, przerywając mu wywód. Jej ciało na dźwięk imienia córki zesztywniało. To z tych wszystkich katastrof było najgorsze. Przez to, jakie słowa padły z pyszczka szylkretki tuż przed tym, jak odeszła i przepadła raz na zawsze, nie potrafiła pozbierać myśli w tym temacie. — Nie mów o tym. Dobrze? — zapytała, muskając ogonem jego grzbiet. — Nie cofniemy czasu. Nie myślmy o tym. Idź na spacer, jeśli chcesz to roztrząsać.
Ona nie mogła się tym przejmować. Była chodzącą definicją radości, a więc płacz i jakiekolwiek oznaki smutku w jej przypadku były wykluczone.
— Dobrze — odparł posłusznie, odwracając pysk. — A nie chcesz iść się przejść ze mną? — spytał.
Chwilę poszurała łapą w miejscu, rozważając wszelkie za i przeciw.
— Kiedy indziej. W sumie ty też nie powinieneś, póki co wychodzić. Musisz pilnować Daglezjusi, bo łobuziara jeszcze nam ucieknie — westchnęła ze zmartwieniem. — Zobaczysz. Dzień albo dwa i przejdzie jej.
Bury nie wyglądał na przekonanego, ale skinął głową i odszedł wedle jej życzenia. Obserwowała go uważnie. Ogromnie go kochała, a on ją na pewno też. Dlaczego więc w ich życiach nie mogło być więcej szczęścia?

***
przed obaleniem Aksamitki

Lisek była okropna! Rzuciła się z pazurami na pysk Misia i teraz ten miał brzydką ranę, a na dodatek prowadziła jakieś dziwne bunty. Dlaczego jej własna, rodzona siostra, musiała sprawiać jej tyle przykrości?
— No i co ja mam z nimi zrobić? — jęknęła, kryjąc pysk między łapami.
Siedzieli w jej legowisku. Zaprosiła go tu, bo czuła, że Srokosz nie zrozumie jej rodzinnych problemów, a bury akurat zawsze miał coś ciekawego do powiedzenia.
— Daglezjusia dalej jest jakaś smutniutka, a Lis zachowuje się jak zbuntowane kocię! Myślisz, że nazwanie jej Rudziaczek Buntowniaczek pomoże? — spytała. To było takie upokarzające imię na tle tych pięknych, które Aksamitka wymyśliła, że jej siostra z pewnością w końcu by się ogarnęła.

<Misiu?>

29 sierpnia 2023

Od Puszystego Niedźwiadka CD. Aksamitnej Gwiazdeczki

 Aksamitka została liderką i wprowadziła... swoje zmiany. Nigdy nie przypuszczał, że doczeka dnia, w którym przyjdzie mu żyć pod jej nadzorem. Teraz nie mógł się jej buntować, nie mógł mieć swojego zdania i zawsze musiał zgadzać się z jej wolą, co było cóż... ciężkie. Wiedział jednak jak ważne jest przestrzeganie obyczaju oraz świętej zasady, dlatego też zacisnął zęby i ze spokojem obserwował to wszystko co się dookoła niego działo. 
— Puszysty Niedźwiadkuu — zamruczała partnerka, zachodząc go do tyłu i ocierając się o jego bok. — Puszysty Niedźwiadek, Puszysty Niedźwiadek — powtarzała, a z każdym słowem jej głos zdawał się coraz bardziej ociekać słodyczą. — Kochasz mnie, prawda? Podoba ci się twoje nowe imię? Musisz przyznać, że jest znacznie lepsze od tego poprzedniego. Wszyscy mają teraz lepsze imiona, czyż nie? Tylko nie rozumiem, dlaczego jeszcze nie każdy jest uśmiechnięty... — mruknęła z lekkim zawodem.
— Oczywiście, że cię kocham Aksamitna Gwiazdeczko — potwierdził to, uśmiechając się lekko. Chociaż umysłem dorównywała kociakowi i czuł obowiązek ochraniania ją przed całym złem tego świata, tak jego serce biło szybciej, gdy znajdowała się w jego pobliżu. — Tak... Podoba. Bardzo ładne. Cieszę się, że mogę nosić miano, które ci się podoba — posłodził jej. — Oczywiście. Mają... je lepsze — z tym akurat się kłócił, ale obawiał się, że jeżeli zaprzeczy, tak zaraz dostanie od niej burę, a wolał jej nie denerwować, zwłaszcza że teraz miała całkowitą władzę nad jego ciałem. — Przywykną... — mruknął nieco ponuro, bo wątpił, aby do tego doszło. Przeczuwał, że pierwsze niezadowolone głosy w końcu rozbrzmią po klanie i ci, którzy mieli więcej rozumu, wezmą sprawy z Aksamitną Gwiazdeczką w swoje łapy. Mając tą świadomość, chciał ją jeszcze bardziej chronić, dlatego też otulił ją swoim ogonem, na co ta zamruczała. 
— Ojej! Tulaski! — miauknęła uradowana kocica, obejmując go swoimi łapami, zapadając się w jego miękkim puchu. — Tak! Masz rację. Przywykną. Ty już przywykłeś, prawda Misiuuuuu? 
— Tak — potwierdził to, czując jak pointka włazi mu na grzbiet. 
Nieco się zdziwił, ale mógł się spodziewać, że zaraz coś głupiego wpadnie jej do głowy. 
— Puszysty Niedźwiadku zanieś mnie do legowiska lidera — usłyszał nad swoim uchem jej radosne mruczenie. 
Czując się tak, jakby woził na grzbiecie swoje kocięta, które lubiły bawić się w "borsuczą przejażdżkę", skierował swoje kroki ku jej nowemu legowisku. Coś czuł, że to był początek jego przesłodzonego piekła. 

***

Tak jak się spodziewał było gorzej. Ich córka została nabita na gałąź, potem odkryto kolejną ofiarę mordercy, którym okazał się Wilczy Zew. Nie potrafił w to uwierzyć, ale szczerze? Cieszył się, że kocur zdechł. Był dziwny i go niepokoił, zwłaszcza że zadawał się blisko ze Srokoszową Namiętnością. Czyżby... zastępca o wszystkim wiedział? To było dobre pytanie, ale wątpił, aby uzyskał na to odpowiedź. Musiał wszak pilnować Przewspanialusiej Daglezjusi, kotki, którą porwał z rozkazu partnerki, a którą teraz miał pilnować jak oka w głowie. Liczył na to, że liderka po rozmowie z siostrą ją wypuści, widząc że ta nie chciała mieć z nimi już nic wspólnego, a okazało się, że ruda pointa została ich więźniem. Nie przypuszczał, że Aksamitka była zdolna w swojej słodyczy, ukazywać zachowania typowe dla tyraństwa. Pierwszy raz mierzył się z czymś takim, a służył już wielu kotom, które miały w swoich łapach władzę. 
— Aksamitna Gwiazdeczko? — zwrócił się do partnerki, która nuciła radośnie jakąś piosenkę, nie dostrzegając jak klan powoli się sypał. 
— O! Puszysty Niedźwiadku! Jak się ma Przewspanialusia Przesłodziusia Moja Siostrusia Daglezjusia? — zaćwierkotała. 
Tyle słodyczy w jednym zdaniu to nigdy nie słyszał. Nieco go zatkało, ale w końcu udało mu się odchrząknąć. 
— Nie podoba jej się w Klanie Klifu. Wielu kotom się nie podoba. 
— A ci się podoba? — Wbiła w niego spojrzenie.
— Mi się podoba, oczywiście, że tak, ale ja to nie inni... — starał się jej to wyperswadować. — Mogą coś ci zrobić... Nie chcę by coś ci się stało. 

<Aksamitko?>

28 lipca 2023

Od Aksamitnej Gwiazdy(Aksamitnej Gwiazdeczki) CD. Niedźwiedziej Siły (Puszystego Niedźwiadka)

Z początku zaskoczył ją obraz Niedźwiedziej Siły, niemalże zasypiającego we wnętrzu żłobka. Uznała, że ich dzieci bawią się w chowanego, jednak gdy podeszła bliżej i usłyszała jego słowa, dostrzegła kilka kup jasnego futra skrytych w ciemnej i długiej sierści kocura.
— O Klanie Gwiazd, to najsłodszy widok, jaki w życiu widziałam — westchnęła wzruszona, obchodząc go od tyłu i kładąc się za nim, aby nie przeszkadzać dzieciom. Oparła pysk na jego boku i spojrzała z czułością na swoje pociechy.
— Patrz, jacy jesteśmy zdolni! To nasze dzieła, takie piękne.
— Tak... A jakie ruchliwe i niegrzeczne... Kwiatuszek ciągle się wymyka. Pilnowanie jej to wyzwanie. Księżycek ciągle jeździ mi na grzbiecie, a Listek o ciebie wypytuje. Jestem wykończony — wyznał ukochanej, wzdychając ciężko i kładąc łeb na ziemi.
Rozejrzała się po kociętach, powtarzając w głowie ich imiona.
— Czyli Promyczek jest grzeczna, tak? Na nią nie narzekasz — zauważyła z rozbawieniem.
— Tego to nie powiedziałem — mruknął pod nosem, wyginając łeb w kierunku zastępczyni i muskając ją nosem po policzku. — A jak u twoja praca? Dzieje się coś ciekawego? — zapytał.
— Grzyb cały czas gdera — żachnęła się momentalnie, marszcząc z niesmakiem nos. — To znaczy "Grzybowa Gwiazda", bo jak mówię do niego Grzybek albo Grzybuś to marudzi, że to tak nieoficjalnie i nie mogę. A co za różnica czy powiem tak czy tak? — westchnęła.
— Duża. Jest twym liderem i nazywając go odpowiednio, wyrażasz do niego swój szacunek, a także do jego pozycji — wyjaśnił jej to spokojnie. — Właśnie zauważyłem, że chodzi jakiś taki... naburmuszony i spięty.
— A on zawsze taki nie chodzi? — rzuciła, a jej ogon poderwał się w ruch i rozpoczął cykliczne ruchy uderzania końcówką o ziemię. — Wszyscy są tacy marudni. Nawet ty — dodała, zerkając na niego z wyrzutami.
Bury nie odpowiadał jej przez chwilę, po czym westchnął ciężko.
— Nie każdy ma w sobie tyle sił, by ciągle być szczęśliwym jak ty. Praca wielu wymęcza, a jak ktoś jest zmęczony, to nie będzie udawać szczęśliwego — wyjaśnił.
Cicho prychnęła.
To było bez sensu. Kiedy przyjdzie jej kolej władzy, zmieni sytuacje w klanie tak, aby u każdego widniał uśmiech na pyszczku. Co mogło być przyczyną ich wiecznego niezadowolenia? Niedźwiedź wspomniał o wysiłku fizycznym, ale ciężko byłoby nie polować. Musieli jeść!
— Ja to kiedyś naprawię — stwierdziła ochoczo, zatapiając pysk w jego futrze. — A teraz dobranoc, idź spać, skoro jesteś taki zrzędliwy przez zmęczenie.
— Nie o to cho...
— Ciii — przerwała mu. — Dzieci śpią.
Kocur zdawał się zrezygnowany jej postępowaniem, ale nie kłócił się z nią dalej, a ona sama pozwoliła sobie uciąć krótką drzemkę. Jednocześnie rozpoczęła planowanie, co uczynić w przyszłości dla klanu, aby stał się lepszym miejscem do życia.

***

Stało się. Była liderką, i to nie byle jaką! Z pewnością została pierwszą Gwiazdeczka w historii tego klanu, o ile i nie wszystkich. Duma rozpierała ją od środka. Dopełniła swojego celu. Teraz na pewno szczęście zapanuje wśród jej pobratymców.
Odszukała swojego partnera. W końcu mogła zamienić to groźnie brzmiące imię na coś o wiele przyjemniejszego.
— Puszysty Niedźwiadkuu — zamruczała, zachodząc go do tyłu i ocierając się o jego bok. — Puszysty Niedźwiadek, Puszysty Niedźwiadek — powtarzała, a z każdym słowem jej głos zdawał się coraz bardziej ociekać słodyczą. — Kochasz mnie, prawda? Podoba ci się twoje nowe imię? Musisz przyznać, że jest znacznie lepsze od tego poprzedniego. Wszyscy mają teraz lepsze imiona, czyż nie? Tylko nie rozumiem, dlaczego jeszcze nie każdy jest uśmiechnięty... — mruknęła z lekkim zawodem.

<Puchatku?>

09 czerwca 2023

Od Niedźwiedziej Siły CD. Aksamitnej Chmurki

— Zabawa... w berka — powtórzył po niej, jakby nie dowierzał w to co słyszał. O nie... Obawiał się rządów Aksamitnej Chmurki. Ona była... No po prostu sobą. Intelektem dorównywała kocięciu. Była naiwna, niewinna i przez to chciał ją chronić. Nie wierzył, że ktoś taki zdobył jego kamienne serce. 
— Wykonam każde zlecone przez ciebie zadanie. Zajmę się naszymi dziećmi przez czas, gdy będziesz pracować. Przynajmniej lepiej je poznam. Ja... Nie miałem dobrej relacji z rodzicami. Mam nadzieję, że nie zawiodę jako ojciec... Ale obiecuje ci Aksamitko, że nie pozwolę, aby stała im się jakakolwiek krzywda. 
Jego partnerka przekrzywiła łeb, przyglądając się mu w skupieniu. Zadarła wyżej pysk, uśmiechając się na myśl, która tak nagle zagościła w jej głowie. 
— Uśmiechnij się — zażądała. — Szeroko. To rozkaz twojej przyszłej liderki.
Zamrugał zaskoczony. Nie spodziewał się tego po kotce. Nie mógł jednak zaprzeczyć, że miała rację. Była przyszłą liderką i samą zastępczynią, co czyniło ją już i tak powyżej hierarchii jaką on stanowił. Ale i tak dziwił się jak do tego doszło, że ta niewinna istota sięgnęła takiego szczytu. 
Zmusił się dla niej na uśmiech, który był... na pewno bardzo nienaturalny. Nie umiał w końcu się uśmiechać, a pysk już go bolał od tego czegoś, przez co uśmiech zamienił się połowicznie w skrzywienie. Każdy mięsień na jego twarzy drżał, prosząc aby to przerwał, ale nie mógł. Taki w końcu był rozkaz ukochanej, a chociaż mu się to nie podobało, musiał przestrzegać kodeksu. 
— Nie umiem... lepiej. Wybacz. — Pochylił pokornie głowę.
Westchnęła, kręcąc łbem z rezygnacją. 
— A tyle razy to ćwiczyliśmy Misiu! Takim krzywym zgryzem będziesz odstraszać nasze dzieci. I będą się bały, że jak dorosną, będą miały taką minę jak ty — żachnęła się, tupiąc łapą w złości, aż kurz podniósł się do góry i podrażnił jej nozdrza, przez co kichnęła cicho. — I mówi się na zdrowie. Brak ci czasem podstawowych oznak wychowania...
Uśmiech mu zrzedł i zniknął z jego pyska natychmiastowo na te słowa. Czy naprawdę tak uważała? Raczej wątpił, aby to miało spowodować strach w ich młodych. Nie zamierzał w końcu ich skrzywdzić. Oblizał się, ocierając szczękę.
— Me wychowanie nie polegało na dobrych manierach i uśmiechaniu się. Nie miałem rodziców, jedynie mistrza, który oczekiwał ode mnie wykonywania rozkazów. Skoro uważasz, że będę straszył, to zrezygnuje z uśmiechu. Bez niego da się także żyć.
Zastępczyni momentalnie spoważniała, strzygąc uszami.
— Nie! Musisz więcej trenować, nie możesz się zamykać w sobie! — pisnęła. — Już to przecież przerabialiśmy, proszę, nie każ mi tego wszystkiego powtarzać.
Westchnął ciężko. 
— Dobrze. Będę trenował — i na potwierdzenie swoich słów, uśmiechnął się ponownie, ale z marnym efektem. — Wiesz... Sądzę, że lepiej się uśmiecham, gdy jesteś blisko... wtulona w mą sierść — przyznał pesząc się lekko na to wyznanie. — Bo wtedy jakoś... czuje w sobie coś więcej...
W jej oczach natychmiast zaiskrzyło. Sama wyszczerzyła się jak głupia, a potem spełniła to, o czym mówił - usiadła najbliżej jak się da i skryła pysk w jego gęstej sierści. 
— Oj głuptasie, jak chcesz, bym cię przytuliła, to wystarczy powiedzieć — westchnęła, chichocząc.
Otulił ją swym ogonem, przejeżdżając językiem po jej policzku. Od razu jakoś to wszystko co go w niej irytowało odeszło. Ciężko było przyznać, ale naprawdę w jego wnętrzu się roziskrzyło. Uśmiechnął się ciepło i naturalnie, patrząc na nią pełnym miłości wzrokiem. Schylił łeb tak, aby móc otrzeć się o jej głowę z pomrukiem zadowolenia.
— Kocham cię — szepnął jej do ucha, czując się naprawdę szczęśliwym kotem.
Koniuszek ogona Aksamitki drgnął z ekscytacji. 
— To dobrze, ale ja i tak kocham ciebie bardziej — oświadczyła kotka, mrużąc oczy i pozwalając sobie na delektowanie się jego bliskością.
Zamruczał, pragnąć aby ta chwila trwała przez wieczność. Jednak nie mogła, bo któraś z ich córek zaczęła cicho kwilić, domagając się mamy z powrotem. Chociaż... Jak tak spojrzał to te małe parówki przypełzły za nią i jedna wciskała się właśnie pomiędzy ich łapy. 
— Teraz nie jesteśmy sami. One też chcą tulasków... — zamarł, bowiem uczynił coś niezamierzonego. Przez to, że Aksamitka używała tego przesłodkiego tonu, zmiękczając każde słowa i używając zdrobnień, jego język, a może i umysł wypowiedziały tą kwestię za niego machinalnie. Czuł jak tylko pogrążał się dalej, więc tylko wtulił pysk w futro ukochanej, mając nadzieję, że tego nie wyłapała.
— Oj no wiem — kontynuowała, nie zwracając uwagi na jego występek. Dla niej najpewniej to było tak normalne, że nawet nie wydawało się czymś niecodziennym z jego strony. — One są takie pocieszne! Same córeczki, czy to nie cudownie? Będą tak silne i mądre jak mamusia!
— Tak... — Miał nadzieję, że nie. Ich mamusia nie była wcale mądra. Zatrzymała się rozwojowo na etapie kociaka. Nie chciał jednak sobie u niej grabić, więc dał jej całusa, spędzając z nią czas, potakując jej na wszystko co mówiła. Zauważył, że to lubiła.

***
*przed mianowaniem dzieci*

Zajmowanie się córkami było... ciężkie. Kwiatuszek uciekała, więc musiał mieć oczy na około głowy, a reszta dzieci to albo chodziła mu po łbie, albo bawiła się, próbując też wymknąć poza żłobek i zwiedzać świat. Dziwnie się czuł, że nie wychodził z kociarni. Czy tak wyglądało życie matek? Bo chyba tym został przez Aksamitną Chmurkę. Królową. Jedynie opiekował się dziećmi, spał z nimi, ale mimo to... był wyczerpany. Tatowanie nie było na jego siły. To patrol czy walka nie męczyło jak wychowywanie kociąt. 
Tym razem udało mu się ululać córki do snu, wymęczając je zabawą z kulką mchu. Malutkie wtuliły się w jego brzuch, praktycznie znikając w jego długim futrze. Miał nadzieję, że nie obudzą się szybko. Ten spokój... och jak on za nim tęsknił. Ale tęsknił nie tylko za nim. Widząc Aksamitną Chmurkę łeb uniósł mu się w górę. Znalazła sobie moment na odwiedziny, gdy córki spały, a on był unieruchomiony. Jednak cieszył się bardzo na jej widok.
— Cześć kochanie. Małe śpią, więc proszę o ciszę.

<Aksamitko?>

16 kwietnia 2023

Od Aksamitnej Chmurki CD. Niedźwiedziej Siły

Miło jej było ujrzeć w końcu Niedźwiedzia.
To znaczy — to nie było tak, że nagle o niej zapomniał. Trafiła na dobrego partnera, który w jakiś sposób był pewnie i dobrym ojcem, codziennie ją odwiedzał i spełniał jej żywieniowe zachcianki, ale im dłużej siedziała sama, tym bardziej zwiększała się jej potrzeba zrobienia czegoś szalonego.
Bo choć dzieci były cudowne, tak w pierwszych chwilach swojej egzystencji nic ciekawego nie robiły. Jedyne co to spały bądź piły, a ona poniekąd oczekiwała, że niemalże od razu po narodzinach wstaną. Jak na razie było jej piekielnie nudne i czekała z niecierpliwością na to, jak rozbrykanych malców będzie wszędzie pełno.
Gorzej, jeśli odziedziczą lenistwo po burym, a jej marzenia umrą niczym chęci do życia Grzybowej Gwiazdy. Swoją drogą będzie musiała z nim porozmawiać, bo ostatnio wydawał się jeszcze dziwniejszy, niż zwykle. To wojna tak na niego wpłynęła?
Otrząsnęła się. Niedźwiedzia Siła grzecznie czekał, aż zwróci na niego uwagę i cokolwiek powie.
— No w końcu! — wyrzuciła zrezygnowana. — Nudziło mi się straaasznie. One ciągle leżą, piszczą i poza byciem ultra słodkimi nic nie robią — westchnęła, dziabiąc go dla zabawy w łapę. Kępa jego futra pozostała jej w pysku i potrzebowała chwili, by pozbyć się jej z języka.
Ten w odpowiedzi spojrzał na nią zdumiony, nic nie robiąc sobie z jej drobnego ataku.
— Są małe i od ciebie zależne. Zaczną coś robić, gdy poznają słowa i otworzą oczy — wytłumaczył jej to, przenosząc wzrok na ich pociechy. — Będą się wtedy bawić, uciekać ze żłobka, aby zwiedzać świat... — opowiadał dalej. — I ja będę musiał je pilnować — westchnął cierpiętniczo. — Jeżeli cierpisz na brak bodźców, to może zostaniesz z nimi dłużej? — zaproponował.
Machnęła na niego zbulwersowana łapą, przewracając oczami. — Nie przywrócę szczęścia na świecie, jeśli będę ciągle siedzieć tutaj — prychnęła mimowolnie. — Naprawdę, Misiu, używaj ty czasem główki, bo mówisz same głupoty! Zastępca nie może siedzieć ciągle w żłóbku, a ty powinieneś dać przykład innym tatusiom, że oni też mogą opiekować się kociętami. Dlaczego są karmicielki czy tam królowe, a nie ma karmicieli bądź... królów? To trochę niesprawiedliwe — stwierdziła, mrużąc ślepia, gdy dostrzegła tę charakterystycznie krzywą minę partnera. Co mu znowu nie pasowało? Stawiała sprawę jasno, przecież ich kocięta już by to szybciej załapały, niż on!
— Ugh... Ja niezbyt znam się na klanowych zasadach. Nie urodziłem się tutaj, jak dobrze wiesz. Dla mnie ta cała społeczność jest dziwna. Jednakże skoro jesteś w tej całej Radzie, może uda ci się coś zmienić... W końcu teraz jesteś równie ważna jak sam lider — miauknął, spuszczając wzrok na własne łapy. — Aksamitko... A tak z ciekawości. Co byś zrobiła, gdybyś była liderem?
Zastrzygła uszami. Było to całkiem ciekawe pytanie, którego nie było jej jeszcze ani razu dane słyszeć. Róznili się od innych klanów systemem władzy, toteż każdą kwestię trzeba było poruszać wśród ścisłego grona i dopiero tam można było szukać rozwiązań.
— Wszystko, co uczyni ten świat lepszym — rzekła, zapierając się dumnie. — Ta Rada jest trochę głupia, strasznie ogranicza moje genialne pomysły. Na pewno nie pozwoliłabym już kiedykolwiek na żadną wojnę. Jak ktoś chce kraść nam tereny, to powinien przyjść i urządzilibyśmy zawody w berka. — W morskich ślepiach zaiskrzyło od ekscytacji. Przeniosła wzrok na burego. — I wsadziłabym tatusiów do żłóbka. W ogóle jakiś sesnowny podział opieki nad dziećmi by się przydał. Trzeba bardziej zaangażować was, kocury, bo się roleniwiliści — palnęła. — A ty to już szczególnie...

<Niedźwiedź?>

09 kwietnia 2023

Od Niedźwiedziej Siły CD. Aksamitnej Chmurki

 Co takiego? Miał zajmować się dziećmi, kiedy te już będą na tyle duże, aby jeść stały pokarm? Rozejrzał się dyskretnie po żłobku. Nie było tu już nikogo poza partnerką, ponieważ młode Piegowatej Mordki zostały nie tak dawno mianowane na uczniów. Przyjdzie mu więc spędzić ten czas samotnie, chyba że po drodze zjawi się kolejna ciężarna kotka, z którą będzie dzielił przestrzeń. 
Nie widziało mu się to. Naprawdę. Już raz zajmował się dziećmi i wiedział, że to nie była jego bajka. Aksamitka wymagała od niego naprawdę dużo. Dał jej kocięta, ponieważ ich pragnęła. Teraz jednak to on miał je odchowywać. Jak... wspaniale. Coś czuł, że to będzie prawdziwe wyzwanie. 
— Jesteś świadoma, że będę pierwszym kocurem w tym miejscu? — uświadomił ją w tym całym szalonym pomyśle, w który chciała go wkopać. 
— Na pewno nie pierwszym! — odparła, patrząc na niego jak na skończonego głupka. — Z pewnością nieraz kocury zastępowały kotki, więc nie marudź.
— Dobrze... — mruknął ponuro, powoli akceptując swój los. 
Kotka polizała go po pysku, na którym na moment pojawił się uśmiech. Przymknął oczy, a następnie oparł łeb o jej czoło. Czuł jak miłe uczucie łaskocze jego brzuch. Jak dodaje mu energii i sił lepiej, niż niejeden sen. 
— Kocham cię — powiedział do ukochanej, z lekkim zawahaniem dając jej buziaka w pyszczek. 
Aksamitka zaśmiała się uroczo, po czym skierowała wzrok na kaczkę, która czekała na spożycie. 
— Też cię kocham Misiu, ale teraz czas na posiłek — powiadomiła, wgryzając się w tłustego ptaka. 
Siedział przy niej jeszcze jakiś czas, obserwując jak w zastraszającym tempie zdobycz znika w tak drobnym ciele. Kiedy nie pozostało nic prócz kości, odgarnął je łapą na bok, po czym położył się przy partnerce, której brzuch aż pękał w szwach. Pewnie niedługo dojdzie do porodu i zacznie się kolejny etap w ich życiu. Nie wiedział tylko czy go przetrwa. 

***

Miał chyba nosa, ponieważ gdy tylko wrócił do obozu, Aksamitka zaczęła rodzić. Pognał niczym burza do żłobka, siadając przy partnerce, która na jego widok jak zwykle się rozanieliła. Nie brzydził się krwi, więc poród nie był dla niego żadnym wyzwaniem. Zdarzało mu się rozrywać koty, co było bardziej drastyczne niż powołanie na świat życia. Zdawał sobie sprawę, że to było bolesne, dlatego też złapał Aksamitkę za łapę, gdy medyczki kręciły się obok, nadzorując cały przebieg. 
Zastępczyni krzyknęła, gdy przez jej ciało przebiegł skurcz i wgryzła mu się w łapę. Skrzywił się, ale pozwolił, aby partnerka mogła sobie ulżyć na jego kończynie. Przynajmniej teraz też czuł ból, dokładnie jak ona. Chociaż jego próg był znacznie wyższy od przeciętnego kota. 
— Wychodzi pierwszy! — ogłosiła Morskie Oko, dając malucha Czereśniowej Gałązce do wylizania. Ciche popiskiwanie rozniosło się w kociarni, witając tak pierwsze młode. Jego śladem poszła jeszcze trójka maleństw, a szczęśliwa i wymęczona mama, mogła przytulić do swojej piersi upragnione kocięta. 
— Musimy je nazwać — powiadomiła go Aksamitka, wpatrując się w swoje córki pełnym miłości spojrzeniem. 
Nazwać... Nie był zbyt dobry w tych sprawach, ale skinął głową na znak, że rozumie. A więc... Został ojcem. Los nie dał mu syna, za to podarował córki, które tak bardzo przypominały mu pointkę. Tylko jedna była bura, co wskazywało na to, że wdała się najpewniej w niego. A jeszcze inna praktycznie zdawała mu się kopią partnerki. Ostatecznie dzieci dostały imiona, które najbardziej do nich pasowały. 
Zostali rodzicami... Już naprawdę. 

***

Przyszedł do Aksamitnej Chmurki w odwiedziny. Wiedział, że niedługo przyjdzie mu leżeć na jej miejscu... Kocięta jeszcze ssały mleko i w zasadzie miał nadzieję, że possają jeszcze trochę. Obiecał jednak partnerce się nimi zająć, gdy ta wróci do swoich obowiązków zastępcy. 
— Już jestem. — Podszedł do kocicy, stykając się z nią czołem, a następnie spojrzał na swoje dzieci, które jeszcze ślepe, machały łapkami na boki. 
Jakie to było małe... Jakie nieporadne. Bał się, że przypadkiem je zgniecie. W co on się wpakował...

<Aksamitko?>

Od Aksamitnej Chmurki CD. Niedźwiedziej Siły

Przewróciła się na grzbiet i przeciągnęła. Miękki mech przyjemnie stykał się z jej futrem, a ona sama miała ochotę nieustannie na nim spać. Nie było to w jej zwyczaju, bo jednak żywiołowa kotka miała to do siebie, że nie potrafiła usiedzieć na miejscu dłużej niż przez jeden, króliczy oddech.
Ciąża nie była w ogóle przyjemna, co nie oznaczało, że jej żałowała. Uwielbiała kocięta i cieszyła się, że miała odpowiedniego partnera do wychowywania potomstwa, ale cały ten proces był okropny i strasznie jej się dłużył. Czuła się ociężała, nie mogła ani biegać gdzie jej się żywnie podobało, ani skakać, bo „dzieciom mogłoby się coś stać”. Tyle że nikt nigdy nie tłumaczył jej dokładnie konsekwencji.
Obróciła się na brzuch, dostrzegając ruch w wejściu. Bura sylwetka przysłoniła na moment cały dostęp światła do tego zakątku. Z pyska kocura zwisła całkiem tłusta kaczka — taka, jaką sobie wymarzyła.
Rzucił ją u jej łap, a ona natychmiastowo przystawiła nos do podarunku. Świeżo upolowana ptaszyna pachniała niesamowicie apetycznie i ledwo co powstrzymała się od rzucenia się na nią niczym wygłodniały drapieżca.
— Złapałem ją wedle życzenia — zwrócił się do niej, odciągając na moment jej uwagę od posiłku.
Spojrzała na niego wdzięcznie, a następnie, podniosła się z leża i chwiejnie podeszła, kryjąc pysk w jego futrze. Poczuła na czubku głowy ciepły oddech, a jej serce zabiło szybciej.
— Jest idealna, Misiu! — zamruczała.
Pozwoliła sobie chwilę postać tak, ogrzewając się nim i ciesząc się z bliskości. Zauważyła, że Niedźwiedź przywykł do jej działania, bo posłusznie stał, oczekując, aż sama zadecyduje, co będą dalej robić. Czasem brakowało jej spontaniczności w jego działaniach, bowiem monotonia strasznie ją nudziła. Zarazem jednak odpowiadało jej to, jak bez sprzeciwu wykonywał jej polecenia.
— Mamy do porozmawiania — rzekła poważnie i cofnęła się na leże. Widząc zawahanie na jego pysku, uśmiechnęła się ciepło, klepiąc miejsce obok siebie. Bury dalej sprawiał wrażenie niepewnego, a zbliżył się do niej z najwyższą ostrożnością w swoich ruchach.
— O co chodzi, Aksamitko? — spytał, a ona oparła się o jego bok, kiedy tylko przy niej usiadł.
Lubiła słuchać, jak mówi jej imię. Miękko akcentował każdą literkę i zawsze wypowiadał je z delikatnością, która wydawała się mu nie raz obca. Do tak ponurej miny i pełnego blizn ciała to nie pasowało.
— O metodę wychowania naszych dzieci — rzuciła, czując, jak ten z lekka drętwieję. Z jej pyska wydobył się krótki śmiech. — Mam już na to wizję. Ty, ja i gromadka naszych słodkich pociech, widzisz to? — zamruczała.
Zastrzygł uchem, powoli kiwając głową. Odbierała wrażenie, że nie zrozumiał, o co jej chodzi, ale wolała nie przedłużać ich rozmowy.
— No więc dzieci potrzebują opieki. Wiesz, zazwyczaj to matki siedzą w żłóbku, ale jakoś mi to nie pasuje — mruknęła, przeciągając się niespiesznie. — To będzie twoja rola.
— Słucham? — zastygł w bezruchu. — Aksamitko, ja przecież nie mam jak ich nakarmić — zauważył.
Machnęła od niechcenia łapą. Zdążyła już to wszystko zaplanować, więc nie widziała żadnych problemów w tym planie.
— Dlatego ja posiedzę z nimi na początku. Będę je karmić, mocno kochać, a potem, gdy nie będzie trzeba im już mleka, wracam do pracy, a ty zajmiesz moje miejsce — oświadczyła z dumą, że w ogóle wpadła na tak genialny pomysł. — No już, nie krzyw się tak. Jestem zastępcą, to ważna robota, a dzieci potrzebują dużej dawki ojcowskiej miłości. Codziennie będę przychodzić i się z nimi bawić, ale liczę, że włożysz swoje całe serce w ich wychowanie — mruknęła.

<Niedźwiedź?>

26 marca 2023

Od Niedźwiedziej Siły CD. Aksamitnej Chmurki

On nierozsądnie? Niby z jakiej strony?! Przecież mówił jej, że kocur był niebezpieczny! Czemu mu nie wierzyła? Dlaczego zaufała jakiemuś obcemu kotu, którego widziała pierwszy raz na oczy? Była naprawdę łatwowierna. Znał sztuczki Szamana, wiedział jak działał. Sączył kłamstwa pod płaszczykiem dobroci, a jak mysi móżdżek się na to nabierał to kończył marnie. Dlatego też słuchał wypowiadanych przez nią słów z otwartym pyskiem i niedowierzaniem wymalowanym w oczach. Owszem zdawał sobie sprawę z tego, że wojowniczka była... specyficzna, ale starał się wierzyć, że nie była aż tak naiwna! No bo ile można było zachowywać się jak kocię? 
Pokręcił szybko na to łbem. Ona nic nie rozumiała! To nie była zwykła relacja ojca z synem! Samotnikowi nie zależało na nim. On chciał go zjeść! Tylko to zwierzęce uczucie gnało go w jego stronę, a nie żadna troska! 
— No właśnie synku. Ja tak miło do was, zapraszam do siebie na posiłek, a ty taki... niemiły. Posłuchaj swojej partnerki, bo widzę, że ona tu jedyna rozsądna — powiedział kocur, a mu przebiegł dreszcz po grzbiecie. Ten jego złoty język wręcz domagał się, by go urwać. 
— Aksamitko. Nie jestem niemiły dla niego, bo coś sobie ubzdurałem. Mam powód. Chciał mnie zjeść. On poluje na koty! — Spojrzał na kotkę stanowczym wzrokiem, by pokazać, że nie żartuję. 
— Ja? Koty? Nonsens. Matka musiała ci naopowiadać głupot. Zawsze próbowała zrobić ze mnie tego złego — czekoladowy westchnął cierpiętniczo. — Gdybyś  kiedyś poszła w odwiedziny do teściowej, przekaż jej proszę, by mnie odwiedziła, bo mój syn od wielu księżyców nie chcę tego zrobić i wspomóc schorowanego ojca.
Dojrzał jak Aksamitna Chmurka na to trochę osłupiała i położyła nisko po sobie uszy. Spojrzała ukradkiem w przeciwny od kocurów kierunek. 
— Misiu — wykrztusiła. — Ale bez takich okropnych, obrzydliwych i poważnych oskarżeń! Przecież widzę, że twój tatuś jest miły i nie uwierzę w nic co mówisz — mruknęła. — Dobrze mu z oczu patrzy.
Ha! Gdyby on kierował się w życiu "dobrym wzrokiem", to dawno już by nie żył. Przecież to była sztuczka. Każdy samotnik mieszkający w Betonowym Świecie od kocięctwa to wiedział, a nawet stosował, by wyżebrać jakieś resztki. Wojowniczka jednak żyła w klanie, który chronił ją bezpieczną bańką przed całym złem tego świata. To był potworny błąd. Ten spokój, ta sielanka, do której przywykła mogły się dla niej źle skończyć. 
— On udaje Aksamitko! Udaje miłego, ale taki nie jest. Mówiłem ci przecież, że nie każdy bywa szczery — prychnął poddenerwowany, bo jej słowa bardzo go niepokoiły. Ojciec nie mógł jej owinąć wokół pazura. Nie mógł jej mu odebrać! Nie zniósłby myśli, że kocur zaraz zaciśnie jej kły na gardle, a potem... Serce go zabolało. Nie! Nie ulegnie ani mu, ani jej. Będzie walczył o jej bezpieczeństwo nawet jeśli kocica się za to na niego obrazi. 
— Synu. — Samotnik zbliżył się o krok. — Twoja partnerka ma więcej oleju w głowie niż ty. Ja nie krzywdzę kotów i wcale nie jem. Sprawiasz mi wielką przykrość. — Zrobił smutne oczy, jak gdyby naprawdę go ugodził w serce, a następnie otarł niewidoczne łzy łapą. — Szkoda. Wielka szkoda, że własny syn tak mnie traktuje. Ten któremu dałem życie. No nic... Skoro tak... To ja odejdę. Widzisz już Aksamitko, dlaczego żyje na pustkowiu. Cieszę się jednak, że cię poznałem. Jesteś mądrą kocicą i wierzę, że będziesz szczęśliwa z moim synem, dla którego chcę jak najlepiej. — Tu skierował wzrok na niego. — Chciałbym cię przytulić, ale wiem, że za tym nie przepadasz... 
— Żegnam — syknął, nie dając się nabrać na ten jego teatrzyk. Nie wzbudzi w nim poczucia winy. Wiedział kim był. — I tu nie wracaj.
— Niedźwiedź! — Aksamitka podniosła głos, patrząc na niego z oburzeniem. — Przepraszam naprawdę za niego, jeśli on nie chce przytulasków, to ja chętnie pana przytulę! — miauknęła energicznie.
Zacisnął bardziej pysk, kładąc po sobie uszy. Musiał przyznać, że jej krzyk spowodował u niego zdziwienie, ponieważ kocica rzadko kiedy się unosiła. Posłał jej spojrzenie, które ukazywało jedno - zaniepokojenie i troskę. Bał się, że ojciec mu ją odbierze. Nie chciał do tego dopuścić. Nie, gdy w końcu poczuł to co wypierał przez tyle księżyców. Mimo tego co wojowniczka mówiła, wszedł ponownie pomiędzy tą dwójkę, co było dość odważne, zważywszy na fakt, że ojciec był tak blisko, że wystarczył moment, by rozerwał mu gardło. Wolał jednak tu umrzeć niż patrzeć na śmierć ukochanej. 
— Odejdź — powtórzył raz jeszcze do czekoladowego, mierząc się z nim wzrokiem. 
Oczy Szamana pozostawały takie same, zimne, niekocie - to były oczy mordercy. Również je posiadał, a on o tym wiedział. Wiedział, że zamierzał walczyć o Aksamitkę nawet tu i teraz.
— Dziękuje, Aksamitko. Jesteś bardzo miła, ale niestety dzisiaj zrezygnuje. Co za dużo to nie zdrowo, a mój pysiu misiu zaraz mi skoczy do gardła — wyjaśnił kocicy. — To robi miłość z kotami. Miesza w głowie... Ah... — Już miał zamiar odejść, lecz zatrzymał się, zwracając ponownie na niego łeb. — Zapomniałbym. Czy matka się odzywała? Mam nadzieję, że przekazałeś jej moją wiadomość? — Oblizał się sugestywnie. 
Skrzywił się, po czym pokręcił łbem. Nie... Nie spotkał matki, nawet nie zamierzał jej szukać. Nie był żadnym jego posłańcem.
— Nie było okazji. Zresztą... Jesteś głupi jeżeli sądzisz, że cię odwiedzi — prychnął pod nosem.
Aksamitna Chmurka słysząc te słowa wbiła w niego intensywne spojrzenie. Nie odezwała się, ale i nie ściągnęła z niego wzroku. 
Ojciec chwilę się jeszcze w niego wpatrywał, po czym przeniósł wzrok na jego partnerkę. 
— Miło było cię poznać. Wierzę, że jeszcze się spotkamy. A ty synku... — Uśmiechnął się do niego miło. — Dbaj o nią, bo widzę, że ma więcej intelektu od ciebie — Po czym tak jak bury chciał i wręcz tego oczekiwał, odszedł, zostawiając ich samych. 
Od razu się rozluźnił, wręcz nie wierząc, że samotnik odpuścił. Jego sierść wróciła do pierwotnego stanu, a serce się uspokoiło. Udało się przeżyć. Jak dobrze. 
— Wracajmy Aksamitko do obozu. Tu nie jest bezpiecznie — powiedział zamierzając ją stąd jak najszybciej zabrać.
— Nic się nam nie stało, więc po czym zakładasz, że jest niebezpieczne? — prychnęła mimowolnie, nie ruszając się z miejsca. — Mało mi o sobie mówisz, a jak już, to kłamiesz. Twój tata wydawał się wspaniałym kocurem, któremu zależy na twoim dobrze, a ty plujesz na niego jak wściekły skunks — rzuciła, gniewnie uderzając ogonem o ziemię. — I mama? Masz mamę i nic mi o niej nie opowiadałeś? Gdzie ona jest? Jej też nie dasz mi spotkać bo "jest zła" — zakpiła poniekąd.
Położył po sobie uszy. Nie wierzył, że do kotki dalej nie docierało, że mówił prawdę. Nie kłamałby przecież na takie tematy! 
— Mówiłem ci o niej... Na początku naszej znajomości, gdy pytałaś czy mam rodzeństwo — przypomniał jej o tym, kierując wzrok gdzieś w bok. — Sprzedała mnie do gangu za jedzenie, gdy byłem kocięciem. Nie znam jej dobrze. Widywałem ją tylko okazjonalnie, a ona nawet nie przyznawała się do tego, że mnie zna. Naprawdę nie wiem gdzie jest. Betonowy Świat jest ogromny, a ona się dobrze w nim ukrywa. Jeżeli mój ojciec nie potrafi jej znaleźć, to jakie szanse mam ja, skoro się mnie wyparła i skazała na życie w cierpieniu? Takich osób nie chcę się odnajdywać. 
Wojowniczka zmrużyła oczy. 
— Niemożliwe. Zmyślasz teraz. Ja mam niezawodną pamięć i bym o czymś takim nie zapomniała — burknęła. — Wracamy do domu, ale nie dlatego, że ty chcesz, tylko dlatego, że ja tak mówię. Aha. I od dziś za kare nie możesz przy mnie spać. Byłeś okropny dla swojego taty, naprawdę, przemyśl swoje zachowanie.
Musiał przyznać, że te słowa go zabolały. To było chyba gorszę niż wyzwiska skierowane w jego stronę, gdy był młodym kotem, którego raz po raz łajał Rybitwa. Dawno nie czuł się tak okropnie. Nie miał pojęcia, dlaczego aż tak przejął się tym co powiedziała kocica. Czyżby naprawdę się zagubił przez tą całą miłość? 
Stał tam jeszcze chwilę, a wiatr muskał jego sierść. Gorycz i niezrozumienie zalały jego ciało. Poczucie samotności wróciło, pochłonęło go jak nigdy wcześniej. Pointka ruszyła przodem, a on ze zwieszonym łbem udał się za nią z lekkim wahaniem. Jego serce znów się zamknęło, a mur zburzony na nowo wzniósł się, odgradzając go od świata. Chłód powrócił, a wspomnienie radości jaką jeszcze tak niedawno czuł, zostało wypchnięte z jego pamięci bezpowrotnie. 

***

 Tak jak Aksamitna Chmurka obiecała, tak już nie spali razem. Zajął miejsce najdalsze od kocicy, wtulając się w zimną skałę. Dawała mu poczucie tego kim był. Nie zasługiwał na żadne luksusy. Przez to, że tak bardzo przywykł do wygody, stracił panowanie nad swoimi czynami. Nie powinien tak zbliżać się do wojowniczki. Nie powinien robić sobie nadziei na szczęśliwe życie. Był tylko narzędziem, które miało służyć liderowi. Jego pragnienia czy też uczucia nie były ważne. Aksamitna Chmurka o tym doskonale mu przypomniała. Nie powinien się odzywać, nie powinien pragnąć czegoś na co nie zasługiwał. 
Chociaż czuł się jak wronia strawa, nie zamierzał się rozklejać jak jakieś kocię. Umiał sobie radzić z emocjami. Wystarczyło odciąć się od świata, wznieść większy mur i zachowywać dystans. Dzięki temu miał szansę chociaż przez moment poczuć się bezpieczny. 
Zamknął oczy, lecz nie mógł jeszcze długo zasnąć. Rozmyślał o tym wszystkim jeszcze przez wiele, wiele dni. 

***

Musiał przyznać, że powrót do Klanu Klifu po tygodniach nieobecności sprawił mu niewyobrażalną ulgę. Przyniósł lek i mógł nareszcie odpocząć. Wizja śmierci i to, że ledwo jej się wyrwał zerwała wszelkie granice, które do tej pory pielęgnował. Bał się. Tak bardzo bał się, że już nigdy więcej jej nie ujrzy. Mimo tego, że Aksamitna Chmurka była na pewno na niego zła, że w ogóle postanowił odjeść, zostawić ją, a następnie wracał po tak długiej nieobecności, to chciał ją ujrzeć, chciał dotknąć jej sierści, wtulić w nią swój nos. Co by się stało, gdyby wtedy umarł? Czy Aksamitka sądziłaby, że ją zostawił i odszedł do innej? Czy cierpiałaby, przeklinając go przez resztę swojego życia? To go... przerażało. Świadomość tego, co mogłoby się stać. Może właśnie dlatego, gdy już się zobaczyli w legowisku medyka, nie obawiał się jej słów nagany. Owszem, pojawiły się, ale przyjął je z uśmiechem. Każde jej miauknięcie, spojrzenie, uśmiech... a nawet niezadowolony wyraz mordki sprawiało, że chciał być z nią na dobre i na złe. Nawet jeśli ta miała zamiar go karcić co krok, zdrabniać jego imię i przynosić mu na każdym kroku wstyd... Nie obchodziło go to. Chciał tylko by była.

***

— Zostaw ją — wrogi warkot wyrwał się z jego gardła, a pazury wysunęły się natychmiast. Nie potrafił pojąć jak do tego doszło. Wiatr szumiał nad ich głowami, a deszcz bębnił nieprzyjemnie o ziemię. 
Szaman obejmował Aksamitkę, która nic sobie nie robiła z tego wszystkiego, ciesząc się z uwagi teścia. 
Samotnik uśmiechnął się złośliwie, patrząc na niego jak na kogoś, kto nie był w stanie mu zagrozić. Miał rację. Znał jego siłę. Wiedział do czego był zdolny. Jednakże... Nie zamierzał mu pozwolić na to co zamierzał. 
— Wedle życzenia — Kocur odepchnął ją od siebie, a pointka straciła równowagę. Poleciała na ziemię, która zapadła się pod jej ciężarem. Widział jej przerażony wzrok, gdy łapami próbowała złapać się czegokolwiek, by tylko zatrzymać osuwanie się we wzburzone wody pod nią. Rzucił się jej na ratunek, ale jedyne co zdołał zrobić, to dotknąć jej łapy, spojrzeć w jej przerażone oczy i obserwować jak z krzykiem spada, rozbijając się o skały. 

***

Ocknął się ze snu, łapiąc spazmatycznie oddech. Jego wzrok błądził po otoczeniu, a ciało drżało raz po raz. Dalej przed oczami miał jej śmierć. To jak nie potrafił jej pomóc. Nie potrafił się uspokoić. To było dla niego za dużo. Dlaczego... Dlaczego...? To pytanie obijało się wciąż w jego głowie. Ciemność mówiła mu, że trwała głęboka noc. Oddechy kotów raz się unosiły, raz opadały. Zacisnął oczy, z których powoli wypłynęły łzy. Wiedział czym jest śmierć. Widział ją wielokrotnie. Jednak wizja utraty Aksamitki była zbyt bolesna. 
Wziął głębszy oddech, starając opanować szaleńczo bijące serce. Rozejrzał się po otoczeniu, dostrzegając niedaleko mały, zwinięty kształt pointki. Uniósł się na drżące łapy i wolno zbliżył do zastępczyni. Wyglądała tak niewinnie... Jego wyobraźnia jednak coraz bardziej zaczynała mącić mu myśli. Złapał go lęk, że ta właśnie odeszła z tego świata, a rano dopiero odkryją jej już zastygnięte zwłoki. 
Dotknął ją, potrząsając jej ciałem. To oczekiwanie dłużyło mu się, chociaż trwało zaledwie kilka uderzeń serca. Jej morskie ślepia wolno się uchyliły, a zaspany pyszczek spoczął na nim. 
— Misiu? — ziewnęła, przecierając oczy. — Coś się stało?
Gardło ścisnęło mu się boleśnie, a z pyska wyrwał się szloch. Przytulił się mocno do niej, próbując opanować swoje ciało. Tak się cieszył, że żyła. Że to okazało się nieprawdą, a jedynie głupotą, którą zesłał mu zaćmiony bólem umysł. 
— Hej, spokojnie. Co jest? — dopytywała dalej. 
— Kocham cię — odpowiedział jej na to tylko, wciskając swój nos głębiej w jej sierść. 
— I to powód do płaczu? 
Zaśmiał się cicho, kręcąc głową. 
— Nie — odparł, pociągając nosem i powoli odganiając te kotłujące się w nim od wielu, wielu księżyców emocję, które przez tak długi czas w sobie dusił. Chciał ją uszczęśliwić. Chciał dać jej wszystko czego tylko zapragnie. Życie było krótkie, a śmierć czaiła się na każdym kroku. Nie zamierzał dłużej zwlekać. Ona była tego warta. 
— To o co chodzi? — Spojrzała na niego tak, jakby już kompletnie nic nie rozumiała. 
— Chcę z tobą kocięta. 
Ożywienie dość szybko pojawiło się na jej pysku. Zamrugała zaskoczona, pewnie nie spodziewając się tych słów i to w takim momencie. W zasadzie... Też się dziwił, że to powiedział. 
— Przemyślałeś już to sobie? — zapytała, wyjątkowo poważnie jak na jej lekceważące podejście do życia. Mimo to drżenie klatki piersiowej, kiwający się na boki ogon, iskierki w oczach oraz uniesiony ku górze kącik pyska, zdradzał narastającą w niej radość. — Ja uważam, że będę świetną matką. I sądzę, że i ty będziesz dobrym ojcem. Pytanie pozostaje w tym, czy i ty tak myślisz.
Czy to przemyślał? W zasadzie trudno było to określić. Nie był pewny czy uda mu się spełnić w roli rodzica, gdy sam nie miał zbyt dobrych wzorców. Chciał jednak dać jej kocięta, póki jeszcze żył. Aby ją uszczęśliwić... By nie zginęła w morskich falach jak we śnie, nie spełniwszy swoich pragnień. Pokiwał więc tylko głową. 
— Oczywiście. — Uniósł się na łapy. — Chodź, Aksamitko. Pooglądamy później gwiazdy... 
Kocica zerwała się dość sprawnie na łapy, po czym przylgnęła do niego, mrucząc z zadowolenia. Wymknęli się po cichu z legowiska wojowników, kierując kroki w stronę plaży. 

***

Czy dziwił się, że po dość niedługim czasie, medyczka stwierdziła, że Aksamitka była w ciąży? W zasadzie nie. Tamtą noc zapamięta na długo, a przyjście na świat maluchów chyba do końca życia. Obawiał się jednak czego innego niż kociąt... 
Właśnie niósł kaczkę. Tak, kaczkę. Partnerka ją sobie zażyczyła co było dla niego dość zaskakujące. Słyszał jednak o humorkach królowych, więc obawiał się, że właśnie kocica wpadła w ten stan.
Przekroczywszy próg żłobka, dojrzał ją na jednym posłaniu z mchu. Podszedł do kocicy, kładąc jej pod łapy upolowaną zdobycz. 
— Złapałem ją wedle życzenia — zwrócił się do niej, mając nadzieję, że posiłek jej posmakuje. 

<Aksamitko?>

14 marca 2023

Od Aksamitnej Chmurki CD. Niedźwiedziej Siły

Wzrokiem uciekła na bok. Nie mogła tak po prostu udawać, że nic się tu nie stało i wrócić bez sprzeciwów do obozu. Nie była głucha. Słyszała dokładnie, jak kocur zwrócił się do Niedźwiedzia. A reakcja wojownika wskazywała na to, że nie było to kłamstwem.
Nazwał go właśnie synem.
— Za chwilę — rzuciła przelotnie do burego, odsuwając się od niego i przystępując na krok bliżej nieznajomego. Ciemne futro było trochę inne, bardziej czekoladowe, aniżeli czarne w pręgi, a mimo to ot tak potrafiła doszukać się podobieństwa między tą dwójką. — Nie wierzę, pan naprawdę jest ojcem Niedźwiedzia? — spytała, przełykając ślinę.
To była najbardziej niesamowita chwila w jej życiu, przez co nie mogła uspokoić z wrażenia oddechu. W głowie kotłowało jej się od nadmiaru pytań. Miała nadzieję go nimi nie zamęczyć, ale sam fakt, że byli od teraz poniekąd rodziną, ekscytował ją na tyle, że zapominała o zasadach zachowania bezpiecznej odległości.
— Otóż jestem. — Czekoladowy posłał jej uśmiech. Od razu odpowiedziała mu tym samym gestem, będąc pod wrażeniem, jak czarujący wydaje się samiec. Nie to, co Niedźwiedź z tym swoim wiecznie markotnym pyskiem. — Nie opowiadał ci o mnie? — Przeniósł wzrok na syna, krzywiąc się ze smutkiem. — Ranisz swojemu staruszkowi serce — miauknął, kładąc łapę we wspomniane miejsce.
A kim by była Aksamitka w tym momencie bez tej swojej dobroci? Pointka gotowa była nawet przytulić kocura, jednak bury wojownik uprzedził jej czyny, stając przed nią. Swoją wielkością zasłonił jej na moment cały widok, na co wydała z siebie głośny pomruk niezadowolenia. Co on właśnie odwalał? Ta bohaterska postawa wcale nie robiła na niej wrażenia. A z tego co mówił jego ojciec, wynikało, że był niewdzięcznym dzieciakiem.
— Odejdź. Natychmiast — rozkazał zimno kocurowi, jeżąc sierść. — Nie rozmawiaj z nim Aksamitko. Jest niebezpieczny.
Miała ochotę zlać go po łbie. Robił niepotrzebne sceny i psuł jej ważny moment! Nie spodziewała się, że kiedykolwiek będzie mogła spotkać kogokolwiek z jego rodziny, a gdy już cudem nadarzyła się taka okazja, to ten utrudniał jej nabycie głębszych relacji.
— Ja? Niebezpieczny? — zaśmiał się melodyjnie samotnik. — Synku... Czemu jesteś taki oschły? Psujesz tej damie dzień. Aksamitka, tak? — zwrócił się do kotki, której momentalnie serce rozgrzało się od miłych słów. — Nazywam się Szaman. Mieszkam niedaleko. Nie chciałabyś wpaść ze swoim ukochanym do poczciwego teścia?
Znowu została uprzedzona, choć zamierzała natychmiastowo się zgodzić. Bury zasyczał wrogo w stronę ojca, odpowiadając za ich dwójkę.
— Nie. Ona nigdzie z tobą nie pójdzie.
Odruchowo wystąpiła przed partnera i pacnęła go w nos, posyłając mu oburzone spojrzenie.
— Przestań być niemiły — szepnęła cicho, a potem narzuciła na pysk swój najmilszy uśmiech i spojrzała oczarowana na starszego samotnika. — O, to takie... Niespotykane imię. Oczywiście, że ja i Niedźwiedź bardzo chętnie pójdziemy odwiedzić pana! Wygląda pan na niezwykle samotnego, czemu nie poszedł pan tak jak pana syn do klanu? Tam jest tak dużo kotów i jedzenia — zamruczała z ekscytacją o wygodzie, w jakiej przyszło jej żyć.
Może bury nie chciał się tym dzielić? To było bardzo egoistyczne, naprawdę będzie musiała z nim porozmawiać na poważnie, kiedy wrócą do obozu. Powinna dać mu jakąś karę za brak taktu.
Szaman w pełni skupił na sobie jej uwagę. Z fascynacją wodziła wzrokiem za jego uśmiechniętym pyskiem. Czuła radość, że pomimo okropnego zachowania Niedźwiedziej Siły, ten wciąż chciał z nią rozmawiać.
— Cieszy mnie to. Owszem. Bywam samotny, bo nikt mnie nie odwiedza. — Tu rzucił smutne spojrzenie w stronę syna, który przybrał niezadowoloną minę. — Mam jednak szczęście, że natrafiłem tu na was. Gdybyśmy się nie spotkali, nie wiedziałbym o tobie. — Łapy jej miękły od takich miłych słów. — Dobrze wiedzieć, że synkowi nic nie grozi w łapach takiej damy. Ha, wierzę. Wierzę, że nie brak wam pożywienia. Wolałem jednak nie zbliżać się do tego klanu, po tym jak twój partner mnie pogonił.
— Zaatakowałeś mnie! Aksamitko nie słuchaj go! To szaleniec, zje nas! — wtrącił wojownik, strosząc mocniej sierść.
— Ah... Tak. Bo lepiej wszystko zwalać na ojca — miauknął smutno. — Nie ja jestem twoim demonem, Niedźwiedziu... Przejrzyj na oczy.
Kotka miała poniekąd paćkę z mózgu. Nie lubiła być świadkiem żadnych kłótni.
— Zachowujesz się nierozsądnie — zwróciła się do partnera szylkretka, nie spuszczając wzroku z czekoladowego. Wydawał się naprawdę przyjaznym i dobrym osobnikiem. Nie rozumiała zachowania kocura, ale było jej wstyd za to, co mówił.
— Oczywiście, że pod moją opieką Misiu jest bezpieczny — zapewniła, czując się na tyle swobodnie, by użyć zdrobnienia. — Ale już nie będzie się tak brzydko zachowywał, prawda kochanie? — westchnęła. Musi pokazać, że była odpowiednim materiałem na synową. — Pomyśl sobie Niedźwiedź, że świat odwdzięczy ci się za takie zachowanie. Skoro ty jesteś niemiły dla swojego ojca, to nasze dzieci będą niemiłe dla ciebie! — upomniała go ostrzej.

<Niedźwiedź?>