BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Motylkowa Łączka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Motylkowa Łączka. Pokaż wszystkie posty

14 stycznia 2026

Od Motylkowej Łączki Do Ciernistej Łapy

Uwielbiała jesień. Kochała ją za feerię barw w koronach drzew i za pogodę, która często bywała wręcz idealna; ani zbyt gorąca, ani przesadnie chłodna. Jedynie deszcze mogłyby padać rzadziej. Tego dnia jednak słońce dopisywało, więc siedziała niemal na środku obozu, chłonąc ostatnie ciepłe promienie, jakie pozostały po lecie. Nagle jej uwagę przykuł jeden kot. Ciernista Łapa, jej bratanek, siedział pod jednym z krzewów i z wyraźnym skupieniem na pyszczku czyścił własne futro. Wojowniczka uznała, że to idealny moment; rzadko zdarzało się, by nie był zajęty treningiem. Wstała, zabierając ze stosu świeżo upolowanego królika, i podeszła bliżej. Kocur zerknął na nią z ciekawością, po czym przerwał mycie futra i zrobił ciotce miejsce pod krzewem. Ta przysiadła obok, rzucając zdobycz na ziemię.
— Może zjesz razem ze mną? — zaproponowała, przesuwając królika bliżej niego.
Uczeń przez chwilę wpatrywał się w zdobycz, jakby coś rozważał.
— Jasne — mruknął krótko, wgryzając się w ciało zwierzęcia i odwracając wzrok.
— Jak ci idą treningi, Ciernista Łapo? — zapytała przyjaźnie, układając łapy przed sobą i wbijając w niego uważne spojrzenie.
Gdy usłyszał pytanie, poruszył uszami i odwrócił się w jej stronę, nawiązując kontakt wzrokowy.
— Bardzo dobrze! Jestem w rzeczy samej najlepszy — stwierdził, kładąc nonszalancko łapę na piersi i uśmiechając się z dumą.
— Och, to pewnie niedługo zostaniesz wojownikiem, tak jak twoja siostra — zauważyła, wgryzając się w królika.
Uczeń lekko drgnął i zaśmiał się nerwowo.
— Oj, ja planuję uczyć się dłużej, żeby być najlepszy. Będę doskonały — mruknął, machając głową na boki, jakby to, co mówił, było zupełnie oczywiste.
— Rozumiem. A co teraz robisz na treningach? — zamruczała, rzucając przelotne spojrzenie w stronę Jagodowego Marzenia, która powoli zmierzała ku legowisku wojowników.
Jej wzrok jednak szybko wrócił do bratanka, gotowa wysłuchać wszystkiego, co tylko zechce powiedzieć.

<Ciernista Łapo?>

Od Motylkowej Łączki CD. Berberysowej Łapy

Ruszyła lekkim kłusem w stronę Przybrzeżnego Oka. Cieszyło ją, że udało jej się złapać bratanka na spokojną rozmowę. Mimo że często odwiedzała dzieci brata, gdy były jeszcze kociętami, to odkąd zostali uczniami, rzadko znajdowała czas, by zamienić z nimi, choć kilka słów. Rozumiała to doskonale; sama, będąc uczennicą, skupiała się niemal wyłącznie na treningach, odcinając się od reszty świata. Tym bardziej doceniała fakt, że Berberysowa Łapa mimo wszystko chciał z nią porozmawiać. Niepokoiły ją jego słowa na temat ćwiczeń. Jako kocię był niezwykle cichy i zamknięty w sobie, zawsze bardziej obserwował, niż działał. Miała nadzieję, że jego trudności z nauką są czymś naturalnym, czymś, co spotyka większość młodych kotów, a nie początkiem problemów podobnych do tych, z którymi sama kiedyś się zmagała. Ciężko żyje się w klanie opartym na długich, wytrzymałościowych biegach, gdy samemu najlepiej radzi się na krótkich dystansach. Widząc, jak kocurek idzie ze zwieszoną głową, lekko trąciła go barkiem.
— Może przebiegniemy się do jeziorka? — zaproponowała. — To pomaga się rozluźnić, nie musi to być nic szybkiego — dodała łagodnie i już przyspieszała krok.
Zauważyła zawahanie w oczach ucznia, jednak po chwili ruszył za nią. Dzięki temu szybciej dotarli do celu. Usiedli nad samą wodą, niemal w ogóle niezmęczeni biegiem.
Motylkowa Łączka wciągnęła powietrze nosem. Czuła przyjemną woń chłodnej wody i kaczek kryjących się gdzieś w trzcinach. Lekki, jesienny wietrzyk poruszał jej świeżo umytym futrem. Zerknęła na pobliskie drzewa, ich liście powoli przybierały ciepłe odcienie czerwieni i pomarańczu, miękko opadając na ziemię.
— A więc… co cię trapi? — zapytała w końcu, patrząc na bratanka, który wciąż wpatrywał się w taflę wody.
Kocur przez dłuższą chwilę milczał, aż w końcu głośno westchnął.
— Zwiewny Mak… — mruknął krótko, odwracając wzrok.
— Hm? Coś nie tak z twoją siostrą? — dopytała, trącając go delikatnie nosem.
— Bo… ona już jest wojowniczką, a ja nadal nie — zaczął niepewnie. — Chyba potrzebuję więcej czasu na to wszystko i przez to czuję się gorszy od innych. Czy coś jest ze mną nie tak? — zapytał w końcu, spoglądając jej w oczy z wyraźnym smutkiem.
Kocica posmutniała i przysunęła się bliżej niego, tak by mógł poczuć jej ciepło.
— Wszystko z tobą w porządku — powiedziała spokojnie. — Każdy z nas uczy się w swoim tempie. Jedni szybciej, inni wolniej. To nie czyni nikogo gorszym ani lepszym. Dłuższy trening daje ci więcej czasu na zrozumienie wszystkiego i opanowanie umiejętności do perfekcji. Ci, którzy zostali wojownikami zbyt szybko, często muszą wracać do podstaw i powtarzać je raz za razem. Najważniejsze jest to, żeby ta droga była zgodna z tobą — wymruczała ciepło i polizała go za uchem.
Sama nie potrafiła już sobie przypomnieć, jak długo trwał jej własny trening. Przez pewien czas była medyczką, więc jej nauka przebiegała inaczej niż u reszty. Jednak odkąd trenowała z Rudą Lisówką, czas zdawał się mijać znacznie szybciej.

<Berberysowa Łapo?>

25 grudnia 2025

Od Motylkowej Łączki


Usiadła nad wodą, wpatrując się w miejsce, gdzie kilka księżyców temu jedna z jej matek zniknęła w głębinie, zabita przez Świerszczowy Skok. Tafla była dziś spokojna, niemal obojętna, jakby nigdy nie pochłonęła życia. Motylkowa Łączka wbiła pazury w mokrą, chłodną trawę, czując, jak wilgoć przesącza się między opuszkami. Wspomnienia migotały jej w myślach niespokojnie, rwane i ostre niczym błyski światła na poruszanej wiatrem wodzie. Wiatr nagle szarpnął jej futro, przynosząc ze sobą chłód oraz cichy szelest trzcin. Wzdrygnęła się i uniosła głowę. Poczuła znajomy zapach — ledwie uchwytny, lecz wystarczająco wyraźny, by serce zabiło jej szybciej. Może jednak się myliła? Bardzo chciała w to wierzyć. Ignorowała fakt, że wyraźnie czuła czyjąś obecność, że czyjeś kroki zbliżają się ku niej powoli, lecz nieuchronnie. Uparcie wpatrywała się w wodę, jakby liczyła, że wystarczy nie odwracać wzroku, by przeszłość i teraźniejszość przestały ją dosięgać.
Drgnęła, gdy usłyszała szelest trzcin. Dźwięk był cichy, niemal nieistniejący, a jednak wystarczył, by napiąć jej mięśnie. Kątem oka dostrzegła uśmiech na pysku matki — ten sam, który zawsze zwiastował kłopoty. Uniosła lekko kąciki własnego pyska w krzywym grymasie, gdy dotarł do niej znajomy głos, gładki i pozornie łagodny.
— Ach, Motylkowa Łączko, cóż to za przypadek. Najwyraźniej Klan Gwiazdy chciał, abyśmy się spotkały, po wielu dniach unikania siebie nawzajem — zaczęła kocica spokojnie, podchodząc bliżej i zatrzymując się w odległości długości ogona. — Chociaż nie będzie ona długa, czyż nie mam racji?
Motylka nawet na nią nie zerknęła. Nadal wpatrywała się w nieruchomą taflę wody, jakby to ona była jedyną rzeczą istniejącą na świecie. Im dłużej wbijała w nią spojrzenie, tym wyraźniej widziała odbicie Norniczego Śladu, rozmyte i drżące wraz z delikatnym ruchem fal.
— Czemu się uśmiechasz? — odezwała się w końcu chłodno. — Jaki masz cel? Bo wiem, że nie rozmawiasz ze mną z miłości, tylko po to, by coś osiągnąć, czyż nie? Te wszystkie kłamstwa i manipulacje… nie zapomniałam o nich.
Mruknęła cicho, owijając łapy ogonem, jakby próbowała dodać sobie otuchy. Nie miała dowodów na to, że jej matka coś knuje, lecz ufała Nornicy, gdy ta oskarżała Przeplatkę o współudział w wielu sprawach. Przeplatka musiała kłamać. Musiała manipulować — inaczej nic z tego nie miałoby sensu, a tragedie nie potoczyłyby się w ten sposób. Nie była tego całkowicie pewna. Mimo to miała nadzieję, że jej słowa sprowokują rozmówczynię, że choć na chwilę zsunie maskę i przyzna się do wszystkiego.
— Ależ ja kłamie i manipuluje? Chyba nie mówimy o tej samej kotce. — Przeplatka zaśmiała się cicho. — Jednak masz racje, posiadam cel, dla którego przybyłam. Może nie jest on tak straszny, jak mnie rysujesz, jednak dalej jest. — Kotka wzięła głęboki wdech. — Chciałam tylko powiedzieć, że jestem dumna. Jestem z Ciebie dumna Motylkowa Łączko. Nie popadłaś w żadną ze stron, co wydaje się zaskakujące, ani nie utopiłaś się we własnej naiwności. To jest to, czego chciałam was nauczyć od dnia, w którym wzięliście pierwszy oddech. Mysia Łapa i Chomik poniosły już konsekwencje swych czynów, zaś Świerszczowy Skok... Pozwolisz, że się nie wypowiem na ten temat.
Motylkowa Łączka słuchała uważnie, mimo że nawet na nią nie patrzyła. Jej uszy były nastawione do przodu, każdy mięsień napięty. Gdy jednak matka skończyła mówić, wojowniczka gwałtownie wbiła pazury w glebę i położyła uszy po sobie. Poderwała się na równe łapy i jednym, szybkim ruchem podeszła do Przeplatki, ogonem bijąc nerwowo na boki.
— Nic mi po twoim „jestem dumna”! — warknęła, a jej oczy zaszkliły się gniewem i bólem. — „We własnej naiwności”… — zaśmiała się krótko, gorzko. — Nie wiesz, co mówisz! Nigdy nie chciałam wybierać żadnej ze stron! Nie musiałabym tego robić, gdybyś ty i Nornica były inne. A może bym wybrała, gdybyście mnie nie okłamywały!
Jej głos drżał coraz wyraźniej, lecz nie tracił ostrości.
— Mówisz o Mysiej Łapie, Chomiku i Świerszczowym Skoku, jakby byli porażkami. A to wszystko twoja wina! Wina kłamstw i niewyjaśnionych spraw sprzed sezonów! — syknęła. — Powiedz mi w końcu całą prawdę. Co robiłaś z Norniczym Śladem? Ile kotów skrzywdziłyście? Ile jeszcze zamierzasz skrzywdzić?
Przysunęła się niemal nos w nos do matki.
— Kreujesz się na lepszą od Nornicy, a jesteś tak samo okropna jak ona. Wyprowadź mnie z błędu, jeśli potrafisz. Powiedz mi prawdę. Wyjaśnij w końcu wszystkie tajemnice mojego obrzydliwego życia!
Wysyczała te słowa, po czym gwałtownie się cofnęła. Usiadła ciężko na trawie i wbiła w Przeplatkę płomienne, nieustępliwe spojrzenie, czekając — po raz pierwszy naprawdę — na odpowiedź.
Uśmiech momentalnie znikł z pyska Przeplatki, gdy kocica podeszła bliżej, a zastąpił go grymas. Jednak nie ruszyła się, nie drgnęła.
— Chcesz znać prawdę? Prawda Cię zniszczy. Doprowadzi do szaleństwa, jak zrobiła to z Nornicą i Świerszczem. Ha! Gdybym miała mówić o prawdzie, to musiałabym wspomnieć o tym, że bardziej spokrewnione do Nornica są kocięta Cykorii, niż wy. Wy byliście moją przepustką do tego klanu, bo przecież ile mogłam czekać aż Nornica i jej brat sprowadzą mnie tutaj. — Tu przerwała na chwilę. — Me łapy nie skrzywdziły nikogo, nie doprowadziły do nikogo śmierci. Jedyne koty, które możesz o to oskarżać, to twój wuj, matka oraz brat. Przyczyniłam się tylko do ratunku, jednak nie to jest mi wytykane! Nie łatwo było wstrzymać jej furię.
Pokręciła głową, cicho się śmiejąc, lecz w tym śmiechu nie było ani krzty radości — tylko gorycz i zmęczenie.
— Mówisz mi, że jesteś dumna z mojego działania, a teraz twierdzisz, że prawda mnie zniszczy? — zapytała ochryple. — To kłamstwo mnie zniszczyło. — Jej głos zadrżał. — A prawda… prawda może zaboleć, ale uleczy — jęknęła, jakby każde słowo kosztowało ją więcej, niż chciała przyznać.
Dopiero po chwili dotarło do niej znaczenie dalszych słów matki. Znieruchomiała, a potem uniosła głowę, wpatrując się w nią z niedowierzaniem.
— A więc przepustką? — prychnęła. — Och, jakże mi przykro, że twoje przepustki cię zawiodły! — warknęła, a jej ogon nerwowo smagnął powietrze. — Może nie tknęłaś kota własnymi łapami, ale twój brak działania był równie okropny jak same czyny!
Zrobiła krok w tył, jakby potrzebowała dystansu, by nie ulec emocjom.
— Powiedz mi prawdę — ciągnęła ciszej, lecz z nie mniejszą siłą. — Przestań to wszystko ukrywać. Bo może… — zawahała się na moment — może wtedy coś się między nami zmieni. Ale jeśli nie… — westchnęła ciężko — nie mam zamiaru nazywać rodziną kogoś, kto mnie okłamuje.
Odwróciła się lekko, gotowa odejść, jakby ostatnia nić łącząca ją z matką właśnie zaczynała się rwać.
— I po co? Abyś mogła zrujnować wszystko na co pracowałam? HA! Jesteś głupia! Jednak mądrzejsza od reszty swego rodzeństwa. — Jej ogon drgnął niespokojnie, a na jej pysku ponownie pojawił się uśmiech. — Najwyraźniej nikogo w klanie nie nazwiesz rodziną. No cóż... Sama wybrałaś te ścieżkę. Jednak jedno mogę zdradzić. Niedługo ktoś znowu poniesie odpowiednie konsekwencje za swe czyny.
Motylka patrzyła na matkę spokojnie. Przez krótką chwilę w jej spojrzeniu nie było nic — ani gniewu, ani bólu. Gdy jednak tamta zakończyła mówić, ciszę rozdarł nagły wybuch śmiechu, tak głośny i dziki, że ptaki zerwały się z trzcin i wzbiły w powietrze. Podniosła się powoli i podeszła do matki. Wyprostowała się, a potem spojrzała jej prosto w oczy. Bez cienia lęku — jedynie z obrzydzeniem. Jakby patrzyła na coś najohydniejszego na świecie.
— Tyle mi wystarczy, głupia kocico – powiedziała chłodno. — Nie pozwolę ci już nikogo skrzywdzić. I mam nadzieję, że Norniczy Ślad, twoja „ukochana”, którą tak gorliwie wspierałaś, wciągnie cię w głębiny Mrocznej Puszczy.
Jej głos był twardy, pozbawiony wahania.
— W klanie już mam rodzinę. Prawdziwą. Nie toksyczną, nie obciążoną kłamstwami ani obrzydliwymi kotami, takimi jak ty i reszta tej pokręconej rodziny — dodała, po czym odwróciła się gwałtownie i ruszyła w stronę obozu.
Po kilku krokach jednak się zatrzymała.
— I to ty poniesiesz odpowiednie konsekwencje swoich czynów — rzuciła przez ramię. — Kreujesz się na kogoś nieomylnego, na kogoś, kto czyni dobro i nikogo nigdy nie skrzywdził. A nie różnisz się niczym od pomiotów Mrocznej Puszczy.
Zawahała się na ułamek sekundy, po czym dokończyła ciszej, lecz z jadem w głosie:
— Oby ciało Nornicy wciągnęło cię do tej wody i utopiło.
Ruszyła kłusem w stronę obozu, machając ogonem na boki — tym razem niemal wesoło, jakby wraz z ostatnimi słowami zostawiła za sobą ciężar, który nosiła zbyt długo.

° 𐐪𐑂 ♡ 𐐪𐑂 ₒ 𐐪𐑂 ♡ 𐐪𐑂 °

Szybkim krokiem dotarła do obozu. Zatrzymała się na moment przy wejściu, po czym obejrzała się przez ramię. Przeplatkowego Wianka nigdzie nie było widać. Dobrze. Najwyraźniej nie ruszyła za nią, by ją powstrzymać. To dodało Motylkowej Łączce odrobiny pewności. Od razu zaczęła rozglądać się po obozie. Wokół panował zwyczajny ruch: wojownicy krzątali się przy swoich obowiązkach, młodsze koty przebiegały między legowiskami, a z oddali dobiegały stłumione rozmowy. Wśród tego wszystkiego szybko dostrzegła kota, którego szukała. Zawodzące Echo siedział pod jednym z gęstych krzewów, częściowo skryty w cieniu. Jego spojrzenie było skupione i czujne, jakby obserwował całe życie obozu, nie umykając żadnemu szczegółowi. Wojowniczka zawahała się na krótką chwilę. W piersi poczuła znajome ukłucie niepewności, lecz niemal natychmiast je odepchnęła. To, co miała do powiedzenia, było zbyt ważne, by się wycofać. Podeszła do zastępcy swojego klanu. Kocur uniósł wzrok i spojrzał na nią uważnie.
— Motylkowa Łączko, witam — przywitał się, lekko przesuwając się na bok i robiąc kocicy miejsce pod krzewem.
Bez wahania przysiadła obok niego. Przez krótką chwilę oboje milczeli, wsłuchując się w odległe dźwięki obozu.
— Witaj — zaczęła w końcu. — Chciałam ci coś powiedzieć… ostrzec cię — mruknęła z pewnością w głosie, choć w środku czuła narastające napięcie.
Dostrzegła błysk zainteresowania w oczach kocura.
— Czujesz się już lepiej po ostatnich wydarzeniach? — zapytał spokojnie, z wyraźną nutą troski. — Wróciłaś do obowiązków wojownika, ale zdajesz się bardziej ostrożna niż wcześniej.
— Tak, czuję się dobrze — odpowiedziała. — Jestem ostrożna i uważna, bo po ostatnich sytuacjach chyba każdy taki jest… i długo jeszcze będzie. Nie można tracić czujności. Zło tylko na to czeka — dodała, spoglądając w stronę wejścia do obozu, jakby obawiała się, że ktoś mógłby ich podsłuchać.
— Masz rację — przyznał. — A więc co chciałaś mi powiedzieć? — zapytał w końcu, ponaglając ją delikatnie.
Motylkowa Łączka zniżyła głos.
— Przeplatkowy Wianek coś kombinuje — zaczęła ostrożnie. — Przyznała mi się, że za jakiś czas kolejny kot poniesie konsekwencje za swoje czyny. Sama nie krzywdzi, ale manipuluje innymi. Nie mam na to twardych dowodów, chociaż zachowanie mojego rodzeństwa może o czymś świadczyć. Nie wiem, co z tym zrobisz, ale jeśli mogę… radzę ci uważać.
Wyprostowała się i spojrzała na kocura odrobinę pewniej, niż sama się czuła. Po chwili jednak odchrząknęła i skinęła głową, jakby chciała zakończyć swoją wypowiedź. Zastępca patrzył na nią przez dłuższą chwilę. W jego oczach mieszały się różne emocje: zamyślenie, ostrożność, a może nawet cień wątpliwości.
— Rozumiem. Wezmę to pod uwagę. Dziękuję ci — odparł spokojnie.
Odwrócił wzrok i spojrzał przed siebie, jakby wciąż rozważał jej słowa. Motylkowa Łączka obserwowała go jeszcze przez moment. Ogarnęło ją dziwne, nieprzyjemne wrażenie, że kocur jej nie do końca wierzy i że może zbagatelizować jej ostrzeżenie. Cóż… przynajmniej wtedy będzie mogła mu to wygarnąć, jeśli dojdzie do tragedii.

20 grudnia 2025

Od Motylkowej Łączki CD. Jagodowego Marzenia

Przeszłość
Trzymając w pysku mysz, zerknęła na małego, kremowego kocurka. Jej spojrzenie na chwilę zmiękło, a kąciki pyska uniosły się w niewyraźnym uśmiechu. Widziała w nim swojego brata, podobieństwo było aż nazbyt oczywiste. Zerknęła w stronę Jagodowego Marzenia, która właśnie rugała swojego syna. Jej głos był stanowczy, lecz pozbawiony gniewu — bardziej pełen troski niż złości.
— Pyłku, daj Motylkowej Łączce wejść — powiedziała królowa spokojnie.
Na te słowa kociak tylko mruknął coś pod nosem, po czym, z wyraźną niechęcią, przysiadł obok niej, odwracając wzrok. Motylkowa Łączka zaśmiała się cicho, niemal bezgłośnie, po czym podeszła bliżej ciemniejszej kotki i ostrożnie położyła obok niej mysz.
— Miło mi cię widzieć i dziękuję za zwierzynę. Nie przejmuj się Pyłkiem, kociaki mają zbyt dużo energii — rzekła Jagodowe Marzenie, po czym dodała ciszej: — Ważne, że chociaż ty przychodzisz. Ostatnio coraz rzadziej widać tu kogokolwiek z twojej rodziny.
Motylkowa Łączka dostrzegła cień smutku w oczach karmicielki, lecz ten niemal natychmiast został przykryty uprzejmym uśmiechem, jakby królowa próbowała ukryć własne uczucia. Motylka pochyliła się i delikatnie dotknęła czołem jej czoła, chcąc dodać jej otuchy.
— Nie martw się — powiedziała łagodnie. — Moja rodzina nigdy nie była zgrana. Ja też nie mam z nimi wyjątkowych relacji — przyznała, spoglądając w stronę wyjścia z kociarni, gdzie przez szczelinę wpadało blade światło dnia.
Zastanawiało ją, co takiego ważnego robi Świerszczowy Skok, że nie znajduje czasu, by odwiedzić własne kocięta. Ta myśl wywołała w niej ukłucie goryczy. Motylkowa Łączka od dawna marzyła o rodzinie — coraz częściej także o własnych kociętach. Nie uśmiechała jej się wizja samotnej ciąży ani wychowywania potomstwa w pojedynkę, a jednak pragnienie to nie gasło, wręcz przeciwnie — rosło z każdym dniem.
— Ale dlaczego ich własny ojciec nie przychodzi? — zapytała smutno Jagodowe Marzenie, spuszczając głowę. — Nie kocha ich?
— Nie myśl tak! — miauknęła Motylka, choć w jej głosie pobrzmiewała niepewność. — Na pewno przyjdzie jeszcze dziś.
Sama jednak nie była tego pewna. Mimo to postanowiła, że dopilnuje, aby kocur tego dnia zjawił się przy rodzinie. Może po prostu był zagubiony, przytłoczony obowiązkami… Tak, na pewno tak było.
Teraźniejszość
Czuła, jak ciepłe promienie słońca opalają jej grzbiet, wnikając głęboko w futro. Wibrysy drżały od żaru unoszącego się nad obozem, aż w końcu udało jej się znaleźć odrobinę ulgi w cieniu gęstych krzewów. Przytuliła się niemal do ziemi, chłonąc jej chłód, i stamtąd obserwowała obóz. Inne koty, podobnie jak ona, chowały się w cieniu, unikając stykania się futrami, by nie wytwarzać dodatkowego ciepła. Motylkowa Łączka leżała przez dłuższą chwilę, rozmyślając o tym, czego niedawno się dowiedziała. Jej siostra była w ciąży. I to z Rudą Lisówką. Myśl ta wciąż wydawała się nierealna. Wojowniczka nie potrafiła zrozumieć, dlaczego kocur jej wybaczył, a na dodatek dopuścił do czegoś takiego. W jej przekonaniu Chomik należało odebrać kocięta, gdy tylko przyjdą na świat — jednak nie proponowała tego nikomu. Było to zbyt ryzykowne. Klany dość często przymykały oczy na przewinienia kotek, gdy te były ciężarne, a Motylka uważała, że pozostawianie młodych głów pod opieką niestabilnych emocjonalnie kotów jest zwyczajnym błędem. Westchnęła głośniej, niż zamierzała. Wtedy obok niej przeszli dwaj dobrze jej znani uczniowie. Berberys i Cierń. Zatrzymała na nich wzrok, zaskoczona, jak bardzo już urośli. Jeszcze niedawno byli nieporadnymi kociętami, a teraz poruszali się z pewnością i młodzieńczą energią. Myśl o bratankach sprawiła, że natychmiast się podniosła i rozejrzała za ich matką. Szybko dostrzegła Jagodowe Marzenie skuloną pod jednym z krzaków, częściowo ukrytą w cieniu. Motylkowa Łączka naprawdę jej współczuła. Świerszczowy Skok ją zostawił, a potem przyszły te wszystkie morderstwa. Z całą pewnością nie czuła się bezpiecznie w klanie. Motylka chwyciła więc królika ze stosu świeżej zwierzyny i przysiadła tuż obok niej. Kocica uniosła głowę i od razu rozpromieniła się na jej widok.
— Och, Motylkowa Łączko! Jak dobrze cię widzieć — wymruczała, natychmiast zerkając na królika.
Było to dziwne. Jakby w jej oczach nie było ani grama smutku. A przecież Motylka była pewna, że gdzieś głęboko ten smutek wciąż się krył.
— Jak się masz? — zapytała swobodnie Motylkowa Łączka, biorąc kęs zwierzyny, po czym przesuwając ją w stronę towarzyszki.
<Jagodowe Marzenie?>

18 grudnia 2025

Od Motylkowej Łączki CD. Wdzięcznej Firletki

Przeszłość

Wzdrygnęła się lekko z bólu, gdy kotka wyciągnęła z jej łapy odłamek szkła. Po chwili jednak odetchnęła z wyraźną ulgą, a na wypowiedziane słowa tylko lekko się skrzywiła.
— Nie jestem medyczką, nie chciałabym robić czegoś bez waszej zgody — odparła, spoglądając na opatrunek.
— Rozumiem. Jednak myślę, że żaden z medyków nie miałby nic przeciwko temu, gdybyś użyła ziół. W końcu i tak pomagasz w ich szukaniu — odpowiedziała spokojnie Wdzięczna Firletka, sprzątając resztki roślin rozsypane na ziemi.
Motylkowa Łączka patrzyła na nią uważnie, a z każdą kolejną chwilą czuła, jak w gardle rośnie jej gula. Chciała o coś zapytać, coś wyznać, wreszcie wypowiedzieć to, co od dawna cisnęło jej się na język. Ostatecznie jednak zrezygnowała. Jak zawsze. Uśmiechnęła się jedynie promiennie, tak jak miała w zwyczaju, i zaczęła ożywioną rozmowę o motylkach, chrząszczach i innym drobnym robactwie, skutecznie odwracając uwagę od tego, co naprawdę było dla niej ważne.

Teraźniejszość

Skulona pod krzewami obserwowała bacznie białą jak śnieg uczennicę, która, skryta w cieniu wieży, rozmawiała z jednym z kotów. Motylka nie słyszała ich rozmowy — i nawet tego nie chciała. Kotka najwyraźniej nie zdawała sobie sprawy, że ktoś ją obserwuje. Przed łapami Motylki leżał zając, którym dzieliła się z Opadającym Rumiankiem. Kocur przez chwilę coś do niej mówił, jednak gdy zorientował się, że go nie słucha, delikatnie dotknął ją łapą.
— Czemu tak przyglądasz się Wełnistej Łapie? — zapytał z lekkim zmartwieniem, spoglądając na nią tym samym spojrzeniem, którym niegdyś patrzył na jej matkę. Motylka szybko się uśmiechnęła.
— Na kogo? Ach… na Wełnistą Łapę. Nie patrzę na nią. Po prostu się zamyśliłam, nic więcej — miauknęła, śmiejąc się nienaturalnie.
Już na pierwszy rzut oka można było wyczytać z jej pyska, że kłamie. Oprócz sztucznego uśmiechu widać było także szok i zawstydzenie, których nie potrafiła ukryć. Jeszcze przez chwilę siedziała z szylkretowym kocurem, rozmawiając o zupełnie nieistotnych sprawach: o pogodzie, o drobnych przyjemnościach dnia codziennego. Mimo to wspólnie spędzony czas był zaskakująco miły. Gdy jednak skończyli posiłek, kocur oddalił się na patrol łowiecki. Wojowniczka została sama, wpatrując się w swoje łapy. Musiała przestać. Naprawdę musiała przestać tak obserwować Wróżkę. Ktoś mógłby pomyśleć, że ma obsesję na jej punkcie albo — co gorsza — że planuje coś złego. Wciągnęła głośno powietrze i przymknęła oczy. Otworzyła je jednak niemal natychmiast, gdy tuż przed nią stanęła Wdzięczna Firletka. Z lekkim, zmęczonym uśmiechem usiadła na ziemi.
— Motylko! — zamruczała cicho, dotykając nosem jej czoła. — Dawno nie rozmawiałyśmy… te wszystkie sprawy w klanie… — ściszyła głos, po czym szybko potrząsnęła głową. — Może chciałabyś wybrać się ze mną na zbieranie ziół? — zaproponowała ciepło, od razu się podnosząc, jakby była pewna, że wojowniczka się zgodzi.
I zgodziłaby się — gdyby nie ukłucie dumy i zazdrości, które uderzyło ją mocniej niż wcześniej.
— Po co? — warknęła ostrzej, niż zamierzała.
Drgnęła i podniosła się do siadu, spoglądając na Wdzięczną Firletkę z wyraźnym zaskoczeniem.
— To znaczy… nie widzę takiej potrzeby — dodała, równie oschle jak przed chwilą.
Cofnęła uszy i uderzyła się łapą w czoło. Nie mogła się tak zachowywać. Nie wobec Firletki. Nie wobec tej, dla której jej serce biło szybciej.
— Wszystko w porządku? — zapytała medyczka z troską, siadając tym razem tuż obok niej, tak że ich futra lekko się zetknęły.
— Przepraszam… po prostu to wszystko ostatnio mnie stresuje — westchnęła Motylka, odwracając wzrok, by druga nie mogła wyczytać prawdy z jej oczu.
A może to wcale nie było kłamstwo? Rzeczywiście czuła się ostatnio gorzej — bardziej spięta, niepewna, podejrzliwie spoglądająca na członków klanu. Jednak to, co kierowało jej zachowaniem w tej chwili, było czymś innym. Zazdrością, której nie chciała czuć. Żalem, którego nie chciała dopuścić do głosu.

<Firletko, przepraszam>

15 listopada 2025

Od Motylkowej Łączki

Parę dni wcześniej

Pora Nagich Drzew nie oszczędzała ziemi dookoła. Mróz skuł ją lodem, zabrał zwierzynę i zioła. Jeszcze gdyby dookoła był puszysty śnieg, ale nie — zamiast niego błoto wpełzało pod łapy i do legowisk. Była to zdecydowanie najgorsza pora dla klanowych kotów. Każdy pracował ciężko, przykładając się, by wspomóc swój klan. Jednak wyjątkiem od tego była Motylkowa Łączka. Nadal pogrążona w żalu po wydarzeniach w jej rodzinie, nie opuszczała legowiska medyka. Jedyne, co wydobywało się z jej pyska, to ciągłe „przepraszam”, kierowane w stronę Wdzięcznej Firletki. Wojowniczka nienawidziła się za swoje lenistwo, a gdy próbowała wstać, czuła, jakby ogromny kamień przygniatał ją do ziemi. Czuła się bezużyteczna. Chciała to zmienić, ale wiedziała, że to jeszcze nie czas. Dni mijały, a ona z każdym kolejnym czuła się odrobinę pewniej. Była gotowa spojrzeć klanowiczom w oczy, jednak słowa nie wychodziły z jej pyska tak często, jakby chciały. A dawny uśmiech, jasny jak słońce, gdzieś zniknął. Spoglądała tępo w stronę wyjścia z wieży. Wiatr delikatnie wpadał przez otwarte okno, zachęcając ją do wstania. Mimo że był chłodny, był tak bardzo upragniony… W końcu podniosła się na łapy. Wystawiła głowę z legowiska, ale po chwili usiadła jedynie, obserwując życie w obozie. Od razu wiele kotów spojrzało w jej stronę. Z uśmiechami na pyskach machali do niej łapami. Jednak widząc, że kotka nie odwzajemnia gestu, stawali się smutni. Bliżej niej podszedł jednak Ruda Lisówka. Kocur upuścił na ziemię zająca.
— Motylkowa Łączko! W końcu wyszłaś, nie mogłem się doczekać, aż cię zobaczę — wymruczał rudzielec, siadając obok niej. — Taka atmosfera ostatnio ponura, a ty też się nie uśmiechasz. Mam nadzieję, że już czujesz się lepiej.
Wojowniczka zerknęła na zdobycz, którą przyniósł kocur, a potem na niego, delikatnie skinęła głową.
— Może… — mruknęła, czując, jak głos jej się łamie. Dawno go nie używała, a i tak czuła, że wszystko, co mówi, brzmi jak kłamstwo i bluźnierstwo najgorszego sortu. Serce jej się ścisnęło, podobnie jak żołądek. Odsunęła łapą zająca, którego przyniósł Ruda Lisówka. Kocur patrzył na nią chwilę smutno.
— Dam ci przestrzeń, ale jak coś, to twoje posłanie na ciebie czeka — wymruczał, zabierając ze sobą zdobycz i odchodząc do innych znajomych kotów. Powiedział im coś, kręcąc głową.
Motylkowa Łączka siedziała jeszcze dłuższą chwilę, łapiąc oddech. Chciała się ruszyć, podejść do Przepiórczego Puchu i zaproponować, że pójdzie na patrol. A jednak dalej siedziała. Czuła, jakby mocne pędy oplatały jej łapy i szyję. Czy w ogóle byłaby w stanie o to zapytać? Drgnęła nagle, zwieszając głowę. Złapała się łapą za głowę, a wspomnienie tamtych chwil znów w nią uderzyło. Widziała przed oczami Norniczy Ślad, najpierw uśmiechającą się, a potem wściekłą. Krew ciekła jej z gardła, brudząc wszystko dookoła. Motylka widziała, że to jej własne łapy były brudne.
— Już ci lepiej, jak widzę — wyrwał ją z plątaniny nagły głos. Uniosła spojrzenie, lecz szybko je odwróciła. Obok niej stanął Zawilcowa Korona. Medyka wyjątkowo nie patrzył na nią z pogardą, a politowaniem. Jego ton brzmiał przyjaźnie.
Kotka pokręciła głową na jego słowa.
— Chodź do środka, dam ci zioła uspokajające — zaproponował, odwracając się i wchodząc do wieży.
Szylkretka, nie czekając, ruszyła za nim w głąb wnętrza.

* * *

Sprawy w Klanie Burzy, mówiąc krótko, skomplikowały się. Rozkwitająca Szanta oraz Kozi Przesmyk zostali zamordowani, a sprawca prawdopodobnie pochodził z samego Klanu Burzy — z jej własnego domu. Gdzieś tu, pośród znajomych pysków, był ten splamiony krwią. Kotka od razu pomyślała, że mogła to być jej matka, Przeplatkowy Wianek, lub siostra. Myślała też o bracie, choć w jej oczach Świerszczowy Skok wciąż miał szansę na odbudowanie relacji. Na własne oczy widziała, jak Zawodzące Echo przesłuchuje każdego wojownika i ucznia… poza nią. Było to upokarzające, bo dowodziło, że była na tyle bezużyteczna, że nikogo nie obchodziło, co robiła. A jednak miało to sens — cały dzień przeleżała w legowisku, a jej alibi potwierdzali trzej medycy. Do tego powinna była się cieszyć, że nikt jej nie podejrzewał. Po przesłuchaniach Burzaki głosowały, a ona sama wymigała się od udziału w dyskusji, nie chcąc nikogo oskarżać. Jednak to, co wydarzyło się później, wstrząsnęło nią do głębi. Jej brat został oskarżony, a potem Skowroni Odłamek w amoku przyznał się do zbrodni. Koty Klanu Burzy rozerwały go na strzępy. Bez podstaw. Uznając jego majaczenia za prawdę. To było niesprawiedliwe! Odbierali jej bratu wolność, a medykowi, który ją kiedyś szkolił, życie! Wysunęła się z wieży z nową determinacją. Musiała odrzucić na bok smutek. Musiała ochronić honor brata i znaleźć tego, przez kogo Skowroni Odłamek stracił niewinne życie. Miała wątpliwości, czy jej zniszczona głowa pozwoli jej myśleć jasno. Czy jednak podejmie błędne decyzje? Musiała spróbować. Ten ostatni raz. Musiała wykorzystać nagłe siły i ruszyć się z miejsca. Na jej pysku jednak nie było widać uśmiechu ani determinacji — jedynie żal i strach. Wiatr wiał, smagając jej futro i przypominając o bezlitosnym świecie na zewnątrz. Wszystko wokół wydawało się wrogie, a jednak to właśnie tam, wśród chaosu i krzyku innych kotów, musiała znaleźć swoją siłę.

Od Motylkowej Łączki

 Dzień wcześniej

Obóz Klanu Burzy spowijała ponura, ciężka atmosfera. Nie tylko zima mroziła powietrze — również ostatnie wydarzenia ciążyły na każdym niczym kamień. Koty chodziły spięte, poruszały się ostrożnie, jakby każdy krok mógł wywołać lawinę. Patrzyły na siebie wzrokiem pełnym nieufności, badając każde najmniejsze drgnięcie wibrysa, każdy kaszel czy kichnięcie. Wszyscy szukali winnego. Wszyscy szukali mordercy. A jednak, mimo narastającego napięcia, burzaki zostali zmuszeni siedzieć razem, blisko siebie, w zwartej grupie pod wieżą. Królicza Gwiazda zwołał zebranie klanu. Czyżby śledztwo wreszcie ruszyło? Tak szybko? Na pewno nie… Motylkowa Łączka przysiadła nieco z boku, nastawiając uszy. Jej wzrok od razu odnalazł Wełniastą Łapę — młodą kotkę siedzącą z przodu, wyprostowaną, napiętą, jakby sama nie wiedziała, jak się zachować. Brak słońca sprzyjał albinosce i jej rodzeństwu.Wojowniczka poruszyła wąsami, skupiając się na słowach lidera.
— Wełnista Łapa zostanie uczniem medyka…
Dalsze słowa zniknęły w szumie wiatru i własnych myśli. Motylkowa Łączka drgnęła tak gwałtownie, jakby ktoś wbił jej pazury w bok. Zakasłała od nagłej suchości w gardle. Dwa koty obok odwróciły się ku niej, zaniepokojone, ale po chwili powróciły spojrzeniem do przywódcy. Nie mogła w to uwierzyć. Nie chciała. Miała nadzieję — głupią, naiwną, ale szczerą — że może, może jeszcze kiedyś zostanie medyczką. Tyle pomagała. Tyle razy ofiarowała swoją pomoc Wdzięcznej Firletce. Po śmierci Skowroniego Odłamka była niemal pewna, że to właśnie do niej medyczka zwróci się z prośbą o wsparcie. Że jej wiedza i oddanie zostaną zauważone. Myliła się. A teraz czuła, jak jej serce pęka na pół. Wbiła gniewne, rozżarzone spojrzenie w Wełnistą Łapę, która, choć wyraźnie skrępowana uwagą klanu, stykała się nosem z medyczką, przyjmując swój nowy obowiązek.
‘’Jak ona mogła? Odebrała mi wszystko. To JA powinnam tam stać…,, — załkała w myślach.
Pazury wysunęły się mimowolnie i zanurzyły w mokrym, przemarzniętym podłożu.
‘’Śmierć… należy jej się śmierć! To było moje miejsce. Moje!,, — wysyczał jej umysł, nabrzmiały gniewem, którego nie potrafiła ujarzmić. A potem coś pękło. Napięcie opadło. Drżenie przeszło przez jej ciało. Motylkowa Łączka skuliła się, przestraszona własnymi myślami. Poderwała się na sztywne łapy i zaczęła wycofywać się z tłumu, jakby uciekając przed czymś, czego sama nie chciała nazwać.
— Motylkowa Łączko, wszystko w porządku? — zapytał ktoś obok, dotykając jej ogona.
Pokręciła jedynie głową i szybciej przeszła między kotami. Mijały ją kolejne sylwetki — niektórzy spieszyli pogratulować nowej uczennicy medyka, inni po prostu chcieli lepiej widzieć wydarzenie. Ich futra ocierały się o nią, ale nikt nie zatrzymał jej na dłużej. Z podkulonym ogonem dotarła do swojego posłania. Opadła na mech i zakryła pysk łapami. Jej oczy były szeroko otwarte, pełne przerażenia. Całe ciało drżało. Jak mogła pomyśleć… to?
— Jestem taka jak reszta mojej rodziny… — wyszeptała, wciskając pysk głębiej w mech. Złość wydawała się nagle obrzydliwa, bezsensowna.
Jak mogła choć przez chwilę złościć się na Wełniastą Łapę? Przecież to nie była jej wina. Nie była! Z każdą sekundą mocniej zaciskała pazury na swoim pysku, jakby próbowała powstrzymać bestię, która rosła gdzieś w jej wnętrzu i chciała pożreć coś niewinnego.
‘’To moja wina, niczyja inna. Moja decyzja. Moje błędy!,, — krzyczała w myślach, próbując odgonić podszepty, które wciąż ją kąsały. Przecież wiedziała, wiedziała od dawna, że nigdy nie wróci na ścieżkę medyka. To było zamknięte. Zgubione. Po co miała nadzieję?
‘’Nie powinnam była pomagać… już nigdy nie pomogę. Nigdy nie dotknę ziół.,,
Bo to wszystko jej wina. Obwiniała siebie za wszystko — za każdy błąd, każde potknięcie, za to, jak wyglądała jej rodzina, i za decyzje własne… oraz cudze. Musi przestać. Musi wziąć się w garść.
‘’Weź się w garść! Jesteś dorosłym kotem, pogratuluj jej! Weź się w garść! WEŹ SIĘ W GARŚĆ!,,
Krzyk w jej głowie był coraz głośniejszy, aż w końcu poczuła piekący ból. Poderwała łapy — na pazurach widniała maleńka kropla krwi, która po chwili spadła na mech. Dotknęła nosa. Rozdrapała go sobie. Kilka szybkich liźnięć wystarczyło, by zatamować krwawienie. Skuliła się w kłębek, cała zziębnięta i zmęczona własnym umysłem. Nie rozumiała, dlaczego jej życie musiało tak wyglądać. Dlaczego jej ścieżka była pełna błota, cierni i ślepych zaułków. Dlaczego zeszła z drogi, na której kiedyś było lepiej — gdzie rosły kwiaty, pachniało ziołami, a gwiazdy świeciły nad jej futrem jasno i bezpiecznie. Teraz była w ciemności. Zimnej. Pożerającej. Każda chwila pogrążała ją głębiej. Musiała się ogarnąć. Musiała znaleźć mordercę w Klanie Burzy. Zająć czymś myśli. Zapomnieć. A przede wszystkim… nie mogła zbliżać się do Wełnistej Łapy. Nigdy. Bo ona była kotką pobłogosławioną — tak myślała Motylka. Połączoną z białym pawiem, niemal lepioną przez sam Klan Gwiazdy. A Motylka? Była brudną, przeciętną istotą, taką jak wszyscy, których znała. Niewartą spojrzenia przodków. Ich pomocy. Ich chwały. Mogła być jedynie pustą skorupą. Zwykłym, przeciętnym wojownikiem. Uniósła wzrok, nie wiedząc nawet, na co patrzy. Oczy błądziły po ciemnych konturach obozu. Dokąd powinna teraz iść? Gdzie skierować swoje kroki? Co ma zrobić? I czy w ogóle ma jeszcze jakieś miejsce w świetle, skoro jej serce tonie w mroku?

***

Nie pamiętała nawet, kiedy poprzedniego dnia zasnęła. Sen dopadł ją nagle, jakby ktoś zrzucił na nią ciężką zasłonę, a jednak świadomość obudzenia się w znajomym legowisku była zaskakująco kojąca. Podniosła głowę, mrużąc oczy w półśnie, i powoli rozejrzała się po legowisku. Większość kotów wciąż spała. Ich spokojne, ciche pochrapywanie unosiło się jak mruczący pomruk, w dziwny sposób niepasujący do napięcia ostatnich dni. Patrzyła na nich z narastającym niepokojem. Czy to możliwe, że jeden z tych śpiących, niewinnych z pozoru kotów miał na łapach krew? Wstała ciężko i wyszła z ciepłej kryjówki ukrytej w krzewach. Mróz natychmiast wdarł się pod futro, sprawiając, że ciało pokryło się dreszczem. Przysiadła na twardej, zamarzniętej ziemi i zwinęła ogon wokół łap. Poranek był lodowaty. Powietrze było nieruchome, a cisza tak gęsta, że aż bolała. Potrząsnęła głową, ale jedyne, co widziała przed sobą, to mleczna mgła rozciągająca się daleko, poza granice jej wzroku. Wydawało się, że cały obóz zanurzył się w białej, bezkresnej pustce. Powoli, leniwie — niczym wiewiórka budząca się po zimowym śnie — podeszła do stosu zwierzyny. Zabrała dwie nornice; były zimne, twarde, jakby skute lodem. Przeniosła je w zębach pod jeden z kamieni, nawet nie zerkając w stronę wieży, o której kiedyś marzyła z dumą i błyskiem w oczach. Zjadła gryzonie błyskawicznie, jakby czas uciekał jej przez palce. I tak właśnie się czuła — jakby nie miała ani chwili do stracenia. Jeśli poza nią ktoś inny zacznie węszyć, morderca stanie się bardziej czujny. A może wręcz przeciwnie? Może stres sprawi, że winny zacznie drżeć przy każdym pytaniu? Założyła łapę na łapę i zaczęła obserwować obóz. Myślała intensywnie, niemal aż do bólu. Kogo przepytać najpierw? Znała odpowiedzi niektórych kotów na pytania, które zadawał Zawodzące Echo. Wielu widziano przy Upadłym Potworze tamtego dnia — a to oznaczało, że musieli się widzieć nawzajem. Chyba że ktoś kłamał. Wtem jej wzrok zahaczył o znajome futro. Kotka, którą kiedyś nazywała matką, siedziała nieopodal, jakby nic się nie wydarzyło, wpatrzona w coś daleko przed sobą. Siedziała sztywno, a jej sylwetka odcinała się od mgły jak ciemna skała. Zapytanie jej wydawało się najbezpieczniejsze. Najbardziej logiczne. Najbardziej bolesne. Mimo że nie chciała tego robić, Motylkowa Łączka wstała i podeszła do starszej kocicy. Stanęła obok niej, nawet nie wiedząc, co dokładnie chce powiedzieć. Przeplatka uniosła głowę i od razu utkwiła w niej spojrzenie — ostre, przenikliwe, oceniające.
— Witaj, Przeplatkowy Wianku — mruknęła cicho Motylkowa Łączka, nawet na nią nie patrząc.
Starsza kotka prychnęła, potrząsając głową.
— Ładnie to tak, ozięble witać własną matkę? Dobrze wiedzieć, że w końcu wyszłaś z legowiska medyków i że potrafisz jeszcze coś wybełkotać. — Machnęła łapą, wyraźnie oburzona.
Motylkowa Łączka drgnęła, a jej ogon poruszył się nerwowo. Przewróciła oczami tak delikatnie, że Przeplatka tego nie zauważyła.
— Usiądź może i porozmawiaj ze mną normalnie — dodała starsza kotka, przesuwając się, robiąc miejsce córce.
Motylka zawahała się. Przez dłuższą chwilę stała nieruchomo, a jej serce dudniło jak ptasie skrzydło uwięzione w pułapce. Nie usiadła. Patrzyła tylko pustym, chłodnym spojrzeniem na kotkę, którą kiedyś — dawno temu, w innym życiu — nazywała matką.
— A więc z twoich zeznań wynika, że rano byłaś pod Upadłym Potworem. Czy spotkałaś tam kogoś znajomego? A jeśli tak, to kogo? — zapytała, lekko poruszając ogonem na boki, udając spokój, choć w środku była czujna jak zraniony jeż.
Przeplatka prychnęła, kręcąc głową z niechęcią.
— Co to ma być, przesłuchanie, Motylko? — mruknęła oschle, ale po krótkiej chwili machnęła ogonem i jednak odpowiedziała: — Czy kogoś widziałam? Chyba Dryfujący Fluoryt też polowała pod Upadłym Potworem o wschodzie słońca. Ale ona zawsze magicznie pojawia się tam, gdzie śmierć i problemy. Cud, że nie wtargnęła w momencie, kiedy Chomik i Nornica usiłowały się mnie pozbyć. — Uniosła brew, jakby oczekiwała reakcji.
Widząc jednak, że jej córka nawet nie drgnęła, westchnęła teatralnie — jakby całe cierpienie świata spoczywało na jej barkach.
— Wiesz co, Motylko? — zaczęła tonem, który miał sugerować głęboką mądrość, choć brzmiał raczej jak plotkarskie szmeranie. — Ja tam myślę, że to Pożarowa Łapa jest odpowiedzialna za te śmierci. Znam Betonowy Świat, żyłam tam przecież. Tam nikt nie waha się zabić starca czy ciężarnej. — Parsknęła pogardliwie. — Przyszła tu z ich nawykami i oto, co z tego wynikło. Tę Saharę też pewnie najpierw okaleczyła, nim tu przywlekła, żeby mieć jakiś pretekst, by zostać. Chociaż… — zmrużyła oczy — czemu miałaby krzywdzić tak zaraz po dołączeniu do klanu? Musiałaby mieć ważniejszy powód… Ale widziałaś rany na jej ciele. Może to po walce z Szantą?...
Motylkowa Łączka patrzyła na nią spod byka, surowo, z narastającym znużeniem. Nie brała tych oskarżeń na poważnie. Ani trochę. A jednak, mimowolnie, spojrzała przez ramię, kierując wzrok na ognistorude futro Pożarowej Łapy. Kotka rzeczywiście była pełna ran, ale były to blizny — stare, blade, poszarzałe. Motylka dobrze pamiętała, że patrol znalazł ją w takim stanie. Pożarowa Łapa twierdziła, że została zaatakowana przez wilczaki — a Motylkowa Łączka wierzyła w to. Klan Wilka nie znał litości wobec samotników. A raczej… po prostu ich zmiatał.
— Dzięki — mruknęła tylko, przerywając Przeplatce w pół narzekania.
Odwróciła się i ruszyła, ignorując oburzony ton matki, który odbił się echem po obozie niczym skrzeczenie wrony. Nie czekając na nic, wyszła poza granice obozu, wczuwając się w chłodne powietrze. Mróz był szorstki, ale przynosił ulgę. Chciała przewietrzyć głowę. Uciec od gniewu matki… „matki”. Musiała się zastanowić. Dryfujący Fluoryt rzeczywiście tam była — pod Upadłym Potworem. Ale co z resztą? Wiedziała, że wiele kotów znajdowało się w tamtej okolicy tamtego poranka. Czyżby Przeplatka ich nie widziała? A może byli po drugiej stronie, albo przyszli i odeszli w innym czasie. A może… Przeplatka kłamała. Kto wie, co miała na sumieniu? Czy byłaby zdolna zabić? Jednak dlaczego wtedy Rozkwitającą Szantę i Koziego Przesmyka? Co ta dwójka mogła jej zrobić? Motylkowa Łączka zatrzymała się gwałtownie, jakby jej własne myśli zahamowały ją w pół kroku. Najbardziej palące pytanie brzmiało: Jaki motyw miał morderca? I czy działał sam?
Wydawało jej się niemożliwe, by jeden kot przeciągnął dwa ciała naraz, zwłaszcza tak oddalone od siebie. I czy wiedział, że Rozkwitająca Szanta była przy nadziei? Może dlatego musiała zginąć? Ale co z Kozim Przesmykiem? Był łagodnym staruszkiem — kotem, który powinien spędzić swoje ostatnie dni w spokoju i cieple, nie w krwi. Motylka zmrużyła oczy. Może powinna odwiedzić miejsca, o których wspominał Zawodzące Echo? Spojrzała w stronę Upadłego Potwora, wciąż straszącego swoją martwą stalą, a potem powoli odwróciła głowę w kierunku Wrzosowej Polany. Mgła snuła się tam jak mleczny duch, kryjąc więcej, niż zdradzała. Nie było sensu przeszukiwać okolic samolotu — tam pewnie nic nowego nie znajdzie. Ale inne miejsca… Inne miejsca mogły kryć sekrety, o których klan wolałby nie wiedzieć. A Motylkowa Łączka była gotowa je odkryć — nawet jeśli prawda miała ranić bardziej niż mróz wbijający się w skórę.
Motylkowa Łączka przemierzała szerokie pasma wrzosów. Ich różowe płatki kołysały się na wietrze jak ptasie lotki, szeleszcząc cicho, jakby szeptały między sobą plotki, których nie chciały zdradzić przybyszowi. Wojowniczka przeciskała się między nimi, torując sobie ścieżkę ku Drodze Grzmotu. Powietrze było ciężkie od zapachu stęchlizny, którą zostawiały po sobie potwory przetaczające się tędy raz po raz. Otworzyła pysk, przymknęła oczy i pozwoliła, by chłodne podmuchy wiatru przewiały jej nozdrza, niosąc ze sobą ślady, które mogłaby wychwycić. Jednak… nic. Żadnego zapachu, który wyróżniałby się w mieszaninie wrzosów, wilgoci i spalin. Rozczarowana, odwróciła się i ruszyła z powrotem przez wrzosowiska. Nawet nie zerknęła na zaczerwienioną, zaschniętą krew na trawach — ślad, którego pochodzenie wszyscy już znali aż za dobrze. Mijała go bez większej uwagi, gdy nagle coś innego przykuło jej wzrok. Zatrzymała się raptownie.
— Co to jest…? — szepnęła do siebie, zbliżając pysk do wrzosów.
Na szczytach kilku wyższych gałązek widniały małe kropelki zakrzepłej krwi — ciemne, niemal czarne, stwardniałe od czasu i wiatru. Nawet deszcze nie były w stanie ich całkiem spłukać. Zmarszczyła brwi, powoli przesuwając spodem łapy po roślinie. To nie mogła być krew któregoś z przeciąganych ciał. Gdyby tak było, ślad ciągnąłby się po ziemi — wyraźny, brudny, wygnieciony. Trawy byłyby połamane, ziemia rozkopana, wrzosy przewrócone na bok. A tu… tu krew znajdowała się wyłącznie na wierzchołkach. Jakby ktoś pochylony przeszedł, ocierając brzuchem o rośliny. Albo raczej — jakby ktoś ranny kulejąc przesmyknął się tędy, zostawiając mimowolny ślad. Krew napastnika. Napastnika, który najprawdopodobniej podczas walki z Rozkwitającą Szantą został zraniony właśnie w brzuch. Serce Motylkowej Łączki zabiło odrobinę mocniej. To była wskazówka. Ważna. Może najważniejsza dotąd. Wycofała się kilka kroków, raz jeszcze wodząc wzrokiem po wrzosach, po czym odwróciła się i ruszyła w stronę obozu. Jej kroki były ciężkie, a myśli gęste jak mgła nad bagnami. Z każdym oddechem coraz wyraźniej czuła, że to odkrycie zmienia zasady gry. Czyżby naprawdę była to Pożarowa Łapa? Ruda miała liczne blizny, wiele z nich na brzuchu — ale które były świeże, a które stare? Tego nie mogła wiedzieć, dopóki sama tego nie sprawdzi. Tylko… jak miałaby to zrobić? Pożarowa Łapa nie pozwoliłaby jej po prostu obejrzeć ran. Ale były w klanie koty, które mogły coś widzieć. Koty, które udzielały pomocy. Koty, które leczyły. A niektórzy z nich milczeli zbyt często, by było to przypadkowe. Motylkowa Łączka przyspieszyła. Czekała ją rozmowa. I to taka, która mogła odmienić wszystko.

31 października 2025

Od Motylkowej Łączki

 Łąki, które jeszcze niedawno pokryte były kolorowym dywanem kwiatów, teraz spowijała gęsta mgła. Krople rosy osiadały na źdźbłach trawy i powoli spływały po ich krawędziach, zatrzymując się czasem na grzbietach owadów, które z trudem przeciskały się między liśćmi. Wiatr świszczał między wzniesieniami niczym spłoszony koń galopujący przez pastwisko. Uderzał w boki kotów, zmuszając ich futra do dzikiego, niespokojnego tańca. Słońce dopiero wspinało się nad horyzont, jakby z wahaniem, wiedząc, że wkrótce przykryją je ciężkie, deszczowe chmury. Ptaki również to przeczuwały — przerywały śpiew i znikały w gniazdach lub innych bezpiecznych kryjówkach. Nagle po łąkach poniósł się krzyk sójki — cichy, a jednak przeszywający, pełen bólu i niepokoju. Motylkowa Łączka drgnęła, stawiając uszy na sztorc, po czym uniosła zaspane powieki. Przetarła je łapą, by pozbyć się czarnych plamek przed oczami. Ziewnęła przeciągle, szeroko otwierając pysk, a potem mlasnęła kilka razy, rozglądając się po legowisku. Poranny patrol już dawno ruszył, a popołudnie zdawało się zbliżać pod ciężkimi chmurami. Mimo to słońce wciąż nieśmiało przebijało się przez szarość nieba, rozlewając po ziemi ciepły, mleczny blask. Motylka przeciągnęła się i podniosła z miejsca, nie trudząc się nawet, by ułożyć futerko. Wysunęła się spod krzewów, które osłaniały legowisko wojowników, i przysiadła przed stosem zwierzyny. Martwe ciała zwierząt wyglądały żałośnie — żylaste, chude, z matową sierścią. A jednak była głodna. Sięgnęła po dwa norniki, myśląc, że choć to niewiele, wystarczy, by uciszyć burczenie w brzuchu. Usiadła pod krzewem, który dawał nieco schronienia przed deszczem, i zaczęła leniwie chrupać swoje późne śniadanie. Jej wzrok powoli przesuwał się po sylwetkach kotów krzątających się po obozie. Z każdą chwilą zdawało jej się, że wszystkie zlewają się w jedną bezkształtną, szarą masę. Jakby nie było tu nikogo, kogo mogłaby rozpoznać. Westchnęła cicho, wypuszczając powietrze przez pysk, i przymknęła oczy. Kiedy je otworzyła, coś przykuło jej uwagę. Poruszyła wąsami, pochylając się lekko do przodu. Zobaczyła, jak jej matka, Przeplatkowy Wianek, wychodzi z obozu wraz z Nieustraszonym Chomikiem. Kocica zmarszczyła brwi — była zaskoczona, widząc, że jej siostra kroczy u boku matki. Motylka poczuła znajome ukłucie winy. Wiedziała, że relacje w rodzinie rozpadły się przez nią… a przynajmniej tak to czuła. Unikała spojrzeń matek, bo za każdym razem, gdy próbowała patrzeć im w oczy, miała ochotę krzyczeć. Chciała, by wreszcie powiedziały jej prawdę. Wiedziała, że coś ukrywają — ich zachowanie, a także spojrzenia innych kotów, wszystko to wskazywało, że pod powierzchnią codzienności tli się coś więcej. Oparła pysk na łapach i odsunęła resztki norników. Wbiła spojrzenie w przestrzeń przed sobą — w miejsce, w którym chciałaby teraz być. W legowisko medyków, w przeszłość, w decyzje, które okazały się błędne. Przymknęła oczy. Na chwilę. Minutę… może dwie… Nie wiedziała, jak długo spała, gdy znajomy głos wyrwał ją z półsnu.
— Motylko — odezwał się Świerszczowy Skok, stojąc nad jej głową. Jego pysk był poważny, a w głosie brzmiała determinacja.
Motylka nie odpowiedziała od razu, bo jej uwagę przykuł kocur stojący tuż obok – Opadający Rumianek. Nerwowo przestępował z łapy na łapę, a jego uśmiech był niepewny, jak u kociaka, który właśnie zrobił coś złego.
— O co chodzi, Świerszczu? — zapytała z lekkim uśmiechem, podnosząc się. Nie usiadła, bo i kocury stały wyprostowane, jakby gotowe do drogi.
— Może wybrałabyś się z nami na spacer? — zaproponował, już odwracając się w stronę wyjścia z obozu. Brzmiał tak, jakby był pewien jej zgody. I miał rację.
Motylka mruknęła rozbawiona.
— To dość nietuzinkowa propozycja, ale wiesz, że ja nigdy nie odmawiam — zamruczała wesoło i ruszyła przodem.
Świerszczowy Skok spojrzał na nią, po czym zgrabnie ją wyprzedził, dając do zrozumienia, że to on chce prowadzić grupę. Motylka skrzywiła się lekko, ale nic nie powiedziała. Rumianek dreptał u jej boku, z położonymi po sobie uszami i ogonem, który nerwowo poruszał się na boki. Dlaczego był taki spięty? To dziwne, że w ogóle z nimi szedł. Wydawał się jak mech wśród kwiatów – równie potrzebny, a jednak niepasujący. Nie chciała, by cała wędrówka przebiegła w ciszy, więc zerknęła na niego i spytała:
— Jak się czujesz? Twoje rany już się zagoiły, ale wyglądasz na zestresowanego.
Rumianek drgnął, jakby słowa go zaskoczyły, po czym na jego pysku pojawił się wymuszony uśmiech. Machnął łapą i zrobił duży krok naprzód, jakby chciał uciec przed rozmową.
— Czuję się dobrze! Zestresowany? No wiesz, jaki jestem… — mruknął wymijająco, spoglądając gdzieś w bok, zamiast na rozmówczynię.
— Ach… rozumiem — szepnęła Motylka, niezbyt zachęcona do dalszej rozmowy. Normalnie próbowałaby pociągnąć temat, ale tym razem coś nie dawało jej spokoju.
Szli w stronę wody – tego była pewna – lecz czuła, że to nie był zwykły spacer. Ich kroki wydawały się bardziej ostrożne, wyważone… jakby kogoś śledzili. Czy to był przypadek, czy może zaplanowane działanie? Znajomy zapach burzaków był tak wyraźny, jak pewność, że po zimie zawsze nadchodzi wiosna. Może jednak się myliła? Postanowiła to sprawdzić – czy to tylko iluzja, czy faktycznie zmierzają w miejsce, gdzie ktoś już był. Zwolniła krok, wyostrzyła zmysły i nastawiła uszy. Poza szumem wiatru nie dosłyszała niczego konkretnego. Jej nos jednak wychwycił słabe ślady kilku kotów, które przechodziły tędy wcześniej. Oczy dostrzegły coś jeszcze – lekko nadłamane źdźbła trawy, które nie zdążyły jeszcze wrócić do pierwotnej pozycji. A na ziemi… czy to był ślad łapy?
— Och, Motylko, patrz! — rozległ się nagle głos Świerszczowego Skoku.
Kotka poderwała głowę i szybkim kłusem podeszła do brata. Świerszcz wskazywał łapą na coś w trawie – drobnego, zielonego. To był konik polny. Motylka przykucnęła i zbliżyła nos, by przyjrzeć się stworzeniu. Zwierzątko jeszcze żyło – jego tylne nogi drżały lekko. Kiedy dotknęła go końcówką pyska, konik polny nagle poderwał się i wyskoczył prosto w stronę Opadającego Rumianka.
— Ojej! — zawołał Rumianek, podskakując i uskakując w bok, by nie nadepnąć na owada.
Motylka już miała zaśmiać się cicho z jego reakcji, kiedy rozległ się głos – zimny, ostry jak pazur po ostrzeniu.
— Trudno nie zauważyć, że Norniczy Ślad zmieniła swojego ulubieńca i zaczęła przejmować się swoją rodziną. Poza tym okazuje się, że pewien medyk jest bardzo spostrzegawczy, mimo że to ty prawie zabrałaś mu wzrok. Ważne jednak, że wszystko wraca do mnie.
Słowa uderzyły w Motylkę niczym piorun. Jej futro zjeżyło się natychmiast, a serce zabiło szybciej. Znała ten głos. Przeplatkowy Wianek. Jedna z jej matek. Ale… co ona powiedziała? Czy wspomniała o medyku? Czy chodziło o Zawilcową Koronę?
— Zadajesz się z tym pasożytem?! — ryknął ktoś, a Motylka niemal zadrżała.
Ten głos również znała – szorstki, twardy, przepełniony gniewem. Norniczy Ślad. Kotka podniosła się z ziemi, wpatrując się w brata i przyjaciela. Obaj zastygli jak wryci, nasłuchując rozmowy, która rozgrywała się gdzieś pośród wysokich traw.
— Z twoim bratankiem, jeśli mam być dokładna — odparła chłodno Przeplatka. — Okazuje się, że Ważkowy Lot jednak miał kocięta.
Jej słowa zabrzmiały, jakby wypowiadała coś bez znaczenia, lecz ich ciężar rozlał się po powietrzu jak trucizna. Opadający Rumianek drgnął obok – może przez podmuch wiatru, a może przez szok i niedowierzanie.
— Przepraszam, że się wtrącę, ale… ja mam kuzynów?! — rozległ się krzyk.
Motylka zamarła. To była Nieustraszony Chomik. Więc i ona tu była – słyszała wszystko. Czy to dlatego matki zabrały ją wcześniej z obozu? Czy od początku planowały tę rozmowę?
— Co? Kłamiesz! Z pewnością kłamiesz, Przeplatkowy Wianku! — głos Nornicy był pełen wściekłości. — On umarł! Cykoriowy Pyłek nie mógł…
Wiatr zawył prosto w pysk Motylki, jakby chciał zagłuszyć te słowa, a jednak słyszała wszystko.
— Bardzo zły moment, Chomiku — odparła Przeplatka lodowato. — A ty możesz zapytać Opadającego Rumianka o to. To przecież on zdradził mi ten sekret. Choć nie wiem, czy przełkniesz jego imię ponownie, kiedy poznasz prawdę.
Motylka potrząsnęła głową i nastawiła uszy, próbując usłyszeć więcej. Wiedziała, że podsłuchiwanie było złe, ale ciekawość – ta paląca, dręcząca ciekawość – była silniejsza niż moralność. Serce tłukło jej się jak oszalałe, a każdy szmer wydawał się głośniejszy od burzy. Czy naprawdę wszystko, w co wierzyła, właśnie się rozpadało?
— Norniczy Ślad ma rację! Pewnie wymyśliłaś to kłamstwo na poczekaniu, by nas zdezorientować! — wysyczała Chomik.
Po jej słowach zapadła cisza. Przez kilka długich uderzeń serca nie było słychać nic… poza śmiechem. Przeplatkowy Wianek śmiała się. Śmiała się zimno, gardłowo, jakby szydziła z całego świata. Kolejny podmuch wiatru zagłuszył jej głos, a w tym samym momencie do nozdrzy Motylki dotarł zapach, którego nienawidziła. Krew. Metaliczny, lepki, duszący zapach krwi. Zadrżała. Futro na karku stanęło jej dęba, a łapy zesztywniały. Zanim zdążyła zareagować, Świerszczowy Skok rzucił się do przodu, znikając między trawami. Opadający Rumianek zawahał się tylko chwilę.
— Przepraszam… — wyszeptał i pobiegł za niebieskim wojownikiem.
Trawy zamknęły się za nimi niczym zielona kotara, a Motylka została sama. Stała nieruchomo, nie wiedząc, co robić. W głowie dudnił jej tylko jeden dźwięk – bicie własnego serca. Zapach krwi nasilał się z każdym oddechem. Strach ścisnął ją w gardle, ale instynkt wojowniczki nie pozwalał się cofnąć. Zacisnęła zęby, napięła mięśnie i ruszyła przed siebie. Z każdym krokiem powietrze stawało się cięższe. Szum wiatru mieszał się z odległymi krzykami. Gdy przebiegła kilka długości ogona, dźwięki stały się wyraźniejsze – syk, świst pazurów, ciężkie oddechy, uderzenia. Walka. Zwolniła, serce dudniło w uszach. Wyszła spomiędzy traw… i zamarła. Przeplatkowy Wianek stała w wodzie. Jej łapy drżały, a futro było przemoknięte i poszarpane. Szkarłatna ciecz spływała z pyska i szyi, barwiąc taflę jeziora na czerwono. Oddychała z trudem, nieregularnie, ale mięśnie wciąż miała napięte, gotowe do walki. Trochę dalej Nieustraszony Chomik potrząsała głową, jakby próbowała się ocucić po silnym uderzeniu. A potem Motylka zobaczyła coś, co ścięło jej krew w żyłach. Świerszczowy Skok był uczepiony boku Norniczego Śladu. Jej brata. Ich matki.
— Dlaczego…? — szepnęła bezgłośnie.
Zrobiła krok do przodu, nie wiedząc, co robi. Wiatr poszarpał jej futro, a deszcz zaczął siąpić z nieba. Nikt jej nie zauważył. Nagle Nieustraszony Chomik poderwała się na łapy i z sykiem wściekłości rzuciła się na Świerszcza. Kocur nie ustąpił ani o krok. W jego oczach błyszczała furia i coś, czego Motylka nie potrafiła rozpoznać – może rozpacz, może nienawiść. Tuż obok niego pojawił się Opadający Rumianek. Futro miał nastroszone, spojrzenie rozbiegane, jakby sam nie wiedział, co się dzieje. Przez ułamek sekundy czas stanął w miejscu. Wszystko zamarło – wiatr, deszcz, oddech Motylki. Świat zastygł w nierealnym napięciu. A potem wszystko ruszyło naraz. Kot rzucił się na kota, krzyki i syk pazurów przebiły się przez huk burzy. Niebo otworzyło się, zrywając z siebie ciężkie chmury. Deszcz spadł gwałtownie, uderzając w ziemię i wodę. Jedna z kropli trafiła Motylkę prosto w nos. Chłód przywrócił ją do rzeczywistości. Chciała krzyknąć, ale z gardła nie wydobył się żaden dźwięk. Patrzyła tylko, jak jej brat – jej ukochany brat – rani ich matkę bez chwili zawahania. Krew mieszała się z deszczem, chlupocząc pod łapami walczących. Świst pazurów był tak głośny, że aż bolało. Wwiercał się w umysł kotki, rozdzierając ciszę między jej myślami. Woda chlupała dookoła, trawy wyginały się, futra nasiąkały, a powietrze przesycał zapach żelaza. Kępki sierści unosiły się i opadały, lepiąc się do mokrej ziemi. Świat pogrążył się w chaosie. Motylka patrzyła na to wszystko i czuła, jak w środku coś w niej pęka. Dlaczego to się działo? Dlaczego jej rodzina nigdy nie była normalna? Nie tak ją zapamiętała. Nie znała prawdy. Nie znała przeszłości. Nigdy o nią nie pytała – i może to był jej największy błąd. A teraz musiała patrzeć na konsekwencje cudzych sekretów. Nie chciała być częścią tego szaleństwa. Nie chciała już niczego z tego rozumieć. W głowie zabrzmiały jej słowa Zawilcowej Korony: Twoja matka jest morderczynią. I po raz pierwszy Motylka naprawdę w to uwierzyła. Czy obie miały krew na łapach? Czy Świerszczowy Skok i Nieustraszony Chomik również splamili się tym, co nieodwracalne? Motylka spojrzała na własną łapę. Czerwień powoli spływała po jej futrze, mieszając się z błotem. Krew. Jej krew. Cudza krew. Nie wiedziała już. Ona też zabiła. Czy to przeznaczenie ich rodziny? Morderstwa, tajemnice, błędy przeszłości – wszystko, od czego próbowała uciec, dopadło ją tutaj, nad tym jeziorem. Czy i ona była częścią tego przeklętego dziedzictwa? Była medyczką. Leczyła. Pomagała. A potem porzuciła to. To była jej zła decyzja. Czy i jej konsekwencje miały doprowadzić do tej rzezi? Życie przemknęło jej przed oczami jak cień. Serce biło zbyt szybko, łapy drżały, oddech rwał się w krótkich szarpnięciach. Nie wiedziała, co robić. Biec po pomoc? Dołączyć do walki? Podejść do Przeplatkowego Wianka? Nie… Nie chciała jej tknąć. Nie chciała już czuć zapachu jej futra. Nie chciała znać nikogo z nich. Wbiła pazury w ziemię, zamknęła oczy i próbowała oddychać. Kiedy je otworzyła, zobaczyła, jak Rumianek toczy się po ziemi, aż w końcu przygniata jej siostrę. Chomik szarpnęła się, próbując uderzyć go łapą, ale kocur przycisnął ją mocniej. Błoto rozprysło się na jego policzku. Nie reagował. Świerszczowy Skok i Norniczy Ślad nadal walczyli. Szarpali się pazurami, rozdzierali futro, rany otwierały się na ich ciałach. Wyglądali jak dwa duchy, które nie potrafią umrzeć. W pewnym momencie Norniczy Ślad zatrzymała się. Z pyska wypluła strumień krwi i spojrzała prosto w oczy swojego syna.
— Zawsze wiedziałam, że jesteś niczym Zgubo — wysyczała. — Mogłam cię zabić, gdy przyszedłeś na świat. Ale popełniłam błąd. Choć nie sądziłam, że to ty mnie zdradzisz, Popielico. Wiedz, że wszystko, o co mnie ona oskarża, jest również jej zbrodnią. Stała u mego boku, a teraz maluje mnie jako zdrajcę!
Słowa uderzyły w Motylkę jak grzmot. Popielico? Dlaczego tak ją nazwała? Przecież to nie było jej imię. Nigdy nim nie było. Chciała zabić własnego syna? Przeplatka o tym wiedziała? Wiedziała o zbrodniach? Jakich zbrodniach? Co te dwie kocice, które śmiały nazywać się jej matkami, zrobiły?! Motylka patrzyła, jak Norniczy Ślad szepcze coś do Świerszcza. Nie słyszała słów, ale widziała, jak zmienia się jego wyraz pyska. Oczy rozszerzyły mu się, a potem… 
Wrzask. Przeraźliwy, zwierzęcy wrzask. Świerszczowy Skok rzucił się na matkę z nową furią, rozdzierając pazurami jej gardło. Przeplatkowy Wianek zrobiła krok do przodu, jakby chciała go powstrzymać — po chwili jednak cofnęła się. Jak zawsze. W cień. W milczenie.
„Nie... przestań!” – krzyczała w duszy Motylka.  „Proszę, nie rób tego!”
Zrobiła krok do przodu, ale ciało odmówiło jej posłuszeństwa. Szok był zbyt silny. Serce waliło jak młot, dudniło w każdej komórce ciała. A potem wszystko ucichło. Norniczy Ślad padła do wody z głuchym pluskiem. Fala rozlała się po błocie, rozbryzgując czerwone krople. Cisza. I krzyk. Tak przeszywający, że serce Motylki pękło na pół. To Nieustraszony Chomik. Rozdzierając ziemię pazurami, próbowała wyrwać się z uścisku Rumianka, dostać do swojej matki.
— Nie zasługujesz na pochówek! — wysyczał Świerszczowy Skok. — Twoje ciało niech zgnije. Niech rośliny zwiędną od twojej obecności!
Jego głos był już tylko ogniem i nienawiścią. Chwycił martwe ciało matki za kark i z trudem pociągnął je w stronę głębiny. Zostawiał za sobą ślady krwi, aż wreszcie wrzucił ją w wodę. W ciemną, głęboką wodę. Tam, gdzie już nikt jej nie znajdzie. Kiedy wyszedł na brzeg, futro miał przylepione do ciała, oczy zimne i puste. Odwrócił się do Chomik.
— Teraz twoja kolej — warknął, wysuwając pazury, które już i tak ociekały futrem, skórą i krwią.
Zanim jednak zdążył zrobić krok, Przeplatkowy Wianek stanęła obok niego.
— Zabieramy ją do obozu. Królicza Gwiazda wyda wyrok — burknęła cicho, siadając ciężko na mokrej trawie.
Przetarła pysk łapą, zostawiając smugę błota i krwi na szyi. Deszcz wciąż padał, zmywając krew z ziemi, ale nie z serc. Wszyscy zdawali się schodzić z emocji. Jakby to, co właśnie się wydarzyło, było tylko złym snem. Jakby rozlane mleko trzeba było po prostu posprzątać. Motylkowa Łączka stała w miejscu. Wpatrywała się to w wodę, to w tych, których nazywała rodziną. Chciała tyle powiedzieć. Chciała krzyczeć. Chciała zabić ich wszystkich. Chciała uciec i już nigdy nie wracać. A jednak… tylko stała. Jakby wrosła w ziemię, jakby deszcz przybił ją do mokrej trawy. Czy zrobiła dobrze? Może powinna była spróbować ich rozdzielić, spróbować zakończyć tę walkę. Może wtedy jedna z jej matek wciąż by żyła. Myśli kotłowały się w jej głowie jak rwący potok. Nie łączyła już faktów, nie kontaktowała z rzeczywistością. Dźwięki wokół niej rozmywały się, zamieniały w głuche szepty. Pyski kotów stawały się niewyraźne, rozmazane, jakby ktoś popisał je długopisem, próbując skreślić największy błąd natury. Nie pamiętała, jak dotarła do obozu. Nie pamiętała, kto ją prowadził, ani czy w ogóle szła o własnych siłach. Dopiero gdy stanęła pośrodku polany, otoczona kotami, coś w niej pękło. Królicza Gwiazda zbliżył się, jego wzrok pełen był niepokoju i niezrozumienia. Wokół niej szeptali wszyscy — wskazywali łapami, mrużyli oczy, pytali. Nie wytrzymała. Serce zabiło tak mocno, że aż zachwiała się na łapach. Jego rytm dudnił jej w uszach jak uderzenia burzy. Łapy zadrżały, a potem ciało odmówiło posłuszeństwa. Upadła. Ziemia była mokra, chłodna, lepiła się do futra. Słyszała głosy, widziała zamieszanie, ale wszystko docierało jak przez mgłę. Świat zlał się w jeden szary szum, pozbawiony kształtów i sensu. Była uwięziona we własnych myślach. Sama — przeciwko temu, co zobaczyła. Nie chciała już znać prawdy. Wolała być okłamywana. Bo zderzenie z prawdą okazało się ciężarem, którego nie potrafiła unieść. I wiedziała, że nigdy już nie uniesie.

05 października 2025

Od Motylkowej Łączki CD. Księżyca

Motylka zamyśliła się na chwilę, wbijając wzrok w sufit. Lubiła odwiedzać kocięta, choć zazwyczaj to one same wychodziły z inicjatywą zabawy. Tym razem jednak kotka nie miała żadnego szczególnego pomysłu – takiego, w którym ślepota kociaka nie byłaby przeszkodą. Westchnęła cicho, ale nagle wpadła na myśl, która rozjaśniła jej spojrzenie.
— Mogę nauczyć się bawić w cokolwiek zechcesz! Mogę ci też coś opowiedzieć. Zbieram owady – dużo owadów – mogę ci kilka przynieść, żebyś mógł poczuć, jakie są w dotyku — zaproponowała w końcu. Uśmiechnęła się zwycięsko. Przecież Księżyc, choć nie widział, mógł poczuć coś, czego nigdy by nie doświadczył. Złapanie pszczoły czy motyla nie było przecież łatwe.
— Tak, chcę sobaczyć! — zakręcił się nieśmiało na łapkach w jedną i drugą stronę. — A potem możemy się pobawić…
Szylkretka poczuła, jak coś ciepłego rozlewa się w jej sercu. Możliwość przebywania z młodymi i rozwijania ich wyobraźni była czymś, czego – może w głębi – naprawdę pragnęła.
— Jasne, zaraz wrócę — odparła, podnosząc się z ziemi.
Odwróciła się i szybkim krokiem ruszyła w stronę legowiska wojowników. Po drodze mijała znajome pyski, które zerkały na nią z lekkim zdziwieniem. W końcu dostrzegła swoje posłanie. Zaczęła starannie wybierać stworzonka różniące się od siebie, takie, które mogłyby najbardziej zaciekawić Księżyca. Gdy już skończyła, ostrożnie podniosła zdobycz i wróciła do kociaka. Dając mu znać głośniejszymi odgłosami łap, usiadła znów obok i ostrożnie położyła owady na ziemi.
— Dobrze! Jeśli przesuniesz łapkę w lewo, to po kolei ułożyłam: motylka, pszczołę, chrząszcza i pająka.
Księżyc wystawił delikatnie łapkę, po czym cofnął ją nieco zmieszany.
— A nie uszkocę nic, jak dotknę? — spytał ostrożnie.
Kotka pokręciła głową, a potem dodała ciepłym głosem:
— Nawet jeśli, to nic się nie stanie. Kiedy będzie cieplej, złapię kolejne. Ten motylek jest bardzo niebieski, a chrząszcz ma słodkie czułki — dodała, chcąc, by kociak mógł chociaż wyobrazić sobie to, czego dotykał.
Kocurek zaczął powoli przesuwać łapką po wskazanych owadach. Na jego pysku malowało się skupienie. Motylka może bał się podnieść, ale chrząszcza zdołał już chwycić obiema łapkami.
— Ma futelko… — uśmiechnął się pod nosem.
Wojowniczka położyła się obok i również musnęła owady.
— Tak, ma! — zaśmiała się. — Latają pod wieczór i często wplątują się w futro. Wydają przy tym dziwne dźwięki, a niektóre koty aż od nich uciekają. — Przypomniała sobie, jak jej brat raz spanikował, gdy jeden chrząszcz zaplątał mu się w ogon.
— Nie lubią światła? — zapytał, a potem dodał bardziej do siebie, mrucząc pod nosem: – Tlochę jak Wluszka.
Memłał owada w łapkach, gładząc chitynową osłonkę, aż w końcu przytknął go do nosa, by poczuć puchatość dolnej części. Potem odłożył go i przesunął łapkę w bok.
— Najwidoczniej nie lubią… — mruknęła kotka, a w jej oczach pojawił się cień smutku. Wspomnienie białych kociąt wróciło jak nieproszony wiatr. Zdawały się wyjątkowe, ale co z tego, skoro słońce mogło odebrać im życie? Nie rozumiała, dlaczego coś tak cudownego jak światło potrafiło być tak okrutne. Szczerze im współczuła. Dopiero pytanie kocurka wyrwało ją z zadumy.
— Czy to pszczoła…? — spytał. — Tesz jest puchate.
— Tak, to pszczoła. Są bardzo pożyteczne, ale jeśli przeszkodzi się im w pracy, mogą użądlić — wyjaśniła spokojnie. — Jednak parę liści jeżyn i już nic nie będziesz czuł! Mają paski i produkują miód.
— Chcę kiedyś sjeść miód — obwieścił kociak, delikatnie muskając skrzydełka. Nie miał pojęcia, jak wygląda ani jak smakuje, ale brzmiało to obiecująco. — A pani jadła kiedyś miód?
Kotka zamrugała, zaskoczona określeniem „pani”. Czy naprawdę wyglądała na tak starą, by zasługiwać na takie miano?
— Tak, jadłam raz, kiedy byłam jeszcze uczennicą medyka. Firletka pozwoliła mi spróbować. To coś naprawdę pysznego.
— Aha, a mi nie… — mruknął. — A ma telas coś? My-Myśli pani, sze by mi poswoliła?
Motylka przesunęła łapą po ziemi, nieco zakłopotana. Wiedziała, że gdyby poprosiła Firletkę, ta pewnie dałaby trochę miodu, by kociak spróbował. Ale przecież ziół i zapasów nie można było brać ot tak.
— Niestety, zioła jemy tylko wtedy, gdy jest potrzeba — odparła. Rozejrzała się dookoła, a potem pochyliła się i wyszeptała mu do ucha: — Ale jeśli kiedyś będziesz musiał przyjąć lekarstwo, a nie będziesz chciał go zjeść, to jest szansa, że poleją je miodem.
— Miód to sioło? — zapytał zbity z tropu. — Ale pszeciesz nie jest loślinką…
Kotka otworzyła pysk, lecz szybko go zamknęła, orientując się, że kociak miał rację. Nigdy się nad tym nie zastanawiała.
— Faktycznie, to nie roślina, ale jednak zaliczany jest do ziół. Pomaga choćby wtedy, gdy nawdychasz się dymu z pożaru — wyjaśniła spokojnym tonem.
— Nawdychała się kiedyś pani poszalu? — zapytał nagle kociak, a jego głos zabrzmiał pełen zdziwienia i ciekawości. — A jak wy-wygląda poszal?
— Ach, nie, nigdy nie widziałam pożaru — odpowiedziała wojowniczka spokojnie. — Wiem jednak, że jest okropny i niszczycielski. Lepiej go nie wdychać. Do końca nie wiem, jak wygląda, ale… źle. — Zawahała się, rozważając, czy spróbować opisać kolory ognia. Ale czy Księżyc wiedział, czym jest „pomarańczowy”? Obawiała się, że niestety nie.
— Aha… to nie chcialbym go wilec — mruknął spokojnie kocurek, spuszczając wzrok.
Wojowniczka uśmiechnęła się lekko i już miała coś dopowiedzieć, gdy nagle z polany dobiegł głos. Ktoś wołał jej imię, wyraźnie wzywając ją na patrol.
— Muszę niestety iść, Księżycu. Jednak jeszcze się spotkamy — wymruczała miękko, pochylając się lekko ku kociakowi, zanim odwróciła się w stronę wyjścia.
— Do wilenia… — miauknął cicho kociak za nią, plącząc sylaby w swoim dziecięcym akcencie.
<Księżycu?>

01 września 2025

Od Motylkowej Łączki

[Tw krew, opis walki i śmierci]

Przyjemne, pierwsze wiosenne promienie słońca igrały na szylkretowym futerku Motylkowej Łączki. Kotka siedziała w obozie z pyskiem uniesionym ku lśniącej, złotej kuli na niebie. Po Porze Nagich Drzew jej życie zwolniło i stało się monotonne. Motylka nigdy nie była kotem, którego przygody same odnajdywały – a przynajmniej tak jej się wydawało. Zamiast tego coraz częściej czuła się samotna, mimo że jej charyzma powinna przyciągać przyjaciół jak światło ćmy. Planowała podejść do rówieśników, odświeżyć dawne znajomości, lecz coś ją powstrzymywało. Strach ściskał gardło, a stres paraliżował łapy. Bała się, że Zawilcowa Korona znowu rozsiać mógł swoje jadowite słowa, że nie odpuścił i coś już im nagadał. Siedziała więc sama, lecz na pyszczku utrzymywała ciepły uśmiech – tak, by w razie, gdyby ktoś szukał kompana do rozmowy, by nie wyglądać na nieprzyjemną czy złą. I rzeczywiście – towarzysz się znalazł. Choć nie taki, jakiego oczekiwała. U jej boku pojawiła się nagle matka – Przeplatkowy Wianek. Ich jasne futra musnęły się delikatnie, choć cisza między nimi była ciężka, niemal dławiąca. Motylka nie spodziewała się, że jeszcze kiedykolwiek zamieni z nią choć słowo. Od dawna bowiem nie miała dobrej relacji z rodziną. Nienawidziła tego, jak kłamali, jak coś przed nią ukrywali. Wolała trzymać dystans niż później czuć irytację i gorycz. A jednak… ciągnęło ją do znajomego zapachu Przeplatki. Gdzieś w sercu wciąż pragnęła, by matka przejechała językiem po jej głowie, jak dawniej, gdy była kocięciem.
— Motylkowa Łączko, robisz coś ważnego teraz? — zapytała starsza kocica. W jej głosie brzmiała miękkość, choć oczy na pewno widziały, jak żałośnie samotna była córka.
— Nie, nic ciekawego. Mam wieczorem trening z Sójczą Łapą — odparła, kręcąc łapą w piaszczystej ziemi i odwracając wzrok.
— A więc może udasz się ze mną na spacer? — zaproponowała Przeplatka tonem, jakby naprawdę zależało jej na odbudowaniu więzi. — Porozmawiamy i… umocnimy naszą relację.
— Jasne! — wykrzyknęła Motylka, lecz szybko potrząsnęła głową, próbując opanować swój entuzjazm i natarczywość.
Obie podniosły się z ziemi i sprężystym krokiem opuściły obóz. Na terenach Klanu Burzy wiosna rozlewała się pełnymi garściami. Śnieg – którego i tak było niewiele – całkowicie stopniał, tworząc kałuże i gdzieniegdzie śliskie połacie błota. Motylka z radością skakała przez pierwsze z nich, jak kocię, podczas gdy Przeplatka patrzyła na nią z mieszaniną troski i żalu w oczach.
— Jak idzie ci z Sójczą Łapą? — zagadnęła po chwili. — To pewnie dziwne szkolić kogoś starszego od siebie.
Motylka zbliżyła się do jej boku, unosząc łebek.
— Na początku faktycznie było trochę niezręcznie — przyznała. — Rozkazywać komuś starszemu? Trudno. Ale Sójka jest bardzo miła. Zawsze była. Jeszcze, kiedy karmiła młode, lubiłam do niej zaglądać. Teraz często żartuje, poprawia swoje futerko i naprawdę się stara. Słucha moich wskazówek, a to dla mnie dużo znaczy.
Kroczyła przy tym w dość nietypowy sposób – jakby wyrzucała łapy przed siebie, unosząc je z przesadną ostrożnością, jakby parzyła ją ziemia.
— Na pewno wspaniale ją wyszkolisz — wymruczała Przeplatka. — Tak samo, jak kiedyś zrobiłaś to ze Słodką Dziewanną.
Liznęła córkę czule za uchem, po czym znów skupiła wzrok na ścieżce przed sobą. Ich kroki nieubłaganie prowadziły w stronę Upadłego Potwora – miejsca, które nawet wiosną wydawało się groźne i ciche. Motylka poczuła, że tematy rozmów zaczynają się kończyć. Zaczęła więc iść tak, by co jakiś czas trącać matkę łapą niby przypadkiem. Z początku wyglądało to naturalnie, ale z czasem stało się zbyt powtarzalne, by dało się to zignorować. W końcu zerknęła na Przeplatkę z figlarnym błyskiem w oku. Starsza kotka odpowiedziała szybkim, nieszkodliwym pacnięciem łapą. Motylka z łatwością uskoczyła, po czym pognała do przodu.
— Zobaczymy, kto będzie szybszy! — zamiauczała, a jej głos niósł się echem pośród wiosennych traw.
Przeplatka rozprostowała łapy i, z zaskakującą jak na wiek zwinnością, rzuciła się w pogoń. Ziemia drżała lekko pod uderzeniami ich łap, a w powietrzu unosił się zapach wiosny. Kotki przemknęły obok krzaków jałowca, wzbijając w powietrze resztki zeszłorocznych roślin. Ścigały się teraz jak dwie błyskawice. W ich ruchach nie było wrogości, tylko czysta radość i instynkt rywalizacji. Jednak w cieniu traw czaiła się cisza – gęsta i napięta, jakby same łąki wstrzymywały oddech, czekając na to, co zaraz się wydarzy.
Obie kotki biegły przez łąki, które powoli pokrywały się delikatnymi krokusami i przebiśniegami. Woda z kałuż pryskała na wszystkie strony, a ich łapy zostawiały za sobą ślady w mokrej ziemi. Pysk każdej z nich rozciągał się w szerokim uśmiechu – choć były zmęczone, adrenalina i radość sprawiały, że o tym zapominały. Upadły Potwór rósł przed nimi z każdą chwilą, tak bliski, jakby wystarczył tylko jeden skok, by znaleźć się u jego stóp. Wtedy Przeplatkowy Wianek nagle skręciła w bok, wpadając na córkę. Obie potoczyły się po młodej trawie, wzbijając w powietrze roślinność.
— Dawno tak nie biegałam — mruknęła starsza kotka, leżąc przez moment na córce i przeciągając się leniwie.
Motylka uniosła pysk, otrzepując go z ziemi i drobnych roślin.
— Tak! Zimą ciężko się biega! Mamo, musimy… — zaczęła, ale nagle zamilkła.
Bańka szczęścia, ta krótka chwila, której Motylka pragnęła całym sercem, została brutalnie przebita. Kotka wyszarpnęła się spod matki, uszy postawiła czujnie i wciągnęła powietrze głęboko. Krew. Przeplatka momentalnie spoważniała, naśladując zachowanie córki. Obie wiedziały, co oznacza ten zapach – znajomy, nieomylny. Krew. Samotnicy. I słabnące odgłosy walczących kotów. Spojrzały po sobie. W oczach Motylkowej Łączki błysnęła determinacja, ale i cień rezygnacji – jakby los po raz kolejny zadrwił z niej, podsuwając katastrofę zamiast spokoju. To nie pierwszy raz, gdy szczęście wymykało jej się spomiędzy łap, ustępując miejsca śmierci. Nie czekała jednak. Instynkt wojowniczki i potrzeba ochrony innych wzięły górę. Bez słowa rzuciła się przed siebie, znikając w trawie. Przeplatka krzyknęła coś za nią i natychmiast dogoniła córkę. Wpadły prosto w sam środek tragedii. Na ziemi leżały dwa poranione ciała – futra posklejane krwią, która powoli wsiąkała w miękką glebę. Motylka wciągnęła gwałtownie powietrze. Przed nią, walcząc o ostatni oddech, leżał Opadający Rumianek, przygnieciony do ziemi przez liliową kocicę. Jej szczęki zaciskały się na jego karku coraz mocniej. Nie pomyślała nawet przez sekundę. Zauważyła tylko, że w pobliżu czai się jeszcze jedna samotniczka – ciemna pointka – ale była zbyt daleko, by od razu przeszkodzić. Z rykiem przypominającym huk kamienia staczającego się ze zbocza, Motylka wpadła na bok liliowej kotki, znanej jako Zgrzyt. Zaskoczona przeciwniczka syknęła, puszczając Rumianka, który opadł bezwładnie na ziemię. Motylkowa Łączka zasłoniła go swoim ciałem, strosząc futro i bijąc ogonem na boki niczym biczem. Jej pazury wysunęły się w pełni, gotowe rozszarpać każdy bok, który ośmieli się zbliżyć.
— Kolejne klanowe szczury… — syknęła Zgrzyt, szykując się do skoku.
Wtem ich uwagę rozproszył nagły krzyk drugiej samotniczki.
— Ty! To ty skrzywdziłaś mojego syna! Jak śmiałaś?!
Motylka nie była pewna, czy dobrze dosłyszała – jej wzrok wciąż wbity był w Zgrzyt, a jedynie uszy obróciły się w stronę głosu. Liliowa wojowniczka odwróciła jednak łeb na ten krzyk – i to wystarczyło. Motylka wykorzystała okazję. Rzuciła się na jej pysk z wielką siłą. Przejechała po niej pazurami, po czym wylądowała całym ciałem na kocicy. Ta syknęła wściekle i wbiła swoje ostrza w jej boki. Motylka wyszarpnęła się, a krew rozprysła się dokoła. Zgrzyt podniosła się, strzepując z pazurów czerwoną ciecz. Zaśmiała się, po czym pognała na młodszą od siebie kotkę. Krew dudniła w uszach Motylkowej Łączki, gdy obserwowała, jak przeciwniczka pędzi ku niej zygzakiem. Słyszała rytm jej kroków, a gdy ta postawiła jeden błędny, szylkretka skoczyła i uczepiła się jej pleców. Zgrzyt przewróciła się, przygniatając ją ciężarem, aż z piersi Motylki uleciało powietrze. Mimo bólu zdołała jednak chwycić zębami jej ucho. Szarpnęła z całej siły, a nerwy i skóra puściły — samotniczce została tylko połowa ucha. Krew spływała jej po oku, a w spojrzeniu wciąż buzowała determinacja. Liliowa kotka zerknęła ponad Motylkę i uśmiechnęła się szyderczo. Szylkretka ani drgnęła, tylko strzepnęła ogonem i ruszyła naprzód. Wpadła w kałużę, rozchlapując wodę, i z impetem uderzyła barkiem w szyję Zgrzyt. Osłabiona widoczność sprawiła, że tamta zdołała jedynie drasnąć pazurami pysk Motylki, po czym zatoczyła się i runęła na ziemię. Widać było, że kiedyś mogła być silna — ale teraz szybsza i zwinniejsza wojowniczka z Klanu Burzy pokonała ją bez trudu. Motylka miała już zdecydować, czy przegonić ją, czy zakończyć jej życie, gdy w powietrzu zabrzmiał słaby pisk wołania o pomoc. Serce podskoczyło jej do gardła. Matka! Przeplatka była przygwożdżona do ziemi. Druga samotniczka, ciemna pointka, z triumfem przytrzymywała jej pysk, odsłaniając delikatne żyły na szyi. W jej oczach płonęła ślepa nienawiść. Nie przewidziała jednak, że starsza kotka ma przy sobie kogoś, kto wskoczy w ogień nawet wtedy, gdy ukrywa się przed nim prawdę. Motylkowa Łączka rzuciła się z całej siły na bok przeciwniczki. Obie potoczyły się w błoto. Przeplatkowy Wianek poderwała się, otrzepując zakrwawione futro, i kuśtykając, ruszyła córce na pomoc. Ciemna pointka podniosła się pewnie, ignorując śliską ziemię. Motylka również dźwignęła się, chociaż jej łapy drżały, a wzrok rozmywał się od oszołomienia. Dopiero ostrzegawczy krzyk matki przywrócił ją do pełnej świadomości. Ryk skoczyła, celując w bark wojowniczki i rozcinając go głęboko pazurami. Potem przejechała po jej czole, zostawiając płytką, ale krwawiącą ranę. Motylka zatoczyła się do tyłu, starając się blokować jej ataki, lecz na szczęście Przeplatka szybko wsparła córkę i odepchnęła przeciwniczkę. Matka i córka spojrzały na siebie. Chwilę później obie ruszyły jednocześnie. Ryk jeszcze przez moment stroszyła futro i warczała, gotowa rozszarpać każdą z nich, ale zrozumiała, że przewaga zniknęła. Cofając się, próbowała znaleźć drogę ucieczki. Motylka nie zamierzała na to pozwolić. Kilka susów wystarczyło, by wskoczyła na jej grzbiet i wbiła zęby w ciało. Ryk zawyła, a zaraz potem dostała cios po pysku od Przeplatki. Obie kotki powaliły ją na ziemię. Samotniczka popełniła błąd. Obróciła się na plecy, stając nos w nos z Motylką. Z zaskoczenia przeorała jej policzek pazurami, zostawiając głęboką szramę. Wojowniczkę ogarnął czysty instynkt obrony klanu i rodziny. Nie myślała. W jej oczach płonął szał. Szczęki zacisnęły się na szyi Ryk. Kły przebiły sierść, skórę i mięśnie, aż dotarły do tętnicy. Krew trysnęła, zalewając jej pysk i gardło przeciwniczki. Motylka szarpnęła głową, po czym puściła, cofając się i opierając drżące ciało o bok matki. Ryk zaczęła drżeć konwulsyjnie, a z pyska trysnęła struga krwi. W jej oczach, poza szaleństwem, pojawił się strach – prawdziwy, nagi strach przed końcem. Próbowała jeszcze unieść się na łapach, lecz runęła z powrotem w mokrą trawę.
— Mój… synek… mój synek…
Samotniczka szeptała jeszcze między pluciem krwią. Jej głos chwiał się, a każde słowo brzmiało jak echo zbliżającej się śmierci. W końcu jej ciało drgnęło po raz ostatni w konwulsjach agonii, a struga krwi rozlała się szeroką plamą po trawie, brudząc łapy Motylki. Lepka ciecz i tak już zasnuła jej lewe oko, odbierając wyraźny obraz. Całe futro szylkretki, jeszcze niedawno lśniące, było teraz potargane, posklejane i wilgotne od krwi – jej własnej i cudzej. Z kilku głębokich ran wciąż sączyła się czerwień, barwiąc ziemię pod nią. Dopiero gdy jej matka, chwiejnym krokiem, zwróciła się w stronę drugiej samotniczki, Motylka również podniosła głowę. W zielonych oczach młodej wojowniczki wirował szok, ale mimo drżenia całego ciała była gotowa walczyć dalej. Choćby miało to kosztować ją życie. Tak przysięgała podczas ceremonii. Zgrzyt, obserwując upadek towarzyszki, cofała się powoli. W jej spojrzeniu czaiła się wściekłość zmieszana z obawą – wiedziała, że nie ma już szans. Zerknęła jeszcze na Opadającego Rumianka i syknęła, zanosząc się gorzkim śmiechem.
— Dziwi mnie tylko jedno… że tak ci zależało na tym starcu. Na kocie, który wychowywał dzieci brudnego rudzielca — warknęła w stronę Rumianka, po czym odwróciła się i zaczęła biec w stronę terenów Klanu Wilka.
— Nie…! — syknęła Motylka i mimo bólu w każdym centymetrze ciała rzuciła się w pogoń.
— Przestań! — krzyknęła Przeplatkowy Wianek, stając jej na drodze. — Musimy wracać do obozu!
Jej jasne łapy były całe we krwi, a każdy oddech przerywany był jękiem. Motylka zatrzymała się, serce waliło jej jak młotem. Chwilę później skinęła głową, od razu kierując się ku Rumiankowi. Ten z trudem uniósł łeb, jego oczy były przygaszone, lecz wciąż pełne życia. Patrzył w stronę, gdzie zniknęła Zgrzyt.
— Nic… nic ci nie jest? — wyszeptała Motylka, drżącymi łapami starając się go podtrzymać. Miała wrażenie, że jej ciało błaga o chwilę odpoczynku, lecz nie mogła sobie na to pozwolić.
— N… nie. Dziękuję, że… że mi pomogłyście. Ale proszę… — Głos wojownika łamał się coraz bardziej, aż przeszedł w ledwo słyszalny szept. — Nie mówcie nikomu, co ona powiedziała. Proszę…
Jego pysk opadł na ziemię, a powieki przymknęły się ciężko. Motylka skinęła głową, choć serce ścisnęło jej się mocno.
Rozejrzała się dookoła i podeszła do żelaznego potwora. Rdzawe ściany jego ciała były porośnięte pajęczynami, a wokół leżały kępy nieświeżego mchu. Zebrała je tyle, ile zdołała, by choć trochę zatamować krwawienie u rannych. Utykając na przednią łapę, podeszła kolejno do każdego z towarzyszy, przykładając mech tam, gdzie krew sączyła się najmocniej. W końcu jej wzrok padł na martwe ciało Ryku. Zatrzymała się przy niej, a oczy zaszły mgłą.
— Klanie Gwiazd, wybacz mi… — wyszeptała, a jej głos się załamał. — Nie chciałam jej krzywdzić. Niech jej dusza odnajdzie spokój.
Łzy spłynęły po jej pysku, mieszając się z krwią. Nigdy wcześniej nie zabiła. Nigdy nie widziała śmierci z tak bliska – śmierci tak brutalnej. W jej żołądku zawiązał się twardy, bolesny węzeł. Odwróciła się do matki. Czekała ich teraz jeszcze trudniejsza część – musiały zabrać ciało Cykoriowego Pyłku i pomóc Rumiankowi dotrzeć do obozu.
Podróż była męczarnią. Pełna postojów, potknięć i drżących łap. Każdy krok przypominał im o ranach. Ale w końcu, zmęczona grupa przedarła się przez krzewy strzegące wejścia do obozu. Wystarczyła chwila, by cała osada się zleciała. Futra jeżyły się na widok krwi, a przerażone szepty niosły się po obozie. Królicza Gwiazda wyskoczył ze swojego legowiska niczym zając spłoszony z nory. Zamarł na widok rannych, a jego oczy rozszerzyły się z niedowierzania.
— Na Klan Gwiazd! Co się stało?! — wykrzyknął, głos mu drżał.
Zanim jednak ktokolwiek zdążył odpowiedzieć, medycy Klanu Burzy popędzili naprzód, by zabrać rannych do lecznicy. Motylka, mimo że z każdą chwilą czuła, jak tracą ją siły, uparła się, by wyjaśnić wszystko liderowi. Wdzięczna Firletka podtrzymywała ją i starała się zatamować krwawienie, poprawiając prowizoryczne opatrunki.
— Natrafiłyśmy na dwie samotniczki… — zaczęła szylkretka, a każdy oddech był wysiłkiem. — Cykoriowy Pyłek i jakaś pręgowana kocica leżeli już martwi. Liliowa… wbijała kły w Opadającego Rumianka. Uciekła… ale tamta druga nie żyje.
Słowa urywały się, gdy opierała się na przyjaciółce. W końcu dotarła do lecznicy, gdzie medycy natychmiast się nią zajęli. Na moment spotkała spojrzenie Zawilcowej Korony. Jego oczy miały w sobie coś dziwnego – mieszaninę zaskoczenia i… niedowierzania. Motylka była pewna, że Rumianek powiedział mu, kto uratował mu życie. Kremowy kot patrzył jednak na nią tak, jakby wciąż nie umiał w to uwierzyć. Przynajmniej tak to sobie tłumaczyła. Jaka była prawda? Nie mogła przecież zajrzeć do jego skomplikowanego umysłu. Motylkowa Łączka opadła w końcu na posłanie, oddając się w pełni medycznej opiece. Przymknęła oczy, pozwalając, by ciemność w końcu objęła ją i dała wytchnienie.

***
Lekkie promienie słońca wślizgnęły się do wieży, w której mieściła się lecznica, i oświetliły pysk Motylki. Chwilę później znów zasłonił je cień. Kocica położyła łapy na mordce i mruknęła niezadowolona. Jednak gdy tylko rozpoznała znajomy zapach, uniosła wzrok. Przed nią stał Świerszczowy Skok, a w jego oczach lśniły łzy. Gdy tylko siostra podniosła głowę, natychmiast otarł się policzkiem o jej futro.
— Och, Motylko… tak się bałem! Bałem się, że już nie wrócisz — wyszeptał, siadając obok i zaczynając energicznie wylizywać futerko siostry.
— Chyba wczoraj trochę odleciałam… — mruknęła, a jej gardło wypełniło miękkie mruczenie pod wpływem czułości braciszka. — Już spokojnie, nic mi nie jest! Nie tak łatwo mnie pokonać!
— Tak mi przykro z powodu tych ran… Medycy powiedzieli, że blizny zostaną… — dodał cicho Świerszcz, spuszczając wzrok.
Motylka zamrugała i spojrzała na swoje ramię. Widniały na nim trzy szramy, częściowo zakryte przez futro. Na plecach miała większy, łysy placek skóry, którego dopiero z czasem miał przykryć gęstszy włos. Dotknęła łapą policzka, gdzie również wyczuła zadrapania. Jej oczy nagle rozjaśniły się, a na pysku pojawił się szeroki uśmiech.
— Ależ, o czym ty mówisz! To cudowne, że mam blizny! Marzyłam o nich tyle czasu. W końcu będę mogła stanąć u boku wojowników z dumą, bo będę taka jak oni – pełna blizn po wygranych walkach. To moja nagroda i znak, że byłam silna! Będą mi przypominać, że uratowałam Rumianka! — Zamerdała radośnie wąsami, a uśmiech poszerzył się, gdy dodała: — Spójrz, ta na plecach wygląda jak motylek! To idealne!
Na moment radość rozświetliła jej pysk, lecz szybko przygasła. Świerszcz, który jeszcze przed chwilą uśmiechał się razem z nią, znów przybrał poważną minę.
— Coś nie tak? — zapytał ostrożnie.
— Czy… czy Klan Gwiazd mi wybaczy? — wyszeptała, odwracając spojrzenie i kładąc pysk na łapach. — Zabiłam tamtą kotkę… zachowywałam się jak oszalały lis. Nie miałam nad sobą kontroli.
Świerszcz zbliżył się i dotknął nosem jej ucha.
— Na pewno już wybaczyli! — miauknął z pewnością w głosie. — Chroniłaś klan, ratowałaś przyjaciela. To zasługuje na pochwałę od gwiezdnych, nie na karę! — dodał, po czym polizał siostrę po głowie.
Po chwili wyjął zza pleców parę fioletowych wrzosów i wplótł je w jej futro.

09 sierpnia 2025

Od Motylkowej Łączki CD. Chomiczej Łapy (Nieustraszonego Chomika)

Przeszłość

Pokręciła gwałtownie głową, jakby chciała natychmiast rozwiać wszelkie wątpliwości.
— Nie musisz mnie przepraszać! — powiedziała z przekonaniem. — Rozumiem, że ten temat jest trudny – i dla ciebie, i dla Świerszcza, i dla mnie. Ale rozmawiając o tym, możemy się podzielić naszymi obawami — zamruczała cicho, jakby dla dodania otuchy, po czym podniosła się z trawy i ruszyła przed siebie.
— Przeplatka też mówiła mi, żebym z nią nie rozmawiała — dodała po chwili, bardziej do siebie niż do rozmówczyni. — Ale nie zamierzam jej słuchać. Ani jej, ani Nornicy. Jak już powiedziałam – uważam, że obie coś ukrywają. Może nawet kłamią — mruknęła nisko, z wyczuwalną goryczą.
Zatrzymała się, unosząc głowę. Spojrzała w kierunku Przybrzeżnego Oka, jakby dopiero teraz sobie uświadomiła, jak dawno tu nie była. Wokół panowała cisza – tylko szmer wody i delikatny powiew wiatru przemykał między źdźbłami trawy. To miejsce zawsze działało kojąco. Było jak oddech – głęboki, spokojny, wolny od zgiełku.
— Mówisz, że gdzieś się śpieszyła? — mruknęła, marszcząc brwi. — Hm... Nie wiem. Zawilcowa Łapa twierdzi, że to Nornica jest morderczynią. Przeplatka mówi to samo. Że jest taka sama jak jej bracia.
Zamilkła na moment, jakby ważyła słowa.
— Ale Nornica zapewniała mnie, że nie popierała tego, co zrobili. Powiedziała, że to wszystko wina poprzedniej przywódczyni. Że to ona zignorowała morderstwo... i mimo wszystko pozwoliła im zostać w klanie. — Jej głos przycichł, jakby końcówka zdania ważyła więcej, niż była w stanie unieść.
Chomik westchnęła z ulgą.
— Dobrze wiedzieć. — Słuchała tylko uważnie swojej siostry. — Nie rozumiem, dlaczego to robią. Może czegoś się dowiem od Nornicy, jak ją wyciągnę poza obóz. — Zamyśliła się na chwilę, wsłuchując w słowa siostry. — To nietypowe. Rozumiem, że Zawilcowa Łapa mógł nie dogadywać się z moją matką, ale żeby ją nazywać morderczynią?! Niby kogo miała zabić? Według mnie jest zawistny, dlatego że jest ślepy na jedno oko – i tyle! Głupie gadanie — powiedziała naburmuszona i cała czerwona. — Myślę, że jest w tym prawda. Jak byłam mała, to nie widziałam, żeby rzeczywiście coś zrobiła. Gdyby zarządziła zabicie ich na miejscu, to może Mysia Łapa nie byłaby martwa... — Samo wymówienie imienia martwej siostry zdawało się bolesne dla uczennicy.
Motylka westchnęła ciężko, jakby nosiła w sobie zbyt wiele niewypowiedzianych myśli, które w końcu musiały znaleźć ujście.
— Tak… Zawilcowa Łapa jest dziwny — mruknęła z wahaniem. — Nie wiem, czy naprawdę kłamie, czy może po prostu dramatyzuje... Ale jedno wiem na pewno – moja matka nie jest czysta jak łza.
Zamilkła na chwilę, a jej spojrzenie zawisło gdzieś na horyzoncie. Chłodny wiatr poruszył jej futrem, jakby chciał zabrać z niej choć odrobinę ciężaru.
— Unikam go, ale... te plotki, które krążą po obozie, są naprawdę okrutne. — Jej głos był przygaszony, jakby tłumiła w sobie gniew i smutek jednocześnie. — Ja po prostu chcę żyć spokojnie. Nie chcę, żeby każdy widział we mnie tylko córkę morderczyni.
Spojrzała na Chomika, a w jej oczach pojawił się cień bezsilności.
— Chomiku... Czasem mam wrażenie, że wszyscy wokół nas znają prawdę. Wszyscy – tylko nie my. Nawet Świerszcz... On chyba też coś wie. Może ty również?
Zadrżała lekko, jakby wypowiedzenie tych słów było trudniejsze, niż zakładała.
— A ja? Ja czuję się tak, jakbym była tuż obok prawdy. Jakbym dotykała jej końcówką futra, czuła jej obecność... a zarazem wciąż ją omijała. Jakby coś stało mi na drodze – coś, czego nie potrafię nazwać.
Cisza, która zapadła po tych słowach, nie była pusta. Była ciężka, pełna pytań, których nie sposób było wypowiedzieć na głos.
— Nie martw się, naprawię to... Nie wiem jak, ale nie pozwolę, by jego kłamstwa niszczyły reputację i godność naszej rodziny! Mogę przymknąć oko na to, że Przeplatka tak mówi – bo możemy ją przekonać. Jest naszą matką. A on? To nic niewarte lisie łajno! Przecież Norniczy Ślad mówiła, że stracił oko przez samotnika i że uratowała mu życie. Skoro tak mówiła, to jak mogłoby być inaczej? — Chomik strzepnęła sfrustrowana ogonem.
— Ja tam nie znam prawdy. Jedyne, co wiem, to gdybanie od Przeplatkowego Wianka – ale i z tego nie da się ułożyć nic sensownego. Mamy prawo wiedzieć. Jeśli Świerszcz wie, one wiedzą – to czemu nie my, siostro? — W jej głosie brzmiała desperacja, jakby Chomik chciała dowiedzieć się całej prawdy natychmiast.
— Wiesz co? Odłóżmy to na chwilę i pogadajmy o czymś pozytywnym! Na przykład... ktoś ci wpadł w oko ostatnio? Bo ja miałam kogoś, ale już go nie lubię. Kruczy odpad... — Ostatnie zdanie Chomik wyszeptała.
Motylka zmrużyła lekko oczy, po czym wsunęła łapę do wody, wzburzając powierzchnię tafli. Ciecz zadrgała, tworząc kręgi, które odbijały się od brzegów jak echa niepokoju kłębiącego się w jej wnętrzu.
— Nie, nic z nim nie rób. Nie ma co się szarpać z takimi — mruknęła z lekkim zaniepokojeniem, wyczuwalnym w tonie głosu.
Zaniepokoiły ją słowa siostry. Już wcześniej zauważyła coś podobnego u Nornicy – tę dziwną, wręcz niezdrową nienawiść, jakby rodzącą się z potrzeby zniszczenia drugiego kota. Czy to naprawdę przypadek? A może… zwykła, zagłuszona troska o rodzinę? W Motylce buzowało więcej pytań niż odpowiedzi.
— Zapytam Świerszcza, gdy tylko go złapię — odparła z pewnością, podnosząc wzrok. Tak, jeszcze z bratem musi porozmawiać. Może on wie więcej? Może uchyli rąbka prawdy, rzuci światło na to, co od dawna kryje się w cieniu? Albo wypowie jedno, pozornie błahe zdanie, które ułoży brakujący element układanki? Kotka pogrążyła się na moment w zamyśleniu. Myśli krążyły chaotycznie, gdy nagle siostra zmieniła temat. Pytanie, które padło, zbiło ją z tropu. Czy… miała kogoś na oku?
— Czy mam kogoś na oku? — powtórzyła zaskoczona, marszcząc brwi. — Ja… Hm, nie wiem. Nie myślałam o tym. W ogóle nie myślę o miłości, związkach, tym całym zakochaniu…
Zamilkła. Cisza między nimi nie była niezręczna – raczej ciężka, nasycona czymś nieoczywistym.
— Chociaż… — przerwała, a jej wzrok odleciał gdzieś ponad taflę wody.
Zamyśliła się głęboko. Jeśli wziąć definicję zakochania i próbować przełożyć ją na jej własne uczucia... to tak, był pewien kot. Jeden, który zajmował w jej sercu szczególne miejsce. Fakt – kochała go. Bardzo. Ale czy to była ta miłość, o której wszyscy mówią z błyskiem w oku? Czy raczej uczucie głębokie, ale przypominające to, jakim darzy się rodzinę?
— No bo wiesz, u nas nie ma zbyt szerokiego wyboru, jeśli chodzi o atrakcyjnych kocurów — odparła lekko Chomik, po czym zamyśliła się na chwilę. — No, jest Ruda Lisówka, Kruczy Taniec, Zawodzące Echo, Kminkowa Łapa... choć do niego nigdy nie zaglądałam — westchnęła zawiedziona.
Motylkowa Łączka poruszyła lekko uszami, chcąc lepiej przysłuchać się siostrze. Odwróciła wzrok, zastanawiając się, czy to źle, że nikogo sobie nie wybrała… I czy naprawdę chciałaby kocura?
— Tak... em, oni są ładni — mruknęła bez przekonania.
Jakoś nigdy nie widziała w kocurach niczego szczególnie atrakcyjnego. Zamyśliła się nagle, po czym wypaliła:
— Rozkwitająca Szanta, Dryfujący Fluoryt i Wdzięczna Firletka są bardzo ładne. Lubię ich futerka — zamruczała, dotykając łapą policzka.
Chomik zrobiła duże oczy, ale po chwili wróciła do swojego naturalnego wyrazu pyska.
— No... też mają ładne futra — odparła bez większych emocji.
Motylka uniosła brew, po czym spojrzała w taflę wody, która lśniła w świetle popołudniowego słońca. Powierzchnia jeziora drżała lekko pod wpływem wiatru, rozmywając odbicie nieba i jej własne, zamyślone oczy. Przez chwilę milczała, jakby szukała w tych falach odpowiedzi, której nie potrafiła jeszcze nazwać.
— Tak, wiesz... — mruknęła w końcu, nie patrząc na siostrę. — Czasami zastanawiam się, czy nie jestem jak nasze mamy.
Jej głos był cichy, niemal nieśmiały – jakby wypowiadanie tych słów na głos zagrażało jakiemuś wewnętrznemu porządkowi. Myśli krążyły niespokojnie jak liście na wodzie. Skoro Chomik poruszyła temat miłości, coś poruszyło się również w niej – coś, co dotąd leżało uśpione. Motylka nigdy szczególnie nie zwracała uwagi na kocury. Nie czuła tej fascynacji, którą tak często widywała w spojrzeniach rówieśniczek. Ale kiedy myślała o kotkach… czuła coś innego. Coś dziwnego, ciepłego. Sympatię, która była trudna do zdefiniowania, a jednak nie do zignorowania.

<Chomiku?>