———
Dziewięć księżyców temu
———
“Aaa, kotki dwa, szarobure obydwa,
Nic nie będą robiły, tylko ciebie bawiły.”
Piosenka rozgrzewała pokój pomimo szarówki sprawiającej, że w pokoju panował półmrok. Powietrze, delikatnie chłodne, wypełniało przestrzeń zmieszane z zapachem ciepłego mleka. Nie było wtedy żadnych niepokoi wypełniających głowy domowników. Zamiast tego były piski i zirytowane, jednak rozczulone, wzdychanie. Najprawdziwszy wieczór rodziny, taki zwyczajny… jednocześnie to jedna z chwil wartych zapamiętania, nawet jeśli niezdolnych do uchwycenia. Może zdjęcie byłoby w stanie złapać obraz, ale nigdy tę atmosferę. Może zapamiętanie tej minuty nie było niemożliwym, lecz nie było też wystarczające.
Rozgardiasz ogarnął każdy kąt mieszkania, aczkolwiek tym hałasie był to najmniejszy problem. Kto spodziewałby się, że ledwo dwójka malców była takim wyzwaniem? Jeśli jeden nie płakał, to robił to drugi; jeśli jeden spał, to drugi jak na złość nie chciał! Istna katorga. Gdyby Ofelia miała siłę, narzekałaby i gadałaby o tym, jak najęta, jednak z drzemiącym partnerem u boku wiedziała, iż nie pozostało jej nic innego niż przetrwać te trudne momenty. Patrzyła na swoje córki wzajemnie nakręcające się swoim łkaniem i tylko jedna rzecz była w stanie je uciszyć, chociaż na moment – piosenka.
W kółko śpiewała fragment kołysanki, który mogła spamiętać przez mgłę zmęczonego brakiem snu umysłu. “Kotki dwa” były wspomnieniem wziętym dosłownie znikąd, niemniej czy liczyło się to, jeśli działało jak marzenie? Bez przerwy na wzięcie głębszego wdechu ciągle koiła swoim tonem. Gdy jej głos załamał się i musiała na moment przystanąć, aby odchrząknąć, przed chwilą uspokojone kocięta znów wydały z siebie ryk istnego terroru. Matka wręcz podskoczyła na ten straszliwy dźwięk spowodowany tylko i wyłącznie brakiem melodii. Zastanawiała się, jak długo jest tak źle. W końcu kiedyś sytuacja musiała nabrać trochę więcej pozytywów, racja? Chociaż z każdym dniem wydawało się to odleglejsze.
“Aaa, kotki dwa, szarobure obydwa.Jak się kotki rozigrały, to dziecinę kołysały.”
Stały rytm utworu napełniał jej głowę pulsującym bólem, biegnącym daleko w głąb jej mózgu. Piętnaście minut, czterdzieści minut, godzina – ciągle to samo. Niektóre dni były lepsze, albowiem maluchy cichły albo bawiły się razem, ale ten nie był jednym z nich. Co gorsza, to one same wybierały, kiedy te “lepsze dni” miały miejsce. Potrafiły parę dni z rzędu być w pełni szczęśliwe, a czwartego coś im odbijało i kotka nie była na to przygotowana. Zapominała, że warto się wyspać, dopóki już nie miała na to szansy. Mówiąc prościej, życie z młodymi nie było łatwe. Miała wiele szczęścia, iż życie z Wyprostowanymi dawało jej komfort opieki.
Brak polowania, bezpieczeństwo; dla kotki wychowanej na ulicy miało to duże znaczenie. Pomimo trudów, była dumna z zapewnienia swoim pociechom stabilnego domu, zamiast ulicy gotowej na atak niezależnie od czasu czy twojej bezbronności. Dodatkowo towarzyszył jej Lucjan szczerze ją kochający. Chociaż obecnie oddał się zmęczeniu, zazwyczaj znosił cierpienia z nią, a to była zasłużona drzemka. Gdyby nie on i ich właścicielka nie wiedziałaby, jak przetrwać. Teoretycznie życie pieszczocha miało być tak haniebnym, wszelako dla niej było inaczej. To była jej cała nadzieja.
“Aaa, kotki dwa, szarobure obydwa.Jeden szary, drugi bury, a ten trzeci –
Myk! Do dziury.”
Tak, nieprzespane noce były nużące. Wszakże to było naturalne. To miejsce pozostawało jej domem niezależnie od nieudogodnień tego poziomu. Póki aż mogła żyć w bliskości, była na szczycie świata.
———
Teraźniejszość
———
Pierwsza przyśpiewka, jaką słyszała, została z nią po dziś dzień. Ofelia widziała Odetę podczas nucenia krótkiej melodyjki i czuła, jak jej serce rozpływało się. Patrzyła na swojego kociaka, który tak samo, jak ona kiedyś, próbował uspokoić siebie znanymi nutami. Chciała wychować ją w cieple czterech ścian, a okazuje się, że było to już poza kartą możliwości. Nie ważne co mówiła i okazywała na zewnątrz, pozostanie tutaj, byłoby wyrokiem śmierci głodowej. Miała jednak dwa maleństwa wychowane tylko w komforcie. Migrena usilnego myślenia ciążyła jej na głowie razem ze zdenerwowaniem, którego nawet nie mogła okazać z dziećmi zaraz obok.
Odchodziła, lecz nigdy nie na tyle daleko, aby naprawdę dać upust tym wszystkim emocjom, które wypełniały ją do cna. Przełykała niepokój. On stale powracał z natężoną siłą, bo czas leciał w przód i się nie zatrzymywał. Im dalej w przód, tym warunki stawały się gorsze: braki w jedzeniu, zmęczenie planowaniem.
Odeta nie była świadoma jak jej mama czuła się naprawdę, jednocześnie domykała się. Nie chciała pytać, aczkolwiek obserwowała i starała się przejść na bok, żeby nie być w niczym przeszkodą. Każdego dnia samoistnie podejmowała działania na rzecz poprawienia sytuacji rodzinnej, mimo wiedzy o ich marnym znaczeniu w większym pojmowaniu. Mogła nie mieć wyszkolenia do tego typu zadań, jednakże do prób nie potrzeba umiejętności. Trzeba tylko chcieć czegoś szczerze. Ona chciała widzieć błysk w oczach swojej rodziny. Dla niego zdecydowała się na zrobienie wszystko.
No… prawie wszystkiego. Słysząc rozważania o jedzeniu chwytanej zwierzyny, nie dopuściła do siebie choćby myśli o przełknięciu kęsa żyjącej przed uderzeniami serca istoty. To mimowolny odruch wymiotny w jej opinii. Wciąż dla wygody swojej rodziny zaprzestała lamentowi po jednym dniu i nie wchodziła do pokoju właścicielki. Często pomagała w uspokajaniu jeszcze wrażliwszej Klementyny, która zdawała się rozproszona jedynie, kiedy zagrzmiała paplać na najbardziej nieznaczący temat. Właściwie to obrała sobie jako zadanie, zajmowanie innych rzeczami prawdopodobnie rozweselającymi resztę choć odrobinę.
Chciałaby znać zioło działające na ten nastrój roztaczający bolesne odczucia dookoła, bo kocimiętka nie miała tutaj racji pomocy. Zwiędła czy nie. Trzeba było szukać innych rozwiązań. Na razie na nic nie wpadła, ale obiecała sobie, że nie podda się bez walki. Na razie pozostało jej śpiewanie piosenki pod nosem cichuteńko.
“Aaa, kotki dwa, szarobure obydwa.Nic nie będą robiły, tylko ciebie bawiły.
Aaa, kotki dwa, szarobure obydwa.
Jak się kotki rozigrały, to dziecinę kołysały.
Aaa, kotki dwa, szarobure obydwa.
Jeden szary, drugi bury, a ten trzeci…
Myk! Do dziury.”
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz