Jakiś czas po przybyciu Nicości
Wschodzący księżyc, zachodzące słońce, odbicia serca Nicości świadczyły o tym, że wciąż był żywy. Przeżył spotkanie z kocurem, który zabił jego matkę, a nawet pozwolił mu na to, aby przyjął go do swojej skomplikowanej społeczności. Czarny kocur zdecydował się na stanie, na uboczu, przynajmniej do momentu, w którym odkryje działanie tego całego Klanu Wilka. Cieszył się, że nie był zbytnio zaczepiany przez innych, ale fakt, że biała kupa futra doglądała co jakiś czas jego stanu niezmiernie go irytował. Liczył na to, że prędko się od niego odczepi i nie wróci do leczenia go nigdy więcej. Zielonooki wpatrywał się w kocięta Miodowego Ula, czując mroźne kłucie gdzieś w sercu. Ten widok tak bardzo przypominał mu o Kwadrze i Pełni. Rozbity Księżyc może również był białofutry, ale w niczym nie przypominał jego irytującej siostrzyczki, za którą strasznie tęsknił. Gdy zostawał sam na sam z myślami, miewał momenty, gdy żałował tego, że biały wojownik zjawił się tak późno. Może wtedy Pełnia byłaby tu wraz z nim? Pozostawało mu tylko snuć smętne scenariusze na ten temat.
— To ty jesteś kociakiem, którego przyniósł Rozbity Księżyc. — Nicość odwrócił się w stronę nadchodzącego głosu. — Nie wyglądasz na zbyt krzepkiego, ale jesteś wyższy niż inne kocięta. To dobry znak. Nie jesteś najgorszym, co Klan Wilka spotkało — stwierdziła zielonooka kotka.
Nicość zamrugał kilkukrotnie. Jej tu jeszcze nie spotkał.
„Chyba nie będzie kolejnym Księżycem co?” pomyślał czarnulek, drapiąc się za ucho.
— Podejrzewam, że w innym przypadku byłbym martwy — odmruknął, mrużąc ciemnozielone oczka. — I tak, oczywiście przyniósł mnie Księżyc — odparł chłodno.
Nie czuł się bezpiecznie w towarzystwie kotki. Nie rozumiał, dlaczego, ale czuł od niej podobny chłód, który dawniej czuł od swojego ojca. Wiedział, że nie mogła mieć żadnego związku z istnieniem Sierpa, a jednak czuł niepewność, którą tak jak w przypadku rozmów z ojcem chował za maską odwagi.
— Czy czegoś potrzebujesz? Jak masz na imię? — wraz z zapytaniem zamachnął się ogonem na drugą stronę, spoglądając na wojowniczkę spod przymrużonych powiek.
Aktualnie
— Wstajemy. Cały dzień przed nami — usłyszał chwilę po świecie Nicość.
Zebrał trochę mchu ze swojego posłania i bez zbędnego zastanowienia wsadził go sobie w uszy.
— No wiesz, ty co? — burknął biały, siadając na zadku tuż obok swojego ucznia.
Reszta uczniaków powoli budziła się ze snu.
— Jeszcze nie jest nawet porządnie jasno… Daj sobie luzu Księżyc… — wypowiedziała Kawka, mlaszcząc cicho.
— Och, ależ nie ma takiej opcji! Wykorzystasz coś, czego uczyłem cię ostatnie mi czasy — miauknął wesoło niebieskooki, a czarny zastrzygł tylko na to uchem.
Nawet w tej chwili nie pamiętał co właściwie ostatnio mieli na treningach.
— Hej Zjawowa Łapo. Chciałbyś zabrać na trening Aksamitkowy Nos, żeby wspólnie poćwiczyć pojedynki? — zapytał biały.
Nicość wstał, gdy tylko usłyszała słowo pojedynki.
— SERIO? TO JUŻ? Naprawdę mogę? — zapytał wyraźnie podekscytowany.
— Pewnie. Myślę, że w tej chwili… byłbyś w stanie bez problemu pokonać każdego ucznia Klanu Wilka — mruknął radośnie w jego stronę.
Nicość zmrużył oczy, ale kiwnął głową. Zjawa zdążył wstać w legowiska, a nawet znaleźć Aksamitkowy Nos i przyprowadzić ją przed wyjście z obozu. Kawczy rozejrzał się po obozie, spoglądając na czekoladową kotkę. Przypominała mu trochę koleżankę z legowiska Pyzowatą Łapę. Poza tym był pewien, że to właśnie z nią rozmawiał niegdyś w żłobku. Gdy ich oczy się spotkały, kotka nagle wstała. Podeszła do całej czwórki, kiwając tylko lekko głową na przywitanie.
— Idę z wami — mruknęła Trop.
Wyszli z obozu. Na przodzie Rozbity Księżyc z Aksamitkowym Nosem, zaraz za nimi Zjawowa Łapa, a na samym końcu Kawcza Łapa razem z Tropiącą Łaską.
— Słyszałam, że treningi nie idą ci najgorzej. Miałam rację, że wyjdziesz na koty. Wierzę, że będziesz dumą dla Klanu Wilka. Większą dumą niż Twój mentor — miauknęła szylkretka, kierując się w stronę Nicości, który niekoniecznie był powinien, co miał zrobić z takim komplementem.
— Muszę być lepszy od niego. Najlepiej od wszystkich. Zrobię, co mogę, aby w przyszłości wstąpić w szeregi najlepszych wojowników, a później zmarłych Mrocznej Puszczy — mruknął cicho, korzystając z tego, że reszta była kawałek dalej.
— Jesteśmy na miejscu — rzuciła z przodu Aksamitka.
Wylądowali przy Czarnych Gniazdach, więc poza pojedynkami uczniów był to też poniekąd patrol graniczny.
— Starajcie się nie używać pazurów, dobrze? Ich używamy tylko do walki z wrogiem lub przy polowaniach — miauknął Księżyc, tak jakby wiedział, że powinien przypomnieć o tym młodemu, byłemu samotnikowi. Kawcza Łapa ustawił się do walki, wraz z drugim uczniem. Obaj wykorzystywali poznane dotychczas technik swoich mentorów, Nicość wplątał nawet czasem coś od siebie. Pojedynek nie był dla czarnego czymś specjalnie trudnym, ale musiał przyznać, że starszy uczeń był dosyć silny. Brakowało mu, jednak zwinności, co Kawka miał już wyćwiczone. To właśnie to było decydujące dla tego pojedynku. Kilka ciosów później Zjawowa Łapa leżał na ziemi, trzymany przez Kawkę. Czarny wypiął dumnie pierś i zszedł z kocura. Nie pisał mi pomocnej łapy, zamiast tego zmierzył go tylko chłodnym wzrokiem.
— Nieźle. Chyba potrzebujesz lepszego przeciwnika — zaśmiał się Księżyc.
— Trafił ci się nie najgorszy uczeń — miauknęła Tropik.
Księżyc kiwnął głową, a Nicość uśmiechnął się zadziornie. Na chwilę, tak jakby zapomniał o przygniatających go problemach. Spojrzał na Łaskę, mrugając oczami.
— Chciałabyś może nauczyć mnie jakiegoś ruchu? Księżyc jako mentor jest w porządku, ale nie jest najlepszy w walce — uśmiechnął się, mrugając uroczo powiekami. — Proszę Tropiąca Łasko.
Księżyc wyglądał przez moment na trochę oburzonego, ale nie oponował. Czekali więc tylko na reakcję kotki. Nawet Aksamitkowy Nos zaczęła się przyglądać szylkretce, z nadzieją, że nauczy się czegoś nowego.
<Tropiąca Łasko?>
[875 słów + pojedynki uczniów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz